Oddychaj mną - Abbi Glines - ebook
Opis

Miłość dziewczyny z przeszłością i rockmana ze świetlaną przyszłością.
Sadie White nie ma łatwego życia. Musiała dorosnąć znacznie szybciej niż jej rówieśnicy. Zajmuje się nie tylko domem, ale i ciężarną matką. W głębi serca marzy, żeby być zwykłą nastolatką z banalnymi problemami. W czasie wakacji zatrudnia się jako pomoc domowa w luksusowej willi na prywatnej wyspie. Nie spodziewa się, że tego lata poza obowiązkami czeka ją także miłość.
Jax Stone, nastoletni muzyk rockowy i łamacz damskich serc, co roku spędza wakacje w swojej willi. Tylko tu znajduje chwilę wytchnienia od zgiełku Hollywood. To jego azyl, jedyne miejsce, gdzie nie mają wstępu szalone fanki ani polujący na niego paparazzi. Pewnego dnia w swoim domu widzi natyka się na nieznajomą dziewczynę…
Spotkanie Jaxa i Sadie całkowicie zmienia ich życie.
Czy miłość w świecie rocka ma szanse na przetrwanie?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 347

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Copyright © 2013 by Abbi Glines

Copyright for the Polish edition © Wydawnictwo Pascal. Wszelkie prawa zastrzeżone. Żadna część tej książki nie może być powielana lub przekazywana w jakiejkolwiek formie bez pisemnej zgody wydawcy, z wyjątkiem recenzentów, którzy mogą przytoczyć krótkie fragmenty tekstu.

Ta książka jest fikcją literacką. Jakiekolwiek podobieństwo do rzeczywistych osób, żywych lub zmarłych, autentycznych miejsc, wydarzeń lub zjawisk jest czysto przypadkowe. Bohaterowie i wydarzenia opisane w tej książce są tworem wyobraźni autorki bądź zostały znacząco przetworzone pod kątem wykorzystania w powieści.

Tytuł oryginalny: Breathe

Tytuł: Oddychaj mną

Autor: Abbi Glines

Tłumaczenie: Agnieszka Skowron

Redakcja: Marian Bruno

Korekta: Justyna Tomas

Projekt graficzny okładki: Jessica Handelman

Opracowanie graficzne okładki: Ilona i Dominik Trzebińscy Du Châteaux

Zdjęcie na okładce: © 2013 by Michael Frost

Redaktor prowadząca: Agnieszka Górecka

Redaktor naczelna: Agnieszka Hetnał

Wydawnictwo Pascal sp. z o.o.

ul. Zapora 25

43-382 Bielsko-Biała

www.pascal.pl

Bielsko-Biała 2016

ISBN 978-83-7642-770-6

eBook maîtrisé par Atelier Du Châteaux

Mojej matce Becky, która czytała moje „manuskrypty”, odkąd skończyłam dziewięć lat, i na każdym kroku zachęcała mnie do pisania.

Prolog

Sa­die

Ży­cie od za­wsze da­wa­ło mi w kość. Wie­dzia­łam, że inni nie mają le­piej, ni­g­dy jed­nak nie prze­sta­łam ma­rzyć, że pew­ne­go dnia nie będę już czu­ła się taka sa­mot­na i od­izo­lo­wa­na od resz­ty nor­mal­ne­go świa­ta. To ma­rze­nie po­mo­gło mi prze­trwać te wszyst­kie noce, kie­dy wal­czy­łam z po­ku­są, by po pro­stu znik­nąć. Je­stem prze­ko­na­na, że moja mat­ka nie mia­ła­by obiek­cji. Wiem, co my­śli­cie, ale nie, ni­g­dy nie usły­sza­łam tych słów pły­ną­cych z jej ust, jed­nak moje przyj­ście na świat dra­ma­tycz­nie zmie­ni­ło bieg jej lo­sów. Była szkol­ną pięk­no­ścią z ma­łe­go mia­stecz­ka w Ar­kan­sas, gdzie do­ra­sta­ła. Wszy­scy mó­wi­li, że kie­dyś do­ko­na wiel­kich rze­czy. Być może pięk­no i wdzięk otwo­rzy­ły­by jej wie­le drzwi, gdy­by nie po­zna­ła męż­czy­zny, któ­ry przy­czy­nił się do mo­je­go po­ja­wie­nia się na świe­cie. Praw­da jest taka, że wy­je­cha­ła, by zo­stać gwiaz­dą, i za­ko­cha­ła się w żo­na­tym fa­ce­cie, któ­ry nie uznał mnie i nie po­mógł jej, oba­wia­jąc się o swo­ją re­pu­ta­cję w wiel­kim mie­ście Na­shvil­le w Ten­nes­see.

Pierw­szą część ży­cia spę­dzi­łam w jed­no­po­ko­jo­wej bu­dzie na wzgó­rzach Ten­nes­see. Tak było do mo­men­tu, gdy pew­ne­go dnia moja mat­ka wsta­ła i zde­cy­do­wa­ła, że ży­cie bę­dzie ła­twiej­sze w Ala­ba­mie. Na po­łu­dnio­wym wy­brze­żu znaj­dzie pra­cę, a słoń­ce bę­dzie dla nas ko­rzyst­ne – tak przy­naj­mniej mó­wi­ła. Wie­dzia­łam, że po­trze­bu­je uciecz­ki bądź też miej­sca, gdzie za­cznie wszyst­ko od nowa. Je­śli ist­nia­ła oso­ba, bę­dą­ca ma­gne­sem dla nie­udacz­ni­ków, to była nią moja mama – wkrót­ce w tym nie­sta­bil­nym ży­ciu, ja­kie pro­wa­dzi­ła, a któ­re moc­no za­wie­rza­ła dziec­ku, czy­li mnie, mia­ła się po­ja­wić ko­lej­na isto­ta. Gdy­by tyl­ko po­zwo­li­ła mi po­dej­mo­wać za nią de­cy­zje do­ty­czą­ce ran­dek, jak po­zwa­la w każ­dym in­nym aspek­cie. Nie­ste­ty jed­nak wy­ru­sza­ły­śmy do po­łu­dnio­wej Ala­ba­my, gdzie słoń­ce mia­ło świe­cić ja­śniej i zmyć wszyst­kie na­sze zmar­twie­nia…Tak, oczy­wi­ście.

Rozdział I

Jax

To ko­niec. Na­resz­cie. Ostat­ni przy­sta­nek w to­ur­née. Otwo­rzy­łem drzwi pry­wat­ne­go apar­ta­men­tu, a Kane, mój ochro­niarz, za­mknął je po­rząd­nie za mną. Krzy­ki po dru­giej stro­nie drzwi przy­pra­wia­ły mnie tyl­ko o ból gło­wy. Kie­dyś mnie to ba­wi­ło. Te­raz je­dy­ne, o czym my­śla­łem, to uciec od tego wszyst­kie­go. Dziew­czyn. Ry­go­ry­stycz­nych har­mo­no­gra­mów. Bra­ku snu i cią­głej pre­sji. Chcia­łem być kimś in­nym. Gdzie­kol­wiek in­dziej.

Opa­dłem na czar­ną skó­rza­ną sofę i pa­trzy­łem na mo­je­go młod­sze­go bra­ta Ja­so­na, któ­ry stał z wiel­kim uśmie­chem na ustach i dwo­ma pi­wa­mi w rę­kach.

– To już ko­niec – ogło­sił. Tyl­ko Ja­son ostat­ni­mi cza­sy ro­zu­miał moje od­czu­cia. Był ze mną pod­czas tej sza­lo­nej jaz­dy. Wi­dział, jak ro­dzi­ce pcha­ją mnie do przo­du, a ja z nimi wal­czę. On był moim naj­lep­szym przy­ja­cie­lem. Moim je­dy­nym przy­ja­cie­lem. Już daw­no temu da­łem so­bie spo­kój z roz­my­śla­niem, kto lubi mnie dla kasy i sła­wy. To było bez sen­su.

Ja­son po­dał mi piwo i usiadł na so­fie.

– Da­łeś dzi­siaj cza­du. Pu­blicz­ność osza­la­ła. Nikt by nie przy­pusz­czał, że nie mo­żesz się do­cze­kać po­ran­nej uciecz­ki do Ala­ba­my, żeby ukryć się tam na całe lato.

Mój agent Mar­co po­wie­dział ro­dzi­com o pry­wat­nej wy­spie na wy­brze­żu Ala­ba­my. Tak bar­dzo chcie­li mieć dom gdzieś in­dziej niż w Los An­ge­les, że od razu sko­rzy­sta­li z oka­zji.

Po­wro­tu do ro­dzin­ne­go Au­stin w Tek­sa­sie ra­czej nie pla­no­wa­li. Zbyt wie­lu lu­dzi wie­dzia­ło, kim je­ste­śmy.

Bez­pie­czeń­stwo, ja­kie ofe­ro­wa­ło Sea Bre­eze, po­zwa­la­ło mi na wol­ność, któ­rą stra­ci­łem, kie­dy usły­szał o mnie świat. Każ­de­go lata na kil­ka ty­go­dni znów sta­wa­li­śmy się ro­dzi­ną. Ja by­łem zwy­kłym czło­wie­kiem, któ­ry mógł cho­dzić po pla­ży bez obec­no­ści ka­mer i fa­nów. Żad­nych au­to­gra­fów. Tyl­ko spo­kój. Ju­tro wy­bie­ra­li­śmy się wła­śnie tam. To była na­sza let­nia prze­rwa. Nie ob­cho­dzi­ło mnie, ja­kie pla­ny mie­li wo­bec mnie mat­ka czy agent. Ukry­wa­łem się przez trzy mie­sią­ce, a oni mo­gli po­ca­ło­wać mnie w ty­łek. To, na co kie­dyś na­le­ga­ła mat­ka, czy­li wspól­ne spę­dza­nie lata w Ala­ba­mie, sta­ło się moim ry­tu­ałem. Po­trze­bo­wa­łem cza­su tyl­ko z nimi. Przez resz­tę roku rzad­ko ich wi­dy­wa­łem. To był je­dy­ny dom, któ­ry mo­gli­śmy na­zy­wać na­szym wspól­nym. W LA ja mia­łem swój, a ro­dzi­ce i Ja­son – swój.

– Też przy­jeż­dżasz, praw­da? – za­py­ta­łem go.

Ja­son przy­tak­nął.

– Taa. Będę tam, ale nie ju­tro. Po­trze­bu­ję kil­ku dni. Mama i ja po­kłó­ci­li­śmy się o szko­łę. Chcę dać so­bie kil­ka dni, za­nim znów się z nią zo­ba­czę. Ona do­pro­wa­dza mnie do sza­leń­stwa.

Kie­dy w grę wcho­dzi­ło na­sze ży­cie, mat­ka sta­wa­ła się jego re­ży­se­rem.

– Do­bry po­mysł. Po­roz­ma­wiam z nią. Może uda mi się ją prze­ko­nać, żeby nie­co od­pu­ści­ła.

Ja­son po­ło­żył gło­wę na skó­rza­nym za­głów­ku.

– Po­wo­dze­nia. Ona ma mi­sję uniesz­czę­śli­wie­nia mnie.

Ostat­nio czu­ję, że to samo robi ze mną. Już z nią nie miesz­ka­łem. By­łem nie­za­leż­ny. To ja pła­ci­łem jej ra­chun­ki. Nie ro­zu­mia­łem, dla­cze­go wciąż my­śla­ła, że może mi mó­wić, co mam ro­bić. Ale tak wła­śnie po­stę­po­wa­ła. Za­wsze my­śla­ła, że wie, co jest dla nas naj­lep­sze. Mia­łem już tego dość, po­dob­nie jak Ja­son. Już z nią na ten te­mat roz­ma­wia­łem. Mu­sia­ła się na­uczyć, kto tak na­praw­dę tu rzą­dził, i dać so­bie spo­kój.

– Po­cze­kaj kil­ka dni. Zrób coś dla sie­bie. Po­zwól mi przy­go­to­wać mamę na to, że nie po­zwo­lę jej kon­tro­lo­wać two­je­go ży­cia. A po­tem przy­jeż­dżaj na po­łu­dnie – po­wie­dzia­łem, za­nim wzią­łem łyk piwa.

Sa­die

– Mamo, idziesz dzi­siaj do pra­cy? – prze­wró­ci­łam ocza­mi, pa­trząc na moją cię­żar­ną mat­kę, le­żą­cą na łóż­ku w sa­mych majt­kach i biu­sto­no­szu. Cią­ża spra­wi­ła, że Jes­si­ca sta­ła się jesz­cze więk­szą hi­ste­rycz­ką niż wte­dy, za­nim za­czę­ła upra­wiać seks bez za­bez­pie­cze­nia z ko­lej­nym pa­lan­tem.

Jęk­nę­ła i za­kry­ła twarz po­dusz­ką.

– Czu­ję się fa­tal­nie, Sa­die. Idź za­miast mnie.

Na ki­lo­metr czu­łam, że tak bę­dzie, za­nim jesz­cze skoń­czy­ła się szko­ła. Wczo­raj był ostat­ni dzień na­uki, ale za­miast dać mi szan­sę na by­cie nor­mal­ną na­sto­lat­ką, Jes­si­ca ocze­ki­wa­ła, że za­cznę za­ra­biać pie­nią­dze. Tak jak­by od po­cząt­ku za­pla­no­wa­ła, że zaj­mę jej miej­sce.

– Mamo, nie mogę tak po pro­stu iść i cię za­stą­pić. Nie zgo­dzą się, żeby two­ja sie­dem­na­sto­let­nia cór­ka pra­co­wa­ła za cie­bie.

Ścią­gnę­ła po­dusz­kę z twa­rzy i rzu­ci­ła mi po­sęp­ne spoj­rze­nie, któ­re do­pra­co­wy­wa­ła la­ta­mi.

– Sa­die, nie mogę już sprzą­tać domu z brzu­chem wiel­ko­ści pił­ki pla­żo­wej. Jest mi go­rą­co i je­stem zmę­czo­na. Po­trze­bu­ję two­jej po­mo­cy. Ty za­wsze coś wy­my­ślisz.

Po­de­szłam do okien­nej kli­ma­ty­za­cji i wy­łą­czy­łam ją.

– Je­śli prze­sta­ła­byś usta­wiać tem­pe­ra­tu­rę na dwa­dzie­ścia stop­ni, może wte­dy po­trze­bo­wa­ły­by­śmy mniej pie­nię­dzy. Wiesz, ile kosz­tu­je włą­czo­na przez cały dzień kli­ma­ty­za­cja?

Nie mia­ła po­ję­cia i nie­wie­le ją to ob­cho­dzi­ło, ale mu­sia­łam za­py­tać. Skrzy­wi­ła się i usia­dła.

– A czy ty masz po­ję­cie, jak jest mi go­rą­co z tymi do­dat­ko­wy­mi ki­lo­gra­ma­mi? – par­sk­nę­ła.

Z ca­łej siły sta­ra­łam się po­wstrzy­mać od za­rzu­ce­nia jej, że nie uży­ła gum­ki. Sama jej ku­pi­łam i dba­łam o to, by za­wsze mia­ła kil­ka w to­reb­ce. Na­wet przy­po­mi­na­łam jej o nich przed rand­ka­mi.

Trud­no było usta­lić, kto tak na­praw­dę w na­szej ro­dzi­nie jest do­ro­sły. Cza­sa­mi mia­łam wra­że­nie, że role się od­wró­ci­ły – dla Jes­si­ki by­cie do­ro­słym nie ozna­cza­ło po­dej­mo­wa­nia mą­drych de­cy­zji, po­nie­waż ona po pro­stu nie wie­dzia­ła, jak być od­po­wie­dzial­ną.

– Wiem, że jest ci go­rą­co, ale nie mo­że­my wy­da­wać każ­de­go gro­sza na kli­ma­ty­za­cję – przy­po­mnia­łam jej.

Wes­tchnę­ła i znów osu­nę­ła się na łóż­ko.

– No cóż – burk­nę­ła.

Po­de­szłam do jej to­reb­ki i zaj­rza­łam do środ­ka.

– W po­rząd­ku, pój­dę za cie­bie i mam na­dzie­ję, że wpusz­czą mnie za bra­mę. Je­śli to nie wy­pa­li, to nie mów, że cię nie ostrze­ga­łam. Kwa­li­fi­ku­ję się tyl­ko do pra­cy za naj­niż­szą staw­kę, z któ­rej nie opła­ci­my ra­chun­ków. Je­śli po­szła­byś ze mną, mia­ła­bym więk­sze szan­se.

Wie­dzia­łam, kie­dy wy­po­wia­da­łam te sło­wa, że zo­sta­nę ola­na. Ona pra­co­wa­ła dwa mie­sią­ce i tyle też zwy­kle uda­wa­ło jej się utrzy­mać pra­cę.

– Sa­die, obie do­brze wie­my, że dasz so­bie radę.

Wes­tchnę­łam po­ko­na­na i zo­sta­wi­łam ją tam, gdzie była. Znów pój­dzie spać, jak tyl­ko wyj­dę z domu. Chcia­łam być na nią zła, ale wi­dząc, że jest taka wiel­ka, czu­łam li­tość. Nie była naj­lep­szą mat­ką na świe­cie, ale była moja. Ubra­łam się i prze­szłam obok jej po­ko­ju, za­glą­da­jąc przez uchy­lo­ne drzwi. Ci­chut­ko chra­pa­ła, a kli­ma­ty­za­cja po raz ko­lej­ny była usta­wio­na na dwa­dzie­ścia stop­ni. Po­my­śla­łam, żeby ją wy­łą­czyć, ale zmie­ni­łam zda­nie. W miesz­ka­niu już było cie­pło, a dzień miał być jesz­cze go­ręt­szy.

Wy­szłam na ze­wnątrz i wsia­dłam na ro­wer. Trzy­dzie­ści mi­nut za­ję­ło mi do­sta­nie się do mo­stu, któ­ry pro­wa­dził do eks­klu­zyw­nej wy­spy po­łą­czo­nej z Sea Bre­eze. Nie miesz­ka­li na niej miej­sco­wi, spę­dza­li tu wa­ka­cje bo­ga­ci przy­jezd­ni, któ­rzy za­trud­nia­li peł­ną ob­słu­gę. Jes­si­ce uda­ło się zdo­być po­sa­dę po­mo­cy do­mo­wej za dwa­na­ście do­la­rów za go­dzi­nę. Mo­dli­łam się, żeby prze­jąć jej pra­cę bez więk­szych prze­szkód.

Ad­res zna­la­złam na iden­ty­fi­ka­to­rze, któ­ry za­bra­łam z jej to­reb­ki. Moje szan­se na zdo­by­cie za­trud­nie­nia były nie­wiel­kie. Im da­lej je­cha­łam w kie­run­ku wy­spy, tym więk­sze i bar­dziej eks­tra­wa­ganc­kie sta­wa­ły się domy. Miej­sce, w któ­rym pra­co­wa­ła mama, znaj­do­wa­ło się już tyl­ko trzy bu­dyn­ki da­lej. Ona oczy­wi­ście mu­sia­ła zna­leźć pra­cę w naj­bar­dziej eks­klu­zyw­nym przy ca­łej uli­cy, nie wspo­mi­na­jąc, że w tym naj­bli­żej pla­ży.

Pod­je­cha­łam do wiel­kiej, zdo­bio­nej że­la­znej bra­my i po­da­łam iden­ty­fi­ka­tor Jes­si­ki czło­wie­ko­wi przy wej­ściu. Ten zmarsz­czył brwi i spoj­rzał na mnie. Po­da­łam mu też swo­je pra­wo jaz­dy.

– Je­stem cór­ką Jes­si­ki Whi­te. Mam ją dziś za­stą­pić, po­nie­waż się roz­cho­ro­wa­ła.

Kie­dy pod­niósł słu­chaw­kę i za­dzwo­nił do ko­goś, wciąż miał zmarsz­czo­ne brwi. To nie był do­bry znak, zwa­żyw­szy na to, że nikt nie wie­dział o za­stęp­stwie. Zja­wi­ło się dwóch wiel­kich go­ści, któ­rzy ru­szy­li w moją stro­nę. Obaj no­si­li ciem­ne oku­la­ry i przy­po­mi­na­li gra­czy NFL – po­win­ni no­sić spor­to­we uni­for­my za­miast czar­nych gar­ni­tu­rów.

– Pan­no Whi­te, czy mo­że­my zo­ba­czyć pani to­reb­kę? – je­den z nich bar­dziej stwier­dził, niż za­py­tał, pod­czas gdy dru­gi już ścią­gał ją z mo­je­go ra­mie­nia.

Prze­łknę­łam śli­nę i sta­ra­łam się po­wstrzy­mać od drże­nia. Byli onie­śmie­la­ją­cy, wiel­cy i wy­raź­nie mi nie ufa­li. Za­sta­na­wia­łam się, czy przy mo­ich stu sie­dem­dzie­się­ciu cen­ty­me­trach wzro­stu uwa­ża­ją mnie za za­gro­że­nie. Spoj­rza­łam w dół na fio­le­to­wy top i ską­pe bia­łe szor­ty – cie­ka­wa by­łam, czy wie­dzą, że pod ta­kim stro­jem trud­no by­ło­by ukryć broń. Po­my­śla­łam, że to tro­chę dziw­ne, dwóch wiel­kich fa­ce­tów ocią­ga­ją­cych się przed wpusz­cze­niem mnie za bra­mę. Je­śli na­wet sta­no­wi­ła­bym za­gro­że­nie, wie­rzę, że na­wet z za­wią­za­ny­mi rę­ka­mi szyb­ko by mnie obez­wład­ni­li. Za­chcia­ło mi się śmiać, gdy so­bie to wy­obra­zi­łam. Przy­gry­złam dol­ną war­gę i cze­ka­łam, aż zo­sta­nę wpusz­czo­na przez tę wiel­ką że­la­zną bra­mę.

– Może pani wejść, pan­no Whi­te. Pro­szę skie­ro­wać się do drzwi dla służ­by, po le­wej stro­nie od ka­mien­nej ścia­ny, i zgło­sić się do kuch­ni, gdzie zo­sta­nie pani da­lej po­in­stru­owa­na.

Kim byli lu­dzie, któ­rzy po­trze­bo­wa­li dwóch fa­ce­tów wiel­ko­ści Go­lia­ta do ob­sta­wie­nia wej­ścia? Wsia­dłam na ro­wer i prze­je­cha­łam przez otwar­tą już bra­mę. Kie­dy omi­nę­łam buj­ne pal­my i tro­pi­kal­ny ogród, zo­ba­czy­łam dom. Przy­po­mi­nał mi po­sia­dło­ści z pro­gra­mu MTV Cribs. Ni­g­dy nie przy­pusz­cza­łam, że w Ala­ba­mie ta­kie ist­nie­ją. W Na­shvil­le wi­dzia­łam domy po­dob­nej wiel­ko­ści, ale nie aż tak spek­ta­ku­lar­ne. Uspo­ko­iłam się nie­co i po­pro­wa­dzi­łam ro­wer za róg, pró­bu­jąc nie ga­pić się na ogrom wszyst­kie­go, co mnie ota­cza­ło. Opar­łam ro­wer o ścia­nę, by nie rzu­cał się w oczy. Drzwi dla służ­by były im­po­nu­ją­ce. Wy­so­kie na co naj­mniej trzy i pół me­tra, ozdo­bio­ne gra­we­ro­wa­ną li­te­rą „S”. Nie dość, że wiel­kie, były tak­że cięż­kie, mu­sia­łam więc użyć ca­łej siły, żeby je otwo­rzyć. Zaj­rza­łam do środ­ka wiel­kie­go hal­lu i prze­szłam do miej­sca, gdzie sta­ło przede mną tro­je łu­ko­wa­tych drzwi. Ni­g­dy tu wcze­śniej nie by­łam, nie wie­dzia­łam więc, gdzie może znaj­do­wać się kuch­nia. Po­de­szłam do pierw­szych drzwi po pra­wej i zaj­rza­łam do środ­ka. Po­miesz­cze­nie wy­glą­da­ło na ogrom­ny sa­lon, nic nad­zwy­czaj­ne­go, nie było tam żad­nych ku­chen­nych urzą­dzeń, skie­ro­wa­łam się więc do drzwi nu­mer dwa, zer­k­nę­łam do środ­ka i zo­ba­czy­łam wiel­ki, okrą­gły stół, przy któ­rym sie­dzie­li lu­dzie. Star­sza pani przy ko­ści sta­ła obok pie­ca, ja­kie­go ni­g­dy jesz­cze w żad­nym domu nie wi­dzia­łam. Ta­kie coś wi­du­je się je­dy­nie w re­stau­ra­cjach.

To mu­sia­ło być to miej­sce. We­szłam do środ­ka. Ko­bie­ta przy pie­cu za­uwa­ży­ła mnie i zmarsz­czy­ła brwi.

– W czym mogę po­móc? – spy­ta­ła ostrym, au­to­ry­tar­nym to­nem, jed­nak mimo to przy­po­mi­na­ła mi cio­cię Bee z The Andy Grif­fith Show.

Uśmiech­nę­łam się, czu­jąc jed­no­cze­śnie, że go­rą­ca fala wy­strze­li mi za­raz usza­mi, kie­dy pa­trzy­łam, jak wszy­scy sie­dzą­cy przy sto­le za­czy­na­ją ob­ra­cać się w moją stro­nę. Nie­na­wi­dzi­łam wzbu­dzać za­in­te­re­so­wa­nia i ro­bi­łam wszyst­ko, aby nie zwra­cać na sie­bie uwa­gi. Na­wet je­śli z wie­kiem było to co­raz trud­niej­sze. Sta­ra­łam się uni­kać wszyst­kie­go, co za­chę­ca­ło in­nych do mó­wie­nia. Sztu­kę by­cia „nie­cie­ka­wą” do­pro­wa­dzi­łam do per­fek­cji. Nie w tym rzecz, że je­stem sa­mot­ni­kiem, po pro­stu mam zbyt dużo obo­wiąz­ków. Bar­dzo wcze­śnie zo­rien­to­wa­łam się, że przy­jaź­nie nie są dla mnie. Je­stem zbyt za­ję­ta opie­ko­wa­niem się mamą.

– Hmm, tak, po­wie­dzia­no mi, że mam się zgło­sić do kuch­ni po dal­sze in­struk­cje – ci­cho od­chrząk­nę­łam i cze­ka­łam. Nie po­do­ba­ło mi się, jak na mnie pa­trzy­ła, ale sko­ro już tu by­łam, nie mia­łam in­ne­go wy­bo­ru jak zo­stać.

– Je­stem pew­na, że cię nie za­trud­nia­łam. Kto cię tu skie­ro­wał?

Nie­na­wi­dzi­łam tych wszyst­kich oczu sku­pio­nych na mnie i tego, że Jes­si­ca była taka upar­ta. Po­trze­bo­wa­łam jej, przy­naj­mniej dzi­siaj. Dla­cze­go za­wsze mi to robi?

– Na­zy­wam się Sa­die Whi­te. Je­stem cór­ką Jes­si­ki Whi­te. Ona, cóż, nie czu­ła się dziś zbyt do­brze, więc przy­szłam ją za­stą­pić. Ja… hmm… mia­łam tego lata z nią pra­co­wać.

Nie chcia­łam wyjść na zde­ner­wo­wa­ną, ale ga­pi­li się na mnie lu­dzie. Ko­bie­ta zmarsz­czy­ła brwi, zu­peł­nie jak cio­cia Bee, gdy ktoś ją zde­ner­wo­wał. Uciecz­ka wy­da­wa­ła się ku­szą­ca.

– Jes­si­ca nie py­ta­ła, czy bę­dziesz mo­gła z nią pra­co­wać, poza tym nie za­trud­niam dzie­ci. To nie jest do­bry po­mysł, zwłasz­cza te­raz, kie­dy ro­dzi­na przy­jeż­dża tu na wa­ka­cje. Może je­sie­nią, kie­dy wy­ja­dą, damy ci szan­sę.

Moje zde­ner­wo­wa­nie spo­wo­do­wa­ne tym, że je­stem w cen­trum uwa­gi, na­tych­miast znik­nę­ło, spa­ni­ko­wa­łam na myśl, że mama może stra­cić je­dy­ny do­chód, któ­re­go tak bar­dzo po­trze­bo­wa­ły­śmy. Zre­zy­gno­wa­ła­by, gdy­by do­wie­dzia­ła się, że nie mogę jej za­stą­pić. Zde­cy­do­wa­łam, że do­ro­słym, pew­nym sie­bie gło­sem mu­szę prze­ko­nać tę ko­bie­tę, że na­da­ję się do pra­cy jak nikt inny.

– Ro­zu­miem pani oba­wy. Jed­nak gdy­by dała mi pani szan­sę, udo­wod­nię, że je­stem war­to­ścio­wym pra­cow­ni­kiem. Ni­g­dy nie spóź­nię się do pra­cy i za­wsze będę wy­peł­niać swo­je obo­wiąz­ki. Pro­szę o jed­ną szan­sę.

Ko­bie­ta zer­k­nę­ła na ko­goś sie­dzą­ce­go przy sto­le, jak­by szu­ka­ła opi­nii. Po­now­nie spoj­rza­ła na mnie i wie­dzia­łam, że uda­ło mi się zmie­nić jej de­cy­zję.

– Do­brze, Sa­die Whi­te, two­ja szan­sa za­czy­na się te­raz. Do­łą­czysz do Fran, któ­ra pra­cu­je w tym domu tak dłu­go jak ja. Ona cię po­in­stru­uje i zda mi ra­port. Pod ko­niec dnia dam ci od­po­wiedź. To twój okres prób­ny, pan­no Whi­te, pro­szę tego nie za­prze­pa­ścić.

Przy­tak­nę­łam i uśmiech­nę­łam się do sto­ją­cej już obok mnie Fran.

– Chodź za mną – po­wie­dzia­ła wy­so­ka szczu­pła ko­bie­ta o ru­dych wło­sach, wy­glą­da­ją­ca na ja­kieś sześć­dzie­siąt pięć lat, po czym od­wró­ci­ła się i wy­szła z po­ko­ju.

Zro­bi­łam, co mi ka­za­no, nie pa­trząc w oczy ni­ko­mu, kto był w po­ko­ju. Mia­łam mi­sję do wy­ko­na­nia.

Fran opro­wa­dzi­ła mnie po ko­ry­ta­rzu, mi­ja­jąc po dro­dze kil­ka drzwi. Za­trzy­ma­ły­śmy się, otwo­rzy­ły­śmy jed­ne z nich i we­szły­śmy do środ­ka. W po­ko­ju były wy­so­kie po sam su­fit pół­ki z książ­ka­mi. W ca­łym po­miesz­cze­niu sta­ły ciem­no­brą­zo­we fo­te­le obi­te skó­rą. Ża­den z nich nie był skie­ro­wa­ny w stro­nę dru­gie­go czy też uży­ty na oka­zję wi­zyt i spo­tkań. Po­kój wy­raź­nie za­adap­to­wa­no na bi­blio­te­kę. Miej­sce, gdzie każ­dy mógł przyjść, wy­brać książ­kę i za­tra­cić się w lek­tu­rze, sie­dząc w jed­nym z tych wiel­kich wy­god­nych fo­te­li.

Fran wska­za­ła po­kój ge­stem peł­nym kla­sy.

– To ulu­bio­ne miej­sce pani Sto­ne. Po­kój był za­mknię­ty przez cały rok. Ze­trzesz ku­rze z ksią­żek oraz pó­łek, skó­rę wy­czy­ścisz spe­cjal­nym środ­kiem i umy­jesz okna. Od­kurz za­sło­ny, umyj i na­błyszcz pod­ło­gę. Ten po­kój ma lśnić. Pani Sto­ne lubi, gdy w jej sank­tu­arium wszyst­ko jest ide­al­ne. Przyj­dę po cie­bie w po­rze lun­chu, któ­ry zje­my w kuch­ni.

Po­de­szła do drzwi i usły­sza­łam, jak ko­muś dzię­ku­je. We­szła z po­wro­tem do środ­ka, cią­gnąc wó­zek pe­łen środ­ków czy­sto­ści.

– Tu znaj­dziesz wszyst­ko, cze­go po­trze­bu­jesz. Ostroż­nie ob­chodź się ze wszyst­ki­mi opra­wio­ny­mi dzie­ła­mi i eks­po­na­ta­mi. Ostrze­gam, że wszyst­ko w tym domu jest bar­dzo cen­ne i musi być oto­czo­ne na­le­ży­tą opie­ką. Za­tem nie trać cza­su na głu­po­ty, ocze­ku­ję cięż­kiej pra­cy.

Pani Fran z ka­mien­ną twa­rzą wy­szła z po­ko­ju.

Okrą­ży­łam bi­blio­te­kę, na­pa­wa­jąc się ota­cza­ją­cą mnie eks­tra­wa­gan­cją. Po­miesz­cze­nie nie było prze­sad­nie duże, wy­da­wa­ło się jed­nak wy­peł­nio­ne po brze­gi. Dam radę tu po­sprzą­tać. Nie zo­sta­łam po­pro­szo­na o coś nie­wy­ko­nal­ne­go. Za­bra­łam śro­dek do usu­wa­nia ku­rzu i po­szłam w stro­nę dra­bi­ny po­łą­czo­nej z pół­ka­mi na książ­ki. Mogę za­cząć od góry, zwłasz­cza że kurz i tak opad­nie.

Za­nim Fran za­bra­ła mnie na lunch, zdo­ła­łam po­zbyć się za­bru­dzeń i umyć okna. Po­trze­bo­wa­łam prze­rwy i je­dze­nia. Jej skwa­szo­na mina była mi­łym wi­do­kiem. Za­nim po­pro­wa­dzi­ła mnie w ci­szy ko­ry­ta­rzem, któ­rym szły­śmy tego ran­ka, omio­tła wzro­kiem po­kój i przy­tak­nę­ła. Już zza rogu ude­rzył mnie za­pach świe­żo pie­czo­ne­go chle­ba. We­szłam do wiel­kiej ja­snej kuch­ni. Pani Mary sta­ła przy ku­chen­ce i wska­zy­wa­ła na młod­szą ko­bie­tę z upię­ty­mi w ku­cyk wło­sa­mi, scho­wa­ny­mi – iden­tycz­nie jak jej wło­sy – pod ochron­ną siat­ką.

– Ład­nie pach­nie, Hen­riet­ta. My­ślę, że masz ta­lent. Prze­te­stu­je­my dziś tę par­tię na ob­słu­dze, je­śli wszyst­kim za­sma­ku­je, przej­miesz przy­go­to­wa­nie wy­pie­ków do ro­dzin­nych po­sił­ków. – Pani Mary od­wró­ci­ła się i wy­tar­ła dło­nie w far­tuch.

– Ach, oto na­sza nowa pra­cow­ni­ca. Jak idzie?

Pani Fran ski­nę­ła gło­wą i od­par­ła:

– W po­rząd­ku.

Albo ta ko­bie­ta rzad­ko się uśmie­cha­ła, albo mnie po pro­stu nie lu­bi­ła.

– Sia­daj, sia­daj, mamy spo­ro ro­bo­ty, za­nim przy­je­dzie ro­dzi­na.

Usia­dłam za­raz za Fran, a pani Mary po­sta­wi­ła przed nami pół­mi­ski z je­dze­niem. Mu­sia­łam zro­bić coś nie tak, po­nie­waż ko­lej­ne sło­wa Fran skie­ro­wa­ła w moją stro­nę.

– Cała ob­słu­ga je przy tym sto­le. Każ­dy z nas przy­cho­dzi na lunch o róż­nych po­rach. Wy­bierz so­bie, na co masz ocho­tę.

Przy­tak­nę­łam, się­gnę­łam w stro­nę pół­mi­ska z ka­nap­ka­mi i po­czę­sto­wa­łam się jed­ną. Z ta­le­rza wzię­łam świe­ży owoc.

– Na­po­je są tam, na ba­rze. Mo­żesz iść i wy­brać, co jest, lub zro­bić so­bie coś sama.

Po­de­szłam do baru i na­la­łam so­bie le­mo­nia­dy. Zja­dłam w ci­szy i słu­cha­łam, jak pani Mary in­stru­uje Hen­riet­tę. Wy­da­wa­ło mi się, że przy­go­to­wy­wa­ły chleb na dzi­siej­szy po­si­łek. Ani Fran, ani ja nie pa­li­ły­śmy się do roz­mo­wy.

Kie­dy zja­dły­śmy, po­de­szłam za nią do zle­wo­zmy­wa­ka. Opłu­ka­ły­śmy ta­le­rze, po czym za­ła­do­wa­ły­śmy na­czy­nia do po­jem­nej zmy­war­ki. W ci­szy wró­ci­ły­śmy do bi­blio­te­ki. Te­raz by­łam już nie­co mniej zde­ner­wo­wa­na i bar­dziej cie­ka­wa oto­cze­nia. Gdy szły­śmy ko­ry­ta­rzem, za­uwa­ży­łam por­tre­ty. Przed­sta­wia­ły dwóch ma­łych uro­czych chłop­ców. Im da­lej szłam, tym star­si się wy­da­wa­li. Przy ogrom­nym przej­ściu do bi­blio­te­ki po­czu­łam, jak zna­jo­ma twarz śmie­je się do mnie z por­tre­tu. Twarz, któ­rą wie­lo­krot­nie oglą­da­łam w te­le­wi­zji i w ga­ze­tach. Na­wet pod­czas wczo­raj­szej ko­la­cji wi­dzia­łam ją w te­le­wi­zji. Jes­si­ca pod­czas po­sił­ku oglą­da­ła En­ter­ta­in­ment Da­ily. Na­sto­let­ni rock­man i ła­macz dam­skich serc Jax Sto­ne był jed­nym z bo­ha­te­rów. Wczo­raj po­ka­zy­wa­li go z dziew­czy­ną, któ­ra we­dług plot­ki wy­stą­pi w jego no­wym te­le­dy­sku. Fran za­trzy­ma­ła się za mną. Od­wró­ci­łam się w jej stro­nę, była sku­pio­na na ob­ra­zie.

– To jego wa­ka­cyj­ny dom. Lada dzień przy­je­dzie tu ze swo­imi ro­dzi­ca­mi i bra­tem. Po­ra­dzisz z tym so­bie?

Wi­dząc na ścia­nie twarz Jaxa Sto­ne’a, przy­tak­nę­łam w szo­ku, nie mo­gąc wy­do­być z sie­bie ja­kich­kol­wiek słów.

Fran po­now­nie ru­szy­ła, a ja po­dą­ży­łam jej śla­dem do bi­blio­te­ki.

– To on jest po­wo­dem, dla któ­re­go na­sto­lat­ki nie są za­trud­nia­ne. To jego pry­wat­ny azyl. Kie­dy był młod­szy, jego ro­dzi­ce na­le­ga­li, by co roku od­po­czy­wał w ich to­wa­rzy­stwie, z dala od zgieł­ku Hol­ly­wo­od. Te­raz, gdy jest już star­szy, na­dal spę­dza tu lato. Od cza­su do cza­su wy­jeż­dża uczest­ni­czyć w róż­nych im­pre­zach, ale więk­szość cza­su spę­dza tu­taj. Za­bie­ra ze sobą ro­dzi­nę, po­nie­waż przez resz­tę roku nie wi­du­ją się zbyt czę­sto. Je­śli nie bę­dziesz umia­ła so­bie z tym po­ra­dzić, zo­sta­niesz zwol­nio­na w try­bie na­tych­mia­sto­wym. Jego pry­wat­ność ma naj­wyż­sze zna­cze­nie. To dla­te­go pra­ca tu jest tak do­brze płat­na.

Wy­pro­sto­wa­łam się i chwy­ci­łam wia­dro, któ­re­go wcze­śniej uży­wa­łam.

– Po­ra­dzę so­bie ze wszyst­kim. Ta pra­ca jest dla mnie waż­niej­sza niż na­sto­let­nia gwiaz­da roc­ka.

Fran ski­nę­ła gło­wą, ale po chwi­li zmarsz­czy­ła brwi, wi­dzia­łam, że mi nie wie­rzy.

Całą swo­ją ener­gię sku­pi­łam na pra­cy. Pod ko­niec dłu­gie­go dnia usły­sza­łam, jak ma­ło­mów­na, skwa­szo­na Fran ra­por­tu­je coś pani Mary. Wie­rzy­ła, że będę do­brym pra­cow­ni­kiem i po­win­na dać mi szan­sę. Po­dzię­ko­wa­łam jej i Mary. Do je­sie­ni, kie­dy po­ja­wi się dziec­ko, a ja wró­cę do szko­ły, będę w sta­nie za­osz­czę­dzić tro­chę pie­nię­dzy. Dam radę.

Tak, Jax Sto­ne był sław­ny i jego nie­sa­mo­wi­cie nie­bie­skie oczy spra­wia­ły, że ser­ce biło mi moc­niej. Tyle mo­głam przy­znać. Był naj­pięk­niej­szą isto­tą zna­ną ludz­ko­ści. Wszy­scy jed­nak wie­dzą, że uro­da jest bar­dzo po­wierz­chow­na. Po­dej­rze­wa­łam, że jego płyt­ka oso­bo­wość oka­że się tak od­ra­ża­ją­ca, że nie bę­dzie mnie ob­cho­dzi­ło, czy sprzą­tam w jego domu lub czy mi­jam go na ko­ry­ta­rzu. Poza tym fa­ce­ci byli ga­tun­kiem, o któ­rym nie mia­łam zie­lo­ne­go po­ję­cia. Ni­g­dy nie po­świę­ci­łam swo­je­go cza­su na roz­mo­wę z jed­nym z nich, na­wet je­śli któ­ryś chciał po­roz­ma­wiać ze mną. Za­wsze mia­łam na gło­wie więk­sze pro­ble­my, jak choć­by tro­ska o to, czy bę­dzie­my mia­ły co jeść i czy mama pa­mię­ta­ła, żeby za­pła­cić ra­chun­ki.

Kie­dy po­my­ślę o tej ca­łej ka­sie zmar­no­wa­nej na kon­do­my, któ­re upy­cha­łam jej do ręki i to­reb­ki, za­nim wy­cho­dzi­ła z jed­nym z nie­zli­czo­nej ilo­ści męż­czyzn, trud­no się mi na nią nie gnie­wać. Na­wet w lum­pek­sie wy­glą­da­ła prze­pięk­nie. Je­den z jej ob­le­śniej­szych wy­bran­ków po­wie­dział, że odzie­dzi­czy­łam po niej ten prze­klę­ty wy­gląd. Mam wszyst­ko: od jej blond lo­ków po nie­bie­skie oczy i gę­ste czar­ne rzę­sy. Mam jed­nak jesz­cze coś, co mo­gło­by oca­lić mnie przed nie­uchron­ną ka­ta­stro­fą – wy­da­ję się ra­czej nud­na. Mat­ka czę­sto mi o tym przy­po­mi­na, a ja, za­miast być przy­gnę­bio­na, trzy­mam się tego jak ostat­niej de­ski ra­tun­ku. To, co ona uwa­ża­ła za­wsze za wadę mo­je­go cha­rak­te­ru, ja trak­to­wa­łam jak je­dy­ną szan­sę. Nie chcia­łam być taka jak ona. Je­śli po­sia­da­nie nud­nej oso­bo­wo­ści chro­ni mnie przed pój­ściem w jej śla­dy, to ja będę się tego trzy­mać.

Miesz­ka­nie, któ­re kosz­to­wa­ło nas pięć­set do­la­rów mie­sięcz­nie, znaj­do­wa­ło się w du­żym, sta­rym domu. We­szłam, by się prze­ko­nać, że nie ma jej w środ­ku. Zwa­żyw­szy, że mia­ły­śmy czte­ry po­ko­je, nie mo­gła się zbyt­nio od­da­lić.

– Mamo? – nie od­po­wie­dzia­ła.

Słoń­ce już za­cho­dzi­ło, więc wy­szłam na coś, co Jes­si­ca na­zy­wa­ła pa­tiem. Gdy­by­ście chcie­li wie­dzieć, dla mnie wy­glą­da­ło to jak nie­wiel­ki ka­wa­łek be­to­no­wej pły­ty za do­mem.

Sta­ła w ogro­dzie z tym swo­im wciąż po­więk­sza­ją­cym się brzu­chem, ubra­na w bi­ki­ni, któ­re ku­pi­łam kil­ka ty­go­dni temu w skle­pie z uży­wa­ną odzie­żą. Od­wró­ci­ła się i uśmiech­nę­ła do mnie. Po fa­sa­dzie udrę­cze­nia, wy­ma­lo­wa­nej na jej twa­rzy rano, nie było już śla­du. Ona pro­mie­nia­ła.

– Sa­die, jak było? Czy sta­ra do­bra pani Mary spra­wia­ła ci pro­ble­my? Je­śli tak, to mam na­dzie­ję, że by­łaś miła. Po­trze­bu­je­my tej pra­cy, a ty po­tra­fisz być taka nie­grzecz­na i nie­to­wa­rzy­ska.

Słu­cha­łam jej pa­pla­nia o mo­jej aspo­łecz­no­ści i cze­ka­łam, aż skoń­czy, wte­dy od­par­łam:

– Do­sta­łam pra­cę na lato, je­śli chcę.

Jes­si­ca wes­tchnę­ła dra­ma­tycz­nie.

– Wspa­nia­le, przez naj­bliż­sze kil­ka mie­się­cy będę po­trze­bo­wa­ła od­po­czyn­ku. Dziec­ko mnie wy­kań­cza. Nie ro­zu­miesz, jak trud­no jest być w cią­ży.

Chcia­łam jej przy­po­mnieć, jak sta­ra­łam się ją przed tym uchro­nić, po­świę­ca­jąc pie­nią­dze prze­zna­czo­ne na je­dze­nie, żeby ku­pić jej gum­ki, któ­rych i tak nie uży­wa­ła. Ja jed­nak przy­tak­nę­łam i we­szłam z nią do środ­ka.

– Sa­die, umie­ram z gło­du. Mo­gła­byś mi coś szyb­ko przy­go­to­wać? Ostat­nio jem za dwóch.

Za­nim do­tar­łam do domu, już za­pla­no­wa­łam, co zje­my na ko­la­cję. Moja mama kom­plet­nie nie ra­dzi­ła so­bie w kuch­ni. Ja prze­trwa­łam pierw­sze osiem lat swo­je­go ży­cia na ka­nap­kach z ma­słem orze­cho­wym i dże­mem. Oko­ło mo­ich ósmych uro­dzin zro­zu­mia­łam, że mama po­trze­bu­je po­mo­cy – mu­sia­łam do­ro­snąć szyb­ciej niż inne dzie­ci. Im bar­dziej się sta­ra­łam, tym wię­cej obo­wiąz­ków na mnie zrzu­ca­ła, kie­dy skoń­czy­łam je­de­na­ście lat, ro­bi­łam już wszyst­ko.

Ma­ka­ron się go­to­wał, a mię­sny sos do­cho­dził, ja zaś we­szłam do swo­je­go po­ko­ju, zdję­łam ro­bo­cze ubra­nie i wło­ży­łam pod­ko­szu­lek oraz prze­tar­te dżin­sy z lum­pek­su, któ­re były pod­sta­wą mo­jej gar­de­ro­by. Mój styl był pro­sty.

Gar­nek za­czął gwiz­dać na znak, że czas spraw­dzić ma­ka­ron. Jes­si­ca dłu­go jesz­cze nie bę­dzie w sta­nie ni­cze­go spraw­dzić. Po­gna­łam do ma­łej kuch­ni, na­wi­nę­łam nit­kę spa­ghet­ti na wi­de­lec i rzu­ci­łam nią o ścia­nę za ku­chen­ką. Przy­kle­iła się, więc była go­to­wa.

– Na­praw­dę, Sa­die, nie mogę zro­zu­mieć, dla­cze­go rzu­casz ma­ka­ro­nem o ścia­nę. Skąd ten po­mysł?

Zmie­rzy­łam Jes­si­cę wzro­kiem. Roz­sia­dła się w bi­ki­ni na wy­bla­kłej pa­ste­lo­wej ka­na­pie, któ­rą za­sta­ły­śmy tu, kie­dy się wpro­wa­dza­ły­śmy.

– Jak by­łam mała, zo­ba­czy­łam to w te­le­wi­zji i za­pa­mię­ta­łam. Poza tym to się spraw­dza.

– To pa­skud­ne – Jes­si­ca wy­mam­ro­ta­ła z ka­na­py.

Nie po­tra­fi­ła na­wet za­go­to­wać wody, ale po­sta­no­wi­łam ugryźć się w ję­zyk i do­koń­czyć ko­la­cję.

– Go­to­we, mamo – po­wie­dzia­łam, na­kła­da­jąc por­cję spa­ghet­ti na ta­lerz, o któ­re­go przy­nie­sie­nie za­raz mnie po­pro­si.

– Skar­bie, po­daj mi ta­lerz, pro­szę.

Uśmiech­nę­łam się pół­gęb­kiem. By­łam o krok przed nią. Ostat­ni­mi cza­sy wsta­wa­ła tyl­ko wte­dy, gdy na­praw­dę była do tego zmu­szo­na. Na ta­lerz po­ło­ży­łam wi­de­lec i łyż­kę. Na­wet nie usia­dła. Ta­lerz umie­ści­ła na brzu­chu i za­czę­ła jeść. Obok niej po­sta­wi­łam szklan­kę z mro­żo­ną her­ba­tą i po­szłam na­ło­żyć so­bie por­cję. Zgłod­nia­łam. Po­trze­bo­wa­łam je­dze­nia.

Rozdział II

Jax

Pani Mary sta­ła już wraz z całą służ­bą, kie­dy li­mu­zy­na za­trzy­ma­ła się przed do­mem. Nie cze­ka­łem na kie­row­cę, aż otwo­rzy mi drzwi. Mo­głem spo­koj­nie prze­stać się mar­twić o to, ja­kie wra­że­nie tu wy­wrę. Mo­głem ro­bić, co mi się żyw­nie po­do­ba. Wy­sia­dłem z li­mu­zy­ny i prze­cią­gną­łem się, a kie­dy spoj­rza­łem na dom bę­dą­cy dla mnie sy­no­ni­mem wol­no­ści, na mo­jej twa­rzy po­ja­wił się uśmiech.

Tu nie było groź­by ata­ku sza­lo­nych dziew­czyn, do­bi­ja­ją­cych się do mo­ich drzwi. Nie mu­sia­łem w ni­czym uczest­ni­czyć. Żad­nych wy­wia­dów. Nic. Mo­głem le­żeć na pla­ży cały cho­ler­ny dzień i nikt mnie nie nie­po­ko­ił. Ży­cie w po­łu­dnio­wej Ala­ba­mie było przy­jem­ne. Mamy jesz­cze nie było, mia­łem więc czas, żeby pójść się przy­wi­tać z pa­nią Mary. Na­pić się słod­kiej mro­żo­nej her­ba­ty i zjeść ma­śla­ne ciast­ko, za­nim zmie­rzę się z mamą.

Pani Mary wbie­gła przez drzwi, za­nim jesz­cze zdą­ży­łem wejść po scho­dach.

– Pa­nie Ja­xie, wy­glą­da pan, jak­by od na­sze­go ostat­nie­go spo­tka­nia schudł ja­kieś pięć ki­lo­gra­mów. Pro­szę tu po­dejść i czę­sto­wać się po­rząd­nym je­dze­niem. Do­ra­sta­ją­cy chłop­cy nie mu­szą być znów tacy chu­dzi.

Praw­dę mó­wiąc, od­kąd wi­dzia­ła mnie po raz ostat­ni, przy­bra­łem pięć kilo – dzię­ki no­we­mu tre­ne­ro­wi. Ale nie mia­łem za­mia­ru się z nią kłó­cić. Nie na­le­ża­ło się sprze­czać z pa­nią Mary. Na­wet mama to wie­dzia­ła.

– Wi­tam, pani Mary. Wy­glą­da pani jesz­cze pięk­niej.

To było coś, co po­wta­rza­łem rok w rok od pię­ciu lat. Na mój kom­ple­ment jej po­marsz­czo­ne po­licz­ki za­la­ły się ru­mień­cem.

– Ci­cho tam, chłop­cze. Obo­je wie­my, że to nie­praw­da. Za to moje cia­stecz­ka to coś, czym moż­na się za­chwy­cać.

Była dum­na ze swo­ich ku­li­nar­nych umie­jęt­no­ści, a ja z ko­lei by­łem od nich uza­leż­nio­ny. To wła­śnie dla­te­go pła­ci­łem jej, żeby pra­co­wa­ła tu cały rok, na­wet gdy mnie nie było w re­zy­den­cji. Lu­bi­łem myśl, że mogę tu przy­je­chać, kie­dy tyl­ko będę chciał. Utrzy­ma­nie domu da­wa­ło pra­cę nie tyl­ko pani Mary, ale i kil­ku in­nym oso­bom ze służ­by. Pani Mary mu­sia­ła za­trud­niać do­dat­ko­wych lu­dzi tyl­ko la­tem.

Sa­die

Nie mu­sia­łam być już prze­szu­ki­wa­na i do­sta­łam na­wet iden­ty­fi­ka­tor do po­ka­za­nia przy bra­mie. Spra­wy mia­ły się co­raz le­piej. Raz na­wet Fran się do mnie uśmiech­nę­ła. Po lun­chu pani Mary wy­sła­ła mnie na trze­cie pię­tro, gdzie znaj­do­wa­ła się więk­szość sy­pial­ni. Ła­two było mi za­po­mnieć, w czy­im domu sprzą­tam. Nie mia­łam żad­nych przy­ja­ciół, z któ­ry­mi mo­gła­bym się po­dzie­lić tą in­for­ma­cją. Zi­gno­ro­wa­nie fak­tu, że sto­ję w po­ko­ju, w któ­rym tego lata bę­dzie spa­ła naj­go­ręt­sza na­sto­let­nia gwiaz­da roc­ka, nie było więc czymś nie­moż­li­wym. We­szłam do jego sy­pial­ni i…

.

.

.

…(fragment)…

Całość dostępna w wersji pełnej