Oddychaj - Kardasz Nika - ebook + książka

Oddychaj ebook

Kardasz Nika

4,6

Opis

 

Kiedy kłamstwem staje się całe twoje życie, jedyne o czym marzysz to przestać oddychać.

 

Przewracając stronę za stroną pogrążycie się w głębinach niepewności, strachu, pożądania, miłości, intryg i kłamstw.

„On nie żyje... To moja wina… Moje serce nie bije. Umarłam razem z nim…”

Takie myśli codziennie towarzyszą Leili, która nie potrafi odnaleźć się po stracie najbliższej osoby.

Nate jest równie zagubiony jak ona, ale ukrywa swoje rany pod wizerunkiem nieustraszonego wojownika.

Oboje spotykają się w przedziwny sposób, w najmniej odpowiednich momentach swojego życia.

On nie wierzy w miłość. Ona nie potrafi jej przyjąć i ofiarować. Oszukują się przyjaźnią, która bardzo szybko przeradza się w głębsze uczucia.

Czy tak silna więź przetrwa na niepewnym gruncie?

I nagle dzwoni telefon…  Wszystko się zmienia. Przeszłość zaczyna się upominać o swoje.

„Nazwijmy rzeczy po imieniu. To dramat, romans, kryminał, sensacja. Zabieram Was na głębokie wody, gdzie aby przetrwać trzeba oddychać” Nika Kardasz, autorka

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 509

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,6 (68 ocen)
51
11
5
0
1
Sortuj według:
f118699a-3f48-4277-b96d-a85e923c8292

Nie oderwiesz się od lektury

świetna naprawdę dawno nie czytałam tak dobrze napisanej książki
20
Kammart

Nie oderwiesz się od lektury

Świetna, emocje atakują z każdej strony, zwroty akcji zaskakują, bohaterowie z krwi i kości. Trudno się oderwać i nie zarwać kolejnej nocy. Zdecydowanie polecam
20
monjac

Nie oderwiesz się od lektury

Rewelacyjna książka. Świetnie się czyta, bardzo fajnie jest napisana. Dużo zwrotów akcji, których czytelnik się nie spodziewał. Czekam na kolejne książki autorki ☺️
20
Teretalu5

Nie oderwiesz się od lektury

Przecudowna, pełna zwrotów akcji, których nikt się nie spodziewa ❣️
20
SyciaB

Nie oderwiesz się od lektury

FANTASTYCZNA!!!! jest w niej tyle emocji, że bolało mnie serce💔😭😱fabuła jest poprowadzona tak, że czytelnik żyje w niepewności i drży o bohaterów. A zakończenie takie rozwojowe...😁😉więc może będzie c.d.? Zdecydowanie POLECAM ❤️👍🤩
10

Popularność




Co­py­ri­ght © Nika Kar­dasz

Co­py­ri­ght © Wy­daw­nic­two Fe­niks Se­ba­stian Nie­wia­dom­ski, Kra­ków 2021

Wszel­kie Prawa Za­strze­żone

All ri­ghts re­se­rved

Re­dak­cja i ko­rekta:

Mo­nika Ma­chał

Pro­jekt okładki:

Ju­styna Sie­praw­ska

Zdję­cie na okładce:

Au­tor: Zo­lo­ta­revs

Źró­dło: https://www.shut­ter­stock.com

Dys­try­bu­cja:

OSDW Azy­mut Sp. z o.o.

ul. Got­tlieba Da­im­lera 2, 02-460 War­szawa

Wy­daw­nic­two:

Wy­daw­nic­two Fe­niks Se­ba­stian Nie­wia­dom­ski

Al. 29 Li­sto­pada 130/119, 31-408 Kra­ków

Ad­res do ko­re­spon­den­cji:

Wy­daw­nic­two Fe­niks Se­ba­stian Nie­wia­dom­ski

ul. Jó­zefa Ko­strzew­skiego 17, 30-437 Kra­ków

www.wy­daw­nic­two-fe­niks.pl

Re­dak­tor Na­czelny: Anna Fiał­kow­ska-Nie­wia­dom­ska

e-mail: re­dak­tor.na­[email protected]­daw­nic­two-fe­niks.pl

Pro­mo­cja i mar­ke­ting:

e-mail: mar­ke­[email protected]­daw­nic­two-fe­niks.pl

Nu­mer ISBN 978 83 66826 72 4

Spis tre­ści

– Część pierw­sza –

Przy­cho­dzi taki mo­ment w ży­ciu, że trzeba prze­stać czy­tać cu­dze książki i na­pi­sać wła­sną

– Al­bert Ein­stein

Kilka słów do mo­ich Czy­tel­ni­ków

Wsłu­chuję się w szum śród­ziem­no­mor­skich fal, a mo­kry pia­sek chło­dzi moje stopy. W tym miej­scu przy­szedł czas na re­flek­sję. Czas, aby od­po­wie­dzieć na py­ta­nie, z któ­rym musi zmie­rzyć się każdy pi­sarz i każda pi­sarka: dla kogo na­pi­sa­łam tę książkę?

Za­nim od­po­wiem, za­py­tam naj­pierw Cie­bie – kto jest naj­waż­niej­szą osobą w Twoim ży­ciu?

Oczy­wi­ście, że Ty!

Trzy­masz ster w dło­niach i tylko od Cie­bie za­leży, w którą stronę po­pły­niesz.

Dla­tego książkę w du­żej mie­rze na­pi­sa­łam dla sie­bie. Mo­żesz po­my­śleć, że to sa­mo­lubne, cho­ciaż na­zwa­ła­bym to ra­czej zdro­wym ego­izmem, ale nie martw się, bo Ty – drogi czy­tel­niku – je­steś na dru­gim miej­scu!

Uwiel­biam zni­kać w świe­cie ro­man­tycz­nych unie­sień, prze­ra­ża­ją­cych wzlo­tów i upad­ków głów­nych bo­ha­te­rów, z któ­rymi łą­czy mnie emo­cjo­na­lna więź. Stro­nię od płyt­kich hi­sto­rii i mam na­dzieję, że moja opo­wieść po­chło­nie Cię cał­ko­wi­cie. Bę­dzie mi nie­zmier­nie miło, je­śli się wzru­szysz i być może uro­nisz przy tym jedną łzę.

Warto, abyś wie­dział, skąd czer­pa­łam na­tchnie­nie.

W pi­sa­niu po­ma­gała mi mu­zyka. Każdy roz­dział jest po­prze­dzony frag­men­tem nie­przy­pad­ko­wej pio­senki. Na końcu książki znaj­duje się play­li­sta. Za­pisz ją w swoim smart­fo­nie i słu­chaj, gdy zła­pie Cię ro­man­tyczna chan­dra lub tę­sk­nota.

Tu­ne­zja jest pięk­nym kra­jem i cie­szę się, że to wła­śnie tu koń­czę swoją po­dróż z Nate’em i Le­ilą, ale, czy to na­prawdę ko­niec? Mam na­dzieję, że to tylko chwi­lowa prze­rwa na zła­pa­nie głęb­szego od­de­chu…

Pa­mię­taj, czy­tel­niku – od­dy­chaj!

– Część pierw­sza –

Pro­log

Obiekt wy­gląda na opusz­czony. Więk­szość okien jest po­wy­bi­jana. Zde­ze­lo­wany dach, bra­kuje nie­któ­rych drzwi, a trawa do­okoła sięga mi do pasa. Miej­sce przy­po­mina dom stra­chu jaki znaj­duje się w nie­mal każ­dym we­so­łym mia­steczku. Do­sta­nie się do środka bę­dzie bar­dzo pro­ste.

Bu­dy­nek jest duży, ale cel na­mie­rzam bez pro­blemu. Tylko w jed­nym oknie od­bija się ni­kłe świa­tło świec. To tam od­by­wają się ob­rady na te­mat na­stęp­nego zrzutu. Po paru mi­nu­tach, kiedy mam pew­ność, że te­ren jest czy­sty, za­kra­dam się pod upa­trzone wcze­śniej okno. Sły­szę roz­mowy. Bingo!

– Naj­pierw hera, po­tem koka. Zro­zu­mia­łeś?

Ner­wo­wość jaką sły­szę w gło­sie świad­czy o tym, że sprawy wy­mknęły im się spod kon­troli, ale z ko­rzy­ścią dla mnie.

– Ja­sne. Jak przy­je­dzie John pa­kuję resztę to­waru i się za­wi­jamy. O tej po­rze ruch bę­dzie nie­wielki – od­po­wiada młody gów­niarz. Chrypka w jego gło­sie świad­czy o nocy peł­nej wra­żeń.

– A co z amfą? Spóź­niony zrzut? Lu­dzie będą nie­za­do­wo­leni – do roz­mowy wtrąca się trzeci głos.

– Gówno mnie to ob­cho­dzi. To­war jest? Jest! Cena nie ulega zmia­nie.

– Kiedy przy­je­dzie boss?

– Lada mo­ment, więc wcią­gać póki nie wi­dzi.

Lada mo­ment. Nie mamy zbyt wiele czasu.

Bez­sze­lest­nie prze­miesz­czam się w stronę drzwi, gdzie czeka już na mnie Ca­ro­line z pi­sto­le­tem w dłoni. Na pal­cach po­ka­zuje liczbę osób prze­by­wa­ją­cych w środku. Ki­wam głową na po­twier­dze­nie.

Na umó­wiony znak wcho­dzimy do środka. Prze­cho­dzimy przez pro­wi­zo­ryczną kuch­nię i do­cie­ramy do drzwi, za któ­rymi cho­wają się na­sze pta­szyny. Na­gle opa­no­wuje mnie to dziwne uczu­cie – coś jest nie tak. Moja in­tu­icja ni­gdy mnie nie za­wo­dzi. Wszystko po­szło za pro­sto i za szybko. Sta­ty­styka jest wpraw­dzie po na­szej stro­nie. Osiem­dzie­siąt pro­cent osób z kar­telu to bez­do­mne, nie­wy­uczone dzie­ciaki, u któ­rych spryt i lo­giczne my­śle­nie są na bar­dzo ni­skim po­zio­mie. Dla­tego tak ła­two ich roz­pra­co­wu­jemy. Po nitce do kłębka, siatka po siatce.

Ca­ro­line rów­nież to czuje. Wi­dzę nie­pew­ność w jej du­żych zie­lo­nych oczach. Na­sza praca w wielu sy­tu­acjach wy­maga roz­szy­fro­wa­nia in­ten­cji i my­śli lu­dzi oraz in­ter­pre­ta­cji mowy ich ciał. Do­sko­nale na­uczy­łem się czy­tać za­równo z ru­chu warg, jak rów­nież z oczu. Tam od­bi­jają się wszyst­kie ludz­kie emo­cje.

Gdy­bym mógł cof­nąć czas, to dłu­żej przy­słu­chi­wał­bym się roz­mo­wom przy oknie, ale jest już za późno. Od­li­czam do trzech. Moc­nym ru­chem wy­ko­puję spróch­niałe drzwi, które bły­ska­wicz­nie wy­pa­dają z za­wia­sów. In­tu­icja mnie nie za­wio­dła…

Na ra­zie za­bi­jają nas wzro­kiem, za­miast użyć broni, którą każdy z nich trzyma w dłoni. „Zje­ba­łeś to, Col­lin!” – krzy­czy moja pod­świa­do­mość.

Więc pora na plan B. Spo­glą­dam na Ca­ro­line, która wła­śnie za­czyna wcie­lać go w ży­cie.

Moja pod­świa­do­mość już nie krzy­czy, a na­wet je­śli, to zo­staje za­głu­szona przez wy­strzały z broni…

Le­ila

We all got scars

We all get hurt so­me­ti­mes

We all got scars

Yours are the same as mine1

Lu­kas Gra­ham, Scars

– Po­sta­no­wi­łam dać so­bie drugą szansę. Na drugi dzień, za­nim wszy­scy pra­cow­nicy po­ja­wili się w biu­rze, po­roz­ma­wia­łam z sze­fem na te­mat mo­jej… dys­funk­cji. Po­pro­si­łam go, żeby za­miast dłoni, uży­wał słów po­chwały. Wy­ja­śni­łam, dla­czego nie to­le­ruję do­tyku, na­wet po­kle­pa­nia po ra­mie­niu… I prze­pro­si­łam za atak pa­niki.

– Jaka była re­ak­cja szefa?

– On… zro­zu­miał. Prze­pro­sił i za­czął mnie na­ma­wiać, że­bym wró­ciła do pracy. Po­wie­dział, że wi­dzi we mnie po­ten­cjał. Pierw­szy raz od czasu… gwałtu, po­czu­łam się po­trzebna.

Jej spusz­czony wzrok i drżące dło­nie są do­wo­dem na to, jak wiele kosz­to­wało ją to wy­zna­nie i przy­po­mnie­nie so­bie ca­łej tej sy­tu­acji. W oczach uczest­ni­ków te­ra­peu­tycz­nego kręgu wi­dzę uzna­nie, które rów­nież bije z mo­ich błę­kit­nych tę­czó­wek. Jed­nak u mnie po­dziw dla Lary mie­sza się z so­lidną dawką wstydu za Le­ilę.

Każda z tych dzie­się­ciu osób, po­mimo trau­ma­tycz­nych prze­żyć, utraty bli­skich osób i stra­chu przed otwo­rze­niem się na nowe ży­cie, zro­biła krok na­przó­dle. Każde z nich po­ko­nało swoje lęki, uwie­rzyło w sie­bie, po­ko­nało mur i wy­szło do lu­dzi.

Wy­grana dzie­siątka. Tylko tej je­de­na­stej się nie udało.

– Le­ila? – Głos te­ra­peuty od­pę­dza moje wsty­dliwe łzy. – Czy chcia­ła­byś się z nami czymś po­dzie­lić?

Mo­men­tal­nie czuję na so­bie spoj­rze­nia wszyst­kich osób, które w każdą środę i pią­tek chcą usły­szeć ode mnie coś no­wego. Po ci­chu li­czą na mój prze­ło­mowy krok. Za każ­dym ra­zem ich za­wo­dzę. Nie za­leży mi na ni­czyim uzna­niu. No, może z wy­jąt­kiem tych brą­zo­wych tę­czó­wek, które dum­nie zdo­bią twarz mo­jej przy­ja­ciółki, sie­dzą­cej na­prze­ciwko z no­tat­ni­kiem w dłoni.

Emma nie na­leży do wy­gra­nej dzie­siątki. Nie jest dwu­na­sta, a tym bar­dziej trzy­na­sta. Nie jest po­psuta, zła ani skrzyw­dzona. Wręcz prze­ciw­nie, jej głowa ma się cał­kiem do­brze. Jako stu­dentka psy­cho­lo­gii otrzy­mała szansę jedną na mi­lion – prak­tyki u zna­ko­mi­tego spe­cja­li­sty z dzie­dziny uza­leż­nień i zdro­wia psy­chicz­nego, dok­tora Mar­shalla. To rów­nież moja szansa jedna na mi­lion – te­ra­pia u naj­sku­tecz­niej­szego psy­cho­te­ra­peuty w Sta­nach. Emma, no­tu­jąc każde słowo dok­tora i wy­słu­chu­jąc na­szych zwie­rzeń, w stu pro­cen­tach wy­ko­rzy­stuje swoją ży­ciową szansę. Uczy się od naj­lep­szych, by mo­gła stać się jesz­cze lep­sza. Ja na­to­miast na­dal stoję w miej­scu. Świad­czą o tym słowa, które za­raz wy­po­wiem. Nie chcę po raz ko­lejny opo­wia­dać o kosz­ma­rach, które choć spo­ra­dycz­nie, na­dal się po­ja­wiają; mo­ich dy­le­ma­tach (jaki bu­kiet kwia­tów ku­pić na grób Col­lina?), czy o roz­mo­wie z wła­ści­cielką sklepu na te­mat ro­sną­cych cen wa­rzyw… W moim ży­ciu nie dzieje się nic istot­nego, więc od­po­wia­dam krótko:

– Nie mam nic do po­wie­dze­nia.

Le­żąc na tra­wie, w sa­mym sercu ogrodu, ra­zem z moim czwo­ro­noż­nym przy­ja­cie­lem, wpa­truję się w czarne chmury, które prze­sło­niły nocne gwiezdne wi­do­wi­sko. Za­zwy­czaj w ta­kiej sy­tu­acji bar­dzo nad tym ubo­le­wam. Oglą­da­nie gwiazd przed snem to mój stały ry­tuał, który to­wa­rzy­szy mi już od dziecka, ale dziś jest ina­czej. My­ślami na­dal je­stem w te­ra­peu­tycz­nym kręgu i wspo­mi­nam słowa uczest­ni­ków.

Jak to moż­liwe, że Lara po zbio­ro­wym gwał­cie zna­la­zła pracę i bez pro­blemu prze­bywa wśród lu­dzi? Nie boi się, że sy­tu­acja znowu się po­wtó­rzy? A Dave? Po śmierci swo­jej dziew­czyny i nie­uda­nej pró­bie sa­mo­bój­czej znowu cho­dzi na randki? Nie boi się ko­lej­nej straty? Jest jesz­cze Matt, który w wy­padku stra­cił nogę, a te­raz z pro­tezą na­dal bie­rze udział w wy­ści­gach sa­mo­cho­do­wych. Ana­sta­sia, do­stała kon­trakt es­tra­do­wej tan­cerki, choć po wiel­kim po­ża­rze zo­stała jej pa­miątka w po­staci po­pa­rzo­nej twa­rzy. Bill, który stra­cił mamę. Oli­via, Ja­sper, De­rek… i ja, która po śmierci brata w wy­padku sa­mo­cho­do­wym zre­zy­gno­wa­łam z ży­cia.

Mam wspa­niałą przy­ja­ciółkę, dwóch star­szych braci, ko­cha­nego psa, piękny dom i mimo tak wiel­kiego wspar­cia na­dal stoję w miej­scu. Do­słow­nie.

Od czasu wy­padku, który wy­da­rzył się nie­mal dwa lata temu, moje ży­cie za­mknęło się w tym pięk­nym domu, z tymi oso­bami. Z ni­kim się nie spo­ty­kam i ni­g­dzie nie wy­cho­dzę. Wy­jąt­kiem jest cmen­tarz i po­bli­ski sklep. Gdyby nie moi bra­cia, nie uczęsz­cza­ła­bym na­wet na te­ra­pię.

To jest bez sensu, skoro w środku i tak je­stem mar­twa.

Ro­bię to dla nich, aby w spo­koju mo­gli wieść nor­malne ży­cie. Nie chcę być dla ni­kogo cię­ża­rem. Nie­stety, nie od­gry­wam in­nej roli w ich ży­ciu. Po­nie­waż po śmierci brata cał­ko­wi­cie się wy­łą­czy­łam z ży­cia. Po­zo­stali bra­cia, za­cho­wy­wali się tak, jakby i mnie po­grze­bali ra­zem z nim.

Mimo wiel­kiej nie­chęci do te­ra­pii, dziś po raz pierw­szy coś po­czu­łam. Uzna­nie dla po­stę­pów mo­ich ko­le­gów, wstyd z po­wodu mo­jej bier­no­ści i… za­zdrość. Prze­nik­nęło mnie ogromne pra­gnie­nie ru­sze­nia do przodu. Cho­ciaż o krok da­lej.

Zry­wam się z miej­sca i po­mimo desz­czu, z dal­ma­tyń­czy­kiem u boku, bie­giem po­ko­nuję kładkę i mały za­gaj­nik na ty­łach domu, który pro­wa­dzi mnie wprost pod jej drzwi. Pu­kam z ca­łych sił i z lekką za­dy­szką cze­kam, aż otwo­rzy. Bła­gam w my­ślach, żeby była w domu. Jest pią­tek, więc to mało praw­do­po­do­bne, żeby ta im­pre­zowa dziew­czyna grzecz­nie le­żała w łó­żeczku. Pu­kam jesz­cze raz, z ca­łych sił.

– Emma! – mój roz­trzę­siony krzyk gi­nie w od­gło­sach bu­rzy, która roz­pę­tała się na nie­bie, jak i w moim wnę­trzu. – Po­trze­buję two­jej po­mocy… te­raz… – mó­wię już ci­szej, kiedy moje zre­zy­gno­wane ciało ka­pi­tu­luje i upa­dam na ko­lana. Po upły­wie chwili, je­stem prze­mo­czona i zmar­z­nięta. Kar­men szczeka bez opa­mię­ta­nia. Boi się bu­rzy i mo­jego ko­lej­nego za­ła­ma­nia.

Kiedy zbie­ram w so­bie siły, by wstać i odejść, drzwi się otwie­rają i uka­zuje się zie­lona twarz mo­jej przy­ja­ciółki, która w szla­froku, z tur­ba­nem na gło­wie i ma­seczką upięk­sza­jącą, mu­siała przed chwilą brać ką­piel. Za­pewne szy­kuje się na im­prezę.

– Le­ila? Ko­cha­nie, co się stało? – Jej zmar­twiona mina mówi mi, że oprócz pla­nów, ze­psu­łam jej rów­nież hu­mor. – Wstań z tego zimna, bo się prze­zię­bisz. Chodź­cie do środka, zro­bię go­rącą ką­piel.

„Tak, mu­szę iść da­lej”. Wstaję, ale na­dal stoję w miej­scu.

– Le­ila, wejdź pro­szę, nie każ mi uży­wać siły, do­piero co skoń­czy­łam tre­ning.

Jej żar­to­bliwa uwaga spływa po mnie ra­zem z kro­plami desz­czu.

– Nie ro­zu­miesz, ja… mu­szę iść na­przód. Mu­sisz mi po­móc.

– Dla cie­bie wszystko, sio­strzyczko. W czym mam ci po­móc?

Obie do­brze wiemy, czego do­ty­czy moja prośba, ale ona chce usły­szeć to na głos.

– Żyć na nowo.

Jej zie­lona twarz roz­pro­mie­nia się po­mimo burz­li­wej aury. Zmar­twie­nie w jej oczach szybko znika, za­stą­pione dziar­skim bły­skiem.

– Tra­fi­łaś pod do­bry ad­res, je­stem w tym naj­lep­sza.

Pa­damy so­bie w ra­miona. Cie­pło bi­jące z jej ciała ogrzewa moją prze­mo­czoną skórę i ko­ści. Czuję, jak cie­pła fala prze­nika wprost do wnę­trza i sta­pia lód wo­kół serca.

– Ba­łam się, że ni­gdy o to nie po­pro­sisz – szep­cze mi do ucha i ści­ska mnie jesz­cze moc­niej.

1 Je­żeli nie za­zna­czono ina­czej, wszyst­kie tłu­ma­cze­nia w tek­ście są tłu­ma­cze­niami au­torki:wszy­scy mamy bli­zny, cza­sami wszy­scy nas ra­nią, wszy­scy mamy bli­zny, Twoje są ta­kie same jak moje.

Nate

Tho­ugh we don’t share the same blood

You’re my bro­ther and I love you

That’s the truth2

Ko­da­line, Bro­ther

Czuję, jak pro­mie­nie po­ran­nego słońca draż­nią moje oczy, które zde­cy­do­wa­nie nie chcą się jesz­cze otwo­rzyć. Kiedy pod po­wie­kami ma­ja­czą resztki snu, moja pod­świa­do­mość pró­buje usta­lić, jaki jest dzi­siaj dzień ty­go­dnia. Nie­dziela?

Ta­aak! Zde­cy­do­wa­nie jest nie­dziela, mój or­ga­nizm za­pro­gra­mo­wany jest wtedy na dłuż­sze spa­nie. To je­dyny dzień, kiedy wiem, że nic nie mu­szę. Ce­lowo or­ga­ni­zuję cały ty­dzień tak, aby nie­dziela była tylko dla mnie. W po­zo­stałe dni mogę być do dys­po­zy­cji przez dwa­dzie­ścia cztery go­dziny na dobę, ale nie dziś! W siódmy dzień ty­go­dnia, jak Pan Bóg przy­ka­zał, od­po­czy­wam i na­bie­ram sił na cały na­stępny ty­dzień cięż­kiej pracy.

Sły­szę ha­łas do­bie­ga­jący z klatki scho­do­wej. Mu­szę otwo­rzyć oczy. Ale jak? Pod­świa­do­mie czuję, że go­dzina jest za wcze­sna, jed­nak nie mam wy­boru, bo ktoś od dłuż­szego czasu do­bija się do drzwi. Naj­pierw de­li­kat­nie się po­ru­szam, żeby obu­dzić za­sty­gnięte ciało. Nie­spo­dzie­wa­nie moja ręka na­tra­fia na coś mięk­kiego i wy­pu­kłego, a do nosa do­ciera za­pach ko­bie­cych per­fum. Te­raz w gło­wie ko­tłują się wspo­mnie­nia wczo­raj­szej nocy, które nie­wiele się róż­nią od co­ty­go­dnio­wych, so­bot­nich wie­czo­rów. Obok mnie leży Kate, z którą szcze­gól­nie no­cami miło spę­dzam czas.

Wy­plą­tuję się z jej ob­jęć i w końcu otwie­ram za­spane oczy, które po spoj­rze­niu na ze­ga­rek od razu się za­my­kają. Jest szó­sta rano! Kto bu­dzi mnie w nie­dzielę o szó­stej rano?! Ha­łasy z ko­ry­ta­rza są co­raz gło­śniej­sze. Mam wra­że­nie, jakby ktoś ko­pał w drzwi. Kurwa! Ogar­nia mnie tak wielka iry­ta­cja, że w jed­nej se­kun­dzie zry­wam się z łóżka, w biegu za­kła­dam spodenki i otwie­ram drzwi.

Do po­miesz­cze­nia wpada wy­soki chło­pak w zbyt luź­nych ciu­chach, z blond czu­pryną i uśmie­chem, który pra­wie ni­gdy nie scho­dzi mu z twa­rzy. Ian – lek­ko­duch, nie­po­prawny opty­mi­sta. Cał­ko­wite prze­ci­wień­stwo mnie. Gdyby ktoś kie­dyś po­wie­dział mi, że za­przy­jaź­nię się z taką osobą, ni­gdy bym nie uwie­rzył, ale tego, co jest mię­dzy nami, nie można na­zwać je­dy­nie przy­jaź­nią. Ian jest dla mnie jak brat, któ­rego ni­gdy nie mia­łem. Wy­cią­gnął do mnie po­mocną dłoń, kiedy osa­mot­niony przy­je­cha­łem do nie­zna­nego mia­sta, gdzie wszystko było mi obce. Wtedy, dwa lata temu, za­uwa­żył mnie na przy­stanku i bez żad­nych ogró­dek za­py­tał, czy ubie­gam się o główną rolę w se­rialu Za­gu­bieni. Tak wtedy wy­glą­da­łem i tak się też czu­łem. Znowu by­łem w ob­cym mie­ście. Ko­lejna prze­pro­wadzka, ko­lejne miesz­ka­nie, ko­lejny nowy start. By­łem już tym bar­dzo zmę­czony. Wy­bory, któ­rych do­ko­na­łem wcze­śniej w ży­ciu, za­gwa­ran­to­wały mi pewną przy­szłość, miesz­ka­nie i pie­nią­dze, ale nie dały mi spo­koju. Czu­łem, jak­bym nie miał nic. Szu­ka­łem róż­nych miejsc do ży­cia i po­gu­bi­łem się, a Ian to za­uwa­żył.

Do­piero on dał mi coś, o czym na­wet nie wie­dzia­łem, że ma­rzy­łem – na­miastkę wol­no­ści. Za­wód, który wy­ko­nuję, po­wo­duje, że ni­gdy nie będę w pełni nie­za­leżny. Dzięki Ia­nowi do­sta­łem nową pracę i miesz­ka­nie, które sam so­bie wy­bra­łem. Wiem, że ta idylla nie bę­dzie trwała wiecz­nie, ale cie­szę się każdą chwilą mo­jego tym­cza­so­wego ży­cia.

– Stary, mam ge­nialny po­mysł! – mówi z wielką eks­cy­ta­cją, a ja mam wra­że­nie, że za­raz uro­sną mu skrzy­dła i za chwilę od­leci do nieba.

– Super, nie mogę się do­cze­kać, aż go usły­szę, szcze­gól­nie w nie­dzielę o szó­stej rano!!! – nie ukry­wam swo­jego nie­za­do­wo­le­nia, oba­wia­jąc się jed­no­cze­śnie tego, co przy­szło mu do głowy.

Ian ma mi­lion po­my­słów na mi­nutę i więk­szość z nich re­ali­zuje wy­ła­mu­jąc się z sche­matu. Więk­szość lu­dzi jest jak ta krowa, co to wpraw­dzie jest gło­śna, ale mleka to z niej nie ma, lecz nie Ian. On nie rzuca słów na wiatr. Oto­cze­nie od­biera go jako dzi­waka z ogrom­nym nad­mia­rem ener­gii. Mało kto za­uważa, że Ian po­trafi do­brze spo­żyt­ko­wać ten za­pał – re­ali­zu­jąc swoje sza­lone po­my­sły. Rzadko się spo­tyka tak po­zy­tyw­nie za­krę­co­nych lu­dzi, ale to wła­śnie ja do­stą­pi­łem za­szczytu przy­jaźni z nim.

– Wiesz, dla­czego do­bi­jam się do cie­bie o szó­stej rano? – pyta, sia­da­jąc na stołku ba­ro­wym w nie­wiel­kiej kuchni. – Bo naj­lep­sze po­my­sły przy­cho­dzą mi do głowy o świ­cie, za­raz po prze­bu­dze­niu.

– Ro­zu­miem, Ian, że po raz ko­lejny ode­zwała się do cie­bie twoja nie­ogra­ni­czona pod­świa­do­mość, ale czy nie mo­głeś po­dzie­lić się ze mną tym po­my­słem o go­dzi­nie pięt­na­stej? – mó­wię i jak co rano szy­kuję so­bie na prze­bu­dze­nie szklankę zim­nej wody z miętą i cy­tryną. Do­brze wiem, że nie­prędko wrócę do łóżka. Nie po­zbędę się go tak szybko.

– Osza­la­łeś, Nate? Mu­szę to z sie­bie wy­rzu­cić, bo ina­czej ten po­mysł ze­żre mnie od środka.

– Do­bra, to co to za in­te­res ży­cia? – py­tam i sia­dam na­prze­ciwko niego, bo wiem, że po­mysł zwali mnie z nóg. Nie pierw­szy i za­pewne nie ostatni raz.

Ian po­daje mi nie­wielki skra­wek pa­pieru. To wy­ci­nek z ga­zety, cho­ciaż wy­raz ,,wy­ci­nek” to za dużo po­wie­dziane. Ian wy­darł ka­wa­łek strony, który naj­wy­raź­niej bar­dzo go za­in­te­re­so­wał. To cał­kiem w jego stylu. Nie zdzi­wił­bym się, gdyby uszko­dzona ga­zeta na­le­żała do przy­pad­ko­wego prze­chod­nia. Po­bież­nie czy­tam treść, da­lej nic nie ro­zu­mie­jąc. Pa­trzę py­ta­jąco na przy­ja­ciela.

– Nic nie ku­masz? Stary, prze­cież tam jest wszystko wy­ja­śnione – te­raz to on się iry­tuje.

Cho­dzi o ja­kiś pro­gram te­le­wi­zyjny. Ale co to ma wspól­nego z Ia­nem? Na lo­gikę nic mi się nie łą­czy. Boże, jaki on musi mieć chaos w gło­wie. Ian prze­rywa moje roz­my­śla­nia, wy­ry­wa­jąc mi ga­zetę z ręki. Wstaje i za­czyna krą­żyć po kuchni. Od­kąd tylko usiadł, wie­dzia­łem, że za­raz wsta­nie. Nad­miar ener­gii nie po­zwala mu na­wet na chwi­lową bier­ność.

– Sprawa jest pro­sta. Ko­ja­rzysz sta­cję Fun&Mu­sic?

– Wiesz, że nie oglą­dam te­le­wi­zji...

– Do­bra, mniej­sza o to. To sta­cja mu­zyczna, która ogło­siła ca­sting na po­mysł no­wego pro­gramu. Szu­kają cze­goś, co od­świeży ich ra­mówkę i dają szansę za­bły­snąć ama­to­rom. Chcą wy­pro­mo­wać ko­goś no­wego. Po­trze­bują świe­żej krwi.

– Ja­sne, ro­zu­miem, ale co to ma wspól­nego z tobą? Chyba nie chcesz mi po­wie­dzieć...

– No wresz­cie się do­my­śli­łeś, mordo! To moja je­dyna szansa na do­sta­nie się do te­le­wi­zji. Za­wsze o tym ma­rzy­łem. Być pro­du­cen­tem i stwo­rzyć coś, co po­ko­chają mi­liony lu­dzi…

Ian mówi da­lej, ale ja za­trzy­ma­łem się na po­czątku jego mo­no­logu. Ko­lejny sza­lony po­mysł, który chcąc nie chcąc będę mu­siał po­przeć. Od tego są przy­ja­ciele.

– Do­bra, ro­zu­miem – prze­ry­wam jego pa­pla­ninę. – Ale co z klu­bem?

Cho­dzi o klub spor­towy, w któ­rym ra­zem pra­cu­jemy. Ian jest me­na­dże­rem, a ja pro­wa­dzę za­ję­cia z krav magi, kick­bo­xingu i in­nych sztuk walki. Uwiel­biam tę pracę. W końcu czuję się speł­niony. Lecz jak już wspo­mi­na­łem wcze­śniej, wszystko za­wdzię­czam Ia­nowi. To on mnie za­trud­nił, mó­wiąc, że wy­glą­dam na ta­kiego, co się lubi bić. Rze­czy­wi­ście, mia­łem w tych kwe­stiach prze­szko­le­nie, więc by­łem ide­al­nym kan­dy­da­tem na to sta­no­wi­sko. Na po­czątku się wa­ha­łem. Nie mia­łem do­świad­cze­nia w na­ucza­niu in­nych. Praca po­le­ga­jąca na bez­po­śred­nim kon­tak­cie z in­nymi ludźmi nie znaj­do­wała się na szczy­cie mo­ich ma­rzeń, ale te­raz nie wy­obra­żam so­bie ro­bić nic in­nego.

– Prze­cież jedno nie szko­dzi dru­giemu. Zresztą czuję, że już się tam za­sie­dzia­łem. Po­trze­buję zmiany, a to jest ide­alna oka­zja.

– Okej. Skoro to za­wsze było twoim ma­rze­niem… – mó­wię z sar­ka­zmem, bo ni­gdy mi o tym nie wspo­mi­nał. – To na co cze­kasz? Zgłoś się. Do kiedy jest ter­min?

– Do końca przy­szłego ty­go­dnia – mówi z wa­ha­niem, dziw­nie mi się przy­glą­da­jąc.

– No to masz jesz­cze tro­chę czasu na na­pi­sa­nie sce­na­riu­sza, tak? Bo ro­zu­miem, że to jest wy­ma­gane?

Ian kręci głową, a na jego twa­rzy po­ja­wia się uśmie­szek, który nie wróży nic do­brego.

– Sam sce­na­riusz to za mało, Nate. Mu­szę zro­bić coś, czym przy­kuję ich uwagę. Wiesz, mu­szę czymś się wy­róż­nić – prze­rywa i pa­trzy na mnie, jak­bym wie­dział, co cho­dzi mu po gło­wie.

– Do­bra, kawa na ławę. Wiem, że już wszystko so­bie do­kład­nie za­pla­no­wa­łeś, więc w końcu wy­rzuć to z sie­bie – mó­wię zi­ry­to­wany, bo wi­dzę, że coś ukrywa.

– No tak. Wpa­dłem na po­mysł, żeby w ra­mach sce­na­riu­sza wy­słać im go­towy od­ci­nek. To naj­le­piej od­zwier­cie­dli mój za­mysł. Wiesz, po­każę emo­cje i przy­kuję uwagę. Na pewno zo­sta­nie im to w gło­wach na dłu­żej niż ka­wa­łek sce­na­riu­sza.

– Masz ra­cję, szkoda tylko, że jest to nie­wy­ko­na­lne. – Mu­szę spro­wa­dzić go na zie­mię, bo za da­leko po­pły­nął. Po­mysł na­prawdę jest do­bry, ale Ian chyba nie zdaje so­bie sprawy z tego, co jest po­trzebne do na­gra­nia do­brego ma­te­riału.

– Po­wie­dzia­łeś „nie­wy­ko­na­lne”? – po­wta­rza. – Co masz na my­śli, Nate?

– Co mam na my­śli? – Wstaję i na­le­wam so­bie ko­lejną szklankę wody. Na­prawdę to za wcze­sna pora na ta­kie roz­mowy. – Może to, że zo­stał ci rap­tem ty­dzień? Może to, że po­trze­bu­jesz pro­fe­sjo­nal­nego sprzętu? Stu­dia? Chęt­nych uczest­ni­ków? Może to, że… – Ian prze­rywa mi gło­śnym śmie­chem i z nie­do­wie­rza­niem kręci głową.

– Stary, ale ja to już wszystko ogar­ną­łem. – Pa­trzę na niego, jakby wy­ro­sła mu druga głowa. – Ty­dzień to do­kład­nie dzie­sięć ty­sięcy osiem­dzie­siąt mi­nut, czyli kupa czasu! Mam ziom­ków, któ­rzy wy­po­ży­czą mi stu­dio na pół dnia ra­zem ze sprzę­tem. Ob­róbką zajmę się sam, a głów­nym uczest­ni­kiem bę­dziesz ty. Wszystko mam za­pla­no­wane. Mu­szę tylko…

Nie sły­szę, co mówi da­lej. Kiedy do­ciera do mnie sens jego wy­po­wie­dzi, za­chły­stuję się wodą i gło­śno kaszlę, pró­bu­jąc zła­pać po­wie­trze.

– Spo­koj­nie, przy­ja­cielu – uspo­kaja mnie i kle­pie po ple­cach. – Wszystko ogar­niemy, zo­ba­czysz.

Rzu­cam mu mor­der­cze spoj­rze­nie, a kiedy znów mogę nor­mal­nie od­dy­chać, mó­wię:

– Jaja so­bie ze mnie ro­bisz? Nie we­zmę udziału w żad­nym re­ality show. Za­po­mnij! Po­pie­ram twoje sza­lone po­my­sły, ale wtedy, kiedy mnie w to nie mie­szasz!

– Stary, wy­lu­zuj. Prze­cież to nie jest żadne re­ality show. Nie bę­dziesz w te­le­wi­zji. Nikt, oprócz jury, nie bę­dzie tego wi­dział. Słu­chaj, na­prawdę nie mam kogo o to po­pro­sić, poza tym, jak sam za­uwa­ży­łeś, mam za mało czasu na wy­brzy­dza­nie. Je­steś ide­al­nym kan­dy­da­tem – prze­rywa i pa­trzy na mnie z wa­ha­niem i na­dzieją w oczach.

Je­żeli się nie zgo­dzę, będę głów­nym po­wo­dem jego po­rażki w speł­nie­niu tego ab­sur­dal­nego ma­rze­nia. Po pro­stu nie mogę po­wie­dzieć ,,nie”. Na pewno nie jemu. Ci­sza mię­dzy nami trwa sta­now­czo zbyt długo. Skra­cam jego męki i mó­wię:

– Za­nim w to wejdę, po­pro­szę o za­rys fa­buły.

Na jego twarz po­wraca sze­roki uśmiech, a w oczach za­uwa­żam sza­leń­stwo. Czyli wszystko w nor­mie.

Go­dzinę póź­niej, da­lej sie­dzimy w kuchni, de­ba­tu­jąc o sce­na­riu­szu Iana. Cho­ciaż ja głów­nie słu­cham i po­ta­kuję. Nie wiem, co po­wie­dzieć. Nie chcę go ura­zić, a tym bar­dziej uga­sić jego en­tu­zjazm. Wi­dzę, jak wielką ra­dość mu to spra­wia i jaką ogromną na­dzieję w tym po­kłada. Mimo że nie mam naj­mniej­szej ochoty an­ga­żo­wać się w ten pro­gram, nie zo­sta­wię go na lo­dzie.

– Może le­piej już pójdę – mówi w pew­nej chwili i wstaje od stołu. – Chyba mu­sisz wszystko na spo­koj­nie prze­tra­wić.

Kie­ruje się do wyj­ścia, a ja bez słowa po­dą­żam za nim.

– Wszystko okej, stary? – do­py­tuje po dro­dze. – Dawno nie by­łeś taki mil­czący.

– Nie wiem czy pa­mię­tasz, ale za­fun­do­wa­łeś mi po­budkę o szó­stej rano! Mój mózg ma prawo dzia­łać na zwol­nio­nych ob­ro­tach.

Na­gle za mo­imi ple­cami po­ja­wia się Kate. Obej­mu­jąc mnie w pa­sie, szep­cze do ucha uwo­dzi­ciel­skie ,,dzię­kuję” i wita się z Ia­nem.

– No hej. Tak my­śla­łam, że to ty po­rwa­łeś mi chło­paka. Nie będę kon­ku­ro­wać o twoją uwagę, Nate. W tym trio wiem, że je­stem na prze­gra­nej po­zy­cji. Zwal­niam ci miej­sce, Ian – żar­tuje, a kiedy od­cho­dzi, obaj po­dzi­wiamy jej urodę. Kształty ma ide­alne. Nie ukry­wam, że li­czy­łem jesz­cze na przy­jemny po­ra­nek w jej to­wa­rzy­stwie, ale może i do­brze, że już po­szła. Będę mógł w spo­koju po­my­śleć, a Ian za­dbał o to, abym miał o czym.

– Jak ty to ro­bisz, że zgar­niasz same za­je­bi­ste sztuki? – mówi z po­dzi­wem. – Wła­śnie dla­tego na­da­jesz się do mo­jego pro­gramu jak nikt inny. – Uśmie­cha się sze­rzej i w końcu wy­cho­dzi z miesz­ka­nia. – Zni­kam, bo jesz­cze się roz­my­ślisz. Na ra­zie, stary!

– Na ra­zie – od­po­wia­dam, a kiedy za­my­kam drzwi, sły­szę jego głos z da­leka:

– Obiad u mamy!

Ki­wam głową i jak naj­szyb­ciej udaję się do łóżka, żeby zy­skać jesz­cze tro­chę snu.

Jed­nak nie jest to ła­twe, bo za dużo in­for­ma­cji krąży mi po gło­wie. Po­mysł Iana zu­peł­nie nie przy­padł mi do gu­stu. Jego pro­gram jest po­do­bny do randki w ciemno. Mam po­ca­ło­wać pięć dziew­czyn i na pod­sta­wie sa­mych po­ca­łun­ków zde­cy­do­wać, które z nich mają przejść do dru­giego etapu. Cały myk po­lega na tym, że za­równo ja, jak i one, mamy za­wią­zane oczy. Nie wi­dzimy się, nie sły­szymy, tylko czu­jemy. W dru­gim eta­pie mogę zo­ba­czyć dziew­czyny, po­roz­ma­wiać z nimi i po raz ko­lejny po­ca­ło­wać. Osta­tecz­nie z dwiema wy­bie­ram się na ca­ło­dniową randkę.

Kiedy dłu­żej się nad tym za­sta­na­wiam, nie mogę uwie­rzyć, że tak ła­two się zgo­dzi­łem. Mimo, że to tylko pro­to­typ pro­gramu, nie będę czuł się kom­for­towo. To do­bre dla ro­man­ty­ków, a ja je­stem nie­wie­rzą­cym. Nie wie­rzę w mi­łość. Z tą my­ślą za­pa­dam w głę­boki sen.

2Cho­ciaż nie dzie­limy tej sa­mej krwi, je­steś moim bra­tem i ko­cham cię, to prawda.

Nate

They say home is where the he­art is

but my he­art is wild and free

So am I ho­me­less

Or just he­ar­tless? 3

Pas­sen­ger, Home

Nie­dzielne obiadki u El­len stały się obo­wiąz­ko­wym punk­tem dnia. Wy­star­czyło, że raz spró­bo­wa­łem jej kuchni, a od tego mo­mentu nie po­tra­fię od­mó­wić so­bie tej przy­jem­no­ści.

El­len to praw­dziwa mama, w peł­nym tego słowa zna­cze­niu. Taka, jaką każdy po­wi­nien mieć. Ja nie­stety nie mam już matki, ale cie­szę się ze szczę­ścia Iana. Ma osobę, na którą za­wsze może li­czyć. Ma miej­sce, do któ­rego za­wsze może wró­cić. Dom, któ­rego tak bar­dzo mi bra­kuje i to pew­nie z tego po­wodu tro­chę się tu za­do­mo­wi­łem.

Jest w nim pach­nąca do­mo­wymi wy­pie­kami kuch­nia, sa­lon z ogrom­nym sto­łem i ko­min­kiem, przy­tulne dwa po­koje sy­pial­niane i ma­lutka ła­zienka. Choć bu­dy­nek jest mu­ro­wany, w środku kró­luje drewno, co na­daje wnę­trzu uni­kalny, ro­dzinny kli­mat. Wcho­dząc do tego domu, za­po­mi­nasz o tęt­nią­cym ży­ciem mie­ście Santa Mo­nica i prze­no­sisz się w cza­sie do wiej­skiej, ro­dzin­nej chatki.

W tym cie­płym domu bra­kuje jed­nak mi­ło­ści mał­żeń­skiej. Od po­nad trzech lat El­len jest wdową. Jej mąż Erick był ma­ry­na­rzem. Ko­chał mo­rze i naj­wy­raź­niej ono ko­chało jego, skoro już go jej nie od­dało. El­len za­wsze cie­pło wspo­mina swoje mał­żeń­stwo. Mówi, że to naj­lep­sze, co ją w ży­ciu spo­tkało. Wpra­wia mnie to w zdu­mie­nie, bo prze­cież nie ma tu happy endu.

Może rze­czy­wi­ście była szczę­śliwa, jak opo­wia­dała, ale czy było warto, skoro na końcu i tak cier­piała? W osta­tecz­nym roz­ra­chunku mi­łość za­daje zbyt wiele bólu, dla­tego trzy­mam się od niej z da­leka.

Po śmierci męża El­len całe dnie spę­dzała w kuchni. Ta atrak­cyjna ko­bieta po pięć­dzie­siątce nie miała za­miaru na siłę wy­peł­niać pustki po mężu. W pełni od­dała się go­to­wa­niu. Jak mó­wiła, to po­mo­gło prze­trwać jej naj­cięż­sze chwile. Gdy zaj­mo­wała się go­to­wa­niem i pie­cze­niem, jej my­śli nie krą­żyły wo­kół tra­ge­dii, która zła­mała jej serce na pół. Jedna po­łowa po­zo­stała przy mężu, a druga, na­dal ak­tywna, biła dla Iana, któ­remu sta­rała się prze­ka­zać mi­łość do go­to­wa­nia, ale jak do­tąd z mar­nym skut­kiem.

Kiedy wcho­dzę do ja­dalni, sły­szę go­spo­dy­nie domu, która czę­sto pod­czas go­to­wa­nia nuci coś pod no­sem. Ian jesz­cze nie przy­szedł, więc sam zaj­muję swoje miej­sce przy stole.

– Na­kła­daj so­bie, ko­cha­nie. Nie bę­dziemy cze­kać na Iana. Spóźni się, bo za­ła­twia wszystko do tego kon­kursu w te­le­wi­zji – mówi El­len, po­da­jąc prze­pysz­nie pach­nącą za­pie­kankę z ma­ka­ro­nem i so­sem se­ro­wym.

– Chyba nie je­stem wsta­nie cze­kać dłu­żej. Od sa­mego za­pa­chu się śli­nię.

El­len śmieje się i na­lewa nam le­mo­niady wła­snej ro­boty. Ta ko­bieta czer­pie więk­szą ra­dość z pa­trze­nia, jak ktoś za­jada się jej da­niami niż z sa­mego go­to­wa­nia. Wszystko, co­kol­wiek zrobi, roz­pływa się w ustach.

Kiedy siada, za­myka oczy i od­ma­wia krótką mo­dli­twę:

– Dzię­ku­jemy ci Boże, za wszyst­kie dary, które dziś spo­ży­wać mamy. Niech wszy­scy głodni znajdą po­ży­wie­nie, a ci co ode­szli, osią­gną zba­wie­nie. Amen. Smacz­nego, Nate.

– Na­wza­jem, El­len – mó­wię i biorę duży kęs, któ­rym nie po­tra­fię się de­lek­to­wać. Je­stem tak głodny, że po­ły­kam go w ca­ło­ści.

– Nate, spo­koj­nie, jesz­cze się po­pa­rzysz. Wi­dzę, że ci sma­kuje. Przy­po­mnij mi, to spa­kuję ci tro­chę do domu.

– Prze­pra­szam, ale je­stem nie­sa­mo­wi­cie głodny. Sma­kuje mi do­słow­nie wszystko, co go­tu­jesz. Na­prawdę masz wielki ta­lent. Nie wiem, jak długo mam cię jesz­cze prze­ko­ny­wać, że­byś otwo­rzyła wła­sną firmę ca­te­rin­gową. Zro­bię ci świetną re­klamę.

– Oj, skar­bie. Go­tuję, bo lu­bię, chyba nie po­tra­fi­ła­bym brać za to pie­nię­dzy. Poza tym wcale mi ich nie bra­kuje.

– Pie­nię­dzy ni­gdy nie za wiele. Za do­dat­kową go­tówkę mo­gła­byś ku­pić lep­szy sprzęt i pro­dukty. A skoro kar­mie­nie lu­dzi daje ci tak dużo szczę­ścia, to dla­czego nie zro­bić tego na więk­szą skalę? By­ła­byś jesz­cze bar­dziej szczę­śliwa.

Na­szą roz­mowę prze­rywa Ian, który wpada do środka jak hu­ra­gan. Te­raz to na­prawdę uro­sły mu skrzy­dła. Chyba wszystko układa się po jego my­śli.

– Prze­pra­szam za spóź­nie­nie, ale nie uwie­rzy­cie! Udało mi się wszystko za­ła­twić. No, pra­wie wszystko. – Siada i na­kłada so­bie sporą por­cję ma­ka­ronu. On też jest wiel­kim fa­nem kuchni swo­jej mamy.

– To świet­nie synku! Za­wsze w cie­bie wie­rzy­łam! Smacz­nego, ko­cha­nie – mówi El­len, a na jej twa­rzy po­ja­wia się szczery uśmiech. To prawda, Ian za­wsze mógł li­czyć na matkę. Ni­gdy nie wi­dzia­łem tak sil­nej więzi mię­dzy ludźmi. Ona, tak jak ja, nie kry­ty­ko­wała jego sza­lo­nych po­my­słów.

Szkoda, że nie bie­rze przy­kładu z syna. Bra­kuje jej od­wagi, żeby zdo­być się na otwo­rze­nie wła­snego biz­nesu. Tak wielki ta­lent się mar­nuje, ale nie dam jej tak ła­two spo­koju i przy każ­dej moż­li­wej oka­zji będę wał­ko­wał ten te­mat.

– Stu­dio jest, ope­ra­to­rzy są, główny bo­ha­ter jest – mówi i szcze­rzy się do mnie, na co ja uśmie­cham się kwa­śno. – We wto­rek na­gry­wamy.

Do­brze, że w tym mo­men­cie nie mia­łem ni­czego w ustach. Za­dła­wić się je­dze­niem El­len, to mar­no­traw­stwo i głu­pota. Ian na­prawdę szybko to za­ła­twił. Tliła się we mnie na­dzieja, że może jed­nak coś pój­dzie nie tak.

– Wi­dzę, że nie próż­nu­jesz. Wy­star­czyło kilka go­dzin, a plan już jest go­towy do re­ali­za­cji. Gra­tu­la­cje, stary – sta­ram się brzmieć, jak naj­bar­dziej szcze­rze.

– Tak się cie­szę, że mu w tym po­ma­gasz – roz­pro­mie­nia się El­len. – Je­steś ide­al­nym kan­dy­da­tem i kto wie, może rze­czy­wi­ście po­znasz tam fajną dziew­czynę.

Żad­nej mi­ło­ści, żad­nych ran­dek. Ile razy mam im to po­wta­rzać?

Ian wy­bu­cha śmie­chem, a ja ga­szę en­tu­zjazm El­len, która nie może do­cze­kać się dnia, aż przy­pro­wa­dzę dziew­czynę, na nie­dzielny obiad.

– O nie, nie. Po­ma­gam Ia­nowi, ale nie mam za­miaru mie­szać w to żad­nych uczuć – mó­wię zi­ry­to­wany. Na szczę­ście zdą­ży­łem po­de­lek­to­wać się obia­dem, za­nim ze­psuli mi hu­mor.

– Och, Nate, nie uciek­niesz od mi­ło­ści. Ona też cię w końcu do­rwie i prze­wróci twoje ży­cie do góry no­gami – ko­bieta uśmie­cha się i pa­trzy z roz­ma­rze­niem na zdję­cia męża, wi­szące przy ko­minku.

Nie chcąc ro­bić jej przy­kro­ści, po pro­stu zmie­niam te­mat i do­py­tuję Iana o szcze­góły.

– Co jesz­cze zo­stało do za­ła­twie­nia?

– Dziew­czyny. – Prze­rywa po­si­łek i wy­ciąga te­le­fon, prze­glą­da­jąc kon­takty.

– Ian…– mówi El­len i z dez­apro­batą pa­trzy na ko­mórkę syna.

Za­sada wpro­wa­dzona przez pa­nią domu, to za­kaz uży­wa­nia te­le­fonu pod­czas spo­ży­wa­nia po­siłku. W do­bie tech­no­lo­gii te­le­fon jest jak za­pa­sowy mózg i wy­daje się nam nie­zbędny. Na po­czątku ciężko było się od­zwy­czaić, ale te­raz bez pro­blemu wy­łą­czam te­le­fon za każ­dym ra­zem, kiedy prze­kra­czam próg ich domu.

– Oj, ma­muś. Chyba nie chcesz mi sta­nąć na dro­dze do sławy? – od­po­wiada swoim słod­kim gło­si­kiem, któ­remu El­len nie po­trafi się oprzeć.

– Do­brze, tym ra­zem ci wy­ba­czam, bo wiem, że masz mało czasu. To wy so­bie po­roz­ma­wiaj­cie, a ja przy­go­tuję de­ser. – Ko­bieta znika w kuchni, a ja już nie mogę się do­cze­kać ko­lej­nego sma­ko­łyku. To rów­nież stały punkt nie­dziel­nego obiadu, dla­tego sta­ram się za­wsze zo­sta­wić tro­chę miej­sca na jej wy­pieki, do któ­rych nie umy­wają się na­wet naj­lep­sze cia­sta w eks­klu­zyw­nych cu­kier­niach. Na­prawdę, ta ko­bieta nie zdaje so­bie sprawy, ja­kie czary wy­pra­wiają jej ręce.

– Znam sporo faj­nych la­sek, ale naj­pierw mu­szę prze­pro­wa­dzić wstępną se­lek­cję – wzdy­cha Ian.

– Mar­twisz się se­lek­cją? Na twoim miej­scu mo­dlił­bym się, żeby one w ogóle chciały wziąć w tym udział.

– A co to za pro­blem? Prze­cież każdy lubi się ca­ło­wać – bez­tro­sko wzru­sza ra­mio­nami. – Ko­biety lu­bią ro­manse, randki, piesz­czoty. To ich kli­mat. Uwierz mi stary, naj­wię­cej opo­rów masz ty i w ogóle nie ro­zu­miem, dla­czego. Za­wsze po­wta­rzasz, że mi­łość ci nie grozi, więc czego się bo­isz? – Pa­trzy na mnie wy­mow­nie. – Na im­pre­zach z ła­two­ścią ob­ra­casz kilka la­sek, a te­raz cho­dzi tylko o po­ca­łu­nek. Czemu się tak spi­nasz?

Sam do końca nie wiem. Może, dla­tego, że nie lu­bię, kiedy ktoś mi mówi, co mam ro­bić. Wiem, że mam się tylko wcie­lić w rolę amanta, ale cały po­mysł od sa­mego po­czątku mi się nie po­do­bał. Może nie po­mysł, ale moja w nim rola. Nie lu­bię fik­cji. W moim ży­ciu było jej zde­cy­do­wa­nie za dużo.

– Obie­ca­łem, że ci po­mogę i zro­bię to jak naj­le­piej. Je­żeli za­ła­twisz same za­je­bi­ste la­ski, po­sta­ram się jesz­cze bar­dziej – żar­tuję, żeby roz­ła­do­wać na­piętą sy­tu­ację.

– Ja mam same za­je­bi­ste ko­le­żanki – śmieje się Ian, a El­len po­daje szar­lotkę na cie­pło z bitą śmie­taną. Znowu je­stem w raju.

3Mó­wią, że dom jest tam, gdzie twoje serce, ale moje serce jest dzi­kie i wolne, je­stem więc bez­do­mny? Czy tylko bez serca?

Nate

And I’d give up fo­re­ver to to­uch you

‘Cause I know that you feel me so­me­how

You’re the clo­sest to he­aven that I’ll ever be

And I don’t want to go home ri­ght now4

Goo Goo Dolls, Iris

Je­stem pod wra­że­niem tego, co dzieje się wo­kół mnie. Jest wto­rek. Ten prze­klęty wto­rek. Stoję na środku nie­du­żego stu­dia, a lu­dzie uwi­jają się do­okoła jak mrówki.

Skąd do li­cha Ian ich wszyst­kich wy­trza­snął? Chyba po­ru­szył niebo i zie­mię, żeby w tak krót­kim cza­sie zgrać wszystko.

Po ich ru­chach można za­uwa­żyć, że to lu­dzie zna­jący się na rze­czy. Jest na­wet ko­bieta od make-upu. Ian pod­szedł do te­matu bar­dzo pro­fe­sjo­nal­nie, do­pi­na­jąc wszystko na ostatni gu­zik. Na po­czątku my­śla­łem, że ten cały po­mysł z pro­gra­mem, to jego chwi­lowy ka­prys. Chyba jed­nak się my­li­łem.

Kiedy ob­ser­wuję tę całą krzą­ta­ninę, na­prawdę za­czy­nam się stre­so­wać, a fakt, że jest to tylko fik­cja, wcale mnie nie uspo­kaja. Co in­nego ca­ło­wać się z la­ską na osob­no­ści, a co in­nego przed pu­blicz­no­ścią i to, jak się oka­zuje wcale nie­małą.

Szu­kam wzro­kiem Iana. Jest tak za­ab­sor­bo­wany, że jesz­cze dzi­siaj nie zdą­ży­łem za­mie­nić z nim słowa. Biega tam i z po­wro­tem wy­da­jąc różne ko­mendy. Kiedy na­sze spoj­rze­nia się spo­ty­kają wi­dzę, że nie jest z nim do­brze. To nie jest ten wy­lu­zo­wany i pe­łen ener­gii Ian, który uśmie­chem roz­ła­do­wuje każdą na­piętą sy­tu­ację. Daję mu niemy znak, żeby wy­szedł na ze­wnątrz. Re­aguje od razu. Zre­zy­gno­wany, z opusz­czoną głową zo­sta­wia ten cały har­mi­der, ko­rzy­sta­jąc z wyj­ścia ewa­ku­acyj­nego.

Na ze­wnątrz ude­rza we mnie fala go­rą­cego po­wie­trza wraz z ośle­pia­ją­cym słońcem. Au­to­ma­tycz­nie szu­kam za­cie­nio­nego miej­sca, gdzie bę­dziemy mo­gli zła­pać głęb­szy od­dech. W tym roku lato w Ka­li­for­nii jest bez­li­to­sne. Miesz­kań­ców jed­nak bar­dzo to cie­szy. Im wię­cej słońca, tym wię­cej tu­ry­stów. Ze względu na śród­ziem­no­mor­ski kli­mat, Santa Mo­nica jest jed­nym z naj­słyn­niej­szych ośrod­ków tu­ry­stycz­nych w po­łu­dnio­wej Ka­li­for­nii. Ocean, sze­roka plaża, bo­gata pro­me­nada oraz molo z ro­dzin­nym par­kiem roz­rywki, cie­szą się ogromną po­pu­lar­no­ścią. To za­tło­czone mia­sto dało mi to, czego po­trze­bo­wa­łem – schro­nie­nie. Je­żeli je­steś po­szu­ki­wany, to mu­sisz zro­bić wszystko, aby twoi prze­ciw­nicy nie mo­gli tra­fić na twój trop.

Prze­cią­gły jęk przy­po­mina mi, po co ja wła­ści­wie się na­ra­żam na po­pa­rze­nie sło­neczne. Mój nad­po­bu­dliwy przy­ja­ciel oczy­wi­ście nie sie­dzi sku­lony w cie­niu, a krąży po par­kingu ni­czym zwie­rzę po wy­biegu. Kiedy przy­glą­dam mu się dłuż­szą chwilę, wi­dzę wy­raź­nie, jak bar­dzo się stre­suje. Nie przy­po­mina wy­głod­nia­łego lwa, a ra­czej spło­szoną owieczkę.

Za­nim udaje mi się wy­po­wie­dzieć słowo, on mnie uprze­dza:

– Za­raz zwa­riuję. Ni­gdy na ni­czym mi tak nie za­le­żało. Je­żeli coś pój­dzie nie tak…

Muszę za­re­ago­wać sta­now­czo. Na Iana czeka cała sala, musi wziąć się szybko w garść. Sta­ram się go uspo­koić, ale to wy­maga uży­cia siły. Wy­ko­rzy­stuję więc prze­wagę, jaką za­pew­nia mi moja mu­sku­larna po­stura i w kilka se­kund przy­pie­ram prze­stra­szo­nego Iana do roz­grza­nej ściany bu­dynku.

– Pa­mię­tasz, co za­wsze po­wta­rza­łeś, kiedy mia­łem blo­kadę w pracy? – Pa­trzę w jego sza­ro­nie­bie­skie oczy, w któ­rych od­bija się strach i nie­pew­ność. Ni­gdy tego u niego nie wi­dzia­łem.

– Wszystko co so­bie wy­my­ślisz, uda się na pewno. Mu­sisz tylko w sie­bie uwie­rzyć – po­wta­rza swoje słowa. Jego wzrok prze­staje błą­dzić, a od­dech nieco się uspo­kaja. Po­lu­zo­wa­łem uścisk, aby przejść do ataku słow­nego.

– Po­wiem ci coś. Te słowa ni­gdy do mnie nie do­cie­rały. Kiedy je sły­sza­łem, nie czu­łem żad­nego olśnie­nia, żad­nej mo­ty­wa­cji, które za­pewne po­wi­nie­nem po­czuć. Ale kiedy wbi­ja­łeś do mo­jej dur­nej głowy, że­bym wziął się w garść, wi­dzia­łem w two­ich oczach na­dzieję i wiarę we mnie.. Za każ­dym ra­zem prze­ła­my­wa­łem strach i nie­pew­ność… nie dla sie­bie, ale dla cie­bie. To ona była dla mnie mo­ty­wa­to­rem do dal­szej walki. Chcia­łem, że­byś za­wsze był ze mnie dumny.

Ian wy­gląda na zszo­ko­wa­nego, za­pewne nie spo­dzie­wał się usły­szeć tak szcze­rego wy­zna­nia. Tym­cza­sem kon­ty­nu­owa­łem da­lej:

– Chcia­łem ci po­wie­dzieć, że nie­ważne, jak to wszystko da­lej się po­to­czy, Czy make-up bę­dzie okej, czy ka­me­rzy­sta zrobi od­po­wied­nie zbli­że­nie, czy świa­tła będą do­brze usta­wione… Nie­ważne! Stary, bo ja już je­stem z cie­bie dumny! Kto w kilka dni ze­brałby tych wszyst­kich lu­dzi w jed­nym miej­scu? Tylko ty je­steś do tego zdolny. Od­wa­li­łeś ka­wał do­brej ro­boty, a jaki bę­dzie efekt koń­cowy? Nie­ważne! Niech się dzieje, co ma być, na całą resztę nie masz już wpływu. Swoją część pracy wy­ko­na­łeś bar­dzo do­brze! Ro­zu­miesz?

YOLO5!

Ostat­nie słowo za­ła­twia wszystko. W jego oczach po­ja­wiają się łzy, a na twa­rzy zna­jomy uśmiech.

– YOLO!

Udało się, obu­dzi­łem daw­nego lwa. Chło­pak za­myka mnie w niedź­wie­dzim uści­sku, przez co i mi udziela się jego wzru­sze­nie. To je­dyny czło­wiek, któ­rego do­pu­ści­łem do sie­bie tak bli­sko.

Gwar, jaki pa­no­wał do tej pory w stu­dio na­grań, ustał. Mam wra­że­nie, że sły­chać je­dy­nie dud­nie­nie mo­jego serca. Ian za­wią­zał mi oczy, czar­nym ka­wał­kiem ma­te­riału. Wy­sze­dłem bar­dzo da­leko poza strefę kom­fortu. Po­zwo­li­łem so­bie ode­brać naj­waż­niej­szy ze zmy­słów, więc nie mogę w pełni pa­no­wać nad sy­tu­acją. Za­wsze mu­szę mieć wszystko pod kon­trolą, dla­tego jak ognia uni­kam sy­tu­acji, które niosą ze sobą ele­ment za­sko­cze­nia. A te­raz sam się w taką sy­tu­ację wpa­ko­wa­łem. Dla Iana.

– Nie stre­suj się Nate, sta­raj się być na­tu­ralny. Zo­ba­czysz, pierw­szy raz bę­dzie może nieco kło­po­tliwy, ale po­tem samo pój­dzie – uspo­kaja mnie głos przy­ja­ciela. Chyba za­uwa­żył, że nieco się spią­łem. – Wszy­scy na miej­sca. Uwaga! Ak­cja!

Sły­szę, jak wpro­wa­dzają pierw­szą dziew­czynę. Czuję za­pach prze­sło­dzo­nych per­fum, nie wróży to do­brze. Ro­bię pierw­szy ruch, wy­cią­gam rękę i de­li­kat­nie ją przy­cią­gam. Nie chcę od razu przejść do po­ca­łunku. Chciał­bym naj­pierw wy­ba­dać te­ren, ale dziew­czyna od­biera mi tę moż­li­wość i od razu za­biera się do rze­czy. Wzro­stem pra­wie mi do­rów­nuje, co jest za­ska­ku­jące, bo ja sam mam około me­tra dzie­więć­dziesięciu. Nie lu­bię wiel­ko­lu­dów, gu­stuję ra­czej w fi­li­gra­no­wych ko­bie­tach. Je­stem mile za­sko­czony, kiedy moje wę­dru­jące dło­nie na­po­ty­kają dość bujne kształty. Czuję przy­jemny na­cisk jej spo­rego biu­stu i de­li­katne dło­nie głasz­czące mój dwu­dniowy za­rost. O dziwo, dziew­czyna nie jest zde­ner­wo­wana, więc i ja się roz­luź­niam. Szybko wy­czu­wamy wspólny rytm i nie mija chwila, a na­sze usta łą­czą się w mo­krym po­ca­łunku. Jest za­dzi­wia­jąco przy­jem­nie. Dziew­czyna się roz­kręca i szybko za­pra­sza mnie swoim ję­zy­kiem do śmiel­szej za­bawy. Kiedy przy­po­mi­nam so­bie, gdzie je­stem i po co to ro­bię, szybko koń­czę po­ca­łu­nek. Ko­biety to ku­si­cielki ła­two się przy nich za­tra­cić. Uśmie­cham się pod no­sem i de­li­kat­nie wy­co­fuję.

Hmm… to na­wet cie­kawe do­świad­cze­nie.

Kiedy dziew­czyna wy­cho­dzi, Ian ściąga mi opa­skę z oczu.

– Stary, po­wiedz mi, jak ty to ro­bisz? La­ski na­wet kiedy cię nie wi­dzą, to cią­gną do cie­bie jak psz­czoły do miodu – mówi pod­eks­cy­to­wany – Nate, to było ge­nialne! Tak na­tu­ralne… Wie­dzia­łem, że na­da­jesz się do tej roli!

– Spo­koj­nie, Ian. W końcu to tylko po­ca­łu­nek. Fi­lo­zo­fii w tym nie ma – wzru­szam ra­mio­nami, a ma­ki­ja­żystka za­czyna po­pra­wiać mi coś na po­licz­kach. – To na­prawdę ko­nie­czne? – bą­kam nie­za­do­wo­lony. Ko­bieta bur­czy coś pod no­sem, nie da­jąc mi spo­koju.

– Wszystko musi być per­fek­cyj­nie. – tłu­ma­czy Ian. – Je­steś go­towy na rundę nu­mer dwa? – szcze­rzy się z za­do­wo­le­niem. – Przed tobą nie­złe wy­zwa­nie. Osiem la­sek czeka w ko­lejce.

– Za­raz, ja­kie osiem? Mó­wi­łeś o czte­rech albo pię­ciu!

– No ta­aak, ale zna­la­złem wię­cej chęt­nych osób. Zgło­siły się same atrak­cyjne dziew­czyny i na­prawdę ciężko było wy­brać tylko pięć – tłu­ma­czy po­spiesz­nie. – A kiedy po­ka­zywałem im twoje zdję­cie, to na­tych­miast się zga­dzały.

– Po­ka­za­łeś im moje zdję­cie? – Łapię się za głowę, nie­do­wie­rza­jąc. – Mi zdjęć kan­dy­da­tek nie po­ka­za­łeś!

– Z cho­inki się urwa­łeś? – mówi nieco ci­szej. – A jak niby, w tak krót­kim cza­sie, mia­łem zna­leźć pięć dziew­czyn, które z do­brego serca po­ca­ło­wa­łyby nie­zna­jo­mego go­ścia przed ka­me­rami, bo mia­łem ta­kie wi­dzi­mi­się?! Mu­sia­łem mieć ja­kąś kartę prze­tar­gową! Stary, jest śro­dek ty­go­dnia, więk­szość lu­dzi pra­cuje, ma swoje ży­cie. To nie było ta­kie pro­ste.

– Mó­wisz, że był taki pro­blem ze zna­le­zie­niem dziew­czyn, ale na­gle jest ich osiem??? – iry­tuję się jesz­cze bar­dziej.

– No wła­śnie! Dzięki two­jej fotce dały się prze­ko­nać. Zresztą jak to mó­wią, cel uświęca środki. Do­bra, ko­niec ga­da­nia. Runda nu­mer dwa. – Kle­pie mnie po ra­mie­niu i od­cho­dzi na swoje miej­sce. Wie, że mnie roz­ju­szył i dla­tego szybko scho­dzi mi z drogi.

Krę­tacz. Ale sku­teczny w dzia­ła­niu – to trzeba mu przy­znać.

Druga kan­dy­datka ewi­dent­nie nie była w moim ty­pie. Choć dło­nie oce­niły jej ciało na dzie­sięć z plu­sem, po­ca­łu­nek trwał kilka se­kund i przy­po­mi­nał cmo­ka­nie się ryb. Zero zgra­nia. Czy Ian nie chwa­lił się, że zgło­siły się same atrak­cyjne dziew­czyny? Ciężko mi so­bie wy­obra­zić ładną ko­bietę z ustami ryby.

– Do­bra wiem, nie wy­glą­dało to naj­le­piej, ale o to też cho­dzi. Dzięki temu wzbu­dzamy w wi­dzach od­mienne emo­cje – uspra­wie­dli­wia się, a ma­ki­ja­żystka po raz ko­lejny mnie mę­czy. Tym ra­zem cze­kam cier­pli­wie, aż skoń­czy. – Nie mo­żemy po­ka­zać sa­mych ide­al­nych po­ca­łun­ków, to by­łoby zbyt nudne, nie uwa­żasz?

– No tak, ma to sens – ugo­dowo przy­znaję mu ra­cję, obie­cu­jąc so­bie w du­chu, że po­li­czę się z nim po pro­gra­mie. – Czyli nie wy­bra­łeś sa­mych pięk­no­ści?

– No wiesz Nate, są gu­sta i gu­ściki – śmieje się i wraca na swoje miej­sce, da­jąc tym wszyst­kim do zro­zu­mie­nia, że mo­żemy dzia­łać da­lej.

Po­ca­łunki były prze­różne. Chyba ni­gdy nie przy­wią­zy­wa­łem do tego ta­kiej uwagi. Kiedy do­cho­dziło do zbli­że­nia mię­dzy mną, a inną ko­bietą, ni­gdy nie czu­łem roz­cza­ro­wa­nia. Za­wsze wie­dzia­łem kogo do tego łózka za­bie­ram. Naj­pierw po­ja­wia się fa­scy­na­cja wi­zu­alna, na pod­sta­wie, któ­rej już można stwier­dzić jaka dziew­czyna jest w łóżku. Wiem, że nie po­winno się oce­niać w ten spo­sób, ale my fa­ceci je­ste­śmy wzro­kow­cami i to wła­śnie wy­gląd przy­ciąga nas do ko­biet.

Nie można po­wie­dzieć, że nie­które z dziew­czyn nie po­tra­fiły się ca­ło­wać, ale ro­biły to w spo­sób, który nie bar­dzo mi od­po­wia­dał. W tych spra­wach trzeba się po pro­stu zgrać, otwo­rzyć, za­ufać i dać po­nieść emo­cjom. Albo jest che­mia, albo jej nie ma. Je­żeli dziew­czyna od sa­mego po­czątku two­rzy dy­stans, to ja choć­bym nie wiem, jak chciał, to go nie prze­sko­czę. Naj­waż­niej­sze, żeby Ian był za­do­wo­lony.

Naj­bar­dziej w pa­mięci utkwiła mi kan­dy­datka nu­mer cztery. Dziew­czyna była bar­dzo uwo­dzi­ciel­ska. Da­wała de­li­katne sy­gnały, do­kąd mogę się po­su­nąć. Za­chę­cała, ko­kie­to­wała i po­zwo­liła do­mi­no­wać. Kiedy do­tkną­łem jej po­ślad­ków, wie­dzia­łem, że mu­szę to szybko prze­rwać. Ak­cja za szybko po­sunęła się na­przód. Wie­dzia­łem, że w łóżku na pewno się do­ga­damy. Po ca­łej tej szopce we­zmę od niej nu­mer.

– Wiesz co? – Ian prze­rywa moje roz­my­śla­nia. – Nie wiem, jak mi się za to wszystko od­wdzię­czysz – pa­trzę na niego, nie ro­zu­mie­jąc o co mu cho­dzi.

– Co masz na my­śli? To chyba ja to­bie ro­bię przy­sługę.

– Ty mi? Je­steś pewny? Stary, spro­wa­dzi­łem osiem la­sek, które bez żad­nej ba­jery, wpa­dają w twoje ob­ję­cia. Znam cię i wi­dzę, że na­prawdę do­brze się ba­wisz. Za­czy­nam ci za­zdro­ścić – śmieje się pod­eks­cy­to­wany.

– No, mu­szę przy­znać, że po­mimo mo­ich wcze­śniej­szych opo­rów jest cał­kiem nie­źle.

– Nie­źle? Chyba chcia­łeś po­wie­dzieć: ku­rew­sko nie­źle!

– Nie pod­pa­laj się tak Ian, to prze­cież fik­cja.

– Fik­cja nie fik­cja, do­zna­nia są. Nie wmó­wisz mi, że przy tej czwar­tej la­sce nie­chcący do­tkną­łeś jej tyłka.

– Do­bra, do­bra cwa­niaczku, ile razy to ja za­ła­twia­łem ci nie­zły ba­jer – przy­po­mi­nam ką­śli­wie.

– Stary, prze­stań. Tak się tylko na­bi­jam, po pro­stu przy­znaj, że nie­któ­rych uczuć nie da się ukryć.

Uczuć? Ja­kich kurwa uczuć? To tylko po­ciąg fi­zyczny i tyle.

Na­szą dys­ku­sje prze­rywa ka­me­rzy­sta, py­ta­jąc czy to już wszyst­kie dziew­czyny.

– Jesz­cze jedna – od­po­wiada Ian, pusz­cza­jąc do mnie oko. – Nie bę­dziemy dłu­żej mę­czyć na­szego amanta – Zwo­łuje wszyst­kich na swoje miej­sca, a mi po raz ostatni ktoś za­wią­zuje oczy.

Zbli­żam się do ostat­niej uczest­niczki. Pierw­sze co czuje, to jej słodki za­pach. Nie na­tar­czywy, ale lekki i przy­jemny. Mój węch się wy­ostrza. Trawa, lato, ma­liny, to moje pierw­sze sko­ja­rze­nia. Ta woń mąci mi w gło­wie. De­li­kat­nie i le­ni­wie błą­dzę dłońmi po jej ciele, a czub­kiem nosa wo­dzę po jej twa­rzy, cią­gle upa­ja­jąc się jej za­pa­chem. Nie umiem ode­rwać dłoni od jej ciała i od­su­wam mo­ment po­ca­łunku.

Choć jej do­tyk jest bar­dzo ła­godny, ale czuję jakby wy­pa­lał ślady na moim ciele. Jest drobna, ni­skiego wzro­stu, le­dwo sięga mi do pod­bródka. Ma dłu­gie włosy i o ile mnie palce nie mylą, ide­alną syl­we­tkę. Mam wra­że­nie, że trwa to wieki, ale o dziwo nie sły­szę po­na­gle­nia ze strony ekipy. Oboje bu­du­jemy na­pię­cie i nie­cier­pli­wie cze­kamy, które z nas jako pierw­sze od­waży się na po­ca­łu­nek. Zu­peł­nie nam się nie spie­szy. Pró­buję zwi­zu­ali­zo­wać so­bie to bez­bronne i słod­kie stwo­rze­nie, które stoi przede mną, ale wy­ob­raź­nia za­wo­dzi.

Kiedy sam do­tyk już nie wy­star­cza, mu­skam de­li­kat­nie jej usta. Za­ska­kują mnie swoją mięk­ko­ścią. Ję­zy­kiem ku­szę jej wargi, aby wpu­ściły mnie do środka. Nie cze­kam długo.

Kiedy nie­śmiało się przede mną otwiera, moje kubki sma­kowe zo­stają za­ata­ko­wane przez jej słodki smak. Boże, sama sło­dycz.

Wpla­tam palce w jej dłu­gie, gę­ste włosy i wpi­jam się w nią jesz­cze moc­niej. Z jej ust wy­do­bywa się jęk, który echem od­bija się w moim ciele.

Kurwa. Czy to mi się prze­sły­szało?

W tym mo­men­cie ru­nęła jej ba­riera nie­pew­no­ści. Na­sze ję­zyki łą­czą się w go­rą­cym tańcu. Za­chłan­nie biorę to, co mi daje, jed­no­cze­śnie oba­wiam się, że to nasz je­dyny wspólny mo­ment. Dziew­czyna swo­bod­niej prze­suwa dłońmi po moim ciele, osta­tecz­nie do­cie­ra­jąc do karku. Obej­muje mnie za szyję, gdzie za­pewne wy­czuwa mój sza­le­jący puls. Sta­ram się pil­no­wać, bo wiem, że wszystko re­je­stro­wane jest przez ka­mery. Tak nie ca­łują się lu­dzie, któ­rzy znają się od rap­tem kilku mi­nut. Tak za­cho­wują się ko­chan­ko­wie po la­tach roz­łąki, po­go­dzeni mał­żon­ko­wie, na­sto­latki prze­ży­wa­jący pierw­szą mi­łość. Nie je­stem wsta­nie tego prze­rwać. Jej smak uza­leż­nia, spra­wia, że w mo­jej gło­wie roz­brzmiewa tylko jedno słowo: „Wię­cej!”.

Tracę grunt pod no­gami, kiedy na­gle nie czuję już jej ust. Sły­szę je­dy­nie na­sze przy­spie­szone od­de­chy. Upa­jam się jesz­cze jej za­pa­chem, który po­woli znika, wraz z odej­ściem dziew­czyny.

Mam ochotę ścią­gnąć opa­skę, żeby zo­ba­czyć jak wy­gląda, ale nie chcę po­psuć na­gra­nia. Nie ja tu je­stem naj­waż­niej­szy, a Ian. Gło­śno wy­pusz­czam po­wie­trze, nie zda­jąc so­bie sprawy, że od dłuż­szego czasu je wstrzy­my­wa­łem. Sta­ram się ogar­nąć bom­bar­du­jące mnie my­śli. Sta­ram się je za­trzy­mać, bo mam wra­że­nie, że one nie są moje. Czuję, jak­bym wkra­czał na nie­znany te­ren. Fa­scy­na­cja mie­sza się z lę­kiem.

Kiedy sły­szę, że wy­pro­wa­dzili dziew­czynę, ścią­gam opa­skę, a wszyst­kie pary oczu wpa­trzone są we mnie. Ian pod­cho­dzi do mnie i nie­pew­nie prze­rywa ci­szę:

– Stary…– Pa­trzy na mnie ze zdu­mie­niem, nie wie­dząc co do­kład­nie po­wie­dzieć. – Tak się wczu­łeś, że przez chwile my­śla­łem, że oglą­dam fi­na­łową scenę z ro­man­si­dła…– Kręci z nie­do­wie­rza­niem głową. – Znasz tę dziew­czynę?

– Sam nie wiem, o co w tym wszyst­kim cho­dzi – mó­wię i zer­kam w stronę drzwi, za któ­rymi znik­nęła nie­zna­joma. – Ale mu­szę się do­wie­dzieć, kim ona jest – od­wra­cam się do Iana. – Mu­szę ją zo­ba­czyć.

Po­mimo fali nie­zna­nych uczuć i my­śli, je­stem pe­wien w stu pro­cen­tach, że mu­szę ją po­znać. Tym ra­zem cie­ka­wość wy­grywa z roz­sąd­kiem, który aż krzy­czy, żeby się wy­co­fać. Ian chyba wi­dzi de­spe­ra­cję w mo­ich oczach. Uspo­kaja mnie, mó­wiąc:

– Od tego jest drugi etap, stary. – Uśmie­cha się pew­nie – Za­raz zo­ba­czysz swo­jego kop­ciuszka. Ba! na­wet skrad­niesz jej drugi po­ca­łu­nek.

Do dru­giego po­ca­łunku cze­kała mnie jed­nak długa droga. Zgod­nie ze sce­na­riu­szem Iana mu­szę wy­brać cztery kan­dy­datki, z któ­rymi się zo­ba­czę, za­mie­nię parę słów i… po­now­nie po­ca­łuję. Nie są­dzi­łem, że będę aż tak cie­kawy ich wy­glądu. Mia­łem tyle opo­rów przed wzię­ciem w tym udziału, a te­raz na­prawdę do­brze się ba­wię. W gło­wie wciąż roz­pa­mię­tuję ostat­nią dziew­czynę, która swoją pro­stotą i nie­śmia­ło­ścią wy­parła z pa­mięci po­zo­stałe po­ca­łunki. Pró­bo­wa­łem na­mó­wić Iana, żeby za­cząć od ostat­niej kan­dy­datki, ale nie­stety mu­simy za­cho­wać ko­lej­ność z po­przed­niego etapu.

Spo­tka­nia z dziew­czy­nami pa­mię­tam jak przez mgłę. Nie wy­da­rzyło się nic, co przy­ku­łoby na dłu­żej moją uwagę lub od­cią­gnęło my­śli od tam­tego nie­win­nego stwo­rzonka. Dziew­czyny były ra­czej prze­ciętne, no może z wy­jąt­kiem Mar­ga­ret, która oka­zała się praw­dziwą seks­bombą. Nasz pierw­szy po­ca­łu­nek był go­rący, drugi zaś ni­czym mnie nie za­chwy­cił. Te­raz z wielką nie­cier­pli­wo­ścią cze­kam, aż drzwi otwo­rzą się po raz ostatni.

Czy jest ładna? Hmm… musi być. Osoba, która tak do­brze ca­łuje nie może być brzydka. Bru­netka? Blon­dynka? Star­sza? Młod­sza? Bez zna­cze­nia. Za­raz zwa­riuję od tej nie­pew­no­ści.

– Czy ktoś może już otwo­rzyć te cho­lerne drzwi? – krzy­czę znie­cier­pli­wiony.

Po­dzia­łało. Drzwi się otwie­rają, a do środka wcho­dzi Ian ze zmie­szaną miną.

– Co jest? – py­tam zi­ry­to­wany.

– Jest pro­blem. Ni­g­dzie jej nie ma, chyba ucie­kła, stary. Szu­ka­li­śmy wszę­dzie.

– Co?! Je­steś pe­wien? Prze­cież sama się zgło­siła – bom­bar­duję go py­ta­niami, na które nie po­trafi udzie­lić mi od­po­wie­dzi. Za­pada ci­sza, a mnie przy­cho­dzi coś do głowy. – Mo­ment. – Pa­trzę na niego zdu­miony. – Mówi­łeś, że dziew­czyny to twoje zna­jome, więc mu­sisz wie­dzieć kim ona była!

– Niby tak, ale pierw­szy raz wi­dzia­łem ją na oczy. Nie mam po­ję­cia skąd się wzięła.

– Co masz na my­śli?! – pra­wie go­tuję się ze zło­ści. – Chcesz po­wie­dzieć, że przy­szła z ulicy? – Mó­wił, że ma wszystko do­pięte na ostatni gu­zik, a wy­szło, że nie wie kim są wszyst­kie uczest­niczki!

Ian za­sta­na­wia się chwilę.

– Cze­kaj. Cze­kaj, Emma na­pi­sała mi, że nie bę­dzie mo­gła się zja­wić i w za­stęp­stwie przy­śle ko­le­żankę. To mu­siała być ona!

– Dzwoń do niej. – Wci­skam mu te­le­fon w dło­nie, żeby za­ła­twił to jak naj­szyb­ciej.

Pierw­szy raz je­stem w ta­kiej sy­tu­acji. Ni­gdy wcze­śniej ko­biety ode mnie nie ucie­kały. Wręcz prze­ciw­nie – nie raz to ja mu­sia­łam ucie­kać od nich. Nic nie ro­zu­miem. Wi­docz­nie dla niej był to nic nie zna­czący po­ca­łu­nek… Może dla mnie też, a wszystko tylko mi się wy­da­wało? Nie lu­bię za­ga­dek, dla­tego ni­gdy nie łą­cze uczuć z ko­bie­tami. Ta mie­szanka wszystko kom­pli­kuje. Je­stem wście­kły, że wpa­ko­wa­łem się w to wszystko, ale cie­ka­wość i dziwny we­wnętrzny przy­mus, na­ka­zują mi ją od­na­leźć.

Ian prze­rywa moje roz­my­śla­nia.

– Nie od­biera. Może od­dzwoni póź­niej. Pew­nie jest w pracy.

– Po­wiedz mi, jak ona wy­glą­dała. – Może to, choć w przy­bli­że­niu, po­może mi ją so­bie zwi­zu­ali­zo­wać.

– Nate, ciężko po­wie­dzieć, bo twarz miała prze­sło­niętą opa­ską. – Chwilę się na­my­śla. – Pierw­sze co rzu­ciło mi się w oczy to dłu­gie blond włosy. Miała su­kienkę, zgrabne nogi, no i to chyba tyle.

– Tylko tyle za­pa­mię­ta­łeś?! – mó­wię zi­ry­to­wany. – Nie wiem, kto po­wie­dział, że fa­ceci są wzro­kow­cami – Na­gle ude­rza mnie pewna myśl. – Za­raz, za­raz! Prze­cież mamy na­gra­nie!

– Bingo! Naj­ciem­niej pod la­tar­nią – śmieje się Ian.

Ni­gdy nie są­dzi­łem, że oczy na­dają wy­razu ca­łej twa­rzy. Na­gra­nie w ni­czym nie po­mo­gło. Na do­brą sprawę, mogę wsta­wić tam bu­zię każ­dej dziew­czyny, byle by była zgrabną, dłu­go­włosą blon­dynką. Nic dziw­nego, że Ian nic wię­cej nie za­pa­mię­tał. Kiedy sku­piam się na po­ca­łunku, mam wra­że­nie jak­bym oglą­dał ob­cych mi lu­dzi. Nie po­znaję sa­mego sie­bie. To nie­bez­pieczna gra.

Skoro dziew­czyna od­pu­ściła, to może ja też po­wi­nie­nem?

– Do­bra, stary. Na ra­zie nic nie wskó­ramy. Weź się w garść, bo trzeba do­koń­czyć pro­gram.

Pa­trzę na Iana, jakby mó­wił w in­nym ję­zyku. Jaki pro­gram? W gło­wie mam tylko blond pięk­ność i ogromne po­czu­cie straty.

– Pro­szę cię, Nate. Skupmy się na za­da­niu. Wy­bierz ja­ką­kol­wiek la­skę, a po­tem wzno­wimy po­szu­ki­wa­nia. Po­trze­buję cię stary.

Ian ma ra­cję. To dla niego od­sta­wiamy cały ten cyrk. Wstaję i wy­łą­czam ekran mo­ni­tora. Ob­raz dziew­czyny znika mi z oczu, ale nie z głowy.

Od­wra­cam się do przy­ja­ciela i z wy­mu­szo­nym uśmie­chem mó­wię:

– Za­walczmy do końca o twoje ma­rze­nia.

Wy­cho­dzę ze stu­dia zre­zy­gno­wany. Naj­wi­docz­niej nie jest nam dane się zo­ba­czyć. Może to i le­piej. Mam prze­czu­cie, że kon­se­kwen­cje tego spo­tka­nia od­czu­wał­bym bar­dzo długo.

Ko­biecy głos wy­rywa mnie z roz­my­ślań:

– Cześć, Nate – mówi za­lot­nie Mar­ga­ret. – Może masz ochotę na drinka? Po­zna­li­by­śmy się tro­chę bli­żej.

Jest bez­po­śred­nia i pewna sie­bie. Bóg mi świad­kiem, że nie po­gar­dził­bym ni­gdy taką oka­zją. Lu­bię to­wa­rzy­stwo ko­biet. Nie­zo­bo­wią­zu­jące oczy­wi­ście, ale to nie jest do­bry mo­ment. Dzi­siej­sze wy­da­rze­nia za bar­dzo mnie roz­biły. Ura­to­wać mnie może je­dy­nie mocny i wy­czer­pu­jący tre­ning. Mu­szę od­ciąć na­pływ my­śli.

Mar­ga­ret wi­dzi moje wa­ha­nie i po chwili do­daje:

– To był mę­czący dzień, chyba na­leży nam się ja­kaś na­groda – uśmie­cha się ku­sząco. – W końcu wy­bra­łeś mnie jako swoją ,,randkę”.

Może do­bry seks dałby mi tro­chę wy­tchnie­nia i za­po­mnie­nia?

– Ja­sne, czemu nie. Gdzie masz ochotę iść? – Ule­gam jej, bez więk­szego en­tu­zja­zmu.

– Znam jedno fajne miej­sce – mówi z trium­fem na twa­rzy. – Wiesz co?… To rze­czy­wi­ście był mę­czący dzień, może le­piej od­pro­wa­dzisz mnie do domu?

Oho, daje mi wy­raźny sy­gnał na co ma ochotę. Kiedy już chcę się zgo­dzić, Ian pod­biega do nas i mówi za­sa­pany:

– Stary, zna­la­złem na­szego kop­ciuszka. – Pa­trzę na niego nie­zro­zu­miale, a on po chwili się po­pra­wia. – Two­jego kop­ciuszka. Dzwo­niła Emma.

Kiedy do­ciera do mnie sens jego słów, wiem już, że z wspól­nego wie­czoru z Mar­ga­ret nic nie bę­dzie.

4Od­dał­bym wiecz­ność, by cię do­tknąć, bo wiem, że czu­jesz mnie z ja­kie­goś po­wodu. Je­steś bli­żej nieba niż ja kie­dy­kol­wiek będę i nie chcę te­raz wra­cać do domu.

Zachęcamy do zakupu pełnej wersji książki!

5 Skrót od: You Only Live Once – tłum.: Żyje się tylko raz. Mło­dzie­żowy slang uży­wany w kon­tek­ście wy­zwań, osią­gnięć, za­kła­dów.

Contents

– Część pierw­sza –

Punkty orientacyjne

Co­ver

Ta­ble of Con­tents