Odbiorca ubezwłasnowolniony. Teksty o kulturze masowej i popularnej - Stanisław Barańczak - ebook
Opis

Poza pisaniem wierszy, esejów, recenzji i rozpraw naukowych, poza tłumaczeniem poezji i wykładaniem Stanisław Barańczak czytał kryminały, oglądał telewizję, słuchał piosenek, interesował się sportem. „Odbiorca ubezwłasnowolniony” pokazuje, jak istotna dla poznańsko-harwardzkiego autora była kultura masowa i jej krytyczna interpretacja. Krytyka nie oznacza tu bezwyjątkowego odrzucenia. Właśnie Barańczak był jednym z pierwszych polskich humanistów, którzy zobaczyli, że również w kulturze popularnej pojawiają się dokonania wybitne.

Oprócz przedruku poszukiwanej dziś książki „Czytelnik ubezwłasnowolniony” (1983) w niniejszym tomie znalazły się cykle esejów i felietonów z początku lat siedemdziesiątych, recenzje nieistniejących filmów oraz fragmenty wywiadów podejmujące temat kultury masowej i popularnej.

Barańczak był wnikliwym interpretatorem opisującym i dzieło, i jego złożony społeczny kontekst, w tym manipulacje za pomocą tego dzieła dokonywane. Co ważne, jego teksty nie mają waloru wyłącznie historycznego – są znakomitą szkołą krytycznej interpretacji. W ciągu dekad zmieniło się wiele, niemniej analityczna orientacja w świecie potrzebna jest zawsze.

„Nie uznaję podziału na kulturę wysoką i niską. Uznaję tylko podział na kulturę wartościową (w której mieszczą się moim zdaniem Bach i Szekspir, ale również Charlie Parker i Monty Python) i kulturę bezwartościową, czyli kulturę kiczu (w której mieszczą się dla mnie: piosenkarka Madonna i film «Rambo», ale również koncert fortepianowy Czajkowskiego i film «Podwójne życie Weroniki»)”. - z wywiadu, 1994

Stanisław Barańczak (1946–2014) – poeta, literaturoznawca, krytyk literacki, tłumacz. Autor kilkudziesięciu książek, laureat wielu nagród. Zadebiutował na łamach prasy w 1965 roku, a jego pierwszy tom poetycki, „Korekta twarzy”, ukazał się w roku 1968. W latach 1967–1971 członek redakcji poznańskiego „Nurtu”. Przez kilkanaście lat związany z poznańską polonistyką – jako student, asystent i adiunkt. W 1977 roku usunięty z pracy za działalność w Komitecie Obrony Robotników, którego był współzałożycielem. W roku 1980 wrócił na poznańską uczelnię, a rok później został wykładowcą Uniwersytetu Harvarda w USA. Zaliczany do ścisłego grona najwybitniejszych poetów i tłumaczy polskich XX wieku. W jego ogromnym dorobku translatorskim szczególne miejsce zajmują dramaty Williama Szekspira. Jako literaturoznawca badał twórczość m.in. Białoszewskiego, Herberta, Szymborskiej i Miłosza. Zainicjował w Polsce systematyczną i poważną krytykę kultury masowej. W 2016 roku Wydawnictwo Ossolineum opublikowało rozszerzoną wersję jego rozprawy doktorskiej „Język poetycki Mirona Białoszewskiego”.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 570

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Spis rzeczy
Karta redakcyjna
DZIENNIK TV (1971)
10 I 1971. Z niebywałym opóźnieniem...
1 II 1971. Podobno telewizja ogłupia...
4 II 1971. W krótkim odstępie czasu...
26 II 1971. Po pierwszym odcinku...
1 IV 1971. Atmosfera żałoby narodowej...
15 IV 1971. Ubiegły tydzień stał pod znakiem...
25 IV 1971. Moje dwie skrajnie różne przygody...
14 V 1971. Gdyby się tak dobrze zastanowić...
1 VI 1971. Felieton telewizyjny traktuje z zasady...
31 VIII 1971. Rozstając się z czytelnikami...
28 IX 1971. Skąd tyle Cyganów...
13 X 1971. Tym razem...
ODBIORCA UBEZWŁASNOWOLNIONY (1975, 1971–1973)
Ubezwłasnowolnienie odbiorcy
Dziewczynki wręczające kwiaty
Neony polskie
Gesty piosenkarzy
„Dżen-ku-je bar-zo”
Jezdnia i wolność
Nagość fotografowana
Gesty piłkarzy
Interpunkcja dziennikarska
Rozrywki umysłowe
Prima aprilis „na łamach”
Seriale
Znaki złożone z ludzi
Mikrofon
Kapitan Grabowski w akcji
Jak słodko płakać na Love Story
Głos ma szary człowiek
Western, czyli tragizm geometryczny
Oblicz punkty, a dowiesz się, kim jesteś
PKF
Parodyści
Szkic do portretu Jana Ciszewskiego
W stylu bojowym
W stylu intymnym
Dyskusja przed kamerami
CZYTELNIK UBEZWŁASNOWOLNIONY. PERSWAZJA W MASOWEJ KULTURZE LITERACKIEJ PRL (1983)
Przedmowa do wydania krajowego
Rozdział I. Czerwony sztandar nad dyskoteką
Co się dzieje w „najweselszym baraku”
Koń między dwoma wozami
Gdy brakuje cielęciny
Perswazje i kompensacje
Bojowo, ale ostrożnie
Kankan na tle portretu Lenina
Na zachód od Aszchabadu
Rozdział II. Słowo – perswazja – kultura masowa
Parę spóźnionych wyjaśnień
Arystokratyczne dąsy i demokratyczny krytycyzm
Ukryta retoryka
Perswazja: co to znaczy?
Odbiorca ubezwłasnowolniony
Dwa labirynty
Tyrania słów
Dwa autorytety
Rozdział III. W kręgu stadionu: „Nasza wola – Polska gola!”
Każdy kibic poetą
Futbol a patriotyzm
Kto komu pokazuje transparent?
„Żadnego ale”: magia zwycięstwa
„Nasi chłopcy”: magia wspólnoty
„Górą nasi” i kompleks niższości
Rozdział IV. W kręgu „akademii ku czci”: Poeta zamordowany
Broniewskich jest dwóch
Ad usum Delphini
Co powiedział Cambronne
Granit zamiast węgla
Chórem albo na glosy
Poeta z marmuru
Rozdział V. W kręgu estrady: Piosenka i wolność
Liryka ze wzmacniaczem
Estradowe „Ausdruckskonstanten”
Opozycje przestrzenne: zamknięty krąg i rozerwanie kręgu
Opozycje czasowe: cykliczność i niepowtarzalność
Opozycje socjalne: od Cygana do rekruta
Śpiewanie do snu
Rozdział VI. W kręgu powieści: Nadludzie w niebieskich mundurach
Zjawisko: „powieść milicyjna”
Edyp i Kain: Sherlock Holmes i Philip Marlowe
Im bardziej martwy, tym lepiej
Ostatnie słowo ma zawsze milicjant
Świat niedomknięty
Powieść jako reklama milicji
Męska twarz funkcjonariusza
Podejrzany w kasie pancernej
Spocone dłonie i rozbiegane oczy
„... Ale nie uprzedzajmy wypadków”
Skuteczność perswazji
Nierozwiązalna sprzeczność
Wykaz skrótów użytych w rozdziale VI
KATALEKTY (1969–1998)
Śmierć poezji i jej zmartwychwstanie
Przeciw sentymentalizmowi
Piosenki „The Beatles” w przekładzie St. Barańczaka [wprowadzenie tłumacza]
Historia, człowiek, dialektyka. (Zagajenie dyskusji nad książką Marii Janion Romantyzm, rewolucja, marksizm. Colloquia Gdańskie)
Nieufność romantycznych
Demokratyzacja poezji – młodzi poeci wśród nowej publiczności
Co to jest socjologia literatury?
Atrakcje i niebezpieczeństwa
Zrozumieć to znaczy wyzwolić
Obowiązki i możliwości
Artysta państwowy
Zbudź się w nierzeczywistość
Tęsknota do reklamówki
Przezwyciężyć zalew tandety
Derek Walcott
W poprzek
Pomiędzy biegunami
Zobaczone, przeczytane
Krytyka literacka w Polsce nie istnieje...
Adwokat Mickiewicza
Wybiera Stanisław Barańczak
Poeta w krawacie
Wykład Doktora Honoris Causa Profesora Stanisława Barańczaka
Rymujemy na Odległość
Po stronie sensu
Zwolnić i wąchać
Niepowtarzalna prawda konkretu
Szachy z Szekspirem
Liryki Ameryki
RECENZJE APOKRYFICZNE (1996)
Obywatel Kania
Ociec Krzesny (IV): Prać?
Czterej pancerni i siedmiu samurajów, czyli w sumie dwunastu gniewnych ludzi (pies też człowiek)
Przepraszam, czy tu myją?
Dzieje jednego wycisku
Migrena
Paskudny Leon
Przewinęło z wiatrem
Posłowie
Nota wydawnicza
Indeks
Przypisy
Seria „Sztuka Czytania”
Copyright © by Anna Barańczak, 2017
Wybór, opracowanie i posłowie: Copyright © by Adam Poprawa, 2017
Wydanie pierwsze, elektroniczne Wrocław 2017
Nieupoważnione powielanie lub wykorzystywanie utworu stanowi naruszenie praw autorskich.
Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego pochodzących z Funduszu Promocji Kultury
Seria:Sztuka Czytania
Redaktor prowadząca: Anna Krzywania
Redakcja:Anna Gądek
Zestawienie indeksu: Andrzej Sokulski
Korekta:Jakub Bączek, Anna Kołtunowska
Redakcja techniczna: Stanisława Trela
Projekt okładki: Przemek Dębowski
Zdjęcie wykorzystane na okładce: Widzowie filmu trójwymiarowego w kinie Paramount Theater(© J.R. Eyerman / The LIFE Picture Collection / Getty Images)
Opracowanie typograficzne, łamanie wersji papierowej: | manufaktu-ar.com
Konwersja:eLitera s.c.
Wydawnictwo Ossolineum ul. Szewska 37 50–139 Wrocł[email protected]
ISBN 978-83-65588-94-4

Dziennik TV

10 I 1971

Z niebywałym opóźnieniem pojawiła się na ekranach telewizyjnych (i kinowych, zdaje się, również) pierwsza w tym roku Polska Kronika Filmowa[1]; zrekompensowała nam jednak tę niepunktualność wyjątkowym wręcz wyczuleniem na wagę dziejących się w kraju i na świecie wydarzeń. Dowiedzieliśmy się więc rzeczy fascynujących: przede wszystkim tego, że na Saharze jest gorąco i spacerują po niej wielbłądy oraz poszukiwacze ropy naftowej. Nie mniej zaskakująca i informacyjnie bogata była sekwencja, z której mogliśmy się dowiedzieć, że ropy naftowej poszukuje się również na Syberii. Sprawy krajowe reprezentowane były przede wszystkim przez błyskotliwe sprawozdania z zabaw karnawałowych. Przepraszam, była również mowa o rewelacyjnym – choć, jak każda myśl genialna, prostym – pomyśle Rady Narodowej jakiegoś powiatu, która postanowiła przewozić autobusami do szkół dzieci z dalej położonych wiosek (przypuszczam, że jest to pierwszy tego typu wynalazek na świecie, bo gdzież się tak dba o młodzież szkolną jak u nas?). W powodzi tych odkrywczych i aktualnych obserwacji niemalże zanikły jakieś nudne krajowe problemiki: posiedzenie Sejmu, dyskusje w zakładach pracy nad podniesieniem najniższych płac... Wiadomo, wielbłądy są bardziej fotogeniczne, a zresztą po co są gazety? Prasa i tak dawno już o tych sprawach poinformowała.

Oczywiście, oczywiście: PKF to nie ten resort, w telewizji zjawia się tylko na prawach gościa, zresztą telewizja w bardziej właściwy sposób – przede wszystkim szybciej – reagowała w ostatnich tygodniach na wydarzenia, które wstrząsnęły całym krajem. A jednak wydaje mi się, że w tej noworocznej kronice, którą chcieliśmy wszyscy obejrzeć jak najprędzej – pamiętając o tym, że zwykle właśnie PKF informowała nas w sposób najbardziej niebanalny i odważny – można dostrzec pewien symptom stanu rozpaczliwego braku oparcia, w jakim ni stąd, ni zowąd znalazły się środki masowego przekazu. Mówiąc co chwila, że rozpoczyna się okres nowego stylu rządzenia[2], każdy dziennikarz musiał przecież wysnuć logiczny wniosek, że ów nowy styl powinien cechować odtąd także sposób przekazywania informacji. I właśnie w tym momencie zaczyna się dylemat. Jak ten nowy styl ma wyglądać? Kto nam to powie? Kto za nas to ustali?

Właśnie w tym rzecz, panowie dziennikarze. Nikt za was nie zrobi tej pracy, którą powinniście byli planować sobie już od dawna: nikt nie przestawi waszych mechanizmów reakcji, nikt nie zasypie kolein, którymi posuwało się bezpiecznie i wygodnie wasze myślenie. Sami musicie to zrobić. Jasne, że tymczasem najbezpieczniej jest z jednej strony przedrukować PAP-owskie komunikaty, a z drugiej produkować michałki o wielbłądach, wężu morskim, winobraniu w Bułgarii i karnawale w Rio de Janeiro, wyczekując przy tym, aż nadejdą wytyczne. Ale czy nie odważniej byłoby nie czekać, lecz zaryzykować samemu? Postawić na tego niepewnego konia, jakim jest prawda, ale za to nawet w razie przegranej zagarnąć tę główną nagrodę, jaką jest zaufanie czytelników, widzów, słuchaczy?

Telewizję w ostatnich tygodniach wielokrotnie chwalono właśnie za to, że rzekomo próbuje wprowadzić ów nowy styl informacji. Owszem, jeden z dziennikarzy wygłosił przemowę, w której stwierdził, że on już dawno wszystko dostrzegł i wszystkich przestrzegał; inni zajmowali się na przemian odczytywaniem komunikatów i deklarowaniem przekonania, że było źle, ale jest nieźle, a będzie lepiej. Prawda, że dawniej nawet tego nie było; ale po chwili refleksji nie sposób nie dostrzec, że, jak na razie, „nowy styl informacji” sprowadza się do mnożenia owych wielbłądów, które skutecznie zapychają dziury myślowe i niedopowiedzenia. Ba, ale na to, żeby coś do końca przemyśleć i wypowiedzieć, potrzeba kogoś, kto potrafiłby zaryzykować. A czy jest ktoś taki w telewizji? Jak dotąd, do ryzykantów zalicza się w niej jedynie pewna warszawska spikerka, która przy każdej swojej zapowiedzi ryzykuje kompromitację wskutek wrodzonych wad dykcji, zawsze jednak udaje jej się w jakiś ekwilibrystyczny sposób wyjść z trudności obronną ręką. A poza tym? Nie widzę, jak mawia się na zebraniach[3].

1 II 1971

Podobno telewizja ogłupia; tak twierdzą niektórzy. Podobno telewizja kształci; tak twierdzą inni. Jak jest naprawdę? Podstawmy pod „ogłupia” i „kształci” inne, ściślejsze nieco wyrażenia: „hamuje” i „rozwija zdolność samodzielnego myślenia”, a okaże się, że ta różnica poglądów może mieć dla współczesnego człowieka dość istotne znaczenie. Siedzę w moim fotelu, z nogami w domowych pantoflach, ze szklanką herbaty w jednej ręce, a kawałkiem makowca w drugiej – i skręcając się z nudy w trakcie oglądania programu, myślę sobie po raz nie wiem który, że w życiu teoretyczne sprzeczności najczęściej okazują się pozorne, a antynomie potrafią doskonale współistnieć ze sobą. W każdym razie w wypadku telewizji jest tak z całą pewnością. Rację mają jej wrogowie, ale i jej wielbiciele; tzw. szklany ekran rzeczywiście otumania, ale i rzeczywiście w jakiś przedziwny sposób uczy niezależności myślenia i krytycyzmu. Przykuci do swoich foteli, bamboszy i szklanek herbaty jesteśmy zniewoleni, to prawda; wprowadzeni w stan bezpłodnej bierności, lenistwa umysłowego, i to racja; kradniemy samym sobie czas, który można by przeznaczyć na aktywny wysiłek umysłu, na lekturę, słuchanie muzyki, rozmyślanie, ostatecznie nawet wycinanie ozdóbek laubzegą, słusznie, wszystko to jest zgodne z prawdą; ale zgodne z prawdą jest i to, że nasze okowy – te fotele, bambosze etc. – są zarazem naszą zbroją.

Powiedzmy może mniej obrazowo, ale za to jaśniej. Oglądanie programu telewizyjnego jest jedną z tych nielicznych sytuacji komunikacyjnych, które w zasadzie nie wymagają od odbiorcy aktywnego, współtwórczego udziału – w każdym razie nie w tej mierze, co dzieło literackie, symfonia, obraz, film z ambicjami, przedstawienie teatralne. Tutaj nie trzeba sobie na ogół niczego dopowiadać, dookreślać, rozstrzygać; na szklanym ekranie wszystko jawi się podane jak na talerzu, gotowe do natychmiastowej konsumpcji. To wszystko truizmy, natomiast mało kto poza sławetnym Marshallem McLuhanem zwraca uwagę na drugą stronę tego faktu: to, że  r o z u m i e n i e  programuTV nie wymaga od nas uruchomienia wszystkich władz i zdolności umysłowych, powoduje, że mogą one dojść do głosu w innej sferze myślowej aktywności, w sferze  o c e n y.  W trakcie odbioru dzieła literackiego, muzycznego, filmowego nasz aparat rozumienia może zostać zaangażowany do tego stopnia, że na ocenę nie starczy już czasu, dokonujemy jej później, z pewnego dystansu, kiedy uporządkujemy już natłok wrażeń; przy odbiorze programu TV niemal zawsze jest odwrotnie; ocena jest natychmiastowa, towarzyszy odbiorowi, dysponujemy od początku owym dystansem wobec komunikowanych nam treści. I rzecz ciekawa, chyba coraz częściej ocena ta jest krytyczna, a dystans przechodzi w postawę sceptycyzmu; można by powiedzieć, że oglądając telewizję, jesteśmy do niej z góry uprzedzeni. Moim prywatnym zdaniem, w dzisiejszej Polsce anachronizmem jest już ów bohater Polowania na muchy Głowackiego i Wajdy, który, tkwiąc przed telewizorem, zachwyca się: „O, homar! Ale ma trąbkę, co?”[1]. Podsłuchajcie – łatwo o taki eksperyment w „akustycznym” nowym budownictwie – dialogi typowej rodziny w godzinach telewizyjnego szczytu: z pewnością będą to w dziewięćdziesięciu procentach uwagi krytyczne, przedrzeźniania, zgryźliwe śmieszki, wykrzykniki „Akurat!...” lub retoryczne pytania „Do kogo ta mowa?”, pełne jadowitej nieraz złośliwości komentarze dotyczące wszystkiego – od błędów dykcji spikerki aż po całokształt polityki programowej Telewizji Polskiej.

Czy dzieje się tak dlatego, że program jest coraz gorszy? Ależ skąd; nie inaczej by się działo, gdyby program był bezustannie pasjonujący i wzorowo opracowany. Sądzę, że w samej naturze telewizji jako środka przekazu tkwi coś, co każe odbiorcy przyjmować przekazywane przez nią treści z większą niż w innych wypadkach dozą krytycyzmu czy rezerwy (oczywiście wtedy, gdy minie – jak to się u nas od dawna już stało – pierwszy okres bezkrytycznego zaczadzenia telewizją jako cudem techniki). Wspomniany McLuhan – zwany apostołem ery elektroniki – przyczyny tego stanu rzeczy dostrzega w pewnych fizjologicznych różnicach widzenia obrazu na przykład filmowego a telewizyjnego. Nie trzeba chyba sięgać aż tak daleko. Pastwimy się wszyscy nad telewizją chyba po prostu dlatego, że przy całej swej potędze jest ona w swoisty sposób  b e z b r o n n a.  Bezbronna przede wszystkim z tej przyczyny, iż – w przeciwieństwie do filmu czy teatru – nie my przychodzimy do niej, ale ona do nas; do nas obwarowanych całą naszą prywatnością, skrytych za zbroją prywatnego mieszkania, prywatnego fotela, prywatnych bamboszy i prywatnych poglądów. Jest więc telewizja zawsze intruzem, próbującym nam to czy owo narzucić lub zasugerować (pamiętajmy przy tym, że nawet przy większej ilości kanałów i programów nasz wybór jest ograniczony, znacznie bardziej ograniczony niż wybór filmu, książki czy koncertu) – a intruz taki z natury rzeczy traktowany bywa krytycznie i podejrzliwie, choćby nie wiem jak się starał zrobić dobre wrażenie. Krótko mówiąc: telewizja, ten środek przekazu najbardziej  m a s o w y  (tak co do zasięgu, jak i co do charakteru przekazywanych informacji) przez samą elementarną specyfikę swojego odbioru, oglądana jest w tych okolicznościach, w których człowiek czuje się najbardziej  j e d n o s t k ą:  nie w tłumie, nie tam, gdzie poddani jesteśmy zbiorowym emocjom, ale w sferze życia najbardziej prywatnej, osobistej i niezależnej.

4 II 1971

W krótkim odstępie czasu pokazano nam dwie polskie „Kobry”[1]: Bądźcie świadkami obrony i Doktor Kawka. Dawka trochę za duża jak na okres tak niewielki, zwłaszcza dla osób nerwicowych i zawałowców. Nie, nie myślę bynajmniej o nadmiernych emocjach, wręcz przeciwnie: to raczej potężna dawka nudy i naiwności mogła co mniej wytrzymałe osoby przyprawić o zawał serca lub atak histerycznego śmiechu. Polskie „Kobry” (tzn. napisane przez polskich autorów i dziejące się w polskich realiach) są jak polskie powieści kryminalne: śmieszą do łez każdego, kto je obejrzy czy przeczyta, prowokują ataki z prawa i z lewa, uznane są powszechnie za twory poronione i błędne w samym swoim założeniu – a przecież egzystują. I nie zmieniają się! Jest to zjawisko kuriozalne tym bardziej, że polskie „Kobry” i kryminały już od dawna zatraciły nawet tę jedną jedyną cechę, która je u samych początków pozytywnie wyróżniała: zatraciły mianowicie umiejętność opisu tzw. samego życia, trafność obserwacji, zdolność do wychwytywania i przekazywania drobnych realiów i szczegółów, na których brak cierpiała schematyczna literatura pierwszej połowy lat pięćdziesiątych[2]. Obecnie brak nawet i tego; nie przypominam sobie czwartkowej „Kobry”, która nie byłaby oparta na realiach, zdarzeniach i postaciach krańcowo uschematyzowanych, papierowych, literacko, reżysersko i aktorsko spłaszczonych i strywializowanych.

Dotyczy to zwłaszcza bohaterów „Kóbr”. Wiadomo, że w każdym „kryminale” czai się podstawowe dla autora niebezpieczeństwo, wynikające z konieczności podzielenia bohaterów na dwa obozy: pozytywny (detektyw i ci, którzy mu pomagają) i negatywny (przestępca i jego pomocnicy). Oczywiste jest, że nie ma autora choć trochę inteligentnego, który nie zdawałby sobie sprawy z tego niebezpieczeństwa i nie próbował uniknąć wynikających z niego czarno-białych psychologicznych uproszczeń. Literatura, film czy dramat kryminalny rozwinęły w związku z tym cały szereg mniej lub bardziej skomplikowanych chwytów, pozwalających uczynić bohaterów figurami bardziej ludzkimi. Zainteresowanych odsyłam do olbrzymiej literatury fachowej na ten temat; powiem tylko, że najprostszym z takich chwytów jest (znany na przykład z amerykańskiej „czarnej serii”) motyw moralnej dwuznaczności, jaka cechuje z jednej strony poczynania detektywa, z drugiej – przestępcy. Wiadomo bowiem, że wymiar sprawiedliwości niejednokrotnie kieruje się zasadą „cel uświęca środki”, a oskarżony i ścigany przez prawo nie zawsze okazuje się winny.

Oczywiście, mowa tu o stosunkach amerykańskich; u nas takie rzeczy na szczęście się nie zdarzają, toteż nie mam pretensji do autorów „Kóbr”, że nie modelują swojego kapitana Kowalskiego czy porucznika Malinowskiego na wzór brutalnego detektywa z Sokoła maltańskiego Dashiella Hammetta czy ze znanego u nas filmu Ruchomy cel. Warto natomiast zwrócić uwagę, że słusznie[3] odrzucając ten sposób ożywienia papierowej postaci detektywa, polscy autorzy i reżyserzy nie potrafią znaleźć sposobu równie skutecznego. „Ludzkość” postaci milicjanta polega przeważnie na tym, że w przerwach pomiędzy przesłuchaniami posila się on maślanką wyciągniętą z szuflady biurka. W Doktorze Kawce zaś kapitan milicji bezustannie podkreśla, że ma żonę, co prawdopodobnie pełnić ma tę samą funkcję „odpapieryzowania” bohatera, gdyż żona żadnego udziału w akcji oczywiście nie bierze. Trudno jednak uznać, że fakt posiadania żony jest czymś szczególnie wyróżniającym... Z pewnością więcej barw przydaje postaciom polskich detektywów fakt, że cechuje ich nadzwyczajna nieruchawość umysłowa, przypuszczać jednak należy, że ten akurat rys ich osobowości nie leżał w zamysłach autorów.

Oczywiście przestępcy w polskich „Kobrach” muszą cechować się tępotą jeszcze większą, inaczej nigdy nie zostaliby złapani. Ale nie tylko tępota czyni ich postaciami szczególnie odrażającymi. Znamienne jest, że polska „Kobra” ogranicza motywację przestępczych czynów do dwóch zasadniczo spraw: szpiegostwa oraz chęci ukrycia ciemnej przeszłości okupacyjnej. (W dwóch „Kobrach” wspomnianych na wstępie chodzi, jakby się ich autorzy umówili, o szpiegostwo przemysłowe: w pierwszej bezecni Francuzi chcą nam wydrzeć tajemnicę produkcji naszych drogocennych lakierów, w drugiej chodzi o jakieś produkty nieokreślone bliżej, ale również bardzo ważne). W ten sposób wszelkie przyczyny przestępstw zostają jak gdyby usunięte na  z e w n ą t r z:  poza granice kraju lub w historyczną przeszłość. Wiadomo, że istnieją szpiedzy i istnieją ludzie, którzy za okupacji mieli to i owo na sumieniu: ale nie można z kraju, w którym toczy się akcja polskich „Kóbr”, robić jakiejś oazy, w której jedynym źródłem zła są wysłannicy obcych mocarstw i volksdeutsche-niedobitki. Bądź co bądź, nawet i u nas trafi się jakiś morderca czy bandyta działający bez motywów „zewnętrznych”, ot, tak sobie. I chyba właśnie to „ot, tak sobie” wydaje się dla obserwującego współczesność pisarza materiałem najbardziej frapującym. Od strony psychologicznej, od strony moralnej, nawet od strony kryminalnej zagadki. Tylko autorzy „Kóbr” jakoś tego dostrzec nie mogą...

Byłbym niesprawiedliwy, gdybym nie zauważył, że autorzy widowiska Bądźcie świadkami obrony próbowali tchnąć stare treści przynajmniej w nową formę. Widowisko  u d a w a ł o  mianowicie, że wciąga do akcji rozszyfrowywania przestępstwa – telewidzów. Podkreślam słowo „udawało”, gdyż nawet najmniej rozgarnięty widz nie mógł mieć wątpliwości, że rzecz jest literacką fikcją: ostatecznie prokuratora grał Stanisław Mikulski... Ale mimo to było w tej konwencji coś głęboko niesmacznego. Tworząc widowisko, które nieudolnie wprawdzie i nie na serio, ale jednak próbowało stworzyć pozór, że ściganiem przestępcy zajmują się, na oczach kilku milionów ludzi, nie tylko powołane do tego organa, ale również siedzący przed telewizorami zwykli obywatele, zgłaszający telefonicznie swoje podejrzenia – tworząc takie widowisko, nie można było przecież nie pomyśleć o tym, że od całej tej zabawy już krok tylko do obławy prawdziwej. Takiej, jakie odbywają się choćby w NRF[4], gdzie przestępca, w którego ściganie bawią się tysiące telewidzów, jest żywym człowiekiem, a nie fikcyjnym bohaterem kryminału[5]. WidowiskoBądźcie świadkami obrony w swojej stylizacji na autentyk przekroczyło ową granicę, poza którą krzewienie poczucia sprawiedliwości staje się nieprzyjemną hecą. Prawda, po skończonym programie spikerka wyjaśniła z miłym uśmiechem, że wszystko, co oglądaliśmy, było fikcją. Ale jednak trzeba to było komuś wyjaśniać? Założono więc z góry, że może znaleźć się ktoś, kto złapie za słuchawkę i zatelefonuje na komisariat, dzieląc się podejrzeniami na temat na przykład swojego sąsiada? Tak? Jeśli tak, to proszę na mnie nie liczyć jako na widza przy nadawaniu następnej polskiej „Kobry”.

26 II 1971

Po pierwszym odcinku jeszcze jakoś trzymałem się w ryzach. Po drugim – nie mogłem opanować nerwowego drżenia rąk, które aż się rwały do maszyny do pisania. Po trzecim skapitulowałem. Zgoda, powinienem obejrzeć Doktor Ewę[1] do końca i wtedy dopiero napisać coś na jej temat, ale przecież nie wytrzymam: muszę już teraz podzielić się z nieświadomymi niczego czytelnikami radosną wieścią, że oto mamy w telewizji coś, co bije na głowę najgorsze „Kobry”, ba, nawet sławetne ongiś programy rozrywkowe z Katowic[2]. Coś, co jest po prostu światowym rekordem w dziedzinie bzdury i szmiry. Wreszcie w jakiejś dziedzinie udało nam się zdobyć światowe przodownictwo.

Jak powiadam, są to dopiero trzy odcinki i recenzent obiektywny powinien wstrzymać się z oceną aż do zakończenia serialu. Przypuszczam jednak, że poziom artystyczny i myślowy Doktor Ewy będzie z całą konsekwencją aż do końca utrzymywany w tych samych granicach, tzn. jakiś centymetr ponad dnem absolutnym. Obiecuję zresztą, że po obejrzeniu ostatniego odcinka zabiorę ponownie głos na ten temat, aby orzec, czy wysiłek ambitnych twórców dał rezultaty zgodne z moimi przewidywaniami, czy też udało im się obniżyć poziom serialu jeszcze o ów centymetr.

Bzdurność Doktor Ewy jest trojakiego rodzaju. Bzdurność – nazwijmy ją tak – fachowa. Bzdurność artystyczna. I bzdurność moralna. Bzdurność fachową ocenią najlepiej czytelnicy „Nowego Medyka”, którzy prawdopodobnie zaśmiewają się do rozpuku lub gryzą do krwi własne palce (zależnie od temperamentu), oglądając operacje i zabiegi wykonywane na ekranie sprawną rączką doktor Ewy. Sam jestem w tej dziedzinie laikiem, a przecież nawet i mnie wydaje się, że ów anioł w białym fartuchu dokonuje przy pomocy swej nie mniej pozytywnej pielęgniarki rzeczy z punktu widzenia medycznego horrendalnych. Podejrzewam na przykład, że żaden lekarz nie wykonywałby zabiegu płukania ucha pacjentowi, któremu przedtem kazał położyć się na boku. Zdrowy rozsądek wskazuje, że przyjęcie tej pozycji musiałoby się skończyć zalaniem ucha i opryskaniem pacjenta; tymczasem babcia Banasiowa wstaje po zabiegu sucha, czyściutka i na dodatek zadowolona, że odzyskała słuch. Podobnych cudów medycznych jest w tej serii więcej i fachowcy z pewnością umieją je docenić: zachęcam czytelników „Nowego Medyka” do nadsyłania obserwacji w tej sprawie. Zdaje się zresztą, że podobnie dokładnie jak dziedziny ściśle medyczne spenetrowali twórcy filmu sferę lekarskiej obyczajowości. Również i tu kamera notuje mnóstwo realistycznych szczegółów, jak choćby fakt, że lekarze chodzą po budynku Wydziału Zdrowia w białych fartuchach (wiadomo, że antyseptyka w urzędzie jest rzeczą niezmiernie ważną).

Powie ktoś, że to drobiazgi niewiele znaczące, zwłaszcza dla widza, który nie jest profesjonalnie związany z medycyną. Ale widz nie musi być z zawodu historykiem, aby w filmie kostiumowym raziło go, że Gajusz Juliusz Cezar nosi na ręce zegarek „Tissot”. Jeśli film dzieje się w środowisku medyków i wśród medycznych rekwizytów, powinien być wiarygodny w szczegółach. Trudno. Zwłaszcza że, jak to dawno już stwierdził Stańczyk, każdy Polak jest po trochu lekarzem.

Ale w końcu Doktor Ewa to nie filmowy instruktaż o płukaniu ucha, toteż istotnie ważniejsza wydaje się bzdurność artystyczna filmu. Przede wszystkim – niesłychana naiwność fabuły poszczególnych odcinków, jakby żywcem zapożyczona z umoralniających czytanek jakiejś szkółki niedzielnej. Jak dotąd, przebieg tej fabuły opiera się na jednakowym schemacie: dzielna doktor Ewa ma trudności, ale dzięki hartowi ducha i przyjemnej prezencji skutecznie je przezwycięża. Ofiarność lekarki i jej anielska dobroć rosną z odcinka na odcinek; prawdopodobnie skończy się tym, że w odcinku ostatnim doktor Ewa da sobie wyjąć wątrobę, aby ją przeszczepiono jakiejś staruszce. Wierutny infantylizm filmu daje o sobie znać na każdym kroku: w zdarzeniach, w dialogach, w grze aktorów (mizdrząca się pielęgniarka), w realiach (ta cepeliowska wioska, której mieszkańcy – święto nie święto – chodzą w łowickich pasiakach i wystrzygają wycinanki!), w ogólnej bezkonfliktowości, jaka cechuje pokazywany na ekranie świat.

I ta właśnie bezkonfliktowość jest przyczyną tego, co w Doktor Ewie wydaje mi się bzdurnością moralną. Ten serial ma przecież proponować widzom, jak to uczenie nazywają publicyści, „pozytywne wzorce osobowe”. Takim wzorcem ma być oczywiście doktor Ewa, współczesny Judym, który osiada na wsi, żeby leczyć kochane chłopstwo, tak ładnie robiące wycinanki i gliniane kogutki. I w tym momencie zaczyna się zasadniczy fałsz filmu. Przede wszystkim: jest bzdurą, i to bzdurą krzywdzącą wielu uczciwych ludzi, jaskrawe przeciwstawienie ofiarnego lekarza, który idzie na wieś, i lekarza-karierowicza, wygodnisia, który zostaje w mieście, prawdopodobnie po to, aby jak owe stażystki z pierwszego odcinka wylegiwać się w godzinach pracy nago pod lampą kwarcową. Osobiście znam wielu lekarzy, którym pobyt na wsi doskonale się opłaca, i wielu innych, którym trzeba było właśnie wiele ofiarności i poświęcenia, aby zostać w mieście na chudej posadce. Owszem, na pewno inne są warunki życia w obu tych środowiskach, ale przecież i one od czasów Judyma uległy niejakiej zmianie. Muszę zresztą przyznać – być może urazi to uczucia wielu osób – że jakoś nie lubię, kiedy za kryterium wartości człowieka przyjmuje się wyłącznie jego ofiarność, zwłaszcza gdy jest to ofiarność bardzo pokazowa i efektowna. Chyba zwykła, uczciwa praca za określonym wynagrodzeniem nie jest czymś aż tak społecznie nagannym, aby trzeba było – jako jej przeciwstawienie – propagować bezustanne wyskoki ofiarności: chyba chęć zapewnienia sobie ową uczciwą pracą uczciwego dobrobytu nie jest czymś aż tak godnym pogardy, aby trzeba było starać się ją zastąpić wyrzeczeniami i poświęceniami.

I to właśnie jest przyczyną, dla której doktor Ewa – wbrew intencjom autorów filmu, którzy chcieliby ukazywać ją jako ideał postępowania – wydaje mi się postacią bardzo dwuznaczną moralnie. Zauważmy: lekarka ta zdolna jest wyłącznie do spektakularnej ofiarności. I to ofiarności wobec pewnych tylko osób, wobec niektórych pacjentów – takich, którzy są dostatecznie efektownymi obiektami leczenia (zresztą nie tylko leczenia, bo dr Ewa – wiadomo, że lekarze mają za dużo czasu – zajmuje się również działalnością dobroczynną szerzej pojętą: a to radość życia komuś przywróci, a to nos dziecku utrze, a to pomoc w gospodarstwie dla biednej staruszki załatwi...). Pomóc Banasiowej, „zasłużonej działaczce ZBoWiD-u[3]” – proszę bardzo. Pomóc jakiejś tam kobiecinie, żonie alkoholika – o, to już nie takie proste. „Pomożemy wam, jeśli pomożecie[4] Banasiowej w gospodarstwie” – zarządza kategorycznie Pani Doktor, a kobiecina godzi się i jeszcze w pas kłania: wiadomo, narazić się lekarce... jeszcze nie wyleczy, kiedy będzie trzeba. W ten arcyciekawy od strony lekarskiej etyki sposób doktor Ewa, unosząc się nad swoją ubogą wioską jak Anioł Stróż, który zadba o wszystko, okazuje się jednocześnie kimś w rodzaju – trudno nie użyć tego słowa – dyktatorki, która sprawuje rządy dzięki absolutnej władzy, jaką posiada w konsekwencji umiejętności leczenia. Dosyć smutno i przykro wygląda ten „pozytywny wzorzec osobowy”, którego niewypowiadaną na głos dewizą okazuje się dziwnie nam znane powiedzenie „jak się da, to się zrobi”.

Na zakończenie – pointa. Reżyserem serii Doktor Ewa jest Henryk Kluba, autor kilku filmów uważanych za ambitne i twórca uznany za jedną z nadziei „nowego filmu polskiego”. Z pewnością Doktor Ewa przyczyni się do ugruntowania jego dobrej sławy.

1 IV 1971

Atmosfera żałoby narodowej, jaka ogarnęła cały bez przesady kraj po wczorajszej porażce Górnika Zabrze z drużyną Manchester City, nie oszczędziła i niżej podpisanego. Wiadomo, nikt nie lubi być świadkiem porażek swojej ulubionej drużyny, która gra zazwyczaj z takim polotem i inteligencją, która skupia w sobie takie talenty piłkarskie (sam Lubański już by wystarczył!), której wreszcie historię rozpamiętujemy wszyscy z równą przyjemnością (mój Boże, te spotkania z Dynamem Kijów, Manchester United, Lewskim Sofia, Glasgow Rangers, AS Roma...). Po chwili przygnębienia jednak nie może nie przyjść do głowy nagła refleksja: w porządku, jasne, że smutno, że przykro, że żałoba, ale właściwie dlaczego  n a r o d o w a?  Nie chodzi tu o jej zasięg, ale o jej charakter: dlaczego właściwie najbardziej przykre w tym wszystkim jest nie to, że przegrała nasza ulubiona drużyna, ale to, że czujemy się poszkodowani na honorze narodowym, przegrani jako Polacy?

Jest to pytanie podstawowe, jeśli chcemy zrozumieć istotę popularności sportu. Sport jest walką, współzawodnictwem, modelem – ograniczonym przez liny ringu, linie boiska czy okręg bieżni – tej rywalizacji, która jest motorem współżycia społeczeństw. A przede wszystkim – narodów. Międzynarodowe zawody sportowe są zawsze projekcją nieuświadomionych kompleksów narodowych, jakie narosły w społeczeństwie; kibic, który idzie na stadion z biało-czerwoną flagą czy transparentem „GÓRNIK GOLA – TAKA JEST POLSKI WOLA”, dręczony jest pytaniem: „czy rzeczywiście jesteśmy gorsi od innych?”[1]. Chyba właśnie dzisiaj i właśnie u nas – z oczywistych powodów – pytanie to zadajemy sobie szczególnie często, i stąd to wzięło się w ostatnich latach niebywałe, wprost nienaturalne przywiązywanie wagi do wyników, jakie „nasi chłopcy” uzyskują na międzynarodowej arenie. Pamiętamy wszyscy to ogólnonarodowe upokorzenie po klęsce na ostatnich Mistrzostwach Europy w boksie, ogólnonarodową euforię po zwycięskim Wyścigu Pokoju, ogólnonarodowe biadanie nad kryzysem lekkiej atletyki, ogólnonarodowy szał radości po zeszłorocznych zwycięstwach Górnika i Legii, ogólnonarodowy spazm rozpaczy po przegranej 0:5 z reprezentacją piłkarską NRD. To już nie o sport chodziło: to chodziło o nasze miejsce na świecie, naszą walkę o to miejsce, którą magicznie realizujemy przez swoich „zastępców” – sportowców. Magicznie, bo nie można tu przecież mówić o rzeczywistym reprezentowaniu nas czy zastępowaniu przez „naszych chłopców”; rozwój sportu nie zawsze idzie w parze z rozwojem kraju, a często przedstawia się to jako proporcja odwrotna. Ale cóż – magia ma to właśnie do siebie, że opiera się na podstawach całkowicie irracjonalnych.

I w tym niebezpieczeństwo. Jest bowiem na pewno coś pięknego w tym poczuciu wspólnoty, jakie ogarnia miliony ludzi podrywających się z foteli w chwili, gdy widzą na ekranach telewizorów, jak Lubański przedziera się ku bramce rajdem po prawym skrzydle. Ale jest coś groźnego i obezwładniającego w owej magii, w irracjonalnym przekonaniu, że  n i e  j e s t  t a k  ź l e  (w innych dziedzinach życia),  s k o r o  n a s i  g ó r ą  (w sporcie). Pomijam już sprawę koszmarnego ciężaru odpowiedzialności, jaka ciąży w tej sytuacji na sportowcach, z których żaden nie może przegrać „prywatnie”, na swój własny rachunek, lecz staje od razu pod tzw. pręgierzem opinii publicznej. Idzie mi raczej o nas, o kibiców, którzy przyzwyczajamy się w ten sposób do poszukiwania – również poza sportem – złudnych, magicznych rozwiązań, irracjonalnych i bezpłodnych projekcji, mających zaspokoić nasze mniej czy bardziej uzasadnione ambicje. I idzie mi też o pewne skutki pośrednie: o to, że przekonanie, iż nasi  m u s z ą  być lepsi, rodzi przekonanie, iż inni  m u s z ą  być gorsi. Używając może zbyt drastycznych słów: nacjonalizm rodzi szowinizm.

Obawiam się, że do tego przykrego i niepotrzebnego zjawiska przyłożyła się w znacznej mierze i telewizja. Nie mam tu pretensji do Jana Ciszewskiego[2], którego prasa i tak nie pieści, a którego czy to terminy fachowe („wyjaśnił sytuację”, „strzelił w światło bramki”, „świątynia” w sensie „bramka”), czy niezrównane przejęzyczenia („U Jarosika razi brak lewej nogi”) weszły na stałe do skarbnicy języka narodowego, wzbogacając go przez to niepomiernie. Osobiście mam do red. Ciszewskiego dużo sympatii i mecz bez jego komentarza jest dla mnie stracony; zaletą tego sprawozdawcy jest przede wszystkim, że  m ó w i  o n  t o,  c o  m y  w s z y s c y  c z u j e m y,  intuicyjnie trafia w samo sedno naszych emocji. Ale właśnie: emocje te nie zawsze bywają piękne. Często jest to dość nieprzyjemna mieszanka złożona z rozżalenia, zawiści wobec lepiej grającego przeciwnika, upokorzenia i chęci zemsty. I właśnie w tych momentach każde słowo sprawozdawcy, które współgra z naszymi emocjami, jest przysłowiowym dolaniem oliwy do ognia: czujemy za sobą autorytet, nie wstydzimy się swoich uczuć. Wystarczy intonacja zdziwienia przy komentowaniu decyzji sędziego, wystarczy jedna wzmianka o zbyt ostrej grze przeciwnika – a już wszyscy jesteśmy (bo chcemy być) przekonani, że w gruncie rzeczy my jesteśmy lepsi, tylko krzywdzą nas, tłamszą, biją i nie dopuszczają do głosu. Prawda, że w tym akurat wypadku istotnie drużyna z Manchesteru grała z rzadko spotykaną brutalnością (szczególnie w drugim meczu), rękoczynów i niesportowych gestów więcej było ze strony angielskiej itd.; ale pamiętajmy, że w tych trzech pamiętnych spotkaniach byliśmy świadkami nie tyle starcia złego i podstępnego Anglika ze szlachetnym i prawym Polakiem, ile starcia dwóch przeciwstawnych koncepcji futbolu: koncepcji siłowej i technicznej, idei „naporu” (wszelkimi możliwymi środkami, nawet niedozwolonymi) i idei „fortelu” piłkarskiego. Decydującym kryterium ich oceny jest skuteczność; możemy oceniać ten czy inny sposób realizacji którejś z koncepcji jako niesportowy, ale nie wolno nam przenosić sprawy na płaszczyznę narodowo-moralną. „Bo ci Anglicy to takie chamy” – mówi oburzony kibic stojący za mną w tramwaju, zapominając, że transmisja z Manchesteru zaprezentowała mu jeśli nawet i chamów, to tylko jedenastu, co w końcu jest liczbą zbyt małą, aby można było wyprowadzać ogólnonarodowe wnioski; i zapominając jednocześnie, że w tymże tramwaju został przed minutą kopnięty w kostkę przez autentycznego chama narodowości polskiej, co również nie uprawnia zresztą do uogólnień. Gdyby nie podsumowanie, jakim red. Ciszewski zakończył relację z meczu w Kopenhadze, bylibyśmy przekonani, że zwycięstwo Manchester City wywalczone zostało nieuczciwymi środkami. A tymczasem zupełnie niezależnie od uczciwości czy nieuczciwości drużyna ta była po prostu lepsza! I – niestety – trzeci mecz udowodnił to ponad wszelką wątpliwość. Zdajemy sobie z tego sprawę, choćby nas nie wiem jak bolała urażona godność narodowa.

15 IV 1971

Ubiegły tydzień stał pod znakiem pożegnań: niemal równocześnie skończyły nam się dwa seriale, jeden bardzo długi, drugi raczej krótki (choć i tak za długi co najmniej o sześć odcinków); w pierwszym wypadku pożegnanie odbywało się w atmosferze nostalgii, w drugim – dominowało raczej uczucie ulgi. Wszyscy już się, mam nadzieję, domyślili, że chodzi o Forsyte’ów[1] i Doktor Ewę. Pozostawmy w spokoju tę ostatnią; byłoby czymś niesmacznym znęcanie się nad knotem i tak już jednogłośnie uznanym za najgłębsze dno, jakie kiedykolwiek osiągnęła polska telewizja. Niżej podpisany miał dodatkowego pecha, że wyszedł do kuchni zaparzyć sobie herbatę akurat w momencie, kiedy (jak się później dowiedział z relacji prasowych) odtwórczyni roli doktor Ewy zaprezentowała się na ekranie w stroju topless, co z pewnością można było uznać za najciekawszy moment serialu; w ten sposób przepadła jedyna okazja, aby napisać o Doktor Ewie jakieś cieplejsze słowo.

Powodzenie Sagi rodu Forsyte’ów i niepowodzenie Doktor Ewy jest jednak zjawiskiem, nad którym warto byłoby się zastanowić. K.T. Toeplitz, próbując niedawno w „Miesięczniku Literackim” znaleźć odpowiedź na pytanie „Dlaczego oglądamy tę sagę?”, wyróżnił bardzo trafnie kilka przyczyn, które w sumie dałyby się sprowadzić do jednej: do swoistej  e g z o t y c z n o ś c i  świata Forsyte’ów, egzotyczności oczywiście z naszego punktu widzenia. Egzotyczny jest dla nas świat angielskiego high-life’u, egzotyczny jest dla nas patriarchalny model rodziny, egzotyczne są zapatrywania społeczne kolejnych pokoleń Forsyte’ów i tak dalej, i tak dalej. No dobrze, ale przecież i Doktor Ewa ukazywała nam świat cokolwiek egzotyczny i w naszej rzeczywistości niespotykany; prawda, że w tym wypadku przyjemność mąciło nam poczucie, że mamy do czynienia ze światem po prostu sfałszowanym, zamalowanym pstrymi kolorkami... ale ostatecznie ktoś, kto lubi bajkę, iluzję i nieprawdopodobieństwo, mógł, oglądając ten serial, odpocząć sobie wśród kolorowych zapasek zdobiących poczciwe polskie chłopstwo, a nie mniej egzotycznych niż sztywne kołnierzyki Soamesa Forsyte’a. Nie w tym więc rzecz, jak sądzę; ważniejsze jest, że oba seriale oferowały nam wprawdzie świat bezpiecznie odległy od naszej rzeczywistości, ale czyniły to w sposób nieporównanie różny. I stąd właśnie różnica w ich przyjęciu przez publiczność, która aż do ostatniego odcinka pasjonowała się rodzinnymi perypetiami angielskich finansistów (przyznajmy szczerze – perypetiami co najmniej od połowy serialu dość nudnawymi, gdyby spojrzeć na sprawę trzeźwo), natomiast „sensacyjne” (pożal się Boże...) przygody doktor Ewy były jej doskonale obojętne.

Ów różny w obu wypadkach sposób ukazywania filmowego świata sprowadza się do dwóch kwestii, z których pierwszą nazwałbym problemem  c i ą g ł o ś c i i  r o z w o j u.  Jest to sprawa dla każdego serialu kardynalna. Swoje podstawowe zadanie spełnia on wtedy, gdy widz jest do tego stopnia „wciągnięty” i zainteresowany, że  o c z e k u j e  z niecierpliwością następnego odcinka: na tym bowiem polega idea serialu, że dzieli on nudny i bezbarwny potok egzystencji milionów ludzi na wyraziste odcinki oczekiwania, że wprowadza w tę jałową egzystencję cykl kolejnych napięć i spełnień, że – mówiąc po prostu – czas między jedną a drugą środą płynie szybciej, jeśli wiadomo, że w środę spotkamy się znów z kapitanem Klossem czy Jolyonem Forsyte’em. Ale wynikająca z tych potrzeb popularność seriali byłaby niemożliwa, gdyby nie wspomniane wyżej przedstawianie świata jednocześnie ciągłego i rozwijającego się. Idzie o to, że kolejne odcinki serialu muszą nawarstwiać się wokół pewnego wspólnego, stale tego samego elementu, którym najczęściej jest postać głównego bohatera; i to zapewnia serialowi ciągłość, jednakże sama ciągłość byłaby czymś nudnym, gdyby bohater był stale taki sam: toteż zazwyczaj ukazywany jest on poprzez łańcuch wydarzeń, w których uczestniczy, a które na naszych oczach modelują jego osobowość, rozwijają ją i ukazują od coraz to nowej strony.

Jeżeli z tego punktu widzenia spojrzeć na Forsyte’ów, okaże się, że serial ten spełnia oba wymogi w stopniu niemalże celującym. Ciągłość zabezpieczona jest podwójnie: poprzez obecność w każdym odcinku kilku czołowych postaci i zarazem poprzez obecność tego bohatera nadrzędnego, jakim jest cały  r ó d  Forsyte’ów. Z drugiej strony, przedstawiony na ekranie świat ma charakter wybitnie rozwojowy, jako że są to przecież  d z i e j e  rodu: jesteśmy świadkami kolejnych zgonów i narodzin, a przy tym – co jeszcze ważniejsze – obserwujemy duchowe przemiany zachodzące wewnątrz poszczególnych bohaterów (zwłaszcza postać Soamesa jest pod tym względem szczególnie interesująca, do czego walnie się przyczyniła znakomita kreacja Erica Portera). Natomiast Doktor Ewa... szkoda słów. Serial ten (w czym zapewne mają swój udział drastyczne skróty: rzecz była planowana na dziesięć odcinków) szwankuje już w kwestii ciągłości, natomiast o rozwoju na przykład osobowości głównej bohaterki w ogóle nie ma co mówić: jest to po prostu poruszona paroma sznurkami marionetka.

I tu dochodzimy do drugiej zasadniczej różnicy pomiędzy obydwoma serialami: całkowicie odmiennie traktują one swojego domniemanego odbiorcę. Atrakcyjność Forsyte’ów polegała i na tym, że cykl ten zaspokajał nasze podświadome ciągotki snobistyczne; że traktował widza jako „osobę z towarzystwa”, której nie trzeba tłumaczyć zbędnych szczegółów czy na siłę podciągać do poziomu umysłowego, kulturalnego i towarzyskiego bohaterów. Ba, widz był w tym wypadku traktowany nawet jak ktoś, z kim można wymienić porozumiewawczy ironiczny uśmieszek w momencie, gdy któryś z Forsyte’ów popisuje się „głębokimi” uwagami o sztuce lub filantropijnym postępkiem, rozczulająco niewspółmiernym wobec posiadanego majątku. Punktem wyjścia był więc snobizm, ale punktem dojścia – dokonanie przez odbiorcę samodzielnej oceny prezentowanego świata. I znów nie trzeba chyba nikogo przekonywać, że w Doktor Ewie rzecz miała się całkiem inaczej. Tutaj przyszły widz został przez realizatorów „ustawiony” od razu jako niedorozwinięte dziecko, któremu łopatą do tępej głowiny trzeba włożyć pewną ilość, dosyć zresztą oczywistych, przekonań. Natrętny dydaktyzm, którego prostą konsekwencją jest zawsze – i był w tym przypadku – schematyzm fabularny i psychologiczny, ma skutki nie tylko artystycznej natury: w dzisiejszych warunkach, kiedy bardziej niż na czymkolwiek innym powinno zależeć każdemu twórcy na krzewieniu wśród odbiorców samodzielności myślenia i zdolności do krytycyzmu, Doktor Ewa była zwyczajną obrazą dla widza; dla widza, który naprawdę nadzwyczaj rzadko reprezentuje poziom umysłowy niedorozwiniętego dziecka. Tyle o Forsyte’ach i Doktor Ewie; miejmy nadzieję, że nigdy już nie będzie potrzeby wracać do tego ostatniego tematu[2].

25 IV 1971

Moje dwie skrajnie różne przygody ze współczesną kulturą wydarzyły się w odstępie zaledwie jednej doby. Wczoraj była to przygoda z książką; dziś przygoda z telewizją. Wczoraj zaszedłem mianowicie do księgarni, gdzie przeglądając zawartość półki z nowościami, dostrzegłem z radością dawno zapowiadany tom pt. Sztuka interpretacji, zbiór przekładów wnikliwych analiz literackich dokonanych przez wybitnych uczonych zagranicznych: lektura wymarzona dla kogoś, kto pragnie fachowego i niezdawkowego wprowadzenia w tajniki arcydzieł literatury. „Kupuję”, pomyślałem ochoczo i już zmierzając w stronę lady, spojrzałem machinalnie na cenę książki. I tu zdębiałem. Książka – opasła wprawdzie, ale wydana dość brzydko, na średniej jakości papierze i w miękkiej okładce, z góry skazanej na zeszmacenie się po pierwszym przeczytaniu – kosztowała złotych  s t o  p i ę t n a ś c i e.  Przyzwyczajony byłem do tego, że ceny książek stale rosną (dla porównania – luksusowo wydany przed paru zaledwie laty zbiór wierszy Staffa, w  d w ó c h  grubych tomach na biblijnym papierze kosztował złotych sto dwadzieścia), ale nie zdarzyło mi się jeszcze wydać na jedną zwykłą książkę, żaden przecież bibliofilski egzemplarz ani luksusowy album, jednej piętnastej części mojej pensji! Uświadomiłem sobie, że jest przed pierwszym, że za cenę tej książki musiałbym zrezygnować z jedzenia do końca miesiąca obiadów, i odłożyłem Sztukę interpretacji na półkę. Było mi – powiem szczerze – tak, jakby mi ktoś dał w pysk. Jakby mi ktoś powiedział: nie pchaj się, chamie, do drzwi kultury, skoro cię nie stać na brylantowe spinki do mankietów.

Na szczęście już w dwadzieścia cztery godziny później, jak gdyby chcąc wynagrodzić mi przykre poczucie odtrącenia od owych drzwi kultury, telewizja nadała olśniewający program rozrywkowy pt. Zapraszamy na pół czarnej. O ile w księgarni czułem się odgrodzony niewidzialną barierą od pewnych ważnych dla mnie wartości kulturalnych, o tyle przed telewizorem miałem nieodparte, radosne wrażenie, że twórcy widowiska robią wszystko, aby tę barierę przełamać. Kielecka kawiarnia, która stała się areną feerycznych pomysłów p. Rokity i jego współpracowników, była miejscem, w którym dokonało się braterskie zespolenie w jeden organizm artystów i widzów, twórców kultury i jej odbiorców. Przede wszystkim stoliki: niezmiernie ważne dla wytworzenia właściwej atmosfery uczestnictwa w kulturze było to, że artyści bratali się z widzami w najprostszy sposób, po prostu siedząc z nimi przy jednym stoliku nad tytułowym „pół czarnej”. Nie należy jednak mniemać, jakoby działo się to tylko w przerwach między występami: również w czasie na przykład wykonywania którejś z kolei piosenki zdarzało się, że artysta a to komuś na ramieniu rękę opiekuńczo położył, a to do panienki jakiejś filuternie się uśmiechnął, a to do kamery oko puścił, bo przecież nie tylko szczęśliwi mieszkańcy Kielc, ale i każdy z telewidzów miał prawo poczuć się włączony w twórczy obieg kulturalny. A najważniejsze w tym wszystkim było, że program nie był ani trochę elitarny. Wszelka elitarność, każdy dowcip bardziej skomplikowany, każda piosenka mniej oklepana, każdy monolog trochę bardziej intelektualnie pogłębiony byłyby czymś wybitnie nie na miejscu, wprowadzałyby natychmiast ów nastrój odtrącenia, tak przykry dla każdego odbiorcy kultury. Program szczęśliwie uniknął tego niebezpieczeństwa, grawitując w każdym swoim punkcie ku poziomowi zera intelektualnego, a więc dopuszczając wielkodusznie w swoje progi każdego, nawet osobnika ograniczonego umysłowo.

Żarty na bok. Na dobrą sprawę, oglądając błazenady p. Rokity i spółki, czułem się tak samo jak poprzedniego dnia w księgarni: jakby mi ktoś dał w pysk. Tyle że tym razem komentarz towarzyszący temu gestowi brzmiał nieco inaczej: już nie „nie pchaj się, chamie, gdzie cię nie proszą”, ale „widzisz, biedny debilku, oto kultura w sam raz dla ciebie i nie chciej niczego więcej”. Charakterystyczne, że w programach typu Zapraszamy na pół czarnej, czy pokrewnym koncepcją Z wizytą u was, wszelkie zabiegi reżyserskie i wszelkie zachowania wykonawców sprowadzają się do tego, aby za wszelką cenę dać widzowi poczucie uczestnictwa i równości, aby zaznaczać bezustannie, że wszystko, co się dzieje na estradzie i na ekranie, zostało przygotowane z myślą o tym właśnie, konkretnym widzu. Stąd więc to znoszenie granicy między estradą a widownią, stąd te wspólne stoliki, stąd poklepywanie po ramieniu (realizowane na przykład w programach Z wizytą u was w formie wywiadu z dyrektorem zakładu, dla którego załogi produkują się artyści). Wydawałoby się, że są to wszystko gesty o znaczeniu wręcz przeciwstawnym niż ten gest, jakim było horrendalne wyśrubowanie ceny książki: gdy tam czułem się odtrącony, tutaj mnie przecież przygarniają, gładzą po głowie, poklepują, rozpieszczają! A jednak ostateczny sens obu tych faktów kulturalnych jest identyczny: każdy z nich, mimo pozornie odmiennych intencji, mówi mi pogardliwie: „za wysokie progi...”, każdy z nich utwierdza tylko ową niewidzialną barierę, która w ćwierć wieku po powstaniu socjalistycznego państwa odgradza jego obywateli od wartości kulturalnych wyższego rzędu. Prawda, że motywacje są w obu wypadkach trochę odmienne: w pierwszym wypadku chodzi o cenzus majątkowy, w drugim o cenzus intelektualny. Ale efekt jest identyczny: jest mi przecież wszystko jedno, czy czuję się odtrącony od autentycznej kultury dlatego, że mam za mało pieniędzy, czy dlatego, że p. Filler[1] traktuje mnie jak półgłówka.

Zauważmy, jak olbrzymie było powodzenie i jak masowa popularność tak z pozoru elitarnych programów jak Kabaret Starszych Panów czy Małżeństwo doskonałe. Zarówno Przybora i Wasowski, jak i Gruza z Fedorowiczem zrozumieli bowiem jedną rzecz podstawową: odbiorca kultury współczesnej chce, aby go szanowano. Ta potrzeba szacunku przybiera nieraz formy śmieszne i wynaturzone (jak wtedy, gdy setki widzów protestowały telefonicznie przeciw nieodżałowanemu Bogumiłowi Kobieli, który tym się tylko naraził, że w trakcie jednego z programów wygłaszał monolog z ręką w kieszeni), ale może być również czymś cennym i pięknym: wtedy mianowicie, gdy widz żąda szacunku dla swoich ambicji intelektualnych, dla swojego poczucia humoru, dla swojej niechęci do banału i sztampy. Kiedy, inaczej mówiąc, nie chce, aby go ogłupiano, aby w idiotycznej obawie przed elitarnością spychano go do najniższego z możliwych poziomów intelektualnych. Zaryzykowałbym twierdzenie, że cały ten szacunek dla aspiracji umysłowych społeczeństwa, jaki przed kilku laty zawarto w haśle „Polska krajem ludzi kształcących się”, został zniwelowany jednym kiwnięciem palca red. Fillera, powołującego do życia programy Z wizytą u was i Zapraszamy na pół czarnej. Szacunku tego nie odbuduje ani estradowy wywiad z jednym czy drugim dyrektorem zakładu, ani wypicie przez Andrzeja Rokitę „pół czarnej” z kielecką ekspedientką czy koszalińskim urzędnikiem: poklepywanie po ramieniu jest nieraz gestem bardziej pogardliwym niż uderzenie w twarz.

14 V 1971

Gdyby się tak dobrze zastanowić, okazałoby się, że niemal każdy dział programowy Telewizji Polskiej spełnia zadania całkowicie różne od tych, jakie naturalną koleją rzeczy wynikają z jego charakteru. Bo co w telewizji jest na przykład zabawne? Oczywiście nie programy rozrywkowe, które, logicznie rzecz biorąc, powinny byłyby właśnie śmiech gromki wywoływać w każdym polskim mieszkaniu; telewidz, oglądając którąś tam z rzędu odkurzoną operetkę, trwa zazwyczaj w ponurym milczeniu, przerywanym z rzadka przekleństwami; natomiast jedyną rzeczą autentycznie zabawną jest program z pozoru suchy i czysto informacyjny, mianowicie ogłaszane przez Totalizator Sportowy wyniki angielskiej ligi piłkarskiej. Nie wiem jak inni widzowie, ale ja osobiście zaśmiewam się do rozpuku, słuchając, jak pełni poczucia humoru spikerzy bawią nas siódmą z rzędu wersją wymowy angielskich nazw Southampton lub Leicester. Jest to na pewno świadoma i pełna inwencji próba umilenia życia widzowi, a nie – jak sugerują niektórzy puryści – wynik językowej ignorancji: najlepszym dowodem jest fakt, że spikerowi wystarczyłoby przecież sprawdzić wymowę danej nazwy w słowniku Stanisławskiego.

Podobnie można by zapytać, jaki dział w telewizji reprezentuje inną pożądaną przez widza jakość: sensację. I znów okazałoby się, że nie ten dział, który z pozoru jest do tego najbardziej powołany: „Kobry”, słusznie rezygnując z tanich dreszczyków, zajmują się ostatnio wyłącznie opiewaniem uroków trudnego zawodu milicjanta. Sensacyjny posmak ma natomiast w telewizji dział zupełnie inny: publicystyka krajowa. Tak: jedynie oglądając krajowe reportaże, można od czasu do czasu poczuć, że włosy stają nam na głowie dęba. Jedynie ten dział przedstawia nam sprawy w swojej grozie nieraz nieprawdopodobne, a przecież autentyczne – i przez to tym straszniejsze. „Czy to jest możliwe dzisiaj, w naszym kraju?” – pytamy przerażeni, dowiadując się, że w jakiejś spółdzielni inwalidów płaci się zatrudnionym kobietom trzysta–czterysta złotych miesięcznie albo że zmarł człowiek, któremu z biurokratycznych względów odmówiła pomocy służba zdrowia. I reportaż odpowiada: tak, to jest możliwe, właśnie dzisiaj i właśnie u nas; oto macie relacje świadków, poszkodowanych, winnych, słuchajcie, patrzcie i wyciągnijcie wnioski. W tym siła filmowego reportażu.

Świadkowie, poszkodowani, winni... W tym jednak sęk, że ta konfiguracja nie zawsze bywa pełna. Ze względów nieraz zapewne niezależnych od realizatorów siła wymowy reportażu ulega znacznemu osłabieniu wtedy, gdy kamera „przesłuchuje” tylko poszkodowanych i świadków – winni zaś korzystają z przywileju anonimowości lub, mówiąc obrazowo, stoją tak, że kadr filmowy ich nie obejmuje. Jaskrawy tego przykład można było obserwować w nadanym ostatnio programie pt. Dom na Hrubieszowskiej[1]. Był to reportaż o zatargu między grupą zwykłych obywateli a władzą: o zatargu, w którym po stronie obywateli stały wszystkie racje prawne, logiczne i humanitarne, zaś po stronie władzy – wszechmocne widzimisię urzędasa, poparte magią urzędowego papierka. Dom na Hrubieszowskiej był własnością zamieszkujących go lokatorów jeszcze od czasów przedwojennych, kiedy to zbudowano go na zasadzie spółdzielczej. Ale dom ze względów urbanistycznych trzeba było wyburzyć: lokatorzy otrzymują nakaz eksmisji. Spójrzmy teraz na nieprawdopodobną logikę urzędowego postępowania: ludziom zabiera się przecież – prawda, że jest to nieuniknione – ich  w ł a s n o ś ć,  tymczasem: 1) nie otrzymują odszkodowania; 2) przydziela się im mieszkania, ale o znacznie mniejszym metrażu; 3) są to mieszkania spółdzielcze, lokatorzy muszą więc  w p ł a c i ć  spółdzielniom mieszkaniowym pełny wkład, aby nie pozostać na bruku (dodajmy, że dom na Hrubieszowskiej zamieszkują również renciści), a więc praktycznie płacą dodatkowo za to, że się ich wykwaterowuje; 4) wszelkie interwencje u władz miejskich nie pomagają, odpowiednie urzędy odpowiadają na monity po upływie roku i dłużej, dopiero Prokuratura Generalna okazuje się instancją władną przełamać tę opieszałość, ale i jej ingerencja nie doprowadza do całkowitego załatwienia sprawy.

Gdyby mi ktoś to opowiedział – nie uwierzyłbym. Prawda, życie zdołało nas już przyzwyczaić do tego. Każdy już się pogodził z faktem, że na przykład spółdzielnia mieszkaniowa może wręczyć nam klucze w roku 1980, mimo że na umowie „stoi napisane” 1975, albo że jako pracownicy wykorzystywani jesteśmy do czynności, które należą do kogo innego (pracownicy naukowi wszak nic już innego nie robią poza czynnościami administracyjnymi i wypełnianiem sprawozdań). Charakterystyczne, że ta niewiedza o prawach przysługujących obywatelowi widoczna jest najdobitniej w tych masowych przekazach, które powinny właśnie szerzyć kulturę prawną – a więc w powieściach czy widowiskach kryminalnych, gdzie na porządku dziennym jest na przykład dokonywanie rewizji bez nakazu, stosowanie niedozwolonych metod nacisku w śledztwie (w filmie Tylko umarły odpowie oficer zamyka podejrzanego w kasie pancernej, „aby zmiękł”[2]) itp. No tak, zdążyliśmy się przyzwyczaić; a przecież mimo wszystko tak jaskrawe naruszenie podstawowych praw obywatelskich, jak to było w wypadku domu na Hrubieszowskiej, wydaje się wręcz nieprawdopodobne. Ale reportaż filmowy posiada naprawdę potężną moc przekonywania; dzięki filmowej relacji nie musimy niczego przyjmować na wiarę, widzimy wszystko naocznie: wysłuchujemy relacji kolejnych lokatorów, dzięki kamerowym zbliżeniom zaglądamy do niezliczonych papierków z tą sprawą związanych, przekonujemy się, że od początku do końca mamy do czynienia z autentycznymi faktami.

I tylko dwóch rzeczy – nie z winy realizatorów zresztą – w tym wszystkim brakuje. Przede wszystkim: nie widzimy winnych. To znaczy znamy ich nazwiska, widniejące pod dokumentami sprawy, wiemy, który urzędnik sygnował tę czy inną bezprawną decyzję; ale prawdziwą obroną praw obywatelskich reportaż może być jedynie wtedy, gdy zastosuje jedyną możliwą w nim sankcję; gdy  p o k a ż e  nam winnego, gdy każe mu wytłumaczyć się, uzasadnić przed widzami przyczyny decyzji; gdyby takie postępowanie stało się regułą, niejeden z urzędniczych sobiepanków zawahałby się może przed złożeniem podpisu, mając przed oczami widmo społecznej kontroli upostaciowane w telewizyjnej kamerze. I druga sprawa: nie było w tym reportażu – bo być nie mogło – odpowiedzi na pewne zasadnicze pytanie nasuwające się widzowi, pytanie brzmiące już nie „czy to jest możliwe?”, ale „jak to było możliwe?”. Jak było możliwe to, że urząd mógł pogwałcić wszelkie kodeksy prawne i administracyjne, a nie dość, że nikogo z winnych nie spotkała za to żadna kara, to w dodatku sprawa pokrzywdzonych lokatorów do dziś dnia nie jest załatwiona? I wreszcie – ileż jest krzywdy ludzkiej co najmniej równej rozmiarami krzywdzie lokatorów z Hrubieszowskiej, ale nie tak jednoznacznej i krańcowej, aby cieszyć się zainteresowaniem telewizji? Gorzkie są to pytania, trzeba oczekiwać, aby ktoś dał na nie zadowalającą odpowiedź.

1 VI 1971

Felieton telewizyjny traktuje z zasady o tym, co się dzień czy tydzień wcześniej widziało; dlaczegóż by nie zabawić się raz i nie napisać o programie, który  b ę d z i e m y  oglądali dopiero za parę dni? Okazja jest doskonała: dnia 3 czerwca telewizja nada bowiem program, który nie miał dotąd precedensu w polskich środkach masowego przekazu i o którym jednocześnie wszyscy wiedzą wszystko. A przynajmniej wiedzą, jak  p o w i n i e n  wyglądać: czekali bowiem na taki program od wielu, wielu lat. Cóż za okazja do konfrontacji tych wyobrażeń z rzeczywistością, z którą już pojutrze będziemy mieli do czynienia!

Mowa oczywiście o szeroko od paru dni reklamowanym programie pt. Trybuna obywatelska, który, mówiąc w największym skrócie, zasadzać się będzie na tym, iż na telefoniczne zapytania telewidzów odpowiadać będzie natychmiast siedzący przed kamerami członek rządu czy Biura Politycznego. Mówiąc, że jest to pomysł bezprecedensowy (przynajmniej w naszej telewizji), mam na myśli fakt, że jest to pierwszy wypadek, kiedy program telewizyjny oparty zostaje na zasadzie rzeczywistego  d i a l o g u  pomiędzy Nadawcą a Odbiorcą. Przypomnijmy sobie: czy o takim dialogu – choćby na tematy błahe – można było mówić kiedykolwiek dotąd? Z pewnością nie; próby włączania telewidza do czynnego udziału w programie były jak dotąd jedynie pozoranctwem. Bo albo widz miał możność spontanicznego reagowania na jakość programu (tzn. miał prawo po prostu zadzwonić do odpowiedniej komórki w studio telewizyjnym i powiedzieć bez ogródek, co o tym wszystkim myśli), ale jego głos nie włączał się w sam program, nie miał wpływu na jego przebieg – albo odwrotnie, widzowi umożliwiano współudział w widowisku (choćby za pośrednictwem telefonu), wtedy jednak dialogowi brakowało spontaniczności, stawał się on z góry zaprogramowany, ułożony tak, aby „nie rozwalić” scenariusza i nie narobić autorom komplikacji.

Trybuna obywatelska powinna – tak mi się wydaje – od chwili, kiedy po raz pierwszy zagości na ekranie, oprzeć się na zasadzie dialogu autentycznego, jednocześnie spontanicznego i udostępnianego innym widzom-uczestnikom. Pewne kroki w tym kierunku już poczyniono: podano mianowicie numery telefonów, za pośrednictwem których  w s z y s c y  widzowie z terenu całego kraju będą mogli połączyć się ze studiem telewizyjnym, aby zapytać siedzącego tam reprezentanta władz o sprawy, które obywatela naszego kraju bolą, drażnią czy zastanawiają. Dowiedzieliśmy się również, że rozmowy telefoniczne będą opłacane przez telewizję. Wszystko pięknie, ale w tym momencie rodzi się pewna wątpliwość natury technicznej. Jeżeli nawet na taką telefoniczną interpelację zdecyduje się w trakcie trwania programu tylko jeden telewidz na tysiąc (a jest to rachuba i tak zaniżona, jeśli zważyć, że tematem pierwszej Trybuny będą problemy budownictwa mieszkaniowego: któż nie ma kłopotów z tym związanych?), czyni to liczbę kilku tysięcy rozmów. Tylu osobom naraz po prostu nie można będzie udzielić głosu, gdyż spowodowałoby to chaos i niepomierne przedłużenie programu, który musiałby trwać parę dób z rzędu. A więc konieczność selekcji: ale według jakich kryteriów selekcji tej będzie się dokonywać? Czy według zasady „kto pierwszy zadzwoni, ten lepszy”? Ależ to upośledza mieszkańców małych miejscowości, z których trudniej uzyskać połączenie; nie mówiąc o tym, że pierwsze pytania wcale nie muszą być najistotniejsze. A więc może dyżurni przy telefonach odrzucać będą pytania mało ważne i nieistotne? No tak, ale kto weźmie na siebie odpowiedzialność decydowania o tym, co jest ważne i istotne, a co nie? I czy w gruncie rzeczy tak trudno jest pomylić przymiotnik „nieistotne” z przymiotnikiem „niewygodne”?

Wszystkie te pytania nasuwa jednak tylko okoliczność o charakterze wyłącznie zresztą technicznym: konieczność selekcji pytań, oczywista wprawdzie, a przecież przeciwstawiająca się zasadzie spontaniczności i braku wyreżyserowania, która powinna bezwzględnie obowiązywać ten program. Właśnie ten program: chodzić w nim bowiem będzie o sprawy zbyt ważne, aby można je było załatwić półśrodkami. Pomijając już treść samych pytań, która na pewno będzie dotyczyła najistotniejszych spraw życia społecznego, trzeba podkreślić jak najmocniej, że właśnie założona dla Trybuny obywatelskiej metoda dialogu jest zdobyczą, której nie wolno zaprzepaścić. Chodzi tu bowiem nie tylko o nowy styl audycji telewizyjnej; chodzi również o nowy styl krążenia informacji między władzą a obywatelem. Jak nazbyt dobrze pamiętamy, w niedawnych czasach informacja ta szła wyłącznie „z góry na dół”: obywatel otrzymywał od władzy pewne informacje, które zmuszony był „na wiarę” przyjąć, a ponieważ stan wiedzy „góry” nie był korygowany przez informacje „oddolne”, obywatel dostrzegał bez trudu przepaść istniejącą między wypowiadanymi pod jego adresem postulatami i obietnicami a rzeczywistością. Metoda dialogu – choćby takiego, jaki obiecuje nam Trybuna obywatelska – ma szansę położyć kres tym anomaliom i wzajemnym nieporozumieniom. Ma szansę dać obywatelowi możliwość sprawowania pewnego rodzaju kontroli społecznej nad poczynaniami władzy – władzy zaś może stworzyć możliwość natychmiastowego, niezniekształconego żadnym pośrednictwem, sondażu opinii publicznej. Możliwości te są spore – i dlatego, raz jeszcze powtarzam, należy zrobić możliwie wszystko, aby dialog, którego telewizyjną premierę obserwować będziemy już pojutrze, był dialogiem rzeczywiście spontanicznym i rzeczywiście otwartym dla każdego, kto zechce w nim wziąć udział. Być może powodzenie tej formy kontaktu między władzą a obywatelem otworzy drogę innym, dalej i głębiej sięgającym formom dialogu, dla których przez tak długi czas nie było miejsca w naszym życiu publicznym.

W chwili gdy te słowa znajdą się przed oczyma czytelnika, upłynie już kilkanaście dni od emisji Trybuny obywatelskiej. Pisałem o tym, jaki  p o w i n i e n  być ten program; czytelnicy będą już wiedzieć, jaki był, czy ustrzegł się przed niebezpieczeństwami i czy wykorzystał możliwości, jakie tu sygnalizowałem. Ale niezależnie od tego, jak wypadnie ta konfrontacja, jest pewne, że na program tego rodzaju czekaliśmy wszyscy od lat.

31 VIII 1971

Rozstając się z czytelnikami na dwa wakacyjne miesiące, czyniłem to nie tylko z konieczności, ale również dlatego, że nie obiecywałem sobie po letnim programie telewizyjnym zbyt wiele; do nieprzezwyciężalnych tradycji Telewizji Polskiej należy fakt, że rokrocznie przerzuca się ona w tym okresie na intensywną produkcję ogórków. Ogórki zaś, jak wiadomo, mają to do siebie, że w smaku są właściwie nijakie, słodkawe (choć czasem trafi się gorzki koniec); ponadto jedzone w czasie upałów orzeźwiają, jednakże spożywane w większych ilościach, a już zwłaszcza popijane wodą (której w programie telewizyjnym nigdy nie brakuje), mogą okazać się wybitnie ciężkostrawne.

I rzeczywiście. Podejrzewam, że najzawziętszy zwolennik piosenki i piosenkarzy wszelkiej maści nie byłby w stanie strawić naszych trzech ogólnonarodowych festiwalowych szałów, gdyby pewnego roku urządzono je jeden po drugim. Kilkutygodniowe przerwy pozwalają wprawdzie odsapnąć, ale mimo to już po Kołobrzegu (a cóż dopiero po Sopocie) czujemy zwykle lekki przesyt. A przecież męczymy się jednak, trwamy przed ekranami, jak Polska długa i szeroka słuchamy nieciekawych zawodzeń trzeciorzędnych wykonawców, choć wystarczyłoby przecież sięgnąć do wyłącznika, aby odpocząć od tej męczarni. Podziwianie festiwali stało się naszym patriotycznym obowiązkiem. Wykonywanie patriotycznych obowiązków wymaga zaś, jak nas o tym pouczają historyczne przykłady, wyrzeczeń i poświęceń.

W jednej z powieści Lwa Tołstoja[1] pojawia się następująca scena: bohater, który na skutek pewnych przeżyć dotknięty jest silnym rozstrojem wewnętrznym, udaje się wieczorem, jak nakazują towarzyskie obowiązki, do opery. Nie potrafi jednak spojrzeć na operową scenę tak, jak patrzył na nią dotychczas w podobnych okazjach, jego myśli krążą wokół innych zupełnie spraw i nasz bohater w pewnym momencie zadaje sobie pytanie, co właściwie robią te opasłe babska, które wśród tekturowych malowideł popisują się przed zebranym tłumem przesadnym załamywaniem rąk i przedziwnie modulowanym zawodzeniem. Tołstojowski bohater zapomniał na chwilę o konwencji obowiązującej teatr operowy i każdego widza w tym teatrze; tam, gdzie normalna publiczność widziała Toscę, on dostrzegał otyłą paniusię przewracającą w ekstazie oczyma. Przypuszczam, że niejeden telewidz znajdował się podczas opolskiego, sopockiego czy kołobrzeskiego festiwalu w podobnym stanie ducha. I, nagle przebudzony, wyrwany z kręgu konwencji, z pewnością zadał sobie podobne pytania: co ja tu właściwie robię? co to wszystko znaczy? co robi ta pani z dużym dekoltem, która, śpiewając o jakiejś wesołości ptasich gniazd[2], robi taką omdlewającą minę, jakby miała się komuś oddać? co robią te tłumy ludzi, trzymających się pod ręce i kiwających do taktu piosenki o urokach służby wojskowej, jak gdyby obietnica „Kapral ci pomoże”[3] była w stanie wprawić ich w zbiorową euforię? dlaczego ten pan w smokingu i ta pani pretensjonalnie obsypana klejnotami z „Jablonexu” wkraczają na estradę tak zadowoleni z siebie, jakby to właśnie ich przyszła tu podziwiać publiczność, choć ich funkcją jest jedynie zapowiadanie kolejnych piosenek?, i nade wszystko: dlaczego tych wszystkich ludzi tak strasznie obchodzi to, co się wokół dzieje? Organizuje się festiwal, pisze się piosenki, sprowadza zagranicznych gości, przystraja się odświętnie całe miasto, każe się tysiącom ludzi zasiąść na widowni, a milionom przed telewizorami – i wszystko to tylko po to, aby jakaś pani mogła nam oznajmić, że szli na zachód osadnicy[4] albo że jadą wozy kolorowe[5], albo że babcia stała na balkonie, dołem dziadek maszerował[6]. Na miłość boską, co nas to wszystko obchodzi?

Otóż w tym rzecz, że ostatnie pytanie jest w naszej sytuacji zupełnie nie na miejscu. Festiwale urządzane są nie po to, abyśmy mogli wysłuchać czegoś, co nas obchodzi. Festiwale w gruncie rzeczy mogłyby się w ogóle obejść bez piosenek, można by je równie dobrze zastąpić konkursem gry na ksylofonie albo przyrządzania jajecznicy ze szczypiorkiem. Festiwale są wyłącznie po to, aby zaspokoić naszą potrzebę  j e d n o ś c i.  Czujemy na co dzień, że świat rozpada nam się w rękach, że rozrywają się więzy łączące nas z innymi ludźmi, że tracimy oparcie, że brakuje nam wspólnych wartości, które mogłyby połączyć nas wszystkich w jednolity organizm społeczny. I dlatego tak gorączkowo szukamy wszelkich, nawet namiastkowych form odnajdywania pierwotnej jedności, za którą tęsknimy. Widzowi w opolskim amfiteatrze jest najzupełniej obojętne, czy ktoś śpiewa mu o ptaszkach, czy o haubicach[7]: ważne jest to, że można wziąć się pod ręce i zbiorowo pokołysać, czując się – co za upajające uczucie! – częścią jakiegoś wielkiego organizmu. Widzowi w amfiteatrze kołobrzeskim jest również wszystko jedno, czy Regina Pisarek śpiewa właśnie „Wołodia, Wołodia, gdzie twoja melodia”[8], czy też „Waniusza, Waniusza, gdzie twoja katiusza”: istotne jest odnalezienie w atmosferze narodowego swojactwa i koszarowej krzepy owego zbawiennego autorytetu, który szarego człowieka – jak świat światem, a historia historią – zawsze pociągał, wydając mu się najprostszą drogą uwolnienia się od kłopotów i odpowiedzialności za swoje postępowanie. Wreszcie widzowi w sopockiej Operze Leśnej również jest obojętne, czy ktoś tam śpiewa po holendersku protest-song, czy też mamy akurat do czynienia z lirycznym pieśniarzem z Wysp Bahama: tu zaś najistotniejszy jest fakt, że kolejne występy ugruntowują w nas tak cenne i tak nieustannie narażane na szwank poczucie własnej wartości. No, bo skoro fatygowali się do nas aż z drugiej półkuli, skoro w wywiadach oświadczają, że Sopot jest perłą Północy, skoro uczą się nawet specjalnie dla nas mozolnego sylabizowania „dżen-ku-je bar-zo” (jakiż ten nasz język trudny!)[9], to widocznie nie jest tak źle z naszą pozycją w świecie...

Szymon Kobyliński zamieścił w jednym z ostatnich numerów „Polityki” zabawny rysunek: dwaj zmotoryzowani turyści dostrzegają na horyzoncie gigantyczne litery składające się na napis „PIOSENKA