Odbicie - Ostaszewski Adam - ebook + książka

Odbicie ebook

Ostaszewski Adam

4,0

Opis

Opowiadania zabierają nas w tajemniczą podróż na Marsa oraz na planetę, gdzie żyją potomkowie Ziemian i obcych, trafimy też do Europy w czasie epidemii, gdzie porządku pilnuje wszechmocna Europejska Służba Bezpieczeństwa. W zbiorze znajdziemy również opowieści o śledztwie w sprawie podejrzanej śmierci na okołoziemskiej platformie, śmiałej akcji polskich służb w Iraku czy o ostatnim Bohaterze Królestwa. Opowiadania "Odbicie" oraz "Misja Aresa" zostały wyróżnione w międzynarodowych konkursach 1st and 2nd The Clarke-Bradbury International Science Fiction Competition i opublikowane po angielsku w zbiorach nagrodzonych prac.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 163

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,0 (1 ocena)
0
1
0
0
0



Odbicie

Delikatny szum turbin kołysał pasażerów windy kosmicznej CW-48 do snu. Jeden z nich, Robert Smart, walczył ze znużeniem. Pierwszą część podróży do stacji kosmicznej Finezja spędził na studiowaniu raportu przygotowanego przez śledczych. Zerwany o wpół do piątej ze swojego wygodnego łóżka pojechał prosto do siedziby Europolu w Hadze, gdzie jego bezpośredni przełożony przekazał mu rozkazy.

– Udasz się na stację kosmiczną Finezja. Bierz dokumenty. Odjazd za dwie godziny z lądownika nad Bosforem. Zbadasz sprawę zgonu Jensa Bogatoffa, właściciela stacji.

– Jak pan sobie życzy, szefie. Szkoda tylko, że nie pozwolił mi się pan wyspać. Umarłemu moja wściekłość i kilka kaw wypitych na jego cześć już nie pomogą.

– Nie żartuj, Smart. Sam musiałem wstać wcześniej niż ty, właściwie wcale się nie kładłem. Bogatoff to był bardzo ustosunkowany człowiek. Znajomości w ONZ, Komisji Europejskiej. Wiesz, jak to jest… Do roboty!

Smart oparł głowę o zagłówek fotela. Kabina wyszła z ziemskiej atmosfery. Pozwoliło to pasażerom podziwiać piękne rozgwieżdżone niebo. Wokół windy roztaczał się widok na inne takie urządzenia. Przestrzeń była wręcz usiana kosmicznymi windami. Nad Ziemią wznosiły się już ich dziesiątki. Połączone ze sobą specjalnymi tunelami sprawiały wrażenie pajęczyny otaczającej Niebieską Planetę.

Robert się uśmiechnął. Pracował już blisko piętnaście lat w policji, w tym pięć w Europolu. Ile to się zmieniło podczas jego życia! Kiedyś, aby dolecieć z Frankfurtu do Nowego Jorku, należało odbyć kilkugodzinną podróż samolotem. Teraz wystarczyło wsiąść do jednej windy, przemieścić się korytarzem do drugiej – i na tym kończyła się cała podróż. Nie lubił tej formy podróżowania tak bardzo, jak nie znosił przebywania na kosmicznych stacjach. Każda winda łączyła powierzchnię Ziemi z jakimś miastem na okołoziemskiej orbicie. Usytuowane na niej laboratoria, instytuty, lądowiska dla statków i promów kosmicznych, a także fabryki i osiedla mieszkalne przynosiły ich właścicielom krociowe zyski. Jednym z potentatów w branży był Jens Bogatoff. Właściciel pięćdziesięciu dwóch procent akcji PA-48 Spółka Akcyjna, obywatel Unii Europejskiej, lat pięćdziesiąt sześć. Tajemnicę jego śmierci leciał właśnie rozwiązać Robert Smart, czterdziestodwuletni komisarz Europolu, specjalista do spraw zabójstw.

– Witam. – Niewysoki, gruby człowieczek o przepoconych dłoniach wyciągnął jedną z nich na przywitanie Roberta. – Jak podróż?

– Dziękuję, dobrze. – Komisarz odwzajemnił wymuszony uśmiech nieznajomego.

– Vince Burke, komendant stacji Finezja – przedstawił się. – Nie musi mi się pan prezentować, przysłano mi informację na pański temat. Przystąpmy lepiej do pracy.

Robert skinął głową. Z zaciekawieniem ogarnął wzrokiem gabinet Bogatoffa. Na ścianach wisiały stylowe obrazy, wnętrze gabinetu wypełniały wyłącznie antyki. Świadectwa bogactwa jednoznacznie dawały do zrozumienia, kto jest najważniejszym i najpotężniejszym człowiekiem na stacji. Komisarz podszedł do okna. Spojrzał w dół. Gabinet prezesa PA-48 znajdował się na samym szczycie najwyższego budynku na Finezji. Bogatoff miał w zasięgu wzroku niezliczoną ilość wieżowców, fabryk i lądowisk. Wszystko to na pewno pomnażało jego konto.

– Robi wrażenie, prawda?

– Tak, nie ukrywam. – Robert odwrócił się i usiadł naprzeciwko w fotelu. Znajdowali się sami w gabinecie.

– Widzi pan, może to i niepotrzebna atencja z mojej strony, ale cieszę się, że przysłano jednego z najlepszych specjalistów w Europolu…

– Jaką przyczynę śmierci wstępnie ustalono? – przerwał mu Smart. Nie zamierzał zmarnować całego dnia na słuchaniu skrzekliwego głosu grubasa. Nie lubił ludzi, którzy nie patrzyli prosto w oczy, lecz rozglądali się nerwowo na boki, jakby szukali, czym by cię tutaj załatwić.

– Zawał serca.

– Zawał serca? I po to angażujecie Europol?

– Widzi pan… – Burke wstał i zaczął chodzić po pokoju. – Pan Bogatoff to nie byle kto. Miał nie tylko wielu przyjaciół, lecz także wielu wrogów. Krążyły różne plotki, wie pan… Dlatego lepiej, aby jego śmierć wyjaśnił ktoś z zewnątrz, przepraszam, to złe sformułowanie, chodzi mi o to, że ktoś z Ziemi. Ja muszę się wyłączyć. Przydzielę panu do pomocy mojego najlepszego człowieka. To wielce obiecujący tegoroczny absolwent szkoły policyjnej w Nowym Jorku.

– Gdzie znaleziono ciało?

– Tutaj, za jego biurkiem. Leżał na blacie. I jeszcze jedno. Zawał zawałem, ale… On w zeszłym roku zrobił sobie przeszczep. Wymienił stare serce na nowe, wyhodowane z komórek macierzystych. Ryzyko zawału po takim zabiegu wynosi jeden na milion.

W tym momencie do gabinetu Bogatoffa wszedł wysoki, przystojny blondyn w szarym mundurze ochrony stacji.

– Michael Kunst, miło mi pana poznać.

– Witam. – Robert odwzajemnił uścisk jego dłoni.

– Skoro już się panowie poznali, mogę się oddalić. Wprowadziłem pana Smarta w szczegóły. Życzę powodzenia! – Vince Burke opuścił gabinet i zostawił śledczych samych.

– Domyśla się pan czegoś, Kunst? – Robert nalał sobie do filiżanki piątej już tego dnia porcji kawy z termosu.

Dochodziło południe. Mimo przyciemnionych szyb słońce bezlitośnie wdzierało się do gabinetu.

– Szczerze mówiąc, nie wiem… Zawał serca po przeszczepie? Doprawdy dziwne.

Robert pokiwał głową. Zapowiadał się dłuższy pobyt na stacji. Nagle rozmowę przerwał dźwięk holofonu. Komisarz go otworzył. Na przegubie jego lewej ręki ukazał się trójwymiarowy obraz strażnika.

– Przepraszam, że przeszkadzam, ale jest tu jakiś facet. Mówi, że nazywa się Peter Riedl i że był umówiony z panem Bogatoffem. Co mam robić?

Robert spojrzał pytająco na Michaela.

– To właściciel CW-12, najbliższej windy i platformy Arkadia, kosmicznego Las Vegas – wyjaśnił Kunst.

– Niech wejdzie – zdecydował Smart.

Po krótkiej chwili do gabinetu wszedł pewnym krokiem szczupły, choć niewysoki jegomość ubrany w nienagannie skrojony garnitur. Przedstawił się i nie pytając o zgodę, usiadł na fotelu za biurkiem.

– Zapytam krótko i na temat: co tu się dzieje?

– Pozwoli pan, że się przedstawię: komisarz Robert Smart, wydział zabójstw, Europol, a to mój asystent, porucznik Michael Kunst z ochrony stacji. Pan nic nie wie?

– O czym? – zapytał podejrzliwie gość. – Byłem umówiony z panem Bogatoffem na spotkanie w interesach. Mówi pan, że jest z wydziału zabójstw?

– Dzisiaj w nocy znaleziono pana Bogatoffa martwego. Siedział właśnie na tym miejscu.

Riedl zerwał się jak oparzony.

– Więc jednak – mruknął do siebie, głośno zaś powiedział: – Czy byłby pan tak uprzejmy, komisarzu, i udał się ze mną do mojego biura? To tylko godzinka lotu korytarzem na sąsiednią stację. Pokażę panu pewien dokument, który pana zainteresuje.

Za oknem kabiny windy poziomej CK-48/49 migotały gwiazdy. Pod nogami pasażerów w ekspresowym tempie przesuwały się kontynenty. Świat wydawał się nie mieć granic ani różnic czasowych. Tak oto spełniało się marzenie wszystkich rządzących: wszystkie interesy i ważne sprawy można było załatwiać ponad głowami ludzi, których dotyczyły. Korytarze próżniowe łączące windy kosmiczne oplatały cały glob jak wielka pajęczyna. Świat naprawdę stał się globalną wioską. A właściwie przedmieściem dla centrów życia społecznego – stacji kosmicznych budowanych na szczycie ludzkiego dążenia do doskonałości.

Robert Smart rozmyślał. W kieszeni jego marynarki spoczywała kopia prawdopodobnie najcenniejszego obecnie dokumentu w tej części przestrzeni okołoplanetarnej. Testamentu Bogatoffa. Wręczając go komisarzowi, Riedl nie omieszkał skomentować tego faktu.

– Jak pan widzi, teoretycznie to mnie powinno zależeć na szybkim zgonie Bogatoffa. Żona, dzieci, krewni nic nie dostaną. Nawet gdyby chcieli unieważnić testament, stać mnie na spłatę ich roszczeń. Przyznam się panu, że od dawna planowaliśmy fuzję naszych przedsiębiorstw. Jednak niełatwo to zrobić, gdy rodzina żony przyszłego wspólnika jest blisko skoligacona i zaprzyjaźniona z możnymi tego świata, tam na dole. Rozumie pan, nie było innego wyjścia, jak przepisać całość majątku na mnie na wypadek śmierci.

Komisarza zastanowiły słowa Riedla: „Nie było innego wyjścia”. Po śmierci Bogatoffa jego spadkobierca został największym potentatem w branży kosmicznej na świecie. Po przejęciu udziałów zmarłego jego udział w rynku wyniósł, ostrożnie licząc, siedemdziesiąt, a może nawet osiemdziesiąt procent. Do tego należało dodać know-how, laboratoria, fabryki i inne drobiazgi, takie jak kopalnie na Marsie. Był największym udziałowcem… Ale czy na pewno jedynym?

Rozważania Smarta przerwało buczenia w okolicach nadgarstka.

– Słucham. – Robert odebrał połączenie. Na jego przegubie pojawił się hologram Michaela Kunsta.

– Melduję, szefie, że w gabinecie Bogatoffa odkryliśmy coś niezmiernie interesującego. Kiedy można się pana spodziewać?

– Już dolatuję do Finezji. Będę za piętnaście minut.

Na biurku Bogatoffa stała klatka. Przedzielona była na dwie komory. W jednej nerwowo chodził mały szczur, obwąchując wszystko dookoła. W drugiej także znajdował się szczur, z tą tylko różnicą, że leżał martwy. Oba ssaki były na pierwszy rzut oka identyczne, białe w czarne plamki.

– To jest to niezwykle interesujące odkrycie? W tym, że ktoś hoduje domowe szczury, nie ma raczej nic nadzwyczajnego – zauważył Robert Smart, kiedy już uporał się z zacinającą się maszyną do kawy i nalał sobie do kubka życiodajnego płynu. Był zmęczony. Cała ta historia zaczynała przypominać kiepski thriller. Zmarł bogaty, potężny biznesmen. Różne towarzyskie i biznesowe kręgi starają się wykorzystać to wydarzenie dla swoich partykularnych interesów. Chcą wyrwać dla siebie jak najwięcej z majątku denata, pogrążając przy tym konkurencję.

– No, wiem, szefie, że to nic takiego… – Kunst zrobił się czerwony. Nie był przyzwyczajony do tego typu przytyków. W szkole policyjnej był prymusem, w związku z tym uważał, że jego decyzje i odkrycia mają walor niepodważalny i są jedynymi z możliwych. – Ale odkryłem to tutaj, za biurkiem Bogatoffa, niech pan spojrzy.

Młody policjant podszedł do wskazanej ściany za biurkiem. Delikatnie odchylił wiszący na niej obraz. Ściana bezszelestnie się rozsunęła, a oczom Smarta ukazał się mały pokój wypełniony lustrami, komputerami oraz dwiema szklanymi kabinami. Robert ruszył w stronę pokoiku. W chwili gdy przestępował próg, jego asystent szarpnął go za ramię.

– Niech pan lepiej tego nie robi – rzekł z naciskiem. – Kiedy tam wszedłem, urządzenia zaczęły pracować. Cofnąłem się i wtedy zobaczyłem na podłodze klatkę ze szczurami.

– Przestraszył się pan, że komputery wygenerują potwora, który pana pożre?

– Proszę nie żartować, komisarzu. – Asystent zmarszczył czoło. – Sprawa jest chyba naprawdę poważna. To urządzenie to transponder.

– Ma pan na myśli urządzenie do teleportacji? Przecież one nie istnieją. To znaczy, chciałem powiedzieć, są dopiero w fazie testów.

– Nie jesteśmy na Ziemi, komisarzu. Co prawda na Finezji obowiązuje prawo Unii Europejskiej, ale sprawy mogą wyglądać nieco inaczej niż tam, na dole. Te dwa szczury na przykład. One są takie same.

– No, prawda. Wyglądają bardzo podobnie.

– One są takie same – powtórzył Kunst z naciskiem.

– Klony?

– Niezupełnie… Nasz genetyk po pobieżnym ich zbadaniu powiedział mi, że są po prostu takie same. To wszystko.

Robert usiadł w fotelu za biurkiem Bogatoffa. Spojrzał na dziesiątki urządzeń z migającymi lampkami przyczajonymi jak tygrys w dżungli do skoku na swoją ofiarę. O co w tym wszystkim chodzi? Transponder, który nie ma prawa istnieć. Dwa takie same szczury schowane w gabinecie prezesa największego przedsiębiorstwa obsługującego kosmiczne windy i stacje. Wreszcie szef konkurencji, który twierdzi, że zmarły przekazał mu swoje imperium, wydziedziczając przy tym swoją rodzinę. Coś tu nie pasuje.

– Co pan radzi, Kunst? – Komisarz upił duży łyk kawy. Kofeina z pewnością mu się teraz przyda. Musi dokonać wielu analiz.

– Tutaj, na Finezji, ma swoją siedzibę największe laboratorium hi-tech, czyli nowych technologii. Firma Space Time Industries Ltd. Słyszał pan o niej?

– Oczywiście, to dzięki niej mamy przecież kosmiczne windy dla każdego i holofony. – Smart machnął ręką.

– No tak, przepraszam. Bez urazy, ale tu, na górze, patrzymy inaczej na Ziemię i jej problemy…

– Jak na prowincjonalnych buraków niepotrafiących myśleć w skali wszechświata, prawda? – Komisarz się uśmiechnął. Coś było w słowach młodego asystenta. Kosmiczne windy i możliwości, jakie dały ludzkości, zmieniały ją jeszcze szybciej niż na przełomie XX i XXI wieku rewolucja informatyczna i telekomunikacyjna. Społeczności żyjące na stacjach coraz bardziej izolowały się od swoich ziemskich korzeni.

– No nie, nie w ten sposób. – Kunst odchrząknął. – Wracając do tematu, prezes Space Time Industries jest, a właściwie był, przyjacielem Bogatoffa. Sugeruję spotkanie z nim. Pomoże nam to zapewne w wyjaśnieniu tajemnicy śmierci prezesa. W końcu nikt na Ziemi nie ma transpondera, może oprócz wojska.

– Ciekawe… Mówi pan: zdechły szczur z żywym w jednej klatce? Fascynująca opowieść. Tylko nie wiem, co ja mogę mieć z tym wspólnego… – Frederick Wolfhart, prezes Space Time Industries, rozsiadł się wygodnie w swoim fotelu.

Był to pięćdziesięcioletni mężczyzna o charakterystycznej barwie głosu. Zawdzięczał ją przeszczepowi krtani oraz kuracji hormonalnej. Poza tym był szczupłym, łysiejącym przedstawicielem klasy wyższej okołoziemskiego społeczeństwa. Nie czuł się więc w obowiązku ukrywać swojej ironii ani niechętnego stosunku wobec komisarza policji przerywającego mu ważne biznesowe spotkanie.

– Nie wiem, czy był pan łaskaw zauważyć, że poruszyłem kwestię posiadania przez pana Bogatoffa transpondera. Nie jest to chyba do końca legalne. – Robert Smart oparł się wygodniej o oparcie fotela, w którym siedział. – Jadąc tutaj, sprawdziłem przepisy obowiązujące w tej kwestii. Dyrektywy Unii Europejskiej wyraźnie zabraniają posiadania transponderów prywatnym osobom. Nie mówiąc już o eksperymentowaniu z przesyłaniem cząstek na odległość bez specjalnej licencji.

– Widzę, że jest pan znakomicie zorientowany. – Wolfhart odstawił szklaneczkę whisky, wstał i podszedł do okna. – Wie pan, tu, na orbicie, nie jest tak jak na Ziemi. Przepisy nie przystają do tempa i poziomu życia w kosmosie. Bogatoff był moim przyjacielem. Wspólnie stworzyliśmy Finezję. Wierzyliśmy w możliwość postępu, wyjście ludzkości w kosmos, nowe technologie. W zamian dostaliśmy pazerne żony, nadętych wspólników i rozzuchwaloną biurokrację. Nie dziwię się Jensowi, że w końcu nie wytrzymał i to zrobił.

– Co zrobił? – Robert także podniósł się z fotela. Próbował nie dać tego po sobie poznać, ale słowa rozmówcy go zaintrygowały. Coś jednak kryło się za śmiercią Bogatoffa.

– Wspominał pan o dwóch szczurach w klatce. Identycznych.

– Tak.

– Odbicie.

– Słucham? – Smart nie zrozumiał.

– Odbicie. Przenoszenie materii jest mniej skomplikowane, niż to się wszystkim wydaje. Doprowadziliśmy do tego, że rozkładamy dany przedmiot na atomy i je kopiujemy.

– Coś w stylu klonowania?

– Powiedzmy. Transponder tworzy matrycę, którą powiela. Następnie wysyła skopiowane atomy w dwa różne miejsca. Rozumie już pan?

Robert przetarł oko. Kopiowanie i klonowanie w jednym? Szczur przeniesiony w dwa miejsca naraz?

– No dobrze, ale…

– Spokojnie. – Wolfhart położył mu rękę na ramieniu. – Niech pan lepiej usiądzie.

Robert usiadł na fotelu.

– Udawało nam się przenosić rzeczy, martwą naturę. Jens wpadł na pomysł, aby spróbować z żywymi istotami. Próbowaliśmy najpierw z bakteriami, potem z wielokomórkowcami. Zawsze z takim samym wynikiem. Przenosiliśmy organizm w dwa miejsca. Nigdy jednak się nie zdarzyło, aby oba organizmy w obydwu miejscach żyły. Przynajmniej jeden z nich materializował się martwy. Czy to nie dowód na istnienie jakiejś siły życiowej, duszy? Nie można jej powielić. Idzie za sercem, jak trafnie określił to jeden z naszych naukowców. A Jens zmarł na zawał…

– Czy…

– Wiem, o co chce pan zapytać. Nie, nie próbowaliśmy z ludźmi ani nawet z ssakami. Powiem panu jednak, że kluczem do rozwiązania zagadki śmierci Bogatoffa są szczury. I transponder.

Komisarz Robert Smart siedział samotnie w gabinecie Jensa Bogatoffa. Musiał się skupić. W głowie huczały mu słowa Wolfharta. Rozwiązanie zagadki ma związek ze szczurami i transponderem. Robert podszedł do urządzenia. Uchylił drzwi. Delikatny szum maszyn oznaczał, że urządzenie zaczęło pracować. Wszedł. Usiadł na krześle stojącym pośrodku niewielkiej kabiny.

Jasność. Tylko tyle poczuł. Poświata jasnego światła wkradała się delikatnie przez powieki. Potem doszedł szum. Morze? Tak, zapach słonej wody docierał do nozdrzy i wypełniał płuca. Otworzył oczy.

– Witam pana, komisarzu. – Uśmiechnięty mężczyzna pomógł mu się podnieść.

– Co się… Gdzie…

– Spokojnie. To szok po materializacji. Wkrótce minie, proszę głęboko oddychać.

Robert poczynił wysiłek i spojrzał na mężczyznę. Skądś znał tę twarz. Nie, to niemożliwe! Bogatoff?

– Zdziwiony? Wie pan, to zabawne obserwować śledztwo w sprawie własnej śmierci, taniec krewnych nad majątkiem. Biedacy, nawet nie wiedzą, że nic nie dostaną…

– Co to za miejsce?

– Niech się pan nie boi. – Bogatoff pomógł Robertowi usiąść na wiklinowym krześle. – Nie umarł pan, to niestety nie jest raj, chociaż niektórzy tak uważają. To tylko moja prywatna wyspa na bezkresnych wodach Pacyfiku. Cóż, chyba jesteśmy na siebie skazani… Ale niedługo sprowadzimy też pana rodzinę. Księgowa, którą jest pańska żona, przyda się w mojej nowej firmie. Pan będzie za to znakomitym szefem ochrony. Co pan na to?

– Pić mi się chce…

Pavel Drietl, komisarz wydziału zabójstw Europolu, stał na platformie windy kosmicznej CW-48. Przeklinał w duszy swojego szefa, na którego rozkaz walczył z wiatrem i deszczem nad Bosforem. Czekała go podróż na stację kosmiczną Finezja. Miał przeprowadzić śledztwo w sprawie śmierci swego kolegi Roberta Smarta. Ciało Smarta znaleziono w gabinecie Jensa Bogatoffa. Ciekawe, pomyślał Drietl. Czy to możliwe, aby osoba prowadząca śledztwo zmarła w takich samych okolicznościach jak obiekt śledztwa? Na zawał serca… Komisarz odetchnął głęboko morskim powietrzem. Czekało go długie dochodzenie…

Wirus

Czerwona poświata rozchodziła się po kabinie. Stojący w niej człowiek mrużył oczy i z niecierpliwością czekał na koniec procedury. Nerwowo napinał i rozluźniał mięśnie ramion i pleców. Jeszcze pięć, cztery, trzy… Kiedy doliczył do zera, poświata zmieniła się na wściekły pomarańczowy, a po kolejnych pięciu sekundach przeszła w zielony. Wiedział, że to koniec. Dezynfekcja zakończona. Za chwilę będzie mógł wyjść z kabiny.

– Koniec procedury, proszę opuścić pomieszczenie drzwiami oznaczonymi napisem „Exit”. – Metaliczny komputerowy głos poinformował o zakończeniu odkażania.

Człowiek skierował się we wskazane miejsce i otworzył drzwi. Za nimi ujrzał kolejne niewielkie pomieszczenie wyglądające na szatnię. Przy ścianach stał rząd krzeseł. Na jednym z nich leżały jego mundur, koszula i buty.

Mężczyzna wszedł do pomieszczenia i zaczął się ubierać. Z przyjemnością poczuł zapach swojego ubrania. Lubił ten stan, kiedy mógł włożyć odświeżony mundur. Żadna pralnia tak go nie wypierze jak maszyna dezynfekująca. Ubrał się i spojrzał w wiszące w pokoju lustro. Jego ogolona, gładka twarz zdradzała zdenerwowanie. Lekko drgał mu lewy policzek, odruchowo mrużył oczy. Wprawdzie miał dopiero trzydzieści osiem lat, ale zauważył już pierwsze siwe kosmyki w czarnych włosach. Cóż, stres, pomyślał. Był wysokim, postawnym mężczyzną. Wysportowaną sylwetkę podkreślał dobrze skrojony uniform. Mimo to nie czuł się zbyt komfortowo. Niepewność przed spotkaniem, tym akurat spotkaniem, brała górę. Nie wiedział, czego się spodziewać po nowym dowódcy regionu.

– Kapitanie Ranecki, może pan wyjść. Pułkownik czeka na pana. – Tym razem głos wydobywający się z głośnika nie był metaliczny. Czuć w nim było zniecierpliwienie przedłużającą się procedurą.

– Już idę – odpowiedział odruchowo mężczyzna, w zasadzie nie wiadomo do kogo.

Czy był tu nasłuch? Wątpliwe, chociaż w dzisiejszych czasach nawet to było możliwe. Niemniej jednak musiał wziąć się w garść i stanąć przed dowódcą. Mężczyzna otworzył drzwi i wyszedł na korytarz.

– Witam, kapitanie. Porucznik Olczyk. Pułkownik czeka na pana. – Funkcjonariusz kiwnął głową na powitanie. Utrzymywał przepisowy dystans dwóch metrów. Teoretycznie w siedzibie dowództwa, po odkażeniu, nic nie powinno im grozić, ale przepis to przepis. Porucznik wykonał zapraszający gest ręką. – Proszę za mną, kapitanie.

Ranecki ruszył we wskazanym kierunku. Korytarz był wąski. Białe ściany przywodziły na myśl szpital. Szedł powoli za porucznikiem. Ciemnoniebieski mundur oficera Europejskiej Służby Bezpieczeństwa kontrastował z kolorem ścian i sprawiał wrażenie kałuży falującej na tle chmur. Kapitan uśmiechnął się w myślach do swojego poetyckiego porównania. Lepiej zająć myśli jakąś bzdurą, zamiast denerwować się tym, co go czeka.

Zatrzymali się na końcu korytarza. Porucznik przyłożył oko do czytnika siatkówki. Drzwi rozsunęły się bezszelestnie. Weszli do obszernego pokoju, w którym siedziało sześć osób, każda z nich przy osobnym biurku z komputerem. Trzy kobiety i trzech mężczyzn w mundurach ESB. Ich biurka ustawiono w dwóch rzędach przy ścianach. Jak na komendę spojrzeli na wchodzących. Porucznik podszedł do środkowego biurka z lewej strony. Przyłożył kciuk do czytnika.

– Proszę, poruczniku, pułkownik czeka. – Kobieta ruchem głowy wskazała na kolejne drzwi.

Oficerowie podeszli do nich. Tym razem drzwi rozsunęły się samoczynnie. Weszli do sekretariatu pułkownika Glazera.

– Melduje się porucznik Olczyk z kapitanem Raneckim na wezwanie pułkownika Glazera. – Funkcjonariusz towarzyszący kapitanowi wyklepał regulaminową formułkę w stronę oficera dyżurnego siedzącego za biurkiem przy drzwiach gabinetu pułkownika.

Ten skinął głową. Nie odzywając się ani słowem, wykonał kilka ruchów na ekranie służbowego iPada. Po chwili wskazał ręką na drzwi. Porucznik odsunął się na bok.

– Może pan wejść, kapitanie.

– Dziękuję, poruczniku. – Ranecki wziął głęboki oddech i podszedł do drzwi. Starał się powstrzymać drżenie rąk. Piękne drewniane drzwi otworzyły się na zewnątrz. Kapitan przekroczył próg gabinetu.