Wydawca: Albatros Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2011

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 392 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Od pierwszego wejrzenia - Nicholas Sparks

Dla miłości człowiek gotów jest poświęcić wszystko. Jeremy Marsh porzuca prestiżoDalszy ciąg losów bohaterów powieści Prawdziwy cud.wą pracę dziennikarską w Nowym Jorku i przenosi się z tętniącego życiem miasta do Boone Creek, niewielkiej miejscowości w Karolinie Południowej. Wraz ze swoją ukochaną, prześliczną bibliotekarką Lexie Darnell, zamieszkuje w starym domu. W otoczeniu przyrody zakochani przygotowują się do ślubu i narodzin dziecka. Ale czy Lexie na pewno była wierna narzeczonemu? Jeremy otrzymuje maile sugerujące, że nie powinien poczuwać się do ojcostwa. Czyżby Rodney Hopper, zastępca szeryfa, dawny przyjaciel Lexie, był kimś więcej niż dobrym znajomym? Zazdrość nie jest dobrym doradcą, a w Boone Creek plotki szybko się rozchodzą...

Opinie o ebooku Od pierwszego wejrzenia - Nicholas Sparks

Fragment ebooka Od pierwszego wejrzenia - Nicholas Sparks

Tytuł oryginału:

AT FIRST SIGHT

Copyright © Nicholas Sparks 2005

All rights reserved

Polish edition copyright © Wydawnictwo Albatros A. Kuryłowicz 2007

Polish translation copyright © Elżbieta Zychowicz 2007

Redakcja: Barbara Nowak

Zdjęcie na okładce: Masterfile

Projekt graficzny okładki i serii: Andrzej Kuryłowicz

Skład: Laguna

ISBN 978-83-7659-453-8

Wydawca

WYDAWNICTWO ALBATROS A. KURYŁOWICZ

Hlonda 2a/25, 02-972 Warszawa

www.wydawnictwoalbatros.com

2011. Wydanie elektroniczne

Niniejszy produkt jest objęty ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że publiczne udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych – jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

Konwersja do formatu EPUB: Virtualo Sp. z o.o.virtualo.eu

Dedykuję tę powieść Milesowi, Ryanowi, Landonowi, Lexie i Savannah

Podziękowania

Za tę książkę muszę szczególnie podziękować mojej żonie Cathy. Nie tylko była dla mnie inspiracją przy tworzeniu postaci Lexie, lecz wykazywała zdumiewającą cierpliwość podczas pisania przeze mnie powieści. Codziennie budzę się ze świadomością, że jestem wielkim szczęściarzem, mając taką żonę.

Następnie moim dzieciom — Milesowi, Ryanowi, Landonowi, Lexie i Savannah — które nigdy nie pozwalają mi zapomnieć, że chociaż jestem pisarzem, to przede wszystkim jestem ojcem.

Theresa Park, moja agentka, zasługuje na szczere podziękowania za to, że pozwala, bym suszył jej głowę, ilekroć przyjdzie mi ochota. Ale, co najważniejsze, zawsze świetnie wie, co powiedzieć, kiedy sytuacja staje się trudna. Praca z nią to prawdziwy uśmiech losu.

Jamie Raab, redaktorka, dawno już zyskała moją dozgonną wdzięczność. Jest nie tylko wnikliwa, lecz również przemiła, i bez niej nie udałoby mi się napisać tej książki.

Larry Kirshbaum, który tak znakomicie kierował Time Warner Book Group, odchodzi do nowej pracy, ale na pożegnanie pragnę wyrazić moje wielkie uznanie dla niego. Zdaję sobie sprawę, że była to trudna decyzja, lecz z pewnością wiesz, co jest dla ciebie najlepsze. Praca z tobą była dla mnie zaszczytem i chciałbym życzyć ci powodzenia we wszystkim, co będziesz robił w przyszłości.

Maureen Egan, kolejna ważna osoba w Time Warner Book Group, zawsze była fantastyczna. Jest ogromnie inteligentna i cenię każdą wspólnie spędzoną chwilę.

Denise Di Novi, moja święta patronka w świecie Hollywood, jest i zawsze była darem niebios w moim życiu.

Howie Sanders i Dave Park, moi agenci w UTA, nieustannie o mnie dbają i cieszę się, że mogę z nimi współpracować.

Jennifer Romanello i Edna Farley, specjalistki od promocji moich książek, są rewelacyjne. To po prostu skarby i dzięki nim wciąż mogę wyjeżdżać i spotykać się z moimi czytelnikami.

Lynn Harris i Mark Johnson, odpowiedzialni za Pamiętnik, są i na zawsze pozostaną moimi przyjaciółmi.

Scott Schwimer, mój prawnik, jest nie tylko życzliwym człowiekiem, lecz w absolutnie wyjątkowy, profesjonalny sposób potrafi zawrzeć każdą umowę.

Flag (świetne okładki do moich książek), Harvey-Jane Kowal (część pracy redaktorskiej), Shannon O’Keefe, Sharon Krassney i Julie Barer — również zasługują na moją wdzięczność.

Podziękowania należą się jeszcze kilku osobom. Zacznę od doktora Roba Pattersona, który wyjaśnił mi problem zespołu taśm owodniowych. Tylko dzięki niemu udało mi się cokolwiek zrozumieć. Za ewentualne błędy wyłącznie ja ponoszę odpowiedzialność. Dziękuję Toddowi Edwardsowi, który uratował tę powieść z twardego dysku, kiedy mój komputer uległ awarii; mogę tylko powiedzieć, że cieszę się, iż był w pobliżu.

Wreszcie pragnę podziękować Dave’owi Simpsonowi, Philemonowi Grayowi, Slade’owi Trabucco i biegaczom ze szkoły średniej w New Bern oraz TRACK EC (programu olimpijskiego dla juniorów), których miałem przyjemność poznać i trenować. Dzięki za to, że daliście z siebie wszystko.

Prolog

Luty 2005

Czy miłość od pierwszego wejrzenia jest naprawdę możliwa?

Siedząc na kanapie w salonie, zastanawiał się nad tym chyba już po raz setny. Za oknem dawno zaszło zimowe słońce, świat tonął w szarawej mgle, panowała zupełna cisza, jeśli nie liczyć cichego stukania gałęzi o szybę. A jednak nie był sam. Podniósł się i przeszedł korytarzem, by do niej zajrzeć. Gdy się jej przypatrywał, przeszło mu przez myśl, by położyć się obok, choćby tylko po to, żeby mieć pretekst do zamknięcia oczu. Dobrze zrobiłby mu odpoczynek, ale nie chciał ryzykować, że zaśnie. Jeszcze nie teraz. Gdy tak na nią patrzył, lekko zmieniła pozycję, a jego myśli powędrowały w przeszłość. Kolejny raz pomyślał o drodze, która ich połączyła. Kim był wtedy? I kim jest teraz? Pozornie pytania wydawały się łatwe. Ma na imię Jeremy, czterdzieści dwa lata, jego ojciec jest Irlandczykiem, a matka Włoszką, utrzymuje się z pisania artykułów do czasopism. Takich odpowiedzi udzieliłby, gdyby go spytano. Jakkolwiek były prawdziwe, czasami myślał, że może powinien dodać coś więcej. Czy powinien na przykład nadmienić, że pięć lat temu wyjechał do Karoliny Północnej, by zbadać tajemnicze zjawisko? Że tamtego roku zakochał się nie jeden, lecz dwa razy? Albo że te piękne wspomnienia są nierozerwalnie splecione ze smutnymi i że nawet w tej chwili nie jest pewien, które z nich przetrwają.

Okręcił się na pięcie w progu sypialni i ruszył z powrotem do salonu. Mimo że nie rozpamiętywał tamtych wydarzeń z przeszłości, nie unikał też myślenia o nich. Nie mógł już wymazać tego rozdziału swego życia ani zmienić daty urodzenia. Chociaż zdarzały się chwile, kiedy żałował, że nie może cofnąć wskazówek zegara i wyeliminować całego smutku, miał przeczucie, że gdyby to zrobił, radość również byłaby mniejsza. A tego nie potrafił sobie wyobrazić.

Zdał sobie sprawę, że wspomnienie tamtej nocy, którą spędził na cmentarzu z Lexie, nawiedza go wśród najgłębszych ciemności. Nocy, gdy zobaczył niesamowite światła, które przyjechał zbadać aż z Nowego Jorku. Wtedy po raz pierwszy uświadomił sobie, ile znaczy dla niego Lexie. Kiedy czekali w mroku na pojawienie się świateł, Lexie opowiedziała mu swoją historię. Wyjawiła mu, że straciła matkę i ojca, gdy była małym dzieckiem. Jeremy już o tym wiedział, nie wiedział natomiast, że po upływie kilku lat od wypadku zaczęły dręczyć ją koszmary nocne. Przerażające, powtarzające się sny, w których była świadkiem śmierci rodziców. Jej babka Doris, której nie przychodził do głowy żaden inny pomysł, zabrała ją w końcu na cmentarz, by pokazać jej tajemnicze światła. Dla małego dziecka światła były cudowne, niebiańskie, i Lexie natychmiast uznała je za duchy swoich rodziców. Było to coś, w co chciała uwierzyć, i od tej pory nigdy więcej nie prześladowały jej zmory.

Jeremy’ego wzruszyła jej opowieść, bolesna strata i potęga niewinnej wiary. Ale później, tej samej nocy, gdy on sam również zobaczył światła, spytał Lexie, co o nich myśli, czym są naprawdę. Pochyliła się do przodu i odparła szeptem: „To byli moi rodzice. Pewnie chcieli cię poznać”.

To właśnie wtedy poczuł, że pragnie wziąć ją w ramiona. Już dawno określił ten moment jako kamień milowy, chwilę, w której zakochał się w Lexie i nigdy już nie przestał jej kochać.

Na zewnątrz zerwał się znowu lutowy wiatr. Jeremy nie mógł przebić wzrokiem nieprzeniknionych ciemności, położył się więc na kanapie ze znużonym westchnieniem, czując, jak siła wydarzeń tamtego roku cofa go w czasie. Mógł odpędzić te wspomnienia, lecz utkwiwszy wzrok w suficie, pozwolił im wrócić. Zawsze pozwalał im wracać.

Pamiętał, co zdarzyło się potem.

Rozdział pierwszy

Pięć lat wcześniej

Nowy Jork, 2000

– Widzisz, jakie to proste — powiedział Alvin.

– Najpierw poznajesz miłą dziewczynę, a potem spotykasz się z nią przez jakiś czas, by się przekonać, czy ważne są dla was te same wartości. Czy zgadzacie się co do decyzji „to jest nasze życie i spędzimy je razem”. No wiesz, rozmawiacie o tym, którą rodzinę będziecie odwiedzać na święta, czy chcecie zamieszkać w domu, czy w mieszkaniu, czy kupicie sobie psa, czy kota, kto pierwszy będzie brał rano prysznic, kiedy wciąż jeszcze jest dużo gorącej wody. Jeśli w dalszym ciągu jesteście zgodni, bierzecie ślub. Nadążasz?

– Nadążam — odparł Jeremy.

W chłodne sobotnie popołudnie w lutym Jeremy Marsh i Alvin Bernstein stali w mieszkaniu Jeremy’ego na Upper West Side. Pakowali jego rzeczy od kilku godzin, wszędzie były kartony. Niektóre, już pełne, stały przy drzwiach, gotowe do wyniesienia do wozu do przeprowadzek; inne były zapakowane częściowo. Ogólnie rzecz biorąc, mieszkanie wyglądało, jakby przez drzwi wpadł diabeł tasmański, urządził sobie balangę, a następnie wyniósł się, gdy nie zostało już nic do zniszczenia. Jeremy nie mógł uwierzyć, ile rupieci nagromadził przez lata, co zresztą wytykała mu przez cały ranek jego narzeczona Lexie Darnell. Przed dwudziestoma minutami sfrustrowana Lexie złapała się za głowę i wyszła na lunch z przyszłą teściową, po raz pierwszy zostawiając Jeremy’ego i Alvina samych.

– A twoim zdaniem co ty, u licha, robisz? — naciskał Alvin.

– To, co właśnie powiedziałeś.

– Nie, wcale nie. Przewróciłeś wszystko do góry nogami. Przechodzisz od razu do najważniejszego: „Ślubuję”, zanim w ogóle zastanowiłeś się, czy do siebie pasujecie. Ledwie znasz Lexie.

Jeremy włożył do kartonu zawartość kolejnej szuflady z odzieżą, marząc, by Alvin zmienił temat.

– Znam ją.

Alvin zaczął przerzucać papiery na biurku Jeremy’ego, a następnie wrzucił całą stertę do tego samego pudła, które ładował Jeremy. Jako przyjaciel Jeremy’ego nie miał obiekcji, by wyrazić bez ogródek swoje zdanie.

– Staram się po prostu być szczery i powinieneś wiedzieć, że również cała twoja rodzina od kilku tygodni martwi się tym, o czym teraz mówię. Chodzi o to, że za mało wiesz o Lexie, by się przeprowadzić do Boone Creek, nie wspominając już o małżeństwie. Spędziłeś z tą kobietą zaledwie weekend. To inna sytuacja niż kiedyś z Marią — dodał, mając na myśli byłą żonę Jeremy’ego. — Pamiętaj, że ja znałem Marię znacznie lepiej niż ty Lexie, ale nigdy nie przyszłoby mi do głowy, że to wystarczy, by się z nią ożenić.

Jeremy wyjął papiery z pudła i położył je z powrotem na biurku, przypominając sobie, że Alvin był w przyjacielskich stosunkach z Marią, zanim jeszcze on sam ją spotkał. Zresztą nadal się z nią przyjaźni.

– I co z tego?

– Co z tego? A gdybym to ja zrobił coś takiego? Gdybym to ja przyszedł do ciebie i powiedział, że poznałem wspaniałą kobietę, rezygnuję z kariery, rzucam przyjaciół oraz rodzinę i przenoszę się na Południe, by się z nią ożenić? Na przykład z tamtą dziewczyną… jak ona ma na imię… Rachel?

Rachel pracowała w restauracji babki Lexie. Alvin przystawiał się do niej podczas swojej krótkiej wizyty w Boone Creek, posuwając się nawet do zaproszenia jej do Nowego Jorku.

– Ucieszyłbym się i życzyłbym ci szczęścia.

– Daj spokój. Nie pamiętasz, jak zareagowałeś, kiedy chciałem ożenić się z Evą?

– Pamiętam. Ale to zupełnie coś innego.

– Jasne, przyswajam. Ponieważ jesteś dojrzalszy ode mnie.

– Owszem, poza tym Eva nie była raczej typem żony.

To prawda, przyznał Alvin. Lexie była małomiasteczkową bibliotekarką na wiejskim Południu, kobietą, która miała nadzieję założyć rodzinę, natomiast Eva pracowała w salonie tatuażu w Jersey City. Większość tatuaży na rękach Alvina była jej dziełem, zresztą również większość kolczyków w jego uszach. Wyglądał przez to, jakby wypuszczono go przed chwilą z więzienia. Ale nie to mu przeszkadzało, ich związek rozpadł się, ponieważ Eva zapomniała wspomnieć o pewnym drobiazgu, a mianowicie, że mieszka z przyjacielem.

– Nawet Maria uważa, że to szaleństwo.

– Powiedziałeś Marii?

– Jasne, że tak. Rozmawiamy o wszystkim.

– Cieszę się, że jesteś tak blisko z moją byłą żoną. Ale to nie jej sprawa. Ani twoja.

– Po prostu próbuję przemówić ci do rozsądku. To się dzieje zbyt prędko. Nie znasz Lexie.

– Dlaczego w kółko to powtarzasz?

– Będę powtarzał to dopóty, dopóki w końcu nie przyznasz, że jesteście właściwie dwojgiem obcych dla siebie ludzi.

Alvin, podobnie jak pięciu starszych braci Jeremy’ego, nigdy nie potrafił zmienić tematu. Ten facet przypomina psa, który nie chce wypuścić z pyska kości, pomyślał Jeremy.

– Lexie nie jest dla mnie obcą osobą.

– Nie? Wobec tego jak brzmi jej drugie imię?

Jeremy zamrugał powiekami.

– Co to ma do rzeczy?

– Nic. Ale czy nie wydaje ci się, że skoro zamierzasz się z nią ożenić, odpowiedź na to pytanie nie powinna nastręczać ci trudności?

Jeremy otworzył usta, by mu odpowiedzieć, lecz uświadomił sobie, że nie zna drugiego imienia Lexie. Nigdy mu nie powiedziała, a on nie pytał. Alvin, wyczuwając, że wreszcie przyszpilił swojego karmiącego się złudzeniami przyjaciela, nie dawał za wygraną.

– No a jeśli chodzi o istotne sprawy? Jaki był jej przedmiot kierunkowy na studiach? Z kim się przyjaźniła w college’u? Jaki jest jej ulubiony kolor? Czy lubi pieczywo białe, czy razowe? Jaki jest jej ulubiony film lub program telewizyjny? Którego autora najbardziej ceni? Czy wiesz chociaż, ile ma lat?

– Jest po trzydziestce — odparł Jeremy.

– Po trzydziestce? Tyle to i ja mógłbym ci powiedzieć.

– Jestem prawie pewny, że ma trzydzieści jeden lat.

– Jesteś prawie pewny? Czy ty w ogóle słyszysz, co mówisz? To naprawdę idiotyczne. Nie możesz żenić się z kimś, o kim nie wiesz nawet, ile ma lat.

Jeremy otworzył kolejną szufladę i opróżnił ją do następnego pudła, wiedząc, że Alvin trafił w sedno, lecz nie chcąc się do tego przyznać. Odetchnął głęboko.

– Myślałem, że cieszysz się, iż nareszcie kogoś znalazłem — powiedział.

– Owszem, cieszę się. Nie przypuszczałem jednak, że wyjedziesz z Nowego Jorku i zdecydujesz się ją poślubić. Myślałem, że żartujesz. Wiesz, że uważam ją za wspaniałą osobę. I jest taka rzeczywiście, jeśli więc za rok lub dwa będziesz traktował ją równie poważnie, sam poprowadzę cię z nią do ołtarza. Po prostu zbytnio wszystko przyśpieszasz, zupełnie bez powodu.

Jeremy odwrócił się do okna. Za szybą widział szare, pokryte sadzą cegły i prostokątne okna sąsiedniego budynku. Za nimi przesuwały się ludzkie cienie — kobieta rozmawiająca przez telefon, mężczyzna owinięty ręcznikiem, zdążający do łazienki, jeszcze jedna kobieta, prasująca i jednocześnie oglądająca telewizję. Przez cały czas, kiedy tu mieszkał, nie zamienił z nimi słowa poza „dzień dobry”.

– Lexie jest w ciąży — rzekł w końcu.

Przez chwilę Alvin myślał, że się przesłyszał. Dopiero gdy dostrzegł wyraz twarzy przyjaciela, zdał sobie sprawę, że Jeremy bynajmniej nie żartuje.

– W ciąży?

– To dziewczynka.

Alvin opadł ciężko na łóżko, jak gdyby nagle ugięły się pod nim nogi.

– Dlaczego mi nie powiedziałeś?

Jeremy wzruszył ramionami.

– Lexie prosiła mnie, bym na razie nikomu nie mówił. Toteż dochowaj tajemnicy, dobrze?

– Tak — odparł Alvin wyraźnie oszołomiony. — Jasne.

– I jeszcze jedno.

Alvin podniósł głowę, spoglądając na Jeremy’ego, który położył mu dłoń na ramieniu.

– Chciałbym, żebyś został moim drużbą.

Jak to się stało?

Gdy nazajutrz spacerował z Lexie, która zwiedzała sklep z zabawkami FAO Schwarz, ciągle miał problem z odpowiedzią na to pytanie. Nie miał na myśli ciąży. Tamtą noc będzie zapewne pamiętał do końca życia. Mimo że wobec Alvina nadrabiał miną, czasami miał wrażenie, że gra rolę w jakiejś komedii romantycznej, kręconej z myślą o tym, by zadowolić widzów. Takiej, w której wszystko jest możliwe i nic nie jest pewne, dopóki nie wyświetlą się końcowe napisy.

Przecież to, co mu się trafiło, nie zdarza się często. Właściwie wydawało się kompletnie nierealne. Kto podróżuje do małego miasteczka, by napisać artykuł dla „Scientific American”, spotyka małomiasteczkową bibliotekarkę i po kilku dniach kompletnie traci dla niej głowę? Kto postanawia zrezygnować z szansy telewizji śniadaniowej i z życia w Nowym Jorku po to, by przenieść się do Boone Creek w Karolinie Północnej, miasteczka, które jest jedynie maleńką kropką na mapie?

Tak wiele pytań dzisiaj.

To nie to, że miał wątpliwości i zastanawiał się, co z tym fantem zrobić. Prawdę mówiąc, gdy przyglądał się, jak Lexie przerzuca sterty figurek GI Joe i lalek Barbie – chciała sprawić prezentami niespodziankę jego licznym bratankom i bratanicom, w nadziei, że wywrze dobre wrażenie — utwierdzał się w przekonaniu, że podjął właściwą decyzję. Uśmiechnął się, wyobrażając sobie, jakie życie będzie prowadził. Spokojne kolacje, romantyczne spacery, chichoty i przytulanie się przed telewizorem. Wspaniałe rzeczy, dla których warto żyć. Nie był na tyle naiwny, by wierzyć, że nigdy się z Lexie nie posprzeczają czy ostro nie pokłócą, miał jednak pewność, iż pomyślnie przepłyną przez wzburzone wody, uświadamiając sobie w końcu, że są idealnie dobrani. Ogólnie biorąc, życie będzie cudowne.

Ale gdy Lexie krążyła po sklepie, nie zwracając na niego uwagi, bez reszty pochłonięta swoimi poszukiwaniami, Jeremy zagapił się na inną parę, stojącą obok sterty pluszowych zabawek. Właściwie trudno ich było nie zauważyć. Oboje byli tuż po trzydziestce, świetnie ubrani, on na oko mógłby być bankierem inwestycyjnym, natomiast jego żona sprawiała wrażenie osoby, która każde popołudnie spędza w Bloomingdale. Byli objuczeni mnóstwem zakupów z mnóstwa innych sklepów. Pierścionek na jej palcu miał brylant wielkości szklanej kulki do gry — znacznie większy od brylantu w zaręczynowym pierścionku, który Jeremy właśnie kupił dla Lexie. Obserwując ich, Jeremy nie miał najmniejszej wątpliwości, że zwykle podczas tego rodzaju eskapad towarzyszyła im niania, po prostu dlatego, że wydawali się kompletnie oszołomieni całą sytuacją i zupełnie sobie z nią nie radzili.

Niemowlę w spacerówce płakało, był to ten rodzaj przeraźliwego wycia, od którego niemal pękają szyby. Inni klienci sklepu zatrzymywali się jak wryci. Dokładnie w tym samym czasie starszy braciszek dziewczynki — może czteroletni — zaczął krzyczeć chyba jeszcze głośniej i nagle rzucił się na posadzkę. Rodzice mieli przestraszone miny niczym żołnierze pod ostrzałem, cierpiący na nerwicę frontową, i trudno było nie zauważyć ich podkrążonych oczu i bladości twarzy. Mimo nienagannego wyglądu najwyraźniej byli u kresu wytrzymałości. Matka wyjęła w końcu dziecko z wózka i przytuliła je, tymczasem mąż pochylił się ku niej, poklepując niemowlę po pleckach.

– Nie widzisz, że próbuję ją uspokoić? — warknęła kobieta. — Zajmij się raczej Elliotem!

Zbesztany mężczyzna pochylił się nad synem, który wierzgał nogami i walił piętami w posadzkę, doprowadzając matkę do wściekłości.

– Natychmiast przestań wrzeszczeć! — rzekł surowo, grożąc mu palcem.

Ach, jasne, pomyślał Jeremy. Jak gdyby to mogło odnieść jakikolwiek skutek.

Elliot spurpurowiał, w dalszym ciągu wijąc się jak piskorz na podłodze.

W tym momencie Lexie przerwała swoje poszukiwania i skupiła uwagę na tamtym małżeństwie. Jeremy’emu przeszło przez myśl, że takim spojrzeniem mierzy się kobietę koszącą trawnik w bikini, rodzaj widowiska, jakiego nie sposób pominąć. Wrzeszczało niemowlę, wrzeszczał Elliot, wrzeszczała żona na męża, żeby coś zrobił, na co mąż odwrzaskiwał, że próbuje. Wokół szczęśliwej rodzinki zebrał się spory tłum. Kobiety przyglądały się im na poły z wdzięcznością, na poły ze współczuciem. Wdzięczne, że nie przydarza się to im, lecz zdając sobie dokładnie sprawę – najprawdopodobniej na podstawie własnego doświadczenia — przez co przechodzą młodzi ludzie. Z kolei mężczyźni nie pragnęli chyba niczego więcej, jak tylko uciec jak najdalej od tego nieopisanego harmidru.

Elliot walił głową w podłogę, krzycząc, o ile to możliwe, coraz głośniej.

– Po prostu chodźmy! — powiedziała w końcu ostrym tonem kobieta.

– Nie sądzisz, że właśnie to usiłuję zrobić? — burknął z rozdrażnieniem mężczyzna.

– Podnieś go.

– Próbuję! — krzyknął zniecierpliwiony.

Elliot nie chciał mieć nic wspólnego z ojcem. Gdy mężczyzna w końcu go złapał, chłopiec wił się jak rozwścieczony wąż. Rzucał głową z boku na bok, nawet na chwilę nie przestawał wierzgać nogami. Czoło ojca zrosił pot, krzywił się z wysiłku, natomiast Elliot zdawał się rosnąć w oczach, miniatura Hulka, rozdymająca się ze złości.

Jakimś cudem objuczonym zakupami rodzicom udawało się posuwać do przodu, pchając wózek i nie wypuszczając z objęć dzieci. Gapie rozstąpili się niczym Morze Czerwone przed zbliżającym się Mojżeszem i w końcu cała rodzina zniknęła z pola widzenia, cichnący płacz był jedynym świadectwem, że w ogóle tutaj byli.

Tłum zaczął się rozpraszać, lecz Jeremy i Lexie w dalszym ciągu stali jak wrośnięci w ziemię.

– Nieszczęśnicy — rzekł Jeremy, ogarnięty nagłym przestrachem, czy właśnie tak będzie wyglądało jego życie za parę lat.

– Jakbym nie wiedziała — zgodziła się Lexie, obawiając się chyba tego samego.

Jeremy stał zagapiony, mimo że krzyki całkiem ustały — rodzina najwyraźniej wyszła ze sklepu.

– Nasze dziecko nigdy nie będzie dostawało takich napadów złości — oświadczył.

– Nigdy. — Świadomie lub nieświadomie Lexie położyła dłoń na brzuchu. — To zdecydowanie nie było normalne.

– A rodzice wyraźnie nie mieli pojęcia, co zrobić — dodał Jeremy. — Zwróciłaś uwagę, jak próbował przemówić do syna? Jakby był w sali konferencyjnej.

– Idiotyczne. — Lexie pokiwała głową. — I jakim tonem się do siebie odzywali? Dzieci wyczuwają napięcie. Nic dziwnego, że rodzice nie mogli nad nimi zapanować.

– Nie wiedzieli chyba, jak się zachować.

– Rzeczywiście chyba nie.

– Jak to możliwe?

– Może po prostu są zbyt pochłonięci własnym życiem, by poświęcać wystarczająco dużo czasu dzieciom.

Jeremy, wciąż nie ruszając się z miejsca, przyglądał się, jak odchodzi ostatni z gapiów.

– Tak, to zdecydowanie nie było normalne — powtórzył słowa Lexie.

– Jestem o tym absolutnie przekonana.

Dobrze, a więc oboje się oszukiwali. W głębi serca Jeremy był tego świadom, zresztą podobnie jak Lexie, ale łatwiej było udawać, że im nigdy nie przydarzy się taka sytuacja, jakiej byli przed chwilą świadkami. Ponieważ będą lepiej przygotowani. Bardziej oddani. Milsi i cierpliwsi. Bardziej kochający.

A dziecko… cóż, ich córeczka będzie dobrze się rozwijała w otoczeniu, jakie jej stworzą razem z Lexie. Co do tego nie ma wątpliwości. Jako niemowlę będzie przesypiała całe noce; jako szkrab uczący się chodzić będzie zachwycała ponadprzeciętnymi zdolnościami motorycznymi i bardzo wcześnie zacznie mówić. W pięknym stylu ominie pola minowe wieku dojrzewania, będzie trzymała się z daleka od narkotyków i patrzyła niechętnie na filmy dozwolone od lat osiemnastu. Zanim opuści dom, będzie kulturalną, dobrze wychowaną młodą damą z ocenami dość wysokimi, by dostać się na Uniwersytet Harvarda, mistrzynią Stanów Zjednoczonych w pływaniu, a mimo to znajdzie czas, aby pracować w charakterze wolontariuszki dla organizacji Habitat for Humanity.

Jeremy uczepił się kurczowo tego marzenia, lecz po chwili przygarbił się bezsilnie. Mimo że miał zerowe doświadczenie rodzicielskie, zdawał sobie sprawę, że nie będzie to takie łatwe. Poza tym wybiegał myślami o wiele za daleko.

Po upływie godziny siedzieli na tylnym siedzeniu taksówki, utknąwszy w korku w drodze do Queens. Lexie przeglądała kupiony przed chwilą poradnik Czego się spodziewać, kiedy się spodziewasz, Jeremy zaś obserwował świat za szybami. Był to ich ostatni wieczór w Nowym Jorku — Jeremy przywiózł tutaj Lexie, by poznała jego rodzinę — i rodzice zaplanowali małe spotkanie w swoim domu w Queens. Rzecz jasna „małe” było pojęciem względnym, ponieważ biorąc pod uwagę, że miało przyjechać pięciu braci Jeremy’ego z żonami oraz dziewiętnaścioro bratanków i bratanic, dom będzie pękał w szwach, jak zresztą często bywało. Mimo że Jeremy czekał z niecierpliwością na spotkanie, nie mógł całkowicie wyrzucić z myśli pary, którą dopiero co widzieli. Wydawali się tacy… normalni. To znaczy poza wyczerpaniem. Zastanawiał się, czy jego i Lexie również to czeka, czy też jakimś sposobem zostanie im to oszczędzone.

Może Alvin miał rację. Przynajmniej częściowo. Chociaż Jeremy uwielbiał Lexie — i był tego absolutnie pewny, w przeciwnym razie nie oświadczyłby się — nie mógł twierdzić, że naprawdę ją zna. Po prostu zbyt mało czasu spędzili ze sobą, by się dobrze poznać, i im więcej o tym myślał, tym większego nabierał przekonania, że nie zaszkodziłoby, gdyby mieli szansę z Lexie spotykać się regularnie przez pewien okres. Był już wcześniej żonaty i wiedział, że właśnie czasu trzeba, by nauczyć się, jak żyć z drugą osobą. By przyzwyczaić się do, nazwijmy to, jej dziwactw. Każdy je ma, lecz dopóki naprawdę się kogoś nie pozna, ta druga osoba na ogół stara się je ukrywać. Był ciekaw, jak to jest w przypadku Lexie. A jeśli na przykład śpi w jednej z tych zielonych maseczek na twarzy, które mają zapobiegać zmarszczkom? Czy naprawdę byłby zadowolony, budząc się codziennie rano i widząc je?

– O czym myślisz? — spytała Lexie.

– Słucham?

– Spytałam cię, o czym myślisz. Miałeś zabawną minę.

– O niczym.

Lexie przyjrzała mu się bacznie.

– O dużym niczym czy zupełnie o niczym?

Odwrócił się twarzą do niej, marszcząc brwi.

– Jakie jest twoje drugie imię?

Przez następne kilka minut Jeremy zadał jej serię pytań, o których wspomniał wcześniej Alvin, i dowiedział się, co następuje: miała na drugie imię Marin; jej kierunkowym przedmiotem na studiach był angielski; jej najbliższą przyjaciółką w college’u była dziewczyna o imieniu Susan; jej ulubionym kolorem jest fiolet; woli ciemny chleb; lubi oglądać Trading Spaces; uważa Jane Austen za świetną pisarkę; jeśli chodzi o ścisłość, 13 września skończy trzydzieści dwa lata.

A nie mówiłem?

Odchylił się na oparcie, zadowolony, a Lexie kartkowała poradnik. Jeremy pomyślał, że tak naprawdę go nie czyta, przegląda tylko pobieżnie fragmenty, w nadziei, że uzyska pewien rodzaj przewagi na starcie. Zastanawiał się, czy postępowała w taki sam sposób za każdym razem, gdy musiała uczyć się w college’u.

Jak dał mu do zrozumienia Alvin, rzeczywiście wielu rzeczy o niej nie wiedział. Ale jednocześnie wiedział dużo. Była jedynaczką, dorastała w Boone Creek, w Karolinie Północnej. Jej rodzice zginęli w wypadku samochodowym, kiedy była dzieckiem, wychowywali ją dziadkowie ze strony matki, Doris i… i… Stwierdził, że powinien ją o to spytać. W każdym razie studiowała na Uniwersytecie Karoliny Północnej w Chapel Hill, zakochała się w niejakim Averym i mieszkała przez rok w Nowym Jorku, gdzie odbywała staż w bibliotece NYU. Gdy dowiedziała się, że Avery ją zdradza, wróciła do domu i została kierowniczką biblioteki w Boone Creek, podobnie jak kiedyś jej matka. Po pewnym czasie związała się z kimś, kogo nazywała Panem Renesansem, on jednak wyjechał z miasteczka, nie oglądając się za siebie. Od tamtej pory wiodła spokojne życie, spotykając się od czasu do czasu z miejscowym zastępcą szeryfa, dopóki nie pojawił się Jeremy. Ach, no i oczywiście: Doris — która była właścicielką restauracji w Boone Creek — utrzymywała, że ma zdolności parapsychologiczne, łącznie z tym, że potrafi określić płeć jeszcze nienarodzonego dziecka, stąd Lexie wiedziała, że będą mieli córeczkę.

Musiał przyznać, że te fakty znają również wszyscy mieszkańcy Boone Creek. Czy jednak wiedzieli, że Lexie odgarnia włosy za uszy, kiedy jest zdenerwowana? Albo że wspaniale gotuje? Albo że gdy potrzebuje chwili wytchnienia, lubi szukać schronienia w domku nieopodal latarni morskiej na cyplu Hatteras, gdzie kiedyś wzięli ślub jej rodzice? Albo że nie dość, iż jest inteligentna i piękna, ma fiołkowe oczy, nieco egzotyczną urodę i ciemne włosy, to przejrzała jego niezręczne próby wykorzystania męskiego uroku, żeby zaciągnąć ją do sypialni? Podobało mu się, że Lexie nie pozwoliła, by cokolwiek uszło mu na sucho, mówiła, co myśli, i stanowczo mu się przeciwstawiała, gdy uważała, że Jeremy jest w błędzie. Jakimś sposobem umiała robić to wszystko, nie tracąc jednocześnie kobiecości i wdzięku, który dodatkowo uwypuklał zmysłowy południowy akcent. Jeśli dorzucić do tego, że wyglądała absolutnie rewelacyjnie w obcisłych dżinsach, to trudno się dziwić, że Jeremy stracił dla niej głowę.

A jeśli chodzi o niego? Co Lexie może powiedzieć, że wie o Jeremym? Podstawowe rzeczy. Że dorastał w Queens jako najmłodszy z sześciu synów w irlandzko-włoskiej rodzinie i że kiedyś zamierzał zostać profesorem matematyki, lecz gdy uświadomił sobie, że ma smykałkę do pisania, ostatecznie został felietonistą w „Scientific American”, gdzie często demaskował rzekomo nadprzyrodzone zjawiska. Że kilka lat temu był żonaty z kobietą o imieniu Maria, która po wielu wspólnych wizytach w klinice leczenia bezpłodności i ostatecznej diagnozie, że z medycznego punktu widzenia Jeremy nie może mieć dzieci, w końcu od niego odeszła. Że potem przez całe lata za dużo włóczył się po barach i spotykał z rozlicznymi kobietami, starając się unikać poważnych związków, jak gdyby w podświadomości utkwiło mu przeświadczenie, że nie może być dobrym mężem. Że w wieku trzydziestu siedmiu lat udał się do Boone Creek, by zbadać tajemnicze światła regularnie pojawiające się na miejskim cmentarzu, w nadziei, że zyska świetny temat i wystąpi gościnnie w programieGood Morning America, lecz okazało się, że przez większość pobytu myślał o Lexie. Spędzili razem cztery urocze dni, po których nastąpiła gwałtowna kłótnia, i mimo że Jeremy poleciał z powrotem do Nowego Jorku, zdał sobie sprawę, że nie potrafi wyobrazić sobie życia bez niej i wrócił, by jej to udowodnić. Lexie zaś położyła dłoń na brzuchu i Jeremy w końcu uwierzył, że zdarzył się prawdziwy cud — a przynajmniej cud brzemienności — i zyskał szansę bycia ojcem, na co kiedyś całkowicie stracił nadzieję.

Uśmiechnął się, myśląc, że to całkiem ładna historia. Może nadawałaby się nawet na wątek powieści.

Ważne jest to, że choć Lexie ze wszystkich sił starała się oprzeć się jego urokowi, również zakochała się w nim na zabój. Spoglądając na nią, zastanawiał się dlaczego. Nie o to chodzi, by w swoim mniemaniu był odpychający, ale jaka siła przyciąga dwoje ludzi do siebie? W przeszłości napisał niezliczone felietony na temat zasady owego przyciągania i potrafił godzinami dyskutować o roli feromonów, dopaminy oraz instynktu biologicznego, ale żaden z tych czynników nie tłumaczył tego, co czuł do Lexie. Ani przypuszczalnie tego, co Lexie czuła do niego. Nie potrafił tego wyjaśnić. Wiedział jedynie, że w jakiś sposób do siebie pasują i miał wrażenie, że przez całe życie wędrował drogą nieuchronnie prowadzącą do niej.

Była to romantyczna, nawet poetycka wizja, a Jeremy nigdy nie miał skłonności do poetyzowania. Może istniała inna przyczyna jego przeświadczenia, iż to Lexie jest właśnie tą jedyną, a mianowicie ta, że otworzyła jego serce oraz umysł na nowe uczucia i poglądy. Ale niezależnie od owej przyczyny, jadąc taksówką ze swoją uroczą przyszłą żoną, cieszył się na wszystko, co w przyszłości przyniesie im życie.

Wziął ją za rękę.

Czy w końcu ma to naprawdę znaczenie, że zostawia swój dom w Nowym Jorku i odkłada na później wszelkie plany związane z własną karierą po to, by przenieść się na odludzie? Albo że rozpoczyna rok, w którym czeka go ślub, założenie rodziny i przygotowanie się na narodziny dziecka?

Jak trudne może się to okazać?

Rozdział drugi

Oświadczył się w dniu świętego Walentego na szczycie Empire State Building.

Wiedział, że to banalne, ale czy wszystkie oświadczyny nie noszą znamion banalności? W końcu mógł to zrobić na wiele sposobów. Siedząc, stojąc, klęcząc lub leżąc. Podczas jedzenia lub niekoniecznie, w domu lub gdzie indziej, przy świecach lub nie, może przy winie, o wschodzie lub o zachodzie słońca albo w jakiejkolwiek innej, choćby trochę romantycznej sytuacji. Jeremy wiedział, że gdzieś kiedyś jakiś facet już to robił, nie miało więc sensu martwić się, czy Lexie będzie rozczarowana. Oczywiście zdawał sobie sprawę, że niektórzy mężczyźni szli na całość — pisanie na niebie dymem wypuszczanym z samolotu, billboardy, pierścionek znaleziony podczas romantycznej gry w fanty. Był jednak pewien, że Lexie nie należy do osób, które wymagają absolutnej oryginalności. Poza tym panorama Manhattanu zapierała dech w piersi i Jeremy doszedł do wniosku, że skoro pamiętał, by położyć nacisk na najważniejszych sprawach — wyznaniu, dlaczego pragnie spędzić z nią resztę życia, wręczeniu pierścionka oraz zadaniu sakramentalnego pytania — spisał się całkiem nieźle.

W końcu nie była to całkowita niespodzianka. Nie poruszali wcześniej tego tematu, lecz fakt, że przenosił się do Boone Creek, w połączeniu z różnymi rozmowami o przyszłości w liczbie mnogiej przez kilka ostatnich tygodni, nie pozostawiał wątpliwości, co się szykuje. Na przykład musimy kupić kołyskę, by postawić ją przy naszym łóżku, albo: powinniśmy odwiedzić twoich rodziców. Ponieważ Jeremy nie zaprzeczał, wydawało się, że sprawa jest raczej oczywista.

Mimo że trudno mówić o kompletnym zaskoczeniu, Lexie najwyraźniej była zachwycona. Zarzuciła mu ramiona na szyję i pocałowała go, po czym natychmiast zadzwoniła do Doris, by przekazać jej radosną nowinę. Rozmowa trwała dwadzieścia minut. Jeremy nie miał nic przeciwko temu, raczej spodziewał się takiej reakcji. Pomimo pozornego spokoju był ogromnie przejęty, że Lexie naprawdę zgodziła się spędzić z nim resztę życia.

Teraz, po upływie mniej więcej tygodnia, gdy jechali taksówką do domu jego rodziców, na palcu Lexie lśnił pierścionek zaręczynowy. Jeremy stwierdził, że narzeczeń-stwo, w odróżnieniu od chodzenia z kimś, jest Kolejnym Wielkim Krokiem, okresem, który większość mężczyzn bardzo lubi. Na przykład może robić z Lexie pewne rzeczy, które są raczej zakazane dla reszty świata. Jak całowanie się. Nawet w tej chwili mógł przechylić się ku niej na tylnym siedzeniu i pocałować ją. Najprawdopodobniej nie poczułaby się urażona. Całkiem możliwe, że byłaby nawet zadowolona. Spróbuj zachować się tak wobec nieznajomej, a zobaczysz, czym się to skończy, pomyślał Jeremy.

Świadomość tego wszystkiego wprawiła go w doskonały humor.

Natomiast Lexie patrzyła przez okno z zatroskaną miną.

– Co się stało? — spytał.

– A jeśli mnie nie polubią?

– Pokochają cię. Dlaczego mieliby nie pokochać? Poza tym lunch z moją mamą był sympatyczny, prawda? Sama powiedziałaś, że wy dwie przypadłyście sobie do gustu.

– Wiem — odparła bez przekonania.

– No to o co chodzi?

– A jeśli oni uważają, że im ciebie odbieram? — spytała.

– Jeśli twoja mama była wobec mnie miła, lecz w głębi duszy czuje do mnie urazę?

– Nie, nie czuje do ciebie urazy — odrzekł Jeremy. — I powtarzam, nie martw się tak bardzo. Przede wszystkim, nikomu mnie nie odbierasz. Wyjeżdżam z Nowego Jorku, ponieważ wolę być z tobą nawet w małym miasteczku, i oni o tym wiedzą. Zaufaj mi, są z tego powodu szczęśliwi. Moja mama od lat wierci mi dziurę w brzuchu, żebym ponownie się ożenił.

Lexie zacisnęła usta, zastanawiając się nad jego słowami.

– No dobrze — zgodziła się. — Ale mimo wszystko na razie nie chcę, by wiedzieli, że jestem w ciąży.

– Dlaczego?

– Bo mogłoby to wywrzeć złe wrażenie.

– Przecież zdajesz sobie sprawę, że i tak się dowiedzą.

– Tak, ale niekoniecznie akurat dzisiaj wieczorem, prawda? Niech najpierw mnie poznają. Pozwól im oswoić się z myślą, że się pobieramy. To wystarczający wstrząs na jeden wieczór. Resztę zostawmy na później.

– Oczywiście — rzekł Jeremy. — Jak sobie życzysz. — Rozparł się wygodnie na siedzeniu. — Ale wiesz, gdyby nawet się wydało, nie musisz się martwić.

– Jakim sposobem miałoby się wydać? — zamrugała powiekami Lexie. — Tylko mi nie mów, że już im wypaplałeś!

Jeremy pokręcił przecząco głową.

– Nie, jasne, że nie. Ale mogłem wspomnieć o tym Alvinowi.

– Powiedziałeś Alvinowi? — spytała, blednąc.

– Przepraszam. Wypsnęło mi się. Ale nie obawiaj się, on nie piśnie nikomu słowa.

Lexie zawahała się, po czym skinęła w końcu głową.

– W porządku.

– To się nigdy już nie powtórzy — zapewnił ją Jeremy, ujmując jej dłoń. — Nie ma powodów do zdenerwowania.

– Łatwo ci mówić — odparła z wymuszonym uśmiechem.

Lexie odwróciła się znowu do okna. Jak gdyby nie dość się denerwowała, to jeszcze musi się zmierzyć z tym. Czy naprawdę tak trudno było dotrzymać tajemnicy?

Wiedziała, że Jeremy nie chciał zrobić nic złego i że Alvin zachowa dyskrecję, ale nie o to chodziło. Chodziło o to, że Jeremy niezbyt się orientował, jak jego rodzina może zareagować na ten rodzaj wiadomości. Była pewna, że są ogromnie rozsądnymi ludźmi — matka wywarła na niej bardzo miłe wrażenie — i nie sądziła, by uznali ją za puszczalską, mimo to jednak będą unosić brwi, dziwiąc się pośpiechowi, w jakim zamierzają się pobrać. Co do tego nie miała wątpliwości. Mogła tylko spojrzeć na całą sprawę z perspektywy rodziny Jeremy’ego. Sześć tygodni temu oboje z Jeremym nie mieli pojęcia o swoim istnieniu, a teraz – jak po przejściu trąby powietrznej — są oficjalnie zaręczeni. Było to dość zaskakujące.

A jeśli dowiedzą się, że jest w ciąży?

Cóż, wtedy zrozumieją. Pomyślą, że Jeremy żeni się z nią właśnie z tego powodu. Zamiast uwierzyć zapewnieniom Jeremy’ego, że ją kocha, pokiwają po prostu głowami, mówiąc: „Jak miło”. Ale może się założyć, że gdy tylko wyjdzie z Jeremym za drzwi, zaczną się naradzać i omawiać zaistniałą sytuację. Byli rodziną, zżytą staroświecką rodziną, której członkowie spotykali się kilka razy w miesiącu. Przecież opowiadał jej o tym, prawda? Nie jest naiwna. A o czym rozmawia rodzina? O rodzinie! O radościach, dramatach, rozczarowaniach, o sukcesach… bliscy sobie ludzie dzielą się tym wszystkim. Wiedziała też, co stałoby się, gdyby Jeremy’emu znowu się wypsnęło. Tematem numer jeden stałyby się nie ich zaręczyny, lecz jej ciąża, choćby tylko po to, by głośno myśleć, czy Jeremy naprawdę wie, co robi. Albo jeszcze gorzej — podejrzewaliby, że zmusiła go do małżeństwa.

Oczywiście mogła się mylić. Może wszyscy byliby zachwyceni. Może uznaliby całą sytuację za zupełnie logiczną. Może uwierzyliby, że zaręczyny nie mają nic wspólnego z faktem, że spodziewa się dziecka, ponieważ rzeczywiście tak jest. Równie prawdopodobne jak to, że gdy zaczęłaby machać rękami, przefrunęłaby całą drogę do domu.

Nie chciała problemów z teściami. Zgoda, na ogół nic nie można na nie poradzić, lecz w żadnym wypadku nie chciałaby źle zacząć tej znajomości.

Poza tym, chociaż trudno było jej się do tego przyznać, gdyby należała do rodziny Jeremy’ego, również podchodziłaby sceptycznie do tej sprawy. Małżeństwo to poważny krok dla każdej pary, a co dopiero mówić o parze, która prawie się nie zna. Mimo że na pierwszym spotkaniu z matką Jeremy’ego nie czuła się jak na cenzurowanym, zdawała sobie sprawę, że kobieta ocenia ją, jak zrobiłaby każda dobra matka. Lexie zachowywała się nienagannie i na koniec starsza pani Marsh uściskała ją i ucałowała na pożegnanie.

Dobry znak, przyznała w duchu Lexie. A w każdym razie dobry początek. Musi minąć trochę czasu, zanim cała rodzina przyjmie ją do klanu. W przeciwieństwie do reszty synowych Lexie nie będzie uczestniczyła w weekendowych spędach rodzinnych i zapewne będzie musiała przejść coś w rodzaju okresu próbnego, aż do chwili gdy się okaże, że Jeremy nie popełnił błędu. Prawdopodobnie będzie to trwało rok, a może nawet dłużej. Przypuszczała, że uda jej się przyśpieszyć ten proces dzięki regularnemu pisaniu listów i rozmowom telefonicznym…

Zapamiętaj to sobie, pomyślała. Kup papeterię.

Jednakże musiała szczerze przyznać sama przed sobą, że jest trochę zaszokowana błyskawicznym tempem, w jakim potoczyły się sprawy. Czy on naprawdę ją kocha? A ona jego? Przez ostatnie dwa tygodnie zadawała sobie te pytania kilkanaście razy dziennie. Owszem, jest w ciąży, i owszem, to jest jego dziecko, ale nie zgodziłaby się go poślubić, gdyby nie wierzyła, że będą razem szczęśliwi.

I będą szczęśliwi, prawda?

Ciekawe, czy Jeremy kiedykolwiek zastanawiał się, jak szybko wszystko się dzieje. Pewnie tak, doszła do wniosku. To niemożliwe, żeby mu się to nie nasunęło. Ale chyba nie przejmował się tym tak bardzo jak ona, właściwie dlaczego? Może dlatego, że był już kiedyś żonaty, a może dlatego, że to on biegał za nią podczas swojego pobytu w Boone Creek.

Jakakolwiek była tego przyczyna, zawsze wydawał się pewniejszy przyszłości ich związku niż ona, co zresztą ją dziwiło, ponieważ to Jeremy uważał się za sceptyka.

Popatrzyła na niego, zwracając uwagę na ciemne włosy i dołek w policzku. Podobało jej się to, co widziała. Przypomniała sobie, że już wtedy gdy ujrzała go po raz pierwszy, stwierdziła, że jest atrakcyjny. Co Doris powiedziała o nim po pierwszym spotkaniu? „Jest zupełnie inny, niż sobie wyobrażasz”.

Cóż, pomyślała, niedługo będzie mogła przekonać się o tym osobiście.

Zjawili się w domu rodziców ostatni. Gdy podchodzili do drzwi, Lexie wciąż była zdenerwowana. Zatrzymała się na schodkach.

– Pokochają cię — uspokoił ją Jeremy. — Zaufaj mi.

– Bądź przy mnie blisko, dobrze?

– A gdzie indziej mógłbym być?

Nie było wcale tak źle, jak się obawiała. Prawdę mówiąc, Lexie świetnie sobie radziła, toteż wbrew swojej wcześniejszej obietnicy, że nie odstąpi jej na krok, Jeremy wyszedł na werandę na tyłach domu. Stanął tam, przestępując z nogi na nogę i obejmując się ramionami, by się trochę rozgrzać. Przyglądał się ojcu pochylonemu nad ogrodowym grillem. Staruszek zawsze uwielbiał to zajęcie, nie przeszkadzała mu żadna pogoda. Jeremy pamiętał z lat dziecinnych, jak ojciec odgarniał śnieg z grilla, po czym znikał w śnieżnej zamieci tylko po to, by po upływie pół godziny wynurzyć się z niej z półmiskiem świeżo upieczonego mięsa i z warstwą lodu w miejscu, gdzie powinny znajdować się jego brwi.

Mimo że Jeremy wolałby zostać w środku, matka kazała mu dotrzymać towarzystwa ojcu, dając w ten sposób do zrozumienia, że ma się upewnić, czy starszy pan dobrze się czuje. Kilka lat temu przeszedł zawał i chociaż przysięgał, że nigdy się nie przeziębi, martwiła się o niego. Dopilnowałaby go sama, lecz nieduży dom o fasadzie z czerwonawego piaskowca, w którym tłoczyło się trzydzieści pięć osób, przypominał istne wariatkowo. W kuchni parowały cztery garnki, bracia Jeremy’ego okupowali wszystkie siedzące miejsca w salonie, a bratanice i bratankowie bez przerwy byli przeganiani z salonu z powrotem do pomieszczenia w suterenie. Zaglądając przez okno, uznał, że jego narzeczona świetnie sobie radzi.

Narzeczona. Pomyślał, że jest w tym słowie coś dziwnego. Nie chodzi o sam fakt, że ma narzeczoną, lecz o brzmienie tego słowa w ustach bratowych, które wymówiły je już przynajmniej ze sto razy. Ledwie zdążyli wejść do domu, zanim jeszcze Lexie zdjęła kurtkę, Sophia i Anna podbiegły do nich, szpikując tym słowem niemal każde wypowiedziane zdanie.

– Cieszymy się, że nareszcie możemy poznać twoją narzeczoną!

– Co robiliście dzisiaj z narzeczoną?

– Nie sądzisz, że powinieneś przynieść swojej narzeczonej coś do picia?

Natomiast jego bracia trzymali się na uboczu i kompletnie unikali tego słowa.

– A więc ty i Lexie, hę?

– Czy Lexie jest zadowolona z tej podróży?

– Opowiedz, jak poznaliście się z Lexie.

Widocznie to typowo kobiecy zwyczaj, doszedł do wniosku Jeremy, ponieważ on sam, podobnie jak jego bracia, jak dotąd nie używał jeszcze tego słowa. Zastanawiał się, czy nie napisać na ten temat felietonu, zarzucając jednak ten pomysł — jego naczelny zapewne uznałby, że temat nie jest dość poważny dla magazynu „Scientific American”. Ten facet kocha artykuły na temat UFO i Wielkiej Stopy.

I choć zgodził się, by Jeremy prowadził nadal swoją rubrykę w czasopiśmie po przeprowadzce do Boone Creek, Jeremy nie będzie za nim tęsknił.

Jeremy potarł ramiona, tymczasem jego ojciec przewrócił kawałek mięsa na ruszcie. Nos i uszy poczerwieniały mu od mrozu.

– Podaj mi tamten talerz, dobrze? Twoja mama postawiła go na balustradzie. Hot dogi są już prawie gotowe.

Jeremy wziął talerz i wrócił do ojca.

– Wiesz, że tu jest bardzo zimno, prawda?

– Zimno? Przesadzasz. Zresztą mnie jest ciepło od żaru.

Jego ojciec był przedstawicielem wymierającego gatunku, który w dalszym ciągu używał węgla drzewnego. Któregoś roku Jeremy kupił mu na Gwiazdkę grill gazowy, który jednak porastał kurzem w garażu, dopóki jeden z braci Jeremy’ego, Tom, nie spytał w końcu, czy mógłby go sobie wziąć.

Ojciec zaczął wykładać hot dogi na talerz.

– Nie miałem okazji wiele rozmawiać z Lexie, ale sprawia na mnie wrażenie bardzo miłej młodej damy.

– Bo taka właśnie jest, tato.

– Cieszę się, bo zasługujesz na to. Nigdy zbytnio nie lubiłem Marii — oznajmił. — Od samego początku coś mnie w niej raziło.

– Powinieneś był mi o tym powiedzieć.

– Po co? I tak byś mnie nie posłuchał. Nie zapominaj, że ty zawsze wiesz wszystko najlepiej.

– A jak się spodobała Lexie mamie? Mam na myśli wczorajszy lunch.

– Polubiła ją od razu. Uważa, że będzie umiała utrzymać cię w karbach.

– I to jest takie dobre?

– Z punktu widzenia twojej matki? Chyba najlepsze, co mogło ci się przydarzyć.

Jeremy uśmiechnął się.

– Jakaś rada dla mnie?

Ojciec odstawił talerz, po czym pokręcił przecząco głową.

– Nie. Ty nie potrzebujesz żadnej rady. Jesteś dorosły. Od dawna sam podejmujesz decyzje. Poza tym co ja mógłbym ci poradzić? Ożeniłem się prawie pięćdziesiąt lat temu, a bywa, że nie mam zielonego pojęcia, co kieruje postępowaniem twojej matki.

– To bardzo pocieszające.

– Przyzwyczaisz się do tego. — Odchrząknął. — Hm, może jest jedna rada, której mógłbym ci udzielić.

– A mianowicie?

– Właściwie nawet dwie. Po pierwsze, nie bierz do siebie, kiedy się złości. Wszyscy miewamy zły humor, więc nie traktuj tego osobiście.

– A po drugie?

– Dzwoń do matki. Często. Płacze codziennie, odkąd dowiedziała się, że wyjeżdżasz. I nie podłap tego południowego akcentu. Mama ci tego nie powie, ale czasami ma kłopot ze zrozumieniem Lexie.

Jeremy parsknął śmiechem.

– Obiecuję.

– Nie było tak źle, co? — spytał Jeremy.

Po upływie kilku godzin wracali taksówką do hotelu Plaza. Z powodu kompletnego rozgardiaszu w mieszkaniu Jeremy postanowił popełnić finansowe szaleństwo i spędzić ostatnią noc w Nowym Jorku w pokoju hotelowym.

– Było wspaniale. Masz niezwykłą rodzinę. Rozumiem teraz, dlaczego nie miałeś ochoty na przeprowadzkę.

– Będę się z nimi widywał. Co pewien czas muszę przecież meldować się w moim czasopiśmie.

Lexie skinęła głową. W drodze do centrum przyglądała się drapaczom chmur i sznurom samochodów, zadziwiona, jak wszystko wydaje się ogromne i tętniące życiem. Mimo że mieszkała kiedyś w Nowym Jorku, zapomniała już o rojnych ulicach, hałasie, wysokości budynków. Wszystko tak bardzo różne od miejsca, w którym będą teraz mieszkali, po prostu inny świat. Liczba mieszkańców Boone Creek jest prawdopodobnie niższa od liczby mieszkańców jednego nowojorskiego ulicznego kwartału.

– Będzie ci brakowało dużego miasta?

Jeremy spojrzał przez okno, zastanawiając się nad odpowiedzią.

– Trochę — przyznał. — Ale wszystko, czego kiedykolwiek pragnąłem, znajduje się na Południu.

I po ostatniej cudownej nocy w Plaza rozpoczęli nowe życie.

Rozdział trzeci

Nazajutrz rano, gdy promienie światła zaczęły przedzierać się przez szparę między zasłonami, Jeremy otworzył zaspane oczy. Lexie spała na wznak, z ciemnymi włosami rozsypanymi na poduszce. Zza szyb dobiegały stłumione odgłosy ruchu ulicznego w budzącym się do życia Nowym Jorku — klaksony samochodów, warkot silników, gdy kierowcy ciężarówek toczących się Piątą Aleją dodawali lub ujmowali gazu.

Jeremy uważał, że za takie pieniądze nie powinien słyszeć niczego. Bóg świadkiem, że pobyt w tym apartamencie kosztował go majątek, założył więc, iż okna są dźwiękoszczelne. Nie narzekał jednak. Lexie wszystko się tutaj bardzo podobało: wysokość pomieszczeń i klasyczna boazeria, oficjalność kelnera, kiedy przyniósł im truskawki w czekoladzie i napój jabłkowy, którym zastąpili szampana, gruby płaszcz kąpielowy i wygodne ranne pantofle, miękkie łóżko. Absolutnie wszystko.

Patrząc na leżącą obok niego Lexie i muskając delikatnie jej włosy, pomyślał, że jest piękna. Mimo woli odetchnął z ulgą, widząc, że nie ma na twarzy ohydnej zielonej maseczki, którą wyobrażał sobie przez chwilę wczoraj. Jeszcze lepiej — nie miała brzydkiej piżamy ani lokówek na głowie, nie guzdrała się też przez pół godziny w łazience, jak często zdarza się wielu kobietom. Zanim wślizgnęła się do łóżka, umyła tylko twarz i wyszczotkowała włosy, po czym przytuliła się do niego, tak jak lubił.

No i okazuje się — wbrew temu, co mówił Alvin — że ją zna. Zgoda, nie wie o niej wszystkiego, ale mają przed sobą całe życie. Będzie się jej uczył, a ona będzie uczyła się jego, i stopniowo oswoją się ze swoimi przyzwyczajeniami. Och, zdawał sobie sprawę, że czekają ich różne niespodzianki — one zawsze się zdarzają — ale jest to nieodłącznie związane z życiem we dwoje. Stopniowo Lexie pozna prawdziwego Jeremy’ego, uwolnionego od ciężaru potrzeby nieustannego imponowania. Przy niej będzie mógł być sobą, kimś, kto od czasu do czasu leniuchuje, ubrany w dresy, lub opycha się doritos przed telewizorem.

Splótł dłonie za głową, czując nagłe zadowolenie. Lexie pokocha prawdziwego Jeremy’ego.

Prawda?

Zmarszczył brwi. Nagle ogarnęło go zwątpienie — czy ona wie, w co się pakuje? Może pomysł, by poznała prawdziwego Jeremy’ego wcale nie jest taki znowu dobry. Nie chodzi o to, by uważał się za złego czy bezwartościowego faceta, lecz podobnie jak wszyscy ma… swoje dziwactwa, do których Lexie nie od razu się przyzwyczai. Na przykład dowie się, że Jeremy nigdy nie opuszcza deski sedesowej. Nigdy tego nie robił i nigdy nie będzie robił, ale czy stanowi to dla niej problem? Pamiętał, że dla jednej z jego dawnych dziewczyn stanowiło. I co Lexie pomyśli sobie o tym, że generalnie bardziej interesuje go, jak radzą sobie Knicksi niż skutki ostatniej suszy w Afryce? Lub że czasami zdarzało mu się zjeść kęs pokarmu, który upadł mu na podłogę? Taki był naprawdę, ale jeśli niezbyt jej się to spodoba? Jeśli uzna, że nie są to dziwactwa, lecz istotne wady charakteru? I co z…

– O czym myślisz? — przerwała jego rozmyślania Lexie. — Wyglądasz, jak gdyby rozbolał cię żołądek.

Zauważył, że badawczo mu się przygląda.

– No wiesz, nie jestem ideałem.

– O co ci chodzi?

– Uprzedzam cię na wszelki wypadek, że mam różne wady.

– Doprawdy? — rzekła z wyraźnym rozbawieniem. — A ja myślałam, że potrafisz chodzić po wodzie.

– Mówię serio. Uważam, że powinnaś wiedzieć, w co się pakujesz, zanim się pobierzemy.

– Na wypadek gdybym chciała się wycofać?

– Właśnie. Mam swoje dziwactwa.

– Na przykład jakie?

Zastanawiał się przez chwilę nad odpowiedzią, po czym doszedł do wniosku, że najlepiej będzie zacząć od drobiazgów.

– Nie zakręcam kranu, w czasie gdy myję zęby. Nie mam pojęcia dlaczego, po prostu nie robię tego. Nie wiem, czy potrafię się zmienić.

Lexie pokiwała głową, starając się utrzymać powagę.

– Sądzę, że jakoś sobie z tym poradzę.