Od kiedy cię nie ma - Louise Candlish - ebook
Opis

Gdy trzy przyjaciółki: Rachel, Mariel i Jenny równocześnie zachodzą w ciążę, obiecują sobie, że każda z nich będzie kochać pozostałe dzieci jak własne. Jednak gdy córka Rachel umiera, kobieta pakuje się i przeprowadza na odległą grecką wyspę, by odnaleźć spokój ducha i odbudować swój świat na nowo. Mimo to nie może zapomnieć o złożonej przed laty obietnicy. Wynajmuje prywatnego detektywa, tajemniczego Johnny’ego Palmera, by na bieżąco informował ją o losach pozostałych dziewcząt. W ten sposób może roztoczyć nad nimi dyskretną opiekę. Ale kto zaopiekuje się samą Rachel w jej nowym życiu z dala od domu?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 529

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Louise Candlish

Od kiedy cię nie ma

Przełożyła Anna Halbersztat

Tytuł oryginału: Since I Don’t Have You

Copyright © Louise Candlish 2007

Copyright © for the Polish edition by Grupa Wydawnicza Foksal, MMXV

Copyright © for the Polish translation by Anna Halbersztat, MMXV

Wydanie I

Warszawa, MMXV

Dla panny Burton

Podziękowania

Specjalne podziękowania należą się mojej agentce Claire Paterson za wkład w tę książkę, gdyż znacznie wykraczał poza zwyczajowe poczucie obowiązku – jesteś naprawdę cudowna! A także Jo Dickinson, Louise Davies i Sarah Rustin w Little, Brown za udoskonalenie tej książki w nieoceniony sposób i za tak żarliwą o nią walkę.

Dziękuję Jenny McVeigh z Janklow & Nesbit (Wielka Brytania) za bardzo pomocną wnikliwość oraz Rebecce Folland i Charlotte Bodman z J&N za ciężką pracę nad dotarciem do jak największej grupy czytelników. Alexowi Richardsonowi w Little, Brown za reklamę i wszystkim osobom z cudownych i bardzo zaangażowanych zespołów do spraw promocji i sprzedaży.

Dziękuję Erice Moechel-Pitsikali i Triantaphyllosowi Pitsikali z Chelidonia Villas w Oii na Santorini. Wieczór spędzony z Wami dał mi więcej niż rok samodzielnego zbierania materiałów.

Jestem wdzięczna Christopherowi Johnstonowi za podzielenie się prawniczym doświadczeniem, a Oliverowi Wilkinsonowi za detektywistyczną wiedzę. Dziękuję także Marion Gibbs i Janet Parkinson za umożliwienie mi podpatrzenia ceremonii zakończenia szkoły w JAGS w Londynie oraz Dawn Terrey i Philowi Carre’owi za zaprojektowanie mojej strony internetowej.

Dziękuję mojej siostrze Jane za uwagi i nieustające wsparcie; Sharon i Nigelowi za poniedziałkowe popołudniowe przerwy w pisaniu; a także Heather, June, Maureen, Joannie, Mikeyowi B., Sue, Chalkie, Roni, Patowi Ricardo, Mats’n’Jo, Johnowi, moim rodzicom i wszystkim innym, którzy sprawiali, że życie w trakcie pracy było łatwiejsze i zabawniejsze. I oczywiście nie mniej ważnemu Nipsowi.

Na koniec – bardzo przydatny okazał się przy odkrywaniu miasta przewodnik Oia na Santorini. Podróż w czasie i przestrzeni (Oia in Santorini, A Journey in Space and Time) autorstwa Kadio Kolymva.

Prolog

Londyn, 1988

Nie pamiętam dokładnie dnia, kiedy zawarłyśmy pakt, ale oczywiście to Jenny wpadła na ten pomysł. Z nas trzech najszybciej umiała się postawić albo – zależy, jak na to spojrzeć – przesadnie zareagować. Oliver nazywał ją „gorącą głową”.

Siedziałyśmy w lokalnej kawiarni, dzieci spały w wózkach, kiedy nagle Jenny rozejrzała się dookoła, jakby podejrzewała, że ludzie przy sąsiednich stolikach mogą podsłuchiwać, i powiedziała:

– Powinnyśmy sobie obiecać, że zaopiekujemy się naszymi dziewczynkami. No wiesz… gdyby wydarzyła się jakaś katastrofa.

Podniosłam wzrok znad kawy, nieco zszokowana. „Katastrofy” przydarzają się przecież innym, prawda? Ludziom, o których czyta się w gazetach. Nam nic się nie przydarzy. Siedząca obok mnie Mariel uniosła brew. Zdecydowałam, że poczekam, co ona powie. Jenny była naszym radykałem, za to Mariel osobą chłodną i rozsądną.

– Szanse, że rodzice jednocześnie zachorują na nieuleczalnego raka, są bardzo niewielkie – powiedziała trzeźwo. – Albo że zginą w katastrofie samolotu bez swojego dziecka siedzącego między nimi. Uwierz mi, Jen, nikt tu nie zostanie sierotą.

Jenny skrzywiła się i jak zwykle zaczęła bawić się swoimi grubymi, złotorudymi włosami. Splotła je bardzo ściśle, a po chwili znowu rozpuściła.

– W takim razie nawet wtedy, gdy umrze jedno z rodziców. – Popatrzyła na Mariel. – Toby lata do pracy, prawda? Czy teraz nie jest przypadkiem na Dalekim Wschodzie?

– Jen! – Mariel tylko się roześmiała, ale ja byłam naprawdę zszokowana.

– Dzięki za tę radosną myśl. Przypomnę mężowi, że powinien zaktualizować swoje ubezpieczenie na życie.

– Mariel, mówię poważnie. Takie rzeczy się zdarzają!

Zapadła cisza. Popatrzyłyśmy na siebie.

– Dobrze, jestem za – powiedziałam.

Przyjaciółki spojrzały na mnie, zaskoczone moją nagłą powagą. Dotarło to do mnie i bez względu na to, kim byłam w naszej trójce, nie miałam zamiaru zamykać oczu na tę możliwość. Oliver nadal pracował w idiotycznych godzinach i pił przerażająco dużo – nie podobał mi się pomysł, że gdyby coś mi się stało, Emma zostałaby pod opieką drużyny niań zarządzanej przez jego matkę albo, co gorsza, przez jego asystentkę.

– Mariel? – zapytała Jen.

Mariel pokiwała głową, jej ciemne włosy obcięte na pazia zafalowały.

– Oczywiście, że w to wchodzę. Wiecie, że dla dziewczynek zrobię wszystko.

– Umowa stoi w takim razie – stwierdziła zadowolona Jen. – Razem wyprawimy je na uniwersytet, choćby miała to być ostatnia rzecz, jaką zrobimy. Myślę o Oxfordzie, albo nie: Harvard!

Mariel zachichotała, ale ja nie potrafiłam jeszcze się wyluzować.

– I one też zawsze będą miały siebie.

– Jeśli będą się dogadywać – wtrąciła nieśmiało Mariel.

– O czym ty mówisz? Oczywiście, że będą przyjaciółkami – powiedziała zdecydowanie Jenny, a wtedy i ja się uśmiechnęłam. Wiedziałam, że obie myślą to samo co ja: że jeśli nasze córki zaprzyjaźnią się tak mocno jak my, będą szczęściarami. Będą trzy razy lepiej przygotowane do życia, trzy razy bardziej chronione.

Wszystko trzy razy bardziej.

Część pierwsza

Teraz mam sześć lat. Wiem wszystko, co najciekawsze.

Więc myślę, że po prostu będę sześciolatkiem zawsze.

A.A. Milne, Mamy już sześć lat1

Rozdział 1

Londyn, czerwiec 1994

Gdy matki przyjechały odebrać dzieci z imprezy z okazji szóstych urodzin Emmy, zapytały mnie, gdzie jest Oliver. W końcu było piątkowe popołudnie, weekend, i wszyscy wiedzieli, że to tatusiowie wyprawiają przyjęcia urodzinowe dla dzieci, w każdym sensie tego słowa.

Trzeba było się zmierzyć z pewną liczbą niedowierzających wypowiedzi:

– Nie ma go? Cóż, co za szkoda.

– Tak.

– Musi być w pracy, prawda? Wyjechał służbowo i nie mógł się z tego wykręcić?

– Nie, po prostu siedzi w biurze, w mieście.

– Nie mógł się wyrwać? Nawet na kilka godzin?

– Najwyraźniej nie.

– Cóż – powiedziała Ruby Sherwood, matka Lesley. – To może być podstawą do rozwodu, jeśli ktoś chce znać moje zdanie!

Zauważyłam z ulgą, że ta mała Ruby jest jedną z ostatnich wychodzących osób.

– Rach, chodź, napijmy się – zawołała Mariel, stojąc w drzwiach do salonu. Myślę, że była tam już od jakiegoś czasu, czekając na odpowiedni moment, by wkroczyć i mnie uratować. – Patrz, dziewczynki padły!

„Dziewczynki” – mówiłyśmy tak nawet wtedy, gdy był z nimi Jake, młodszy brat Cat – leżały na sofie. Nogi miały wyciągnięte przed siebie, jasne rajstopy pobrudzone na stopach. Odświętne sukienki rozkładały się wokół niczym jezioro.

Małe debiutantki uspokoiły się w końcu, po raz pierwszy od świtu. Wokół nich kłębiły się wstążki i serpentyny, talerzyki z okruchami po ciastkach i pogniecione serwetki. Wszystkie oczy wpatrzone były w ekran telewizora, tak samo urzeczone. Śpiąca królewna, o ile się nie mylę.

Catherine, Daisy i Emma: nierozłączne, tak jak marzyłyśmy. Cat siedziała pośrodku z głową opartą o ramię Daisy. Pomyślałam, tak jak często mi się to zdarzało, że jej twarz jest kompozycją z elementów twarzy obojga jej rodziców, ułożonych na przemian w poziome pasy, takie, jakie powstają w dziecięcych zabawach, gdy rysuje się jakąś część ciała, a potem zagina się kartkę i podaje kolejnej osobie, i ostatecznie powstaje postać w całej swojej niespójności. Grube, brązowe włosy były takie jak u Toby’ego – składamy – szeroko rozstawione orzechowe oczy i delikatnie zarysowany nos jak u Mariel – składamy – mocne usta i szczęka jak u Toby’ego – składamy – smukła szyja i delikatne obojczyki jak u Mariel.

Daisy stanowiła innego rodzaju hybrydę, z twarzą w kształcie serca i jasnym ufnym spojrzeniem, jak u Jen, oraz ostrym profilem, jak u Bena.

Tylko Emma wydawała się idealną miniaturą jednego rodzica, ale wiedziałam z moich dawnych zdjęć, że w jej wieku nie byłam nawet w połowie tak udana: duże błękitne oczy, tęczówki jak nieco rozmyte główki kwiatów; kości policzkowe tak zarysowane, że zwracają uwagę wielu osób; jej włosy miały kolor masła – żaden fryzjer nie byłby w stanie uzyskać tego blondu u dorosłej klientki. Będzie prawdziwą pięknością, wszyscy tak mówią. Nigdy nie wiadomo, odpowiadam, starannie skrywając dumę. W każdym razie wszystkie były już pięknościami, wszystkie trzy, i każdy tańczący skrzat, który się tu dzisiaj bawił.

Poszłam za Mariel do kuchni, gdzie Jen nalewała mętny, wygazowany szampan do wąskich kieliszków.

– Zostaw to, przyniosę nam coś dobrego do picia.

Przeszłam obok basenu wypełnionego fioletowymi balonami i krzywej wieży nierozpakowanych prezentów, ciągnąc za sobą srebrną wstążkę przyczepioną do prawej kostki, i weszłam do piwniczki winnej Olivera, w której temperatura i wilgotność były kontrolowane przez jakieś wielce skomplikowane urządzenie przy drzwiach, i wyciągnęłam butelkę, pierwszą z brzegu. Wracając na górę, znalazłam kryształowe kieliszki stojące w kredensie, wysoko, poza zasięgiem rąk dzieci.

– Mmm, to wino jest naprawdę przyjemne – powiedziała Mariel, siadając na kuchennym taborecie.

– To chyba nie jest coś, co Oliver odłożył na dwudzieste pierwsze urodziny Emmy, prawda? – uśmiechnęła się Jen.

Obie z Mariel zachichotałyśmy, bo Jen świetnie przedrzeźniała pompatyczny baryton Olivera. Tylko moja mama, zajęta załadowywaniem zmywarki, nadal milczała; rzuciłam jej spojrzenie, które miało mówić, że to tylko takie przekomarzanie się, żarty, na pewno nic, co można by nazwać nielojalnością.

– Alyso, jesteś pewna, że nie chcesz do nas dołączyć? – zapytała ją Jen.

Nie znosiła, gdy ktoś czuł się opuszczony. Wcześniej pytała moją mamę, jak wyglądały przyjęcia urodzinowe dla dzieci w Grecji. Przypomniałam sobie wtedy, że gdy mama była w wieku Emmy, nadal mieszkała na swojej rodzinnej wyspie – Santorini. Nie miałam wątpliwości, że Jen chciała usłyszeć o ucztowaniu, rzucaniu talerzami i tańczeniu w kołach. Ale mama nie lubiła mówić o swojej ojczyźnie, chyba że chciała ostrzec przed ciążącą tam „klątwą”, a miła, troskliwa Jen musiała przestać naciskać.

– Mamo, pić nam się chce, chcemy soku.

– Ach, przecież to jubilatka we własnej osobie!

Emma podeszła i przytuliła się. Pochyliłam się, by ją objąć, i zanurzyłam nos w jej pięknych włosach, pachnących czymś pomiędzy toffi a cytryną. Zastanawiałam się jak zwykle, kiedy skończą się uściski, a zaczną dąsy, żądanie zainstalowania telewizora w jej sypialni i zwiększenia kwoty przeznaczonej na stroje.

Sześć lat. Czy nadal jest moją małą dziewczynką? Czy może już dużą? Przecież to ona sprawiła, że ten dzień był tak znaczący. Odkąd nauczyła się mówić, powtarzała: „Kiedy będę miała sześć lat…” lub „Chcę już mieć sześć lat”, albo „Sześć to najlepsza liczba”. Nie oznaczało to, że uznała, iż życie zaczyna się od szóstego roku życia, tak jak czasem starsze dziewczyny myślą o szesnastych urodzinach, jeszcze tak nie myślała. Raczej wynikało to z przeświadczenia, że sześć lat to maksimum, jakie może osiągnąć. Ten wers Milne’a, który dziewczynki tak lubiły cytować, idealnie to oddawał.

Wysunęła się z moich objęć i podeszła do mojej matki.

– Babciu, chodź pooglądać z nami film.

Mama wzięła ją za rękę.

– Dobrze, kochanie.

Jak zwykle poczułam ogromną przyjemność, patrząc na ich bliskość, oraz wdzięczność, bo i moja relacja z matką bardzo na tym skorzystała. Zadziwiające, jaka cisza zapanowała między nami po śmierci ojca i jak niemal zrezygnowałyśmy z siebie nawzajem. (Przynajmniej ja niemal pozwoliłam sobie na zrezygnowanie z niej. Teraz, kiedy mam Emmę, zdałam sobie sprawę, że mamie nigdy nie przyszłoby do głowy, by ze mnie zrezygnować). Impas, oto co nas spotkało, a jeśli ktoś mógł przełamać impas między dwojgiem dorosłych, to tylko dziecko.

Poszłam pobyć z nimi kilka minut, bo wiedziałam, że mama lubi mieć nas obie blisko, siedzieć między nami, tak jak kiedyś siedziała między swoim mężem a dzieckiem. Przez większość dzieciństwa miała swoich rodziców tylko dla siebie, więc lubiła być jedną z trojga.

„Wasza dwójka jest wszystkim, co mam…” Nie mówiła tego głośno, ale wiem, że tak myślała.

Tak, szczęśliwa w trójce, ale jednocześnie czujna, zdająca sobie sprawę z zagrożeń wynikających z trójki.

W kuchni Mariel zapytała mnie:

– A gdzie jest Oliver? Tak naprawdę?

– W pracy, oczywiście. Jacyś japońscy klienci przyjechali. Nie było szans, żeby zdążył.

– Boże, on zawsze przegina, prawda?

– To nie koniec świata. – Wzruszyłam ramionami.

– Myślę, że jesteś bardzo wyrozumiała – powiedziała Jen. Milczała przez chwilę, patrząc na otwarte drzwi, i dodała cicho: – Zwłaszcza po tej sprawie z Charlotte.

Tej sprawie. W pewien sposób było to zabawne, opisywać niewierność jako sprawę, zwłaszcza w odniesieniu do Olivera, dla którego musiał to być rzadki przypadek załatwiania sprawy pozabiznesowej. Charlotte była dyplomowaną trenerką i najwyraźniej transfuzją świeżej krwi, której nie można było się oprzeć. Pamiętam, jak wypłakiwałam się Mariel i Jen z jej powodu, mój organizm potrzebował każdej odrobiny pocieszenia, jaką były gotowe mi dać. Ale nawet gdy płakałam, w myślach podejmowałam już decyzję, że mu wybaczę.

Oczy Jen zabłysły złowrogo.

– Boże, gdybym złapała Boba z kimś innym, byłabym jak ta kobieta w Ameryce, jak ona się nazywała… coś jak Rabbit?

– Bobbit? Ta, która obcięła mężowi penisa? – Mariel zachichotała. – Cóż, jako pedikiurzystka masz narzędzie w ręku. A może Bob każe ci trzymać narzędzia w samochodzie? Myślę, że teraz to byłoby niegłupie z jego strony. Nie chciałabym być wzywana do sądu jako świadek, dziękuję bardzo.

Roześmiałam się na samą myśl o tym, ale Jen nie skończyła.

– Uważam, że niewierność jest po prostu, nie wiem… niewybaczalna. Jeśli jakaś para już się nie pragnie, czemu nie może po prostu się rozstać?

Zapanowała cisza. Popatrzyłam na Mariel; przygryzła dolną wargę, pewny znak, że myśli o czymś o poufnym charakterze. Domyślałam się, co to może być, i wiedziałam, że ze względu na mnie wolałaby zmienić temat rozmowy. Poznałyśmy się kilka lat przed spotkaniem Jen i o pewnych rzeczach, a dokładnie o jednej, powiedziałam tylko jej. O Charlotte mogłyśmy rozmawiać we trzy, to wydawało się w porządku, ale nie o tym, co zdarzyło się potem.

– Myślisz, że weźmiecie kiedyś ślub z Bobem? – zapytała przyjaciółkę tym swoim spokojnym tonem, wypracowanym przez lata zajmowania się pacjentami NHS2. Naprawdę chodziło jej o to, czy Jen sądzi, że się kiedyś rozstaną. Jen też tak to zrozumiała i po kolejnym ostrożnym spojrzeniu rzuconym w stronę otwartych drzwi odpowiedziała zgodnie z tym, czego się spodziewałyśmy:

– Irytuje mnie czasami, ale jest ojcem Daisy.

Mariel pokiwała głową.

– No cóż, gdyby irytacja była wystarczającym powodem do rozstania, żaden związek by nie przetrwał.

Typowe stwierdzenie Mariel. Efektem ubocznym jej małżeństwa z Tobym była tolerancja dla innych, mniej wzorcowych związków: niewierność, konflikt, „mały bunt”, jak ona to nazywała, wszystko można było przezwyciężyć. Niedoskonałości należało nie tylko wybaczać, ale i zapominać. Ja natomiast byłam pewnie zbyt pamiętliwa.

– Jen! Kochanie, co się dzieje? – Mariel nagle objęła ramieniem Jen, która, ku mojemu wielkiemu zaskoczeniu, zaczęła płakać. Zamknęłam drzwi do kuchni i usiadłam obok niej. Szarpała się nerwowo za włosy, a duże łzy spływały jej po policzkach.

– To tylko, o Boże, to głupie, ale chodzi o to, jak on na mnie czasem patrzy. Ma na twarzy taki wyraz pogardy. Teraz uważa mnie za dużo bardziej irytującą niż kiedyś. A przecież nie robię nic inaczej, wiem na pewno, że nie.

– Już dobrze – wtrąciłam – oczywiście, że nie…

– Mam już tego powyżej uszu – dodała, pociągając nosem. – Dość tego. – Popatrzyła na stojące za mnąwypolerowane szafki i wysokie okna mojej kuchni. – Sama nie wiem, tak cholernie ciężko pracujemy przez cały czas i nic z tego nie mamy.

Mariel delikatnie włożyła jej kieliszek do ręki.

– Jesteś wykończona, kochanie. Może weźmiemy Daisy na weekend, a wy wyskoczycie gdzieś razem?

Jen pokręciła głową.

– Jesteśmy tak spłukani, że nie możemy sobie na to pozwolić. Poza tym, szczerze mówiąc, nie jestem pewna, czy mam ochotę spędzić z nim sama cały weekend.

– Może w takim razie kolacja – powiedziałam. – Jutro wieczorem. Albo wyjście na drinka. Trochę czasu poza domem. Tego potrzebujesz.

– Dziękuję, to byłoby rzeczywiście dobre. – Jen podniosła różową serwetkę i wytarła nią oczy i nos. – Boże, co ja robię? Nie chcę, żeby Daisy widziała mnie w takim stanie.
Rzuciłam okiem na zamknięte drzwi.

– Nie martw się, nic nie słyszą. Są zbyt zajęte wpatrywaniem się w księcia z bajki.

Mariel spojrzała najpierw na Jen, a potem na mnie i uśmiechnęła się.

– Ciekawa jestem, jak długo to potrwa.

Oliver wrócił do domu po dziesiątej, gdy Emma już spała, a i ja miałam zamiar wkrótce się położyć. Mówił coś o korkach, ale w jego oczach nadal migotały obrazy z monitora. Jego niegdyś drobnokoścista sylwetka straciła formę przez nadmiar ciała. Jasna cera ostatnio poszarzała i wszystko to razem sprawiało, że wyglądał na starszego o dziesięć lat, niż był w rzeczywistości. Stał się jednym z tych starzejących się chłopców z City, zniszczonych przez własny bank.

Gdy kończyłam wyjmowanie naczyń ze zmywarki, usłyszałam, jak po cichu wchodzi po schodach – zawsze robił to po cichu, zachowywał się jak włamywacz we własnym domu. Gdybym była złośliwa, powiedziałabym, że to świadectwo jego braku doświadczenia, bo każdy rodzic, który angażuje się w kładzenie swojego dziecka spać, wie, że po takim przyjęciu urodzinowym dziecko przespałoby nawet start concorde’a.

Na blacie stała pusta butelka po winie. Może rzeczywiście była odłożona na jakąś inną okazję? Biedny Oliver. Nie wiem dokładnie, kiedy zaczęłam brać udział – czy może nawet zachęcać do tego – w naigrywaniu się z mojego męża przez przyjaciółki, i myśleć, że on nie mógłby się przecież obrazić, a nawet gorzej: nie miał prawa się obrazić. Powiedziałam sobie, że Jen i Mariel są dla mnie niemal jak siostry, tak samo dyskretne i lojalne, i że w podobny sposób naśmiewamy się z Toby’ego i Boba. Ale to byli oni. Bob był zbyt skomplikowany, by mu odpuścić, z tymi jego niecierpliwymi wybuchami i pasjami, które doprowadzały nas do szału: puszczaniem latawców, piciem prawdziwego ale, nauczaniem klasyki (ostatnio przyszedł do szkoły naszych dzieci i próbował przekonać nauczyciela, by pozwolił mu je zabrać, bo chciał im pokazać marmury Elgina, wszystkie, akurat w tym momencie!). Tak, Bob doprowadzał nas do rozpaczy, ale nigdy nie przyszło nam do głowy, by się z niego naigrawać.

Toby natomiast był moim przyjacielem już wcześniej, zanim spotkałam Mariel, dzięki czemu nie musiałam go traktować jako „znajomego przyjaciółki”, którym byłby dla mnie w przeciwnym wypadku. Nigdy nie był typem męża, który dla osób przyjaźniących się raczej z jego żoną pozostawał kimś nudnym i jednowymiarowym. A Oliver właśnie taki był. Nie było to takie nie w porządku w kontekście tego, co postanowił zaprezentować pozostałym dwóm parom, a ostatnio i mnie, było to wystarczająco słabe, by traktować go stereotypowo, jak żłopiącego wino, ubranego w dwurzędowy garnitur typowego bankiera. Wiedziałam, co inni sobie myślą, nawet nie musieli mówić tego na głos: był jedną z tych osób, które raczej się lubi, nie było za bardzo za co go krytykować, ale nie dawało się też wyobrazić go sobie zaangażowanego w coś rzeczywistego, jak seks, wydalanie czy wyrzucanie śmieci lub nadzorowanie gier na przyjęciu urodzinowym. Ja wiedziałam lepiej, oczywiście, a przynajmniej kiedyś wiedziałam. I oto gdy pojawił się ponownie w drzwiach kuchni, wraz z nim pojawiła się niebezpieczna, odruchowa zmiana napięcia, coś, czemu tak bardzo starałam się zaprzeczyć.

– Jak ona się miewa? – Spróbowałam się szczerze uśmiechnąć.

– Znokautowana.

Powściągnęłam irytację, słysząc kolejną sportową metaforę, jego ulubioną formę komunikatów. Stop, powiedziałam sobie, to twój mąż, ma swoje dziwactwa, a ty masz swoje. Pamiętaj o tym! Czy on też ukrywa to, że go drażnię? Czy nie chciałby, żeby wszystko nie kręciło się wokół wróżek, księżniczek, serduszek i brokatu? Czy pomyślał, że stworzyłam to różowofioletowe królestwo, by go wykluczyć? A potem się zastanowiłam: czy on w ogóle myśli w ten sposób, stawiając się na moim miejscu, tak jak ja stawiam się na jego, a ponieważ raczej tego nie robi, to czy ja powinnam zawracać sobie tym głowę?

Znalazłam w lodówce otwartą butelkę białego wina i nalałam mu kieliszek.

– Cóż, miała cudowny dzień. Uwielbia mieć sześć lat.

– Kto by nie uwielbiał? Nie musi się zastanawiać, jak zapłacić kolejny rachunek, prawda? – Wypił połowę kieliszka małymi haustami. – Twoja matka już pojechała do domu, tak?

– Tak, bardzo mi pomogła, w gruncie rzeczy wszystko zrobiła. Całe sprzątanie. Muszę wysłać jej jutro kwiaty w podziękowaniu.

Patrzył na mnie pytająco, a ja zastanawiałam się, czy coś mu się nie podobało w tym pomyśle. Mama naprawdę była wspaniała. I wtedy zdałam sobie sprawę, że jest zaskoczony moją życzliwością, oczekiwał, że zrobię mu piekło, miałam prawo. Ukłuło mnie poczucie winy, a potem doznanie krzywdy, że kojarzy się mnie z piekłem, choć jedyne, co robię, to staram się być rozsądną żoną.

– Cóż, ja miałem cholernie męczący dzień – powiedział i tak jak oczekiwałam, westchnął głęboko i bohatersko. Nazywałam to westchnieniem Odyseusza, wojownika wracającego do domu, żywiciela potrzebującego dobrego jedzenia i łóżka, a nie nocy z żoną krzyczącą: „Gdzie, do diabła, byłeś?”.

– Słuchaj, przepraszam, że nie udało mi się wrócić, ale…

– Ale w porządku – powiedziałam. Nasze ale idealnie się zsynchronizowało. Czy on przerwał, czy może ja mu przerwałam? Ten typ zazębiającej się konwersacji praktykowaliśmy tak często, że teraz już trudno było się zorientować. Małżeńska komunikacja na autopilocie: prawdziwi, czujący ludzie nie są tu konieczni. Pomyślałam o Jen, łkającej w tym samym pokoju zaledwie kilka godzin wcześniej. Cóż, niezależnie od tego, jakie kłopoty miała z Bobem, nie umiałam sobie wyobrazić, by tak z nim rozmawiała. Odłożyłam ścierkę, którą trzymałam w ręku.

– Idę się wykąpać, jestem wykończona.

Przypomniałam sobie, że muszę go dotknąć, więc przechodząc obok, delikatnie pogłaskałam go po brzuchu i poklepałam po ramieniu. Wtedy on przypomniał sobie, że powinien zauważyć ten gest, pokiwał głową i z daleka przesłał mi pocałunek. Teraz już mogliśmy spokojnie rozejść się w różne strony.

Rozdział 2

Był jasny, spokojny dzień, a odgłosy ruchu ulicznego z Pimlico Road wydawały się dziwnie spotęgowane. Nawet przy zamkniętych oknach nie udawało mi się tego nie słyszeć.

– Rachel – powiedział mój kierownik Simon swoim najbardziej służbowym tonem – masz może chwilę?

Sumiennie obrzuciłam wzrokiem stertę dokumentów leżących przy oknie. Jeśli znało się Simona prywatnie, tak jak ja, to ta jego służbowa postawa wydawała się dość zabawna. Obok niego stała młoda dziewczyna, przeciętna, w czarnych spodniach i szarej, jedwabnej bluzce.

– Chciałbym przedstawić ci Harriet, naszą nową asystentkę działu fotograficznego. Nie masz nic przeciwko temu, żeby ją oprowadzić?

Ależ mam. Pracowałam tylko na część etatu i nie miałam zbyt dużo wolnego czasu, zwłaszcza że chciałam wyskoczyć w trakcie przerwy na lancz i zrobić zakupy potrzebne przed urlopem. Ale Simon nie zauważył moich sygnałów, więc zostałam obarczona tym zadaniem. Będę musiała zostać dłużej, żeby nadrobić zaległości. Na szczęście dzisiaj Jen odbierała dziewczynki ze szkoły, co obejmowało także podanie im herbaty i pomoc w odrabianiu lekcji.

Całkiem naturalnie wyszło, że Jen, Mariel i ja zajmowałyśmy się naszymi sprawami jak jedna rodzina, przynajmniej w dni powszednie. Nasz harmonogram prac był skomplikowany: ja pracowałam trzy dni w tygodniu, wyszukując zdjęcia w niewielkim wydawnictwie artystycznym, od czasu do czasu wpadał mi też dodatkowy poranek, gdy ktoś był na urlopie. Jen była pedikiurzystką, wolnym strzelcem – jeździła do klientek na życzenie; a Mariel – kończył jej się urlop macierzyński, podczas którego opiekowała się Jakiem – była farmaceutką w lokalnym ośrodku zdrowia i na ogół pracowała od poniedziałku do czwartku.

Na myśl o Jake’u, małym braciszku Cat, od razu poprawił mi się humor. Oczywiście, że pomogę nowej dziewczynie. Pewnie była to jej pierwsza praca, musiała się stresować.

Rozpromieniłam się.

– Okej, Harriet, zróbmy sobie kawę i pokażę ci, co gdzie jest. A potem może będziesz po prostu moim cieniem, a ja będę wyjaśniać ci wszystko, co robię?

Zaopatrzyłam ją w telefon, macbooka, materiały piśmienne i kubek, pokazałam jej, jak zapisywać każdą transakcję w głównym archiwum, lokalizować i aktualizować dane adresowe agencji, etykietować firmowe przezrocza i oznaczać kopie opublikowanych książek. Nagle zauważyłam, że przygląda się zdjęciu stojącemu na moim biurku.

– To Emma, moja córka. Kilka tygodni temu, w jej szóste urodziny.

Oczy Harriet zaszkliły się. Nie przewróciła nimi, jak się spodziewałam, ale reakcja była oczywista: nie pytała, więc po co jej to powiedziałam? Muszę być jedną z tych nawiedzonych matek, które wtrącają temat swojego dziecka w każdą rozmowę, nawet gdy jest to zupełnie bez sensu. Próbowałam nie wzdychać. Okazało się, że kontakt z Harriet to ciężki orzech do zgryzienia. Cholerny Simon. Ostatnio ciągle pakował mnie w takie sytuacje. Zastanawiałam się czasami, czy za coś mnie karze, ale kiedyś zobaczyłam, że chodziło mu o to, by mieć mnie na widoku i żebym ja miała go na widoku – pewnie miał nadzieję, że wahadło ponownie przechyli się na jego stronę. Przypomniałam sobie jego minę, gdy kilka tygodni temu powiedziałam mu, że musimy zakończyć tę sprawę. Sprawę, cóż za eufemizm!

– Dlaczego? – zapytał.

– Wiesz dlaczego. Jestem mężatką. To nigdy nie powinno było się wydarzyć.

Nawet gdy to mówiłam, czułam, że poniżam go, powtarzając takie frazesy, a jednocześnie poniżam samą siebie za powód, z jakiego w ogóle to wszystko zaczęłam. Oliver i Charlotte. Klasyczne oko za oko, z tą różnicą, że mnie udało się zachować swój romans w tajemnicy.

Wzięłam teczkę z napisem „Różne” i podałam ją dziewczynie.

– Chcesz przejrzeć te przezrocza i spróbować je opisać?

– Pewnie.

Zastanawiałam się, ile ona ma lat. Dwadzieścia jeden, może dwa? Ciągle dziecko. Zauważyłam, że moje myśli wędrują nie do czasów, gdy ja byłam w tym wieku, ale że kreują obraz dorosłej już Emmy. Czy też będzie roztaczała tę samą aurę wyższości? Czy będzie ją pociągała cicha, książkowa praca, tak jak mnie, czy raczej będzie poszukiwaczką przygód, ryzykantką? Za każdym razem, gdy zaczynałam się nad tym zastanawiać, myśli tak szybko krążyły w mojej głowie, aż rzeczywiście stawałam się szaloną, w stu procentach obsesyjną matką, przed którą zapewne ostrzegano Harriet i której radzono jej unikać. Czy Emma tak samo będzie pragnęła mieć dwadzieścia sześć lat, jak teraz chciała mieć sześć? Kogo pokocha? A kogo znienawidzi? Czy będzie czuła, że może przyjść do mnie po radę, czy może zrobi wszystko, by nie mówić mi nic, tak jak ja nie mówię niczego swojej matce, z obawy przed zabijającym radość prychaniem czy cofnięciem pozwolenia? Co się jej przydarzy?

Simon obrzucił Harriet szybkim spojrzeniem i przeniósł wzrok na mnie.

– Jak wam idzie? Pomyślałem, że zaproszę was na lancz.

– O rany, to już ta pora?

Harriet z entuzjazmem podniosła głowę. Nie zauważyłam wcześniej, że Simon wygląda dzisiaj wyjątkowo dobrze. Ciemne, kręcone włosy opadały mu na oczy, uśmiech obiecywał zabawę, a swobodny styl bycia sprawiał, że wyglądał jak gwiazda rocka. Wiedziałam, że jest grzecznym chłopcem, synem inspektorów szkolnych, że zawsze najszczęśliwszy jest wtedy, gdy może zanurzyć nos w książce, a w tej chwili, w oczach dwudziestojednoletniej dziewczyny, był uosobieniem złego chłopaka.

– Dzięki – powiedziałam – ale mam strasznie dużo do zrobienia. Nie miałam czasu przygotować się do spotkania o piętnastej.

Harriet spuściła głowę, wyraźnie zawiedziona. Simon powiedział do mnie półgłosem:

– Rach, wyglądasz na zestresowaną. Może wyskoczymy na szybkiego drinka po pracy?

– Dzięki, ale nie mogę. Umówiłam się już z Jen i Mariel… – Urwałam, nie dodając imion naszych partnerów, nie wiem czemu. Zastanawiałam się, czy jeszcze kiedyś między mną a Simonem będzie tak jak dawniej.

– W porządku.

Harriet obserwowała, jak odchodzi, a potem spojrzała na mnie, po raz pierwszy z pewnym zainteresowaniem.

– Jak długo tu pracujesz?

Uśmiechnęłam się. Postanowiłam przyjąć, że to, co wzięłam wcześniej za apatię, jest nieśmiałością.

– Prawie dziesięć lat, ale z przerwą w środku…

Ważne było, by wrócić, przynajmniej tak mi mówiono. Było to dla mnie korzystne: nie pozwalało mojemu mózgowi pracować na zwolnionych obrotach, dawało przykład Emmie, że kobiety nie muszą zostawać w domu, pozwalało mieć własne pieniądze. A moje zarobki były tylko moje, jedna z korzyści szalonej pensji Olivera – w ogóle nie był zainteresowany, ile pieniędzy przynoszę do domu. Był zadowolony, że leżą na osobnym koncie, na czarną godzinę, podczas gdy nasze wspólne konto pokrywało wszystkie możliwe wydatki. Ledwo o tym pamiętałam, sięgałam do niego tylko wtedy, gdy kupowałam prezenty dla Olivera, niespodzianki, których cen nie mógł znaleźć na wyciągu z karty kredytowej.

Harriet patrzyła na mnie z otwartymi ustami.

– Pracujesz w Pendant od dziesięciu lat? Ile ty masz lat, Rachel?

– Trzydzieści dwa.

Wyglądała na zaskoczoną, jakbym powiedziała, że mam sto trzydzieści dwa lata.

– Boże, nie wyglądasz tak staro, zupełnie nie!

Roześmiałam się, szczerze rozbawiona.

– Och, Harriet, dziesięć lat mija w mgnieniu oka, uwierz mi na słowo.

Umówiliśmy się w pubie na rogu Hampstead Heath, tym z ogromnym ogródkiem piwnym, opuszczonym zimą i zatłoczonym latem. Był początek czerwca i szum ruchu ulicznego mieszał się z wieczornymi trelami ptaków, ale nie do końca je zagłuszał. Niebo nad nami przybierało kolor indygo, lecz na horyzoncie nadal miało żółtą poświatę. Mogłoby już świtać. Przypomniało mi się coś, co powiedział mi kiedyś Oliver na wakacjach, jeszcze przed Emmą, gdy leżeliśmy nad oceanem i bryza kołysała nas do snu.

– Lubię takie niebo, po którym trudno rozpoznać, czy słońce zachodzi, czy wschodzi – powiedział. – Jak wtedy, gdy byłaś mała i musiałaś pytać rodziców, czy już jest rano.

Czułam tak teraz: nie wiedziałam, czy to dziwne uczucie w brzuchu jest oznaką tęsknoty, czy oczekiwania; typowo miejskie uczucie. Dorastałam w Londynie i mimo iż niektórzy uważali, że jestem wymagająca, naprawdę nigdy nie przeszkadzały mi brudne włosy i czarna śluzówka w nosie po podróży metrem, zapach dymu papierosowego na ubraniach i pojazdy kaszlące spalinami na moje gołe nogi. Wystarczy przejść się kawałek, by znaleźć wysokie drzewa kołyszące się na tle nieba, a niektórzy – zapewne Bob – usłyszeliby pohukiwania sowy lub zauważyli parę młodych lisiątek.

Tego wieczoru, tak jak się umawialiśmy, spotkaliśmy się w gronie dorosłych. Opiekunki zajęły się naszymi pociechami za niespodziewanie różnorodne stawki godzinowe i gdy udało nam się już ustalić, kto pije, kto prowadzi, kto pali, a kto dzwoni, Bob oznajmił:

– Już dobrze, ludzie, nie rozmawiamy o dzieciach.

Miał tendencję do dominowania, nie dlatego, że był wysoki i mocno zbudowany, lub – co psychologowie uznaliby za bardziej interesujące – niski i łatwy do przeoczenia; nie miało to nic wspólnego z jego wyglądem – był całkiem przeciętny. Średniego wzrostu, tęgawy, o przyjaznej twarzy. Był po prostu tym typem człowieka – najstarszym synem wychowanym tak, by przewodzić. Im silniejszą spotykał osobowość, tym większa była jego potrzeba, by sprowadzić jej posiadacza do parteru.

On i Jen musieli się pokłócić wcześniej, bo pierwsi wybrali miejsca i ostentacyjnie zajęli krzesła na przeciwległych końcach długiego, prostokątnego stołu. Mariel usiadła naprzeciwko Jen, Toby i ja naprzeciwko siebie pośrodku, a Oliver, który właśnie pojawił się z tacą z drinkami, zajął ostatnie wolne miejsce naprzeciw Boba.

– Bardzo proszę. Kto zamawiał wódkę z tonikiem? – Uderzył plastikową tacą o stół, rozlewając piwo i sprawiając, że wyciągnęliśmy ręce, by mu pomóc.

Nie mogłam powstrzymać westchnienia irytacji. Oliver popatrzył na mnie tak, jakby chciał powiedzieć: „Daj mi spokój”, a ja odwróciłam wzrok. Miedzy innymi właśnie po to były takie wypady, te zorganizowane nasiadówy przy kolacji lub drinkach, by oszacować swoją wartość jako pary, zobaczyć, czy w danym tygodniu warci byliśmy razem więcej niż osobno. Czy inni, wracając, mówili: „Daję im najwyżej rok” czy „To nie może dobrze działać na Emmę, ta cała tłumiona wrogość”. Ale pomijając rozlane drinki, gdy popatrzyłam raz jeszcze na mojego męża, którego twarz wyrażała lekkie zatroskanie, nie czułam wrogości. Prawdę mówiąc, patrząc, jak wciąga Boba w rozmowę o pracy (typowa konwersacyjna czarna dziura), czułam wdzięczność. Wiedział, że nie widuję zbyt często Toby’ego i że chciałabym skupić się na nim; nadal o mnie myślał.

– Jak w pracy, Toby?

Toby wzruszył ramionami.

– Jak zwykle. Odwołali mi dziś grupę fokusową, na szczęście. W przeciwnym razie siedziałbym teraz i próbował się dowiedzieć, czy ludzie zaakceptują ten sam produkt czekoladopodobny za znacząco wyższą cenę, jeśli zostanie połamany na kawałki i zapakowany w tani złoty papier.

Uśmiechnęłam się.

– Myślę, że powiedzieliby „tak”.

– Ja też.

– Może to wystarczy klientowi?

– Chyba nie. Wydaje mi się, że potrzebowaliby dokładniejszego sprawozdania.

Zamierzał rzucić tę pracę, ukraść najlepszych asystentów tym poganiaczom niewolników i założyć własną firmę konsultingową, ale od dnia, gdy urodził się Jake, przestał tak często wspominać o tym pomyśle. Jedno dziecko oznaczało odpowiedzialność, odłożenie planów na później; dwójka oznaczała poświęcenie i porzucenie planów.

– Nad czym pracujesz? – zapytał.

– Nad książką o Florencji. Pod tytułem Ateny nad Arno.

– Tytuł trochę dezorientujący, jeśli mogę zauważyć.

– Wiem, ale Simon się upiera, by go zostawić.

– A jak miewa się Simon? – Toby uśmiechnął się.

– W porządku, jak zwykle. – Rzuciłam okiem na Olivera pochłaniającego piwo i słuchającego Boba wygłaszającego tyradę o tym czy o tamtym.

Toby spoważniał.

– Czyli pracujesz nad książką. Mnóstwo zdjęć, oczywiście. Jedziesz tam na sesję?

– Nie, najwyraźniej nie mamy wystarczająco dużo pieniędzy. Tak to już teraz jest. Szkoda. Ale i tak chcę tam pojechać. Czytając rękopis, zdałam sobie sprawę, że nie byłam we Florencji od czasów studiów. Może uda nam się pojechać z Oliverem na jesieni.

– Nie jest już tak łatwo, jak się ma dzieci – zgodził się Toby. – Nie wyobrażam sobie, że chciałoby mi się włóczyć po Galerii Uffizi.

– Kolejki są zabójcze – stwierdziłam. – Cóż, wydaje mi się, że przez najbliższe parę lat będziemy jeździć najwyżej do Algarve.

– Może z przerwą na Disneyland. Spodoba ci się, Rach, mają mnóstwo naprawdę wysokich kolejek górskich.

– Przestań, zaczynam się pocić na samą myśl o tym.

Najwyraźniej nie ja jedna, poczułam bowiem, że ciało obok mnie staje się coraz cieplejsze, i gdy się odwróciłam, zobaczyłam, że Bob niemal już wierzga z niecierpliwości. O rany, czy złamaliśmy z Tobym jego zasadę? A potem zauważyłam, że Jen i Mariel też rozmawiają o dzieciach, w dodatku nie tych leżących teraz w łóżkach, w domach, ale o przyszłych. Co za herezja! Mniemać, że planowanie rodziny może być bardziej interesujące niż historie o pracy, pracy, pracy, które pochłaniały resztę stołu.

Widząc wyraz twarzy Jen, połączenie frustracji i poczucia winy, zastanawiałam się, jak wiele Bob usłyszał, bo ta kwestia musiała się pojawić, zawsze się pojawiała, gdy rozmawiała ze mną lub z Mariel: drugie dziecko. Rozmawiałyśmy o tym bez końca, rozprawiając nad naszymi oddzielnymi i dziwnie odmiennymi dylematami. Finansowo Olivera i mnie stać było na więcej dzieci i Bóg wie, że nigdy nie chcieliśmy, by Emma była jedynaczką. Jako jedyne dziecko w pełni doświadczyłam nudy, która równoważyła czasem całą tę nadmierną uwagę. Ale dwa razy poroniłam, raz czy dwa miałam fałszywy alarm, a potem badania wykazały, że jest mało prawdopodobne, bym mogła znowu zajść w ciążę.

Przez ten czas Jen i Bob nie mieli żadnych biologicznych przeciwwskazań, ale za to nie mieli pieniędzy. Zawsze podejrzewałam, że z trudem wiążą koniec z końcem, mimo że duma nie pozwala im głośno tego powiedzieć. W naszej części miasta wzrosły czynsze, a oni nigdy nie byli w stanie uzbierać na wkład, by kupić mieszkanie, rodzice czy inni krewni też nie mogli im pomóc. Propozycje pożyczki z naszej strony były natychmiast odrzucane. Pieniądze nie mają znaczenia, wiem, ale nie byłam w stanie tego powiedzieć i mało prawdopodobne, by Jen mi uwierzyła. Martwiłam się o nią. W końcu miała dopiero trzydzieści lat, dlaczego ktoś miał prawo powiedzieć, że czas jej płodności właśnie się kończy?

Zauważywszy wyraz twarzy Boba, Toby pogroził palcem Mariel i Jen, jak pobłażliwy nauczyciel, który zaraz rozdzieli dwie chichoczące uczennice.

– Dajcie spokój, w życiu chodzi o coś więcej niż tylko o dzieci.

– No, mam nadzieję – dodał Bob.

Zapewne miało to być zabawne, ale zabrzmiało dość nieprzyjemnie. Chciałam kopnąć go pod stołem w goleń, tym bardziej gdy zobaczyłam, jak patrzy na Olivera, by wsparł go w tej idiotycznej kampanii. Szanował go i zazdrościł mu sukcesu finansowego, a co za tym idzie, jego opinię na różne tematy traktował jak słowa wyroczni.

– Spokojnie, chłopie – powiedział Toby, krzywiąc się przyjaźnie.

Urodzony moderator.

– Jasne – prychnął Oliver. – Daj spokój, Bob, trochę już za późno na to, by nie wywoływać tematu dzieci.

– Oliver, takie zabawy słowne to raczej domena Toby’ego – stwierdziła Mariel. – Od ciebie oczekuję czegoś bardziej wyszukanego.

Gdy uśmiechnęła się do niego znacząco, wyglądał jak uczeń skarcony przez wyjątkowo seksowną nauczycielkę. Nawet Bob wydawał się oszołomiony.

– Jeszcze trochę alkoholu, proboszczu? – zapytał Toby, wstając.

– Dla mnie to samo – odpowiedział natychmiast Oliver.

Wyraźnie rozpromienił się, kiedy tu przyszliśmy, choć wcześniej skarżył się na zmęczenie. Ale to było przed pierwszym drinkiem. Zauważyłam też whisky, która pojawiła się z ostatnią turą guinnessa, ale to akurat było normalne podczas tych wieczorów, przy ostatnich zamówieniach i taksówkach, które już nadjeżdżały, by zabrać nas do domu. W momencie gdy zaczynałeś się relaksować, ktoś mówił, że jest już za dziesięć jedenasta i że wieczór się kończy. Ale właśnie zwyczajność tych spotkań lubiłam najbardziej. Zwykłe rozmowy o tym, jak my, kobiety, musimy załatwić sobie wolny wieczór albo i dwa i porozpieszczać się, naprawdę się zrelaksować, a oni by sobie poradzili, na pewno by sobie poradzili. Zwyczajowy plan (ten, którego realizacja była bardziej prawdopodobna) – picie w stylu kawalerskim, czyli w ciągu dnia – bardzo zaległy, musiał być w końcu zrealizowany.

– A co u ciebie, Ollie? – zapytał Bob, podnosząc głos. – Masz ochotę obejrzeć mecz w przyszłą sobotę? The Half Moon mają satelitę, wiesz?

Oliver, który miał zwyczaj odpowiadać na zaproszenia, nie konsultując się ze mną, powiedział, że tak, że to świetny pomysł. Prawdopodobnie też wpadnie. Często wyrażał zainteresowanie towarzyskimi inicjatywami innych, choć sam nigdy nic nie proponował. Co było lepsze niż całkowite wycofanie się, to prawda, ale czy nie oznaczało ono zarazem, że gdy twój entuzjazm opadł, wasza dwójka była skazana na porażkę? Postanowiłam nie zastanawiać się nad tym, żeby się nie nakręcać. Nikt nie był skazany na porażkę, na pewno nie ja. Popatrzyłam na swój pusty kieliszek i na inne, które czekały, aż obsługa je zabierze. Chyba się upiłam.

– Cóż – stwierdziła Jen. – Jeśli taki macie plan, mogłybyśmy wziąć dzieciaki na miejską farmę. – Jej głos brzmiał nerwowo, gdy patrzyła na Boba siedzącego po przeciwnej stronie stołu. – Czy teraz możemy wymówić ich imiona, Bob? – Celowo wypowiadała je jedno po drugim: – Daisy, Cat, Emma, Jake…

Wszyscy popatrzyliśmy na Boba, w różnym stopniu rozbawieni.

– Oczywiście, że możecie. O co ci chodzi? – prychnął i podniósł swoją szklankę.

Rozdział 3

Mariel zawsze mówiła, że wszystkiego, co powinno się wiedzieć o Oliverze, można nauczyć się w ciągu jednej pięciominutowej rozmowy z jego ojcem, Donaldem, o jego dziadku Franku. Frank Freeman był znanym brutalem, który gdy dentysta oznajmił, że musi zastąpić jego zepsute zęby protezą, zażądał, by jego żona też dostała protezę, mimo że jej zęby były zupełnie zdrowe. Zmarł na udar, mając pięćdziesiąt pięć lat, a od lat cierpiąca przez niego Lynn zgorszyła całe Hampshire, rzucając kamieniem w trumnę i krzycząc: „Mam nadzieję, że zgnijesz w piekle, ty świnio”. Następnie zapiła się na śmierć i została pochowana w sąsiednim grobie.

Mój teść był jedynym dzieckiem Franka i Lynn, został wychowany w odpowiednio niezwykły sposób. Jako uczeń na lancz dostawał ślimaki, zachęcano go, by w ciągu tygodnia spał w swoim szkolnym mundurku i krawacie. Jako kary stosowano bicie pasem – końcówką z klamrą, jako nagrody – zaciągnięcie się papierosem. Ulga, którą odczuł po ucieczce do szkoły z internatem, stała się nieco mniejsza, gdy po powrocie odkrył, że Frank zjadł jego ulubionego królika.

Donald nigdy nie doszedł do siebie po tym dzieciństwie bez miłości, nie zmęczył się także opowiadaniem o nim. Emma słuchała jego opowieści z taką samą fascynacją i przerażeniem jak bajek o Jasiu i Małgosi czy Titeliturym. Gdyby to był film, wyłączyłabym go i odłożyła do czasu, kiedy Emma będzie starsza. Na razie jego żona Rosemary radziła sobie z odziedziczonymi przez męża dysfunkcjami w taki sam sposób, jak Lynn radziła sobie z ich oryginalną wersją: nie mogłam przypomnieć sobie sytuacji, w której w jej żyłach nie płynął dżin London. Gdy nie rozprawiała o swojej wczesnej karierze aktorskiej (dni chwały, jak je nazywała, młodzieńcze dni, dni rozkwitu – każdy dzień, byle nie obecny), przerywała innym ludziom, by przekazać swoje obserwacje na temat dziecięcych nawyków Olivera, powtarzała je kilkadziesiąt razy w ciągu weekendu, prowokując Donalda, by powiedział z rosnącym zniecierpliwieniem: „Przestań gadać bzdury, kobieto!”. Mamy ich zdjęcie, jak siedzą razem w naszym ogrodzie, przed nimi na stole stoją duże drinki, oboje mówią, żadne z nich nie słucha.

Z nowym pokoleniem dzieci Freemanów kary i ekscentryczny styl odżywiania odeszły w niepamięć, ale rodzinna słabość do mocnych trunków pozostała. Jeszcze zanim poznałam Olivera na uniwersytecie, już słyszałam o jego piciu, czy też piciu jego grupy, w pewien sposób najbardziej efektownej na kampusie. To była grupa studentów, którym rodzice zapewniali mieszkania poza kampusem i którzy w ogóle wstępowali na uniwersytet głównie ze względu na możliwość przynależenia do bractwa znanego z niewyobrażalnej rozpusty. Oliver był blondynem, jasnookim Sebastianem Flyte’em3 grupy, fascynującym i żyjącym intensywnie, a jego popularność wśród studentek była dla mnie na tyle znacząca, że zniechęciła mnie do przebywania blisko niego. Ale byłam świadoma jego uroku, wszyscy byli.

Później przeprowadził się prosto do City, bez reszty poddał się latom osiemdziesiątym. Gdy znowu na siebie wpadliśmy, był już dyrektorem do spraw klientów, miał zaczerwienione oczy i miękki brzuch zawodowego pijaka. Był czwartek. Oboje mieliśmy oko na ostatni wolny stolik w barze niedaleko mojej pracy, przy Sloane Square.

– Hej, pamiętam cię – powiedział Oliver zadowolony z siebie i tym jednym zdaniem wskrzesił wszystkie moje stare uczucia niedozwolonego podziwu.

– Też cię pamiętam – odparłam. Teraz byłam starsza i bardziej śmiała.

– Może usiądziemy razem – zaproponował, wskazując na stolik. – Jest wystarczająco dużo miejsca dla wszystkich, którzy przyjdą później.

Jak się okazało, mówiąc wszyscy, Oliver miał na myśli Melissę, dziewczynę, z którą był od czasu do czasu, i Simona, mojego nowego szefa – wyszło to po tym, jak kochaliśmy się po raz pierwszy. Nie zabrało mu dużo czasu zdobycie mnie tym połączeniem uprzywilejowania i wrażliwości. Trudy jego przeszłości powiązane z ironią, która maskowała prawdziwą krzywdę, potwierdziły tylko moją opinię, że różnił się od wszystkich innych ludzi, których wcześniej poznałam.

Pocierając kciukiem kącik mojego oka, jakby wycierał łzy, Oliver powiedział:

– Nie zauważyłem tego, gdy byliśmy na uniwersytecie, ale wyglądasz trochę jak Faye Dunaway, wiesz? W młodości, oczywiście.

– Myślę, że się rozpędzasz – odparłam zakłopotana. – Mam za szeroką twarz.

– Świetne kości policzkowe – poprawił mnie. – I ta aura lodowatej blondynki…

– Masz na myśli pasemka? – Nigdy nie umiałam przyjmować komplementów, wiedziałam, że jestem niewdzięczna, nawet gdy je odrzucałam. – W każdym razie mam nos dłuższy niż ona. Mam w sobie grecką krew, nieco rozrzedzoną.

– Mam wrażenie, że grecką krew trudno rozrzedzić. – Uśmiechnął się.

Dowiedziałam się później, że Oliver miał zwyczaj mówić o ludziach innych narodowości – zwłaszcza tych, których poznał służbowo – w szorstki, wojskowy sposób: „Dostaliśmy ochrzan od japońskiej wierchuszki”, „Zobaczmy, co ci Jankesi na to powiedzą”. Teksty prawie jak z Armii tatuśka4. Odwołania do sportu, jego kolejny zwyczaj, były tego naturalnym uzupełnieniem.

Lata osiemdziesiąte były dobrym, dynamicznym okresem na rozpoczęcie pracy i Oliver płynął na fali yuppie traktowanej z dużą niechęcią przez tych, którzy stali z boku. Pieniądze z rynków światowych napływały szerokim strumieniem. Według mnie odnoszenie sukcesów przez mojego męża było absolutnie zrozumiałe. W mojej romantycznej wizji został odrzucony przez obojętną rodzinę i stworzył sobie nową ze swoich kolegów. I ze mnie, oczywiście.

Przyjaciele uważali nas za dziwną parę: ja kulturalna, on szorstki, choć to uproszczenie. W rzeczywistości istniała pewna symetria w naszym byciu razem. Ja zamieniłam religijne wytyczne ojca na finansową ochronę męża, podczas gdy Oliver odszedł z domu bez Boga, by z zarabiania pieniędzy stworzyć własną religię. Nie byliśmy aż tak różni od siebie. Byliśmy też szczęśliwi, na początku, tak szczęśliwi, jak para Freemanów w ogóle mogła być.

– Jeszcze pięć minut, mamo, proszę!

Emma jak zwykle próbowała opóźnić gaszenie świateł, mając nadzieję, że będzie to jedna z tych okazji, zdarzających się zwykle w dzień powszedni, gdy będę miała ochotę się z nią pobawić. Miała rację. Usiadłam na skraju jej łóżka i przesunęłam palcami po literach alfabetu wyhaftowanych na poszewce jej kołdry – satynowym ściegu – a ona skorzystała z okazji, by zadać mi jeszcze więcej pytań o szkolne wakacje. Za tydzień przypadał koniec roku. Była zmęczona, choć nie tak jak pod koniec trymestru jesiennego, który wydawał się dla dzieci najtrudniejszy. Wtedy miały przed sobą jeszcze dwa trymestry, natomiast po letnim następowało sześć tygodni wakacji, bardzo długi czas w ich krótkim życiu.

W tym roku planowaliśmy wyjazd do Donalda i Rosemary, którzy właśnie przeszli na emeryturę i zamieszkali we Francji, jeden weekend mieliśmy spędzić na zakładkę z Gwen, siostrą Olivera, jej mężem i dwoma synami, a następnie ruszyć do willi niedaleko Nicei, gdzie chcieliśmy pobyć dziesięć dni tylko we dwoje. Kupowanie ubrań, wystawa Beatrix Potter i wyjścia do kina – oto plan na dni między zakończeniem trymestru a wyjazdem do Francji. Będzie pizza i koktajle truskawkowe, i zabawy w ogrodzie, odnowiona bliskość między nami po trwającym trymestr rozstaniu.

Przesunęłam prawym palcem wskazującym po wypukłej literze E.

– Nie zapominaj, że jedziesz jutro na wycieczkę do Kew Gardens5

– Wiem.

– Zapakowałam ci na lancz same smakołyki.

– Dzięki, mamo.

W szkole mieli Tydzień Kwiatów i klasa dziewczynek jechała na wycieczkę, by zobaczyć wielki, pachnący kwiat w Kew. Panna Morrissey, ich nauczycielka, obiecała nawet, że każda z nich będzie miała zrobione zdjęcie z olbrzymim pręcikiem (jeden z ambitniejszych pomysłów, o jakim słyszałam).

– Masz włożyć mundurek czy zwykłe ubranie?

– Mundurek, mówiłam ci.

Uwielbiała tę grę, która się między nami toczyła, że ja jestem ta zapominalska i potrzebuję jej wsparcia w wielu praktycznych sprawach. Dziewczynki robiły to zupełnie naturalnie – rządząc, robiąc zamieszanie i przeganiając nas z miejsca w miejsce. Cat, Daisy, Emma – wszystkie trzy uwielbiały się nami zajmować, czesać nam włosy, podawać przekąski, poprawiać nasze błędy, pokazywać właściwą drogę.

– Cieszysz się, że zobaczysz ten dziwny kwiat? – zapytałam.

– Nie jest dziwny, nazywa się titan arum. To po łacinie, wiesz. Panna Morrissey tak powiedziała.

– Ach tak?

– Nie grecki, którym mówi babcia Alysa.

Ciekawie to zabrzmiało w jej ustach. Niemal dwie dekady spędziłam w domu z moją matką i niezwykle rzadko słyszałam ją mówiącą po grecku.

– Babcia Alysa nie mówi po grecku zbyt często, prawda? – zapytałam, starając się, żeby to nie zabrzmiało jak przesłuchanie. Dziewczynki były na to bardzo wyczulone i od razu się zamykały.

Emma zastanowiła się.

– Uczy nas liczyć, mnie i Cat.

– Naprawdę? Nie wiedziałam.

– Tak. – Urwała na chwilę. – To naprawdę trudne. Eno, thio, tria. Trudniejsze niż francuski. Un, deux, trois…

– Cóż za dorosła panna z ciebie, mówisz aż w trzech językach.

– I znam łacińskie słowa. To cztery.

– Oczywiście, mądralo. No dobrze, czas spać. Możesz liczyć barany w dowolnym języku.

Wieczór był gorący, chmury zebrały się nad miastem jak gęste, pierzaste poduszki; otworzyłam dolną część okna, by wpuścić do pokoju trochę powietrza. Podniosłam z dywanu kilka książek z bajkami i odłożyłam je na półkę, zebrałam gumki do włosów i spinki i wrzuciłam je do koszyka stojącego na komodzie, ustawiłam ściemniacz tak, by światło było przygaszone, przy takim lubiła zasypiać.

– Czy tatuś już wrócił do domu? – zapytała Emma sennie.

– Nie, jeszcze nie, i wyjdzie, nim wstaniesz. Musi jechać jutro do Paryża. Ale wróci na weekend.

– Okej.

– Dobranoc, groszku.

– Dobranoc, mamusiu.

Jak zwykle później wróciłam do jej pokoju, by wyłączyć światło i sprawdzić, czy zasnęła, wpatrywałam się w ciemność przez sekundę czy dwie, nim odnalazłam zarys jej twarzy na brzegu materaca. Podziwiałam wyrzeźbione piękno jej dziecięcych rysów, długie rzęsy na policzkach, usta miękkie i niewinne, forma i proporcje stworzone przez naturę, by budzić łagodność w tych, którzy byli silniejsi. I ta skóra, taka jedwabista i blada, najcenniejszy materiał na ziemi. A ja myślałam, tak jak wszyscy rodzice, jeśli nie codziennie, to bardzo często: ona jest moja, ta niesamowita, mała istota jest moja.

Stałam w drzwiach dłużej niż zwykle i po prostu się jej przyglądałam.

Rozdział 4

W piątkowe popołudnia zawsze razem odbierałyśmy dziewczynki ze szkoły i zabierałyśmy je do małej, węgierskiej kawiarni na gorącą czekoladę i ciastka. W piątki przy bramie szkoły Moss Hamlet kończył się tydzień pracy i to było naszą regułą (choć taką, której nie dzieliłyśmy z mężczyznami, wytrenowałyśmy ich tak, by sądzili, że każda nasza godzina jest jak cyrkowy pokaz żonglerki). Piątkowe popołudnia były tymi, które pamiętasz, nawet jak już jesteś dorosły, jak powiedziała Jen; nikt nie pamięta, kto go odbierał we wtorki.

Dziś starsze klasy były już na zewnątrz, gdy przyszłyśmy, dzieci zgromadziły się, tworząc paradę królewskiego błękitu i złota sięgającą nam do klatki piersiowej. Mariel nie lubiła niebieskiego, mówiła, że przypomina jej kongres Partii Konserwatywnej, ale mnie się podobał, podkreślał kolor oczu Emmy. Tuż po narodzinach miała granatowe, byliśmy przygotowani na to, że zmienią się w brązowe, ale zamiast tego nieco wyblakły i takie już zostały. Ten proces przypominał mi wysychającą farbę olejną, ton lub dwa jaśniejszą od koloru wyciśniętego prosto z tubki. Ze względu na te piękne niebieskie oczy i długie rzęsy zyskała przydomek „paw”, a po pewnym czasie, gdy mieliśmy już dość poprawiania, że nie jest pawiem, lecz pawicą, zaczęliśmy do niej mówić po prostu „groszku”, bo była taka delikatna i kolorowa jak pachnący groszek.

– Wszystko w porządku z Bobem? – zapytałam Jen.

Pokiwała głową.

– Przepraszam za tamtą noc. Zachowywał się jak idiota.

– Nie bądź głuptasem – powiedziała Mariel. – Zachowywał się tak jak zwykle.

– Więc zawsze jest idiotą? – Jen zaśmiała się, wystarczająco radośnie, byśmy popatrzyły na siebie z Mariel z ulgą.

– Dzięki Bogu już prawie koniec roku – powiedziała Mariel, poprawiając parasolkę nad Jakiem, który siedział przechylony do przodu w swoim wózku, zafascynowany jak zwykle widokiem starszych dzieci. – Gdzie one są?

– Jeszcze nie wróciły z Kew. Patrz, nie ma minibusu na parkingu. Pewnie utknęli w korku. – Westchnęłam. – Wiesz, jak to jest w piątki.

– Tak jak zawsze – powiedziała Jen.

Z nas tylko ją można by nazwać ekolożką. Obie z Mariel widziałyśmy, jak długo zastanawiała się, co kupić, gdy w końcu zdecydowała, że potrzebuje samochodu, by dojeżdżać nim do pracy. Wcześniej woziła cały swój sprzęt autobusami od klientki do klientki. Teraz przyglądałam się z rozbawieniem, jak patrzy w niebo, jakby oczekiwała, że zobaczy tam jakiś koszmarny smog, ale niebo było błękitne i świeże, idealna pogoda na szkolną wycieczkę.

– Co robicie w weekend?

Gdy Mariel zaczęła opisywać tajemniczą strukturę, którą Toby obiecał wykonać, używając jedynie śledzi od namiotu i folii bąbelkowej, niemal podświadomie zarejestrowałam słowo „wypadek”. W roztargnieniu mój umysł zaczął podsuwać mi obrazy wylanych napojów, mokrych łóżek, beztroskich popchnięć, aż zobaczyłam, zdezorientowana, jak dyrektorka, pani Wilkes, biegnie szkolnym korytarzem w stronę szklanych drzwi, przed którymi stałyśmy. W ciągu ostatnich dwóch lat, odkąd Emma zaczęła chodzić do tej szkoły, nie widziałam tej kobiety biegnącej; bieganie było zabronione, w przeciwieństwie do pośpiechu (jak małe dzieci miały to rozróżnić, nie wiedziałam). Ale oto była, pędziła do przodu, jakby ścigało ją stado wilków, i zatrzymała się tuż przed wózkiem Jake’a. Otworzyła usta i milczała. Nagle poczułam, że to, co zamierza powiedzieć, zmieni wszystko.

– Czy wszyscy mnie słyszą? Właśnie się dowiedziałam, że szkolny autobus brał udział w wypadku w drodze powrotnej z Kew.

– Co?!

Jednocześnie dwadzieścia, a może więcej matek zebrało się dookoła niej, panika zaczęła się rozprzestrzeniać od jednej osoby do drugiej. Jeden głos wybił się ponad inne.

– Czy ktoś jest ranny?

Słuchać było, jak wszyscy gwałtownie wciągają powietrze.

Pani Wilkes zawahała się.

– Jeszcze nie jesteśmy pewni.

To oznaczało, że tak, pomyślałam odrętwiała, tak, dzieci są ranne, tak, Emma jest jednym z nich.

– Do diabła! – krzyknęła Jen, nikt nie przejął się, że w zasięgu głosu są małe dzieci. – Gdzie oni są?

Pani Wilkes niechętnie podała nazwę skrzyżowania w odległości dziesięciu minut jazdy, a rodzice, nie czekając na to, co jeszcze miała do powiedzenia, pospieszyli z dziećmi i niemowlętami do samochodów. Przyszłam na piechotę, świadoma kilku kilogramów, które powinnam zrzucić przed wakacjami, a ponieważ obie z Mariel mieszkałyśmy w spacerowej odległości od szkoły, więc automatycznie podążyłyśmy za Jenny do jej poobijanej alfy romeo zaparkowanej na sąsiedniej ulicy. Wieki trwało wyciągnięcie Jake’a z wózka i wsadzenie go do fotelika na tylnym siedzeniu, Mariel mruczała do niego i próbowała go uśpić. Chciałabym, żeby był mój, pomyślałam irracjonalnie, mogłabym wtedy skoncentrować wszystkie myśli na nim i nie musiałabym wyobrażać sobie tego, co może się wydarzyć za dziesięć minut, co już się mogło wydarzyć. Jen przekręciła kluczyk, silnik zazgrzytał i zgasł. Kolana jej się trzęsły, a mięśnie szyi tak się napinały, jakby próbowały powstrzymać wymioty.

– Musimy się uspokoić, Jen, jestem pewna, że nic im się nie stało. Taki duży autobus…

– Ale nie ma pasów bezpieczeństwa, prawda? – szepnęła z tyłu Mariel. Więc i jej wyobraźnia pracowała.

– Mówią, że to się wie – powiedziała Jen, patrząc w szybę, gdy udało nam się ruszyć. – Czujesz w kościach, gdy dzieje się coś okropnego. Ale ja niczego nie czuję, a wy?

Nie odpowiedziałam od razu. Co z tym przeczuciem, które miałam, tym wyszeptanym ostrzeżeniem, nim jeszcze pani Wilkes stanęła w ogóle przed moimi oczami? Czy to nie była wiedza? A co z tym dziwnym odrętwieniem, które pojawiło się w górnej części ciała? Jenny reaguje nerwowymi spazmami, ale ja zaczynam się uspokajać.

– Nie, ja też nie – odpowiadam tak pewnie, jak tylko potrafię.

– To dobry znak.

Pokręciła przełącznikami radia, ale gdy znalazła stację z lokalnymi wiadomościami, było już za późno. „To były wiadomości drogowe o piętnastej czterdzieści pięć, w piątek dwunastego lipca. Steve, oddaję ci głos, puść nasze ulubione, podnoszące na duchu piosenki”.

Zauważyłam leżący między nami telefon.

– Możemy do kogoś zadzwonić? Jak można uzyskać więcej informacji?

– Spróbuję skontaktować się z Bobem.

Bob zaczął pracować jako grafik komputerowy dla lokalnej sieci telewizyjnej niedaleko Euston, ale kiedy w końcu go złapałyśmy, okazało się, że wie mniej niż my. Strach, który dało się słyszeć w jego głosie, rozbrzmiewał w samochodzie.

– Już wychodzę! – krzyczał. – Spotkamy się na miejscu za dziesięć minut. Nie panikujcie.

– To samo mówiła Rachel – odkrzyknęła Jenny, hamując gwałtownie. – Boże, ten korek jest przerażający.

– Cóż, jeśli uderzyli w kolejny samochód, nie mogą jechać szybciej.

Odłożył słuchawkę, a my zatrzymałyśmy się na czerwonym świetle i przez chwilę słuchałyśmy swoich oddechów.

– Boję się – powiedziała po prostu siedząca z tyłu Mariel.

W tej chwili Jenny zesztywniała obok mnie. Mariel była tą spokojną, nie tylko w naszej trójce, ale w ogóle pośród wszystkich kobiet, tak myślała Jen. Jeśli Mariel używa takich słów jak „boję się”, to czy jest dla nas jakaś nadzieja? A wtedy przypomniałam sobie nasz pakt sprzed lat: „Powinnyśmy sobie obiecać… Jeśli zdarzy się jakaś katastrofa… Nikt nie zostanie sierotą”, tak powiedziała Jenny. Ale nigdy nie rozmawiałyśmy o tym, że coś stanie się im, a nie nam.

– Zadzwonię do Olivera.

Musiałam zastanowić się przez chwilę, żeby przypomnieć sobie numer do jego biura. Od dawna już nie dzwoniłam do niego do pracy i gdy w końcu udało mi się dodzwonić do jego asystentki Vanessy, nie wiedziałam, co powiedzieć, byłam absurdalnie świadoma, że mówię w obecności Jenny i Mariel. Co mnie obchodzi, co ludzie myślą o naszym związku, gdy Emma może leżeć ranna na drodze? Weź się w garść. Podniosłam głos.

– Powiedz mu, że musi przyjechać do szkoły, musi przyjechać do szkoły! Nagły wypadek.

– Powiem mu, jak tylko będę mogła – powiedziała Vanessa spokojnym i pojednawczym tonem osoby, która nie zamierza nic takiego zrobić. Zawsze traktowała mnie jak jakiś element wywrotowy, przypominając mi całą swoją postawą, że nawet jeśli dla mnie tak nie jest, to dla niej słowo Olivera jest prawem.

– Głupia krowa – mruknęła Mariel i pogłaskała mnie po ramieniu.

– On wie, gdzie jest szkoła, prawda? – zapytała mnie Jenny. W jej głosie nie było złośliwości, pytała poważnie.

– Tak, był tam wcześniej, pamiętasz? Pierwszego dnia.

Ale Jenny już nie słuchała, powtarzała pod nosem: „Wszystko będzie dobrze, wszystko będzie dobrze…”, raz za razem, aż przerwała sama sobie okrzykiem:

– Jezu, patrzcie na to!

Dotarłyśmy do punktu bez wyjścia. Jezdnia przed nami była zamknięta, a objazd był właśnie ustalany przez policjantów z drogówki, przesadnie ciepło ubranych w grube, czarne kurtki; ich zielone fluorescencyjne pasy migały w słońcu, gdy się poruszali. Jen miała rację, byłyśmy najbliżej, jak się da, przynajmniej od tej strony. Rześkie powietrze placu zabaw ustąpiło miejsca kłębowi spalin, klaksonom i muzyce wydobywającej się przez otwarte okna i dachy samochodów kierowców szykujących się do kolejnego piątkowego opóźnienia.

– Czy to wszystko przez ten wypadek, jak sądzisz? – zapytała Jenny.

Ale ja już nie byłam w stanie odpowiadać. Jeszcze jedna pokrzepiająca uwaga i wiem, że ogarnie mnie przerażenie.

– Wysiądźmy i chodźmy na piechotę – powiedziała Mariel. – Nie będę czekać.

Jenny przejechała samochodem po krawężniku, częściowo po czyimś podjeździe, i zatrzymała się. Gdy z samochodów za nami zaczęły dobiegać wyzwiska, wysiadłyśmy i zaczęłyśmy biec. Mariel niosła Jake’a w ramionach, nie zważając na jego niezadowolenie z niezwyczajnego, brutalnego rytmu. Jenny była w japonkach, słyszałam, jak guma uderza o jej pięty, a ten dźwięk odbija się od ściany wysokiego budynku po lewej stronie. Bałam się, że się przewróci.

– O Boże, patrzcie!

Najpierw zobaczyłyśmy autokar, leżący na boku, bez życia, maska zgnieciona, jak w komiksie, szyba stłuczona, zostały tylko przypominające zęby odłamki przy krawędziach. Najwyraźniej zderzył się z samochodem, leżącym teraz kawałek dalej na dachu, jakiś rodzaj hatchbacka – czerwone nadwozie, czarne podwozie – jak przewrócona do góry nogami biedronka; przynajmniej jeden z tych dwóch pojazdów uderzył też w barierkę, sądząc po powyginanym metalu i uszkodzonych kamieniach. Z tyłu stało kilka ambulansów i radiowozów, postacie w mundurach biegały między samochodami.

Dołączyłyśmy do niewielkiej grupy ludzi przy najbliższym odcinku kordonu, wyciągnęłyśmy szyje, żeby zobaczyć wnętrze autobusu: był pusty, nie było dymu, żadnych śladów zniszczenia ogniem, a większość siedzeń wydawała się nietknięta. Musieli wszystkie dzieci bezpiecznie wyciągnąć na zewnątrz, ale gdzie są? Jenny przemknęła się pod barierkami i chwyciła przechodzącego policjanta.

– Proszę, niech pan nam pomoże! Co się stało?

– Proszę stanąć za taśmą, proszę pani – zachowywał się chłodno, ale jego oczy nie wyrażały takiej samej pewności jak głos.

– Nie odejdę! – krzyknęła Jen. – Nasze córki były w tym autobusie. Musimy przejść i je znaleźć! Gdzie one są?! Niech pan nam powie!

Poprowadził nas od taśmy w stronę chodnika, nim powiedział:

– Okej, znajdę kogoś, kto z paniami porozmawia.

Odszedł pospiesznie, a my, po zrobieniu tych kilku kroków, znalazłyśmy się w zasięgu głosów, niewątpliwie dziecięcych, słodkich i szczebiotliwych. Usłyszałyśmy nawet jeden czy drugi okrzyk: „Mamusiu!”. Teraz zobaczyłam grupę ubranych w kraciaste ubrania dziewczynek i chłopców w krótkich spodenkach, stojących za karetkami, zebranych na jedynym w okolicy kawałku zieleni. Jen i Mariel popędziły w ich stronę, a ja, nie wiem czemu, tego nie zrobiłam, zamiast tego zanurkowałam pod taśmą i podążyłam za tym młodym, przestraszonym oficerem, tym, który pochylił się nad siedzeniem kierowcy w radiowozie i mówił do nadajnika:

– Aha, jedna, plus kierowca samochodu, dziewięciu rannych. Co? Nie, oboje przy uderzeniu. Aha, teraz zamknięte, w kierunku północnym. Ciągle porusza się w kierunku południowym, tylko trochę, rozumiesz. Aha, w porządku, zrobi się…

Aż się wzdrygnęłam, słysząc ten beznamiętny głos, to płaskie, rzeczowe „aha”, podczas gdy mój mózg przyjął informację i zaczął ją przetwarzać. „Jedna” oznaczała jedną martwą osobę. Kierowca samochodu, tak powiedział. Dzięki Bogu! Mój instynkt się mylił, wszystko z nią w porządku, z moim kochaniem jest wszystko w porządku! Ale nie, powiedział plus kierowca samochodu, oboje przy uderzeniu. To znaczy, że dwie osoby nie żyją. Więc jedna była z autobusu, inaczej powiedziałby, że dwie, obie z samochodu; nie może to być kierowca autobusu, bo powiedziałby o kierowcach, prawda? Co oznacza albo nauczycielkę, albo dziecko.

Popatrzyłam w górę i zobaczyłam w oddali Jen. Znalazła Daisy i przytulała ją mocno do siebie. A więc to nie Daisy, dzięki Bogu. Mariel przyspieszyła kroku, ciągle trzymając Jake’a w ramionach, jego płacz unosił się w ciepłym powietrzu.

– Tu jesteś! Cat ma rozciętą nogę, wygląda poważnie. Jadę z nią karetką do szpitala Świętej Marii. Znalazłaś Em?

Teraz zauważyłam nauczycielkę dziewczynek, pannę Morrissey. Już nie była tak oficjalna i zadbana jak zwykle, wyglądała jak ulicznik, jej lewe ramię zostało włożone w temblak, a twarz była mokra i poobijana. Stała z policjantką. Patrzyły w moją stronę.

– Rachel? – To była twarz Mariel, ale teraz wydawało się, że płacz Jake’a wydobywa się z jej gardła, i przestałam ją rozpoznawać. – Muszę iść, przepraszam, ale oni już jadą, o Boże, przyprowadzę Jen. Wrócę do ciebie, jak tylko będę mogła…

Zostałam sama. Nagle do mnie dotarło, jak nienaturalnie cicho się zrobiło.

– Pani Freeman?

Sporo czasu minęło, nim zorientowałam się, że odezwała się do mnie kobieta, policjantka, którą wcześniej widziałam z panną Morrissey. Nie wiem, kiedy przemieściła się od karetki i znalazła się przy moim boku, w głowie słyszałam tylko to: aha, aha, aha.

– Tak, co? Co? Czy z Emmą wszystko w porządku? Gdzie ona jest?

Wydawało mi się, że w tłumie na chodniku każda postać w królewskim błękicie stała już ze swoim dorosłym opiekunem. A ja pomyślałam bardzo jasno: oto koniec łaski ignorancji. Teraz będę musiała wiedzieć.

– Siedziała z przodu, na siedzeniu obok kierowcy – wypaliła panna Morrissey z oczami pełnymi łez. – Źle się poczuła…

Emma miała chorobę lokomocyjną, zawsze. Kupiliśmy jej kasety z bajkami, żeby się nie nudziła w podróży, bo patrzenie w książkę lub układanie puzzli sprawiało, że w ciągu kilku minut robiło jej się niedobrze.

Patrzyłam. Twarz nauczycielki mojej córki wydawała się tak obca jak policjantki stojącej obok, ciekło jej z oczu i nosa. Jedna nie żyje, pomyślałam. Moja jedyna, mój mały groszek.

– Rachel…? – Nagle Jenny znalazła się za nimi, wypełniając miejsce po Mariel, światła karetki podświetlały jej włosy.

W przerwie między policjantką a panną Morrissey widziałam głowę Daisy wtuloną w matkę, ramiona Jen obejmowały ją opiekuńczo. A potem oderwała od niej jedną rękę i wyciągnęła ją w moim kierunku.

– Bardzo mi przykro – powiedziała policjantka. – Pani córka odniosła w wypadku poważne obrażenia głowy. Nie mogliśmy nic zrobić, by ją uratować.

To Jen wydała z siebie zwierzęcy skowyt, którego oczekiwano po mnie, ale ja wciąż się gapiłam i gapiłam, aż odważyły się popatrzeć na siebie. Przełknęły ślinę.

– Gdzie ona jest?

– Została zabrana do szpitala. Czy chce pani pojechać z nami, pani Freeman?

Próbowałam skinąć głową.

– Pojadę z tobą – powiedziała Jen. – Bob zabierze Daisy do domu, powinien tu być za chwilę.

Wsiadając do policyjnego samochodu, myślałam o Oliverze, który ciągle siedział na swoim spotkaniu o piętnastej z Japończykami, uprzedziwszy wcześniej Vanessę, by mu nie przerywano pod żadnym pozorem. Nawet gdyby się waliło i paliło, jeśli tylko giełda działała, on pracował.

Nigdy nie zapomnę błękitu nieba tego popołudnia, ponad zablokowaną ulicą, przewróconym autobusem, i tej niewyraźnej, bezsłownej choreografii wypadku. Było jak zabarwione specjalnymi filtrami, tak nieskazitelne, tak trwałe.