Wydawca: Novae Res Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2017

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 389 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Oczy wilka - Alicja Sinicka

Lena Kajzer, świeżo upieczona absolwentka studiów licencjackich, zaczyna właśnie nowy rozdział w życiu. Zmiana miejsca, staż w dużej firmie, pokój wynajęty w mieszkaniu przyjaciółki w niewielkiej miejscowości Głębia – wszystko to ma pomóc jej oderwać się od przeszłości.

Przypadek sprawia, że nowe życie Leny zaczyna się z hukiem (i to całkiem dosłownie), kiedy z rozpędu wjeżdża swoim autem w zaparkowany samochód najbardziej tajemniczego mieszkańca miasteczka. Człowieka o opinii kogoś bardzo niebezpiecznego, a przy tym posiadacza najbardziej niezwykłych oczu, jakie Lena kiedykolwiek widziała…

Oczy wilka to wciągająca i zaskakująca opowieść o tym, jak trudno panować nad własnym życiem, zwłaszcza kiedy umysł obraca się przeciwko nam. I o tym, jak czyjeś spojrzenie może zmienić wszystko…

„W tym samym momencie poczułam ucisk z tyłu głowy. Zamknęłam oczy. Gdy je znowu otworzyłam, wszystko wirowało. Wzięłam głęboki wdech i z trudem usiadłam na krawężniku.
Widziałam, jak brunet czyta uważnie to, co napisałam. Po chwili podszedł do mnie i kucnął. Powoli ściągnął okulary przeciwsłoneczne i spojrzał mi prosto w oczy spod długich, piekielnie czarnych rzęs. Na jego twarzy nieoczekiwanie pojawił się cień uśmiechu, a ja, pomimo zawrotów głowy i ogromnej chęci położenia się na chodniku, zastygłam w bezruchu.
Jego lazurowe oczy… przeszywały mnie tak intensywnie, że poczułam delikatny chłód przemykający w postaci dreszczy po moim ciele, od głowy aż po czubki stóp. Te jasnobłękitne tęczówki przypominały barwą oczy wilka.”

Opinie o ebooku Oczy wilka - Alicja Sinicka

Fragment ebooka Oczy wilka - Alicja Sinicka

ROZDZIAŁ I

Kiedy wyszłam z klatki schodowej, poczułam na policzkach chłód jesiennego poranka. Po chwili zimny wiatr uderzył w moje ciało, zmiatając z niego resztki ciepłego snu. Miałam rozpiętą kurtkę, a w rękach ciężkie pudło, więc nie mogłam się nawet zapiąć. Z trudem podeszłam do starego vana i po otwarciu drzwi położyłam ciężar na tylnym siedzeniu.

Wróciłam do mieszkania i spojrzałam na rząd wypchanych po brzegi kartonów i walizek stojących w przedpokoju.

– A Wojtek mówił, że może mi pomóc. Ale nie, jak zawsze sama – powiedziałam do siebie, po czym, nie tracąc czasu, zabrałam się do kolejnych tobołków.

Po trzydziestu minutach wypełniłam nimi moje auto tak, że wykorzystałam każdą wolną szparkę, jaką dostrzegłam, zostawiając jedynie trochę przestrzeni przy tylnej szybie i skrzyni biegów. Na siedzeniu pasażera postawiłam karton z książkami autorstwa mojej cioci, wielkiej Melanii Kajzer…

O dziewiątej przyjechał właściciel mieszkania, któremu zostawiłam klucze. Dziwnie mi się przyglądał, toteż po tym, jak wsiadłam do auta, od razu spojrzałam w środkowe lusterko.

– Matko – szepnęłam do siebie.

Pasma miodowych włosów przykleiły mi się do twarzy. Przez kości policzkowe przebiegały szare smugi z kurzu, a zielone oczy były spuchnięte i podrażnione. Sięgnęłam do schowka i wyciągnęłam z niego mokre chusteczki. Przyłożyłam jedną do twarzy i natychmiast poczułam ulgę. Wilgotny materiał ukoił podrażnioną skórę, pozostawiając na niej aloesowy zapach. Włosy udało mi się wygładzić dłonią.

W końcu pełna obaw ruszyłam w drogę do Głębi, niewielkiego miasta na Dolnym Śląsku, oddalonego od Katowic o ponad dwieście kilometrów. Pochodziła stamtąd Jolka, moja przyjaciółka ze studiów. Ona skończyła edukację już trzy miesiące temu, więc szybciej wróciła do domu i udało się jej dostać pracę, w której jakimś cudem znalazło się też miejsce dla mnie. Miałam zostać stażystką w dużej firmie produkującej, nomen omen, kartony. Mimo że kontrakt rozpoczynał się za tydzień, chciałam zamieszkać tam wcześniej, aby móc zaaklimatyzować się w nowym miejscu.

Jechało mi się przyjemnie, choć w radiu nie puszczano nic ciekawego oprócz komunikatów o ucieczce jakiegoś mordercy z więzienia. Wciąż myślałam o rodzinnych Katowicach i „Lejdi” – dużym sklepie z odzieżą używaną, w którym do wczoraj pracowałam na pół etatu. Należał do mojego przyjaciela – Wojtka. Spędziłam tam trzy wspaniałe lata wypełnione imprezami, żartami i rozmowami o niczym podczas metkowania ubrań. Wojtek zaproponował mi pracę w momencie, gdy rozpoczęłam studia, i już po kilku tygodniach zakochałam się w tym miejscu. Wiedziałam, że nadejdzie czas, kiedy będę musiała zacząć szukać czegoś poważnego, pozbawionego kolorów, w jakich tam pływałam, przedzierając się przez tabuny używanych sukienek, spodni czy kożuchów, w rytm największych hitów lat osiemdziesiątych, jednak zawsze wydawało mi się, że to odległa przyszłość. Ta jednak w końcu zapukała do moich drzwi i kazała pożegnać się z dotychczasowym życiem.

– Nieźle – szepnęłam, zaciskając ręce na kierownicy.

Potrząsnęłam lekko głową i trzeźwiej spojrzałam na rozpościerającą się przede mną dwupasmową drogę. Dotarło do mnie, że zaczynałam nowy rozdział. Z reguły w takich momentach czułam niepewność i przyjemne dreszcze wirujące w klatce piersiowej. Tym razem jednak w mojej głowie kłębiła się pustka, którą chciałam jak najszybciej wypełnić.

Gdy minęłam tabliczkę „Głębia”, ogarnęła mnie senność. Czułam się tak, jakbym wjechała do mglistej otchłani, w której wszystko przebiegało w zwolnionym tempie. Miałam wrażenie, że ludzie zachowują się ociężale, a auta jeżdżą z prędkością czołgów, choć ruch był spory jak na sobotę. Moją uwagę przyciągnęła bujna roślinność. Dorodne krzewy rosły wzdłuż niemalże każdej drogi, przypominając bladozielone mury. Zaczęłam słyszeć echo ciągnące się za wskazówkami męskiego głosu z nawigacji. Pomyślałam, że zmęczenie podróżą daje się we znaki. Po chwili jednak dotarło do mnie, że aplikacja naprawdę przestała działać. Nie przerywając podróży, zadzwoniłam do Jolki. Jedną dłonią trzymałam kierownicę, drugą z telefonem miałam przysuniętą do ucha i słuchałam dość niedokładnych wskazówek przyjaciółki:

– Lenka, widzisz taką dużą kwiaciarnię po prawej?

Rzuciłam okiem.

– Nie, tylko sklep ogrodniczy – odparłam niepewnie.

– Jak zwał, tak zwał – zniecierpliwiła się. – To za nim mocno w prawo.

– Mocno w prawo? – zdziwiłam się.

– Jola, tu nie ma zakrę… – nie zdążyłam dokończyć, gdyż w tym samym momencie przedni zderzak mojego vana uderzył w tył czarnego auta zaparkowanego przy krawężniku na drodze. Po chwili usłyszałam dźwięk alarmu dochodzący z uszkodzonego pojazdu, który skutecznie przyspieszył moją spowolnioną percepcję.

– No to pięknie – powiedziałam do siebie. – Czy to auto może tu w ogóle stać?

W słuchawce rzuconej na siedzenie obok usłyszałam jeszcze głos Jolki:

– Lena, mów do mnie, co się stało?!

Podniosłam telefon:

– Zaraz oddzwonię.

Rozłączyłam się. Zerknęłam badawczo do góry, ale nie dostrzegłam nigdzie znaku zakazu. Zjechałam na bok i wysiadłam. Teraz dopiero zauważyłam, że w tym miejscu zaczynał się parking sklepu ogrodniczego, a uderzone przeze mnie auto zostało zaparkowane prawidłowo. Przyjrzałam się uszkodzonemu samochodowi. Terenowe bmw wyglądało na drogie. Ludzie przejeżdżali obok, nie spuszczając ze mnie wzroku, wielu kiwało głowami z dezaprobatą.

Nie miałam wyjścia, musiałam poczekać na właściciela. Skrzyżowałam ręce na piersi i oparłam się o mały murek. Rzuciłam okiem na przedni zderzak w vanie. Na szczęście nie było tak źle, niewielkie wgniecenie i spora rysa, która i tak dość dobrze komponowała się z grubą warstwą brudu. Spojrzałam na tył bmw. Tu wyglądało to dużo gorzej, nie tylko dlatego, że auto lśniło ze wszystkich stron i każde zadrapanie byłoby widać. Czarny zderzak wielkiej terenówki przypominał koleinę z grubym, białym pasem zdartego lakieru pośrodku.

Po chwili podszedł do mnie starszy pan i drapiąc się po brodzie, stwierdził:

– Napytałaś sobie biedy, dziecinko.

– Spokojnie – odrzekłam – jestem ubezpieczona.

– Wątpię, żebyś była ubezpieczona od tego – podkreślił ostatnie słowo, po czym odszedł.

Bez przesady – pomyślałam. Nikogo przecież nie zabiłam. Alarm wył nieustannie, torturując moje uszy. Zachodziłam w głowę, gdzie podziewa się właściciel. Wolałam mieć już to za sobą. Niestety, wciąż nikt nie przychodził. Rozległ się za to dźwięk mojego telefonu. Jolka. Odrzuciłam połączenie. Wiedziałam, że jakbym jej powiedziała, co się stało, zaraz by przybiegła. Nie chciałam od samego początku stwarzać dodatkowych problemów. Poza tym było mi najzwyczajniej w świecie głupio. Czekałam jeszcze dziesięć minut, ale nikt się nie zjawił. W końcu postanowiłam zostawić poszkodowanemu karteczkę z moimi danymi.

Jedyne, co znalazłam w torebce, to stary paragon. Musi wystarczyć – pomyślałam, po czym na jego odwrocie napisałam:

PRZEPRASZAM ZA SZKODĘ Z TYŁU, LENA 544 211 009.

Podeszłam do czarnego auta, nachyliłam się, żeby włożyć kartkę za wycieraczkę, i nagle usłyszałam za sobą donośne:

– O kurwa!

Na chwilę mnie sparaliżowało. Gdy już odzyskałam zdolność poruszania się, powoli odwróciłam głowę. Ujrzałam młodego mężczyznę w ciemnej skórzanej kurtce. Miał brązowe włosy gładko zaczesane do tyłu. Trzymał się jedną dłonią za głowę, drugą miętosił papierek po batoniku. Patrzył na bmw. Po chwili dołączył do niego niski, krępy blondyn i powiedział, ciężko wzdychając:

– Niech to tylko Artur zobaczy.

– Przepraszam – zapytałam drżącym głosem – rozumiem, że to panów auto?

Mężczyzna w skórzanej kurtce rzucił mi zdziwione spojrzenie, po czym odpowiedział:

– Nie, szefa. Ty to zrobiłaś?

– Zdaje się, że tak – odrzekłam, nie wiedząc, co zrobić z oczami.

– Zajebiście – stwierdził ironicznie. – Nie umiesz jeździć?

– Waldi, nie przeginaj. – Blondyn skarcił go wzrokiem.

– Jak nie przeginaj, co teraz będzie? – odparł, wskazując na mnie ręką.

Westchnęłam ciężko.

– Przepraszam, pierwszy raz tu jestem… szukałam drogi do domu przyjaciółki i tak jakoś wyszło…

Gdy tak tłumaczyłam się dwóm zdenerwowanym facetom, wolnym krokiem podszedł do nas wysoki, dobrze zbudowany brunet. Miał krótkie włosy pozostawione w nieładzie, śniadą cerę i czarne okulary przeciwsłoneczne. W ręce trzymał pilota od samochodu, którym wyłączył alarm.

– Artur, doprawdy nie wiem, co… – zaczął blondyn, jednak mężczyzna powoli uniósł dłoń, jakby go uciszając.

– Rozumiem, że to pana auto – zwróciłam się do bruneta. – Zostawiłam kartkę z moimi danymi, jeżeli teraz nie macie czasu, chętnie podam wszystkie niezbędne informacje dotyczące ubezpieczenia przez telefon.

Twarz mężczyzny pozostawała niewzruszona. Liczyłam na to, że coś odpowie, lecz on milczał jak zaklęty.

Ja tymczasem podeszłam do samochodu i wyciągnęłam zza wycieraczki biały papierek.

– Proszę – powiedziałam, podając mu go.

W tym samym momencie poczułam ucisk z tyłu głowy. Zamknęłam oczy. Gdy je znowu otworzyłam, wszystko wirowało. Wzięłam głęboki wdech i z trudem usiadłam na krawężniku.

Widziałam, jak brunet czyta uważnie to, co napisałam. Po chwili podszedł do mnie i kucnął. Powoli ściągnął okulary przeciwsłoneczne i spojrzał mi prosto w oczy spod długich, piekielnie czarnych rzęs. Na jego twarzy nieoczekiwanie pojawił się cień uśmiechu, a ja, pomimo zawrotów głowy i ogromnej chęci położenia się na chodniku, zastygłam w bezruchu.

Jego lazurowe oczy… przeszywały mnie tak intensywnie, że poczułam delikatny chłód przemykający w postaci dreszczy po moim ciele, od głowy aż po czubki stóp. Te jasnobłękitne tęczówki przypominały barwą oczy wilka.

Brunet zmrużył powieki, badawczo mi się przyglądając.

– Dobrze się czujesz?

Miał niski, ciepły głos.

Skinęłam głową.

– Na pewno? – zapytał, mrugając oczami.

Lepiej niech tak nie robi, bo zaraz tu naprawdę zemdleję – pomyślałam.

– Leno? – ponaglił. – Słyszysz mnie?

– Tak – odpowiedziałam.

– Tak, słyszę, czy tak, dobrze się czuję? – zapytał, delikatnie unosząc palcem moją brodę.

– Tak, już chyba to i to – odparłam, czując, że faktycznie wszystko powoli wraca do normy.

Tak czy inaczej, moje samopoczucie nie było dla mnie najważniejsze, tylko fakt, że on, z tego, co zrozumiałam, Artur, w tak swobodny sposób wymówił moje imię. Próżność nie zna granic…

Mężczyzna uśmiechnął się szerzej, następnie podał mi rękę i pomógł wstać. Poczułam odurzający zapach męskich perfum. Woń cytrusów tańczyła w nim z pieprzem.

– Musisz bardziej uważać – stwierdził protekcjonalnym tonem.

– Wiem, wiem, jeszcze raz przepraszam, obiecuję wszystko zrekompensować – zapewniłam drżącym głosem.

Ten, słysząc to, uśmiechnął się jakby do siebie, następnie skierował wzrok na swoich towarzyszy, mówiąc ostro:

– Do wozu.

Mężczyźni bez słowa poszli do samochodu.

On tymczasem znowu przeszył mnie błękitnym spojrzeniem. Patrzył na mnie dłuższą chwilę. W końcu delikatnie chrząknął i powiedział:

– Do zobaczenia.

W jego tonie było coś, co kojarzyło mi się bardziej z obietnicą niż z pożegnaniem.

– Do zobaczenia – odpowiedziałam automatycznie.

On uśmiechnął się jeszcze raz. Spojrzał na mnie pewnie, jednak czaiła się w tym też nuta zakłopotania. W końcu odszedł, a ja, nie mogąc się powstrzymać, odprowadziłam go wzrokiem do samochodu.

Po chwili odjechali, zostawiając mnie samą na parkingu.

Serce waliło mi jak oszalałe, nie wiedziałam, czy bardziej z nerwów po stłuczce, czy z powodu tajemniczego nieznajomego. Moja reakcja była reakcją małej dziewczynki, która pierwszy raz w życiu zwróciła uwagę na przystojnego chłopaka. Uspokój się, Lenka, powtarzałam w duchu. Zamiast panikować, że miałam stłuczkę i uszkodziłam cudzy samochód, to ja, zaliczając szczyty próżności, myślałam o spojrzeniu właściciela poszkodowanego pojazdu.

Po raz kolejny rozległ się dzwonek mojego telefonu. Jolka. Nacisnęłam zieloną słuchawkę.

– Halo.

– Lenka! Co ty wyprawiasz! Zamartwiam się tu na śmierć, co się stało?

– Nic, nic – odpowiedziałam. – Miałam niewielką stłuczkę, ale już wszystko w porządku.

– Boże, jak się czujesz?

– Dobrze, nic mi nie jest, auto też sprawne – odpowiedziałam, uprzedzając kolejne pytanie przyjaciółki.

– Jejku, to wszystko moja wina. Powinnam po ciebie wyjść…

– Daj spokój, Jola, powiedz mi lepiej, gdzie skręcić za tym ogrodniczym.

Mówiąc to, byłam już jedną nogą w aucie. Przyjaciółka znowu przekazała mi wątpliwe instrukcje. Musiałam się mocno skoncentrować, żeby zrozumieć, jak mam jechać. Błękitne spojrzenie nieznajomego skutecznie wytrąciło mnie z równowagi. Na szczęście tym razem po dziesięciu minutach trafiłam na małe, przytulne osiedle z wiekowymi blokami mieszkalnymi, gdzie znajdowało się jej mieszkanie.

Jolka wyszła do mnie w brązowym dresie z pluszu, którego kolor dobrze komponował się z barwą jej oczu. Rzuciła mi się na szyję.

– Na pewno nic ci nie jest?

– Nic a nic.

Odchyliła głowę, obejmując wzrokiem moją twarz.

– To dobrze – stwierdziła z wahaniem w głosie. – Potem mi opowiesz, jak to było. Teraz bierzemy się do twoich tobołków.

Zrobiłyśmy parę kursów, wnosząc wszystkie pakunki na czwarte piętro. Niestety, windy nie było i jedyną drogę do trzypokojowego mieszkania, które należało do chłopaka Joli, stanowiły strome schody.

Gdy przekroczyłam próg, odniosłam wrażenie, że lokal jest dużo większy, niż sobie wyobrażałam. Ściany w przedpokoju były perłowe, a te w dużym pokoju – pokryte tapetą w brązowo-szare paski. Umeblowanie stanowiło zlepek różnych stylów i kolorów. Stara, drewniana komoda była jednocześnie stolikiem dla pokaźnego ceramicznego flakonu z jasnobłękitnymi różami. Ach tak, jasnobłękitnymi… ich kolor jednoznacznie skojarzył mi się z oczami właściciela czarnej terenówki. Zawiesiłam na nich wzrok. Co się ze mną stało – pomyślałam, to nie czas i miejsce na takie spostrzeżenia.

– Podobają ci się? – zapytała Jolka, wskazując na kwiaty.

– Tak, bardzo, są takie zimne i tajemnicze – odparłam jednym tchem.

Przyjaciółka w odpowiedzi zmarszczyła tylko brwi, a ja wróciłam do oglądania pokoju. Naprzeciwko komody stały dwa nowoczesne fotele w kolorze cytrynowym.

– Chodź, pokażę ci twój pokój. Na razie nie ma drzwi, ale już są zamówione i za parę dni mają być – tłumaczyła.

– Rozumiem – odpowiedziałam, nie chcąc okazywać niezadowolenia.

Wiedziałam, że z Krzyśkiem ledwo wiążą koniec z końcem. Dlatego też bardzo zależało im na tym, żebym wynajmowała od nich pokój. Będę musiała przetrwać tych kilka dni – pomyślałam.

Sam pokój nie był duży. Od razu spodobało mi się stare łóżko, którego ramę zdobiły różnej wielkości spirale wykonane z czarnych cienkich prętów. Kremowa tapeta w czerwone tulipany na ścianach wyglądała tak, jakby dawno nikt jej nie odnawiał. Podejrzewałam, że kładł ją jeszcze świętej pamięci dziadek Krzyśka. Ślady zniszczenia w postaci sporadycznych przebarwień dodawały jej tylko uroku.

– I jak? – zapytała Jolka, bacznie mi się przyglądając.

– Wygląda super – odpowiedziałam zgodnie z prawdą.

– To się cieszę.

Odetchnęła z ulgą, po czym dodała:

– Naprawdę nie myśl, że ściągnęłam cię tu tylko dlatego, żebyś… wiesz, wynajmowała ten pokój. Nie mogłam znieść myśli, że jesteś tam sama.

– Nie byłam sama, Jola. Miałam pracę, Wojtusia, poza tym uczyłam się do obrony.

– Wiem i jeszcze raz gratuluję, licencjatko – uśmiechnęła się. – Głodna? – zapytała z troską w głosie.

– W sumie tak – odparłam, siadając na łóżku.

– Nie zdążyłam nic przygotować, ale może to i dobrze. Pójdziemy na obiad do niezłej knajpy w centrum. Pokażę ci miasto – zaproponowała.

Trzy godziny za kółkiem sprawiły, że moje kolana zdawały się nie do końca stabilne, nawet po kilkukrotnej wspinaczce na czwarte piętro. Warto by je było rozruszać.

– Świetnie – odpowiedziałam. – Mały spacer dobrze mi zrobi.

Przed wyjściem wyciągnęłam jeszcze z największej torby zielony polar. Pomimo tego, że świeciło słońce, nie było zbyt ciepło. Chwilę później opuściłyśmy mieszkanie.

Udałyśmy się w kierunku centrum. Jolka trajkotała tak szybko, że z trudem za nią nadążałam, nie wspominając o przerywaniu ekspresyjnego monologu. Mówiła, że mieszka tu około pięćdziesięciu tysięcy ludzi, a mieszkańcy nie zapuszczają się zbyt często poza granice miasta, bo do większych metropolii daleko.

Starałam się koncentrować na rozmowie, jednak, chcąc nie chcąc, wciąż wracałam myślami do stłuczki i tajemniczego Artura. Za każdym razem, gdy przejeżdżało obok nas większe czarne auto, patrzyłam czujnie w jego kierunku. Sama przed sobą wstydziłam się tych odruchów, ale naprawdę były bezwarunkowe.

– Poczekaj, aż dojdziemy do rynku, jest piękny.

Przyjaciółka objęła mnie ramieniem.

Co chwilę pozdrawiała kogoś lub uśmiechała się do ludzi, którzy nas mijali.

Po około dwudziestu minutach wędrówki doszłyśmy na rynek.

– I jak? – zapytała z dumą Jolka.

Jedyne, co mogłam z siebie wykrztusić, to „wow”. Dawno nie widziałam tak urokliwego miejsca. Rynek nie był duży, ale to zdecydowanie działało na jego korzyść. Otoczony bogato zdobionymi kamienicami, pomalowanymi w różnych odcieniach żółci i czerwieni. Po dwóch przeciwległych stronach placu tryskały wodą fontanny. Jedna była w kształcie wilka szykującego się do ataku, a druga w kształcie przerażonej sarny. Odruchowo podeszłam do wilka, ciągnąc za sobą przyjaciółkę.

Promienie zachodzącego słońca przeszywały wylatujące z niego strugi wody, tak że wytworzyła się pod nimi mała tęcza.

– Niezły efekt, prawda? – stwierdziła Jola.

– O tak – odpowiedziałam zachwycona.

– Jak byłam mała, zawsze tu przychodziłam z kolegami popatrzeć na tęczę. Widzisz? – Szturchnęła mnie, wskazując ręką grupkę chłopców stojących po drugiej stronie fontanny.

– Teraz dzieci też tu przychodzą. Jak na nie patrzę, mam wrażenie, że czas stanął w miejscu.

Pokiwałam potakująco głową.

– Masz drobne? – zapytała.

– Mam – odrzekłam, odruchowo sięgając do portfela.

– Pomyśl życzenie i wrzuć monetę do wody.

– Poważnie? – Spojrzałam na nią z ukosa.

– Mówię ci. Ta fontanna przynosi ludziom szczęście.

Uśmiechnęłam się.

Chcę cię jeszcze raz zobaczyć – pomyślałam i pocałowałam złotówkę.

Następnie wrzuciłam ją do fontanny.

– A teraz chodźmy coś zjeść, bo umieram z głodu – zarządziła Jola.

Zjadłyśmy pyszną pizzę w małej restauracji, która wypełniała parter jednej z zabytkowych kamienic. Jola bez wytchnienia opowiadała o Głębi. Po obiedzie namówiła mnie, żeby wrócić do mieszkania inną drogą, nieco dłuższą, nad brzegiem jeziora. Zauważyłam je już wcześniej, gdy szukałam osiedla, ale nie zdołałam wtedy lepiej mu się przyjrzeć. Miało dość regularny kształt, chociaż zakręcało w lewo tak, że częściowo nie można było dostrzec linii brzegowej. Moją uwagę od razu przykuł jednak duży, jasny dom, a raczej rezydencja, po przeciwnej stronie jeziora. Otoczona była mniejszymi willami osadzonymi wśród różnej wielkości krzewów.

– Jola, co tam jest? – Wskazałam ręką na wprost. – Czy to też jest Głębia?

Zawahała się:

– Tak i nie.

– Jak to? – zapytałam, nie kryjąc zdziwienia.

– Wiesz, te tereny co prawda oficjalnie leżą w granicach miasta, ale wszyscy wiedzą, że to trochę takie miasto w mieście.

– Chyba nie bardzo rozumiem… To kto tam mieszka?

Przyjaciółka wzięła głęboki wdech.

– Rodzina Mangano.

– A co to za rodzina?

– Tak właściwie to będą nasi nowi pracodawcy. Pochodzą z Włoch, to znaczy pan Alfred Mangano stamtąd pochodzi. Jego żona Krystyna jest Polką i… – zawiesiła głos – mają bardzo przystojnego syna, Artura.

W jej głosie wyczułam drżenie, jakby się czegoś bała.

– Jak on wygląda?

– Czemu pytasz?

Spojrzała na mnie badawczo.

– Po prostu mi powiedz – odrzekłam, próbując zachować spokój.

– No, ciemna karnacja, czarne włosy i takie niesamowite, jasnoniebieskie oczy… – Przyjaciółka uniosła wzrok. – Chodziłam z nim chwilę do ogólniaka, jest dwa lata starszy od nas.

– Czy ten Artur jeździ czarnym terenowym bmw? – zapytałam, czując, że serce podchodzi mi do gardła, choć wcześniejsza uwaga o oczach sprawiła, że byłam prawie pewna odpowiedzi.

– Tak, już parę lat – odpowiedziała, bacznie mi się przyglądając. – A co?

– To chyba w jego samochód dzisiaj wjechałam pod ogrodniczym.

– Nie gadaj! – Jolka aż podskoczyła z wrażenia.

– Poważnie. Mówili do niego Artur i miał właśnie takie jasne oczy.

– Lenka, to był na pewno on. – Pokręciła głową. – Ledwo przyjechałaś i już poznałaś Artura Mangana…

– Nie do końca, w sumie za bardzo rozmowny to on nie był. Powiedział parę słów i wziął ode mnie kartkę z numerem telefonu.

– Mam nadzieję, że nie powiedział ci nic przykrego? To by było w jego stylu… – zamyśliła się.

– Nie, wręcz przeciwnie, był bardzo miły – odpowiedziałam.

– Wziął od ciebie kartkę z numerem, tak? Mówił, że zadzwoni? – dopytywała.

– Nie, nie mówił, schował ją do kieszeni.

– To jest bardzo dziwne.

– Dlaczego? Spieszył się i pewnie pomyślał, że później weźmie ode mnie numer polisy.

– Skarbie, on ma tyle pieniędzy, że nie sądzę, aby chciało mu się bawić z twoją polisą – odrzekła, po czym głośno przełknęła ślinę.

Miałam irracjonalne wrażenie, że w oczach przyjaciółki zagościł niepokój. Mimo wszystko ciągnęłam temat.

– Byłaś tam, Jola, po drugiej stronie jeziora?

– Nie, nigdy, cała tamtejsza ziemia należy do rodziny Mangano i to oni rozdysponowują ją między swoich zaufanych pracowników i przyjaciół. Tam jest ich fabryka i pracują w niej wszyscy mieszkańcy tej dzielnicy.

– My przecież też będziemy tam pracować.

– Nie, nie. – Potrząsnęła głową. – Oni mają dwie firmy. My będziemy pracować w fabryce opakowań Packing Systems, na przedmieściach. W Mangano Solutions – wskazała głową przed siebie – produkowane są ekskluzywne kosmetyki.

– Rozumiem – odrzekłam cicho.

– W ogóle wydaje mi się, że mieszkańcy tamtej dzielnicy uważają się za lepszych od nas.

– W jakim sensie? – zapytałam.

– Mają supersamochody. Gdy się ich gdzieś spotyka, to zawsze bije od nich dziwna pewność siebie. Tak jakby byli ważniejsi od wszystkich pozostałych mieszkańców Głębi. Na przykład ten cały Artur. Rzadko widuję go samego. Z reguły towarzyszą mu podejrzani faceci. Mówimy na nich „ludzie Artura”. Dziś pewnie też jacyś z nim byli, co? – zapytała.

– Tak, byli – odparłam, przypominając sobie skrajnie różniących się od siebie typków.

– Jola, mam jeszcze jedno pytanie.

– Tak?

– Czy Artur, no wiesz, ma kogoś? – Popatrzyłam niewinnie na przyjaciółkę.

– Nie mam pojęcia. Różne się kręcą… A czemu pytasz?

– Z ciekawości. – Uśmiechnęłam się znacząco.

– Lena. – Spojrzała na mnie chłodno. – Obiecaj mi, że jak ten cały Artur do ciebie zadzwoni, to go spławisz.

– Ale, Jola, jak już zadzwoni, to pewnie tylko po tę polisę. Sama mówiłaś, że oni za bardzo się nie bratają ze zwykłymi ludźmi.

– Ja nic nie mówię. Po prostu jak coś będzie proponował, masz odmówić, dla twojego dobra, zrozumiano?

Kiwnęłam potakująco głową, chociaż gdzieś tam w najdalszych zakamarkach duszy poczułam, że bardzo, ale to bardzo chciałabym jeszcze raz spojrzeć w te wilcze oczy lub przynajmniej usłyszeć niski, ciepły tembr jego głosu. Skarciłam się w myślach za to pragnienie. Przecież kompletnie go nie znałam.

– Świetnie – podsumowała – To co, wracamy?

Objęła mnie ramieniem.

Nagle w jej kieszeni rozległ się dzwonek telefonu, przypominający wycie syreny. Odebrała.

– Tak, kochanie, już wracamy, zaraz będziemy – tłumaczyła się.

Po chwili skończyła rozmowę i powiedziała zdenerwowanym głosem:

– Chodź, Lenka, Krzysiek się niecierpliwi.

– Jasne, idziemy.

Po powrocie do mieszkania zamieniłam kilka zdań z Krzyśkiem odnośnie do podróży. Zauważyłam, że mocno schudł, a przez jego gęste rude włosy zaczęły przebijać siwe pasma. Około siódmej poszłam do siebie. Rzuciłam okiem na pokój. To będzie od teraz mój nowy dom – pomyślałam i zabrałam się do rozpakowywania sterty przywiezionych pakunków. Później dołączyła do mnie Jolka i do dziesiątej upychałyśmy wszystko do szafy, komody i na półki wiszące obok okna. Część rzeczy wyniosłyśmy do kuchni i przedpokoju.

W końcu, po szybkim prysznicu, padłam na łóżko, marząc tylko o głębokim śnie. Niestety, od paru lat nie przychodził tak szybko. Myślałam, że w nowym miejscu, a przynajmniej dziś, po wszystkich tych wrażeniach, uda mi się gładko odciąć od rzeczywistości, jednak tłumione w ciągu dnia myśli teraz powróciły, dobijając się z impetem do bram mojej świadomości. Nie chciałam ich wpuszczać, ale one wcale o to nie pytały. Wchodziły bez ostrzeżenia, zalewając mój umysł falą retrospekcji; jej oczy, długie włosy o barwie identycznej jak moje, niski, zachrypnięty głos, powolne kroki. Usiadłam na łóżku, przecierając powieki. Popatrzyłam w stronę wejścia do pokoju. Zobaczyłam przez nie zamknięte drzwi od sypialni Joli i Krzyśka. W małej prostokątnej szybie odbijało się światło włączonego telewizora. Miałam irracjonalną ochotę podejść tam z poduszką i zapytać, czy mogę tej nocy spać z nimi, ale na szczęście tego nie zrobiłam. Krzysiek pomyślałby, że jestem nienormalna, a Jolka zaczęłaby się znowu zamartwiać i drążyć niewygodne tematy. Weszłam głębiej pod cienką kołdrę. Zamknęłam oczy i przypomniałam sobie widok jasnego domu nad jeziorem. Wyobraziłam sobie, że wchodzę do wody i płynę w jego kierunku. Wszystkie zbędne myśli zostały na lądzie, a ja, nie oglądając się za siebie, uciekłam w zbawienną otchłań snu.

ROZDZIAŁ II

Kolejny tydzień minął szybko. Wraz z Jolką zrobiłyśmy sobie małe wakacje. Co prawda przyjaciółka leniuchowała już od trzech miesięcy, ale ja potrzebowałam tych kilku dni wytchnienia. Prawie cały czas padało, więc głównie siedziałyśmy w domu, oglądając stare filmy i wynurzając się sporadycznie na krótki spacer po okolicy. Czasem, gdy dzwonił telefon, miałam cichą nadzieję, że tym razem będzie to jakiś obcy numer, a gdy odbiorę, usłyszę niski, męski głos posiadacza czarnej terenówki, ale chyba o mnie zapomniał albo rzeczywiście „nie chciał bawić się z moją polisą”. Co ja sobie myślałam? Zamiast tego telefonował do mnie Wojtek, który chciał znać wszystkie szczegóły z moich początków w nowym mieście. Zapewniał mnie też za każdym razem, że zawsze mogę wrócić i zamieszkać chociażby u niego.

W sobotę obudziłam się kwadrans po siódmej. Z kuchni dobiegały odgłosy radia i pisk gwizdka od czajnika, który robił się coraz głośniejszy, jakby bił na alarm. Usiadłam na łóżku, a mój wzrok wylądował na półce z książkami autorstwa cioci Melanii. Przeczytałam wszystkie, nawet jej pamiętnik, który nazywała „terenem zalewowym” – gdy rzeka myśli wychodziła z koryta, wpadała do niego. Pisała go raz na jakiś czas, części wpisów nie zrozumiałam, choć jej rzeczywistość była w dużej mierze moją. Mieszkałyśmy razem, odkąd skończyłam trzy lata. To właśnie wtedy moi rodzice zginęli w wypadku samochodowym i ona, jako że była siostrą taty, została moją prawną opiekunką.

Poszłam do kuchni. Zobaczyłam Jolę siedzącą na taborecie. Przyglądała się gofrownicy, którą przytaskałam z Katowic.

– Cześć – przywitałam się.

– Hej – odpowiedziała, nie spuszczając oczu z urządzenia – jak ci się spało?

– Dobrze – odparłam. – Widzę, że chcesz zjeść gofry na śniadanie.

– Tak, zdaje się, że nawet mamy wszystkie składniki – stwierdziła, spoglądając w końcu na mnie z uśmiechem.

– To do dzieła, tylko najpierw kawa.

– Cholera, Lenka, właśnie się skończyła. Mówiłam rano Krzyśkowi, żeby kupił, jak będzie wracał z pracy.

– Rozumiem – odparłam rozczarowana.

– Zapomniałam, że ty ani rusz bez kawy. Wytrzymasz?

– Chyba nie mam wyboru – odpowiedziałam, zajmując miejsce na drugim taborecie obok Jolki.

Kawa była moim jedynym uzależnieniem. W ciągu dnia ograniczałam jej spożycie, ale rano musiałam wprowadzić do krwiobiegu dawkę kofeiny.

Siedziałam tak chwilę i patrzyłam w okno, za którym pierwsze promienie słońca wpadały w poranną mgłę. Wtem usłyszałam głos Jolki:

– Halo, Ziemia do Lenki!

– Co? – zapytałam, gwałtownie odwracając głowę.

Zdałam sobie sprawę, że coś do mnie mówiła, gdy ja wpatrywałam się w zjawisko za szybą.

– Oj, Lenka, ty chyba jednak musisz się napić kawy.

Przyjaciółka przewróciła oczami.

Przypomniałam sobie o kawiarni, którą widziałam wczoraj, gdy wracałyśmy ze spaceru.

– Wiesz co, Jola? Może ty przygotujesz ciasto na gofry, a ja skoczę do tej kawiarni za rogiem?

– Nie wiem – zawahała się. – A trafisz?

– Jasne – odpowiedziałam, machając ręką – przecież to rzut beretem.

– Okej – zgodziła się po chwili namysłu. – Ale uprzedzam, tam jest dość drogo.

– A kawa chociaż dobra? – zapytałam.

– Pyszna, najlepsza, jaką piłam.

– Idealnie, to dziś z racji tego, że mija mój pierwszy tydzień w Głębi, zaszalejemy – odpowiedziałam, po czym poszłam do pokoju po bluzę.

– Tak, uczcijmy to pyszną latte z bitą śmietaną – krzyknęła do mnie z kuchni.

Chwilę później szłam już na dół, trzymając w ręku portfel. Jakaś starsza pani z pieskiem wchodziła właśnie po schodach, niosąc dużą bawełnianą torbę. Obdarzyła mnie uśmiechem. Popatrzyłam na nią uprzejmie, po czym wyszłam na dwór.

Ludzie wędrujący chodnikami naszego osiedla uśmiechali się i pozdrawiali mnie serdecznie. Były to z reguły starsze osoby, wracające do domów z porannymi zakupami. Po krótkiej wędrówce i jednej konsultacji z miłym, nobliwym panem znalazłam kawiarnię. Mieściła się na parterze starego budynku zbudowanego z wyblakłej, bordowej cegły. Podwójne drzwi wejściowe były białe. Nad nimi wisiała duża czarna tablica z napisem „Klara Cafe” składającym się z żółtych, wydłużonych liter. Gdy weszłam, od razu poczułam aromat kawy unoszący się ponad głowami szczęśliwców siedzących przy stolikach. Och, jak bardzo chciałam już napić się czarnego afrodyzjaku… Pastelowe ściany pokryte były egipskim tynkiem. Wisiały na nich czarno-białe fotografie amerykańskich aktorów. Zauważyłam Audrey Hepburn, Jamesa Deana i Gretę Garbo. Za ladą stała kobieta w okrągłych okularach z niebieskimi oprawkami. Podeszłam do niej.

– Co dla ciebie, aniołku? – zapytała, uprzejmie się uśmiechając.

Gdy już miałam odpowiedzieć, usłyszałam dziwnie znajomy głos dochodzący z prawej strony.

– O, czy to czasem nie jest nasz mistrz kierownicy?

Spojrzałam w bok. Przy stoliku, pół metra ode mnie siedział mężczyzna z brązowymi włosami gładko zaczesanymi do tyłu. Ten sam, który tydzień temu trzymał się za głowę, widząc rozbite bmw szefa, i krzyczał „o kurwa”. Nigdy nie zapomnę tego widoku… Patrzył teraz na mnie i uśmiechał się szyderczo. Towarzyszyła mu śliczna blondynka o platynowych włosach upiętych wysoko w koński ogon i mocno pomalowanych, ciemnych oczach. Miała trochę za dużo makijażu jak na tę porę dnia. Gdy spojrzała na mnie, zaczęła się delikatnie śmiać, odsuwając od ust filiżankę z kawą.

– Zdaje się, że tak – nagle usłyszałam za sobą niski, męski głos.

Odwróciłam głowę. To był on. Stał przede mną, trzymając ręce w kieszeniach, a jego jasnobłękitne tęczówki przeszywały mnie tak, że czułam je w najdalszych zakamarkach ciała. Zawładnęły wszystkimi moimi odruchami. Nie rozumiałam, co się ze mną dzieje. Byłam głodna, osłabiona, spragniona kawy, a tu jeszcze taki mrożący krew w żyłach przeciwnik. Mój organizm po prostu skapitulował. Lena, musisz się opanować – powtarzałam w duchu, lecz ten wewnętrzny głos zalewała właśnie zimna morska fala. Wzięłam głęboki wdech. On tymczasem zmrużył delikatnie oczy, ale nie odrywał ich od moich. Jakby zastanawiał się nad czymś. Miałam naiwną nadzieję, że mnie nie rozszyfrował, że nie zdaje sobie sprawy z tego, co w tym momencie dzieje się w mojej głowie. Z pewnością wszystko wyglądałoby inaczej, gdybym była po dobrym śniadaniu i filiżance kawy. Przynajmniej tego musiałam się trzymać. On tymczasem zmierzył mnie powoli wzrokiem.

– Cześć – powiedział i wyciągnął do mnie dłoń.

– Cześć – odpowiedziałam urwanym głosem, po czym z trudem podniosłam drżącą rękę.

Złapał ją pewnym ruchem i przykrył drugą. Byłam praktycznie sparaliżowana. Miał przyjemnie ciepłe dłonie. Dopiero teraz zauważyłam, że moje są lodowate.

– Tak w ogóle to chyba nie przedstawiłem się ostatnio. Wybacz, trochę mi się spieszyło. Ty masz na imię Lena. – Uśmiechnął się szarmancko, a ja zatopiłam wzrok w delikatnym dołku na jego lewym policzku…

– Artur Mangano – dodał powoli.

Jakbym nie wiedziała…

– Lena Kajzer – odparłam, czując, że moją twarz podmywa strumień ciepła.

– Nigdy się nie uśmiechasz? – zapytał, a ja zdałam sobie sprawę, że wpatruję się w niego z niechybnie grobową miną. Byłam od takich ekspertem.

– Zdarza się – odpowiedziałam, po czym delikatnie wysunęłam dłoń z jego uścisku. Miałam wrażenie, że trzymał ją nieco dłużej, niż to było wskazane.

– Jak samopoczucie po zeszłej sobocie? Wszystko w porządku? – zapytał z wyraźnym zaciekawieniem w oczach.

– Tak, już jest okej – odparłam.

– Już? Więc jednak coś ci było?

Jejku, człowieku, będziesz mnie łapał za słówka? – pomyślałam.

– Nie, wtedy też było okej, teraz jest po prostu lepiej.

– Ach tak. – Pokiwał głową z delikatnym uśmiechem, po czym spuścił wzrok i zapytał:

– Czy te króliczki są równie groźne jak twój samochód?

Podążyłam za nim oczami, próbując zrozumieć, co ma na myśli, i po chwili dotarło do mnie, a moja twarz spłonęła pod wulkaniczną lawą. Na stopach miałam ogromne szare kapcie w kształcie królików z długimi uszami i różowymi języczkami. Co więcej, na nogach zamiast normalnych jeansów, dresów, getrów, no, czegokolwiek, miałam żółte spodnie od piżamy w zielone owieczki.

W tym samym momencie usłyszałam głośny śmiech. Mężczyzna w ulizanych włosach wskazywał palcem na moje spodnie.

– Kurwa, ale zajebiste baranki! – krzyknął, głośno klaszcząc w dłonie.

Blondynka tymczasem zaczęła się głośniej śmiać.

– Zamknij się, Waldi – warknął Artur. – Ja rozmawiam z Leną.

W jednej chwili oboje przestali się nabijać i odwrócili od nas wzrok.

– To na czym stanęło? – powiedział trochę do mnie, a trochę do siebie. – Ach tak, na króliczkach, bezpieczne?

Spojrzałam po raz drugi w dół… że też zapomniałam się przebrać. Zaspana tylko wciągnęłam na siebie bluzę i wyszłam z mieszkania. O czym ja myślałam… Co prawda podobne sytuacje zdarzały mi się już parę razy w przeszłości. Z pewnością należałam do roztargnionych osób, które nie do końca ogarniały to, co się wokół nich dzieje. Przy okazji rzuciłam okiem na jego buty. Były czarne, błyszczące, idealnie wypastowane. Do tego granatowe spodnie na kant, błękitna obcisła koszulka i czarna zamszowa kurtka… Wyglądał jak model, który właśnie zszedł z wybiegu.

– To zależy – odpowiedziałam w końcu.

– Od czego?

– Od tego, w jakim są nastroju.

– Ach tak, rozumiem. – Pokiwał głową, udając powagę, choć tak naprawdę widziałam, że powstrzymuje się od śmiechu.

Po chwili jednak posłał mi długie, hipnotyzujące spojrzenie i stwierdził:

– Chyba zaryzykuję.

Teraz naprawdę zrobił się poważny.

– Może dosiądziesz się do nas? – zapytał, a mnie zamurowało.

Czy on naprawdę chciał, żebym usiadła przy ich stoliku? Ton jego głosu był uprzejmy, ale wcześniejsza reakcja tego całego Waldiego i blondynki sprawiła, że poczułam się jak dziecko w podstawówce, z którego nabijają się koledzy z klasy. Trochę mnie to wszystko rozdrażniło. Przypomniałam sobie też o tym, co mówiła Jolka, że mam się trzymać z dala od tego błękitnookiego przystojniaka. Postanowiłam przynajmniej spróbować. Przełknęłam ślinę i nie patrząc już w jego kierunku, odpowiedziałam:

– Wiesz co, muszę lecieć.

– Szkoda. – Kątem oka widziałam, że przechylił nieco głowę. Miałam wrażenie, że próbuje nawiązać ze mną kontakt wzrokowy.

Zebrałam się w sobie i spojrzałam na niego. Faktycznie ciągle patrzył mi prosto w oczy. Na mój ruch uśmiechnął się i stwierdził:

– Tak lepiej.

Skrzywiłam się. Czułam duży dyskomfort od momentu, w którym dowiedziałam się o królikach na stopach. Dopiero teraz zrozumiałam, czemu ludzie byli tacy uśmiechnięci po drodze.

– Okej, to idę – rzuciłam.

– Okej. – Kiwnął głową, choć jego oczy wcale nie przytakiwały.

Po chwili dodał:

– Miałem wrażenie, że chcesz zamówić kawę, ale może tylko mi się wydawało.

Ironia w jego głosie była wręcz namacalna.

– Zmieniłam zdanie – odpowiedziałam.

– Dlaczego?

Przez ciebie…

– Tak jakoś.

– W porządku. – Z jego twarzy zniknął uśmiech. – Tylko mam małą prośbę.

– Jaką? – zapytałam.

– Nie przejmuj się tymi królikami. Są urocze. – Puścił do mnie oko.

Czułam, że tracę grunt pod nogami. Kiwnęłam tylko potakująco głową, nie odpowiadając już ani słowem. Mimowolnie spojrzałam jeszcze raz w kierunku stolika, przy którym siedzieli moi prześmiewcy. Ten cały Waldi czytał coś na ekranie telefonu. Z kolei blondynka taksowała mnie wzrokiem. Jej oczy przypominały barwą truflowe pralinki, jednak spojrzenie miała wyjątkowo chłodne.

– Przepraszam – powiedziałam, robiąc krok do przodu.

Stałam blisko niego i znowu poczułam te cytrusowe perfumy, cóż za drażniąco-kusząca kompozycja. Uniosłam wzrok, dając mu do zrozumienia, że chcę przejść. Przez chwilę żadne z nas się nie poruszyło. Zastygliśmy, patrząc sobie prosto w oczy. Jego pewne, silne spojrzenie i mój świdrujący wzrok. W końcu, po kilku sekundach, wypuścił mnie z mrocznej, ale zarazem przyjemnej niewoli. Szybkim krokiem wyszłam z lokalu. Dopiero na zewnątrz odetchnęłam z ulgą.

Co to, u licha, było? – pytałam siebie. Spotkałam w tej kawiarni Artura Mangana i chyba… nie chciałam sobie schlebiać, jednak nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że ze mną flirtował. Z początku myślałam, że nie, ale to zaproszenie do stolika i jego przenikliwy wzrok były dość jednoznaczne. Może tylko mi się wydawało? Może jest zaciekawiony, bo jestem kimś nowym w mieście? Jolka mówiła przecież, że rzadko przyjeżdża tu ktoś z zewnątrz… Nie wiedziałam, co mam o tym myśleć.

Jedyne, czego byłam pewna, to fakt, że samą swoją obecnością mógł porwać moje zmysły do nieznanej mi dotąd krainy. Jego niski głos, oczy, zapach, to wszystko razem stanowiło mocno dezorientującą mieszankę.

Jeszcze to moje wdzianko. Boże, piżama w owieczki i króliki na stopach. Chociaż on stwierdził, że są urocze. Podejrzewałam jednak, iż zrobiło mu się mnie najzwyczajniej w świecie szkoda i pragnął w ten sposób załagodzić falę wstydu, jaka niechlubnie zalała moją twarz. Zwariowałam. O czym ja w ogóle myślę – zrugałam sama siebie. Chciałam jak najszybciej dostać się do mieszkania. Teraz, kiedy już doskonale wiedziałam, jak wyglądam od pasa w dół, ciężko mi było ponownie przejść przez osiedle. Zabawne, jak wiele może zmienić krótka wizyta w kawiarni, i to na dodatek niezakończona kupnem kawy. Chociaż po rozmowie z Arturem czułam, że już jej nie potrzebuję. Tylko co ja powiem Jolce? „Wiesz, Jola, spotkałam Artura Mangana i wywarł na mnie takie wrażenie, że zapomniałam z tego wszystkiego kupić kawę”. Nie, nie mogłam jej tego zdradzić. A może? „Wiesz, Jola, wyszłam w piżamie na dwór i jak się zorientowałam, to chciałam już tylko wrócić do domu”. W sumie druga opcja wydała mi się całkiem niezła. Postanowiłam, że przy niej pozostanę. Na dobrą sprawę zawierała dużo prawdy.

Wracałam do mieszkania tak szybko, że gdy przystanęłam w końcu pod drzwiami wejściowymi na czwartym piętrze, poczułam kilka kropelek potu spływających po moim karku. Przekroczywszy próg, natychmiast ściągnęłam bluzę i nie zamieniając słowa z Jolką, udałam się pod prysznic. Gdy wyszłam z łazienki, czekała na mnie w przedpokoju, trzymając w ręce jakiś garnek.

– Lenka, a gdzie kawa? – zapytała, bacznie mi się przyglądając. – Co ty tak wchodzisz bez słowa?

– Wyobraź sobie – odpowiedziałam, wycierając ręcznikiem włosy – że wyszłam na dwór w kapciach i piżamie… Gdy to zauważyłam, praktycznie przybiegłam tu z powrotem. – Uśmiechnęłam się.

– To chyba późno się zorientowałaś? – stwierdziła, patrząc na moje zabłocone króliki zostawione w przedpokoju.

– Dopiero w kawiarni.

– Ty to jesteś zakręcona. – Pokręciła głową, a ja machnęłam w odpowiedzi dłonią.

Jednak gdzieś tam głęboko, w zgliszczach wciąż podekscytowanego umysłu, poczułam wyrzuty sumienia. Co prawda nie skłamałam, ale też nie powiedziałam jej o najważniejszej rzeczy, jaka mi się przydarzyła w kawiarni, a raczej najważniejszej osobie. Przyjaciółka tymczasem złapała mnie za rękę i powiedziała:

– Chodź, gofry są już prawie gotowe.

Poszłyśmy do kuchni. Unosił się tam zapach pieczonego ciasta i owoców. Na blacie jednej z szafek stał słoik z dżemem malinowym. Jolka otworzyła gofrownicę i wyciągnęła z niej lekko przyrumienione, złociste okienko.

– Wygląda pysznie – powiedziałam, siadając przy stole.

Przyjaciółka położyła gofra na talerz i wylała kolejną porcję ciasta na rozgrzany teflon. Następnie dużym nożem przepołowiła gotowy smakołyk.

– Proszę. – Podała mi jedną połówkę.

– Dziękuję – odparłam i sięgnęłam po widelec.

Jadłyśmy w ciszy. Miałam wprawdzie ochotę powiedzieć Jolce o spotkaniu w kawiarni, jednak bałam się tego, jak to zripostuje. Tak naprawdę sama nie wiedziałam, jak mam na to wszystko reagować… Z każdym kolejnym kęsem gofra moje myśli szczęśliwie uciekały od porannego wydarzenia. Kiedy zjadłam dwie połówki, wydawało mi się, że ponowne spotkanie z Arturem było snem, a nie rzeczywistością. Pływający w moich żyłach cukier skutecznie złagodził emocjonalne porwanie i wprowadził zagubione myśli na właściwy tor. Co prawda spojrzenie Artura czaiło się gdzieś z tyłu mojej głowy, jednak zdawałam sobie sprawę z tego, że nie powinnam tak intensywnie o nim rozmyślać. Postanowiłam skoncentrować się na tym, co mnie teraz otaczało. Siedziałam z najlepszą przyjaciółką i wcinałam pyszne śniadanie. W Katowicach zawsze mogłam na nią liczyć, a ona nigdy mnie nie zawiodła. Miałam często wrażenie, że jest moją opiekunką. Muszę przyznać, że często mi matkowała, co ani trochę nie przeszkadzało naszej przyjaźni. Wręcz przeciwnie, potrzebowałam tego.

– Lenka, dziś jest imprezka w „Carlosie”. Idziemy? – zapytała nagle.

– A co to takiego „Carlos”?

Spojrzałam na nią podejrzliwie.

– Klub, bardzo fajny – odpowiedziała.

Oczyma wyobraźni ujrzałam ciemny, zadymiony lokal i pijanych mężczyzn, błąkających się po parkiecie z kuflami piwa w rękach.

– Jola, ja odpadam – rzuciłam pewnym siebie tonem. – Wiesz, że nie bawię się dobrze w takich miejscach.

Nie lubiłam dyskotek. W Katowicach dałam się parę razy wyciągnąć do klubu, ale zawsze miało to miejsce po dużej dawce alkoholu, kiedy moja decyzyjność była mocno uzależniona od woli tłumu.

– Chodź, będzie fajnie. Wczoraj rozmawiałam z Krzyśkiem i też jest chętny. Zabawa ma być w stylu lat sześćdziesiątych. Przebierzemy się. – Puściła do mnie oko.

Nie dość, że ciągnęła mnie na dyskotekę, to jeszcze miałam bawić się w maskaradę. Chociaż jak popatrzeć na moją garderobę w większości wyposażoną w ciuchy i dodatki z „Lejdi”, to chyba nie byłoby z tym większego problemu. Pokusiłabym się nawet o stwierdzenie, że ja chyba na co dzień chodziłam przebrana. Jednak wizja samej siebie w nocnym klubie, tuż po przyjeździe do obcego miasta, nie wyglądała zachęcająco.

– Czy to nie za szybko? – zapytałam. – Jola, pozwól mi jeszcze trochę oswoić się z Głębią.

Przyjaciółka spojrzała na mnie tak, jakby dopiero teraz naprawdę dotarło do niej, że jestem tu zaledwie kilka dni. Dla niej na dobrą sprawę od zeszłej soboty zbyt wiele się nie zmieniło, dla mnie praktycznie wszystko.

– Nie pomyślałam, Lenka, sorry – odparła z przepraszającą miną.

W jej tonie wyczułam jednak odrobinę zawodu.

– Czemu tak ci zależy na tej imprezie? – zapytałam.

– Nie zależy mi, już dobrze, nie pójdziemy – odpowiedziała, dłubiąc widelcem w talerzu.

– Jola, o co chodzi? – ponagliłam.

Przyjaciółka podniosła wzrok.

– No, nie patrz tak, Lenka – skrzywiła się – po prostu ostatnio rzadko gdzieś wychodzimy z Krzyśkiem.

– Czemu? – zapytałam. – W Katowicach przecież często chodziliście na imprezy.

– Tak – kiwnęła głową – tylko że to było w Katowicach. Odkąd wróciliśmy tutaj, wszystko się pozmieniało… Wiesz, on cały czas siedzi w pracy albo śpi. Jak mu wczoraj powiedziałam o tej imprezce i że prawdopodobnie – popatrzyła na mnie znacząco – uda mi się wyciągnąć też ciebie, to stwierdził, że może być ciekawie. Naprawdę, pierwszy raz od dłuższego czasu był chętny.

– Jola, sama nie wiem – zawahałam się.

Trochę ich obserwowałam w tym tygodniu i faktycznie widziałam, że nie wszystko jest w porządku. Wątpiłam, żeby to jedno wyjście miało cokolwiek zmienić, jednak przyjaciółka wyglądała tak, jakby naprawdę jej na tym zależało.

– Spoko, nie musimy – odparła cicho i wstała, żeby posprzątać ze stołu.

– W porządku, pójdę – powiedziałam, zamykając oczy.

– Tak? – ożywiła się. – Ale na pewno? Bo wiesz, jak nie chcesz, to naprawdę możemy zostać w domu.

– Tak, tak, jasne – odpowiedziałam z ironią w głosie.

– Ej! – krzyknęła, rzucając mi oburzone spojrzenie.

– Gdzie jest w ogóle ten cały „Carlos”? – zapytałam. – Daleko?

– Nie, niedaleko, pójdziemy pieszo.

– Wolę pojechać samochodem.

– Daj spokój, Lenka, wyluzujesz się trochę – odrzekła zirytowana. – Dobrze, że ja nie mam prawka. Pewnie też byłabym taką niewolnicą czterech kółek.

– Okej – odparłam dla świętego spokoju – niech będzie pieszo.

Pomogłam Jolce posprzątać ze stołu, następnie poszłam do swojego pokoju. Położyłam się na łóżku i niespodziewanie poczułam ogarniającą mnie senność. Wyciszyłam telefon, zamknęłam oczy. Natychmiast zobaczyłam Artura. Co będzie, jeśli znowu go spotkam? Zagubiona w lazurowym labiryncie nie będę w stanie wykrztusić z siebie słowa. Musisz się wziąć w garść, Lena – nakazałam sobie w duchu. Odwróciłam się na bok i podparłam łokciem, spoglądając w kierunku półki z publikacjami Melanii. Od razu zatopiłam wzrok w jej pamiętniku, na którego okładce widniał napis „Wspomnienia martwej duszy”. Choć raz już go przeczytałam, czułam niedosyt. Zaczęłam zatem wertować kremowy brulion z pożółkłymi kartkami. Poświęciła mi tyle miejsca. Z charakterystyczną dla siebie delikatnością opisała więź, jaka narodziła się między nami. Dała mi matczyną i ojcowską miłość. Kochałam ją za to tak mocno, że nigdy nie odczuwałam braku rodziców. W dniu wypadku napisała:

„Odpłynęli w nieznane. Zostawili na lądzie skarb, który wzbogaci moje życie”.

Trzy lata później:

„Czuję się tak, jakbym to ja ją powiła, jakby wyszła ze mnie i ze mną trwała od zawsze i na zawsze, moja mała Lenka”.

Dłoń zaczęła mi drżeć. Zamknęłam pamiętnik. W tym samym momencie zdałam sobie sprawę, że Jola prowadzi z kimś ożywioną rozmowę przez telefon.

– Tak, tak, będziemy, jasne, Kornel, to do zobaczenia.

Wyszłam z pokoju i przecierając powieki, zapytałam:

– Kto dzwonił?

– Kornel Dancewicz – odpowiedziała z dziwnym błyskiem w oczach.

– A kto to?

– Kolega z naszej nowej pracy. Znam go od dziecka. Zostawi tu auto i razem pójdziemy do „Carlosa”. Przyda ci się towarzystwo.

Uśmiechnęła się dwuznacznie, a ja ostentacyjnie przewróciłam oczami.

– Nie mam ochoty na randki – odparowałam, dając upust złemu nastrojowi, jaki kłębił się w moim umyśle.

– Daj mu szansę. On jest naprawdę w porządku – przekonywała.

– Nie lubię takich sytuacji – stwierdziłam, krzyżując ręce na piersi.

– Tak, wiem, ty lubisz Artura Mangano – odgryzła się.

– Nieprawda, przecież ja go w ogóle nie znam.

– Właśnie, Lenka – przytaknęła, patrząc mi prosto w oczy. – Daj szansę Kornelowi. Przecież to nie jest żadna randka. Po prostu wspólne wyjście na imprezkę, gdzie będziesz mogła trochę się wyluzować. Wiesz, od poniedziałku i tak będziesz go codziennie oglądać w firmie. Musisz się przyzwyczaić.

Zdałam sobie sprawę, że chcąc nie chcąc, byłam na niego skazana. W końcu zrezygnowana odparłam:

– Dobrze, ale – tu podniosłam palec wskazujący – jeżeli coś mi się dziś nie spodoba w klubie, to od razu wychodzimy.

Kiwnęła potakująco głową, puszczając mi kolejny uśmiech.

– Jola! – ponagliłam ją. – Rozumiesz, co do ciebie mówię?

– Tak, rozumiem.

– Mam nadzieję.

Poszłam do swojego pokoju.

Po chwili zajrzała do niego Jolka:

– Lenka, pamiętaj, że o pierwszej mamy być u moich rodziców.

– A, tak – odparłam, przykładając dłonie do twarzy.

Zupełnie zapomniałam, że zostałyśmy zaproszone do rodziców Jolki na obiad. Spojrzałam na zegarek w telefonie, dochodziła dwunasta trzydzieści. Przebrałam się zatem i po dziesięciu minutach wyszłyśmy.

Rodzice Jolki mieszkali w małym kwadratowym domku, pamiętającym jeszcze czasy komuny. Otworzył nam tato przyjaciółki. Był drobnym mężczyzną o wesołym usposobieniu. Zauważyłam, że Jola była do niego podobna, zarówno z wyglądu, jak i ze stylu bycia. Mama była postawną kobietą, wyższą od jej taty. Pracowała w ogólniaku jako nauczycielka matematyki.

– Lenka, opowiadaj, jak pierwsze wrażenia – powiedziała, nalewając mi soku jabłkowego.

– Ojejku – odparłam – sporo się działo.

– Tak – wtrąciła Jolka. – Na przykład Lena zdążyła już uderzyć w samochód Artura Mangana, i to w zeszłą sobotę, gdy tylko wjechała do miasta.

Tato przyjaciółki z wrażenia aż upuścił widelec, a ja popatrzyłam na nią z wyrzutem.

– Nic ci się nie stało, dziecko? – zapytał.

– Nie – odparłam – wszystko dobrze się skończyło.

Ten w odpowiedzi pokręcił tylko głową.

– Nieźle się zaprezentowałaś przed nowym pracodawcą – zażartowała mama Joli.

– Obyś nie miała więcej takich wpadek, Packing Systems to dobra firma. Chociaż z tego, co mówiła Jola, nie było trudno się tam dostać.

– W sumie nie – odrzekła przyjaciółka z zakłopotaniem.

– Sami wysłali jej ofertę – dopowiedział tato.

– To dziwne – powiedziałam. – Mówiłaś, że było ciężko to załatwić.

– Bo było. – Podrapała się po brodzie. – W takim sensie, że wiesz, ciężko było, bo dopiero gdy już dostałam tam pracę, dowiedziałam się, że Packing Systems zostało wykupione przez rodzinę Mangano i w ogóle – zmieszała się. – Nie wiem, czy przystąpiłabym do rekrutacji, gdybym wiedziała to od początku – zamyśliła się.

– Tak, tak, tajemnicza rodzina Mangano – rzekła mama Joli – i ten Artur… Nigdy nie miałam równie inteligentnego ucznia.

– Właśnie, Jola coś wspominała, że dobrze się uczył, chociaż moim zdaniem nie wygląda na takiego – powiedziałam niby od niechcenia.

– Nie powiem, bo broił co niemiara – stwierdziła mama Jolki. – Ale umysł miał sprawny jak mało kto. Zanim skończyłam pisać skomplikowane zadanie na tablicy, ten już podawał rozwiązanie, zawsze prawidłowe.

Pokręciła z niedowierzaniem głową jakby do siebie.

– Miał u mnie szóstkę. Zresztą nie tylko u mnie. Inni nauczyciele też byli nim zachwyceni.

– Ciekawe… – zamyśliłam się.

– A co ty jesteś taka ciekawa? – zapytała Jolka. – Po prostu jest bystry i tyle, ale z tego, co wiem, to nawet nie poszedł na studia.

– To prawda – przytaknęła mama. – Ponoć od razu zaangażował się w sprawy firmy. Dziwne, że rodzice nie nalegali, aby wyjechał na jakąś uczelnię. Szkoda takiego talentu.

– Dobra, dajmy już spokój, naprawdę, nie mamy o czym rozmawiać, tylko o rodzinie Mangano? – podsumowała Jolka.

– Sama zaczęłaś – przypomniałam jej, po czym pokazałam dyskretnie język.

– Ja tylko powiedziałam o tym, jakim jesteś dobrym kierowcą. – Uśmiechnęła się szyderczo.

– A ty jakim jesteś kierowcą, Jola? – zapytałam niewinnie, dokładając sobie pysznego purée ziemniaczanego.

Jolka zmrużyła złowrogo oczy.

– Dziewczyny – upomniał nas tato przyjaciółki.

Jednocześnie wybuchnęłyśmy śmiechem, a po chwili rozmowa zeszła na temat pracy Krzyśka i tego, że nigdy go nie ma. Kiedy zbierałyśmy się do wyjścia, mama Jolki zapakowała nam jeszcze do plastikowych pudełek kotlety mielone i szarlotkę na wynos, a do słoika nalała pomidorowej. Tak wyposażone wróciłyśmy do domu.

Usiadłyśmy na cytrynowych fotelach w dużym pokoju, żeby chwilę odsapnąć. Czułam, że zaraz pęknę z przejedzenia. Ostatkiem sił odpisałam na śmieszną wiadomość, którą dostałam od Wojtka, i jedyne, o czym myślałam, to żeby przetransportować się jakimś cudem do mojej sypialni, po czym położyć się do łóżka.

– Lenka, a w co my się w ogóle ubierzemy na tę imprezę? Masz jakiś pomysł? – zapytała Jolka.

– Wydaje mi się, że jak ubiorę to, w czym chodzę na co dzień, to będzie okej – uśmiechnęłam się. – Wiesz, że mam pełno ciuchów w klimacie lat sześćdziesiątych.

– Wiem, dlatego liczę na to, że coś mi pożyczysz.

Byłyśmy podobnego wzrostu i miałyśmy identyczne figury. Może Jola była ciut szczuplejsza ode mnie, odrobinę bardziej chłopięca. Ja miałam większe wcięcie w talii i okrąglejsze biodra, ale rozmiar ten sam – małe „S”.

– Chodźmy do mnie, zaraz coś dla ciebie znajdę – powiedziałam, wstając powoli z fotela i lekko się przeciągając.

Wygrzebałam z szafy liliową sukienkę bombkę do kolan, z niewielkim dekoltem i koronkowymi rękawami. Przymierzyłam ją do przyjaciółki, po czym stwierdziłam:

– Idealnie.