Oczy uroczne - Marta Kisiel - ebook + audiobook
Opis

Gdzie anioł nie może, tam czorta pośle. Laureatka Nagrody im. Janusza A. Zajdla powraca z nowymi dożywotnikami w kolejnej odsłonie bestsellerowego cyklu!

Wraz z nieoczekiwanym atakiem zimy nadciągają równie niespodziewane kłopoty. Ktoś lub coś grasuje po okolicy, atakując przypadkowe osoby. Tymczasem Bazyl wyraźnie coś knuje i w tej intrydze niespodziewanie zyskuje sprzymierzeńca, zaś przyjaźń Ody z Rochem zostaje wystawiona na poważną próbę. Lecz wszystko to blednie w obliczu tajemnic sprzed wielu lat, jakie skrywa pobliski cmentarz – i niewielki staw w samym sercu ciemnego lasu.

Nadciąga czas nieprzejednanej nocy. Czas śmierci.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 329

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 8 godz. 49 min

Lektor: Anna Kutkowska

Popularność


Marta Kisiel

OCZY UROCZNE

Copyright © by Marta Kisiel, MMXIX

Wydanie I

Warszawa, MMXIX

Niniejszy produkt objęty jest ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że wszelkie udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, upublicznianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych – jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

Kobietom mego życia

Rozdział 1

Przeciągająca się jesień nie szczędziła światu czułości. Za dnia ludzie sycili się ciepłymi promieniami słońca, nocą ziemia chłonęła rzęsisty, życiodajny deszcz. W rezultacie, choć był już początek grudnia, trawniki wciąż cieszyły oczy zielenią, tu i tam urozmaiconą pstrokatą żółcią mniszka, zamiast już dawno przeistoczyć się w smętne klepiska. Niektóre drzewa, zmylone nietypową aurą, drugi raz w ciągu tego roku wypuszczały pąki, krzewy w przydomowych ogrodach kwitły na wyścigi, ptaki wydzierały dzioby, a krety ryły kopce jeszcze bardziej na oślep niż zazwyczaj. Równie zdezorientowani jak okoliczna fauna i flora byli drogowcy, którzy deliberowali, czy rzucać się do koszenia zarastających poboczy i przydrożnych rowów, czy raczej gromadzić worki z solą na wypadek niespodziewanego ataku zimy. W podobnym kłopocie znaleźli się amerykańscy i rosyjscy meteorolodzy, którzy prześcigali się w prognozach wieszczących na przemian to rekordowe upały, to znów rekordowe ochłodzenie, zimę stulecia, tysiąclecia albo przynajmniej dekady oraz ogólny armagedon. Tymczasem zwyczajni dorośli nie posiadali się z zachwytu nad niskimi rachunkami za ogrzewanie, a dzieciaki dzień w dzień wracały ze szkoły bez czapek, ciągnąc po ziemi rękawami całkowicie zbędnych kurtek.

Teoretycznie Roch Kusy też nie miał powodu do narzekań. Pogodowe anomalie zapewniały mu nieustanne zajęcie na świeżym powietrzu i równie świeżą opaleniznę, jak gdyby nadeszła już wiosna. Tak samo jak wiosną pod dachem spędzał jedynie noce, od świtu do zmierzchu jeżdżąc po ogrodach i sadach, gdzie pielił i kopał, karczował i wycinał to, co niepotrzebnie sterczało z ziemi, bielił zaś to, co sterczało celowo. Zbierał również zeschnięte resztki owoców, by nie służyły grzybom za pożywkę, tropił gąsienice niestrzępa głogowca – i z rosnącym zaniepokojeniem spoglądał w bezchmurne niebo.

Podczas gdy ludzka część jego natury napawała się słońcem i zielenią, ruchem i zmęczeniem uczciwie spracowanych mięśni, mózg gadzi, który skrywał atawistyczne reakcje wraz z nadprzyrodzonymi mocami płanetnika, szeptał mu coraz głośniej, że już wkrótce nadejdzie kres tej złotej jesieni. Nadciągały chmury brzemienne ciężkim, mokrym śniegiem. Nadciągał mróz, malujący szyby w oknach kwieciem najpiękniejszym – i najokrutniejszym.

Nadciągał czas nieprzejednanej nocy.

Czas śmierci.

***

– Pani doktor, kolejny do zdjęcia szwów – oznajmiła pielęgniarka, gdy weszła do gabinetu z plikiem nowych kart. Bardzo grubym naręczem.

Oda Kręciszewska, której z zaledwie dwugodzinnym poślizgiem udało się wyrwać pięć minut przerwy na szybką przekąskę, zastygła z kanapką w jednej dłoni i kubkiem zimnej kawy w drugiej. Szybko policzyła coś w myślach.

– Który to już? – zapytała w końcu, przełknąwszy kęs. – Czwarty?

– W tym tygodniu? Piąty.

– A mamy…

– Środę.

– Co ci ludzie…? Przecież do świąt jeszcze szmat czasu, a oni już się masowo krzywdzą? – Większość życia zawodowego spędziwszy z dala od ojczyzny, Oda przekonała się, że w tej akurat kwestii ludzkość wykazuje się wyjątkową jednomyślnością. Bez względu na położenie geograficzne obchody najważniejszych świąt zawsze oznaczają jedzenie. Jedzenie wypada najpierw przygotować, co nieodmiennie skutkuje wzmożoną częstotliwością występowania obrażeń, ze szczególną nadreprezentacją oparzeń, ran ciętych, tłuczonych oraz, o dziwo, postrzałowych. Dopiero gdy odpowiednie rytuały są już odprawione, bóstwa obłaskawione, a krewcy krewni znów poza zasięgiem broni palnej, przychodzi pora na prozaiczną niestrawność.

Tyle że do Bożego Narodzenia zostało jeszcze ponad pół miesiąca, tymczasem ostatnio w zasadzie nie było dnia, żeby do przychodni nie zgłaszali się nadprogramowi pacjenci na zmianę opatrunku lub zdjęcie szwów.

Oda rzuciła okiem na zegar, a potem na karty, które przyniosła pielęgniarka. Miała złe przeczucie.

– Ilu?

– Dwunastu umówionych.

Na te słowa lekarka uśmiechnęła się półgębkiem. Znała te numery.

– Czyli ilu?

– Siedemnastu.

No tak. Pierwszy w tym sezonie grypopodobny wirus od tygodnia grasował po żłobkach i przedszkolach, co oznaczało dziesiątki dzieci z lekkim gilem i kaszlem oraz dwa razy tyle dorosłych czołgających się ostatkiem sił do lekarza i błagających o szybką śmierć. Ewentualnie przyjęcie po godzinach.

– A doktor Lewczyński?

– Środa – przypomniała pielęgniarka z lekkim zaśpiewem zdradzającym hamowane rozbawienie. – Doktor Lewczyński dziś szczepi. A pani doktor wie, jak mu się po szczepieniach ręce trzęsą.

Fakt. Pięćdziesięcioletni Krzysztof Lewczyński – kierownik przychodni i lekarz medycyny rodzinnej w jednej osobie – bał się dzieci bardziej niż dzieci jego. Rzecz jasna, nie wszystkich i nie zawsze, w przeciwnym razie nie zdziałałby wiele w swoim zawodzie. Konkretnie to bał się dzieci nakłuwanych i płaczących. Z tego lęku opanował cały repertuar pieśni i przyśpiewek przedszkolnych, wszelkie znane ludzkości dowcipy z cyklu puk, puk oraz szczwane triki na odwrócenie uwagi, które podpatrywał u kolegów po fachu na YouTubie. Dzieciom, owszem, zwykle to pomagało, samemu doktorowi – już niekoniecznie. Stresował się do tego stopnia, że to mali pacjenci często wręczali mu naklejki, a nawet lizaczki, jeśli był wyjątkowo dzielny. Ostatnio, posiłkując się teoriami o wpływie barw na samopoczucie człowieka, w każdą środę, kiedy to przypadał dzień szczepień w poradni dzieci zdrowych, doktor Lewczyński przywdziewał kitel w kojącym odcieniu młodego szczypiorku, przez co trochę się gubił na tle zielonych ścian przychodni. Dla wzmocnienia pozytywnego efektu rejestratorka przynosiła wtedy pół kilo michałków i chałwę, które podsuwała doktorowi w regularnych, homeopatycznych dawkach. Była to jedyna forma homeopatii nie tylko tolerowana za progiem NZOZ Lew-Med, ale też chętnie sponsorowana przez pracowników. Niestety, na próżno. Po ostatnim szczepieniu doktor Lewczyński wychodził z gabinetu na miękkich nogach.

Oda westchnęła ponownie. W środy zdejmowanie szwów przez szefa mogło się skończyć wyłącznie dalszymi obrażeniami. I to niekoniecznie u pacjenta.

– A doktor Sroka?… – spróbowała ostatniej szansy.

– Ma teraz wizyty domowe.

Przez chwilę patrzyły na siebie ponad naręczem kart. Pielęgniarka czekała cierpliwie, aż Oda upora się z wewnętrznymi rozterkami. A było z czym, bo jej myśli kłębiły się bardziej niż loki na głowie. Ktoś musiał przyjąć ludzi czekających za drzwiami, oznaczało to jednak gwarantowane nadgodziny. Po nadgodzinach. Znowu. A zanim dokolebie się rowerem z przychodni do domu…

No właśnie. Dom.

Świadomość, że u progu czterdziestych trzecich urodzin miała wreszcie dom – co prawda z Allegro, ale własny! – i że na dodatek ktoś codziennie czekał na nią za progiem, jednocześnie Odę cieszyła i przytłaczała. Przyczyny radości były dla niej oczywiste i nie wymagały roztrząsania, co do przytłoczenia zaś… Cóż. Przez tyle lat żyła bez zobowiązań, sama sobie sterem, żeglarzem, okrętem, a gdy było trzeba, także i liną okrętową, że teraz nie zawsze trafiała z reakcją. Trochę ją gryzło sumienie, że Bazyl i Kuleczka dzień w dzień siedzieli sami w domu, podczas gdy ona spełniała się zawodowo. I co z tego, że czort był mały wyłącznie wedle standardów piekielnych – gdyż jeśli liczyć w ludzkich latach, Oda powinna mu się kłaniać pierwsza i mówić per pan – i bardzo się obruszał, ilekroć traktowała go jak dziecko płaczące z tęsknoty za mamą.

Z kolei doktor Lewczyński – dla niepoznaki zwany szefem, chociaż bardziej pasował do niego pieszczotliwy Krzyś – był gotów całować ją po piętach za to, że w ogóle była, że żyła, że metabolizowała i taka rozmetabolizowana codziennie stawiała się w pracy. W tych stronach znalezienie lekarza graniczyło z cudem, a co dopiero takiego bez zobowiązań rodzinnych i innych nałogów, za to z powołaniem, ciągotami do pracoholizmu i życzliwym stosunkiem do nadgodzin! Chociaż Oda, ma się rozumieć, nie pracowała po to, żeby ją całowano po czymkolwiek, skądże. Szczerze mówiąc, całowanie wolałaby uprawiać na gruncie bardziej prywatnym i raczej nie z Krzysiem – tylko kiedy i gdzie, skoro w domu już czekał Bazyl, którego tak karygodnie zaniedbywała…?

Tym sposobem rozterki zatoczyły pełne koło i wpijały się uzębieniem we własny ogon. Odę zapewne mniej by gryzło sumienie, gdyby mogła zadzwonić albo wysłać Bazylowi sms-a, że znowu wróci późnym wieczorem i żeby na nią nie czekali. Ale nie, przecież tam nie było zasięgu, no kto normalny buduje dom w miejscu, gdzie nie ma zasięgu?…

Ach, no tak.

Ona.

Beznadziejny przypadek.

– No dobrze. W takim razie nie traćmy czasu. – Pogodzona z losem i własnym obłędem, Oda jednym haustem dopiła kawę i wstała. – Szwy do zabiegowego, karty na biurko, a ja do łazienki – zakomenderowała, po czym z werwą wymaszerowała z gabinetu.

Właśnie myła ręce, licząc w myślach, ile mniej więcej czasu potrzebowała na tych siedemnastu pacjentów, którzy odprowadzali ją do łazienki tęsknymi spojrzeniami, kiedy w kieszeni fartucha zawibrowała jej komórka.

– Słucham? – Przyciskając telefon ramieniem do ucha, zerwała papierowy ręcznik i starannie wytarła dłonie. Odruchowo zerknęła przy tym w lustro i zmarszczyła brwi. Przeciągnęła palcami od czoła, przez skroń i policzek, aż do żuchwy. Skutki przemęczenia? Początki anemii? Nie, raczej nic z tych rzeczy. Owszem, jej cera nabrała osobliwego, jakby porcelanowego odcienia, oczy jednak nie straciły blasku. Nie były też podkrążone. Poza tym choć miała teraz sporo pracy, jak to w sezonie, to spała i czuła się naprawdę świetnie. Pewnie coś było nie tak z oświetleniem w łazience. Za słaba żarówka. Na pewno. Musi to zgłosić konserwatorowi.

– Halo? Słucham? – powtórzyła. Zgarnęła niesforny pukiel z twarzy za ucho. Po tylu godzinach jej włosy miały za nic i klamrę, i wsuwki, i godność zawodu lekarza – swobodny kok samoistnie transformował w klasyczną kopę siana.

– Eee… – usłyszała w końcu po drugiej stronie. Facet, chyba młody i zdecydowanie zestresowany.

– Tak? – odparła zachęcająco. Po krótkim namyśle zaczęła wydłubywać wsuwki ze splątanych włosów.

– Yyy…

– Taaak?

– Eee…

– Kupuję spółgłoskę i zgaduję hasło.

Facet sapnął, zbity z tropu.

– No… bo ja… ja mam tu kozę.

– Moje gratulacje – odparła grzecznie Oda.

– Ale ta koza… no… Rany boskie… – jęknął głos w słuchawce, po czym najwyraźniej zebrał się w sobie, bo wyrzucił z siebie na jednym wydechu: – No bo ta koza mówi, żebym do pani zadzwonił!!!

Oda na moment przestała oddychać. Aż wreszcie nabrała powietrza w płuca, powoli policzyła do pięciu, po czym wypuściła.

– Pan mi ją da do telefonu. Tę kozę.

***

Na co dzień Michałko Rudnicki był wyznawcą nihilizmu egzystencjalnego, wzniesionego na solidnym deterministycznym fundamencie. Ujmując rzecz nieco prościej, kierował się przysłowiem, które zawsze powtarzał mu dziadunio, że czy to z góry, czy pod górę, furman patrzy w końską dziurę – dodając, już pod nosem, coby babunia nie słyszała, że czasem ta dziura odpowiada człowiekowi wymownym spojrzeniem. Szedł więc Michałko przez życie zbrojny w dziaduniową mądrość, szczędząc sobie po równo tak wysiłku, jak i rozczarowań. O ile, ma się rozumieć, nie wypadał akurat dzień meczowy, gdyż w dni meczowe Michałko zatracał się całkowicie w nadziei, że może tym razem nasi tego nie spieprzą… aż tak bardzo. Nadzieja, jako matka czuła i wyrozumiała, nie odstępowała go na krok przez dziewięćdziesiąt minut regulaminowego czasu gry, a nawet i dogrywkę, głaszcząc po głowie, w której coraz mocniej szumiało, nie tylko od emocji. Rankiem Michałko budził się z solidnym kacem i na powrót ustabilizowanym światopoglądem, że marność nad marnościami i wszystko marność, siadał w samych gaciach przed konsolą i odpalał najnowszego Assassin’s Creeda, żeby zniwelować stres. Nihilizm nihilizmem, ale nie chciał się dorobić nadciśnienia.

Tyle na co dzień. Natomiast od święta zawieszał filozofię na kołku i przechodził na czyściuteńki pragmatyzm, a to za sprawą magicznego zaklęcia:

– Michałko, weź no rusz dupę.

W imię zastrzyku żywej gotówki był gotów ruszyć nawet głową.

Tym razem zaklęcie rzuciło go w sam środek pobliskiego lasu z dwoma foliowymi workami na śmieci i poleceniem, by wypełnił je szyszkami. Z szyszek miały powstać hendmejd stroiki w stylu wintydż. Wintydż był teraz top trendi, jak zostało mu wytłumaczone, teraz każda pani domu chciała urządzać święta jak z czasopisma: „Kumasz, Michałko, meri kristmas jak w Kevinie samym w domu, tylko bardziej, no i raczej bez porzucania nieletnich na pastwę drobnych przestępców, choć kto ich tam wie. Tak czy siak, ma być nastrojowo, stylowo i na bogato, kumasz, Michałko? Na-bo-ga-to! Więc jak panie domu życzą sobie wintydż, to my im damy cholerny wintydż, bo w biznesie, Michałko, w biznesie to trza mieć ten zmysł, trza odpowiadać na zew społecznego zapotrzebowania!”.

Odpowiadał zatem, pełnym zdaniem odpowiadał, łażąc od bladego świtu po lesie, a wciąż puste worki woniały na kilometr chemiczną truskawką.

Skupiony na wypatrywaniu w poszyciu szyszek w miarę suchych i zgrabnych, Michałko nie tracił czasu na podziwianie jakichś tam widoczków. Las jak las, bez szału, zresztą nie takie lasy już widywał. O, na przykład w takim Tomb Raiderze. Rozdzielczość 4K Ultra HD i ani piksela mniej, człowieku! Obraz żyleta, że liście na drzewie można policzyć, dźwięk w Dolby Surround, pełne pięć kropka jeden… To był las! I nie lepił się tak do podeszew prawie oryginalnych, bieluśkich airmaksów, nie mówiąc już o kapaniu zimną rosą za kołnierz. W ogóle ta cała przyroda za bardzo się narzuca, uznał Michałko, gdy schyliwszy się po kolejną szyszkę, przy okazji strzepnął wilgotne, zbrązowiałe igliwie, które przykleiło mu się do czubka buta.

I wtedy coś trzasnęło, szurnęło i mignęło pośród pobliskich zarośli.

Michałko znieruchomiał z szyszką w garści i tyłkiem wypiętym ku niebu, aż mu zimnym powiewem po nerkach ciągnęło, a jego wyobraźnia ruszyła z kopyta, podążając znajomym tropem. Jest las, jest odludzie, gdzie nikt nie usłyszy, jak upada drzewo, jest bezwolna, samotna ofiara, brakuje tylko bestii. Zatem proszę bardzo, oto wilk. Jak nic. Albo… albo dzik! Albo agresywne wiewiórki, ale nie rude, tylko te szare. Tak. Wymordowały swe europejskie kuzynki i teraz krążą po okolicy w poszukiwaniu świeżego mięsa…!!! Cokolwiek to było, wyraźnie przedzierało się w stronę Michałki, który stał jak zdjęte trwogą cielę z wytrzeszczonymi oczami i szeleścił coraz mocniej truskawkowym workiem, wyczekując najgorszego, najstraszniejszego, najkoszmarniejszego z koszmarnych!

Aczkolwiek kozy to akurat nie.

– Eee?… – wyrwało się zdumionemu Michałce, lecz wzrok nie kłamał, wzrok nie łudził – przed nim, wyłoniwszy się spomiędzy chaszczy, stanęła koza jak w pysk strzelił.

Koza na dwóch nogach, w kolorowym pasiastym szaliku, z torebeczką przewieszoną przez ramię.

Wyobraźnia Michałki w trybie przyspieszonym zmieniła kierunek i, porzuciwszy wściekłe dziki i inne wiewiórki, puściła się galopem ku kolejnemu skojarzeniu, jakie mu zaświtało, mianowicie skojarzeniu kulturalnemu, co jedynie wzmogło grozę sytuacji. Otóż Michałko, jak uświadomił sobie nagle z zaskoczeniem, widział już kiedyś taki zadek i taki ogonek. Tyle że był on wykonany ze sznurka i dyndał w zdecydowanie niższej rozdzielczości niż choćby przedpotopowe HD. A mimo to Michałko, w tamtych czasach zaledwie dwunastoletni, przez całe wakacje zrywał się przed ósmą, żeby zasiąść przed telewizorem w piżamie, ze snem niewywietrzałym wciąż z głowy i śpiochami w oczach – wszystko to dla fantastycznych przygód i dla magicznej szafy, i dla krainy pełnej śniegu, i dla tego ogonka właśnie.

„W sumie… no to by się nawet zgadzało”, pomyślał w przypływie olśnienia, „jest zima, jest las… No, tyle że bez śniegu, a zamiast torebeczki powinny być paczki, ale… ale może jednak…?”. Tak na wszelki wypadek przeleciał wzrokiem po lesie, wypatrując samotnej latarni i zgrai dzieciaków na gigancie, po czym raz jeszcze spojrzał na kozę.

– Pan… pan Tumnus…? – wydusił wreszcie szeptem taktycznym, na wypadek gdyby któraś z sosen szpiegowała dla Białej Czarownicy.

Koza całą sobą udawała, że niczego nie widziała, niczego nie słyszała, wcale a wcale. To strzepnęła paproszek z szaliczka, to zerknęła w górę, na niebo prześwitujące między koronami drzew, to na boki, to znowu w dół, na swe lśniące, rozdwojone kopytka. Wreszcie, wciąż od niechcenia, puściła się truchcikiem przez las, kręcąc przy tym nisko zawieszonym zadkiem. Michałko, niewiele myśląc, ruszył w ślad za nią.

Po kilkunastu metrach koza łypnęła przez ramię, dla pewności, że miły młody człowiek z truskawkowym workiem wciąż za nią podąża, i nieco przyspieszyła kroku, wobec czego przyspieszył i Michałko. Wędrowali tak dobry kwadrans, brnąc przez chaszcze i wądoły, meandrując między drzewami, coraz dalej, głębiej w leśne ostępy. Koza łypała raz po raz, za nią powiewał pasiasty szaliczek, ogonek dyndał z entuzjazmem, a Michałko, niczym urzeczony, już całkiem zapomniał o szyszkach, wintydżu i kristmasowych biznesach.

Aż nagle stanął jak wryty, gdyż oto nieoczekiwanie stanęła i koza. Podrapała się po głowie, zwieńczonej różkami i zgrabnym koczkiem, rozejrzała się ze szczerym zdumieniem. Zmrużyła jedno oko. Zmrużyła drugie. Zmrużyła oba. Wreszcie odwróciła się do Michałki, uśmiechnęła się i rzekła:

– Najmocznej pana pszepraszam, ale… ale chyba żboczyłem czaszopszeszczenne.

I tym oto sposobem pan Tumnus w pasiastym szaliczku znalazł się ostatecznie na jego wersalce, przygarnięty w charakterze zbłąkanego zwierzątka, i wsuwał teraz czipsy o smaku zielonej cebulki, czekając na przyjazd kobiety z telefonu. Michałko Rudnicki czekał razem z nim, kurczowo uczepiony pada, jak gdyby tylko on trzymał go przy zdrowiu psychicznym.

***

Był już wczesny wieczór, kiedy z klatki schodowej dobiegł odgłos zatrzaskującej się z hukiem bramy. Paczka po czipsach już dawno leżała na podłodze, razem z pustym pudełkiem po pizzy hawajskiej i na wpół opróżnioną butelką lemoniady, a koza w szaliczku grała razem z Michałką w wyścigi samochodowe. I znowu wygrywała.

– ZARAZ! – ryknął Michałko na dźwięk dzwonka. Dopiero pół okrążenia później, kiedy jego klęska była już przesądzona, a nawet przypieczętowana, zwlókł się z wersalki i poczłapał do drzwi.

Na klatce schodowej stała postawna kobieta z najbardziej nieposkromioną fryzurą, jaką kiedykolwiek widział. Wcale by się nie zdziwił, gdyby te szalone, ciemne loki, które sterczały na wszystkie strony, skusiły jakiegoś ptaka do uwicia sobie w nich gniazda. Prawdę mówiąc, wzrok wespół ze słabym światłem pojedynczej żarówki na dzień dobry spłatały mu figla, bo w pierwszej chwili Michałko dałby sobie rękę uciąć, że z włosów kobiety tu i tam naprawdę sterczy jakaś zaplątana gałązka czy listek. I w ogóle cała wydawała mu się dziwnie… drzewiasta? Może to przez tę fryzurę właśnie, może przez ciemnoszarą kurtkę do kolan, a może przez te wielkie, zielone oczy, które przypatrywały mu się ni to życzliwie, ni to przewrotnie. Między nimi, u nasady nosa, czerwieniło się znamię.

– Dzień dobry.

– Eee… dzień dobry – odparł Michałko odruchowo, wciąż zapatrzony w nieznajomą, dopóki go nie olśniło, skąd znał ten ciepły głos. – A, no tak! Pani przyszła… znaczy, pani może po?… – Zawiesił konspiracyjnie głos.

Kobieta uśmiechnęła się kącikiem ust.

– Po – przytaknęła, z miejsca łapiąc, skąd ta oszczędność w słowach.

– Jasne. Eee, proszę, pani… wejdzie – dokończył chłopak, choć raczej należałoby powiedzieć, że „wciśnie”.

Mieszkanie na piętrze – tuż nad zakładem kamieniarskim, z widokiem wprost na szeroki wybór nagrobków – było niewielkie, zapuszczone i wyposażone we własny, niepowtarzalny mikroklimat. Składało się z wąskiego, acz długiego korytarza, maciupkiej łazienki, kuchni oraz pokoju, w którym znalazłoby się chyba wszystko, może z wyjątkiem świeżego powietrza. Jedyną oazą porządku we wszechobecnym chaosie była tu szafka na wprost zapadniętej wersalki – centrum dowodzenia prywatnym wszechświatem Michałki. Miejsce przynależne wizerunkowi bóstwa najwyższego zajmował wielki telewizor w towarzystwie konsoli i zestawu głośników, z których właśnie dobiegał przeraźliwy pisk opon.

– No bo wie pani, to było tak – sam z siebie zaczął tłumaczyć Michałko, oglądając się na nieznajomą, która podążała za nim korytarzem. – Ja ją spotkałem w lesie, tę pani…

– Kozę – dokończyła gładko. Nawet jej powieka nie drgnęła.

– Kozę. I ona tak szła, wie pani, ta… ta…

– Koza.

– Koza. Tak. Więc ona szła, ale tak… tak dziwnie. No jakby chciała, żebym szedł za nią, serio! Więc szedłem w ten las. I ona też szła. I tak żeśmy szli chyba z kwadrans, ja i ten… to… ta… – Tu Michałko znowu się zaciął. Wszystko w nim krzyczało, że jaka koza, człowieku, kozy nie żrą czipsów jak małpa kit, znaczy, może i żrą, ale na pewno nie grają w Colina McRae’a, paląc gumy i biorąc wiraże, jakby się urodziły z padem w kopycie!!! Mimo to kobieta dokończyła niezmiennie:

– Koza.

Michałko stanął w drzwiach pokoju. Rzucił okiem na kozę – właśnie przeżuwała ostatni kawałek pizzy, driftując profesjonalnie – a potem zebrał się na odwagę i spojrzał prosto w twarz nieznajomej.

– Ona… ona sporo umie – wydusił. – Jak na kozę.

– Bo to bardzo mądra koza.

– I tak… no… dużo mówi, nie?

– Owszem, ma dość bogate słownictwo. Jak na kozę – dodała niewzruszenie kobieta.

Michałko zaczął się pocić. W tym pojedynku nerwów to ona prowadziła – i miała tego pełną świadomość. Przechyliła głowę i uśmiechnęła się trochę tajemniczo, trochę niepokojąco, a przy tym serdecznie. I Michałko sam już nie wiedział, kto tu jest dziwniejszy: czy koza w szaliczku, która wyjadła mu cały zapas czipsów, czy jednak kobieta, którą po nią przyszła.

– Ta… koza… domagała się, żebym ją zapiął w foteliku – wymamrotał pod wpływem jej uśmiechu. – Takim dla dzieci, samochodowym. Jak siostra idzie na nockę, to odbieram jej młodego z przedszkola, więc mam taki fotelik, nie? W bagażniku wożę. Taki wypasiony, z homo… czymś tam. No to ją zapiąłem…

– Słusznie. Bezpieczeństwo przede wszystkim.

– Chciała jechać tyłem!!!

Wzruszyła ramionami.

– Przy tym wzroście i masie to najbezpieczniejsza opcja.

– Jezu… – Michałko starł pot z czoła rękawem i wziął głęboki wdech. – Okej. Dobra. Dobra. Koza. Okej. Jasne. Więc… więc ją zapiąłem. I przywiozłem tutaj. I zadzwoniłem do pani, nie? A potem ta pani koza mówiła, że jest głodna, to dałem jej jeść.

– Mówił.

– Co?…

– Mówił – powtórzyła. – To jest w zasadzie samiec. Ma na imię Bazyl.

– Serio? – zdziwił się Michałko i odruchowo zerknął w rejony, w których koza standardowo różni się od kozła.

– Wypraszam szobje! – fuknął Bazyl i naciągnął szaliczek aż do kolan. – Tak bliszko jeszcze ne jeszteszmy!

– Bazylku, dobrze wiesz, że nie powinieneś jeść czipsów – zwróciła się kobieta do kozy surowym tonem, chociaż jej roziskrzone oczy zdradzały, że z trudem powstrzymywała śmiech. – Nie służą ci na żołądek.

– Ej, myślałem, że koza zeżre wszystko – wtrącił Michałko.

– Zeżreć zeżre – odparła kobieta i westchnęła. – Sęk w tym, że nie wszystko strawi.

– Aaa… Przesraniutko.

– Och, żebyś ty wiedział… Bazylku, kończ zabawę. Przed nami kawał drogi.

Westchnąwszy ciężko, Bazyl odłożył pada i zeskoczył z wersalki.

– Masz mosze kaszk? – zwrócił się do Michałki, przewieszając sobie torebeczkę przez ramię.

– Czo… znaczy, co takiego?

– Kask – przetłumaczyła nieznajoma. – Będziemy wracać na rowerze, a kask Bazyla został w domu. Jutro ci zwrócę.

Koza na rowerze to już było stanowczo za wiele jak na gust Michałki.

Kwadrans później wyglądał przez uchylone okno i ponad granitowymi nagrobkami obserwował, jak nieznajoma pomagała kozie w szaliczku i kasku umościć się w koszyku rowerowym.

– Odżinko, kupimy szobje konszole? – dobiegło go jeszcze, gdy wreszcie ruszyli.

– Bazylku, przecież my nawet nie mamy telewizora.

– To mosze choczasz pada?

– A na co ci pad bez konsoli?

– No fjesz. Do szymulaczji.

– Symulacji czego?

– No… no pszeczesz, że konszoli!

Rozdział 2

Odżinko?…

Jechali krętą szosą, o tej porze opustoszałą niczym uczniowski umysł na hasło „a teraz wyciągnijcie karteczki”. Przez nieprzebraną ciemność lasu prowadziła ich przednia lampka roweru, na którym pedałowała Oda, oraz niewielka latarka w łapkach Bazyla. Mały czort, dla ochrony przed nocnym chłodem staranniej niż zwykle opatuliwszy się szaliczkiem, bawił się w latarnika i pstrykał przełącznikiem w tę i we w tę, na wypadek gdyby z naprzeciwka miało się nagle coś wyłonić – samochód albo spłoszona sarenka.

– Odżinko? – spróbował raz jeszcze, jako że odpowiedziało mu tylko miarowe szuranie opon o nawierzchnię. – Odżinko, czy ty sze gnefasz?

– Nie gniewam się. Myślę.

A było o czym.

Ciałem w drodze do domu, myślami Oda znów była w przychodni. Nim się obejrzała, z siedemnastu pacjentów zapowiedzianych zrobiło się dwudziestu. Z większością uporała się szybko i sprawnie. Osłuchała, opukała i obejrzała co trzeba, obsztorcowała łagodnie paru delikwentów, wypisała stos skierowań i recept na leki, które jak co kwartał znów się znienacka skończyły. Królowały wirusówki, uciążliwe, acz niegroźne, do tego tajemnicza wysypka, ból korzonków i półpasiec – ot, długie, pracowite popołudnie w przychodni. I byłoby też całkiem zwyczajne, gdyby nie…

Aż nią wzdrygnęło na samo wspomnienie.

Karta informacyjna ze szpitalnego oddziału ratunkowego zawierała wyłącznie suche fakty. Imię, nazwisko, adres zamieszkania, numer PESEL – żywy człowiek w streszczeniu. Do tego międzynarodowa klasyfikacja chorób ICD-10, kod tym razem S11.7. Liczne otwarte rany szyi. Nie obejmuje dekapitacji, bo kod na dekapitację, czy raczej urazową amputację na poziomie szyi, to S18, co natychmiast podsunęła Odzie pamięć, równie usłużnie, co idiotycznie, jak gdyby ktokolwiek po dekapitacji był w stanie zgłosić się do lekarza rodzinnego na kontrolę i zdjęcie szwów.

Chwilę później, z kartą w dłoni, zamyślona Oda Kręciszewska weszła do zabiegowego i zobaczyła człowieka, który krył się za bezosobowymi cyferkami i literkami. W okamgnieniu zapomniała i o niedawnej rozmowie telefonicznej, i o swojej zbłąkanej kozie, czekającej na odbiór u przypadkowego przechodnia.

Facet wyglądał, jak gdyby w ostatniej chwili wyciągnął głowę z paszczy lwa. Cztery szerokie szramy sięgały od żuchwy aż po prawy obojczyk. Goiły się naprawdę ładnie, bez obrzęku czy wysięków, które wymagałyby interwencji, mimo to wciąż robiły upiorne wrażenie. Miał sporo szczęścia, stwierdziła Oda. Cokolwiek zadało mu te rany, mogło go bez trudu zabić, wystarczyło, żeby dosięgło krtani albo tętnicy…

– Panie Tomczak, a pan co znowu nawywijał? – zagaiła pielęgniarka, szykując niezbędny sprzęt, podczas gdy Oda skończyła oględziny i szybko policzyła szwy. Tylko na najkrótszej z ran było ich aż dwanaście…

– Pani Gieniu złociutka… – westchnął na to, zgarbiony na skraju kozetki pod ciężarem niewdzięcznego losu oraz homeopatycznej dawki znieczulenia w płynie. – Pani sobie wyobrazi. Wracam se z roboty, bo widzi pani, pani Gieniu złociutka, ja teraz w Wierzbince za stróża robię, nocnego, bo ja taki z natury mało śpiący – uściślił, wciąż na jednym wydechu. W tym czasie pielęgniarka zdążyła ustawić lampę, Oda zaś umyć ręce, wciągnąć nitrylowe rękawiczki i zabrać się do dzieła. – Więc wracam z roboty, ranny skowronek taki, bo to tuż po ósmej było, aż tu mię nagle potrzeba przyzywa. Więc ja za tą potrzebą przystaję, rower sobie grzecznie o drzewko, co to sobie przy drodze rośnie, no, jak to w lesie, jest las, są drzewa, więc ja ten rower o to drzewko opieram i hyc, w krzaczki, żeby nie świecić przykładem. Więc oddaję się ja, pani Gieniu złociutka, tej potrzebie…

– Głowa bardziej w lewo – poinstruowała Oda. W mocnym świetle lampy jednorazowy skalpel do usuwania szwów puszczał zajączki na suficie i ścianach.

– …i jak nagle kurrr…!!! pani doktór wybaczy… więc jak nagle nie wyskoczy ta cholerna gadzina! Jak mię w pysk nie chlaśnie, że kurrr…!!! Pani doktór wybaczy, ale pani rozumie, to z tych nerw.

– Rozumiem. Jeszcze trochę w lewo… o, tak. I teraz proszę się nie ruszać.

– Więc jak ja się wziąłem zwaliłem w te chaszcze, w te rowy, pani Gieniu złociutka, to mię mało przykładu nie urwało! I ta gadzina w nogi, a ja leżę i się krwią zalewam, jak świniak się zalewam i myślę sobie, że to koniec, Zdzichu, koniec z tobą, takiego cię znajdą, w tych chaszczach, w tych rowach, z przykładem na wierzchu, panie, świeć nad…

– No i co to była za gadzina, panie Tomczak? – przerwała mu pielęgniarka dziwnie wysokim głosem.

– A bo ja wiem, pani Gieniu? Ja tam się nie znam…

– Pies?

– No gdzie pies, jaki pies, co ja psa bym nie poznał? Z palcem w du… pani doktór wybaczy… bym poznał.

– To ryś może?

– A jaki tam znowu ryś! Duże to było, o, takie – wyciągnął rękę mniej więcej na wysokość pasa – tyle że na dwóch nogach. No i ten… rogate takie.

Cudownie ocalały Zdzichu Tomczak snuł dalej swoją opowieść, lecz Oda przestała słuchać, zapatrzona w lśniące ostrze skalpela, który na moment zastygł w powietrzu, ledwie centymetr od następnego szwu.

Rogate…?

– Ten to ma fantazję… – mruknęła pod nosem pani Gienia, gdy już zostały w zabiegowym tylko we dwie.

– Jak pani myśli, co to mogło być? – zapytała Oda. Zdjęła rękawiczki i odkręciła kran nad umywalką w kącie pomieszczenia, żeby zmyć z dłoni własny pot i cudze zarazki, gdyby okazały się na tyle sprytne, by wedrzeć się pod rękawiczkę. – To coś, co go tak poturbowało?

– No jak to co? Pani doktor… – Pielęgniarka aż pokręciła głową nad jej naiwnością. – Pewnie znowu wracał z nocki wcięty, zwalił się w jakieś krzaki i w końcu doigrał. Ja go znam od lat. Mieszka dwa piętra nade mną, nie takie fikołki zdarzało mu się fikać. – Podczas opowiadania krzątała się po zabiegowym, sprzątając odpady i odstawiając sprzęt na miejsce. Wreszcie przystanęła przed lekarką. – No, pani doktor. Przecież to nasz doktor Lewczyński go znalazł i zawiózł na SOR, nie pamięta pani? Spóźnił się wtedy do pracy. A dzień wcześniej szczepił te hiperaktywne trojaczki i w rejestracji już chodziły zakłady, czy mu będzie trzeba podawać czekoladę dożylnie, żeby się z tego podniósł, czy wystarczy doustnie, ewentualnie z haloperidolem.

– Ach, tak. Już pamiętam – przyznała Oda. Rzeczywiście, tak było. Z tamtego spóźnienia wywiązała się potem długa dyskusja na temat najdziwniejszych rzeczy, jakie zrobili sobie pacjenci pod wpływem. Wygrał, i to w cuglach, młody facet, którego kolega z drugiego końca pomieszczenia trafił rzutką prosto w ucho i przebił mu błonę bębenkową. Odetchnęła, gdy poczuła, jak schodzi z niej część napięcia. Najstarsza pielęgniarka Lew-Medu, czasem obcesowa, zawsze jednak rzeczowa i racjonalna, miała kojący wpływ na swoich lekarzy. W sytuacjach podbramkowych umiała złapać rzeczywistość za jaja i ścisnąć, co było szczególnie przydatne podczas wszelkiej maści kontroli. Oda uśmiechnęła się do niej z wdzięcznością, po czym wróciła czym prędzej do swojego gabinetu i skupiła się na pozostałych pacjentach, którzy na nią czekali.

Tyle że trzy wirusówki, pięć skierowań i jednego półpaśca później ponownie spotkały się z panią Gienią w zabiegowym. I nie był to wcale ostatni raz.

S41.0, otwarta rana barku, w komplecie z S40.7, licznymi powierzchownymi urazami barku i ramienia. „Najlepsza kurtka do śmieci, a skórzana była, po bracie, teraz to takich nie robią, pani doktor, wie pani, wszędzie to GMO”.

S01.4, otwarta rana policzka i okolicy skroniowo-żuchwowej. „W pysk dostałem, nawet nie zdążyłem się przyjrzeć, co to w ogóle było, ale skrzeczało jak durne i sypało pierzem”.

S00.7, liczne powierzchowne urazy głowy, wraz z S30.0, stłuczeniem dolnej części grzbietu i miednicy. „Pani doktor, jak mną szarpnęło, jak gruchnęłam na ten asfalt, pani doktor, to ja w pierwszej chwili nawet nie wiedziałam, co mi pękło, czy głowa, czy tyłek…”.

S01.1, otwarta rana powieki i okolicy oczodołowej z uszkodzeniem dróg łzowych, („Pani doktor, ja się w wojsku tyle cebuli nie nakroiłem, co teraz, trzy kilo na zupę pokroiłem za jednym zamachem i nic, ani łzy nie uroniłem! A zwykle płaczę jak dziecko!”), do tego S01.2, otwarta rana nosa, oraz S01.9, otwarta rana głowy, część nieokreślona.

Licząc ze Zdzichem Tomczakiem, najbardziej efektownym z całej piątki, łącznie prawie sto szwów. Jednego dnia.

Kody, nazwiska, urazy i głosy mieszały się teraz w głowie Ody Kręciszewskiej, gdy tak jechała szosą przez wieczorny, grudniowy chłód. Różni ludzie, różne miejsca, różne rany. Każdy z tych przypadków łączyło tylko jedno.

Las.

Zmarszczyła brwi, a jej wzrok spłynął na czortowską głowę w rowerowym kasku, której zarys widziała tuż przed sobą na tle bladej plamy światła. Rogi i wzrost nawet by się zgadzały, ale reszta już nie. Bazyl nie miał pazurów, miał za to nad wyraz czułe serduszko. Ilekroć jechała z Kuleczką do weterynarza na obcięcie pazurów, pół dnia zanosił się płaczem, chociaż i Oda, i Roch, i sama psina, na swój sposób, zapewniali go na wyścigi, że to przecież nic a nic nie boli. Nigdy w życiu nie zaatakowałby człowieka – prędzej na samą myśl zemdlałby z wrażenia.

Ale był dzisiaj w lesie. W lesie, w którym najwyraźniej ostatnio działo się coś złego.

– Bazylku… – Oda ostrożnie, by go nie spłoszyć, przerwała milczenie. – A tak właściwie to co ty dziś robiłeś w tym lesie?

Bardziej poczuła, niż zobaczyła, że mały czort wyprostował się nieznacznie w koszyku, jak gdyby coś go uwierało w ogonek.

– Czosz – odrzekł wymijająco po chwili namysłu.

– Czyli co?

– Czosz… fasznego.

– Czyli?…

– Ne pofjem. To szom pryfatne szprafy. – Rowerem znów lekko zakołysało pod ciężarem wzburzonej czortowskiej godności. – Mam prafo do pryfatnoszczy!

– Oczywisz… oczywiście, że masz. Masz też szczęście, bo ta dzisiejsza przechadzka mogła się skończyć o wiele gorzej. Czy na przyszłość mógłbyś uprawiać prywatność z dala od siedlisk ludzkich?

– Jeden Michałko szedliszka ne czynji – wytknął jej Bazyl, poprawiając kask. – Czo najfyszej pszyczółek.

– Od dawna uprawiasz tę swoją prywatność w lesie?

– Och, ne, dopjero od paru dni.

– I jak ci się podoba? Ten las?

– Ładnje. Ne to czo u nasz, tylko szkały i szkały, i… i jeszcze fjenczej szkał. Duszo, duszo szkał. – Zacmokał. – Tak… I lafa. Fjesz, Odżinko, od lafy fszyszko robi sze chrupkje. Ne to czo w lesze.

– Dusze pokutujących grzeszników też?

Mały czort odwrócił głowę i spojrzał na wiłę ze sceptycyzmem, podkreślonym przez blask latarki, który oświetlał jego pysk od bródki strony.

– Fjesz czo? Pofinenem sze obrażycz. Mamy dfudżeszty pjerfszy fjek, a ty fjeszysz f te bżdury? I czo jeszcze, koczołki z frzonczym magicznym fyfarem?

– Wybacz. Nie chciałam powielać stereotypów.

– Fybaczam – odparł wspaniałomyślnie i szybko uściślił: – Fybaczam, bo idom szfjenta. A szfjenta to czasz fybaczenja.

– I pierniczków.

– Oczyfyszcze!

– Rozumiem twoją potrzebę prywatności, Bazylku – podjęła Oda, pokonawszy ostatni ostry zakręt. – Wolałabym jednak, żebyś nie oddalał się za bardzo od domu.

– Ne jesztem dżeczkem! F czortofszkich latach liczonc…

– Wiem, Bazylku. Wiem. Ale uważaj na siebie, dobrze? I miej oczy dookoła głowy.

– Dopsze, dopsze. Aaa… czemu?

Wiła przecięła szosę i zatrzymała rower na poboczu, u wylotu wąskiej, piaszczystej ścieżki. Na drugim jej końcu stał drewniany dom, wciąż bez prądu, oświetlany blaskiem ledowych lamp na baterie, za to ciepły i przyjazny – dom, w którym czekała stęskniona Kuleczka i zawsze ciepła kaflowa kuchnia, na niej zaś garnuszek wczorajszej zupy i czajnik z wodą na herbatę.

Tyle że aby tam dotrzeć, trzeba było przejechać najpierw przez gęsty, ciemny las, który nagle wydał się Odzie jeszcze gęstszy, jeszcze ciemniejszy niż kiedykolwiek dotąd.

– Bo tu się chyba dzieje coś złego, Bazylku – odparła szeptem, błądząc wzrokiem po nieprzejrzanej ścianie drzew i mroku. – A ja jeszcze nie wiem co.

***

Sobotnim rankiem Odę obudziło ciche, za to uporczywe stukanie. Przez moment sądziła, wciąż otumaniona snami, że ktoś próbuje wbić jej coś do głowy, ewentualnie wybić, i poderwała się gorączkowo. Lecz gdy otrzeźwiała nieco bardziej, połapała się, że dźwięk dobiegał z zewnątrz, zza ściany, do której przysunięte było jej łóżko. Wygrzebawszy się spod kołdry, Oda zgarnęła włosy z twarzy, dźwignęła się na łokciu i wyjrzała przez okno.

Po drugiej stronie, na drabinie, stał Roch. A przynajmniej tak założyła, choć sama nie umiała powiedzieć, jakim sposobem rozpoznała go po tym kawałku człowieka w dżinsach, mniej więcej od kolan po pas. Cóż, istniał bardzo prosty sposób, żeby to sprawdzić. Usiadła na łóżku i zanim dotarło do niej, jaki widok musiała prezentować – wymięta, rozczochrana, sino-blada – z werwą zastukała w szybę.

Człowiek w dżinsach zstąpił szczebel niżej, pochylił się i zajrzał przez okno.

Istotnie, był to Roch. Cóż. Chociaż tyle dobrego, że nie takie maszkary widywał. „I przeżył”, pomyślała Oda z rozbawieniem.

– Ka-wa? – przesylabizowała głośno i wyraźnie, żeby ją usłyszał. Przytaknął krótko i wrócił do wbijania gwoździ.

Kiedy Oda wyłoniła się z sypialni, wykończony prywatnością Bazyl wciąż spał jak zabity – już nie w plastikowym koszu, jak na początku, lecz w porządnym, wiklinowym, i nie na stercie prania, a na poduszce, pod kocykiem z miękkiego akrylu, z Kuleczką wciśniętą pod pachę. Czekając, aż woda w czajniku zacznie wrzeć, Oda przysłuchiwała się ich pochrapywaniu i posapywaniu, chłonęła na zapas tę błogość i beztroskę.

– Nie miałeś dziś jechać do arboretum? Na komisyjne przycinanie… czegoś bardzo rzadkiego, czego nazwy zapewne nigdy sobie nie przypomnę? – zapytała kwadrans potem, gdy Roch schował woreczek z gwoździami do kieszeni bluzy, młotek odłożył na balustradę i usiedli razem na werandzie, każde ze swoim kubkiem.

– Miałem.

Cały Roch, krótko i na temat. Ktoś inny zapewne poczułby się urażony tak zdawkową odpowiedzią albo, co gorsza, uznałby ją za dobry wstęp do rozwinięcia tematu, Odzie jednak nic podobnego nie przyszłoby do głowy. Widać Roch miał powody, by zamiast do arboretum przyjechać tutaj i wbijać gwoździe.

Milczeli zatem, swobodnie i niewymuszenie, bez wyrzutów sumienia, że wypadałoby coś powiedzieć, zanim zrobi się naprawdę niezręcznie, i sącząc gorącą kawę, patrzyli na zielony las. Jak dwoje całkiem zwyczajnych ludzi. Nikt, kto by ich teraz zobaczył, nie podejrzewałby pewnie, że ta kobieta z wietrzykiem igrającym we włosach, które chłonęły wilgoć poranka i skręcały się coraz niesforniej, w rzeczywistości była wiłą, a ten małomówny mężczyzna u jej boku, o młodej twarzy i siwiejących włosach – płanetnikiem. I że nie tak dawno temu, na tej właśnie ziemi, wspólnie przeciwstawili się istocie z piekła rodem, która wynurzyła z mroku rogaty łeb i zapragnęła się tu rozgościć.

Oda poczuła to już wtedy, tamtego sierpniowego ranka, gdy Roch nie zawahał się stanąć u jej boku, a potem z każdym kolejnym tygodniem jedynie utwierdzała się w tym przekonaniu. Łączyło ich coś więcej niż skrywana przed światem nadprzyrodzona natura czy przywiązanie do tej polany pośrodku lasu, z dala od ludzkich spojrzeń i pytań. Pomału, niepostrzeżenie stawał się dla niej tym rodzajem przyjaciela, który nic nie powie, za to podczas huraganu stulecia przejedzie sto kilometrów do najbliższej cukierni i z powrotem, bo chociaż sam unika cukru, to wie, że w każdy drugi czwartek miesiąca lubisz zjeść pączka z różą do popołudniowej kawy.

I że pączek hiszpański to nie pączek.

– Wygląda na świeże – rzuciła Oda, niby to w przestrzeń.

Roch od razu zrozumiał, do czego piła. Rzucił okiem na swoje palce. Opuszki były wyraźnie zaczerwienione, a w paru miejscach utworzyły się pęcherzyki z surowiczym płynem.

– Smarujesz to czymś?

– Tak, pani doktor.

– Hej, ty mi wbijasz gwózdki – zauważyła, co skwitował prychnięciem.

– Więc ty będziesz mi smarować paluszki?

Odstawił kubek z niedopitą kawą i sięgnął po rękawice. Obserwując, jak naciągał je na poranione palce, Oda zmarszczyła brwi.

– Wbijasz wszędzie te gwoździe z jakiegoś konkretnego powodu?

– Dom pracuje. Osiada. Robią się dziury i szpary. – Złapał młotek i zakołysał nim, by na nowo przyzwyczaić dłoń do ciężaru. – Trzeba się ich w końcu pozbyć, żeby ci myszy nie wlazły.

– Już wlazły – odparła beztrosko. – Bazyl nawet uwił im gniazdko w puszce po maślanych ciasteczkach.

Przechyliła głowę i patrzyła na niego, czekając, co powie. Roch popatrzył w niebo. Dobrze znała to, nomen omen, chmurne spojrzenie.

– Idzie śnieg.

To zmieniało postać rzeczy. Nie zadając więcej pytań, Oda odniosła kubki, chwyciła za siekierę i poszła rąbać drwa na zapas.

Bazyl w końcu się obudził i skupił na sprawie najistotniejszej, to jest śniadaniu. Wdział fartuch, przysunął sobie do kuchni drewniany stołeczek ze stopniem i wziął się za smażenie naleśników. Sobotni poranek bez naleśników z dżemem w jego oczach uchodził za profanację weekendu i wstęp do moralnego upadku ludzkości. Nieludzkości też.

Po słodkim śniadaniu Roch i Oda rzucili się z powrotem do pracy, żeby spalić chociaż część tych kalorii, które właśnie wchłonęli. Słońce wspinało się coraz wyżej po błękitnym nieboskłonie. W jego blasku Oda, choć jak zawsze z wichrem we włosach, do tego zziajana i zgrzana, wydawała się promienieć.

W pewnym momencie uświadomiła sobie, że od dłuższej chwili nie słyszała już za sobą stukotu wbijanych gwoździ. Rzuciła rozrąbany klocek na stertę, odwróciła się w kierunku domu i spostrzegła, że Roch stał nieruchomo i się jej przyglądał.

– Wszystko gra? – zawołała.

Nie odpowiedział. Zamiast tego zebrał narzędzia i wrzucił na tył nieśmiertelnej białej półciężarówki, którą jeździł.

Zanim zaskoczona Oda podeszła do niego, zdążył już wsiąść za kierownicę.

– Hej! O co chodzi?

Omiótł przelotnie jej postać, postawną, w różowych glanach i popielatym swetrze o fasonie worka na ziemniaki, po czym zatrzymał wzrok na siekierze, którą wciąż ściskała w dłoni.

– To nie to, co myślisz. Przysięgam! – zaśmiała się Oda. Widziała po płanetniku, że walczył z myślami, które kłębiły się w jego głowie, tylko nijak nie chciały dotrzeć do ust.

Wreszcie rzekł, nie patrząc przy tym w jej stronę:

– Przejeżdżałem wczoraj koło przychodni. Wieczorem. Chyba późno kończyłaś.

– Ach, tak. Krzyś prosił, żebym została dłużej. Przy tej pogodzie ludzie smarczą na potęgę. Wiesz, rano ubierają się jak na wielkie zlodowacenie, a w południe ociekają potem, ale szaliczka nie zdejmą, no bo przecież grudzień. – Uśmiechnęła się, chyba trochę nerwowo. Ale dlaczego? I dlaczego nagle zaczęła tak trajkotać jak ostatnia idiotka?…

– Krzyś?

– Szef.

– Aha. No tak.

Roch zapiął pas i odpalił silnik.

– No? Co?

– Ja nie mówię o swoim szefie per Krzyś.

– Może dlatego, że nie masz szefa! – odparowała, lecz tych słów już Roch nie usłyszał, bo jego samochód właśnie znikał między drzewami.