Wydawca: Wydawnictwo Albatros Kategoria: Fantastyka i sci-fi Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 60000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
14 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 437 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Oczy smoka - Stephen King

Kiedy w królestwie Delain ginie dobry król Roland, o otrucie władcy zostaje oskarżony jego syn Peter, następca tronu. W rzeczywistości winny zbrodni jest królewski czarnoksiężnik Flagg, jeden z największych żyjących magów. Człowiek, który tysiąc lat swego życia spędził na studiowaniu Wielkiej Księgi Zaklęć. Flagg zrobi wszystko, by władzę objął Thomas, młodszy syn Rolanda. Peter zostaje aresztowany, osądzony i skazany na dożywotnie więzienie w celi na szczycie Iglicy. Flagg obejmuje stanowisko doradcy nowego króla  Thomasa. Szepcząc młodzieńcowi na ucho, spiskując i knując, zły czarodziej przejmuje stopniowo władzę nad całym państwem. Z lubością oddaje się swoim ukochanym rozrywkom: prowokuje konflikty, przygląda się rozlewowi krwi... Do czasu, gdy prawowity następca tronu ucieka z wieży, by stawić mu czoła. Tylko Peter może ocalić Delain od horroru, jaki szykuje sadystyczny mag. Jeśli mu się nie uda, drugiej szansy nie będzie...

Opinie o ebooku Oczy smoka - Stephen King

Cytaty z ebooka Oczy smoka - Stephen King

Ale możecie nie wiedzieć, że taki niepokój zaczyna po pewnym czasie żywić się samym sobą. Nawet jeśli na początku poczucie, że się do czegoś nie nadajecie, nie jest zgodne z  prawdą, z  czasem może się nią stać. Tak właśnie było z  Rolandem, który z  upływem lat polegał coraz bardziej na Flaggu.

Fragment ebooka Oczy smoka - Stephen King

Okładka

O książce

Strona tytułowa

O autorze

Tego autora

Strona redakcyjna

Dedykacja

1

2

3

4

5

6

7

8

9

10

11

12

13

O książce

Historia dla dzieci i dorosłych – o smokach, dwugłowych papugach, magii, królach i książętach

Nawiązująca do klasycznych baśni powieść fantasy, w której pojawia się postać czarnoksiężnika znana z Bastionu i cyklu Mroczna Wieża

W Oczach smoka Stephen King udowadnia, że świetnie sobie radzi z każdą konwencją literacką.

Król nie żyje, zatruty Smoczym Piaskiem, na który nie ma lekarstwa…

Po śmierci dobrego króla Rolanda wybrany przez niego następca, starszy syn Peter, zostaje oskarżony o otrucie ojca zamknięty w celi na szczycie wieży. Tymczasem winny zbrodni jest czarnoksiężnik Flagg, który ma swój plan. Chce osadzić na tronie młodszego brata Petera i zostać jego doradcą. Przejmując stopniowo władzę nad królestwem Delainu, oddaje się swoim ulubionym rozrywkom – prowokuje konflikty, przygląda się rozlewowi krwi… Do czasu aż prawowity następca tronu ucieka z wieży, by stawić mu czoła…

STEPHEN KING

Wybitny pisarz amerykański, nazywany Królem Horroru, został w 2003 r. uhonorowany prestiżową nagrodą literacką National Book. Światową sławę przyniosła mu wydana w 1973 r. powieść Carrie. Kolejne utwory – powieści, zbiory opowiadań i komiksy – opublikowano w setkach milionów egzemplarzy i przełożono na kilkadziesiąt języków. Są wśród nich tak znane książki, jak: Lśnienie, Sklepik z marzeniami, Bastion, Zielona Mila, Desperacja, Komórka, Uciekinier, Pod kopułą, Czarna bezgwiezdna noc, To, Cujo, Pan Mercedes, Znalezione nie kradzione i ośmiotomowy cykl fantasy Mroczna Wieża.

Proza Kinga należy do najczęściej ekranizowanych, a wśród reżyserów, którzy podejmowali się tego zadania, znaleźli się Brian de Palma, Stanley Kubrick czy David Cronenberg.

Pod pseudonimem Richard Bachman King opublikował siedem powieści.

Na podstawie Pana Mercedesa – odznaczonego Edgar Allan Poe Award dla najlepszego kryminału 2014 r. – powstaje miniserial w reżyserii Jacka Bendera (twórcy Lost).

www.stephenking.coma>www.stephenking.pla>

Tego autora w Wydawnictwie Albatros

ROSE MADDERDOLORES CLAIBORNEGRA GERALDADESPERACJAREGULATORZYSKLEPIK Z MARZENIAMIBEZSENNOŚĆZIELONA MILAMARZENIA I KOSZMARYKOMÓRKACZWARTA PO PÓŁNOCYCHUDSZYTOBASTIONOCZY SMOKAPO ZACHODZIE SŁOŃCACZTERY PORY ROKUUCIEKINIERCZARNA BEZGWIEZDNA NOCCUJOPODPALACZKAROK WILKOŁAKAMROCZNA POŁOWAWOREK KOŚCIDZIEWCZYNA, KTÓRA KOCHAŁA TOMA GORDONANOCNA ZMIANAŁOWCA SNÓWOSTATNI BASTION BARTA DAWESABLAZEPAN MERCEDESZNALEZIONE NIE KRADZIONEMROCZNA WIEŻAROLAND(oraz SIOSTRZYCZKI Z ELURII)POWOŁANIE TRÓJKIZIEMIE JAŁOWECZARNOKSIĘŻNIK I KRYSZTAŁWIATR PRZEZ DZIURKĘ OD KLUCZAWILKI Z CALLAPIEŚŃ SUSANNAHMROCZNA WIEŻAPowieści graficzne MROCZNA WIEŻANARODZINY REWOLWEROWCADŁUGA DROGA DO DOMUZDRADAUPADEK GILEADBITWA O JERICHO HILLPOCZĄTEK PODRÓŻYSIOSTRZYCZKI Z ELURIIBITWA O TULLWyłącznie jako audiobook i e-bookStephen King, Joe HillW WYSOKIEJ TRAWIEStephen King, Stewart O’NanTWARZ W TŁUMIE

Tytuł oryginału:THE EYES OF THE DRAGON

Copyright © Stephen King 1987All rights reserved

Polish edition copyright © Wydawnictwo Albatros Andrzej Kuryłowicz s.c. 2014

Polish translation copyright © Sylwia Twardo 2010

Redakcja: Dorota Stańczak

Ilustracja na okładce: Dariusz Kocurek

Opracowanie graficzne okładki: Wydawnictwo Albatros Andrzej Kuryłowicz s.c.

ISBN 978-83-7985-280-2

WydawcaWYDAWNICTWO ALBATROS ANDRZEJ KURYŁOWICZ S.C.Hlonda 2a/25, 02-972 Warszawawww.wydawnictwoalbatros.com

Niniejszy produkt jest objęty ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że publiczne udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych – jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

Przygotowanie wydania elektronicznego: Michał Nakoneczny, 88em.eu

Poświęcam tę książkęswojemu serdecznemu przyjacielowi Benowi Straubowioraz córce Naomi King

1

Dawno, dawno temu, w kraju zwanym Delain, żył sobie król, który miał dwóch synów. Delain było bardzo starym królestwem i miało już setki władców, a może i całe tysiące; jeśli coś trwa dostatecznie długo, nawet historycy nie potrafią spamiętać wszystkiego. Roland Dobry nie był ani najlepszym, ani najgorszym władcą, jaki rządził tym krajem. Bardzo starał się nie wyrządzić nikomu krzywdy — i w zasadzie to mu się udawało. Pragnął też dokonywać wielkich czynów, ale, niestety, pod tym względem raczej się królowi nie wiodło. W rezultacie był poślednim władcą; wątpił, czy po śmierci będzie długo pamiętany. A śmierć mogła nastąpić w każdej chwili, bo postarzał się i szwankowało mu serce. Został Rolandowi może rok, a może trzy lata życia. Każdy, kto go znał, i każdy, kto przyjrzał się jego poszarzałej twarzy i drżącym rękom, zgadzał się, że najdalej za pięć lat nowy król zostanie ukoronowany na wielkim placu u stóp Iglicy… i że będzie to łaska boska, jeśli nie stanie się to wcześniej. Tak więc wszyscy w królestwie, od najbogatszego barona i najbardziej wystrojonego dworaka po najuboższego chłopa poddanego i jego obdartą żonę, myśleli i mówili o następcy tronu, starszym synu Rolanda, Peterze.

Jeden człowiek zaś myślał, planował i głowił się nad innym problemem: jak sprawić, żeby młodszy syn Rolanda, Thomas, został władcą zamiast Petera. Człowiekiem tym był królewski czarnoksiężnik Flagg.

2

Chociaż Roland był stary — przyznawał się do siedemdziesiątki, ale z pewnością przekroczył już ten wiek — jego synowie mieli niewiele lat. Król ożenił się późno, gdyż nie spotkał kobiety, która by mu się spodobała, a jego matka, wielka królowa wdowa z Delainu, wydawała się Rolandowi i wszystkim innym, nie wyłączając jej samej, osobą nieśmiertelną. Rządziła królestwem już pięćdziesiąt lat, gdy pewnego dnia podczas podwieczorku włożyła do ust świeżo ukrojony kawałek cytryny, aby złagodzić kłopotliwy kaszel, który dokuczał jej w ciągu ostatniego tygodnia, a może trochę dłużej. Ów podwieczorek uświetniał, ku rozrywce królowej wdowy i jej dworu, pewien żongler. Zręcznie manipulował pięcioma sprytnie wykonanymi kryształowymi kulami. Dokładnie w chwili gdy królowa wkładała sobie do ust plasterek cytryny, żongler upuścił jedną ze swych szklanych piłeczek. Roztrzaskała się na kamiennej posadzce wielkiej Sali Wschodniej z głośnym hukiem. Zaskoczona tym królowa wdowa wciągnęła powietrze, a jednocześnie do tchawicy wpadł jej kawałek cytryny, którym się udławiła. Cztery dni po jej śmierci odbyła się koronacja Rolanda na placu Iglicy. Żongler jej nie oglądał, gdyż trzy dni wcześniej został ścięty na katowskim pniu, umieszczonym na tyłach Iglicy.

Król bez następców wywołuje u wszystkich niepokój, zwłaszcza gdy liczy sobie pięćdziesiąt lat i dobrze już wyłysiał. Tak więc w żywotnym interesie Rolanda leżało jak najprędzej się ożenić i mieć wkrótce potomka. Jego najbliższy doradca, Flagg, jasno mu to wykazał. Ponadto uzmysłowił władcy, że osiągnąwszy lat pięćdziesiąt, ma niewiele czasu na spłodzenie następcy. Flagg poradził królowi, żeby szybko brał sobie żonę, nie czekając na damę ze szlachetnego rodu, która mu się spodoba. Jeśli dama taka mu się nie trafiła, zanim dobiegł pięćdziesiątki, powiedział Flagg, to prawdopodobnie nie pojawi się już nigdy.

Roland docenił mądrość tej rady i zgodził się z nią, nie mając ani przez moment pojęcia, że Flagg, osobnik o rzadkich włosach i bladej twarzy, prawie zawsze ukrytej pod kapturem, wiedział o jego najtajniejszym sekrecie: król nigdy nie spotkał pani swoich snów, albowiem nigdy naprawdę o niej nie marzył. Kobiety napawały go niepokojem. I nigdy nie podobała mu się czynność, dzięki której w brzuchach kobiet pojawiają się dzieci. Czynność ta również budziła w nim uczucie niepewności.

Dostrzegł jednakże mądrość zawartą w radach czarnoksiężnika i sześć miesięcy po pogrzebie królowej wdowy w Delainie odnotowano znacznie szczęśliwsze wydarzenie — zaślubiny króla Rolanda z Sashą, kobietą, która miała zostać matką Petera i Thomasa.

Rolanda nie darzono ani miłością, ani nienawiścią, Sashę natomiast kochali wszyscy. Gdy umarła przy urodzeniu drugiego syna, królestwo ogarnęła najczarniejsza żałoba, która trwała przez rok i dzień. Sasha była jedną z sześciu kandydatek na żonę, które Flagg podsunął królowi. Roland nie znał żadnej z nich, a wszystkie należały do tej samej klasy i grupy majątkowej. W żyłach ich wszystkich płynęła też szlachecka krew, lecz żadna z dam nie wywodziła się z królewskiego rodu; każda była łagodna, przyjemna i cicha. Flagg nie sugerował nikogo, kto mógłby zająć jego miejsce w pobliżu królewskiego ucha. Roland wybrał Sashę, gdyż zrobiła wrażenie najcichszej i najłagodniejszej z całej szóstki i budziła w nim najmniejszy lęk. Pobrali się więc. Sasha pochodziła z Zachodniej Baronii (bardzo niewielkiej) i miała lat siedemnaście, o trzydzieści trzy mniej niż jej mąż. Przed nocą poślubną nigdy nie widziała mężczyzny bez spodni. Gdy przy owej okazji ujrzała sflaczały członek swego małżonka, spytała z wielkim zainteresowaniem: „Co to jest, mężu?”. Gdyby powiedziała cokolwiek innego albo zadała pytanie nieco innym tonem, wydarzenia tamtej nocy, a zarazem cała ta historia mogłyby przybrać zupełnie inny bieg; pomimo specjalnego napoju, który Flagg dał królowi godzinę wcześniej, pod sam koniec uczty weselnej, Roland mógłby po prostu dyskretnie zwiać. Ale ujrzał swą żonę dokładnie taką, jaka była — bardzo młodą dziewczynę, która wiedziała jeszcze mniej na temat robienia dzieci niż on sam, i zauważył też, że usta jej wyrażają życzliwość, więc pokochał ją, jak wszyscy inni w Delainie mieli ją pokochać.

— To Żelazo Króla — powiedział.

— Nie jest podobne do żelaza — orzekła z powątpiewaniem Sasha.

— Jeszcze nie jest wykute — odparł.

— Aha, a gdzie kuźnia?

— Jeśli mi zaufasz — powiedział, kładąc się do łóżka obok niej — pokażę ci, bo sprowadziłaś ją z sobą z Zachodniej Baronii, chociaż nic o tym jeszcze nie wiesz.

3

Lud Delainu pokochał królową Sashę, bo była dobra i życzliwa. To ona założyła Wielki Szpital, to ona tak długo płakała nad okrucieństwem szczucia niedźwiedzi, aż król wreszcie go zakazał, ona też wybłagała umorzenie podatków królewskich w roku wielkiej suszy, gdy nawet liście Wielkiego Starego Drzewa poszarzały. Czy Flagg knuł przeciwko niej, zapytacie? Z początku nie. Sprawy te z jego punktu widzenia nie znaczyły prawie nic, albowiem był on prawdziwym czarnoksiężnikiem i żył już od setek lat.

Pozwolił więc nawet na umorzenie podatków, gdyż rok wcześniej flota Delainu zmiotła z powierzchni ziemi piratów anduańskich, którzy dręczyli południowe wybrzeża królestwa od ponad stu lat. Czaszka króla Andui szczerzyła zęby z pala umieszczonego za murami pałacu, a skarbiec Delainu wzbogacił się o liczne łupy. Przy ważniejszych problemach, sprawach wagi państwowej, nadal to usta Flagga znajdowały się najbliżej ucha króla Rolanda, więc z początku Flagg był zadowolony.

4

Chociaż Roland pokochał swoją żonę, nigdy nie udało mu się polubić tej czynności, którą większość mężczyzn uważa za tak przyjemną, czynności, dzięki której na świecie pojawia się zarówno najnędzniejszy kuchcik, jak i następca najwyższego tronu. Roland udawał się na spoczynek do innej sypialni niż Sasha i rzadko odwiedzał żonę. Wizyty jego zdarzały się nie więcej niż pięć, sześć razy w roku, a czasami w kuźni w ogóle nie udawało się wykuć żelaza mimo stosowania coraz mocniejszych napojów Flagga i mimo niezłomnej słodyczy Sashy.

Jednak cztery lata po ślubie w jej łożu zrobiono Petera. Tej właśnie nocy Roland nie potrzebował napoju Flagga, zielonego i pienistego trunku, który zawsze przyprawiał króla o lekki zawrót głowy, jakby postradał zmysły. Owego dnia monarcha polował w rezerwacie razem z dwunastoma swoimi ludźmi.

Polowanie było tym, co Roland lubił najbardziej — zapach lasu, rześki posmak powietrza, dźwięk rogu, dotyk łuku, gdy opuszcza go strzała zmierzająca właściwym torem. W Delainie znano proch, ale stanowił on rzadkość, a polowanie z metalową rurą uważano zawsze za niskie i niegodne.

Sasha czytała w łóżku, gdy król przyszedł do niej z wyrazem radości na swej czerstwej, brodatej twarzy. Zaraz odłożyła książkę na pierś i słuchała z uwagą, jak opowiadał, gestykulując. Pod koniec cofnął się, żeby pokazać, jak napiął łuk i wystrzelił Młot na Wrogów — wielką strzałę swego ojca — w poprzek niewielkiej dolinki. Wtedy ona zaśmiała się, klasnęła w dłonie i tym zdobyła sobie jego serce.

Rezerwat Królewski był już prawie całkiem przetrzebiony. W tamtych cywilizowanych latach rzadko znajdowano w nim większe sztuki zwierzyny płowej, a od niepamiętnych czasów wcale nie spotykano smoków. Większość ludzi śmiałaby się, gdyby im powiedziano, że na to mityczne stworzenie można by się natknąć w owym nudnym lesie. Ale tamtego dnia, na godzinę przed zachodem słońca, gdy Roland i jego drużyna już mieli wracać do domu, właśnie wtedy znaleźli… a raczej zostali znalezieni.

Smok niezdarnie wyłonił się z krzaków, z trzaskiem łamiąc gałęzie. Miał lśniące zielonkawomiedziane łuski i ział ogniem z osmalonych nozdrzy. Nie był to bynajmniej mały smok, lecz samiec przed pierwszym wytopem. Większa część drużyny króla zamarła, nie mogąc napiąć cięciwy ani się nawet poruszyć.

Stwór przyglądał się myśliwym — jego zazwyczaj zielone oczy zrobiły się żółte. Zatrzepotał skrzydłami. Nie odleciał jednak — w ciągu najbliższych pięćdziesięciu lat i przez dwa wytopy jego skrzydła nie zdołają unieść ciężaru ciała w powietrze — lecz niemowlęca błonka, która utrzymuje je przy ciele smoka, dopóki nie ukończy on dziesięciu albo dwunastu lat, opadła już i jeden ich ruch wytworzył podmuch, na skutek którego główny łowczy spadł z konia, przewracając się na plecy i gubiąc róg.

Roland jedyny nie poddał się bezwładowi i choć był zbyt skromny, żeby powiedzieć to żonie, jego następne działania cechowało prawdziwe bohaterstwo, jak również zapał myśliwski. Smok mógłby spokojnie upiec żywcem większość zaskoczonej drużyny, gdyby nie szybka akcja monarchy. Skłonił on swego konia do zrobienia kilku kroków naprzód i nasadził na cięciwę wielką strzałę. Napiął łuk i strzelił. Grot trafił prosto w cel — jedyne miękkie, skrzelowate miejsce poniżej gardła, przez które smok wciąga powietrze do wytwarzania ognia. Paskuda padła martwa, podpalając ostatnim oddechem krzaki dookoła siebie. Paziowie szybko ugasili ogień, niektórzy wodą, inni piwem, a niejeden moczem — lecz gdy się nad tym zastanowić, większość moczu też była piwem, bo Roland, udając się na polowanie, zabierał z sobą mnóstwo tego trunku i nikomu go nie skąpił.

Ogień został ugaszony w pięć minut, a smoka wypatroszono w piętnaście. Można było jeszcze zagotować wodę nad jego dymiącymi nozdrzami, gdy złożono na ziemi wnętrzności. Ociekające krwią serce o dziewięciu komorach zaniesiono z wielką ceremonią Rolandowi. Zjadł je na surowo, jak nakazywał zwyczaj, i bardzo mu smakowało. Żałował tylko, że chyba już nigdy więcej nic podobnego się nie przydarzy.

Może właśnie to serce uczyniło go tak silnym tej nocy. Może wystarczyły radość polowania i świadomość, że zadziałał szybko i z zimną krwią, gdy inni siedzieli jak ogłupiali w siodłach (oczywiście poza głównym łowczym, który ogłupiały leżał na wznak). Jakikolwiek był tego powód, gdy Sasha klasnęła w ręce i zawołała: „Cudownie, mój dzielny mężu!”, niemal wskoczył do łóżka. Małżonka powitała go z otwartymi ramionami i uśmiechem, który odzwierciedlał jego triumf. Tej nocy po raz pierwszy i ostatni Roland cieszył się uściskami swej żony na trzeźwo. Dziewięć miesięcy później — jeden miesiąc na każdą komorę smoczego serca — w tym samym łożu urodził się Peter, a w całym królestwie zapanowała radość; poddani mieli wreszcie następcę tronu.

5

Myślicie pewnie — jeżeli chciało się wam nad tym zastanowić — że po narodzinach Petera Roland przestał używać dziwnego zielonego napoju Flagga. Nic podobnego. Nadal popijał go od czasu do czasu. Czynił tak, gdyż kochał Sashę i chciał jej sprawić przyjemność. Gdzieniegdzie uważa się, że seks daje zadowolenie tylko mężczyznom, a kobiety rade są, gdy się je zostawia w spokoju. Ale lud Delainu nie hołdował takim dziwacznym poglądom — zakładano, że kobiecie również sprawia satysfakcję uczestnictwo w akcie, dzięki któremu na ziemi pojawiają się najmilsze stworzenia. Roland zdawał sobie sprawę, że nie poświęca żonie należytej uwagi w tej dziedzinie, ale postanowił dołożyć wszelkich starań, nawet jeśli oznaczało to zażywanie napoju Flagga. Jeden tylko Flagg wiedział, jak rzadko król udawał się do łożnicy swej małżonki.

Jakieś cztery lata po urodzeniu Petera, w noc Nowego Roku, nawiedziła Delain ogromna zamieć. Była to największa burza śnieżna, jaka kiedykolwiek przeszła nad krajem za ludzkiej pamięci, poza jeszcze jedną — ale o tym później.

Kierując się impulsem niezrozumiałym nawet dla samego siebie, Flagg przygotował królowi napój o podwójnej mocy — może to wiatr tak na niego podziałał. Normalnie Roland skrzywiłby się z niesmakiem i prawdopodobnie odstawiłby miksturę, ale zamieć wywołała podniecenie, dzięki któremu bal noworoczny był szczególnie wesoły, a Roland się upił. Ogień płonący w kominku przypomniał mu ostatni, gorący oddech smoka, więc król wiele razy przepijał do swego portretu, umieszczonego na ścianie. Gdy w końcu jednym haustem pochłonął zielony napój, opadło go złe pożądanie. Opuścił natychmiast salę jadalną i odwiedził Sashę. Usiłując się z nią kochać, sprawił jej ból.

— Mężu, proszę! — wykrzyknęła wśród łkań.

— Przepraszam — wymamrotał. — Chrrr… — Leżąc obok niej, zapadł w ciężki sen i pozostawał bez świadomości przez następnych dwadzieścia godzin. Sasha nigdy nie zapomniała dziwnego zapachu, wydobywającego się z ust męża tamtej nocy. Przypominał woń gnijącego mięsa, odór śmierci. Co też takiego, zastanawiała się, on zjadł… albo wypił?

Roland nigdy więcej nie dotknął napoju Flagga, ale czarnoksiężnik i tak był zadowolony. Dziewięć miesięcy później Sasha urodziła Thomasa, swojego drugiego syna. Zmarła przy porodzie. Takie rzeczy się zdarzały i chociaż zasmuciło to wszystkich, nikt się nie dziwił. Wydawało im się, że wiedzą, co się stało. Ale jedynymi ludźmi, którzy znali prawdziwe okoliczności, byli Anna Crookbrows, położna, i Flagg, królewski czarnoksiężnik. Cierpliwość bowiem Flagga do Sashy i jej wtrącania się w nie swoje sprawy w końcu się wyczerpała.

6

Peter miał zaledwie pięć lat, gdy zmarła jego matka, ale zachował ją w serdecznej pamięci. Uważał, że była miła, kochająca i dobra. Ale pięć lat to młody wiek, więc pamiętał ją mgliście. Zostało mu tylko jedno wyraźne wspomnienie — jak został przez nią skarcony. Znacznie później wspomnienie owej krytycznej uwagi okazało się dla niego niezmiernie ważne. A związane było z serwetką.

Na początku każdego piątego miesiąca roku na dworze odbywała się uczta ku czci wiosennych nasadzeń. Gdy Peter miał pięć lat, po raz pierwszy pozwolono mu wziąć w niej udział. Obyczaj nakazywał, żeby Roland siedział u szczytu stołu, następca tronu po jego prawej ręce, a królowa na drugim końcu. W rezultacie Peter miał podczas posiłku znaleźć się poza jej zasięgiem, więc Sasha starannie pouczyła syna zawczasu, jak ma się zachowywać. Chciała, żeby dobrze wypadł i wykazał się przyzwoitymi manierami. No i oczywiście wiedziała, że podczas uczty będzie zdany na własne siły, jako że jego ojciec nie miał pojęcia o właściwym zachowaniu.

Niektórzy z was zapytają, dlaczego zadanie uczenia Petera dobrych manier spadło na Sashę. Czyżby chłopak nie miał guwernantki? (Miał, i to dwie). Czy nie było służących, którzy obsłużyliby książątko? (Całe zastępy). Sztuka polegała nie na tym, żeby zmusić ich do zajęcia się Peterem, ale żeby trzymać ich od niego z daleka. Sasha chciała sama go wychowywać, a w każdym razie o tyle, o ile się dało. Kochała syna gorąco i pragnęła mieć go przy sobie ze swoich własnych, egoistycznych powodów. Ale również zdawała sobie sprawę, że jego wychowanie to poważna odpowiedzialność. Chłopczyk miał pewnego dnia zostać królem, a Sasha nade wszystko chciała, żeby był dobry. Dobry chłopiec, jak sądziła, stanie się dobrym królem.

Wielkich uczt w Sali Głównej nie cechował szczególny ład i większość nianiek nie martwiłaby się o to, jak chłopczyk zachowa się przy stole. „Przecież kiedyś zostanie królem!” — powiedziałyby nieco zaskoczone pomysłem, że należy korygować jego poczynania w tak trywialnych sprawach. Czy to ważne, że rozleje sos? Albo że nakapie sobie na kryzę, czy też nawet wytrze o nią ręce? Czyż dawnymi czasy nie zdarzało się, iż król Alain wymiotował na talerz, a potem rozkazywał swemu trefnisiowi podejść bliżej i zjeść „tę pyszną gorącą zupkę”? Czyż król John nie miał zwyczaju odgryzać łebków żywym pstrągom i wrzucać ich trzepoczących się ciał za staniki usługującym przy stole dziewkom? Czyż ta uczta nie zakończy się jak zwykle tym, że jej uczestnicy zaczną się obrzucać jedzeniem?

Niewątpliwie tak mogło się stać, ale gdy obyczaje zniżyły się do poziomu ciskania potrawami, Peter dawno już leżał w łóżku. Sashy nie podobało się przede wszystkim podejście wyrażone w słowach „czy to ważne”. Uważała, że to najgorsze przekonanie, jakie może utkwić w głowie dziecka, którego przeznaczeniem jest zostać królem.

Tak więc Sasha udzieliła chłopcu dokładnych wskazówek, a potem obserwowała z uwagą jego zachowanie i maniery — i to było w porządku, ponieważ zachowywał się w większości wzorowo. Ale wiedziała, że nikt poza nią nie powie mu, jakie popełnił błędy, i że ona sama musi uczynić to teraz, w krótkim okresie, gdy chłopak ją uwielbia. Tak więc kiedy skończyła go chwalić, powiedziała:

— Jedną rzecz zrobiłeś źle, Pete, i nie chcę, żeby się to kiedykolwiek powtórzyło.

Peter leżał w łóżeczku, a jego ciemnoniebieskie oczy spojrzały na nią z powagą.

— Co takiego, mamo?

— Nie użyłeś serwetki — powiedziała. — Zostawiłeś ją złożoną obok talerza, a ja patrzyłam na to z przykrością. Jadłeś kurczaka palcami i to jest w porządku, bo tak właśnie należy go jeść. Ale kiedy odłożyłeś kostki na talerz, wytarłeś palce w koszulę, a tak robić nie wypada.

— Ale ojciec… i pan Flagg… i inni panowie…

— Do licha z Flaggiem i do licha ze wszystkimi panami w Delainie! — wykrzyknęła Sasha z taką mocą, że Peter aż się skulił w łóżku. Bał się i wstydził, że przez niego na jej policzkach zakwitł rumieniec. — To, co robi twój ojciec, król, jest w porządku, bo wszystko, co robi król, jest zawsze właściwe. Ale Flagg nie jest królem, bez względu na to, jak bardzo by chciał, i panowie nie są królami, i ty też nie jesteś królem, tylko małym chłopcem, który nie zawsze potrafi się właściwie zachować.

Zobaczyła, że syn się przestraszył, i uśmiechnęła się uspokajająco. Położyła mu dłoń na czole.

— Nie bój się, Pete. — Pogłaskała go. — To drobiazg, ale ważny, bo gdy nadejdzie czas, zostaniesz królem. A teraz przynieś swoją tabliczkę.

— Ale pora spać…

— Do licha ze spaniem. Może poczekać. Biegnij po tabliczkę.

Peter usłuchał.

Sasha wzięła kredę umocowaną z boku i starannie wyrysowała trzy litery.

— Potrafisz przeczytać to słowo, Peter?

Chłopiec skinął głową. Umiał przeczytać tylko kilka słów, chociaż znał już większość dużych liter. A to było właśnie jedno z tych słów.

— Tu jest napisane BÓG.

— Tak. A teraz napisz to wspak i zobacz, co uzyskasz.

— Wspak? — zapytał z powątpiewaniem Peter.

— Właśnie.

Peter napisał, jak mu kazano, a litery, jakie stawiał, wyglądały dziecinnie i koślawo w porównaniu ze starannym pismem matki. Ze zdziwieniem zobaczył, że napisał inne słowo z liter, które znał.

— Pies!1. Mamo! To pies!

— Tak jest. Pies. — Smutek w jej głosie natychmiast zgasił podniecenie Petera. Matka wskazała najpierw na słowo BÓG, a potem na PIES. — To są dwie natury człowieka — powiedziała. — Nigdy o nich nie zapominaj, bo pewnego dnia zostaniesz królem, a królowie rosną wysocy, tak wysocy jak smoki po dziewiątym wytopie, i stają się wielcy.

— Ojciec nie jest ani wielki, ani wysoki — zaprotestował Peter. Roland w rzeczywistości był raczej niski i miał krzywe nogi, a ponadto potężny brzuch, który urósł mu od ciągłego popijania piwa i miodu.

Sasha się uśmiechnęła.

— A jednak jest. Królowie rosną niewidocznie, Pete, i dzieje się to w jednej chwili, gdy stojąc na placu Iglicy, ujmują berło, a głowę ich wieńczy korona!

— Naprawdę? — Oczy Petera stały się wielkie i okrągłe. Chłopiec pomyślał, że rozmowa odbiegła daleko od jego zaniedbania w sprawie użycia serwetki podczas bankietu, ale wcale nie żałował, że kłopotliwy temat został zastąpiony tak ciekawym. Ponadto postanowił już sobie, że nigdy więcej nie zapomni o serwetce. Skoro jest to tak ważne dla matki, stanie się tak samo ważne i dla niego.

— O tak. Królowie rosną ogromnie i dlatego muszą być bardzo ostrożni, bo tak wielka osoba może zgnieść mniejsze, po prostu idąc na spacer, odwracając się lub nagle siadając w niewłaściwym miejscu. Źli królowie często w ten sposób postępują. Myślę też, że nawet dobrzy królowie nie zawsze mogą uniknąć czegoś takiego.

— Chyba nie rozumiem…

— To słuchaj dalej. — Znów postukała w tabliczkę. — Nasi kapłani mówią, że natura ludzka częściowo wywodzi się od Boga, a częściowo od Koźlonogiego. Wiesz, kto to jest Koźlonogi, Peter?

— Diabeł.

— Tak. Ale poza opowieściami mało jest na świecie diabłów, Pete, najczęściej źli ludzie przypominają raczej psy niż diabły. Psy to stworzenia przyjazne, ale głupie, podobnie jak mężczyźni i kobiety, kiedy się upiją. Gdy są podniecone i czegoś nie rozumieją, mogą ugryźć. Gdy ludzie bywają podekscytowani i nie pojmują, o co chodzi, zaczynają się bić. Psy to świetne zwierzęta domowe, bo są wierne, ale jeśli istota ludzka nie jest niczym więcej niż zwierzak, to, moim zdaniem, kiepski z niej człowiek. Psy bywają odważne, ale bywają też tchórzami wyjącymi w mroku i umykającymi z podwiniętym ogonem. Pies gotów jest lizać rękę zarówno złego, jak i dobrego pana, gdyż nie zna różnicy między dobrem a złem. Pies zje pomyje, zwymiotuje to, czego jego żołądek nie zniesie, i przyjdzie po więcej.

Zamilkła na chwilę, być może zastanawiając się, co też właśnie dzieje się na sali bankietowej — kobiety i mężczyźni pewnie ryczą pijackim śmiechem, rzucają w siebie jedzeniem, a od czasu do czasu odwracają się niedbale, żeby zwymiotować koło swoich krzeseł. Roland zachowywał się podobnie, co czasami ją zasmucało, ale nie krytykowała go za to ani nie czyniła mu wyrzutów. Taki był. Mógłby obiecać, że się zmieni, żeby jej sprawić przyjemność, a nawet mógłby wprowadzić obietnicę w czyn, ale wtedy przestałby być sobą.

— Rozumiesz to, Peter?

Chłopiec kiwnął głową.

— Świetnie. To teraz powiedz mi — pochyliła się do niego — czy pies używa serwetki?

Upokorzony i zawstydzony Peter spojrzał na kołdrę i pokręcił głową. Najwyraźniej rozmowa nie odbiegła wcale od tematu, choć tak mu się wydawało. Może dlatego, że wieczór obfitował we wrażenia, a może dlatego, że chłopiec był już bardzo zmęczony, w jego oczach pojawiły się łzy i spłynęły mu po policzkach. Walczył z nadchodzącym łkaniem. Zdusił je w gardle. Sasha zauważyła to i przepełnił ją podziw.

— Nie płacz nad nieużywaną serwetką, kochanie — powiedziała — bo nie to było moim celem. — Wstała, unosząc swój wielki już brzuch. Zbliżał się dzień narodzin Thomasa. — Poza tym postępowałeś bez zarzutu. Każda matka w królestwie byłaby dumna z syna, który zachowałby się w połowie tak dobrze jak ty, i moje serce przepełnia prawdziwy podziw. Powiedziałam ci o serwetce tylko dlatego, że jestem matką księcia. To czasem bywa trudne, lecz, niestety, nie da się tu nic zmienić, a prawdę mówiąc, nie zrobiłabym tego, gdybym nawet mogła. Ale pamiętaj, że pewnego dnia czyjeś życie może zależeć od tego, co uczynisz, a nawet od tego, co ci się przyśni. Najpewniej nie od tego, czy użyjesz serwetki, wycierając palce po pieczonym kurczęciu, ale nigdy nic nie wiadomo. Kto wie? Zdarzało się już, że życie ludzkie zależało od drobniejszych spraw. Proszę cię tylko, żebyś zawsze pamiętał o cywilizowanej stronie swojej natury. Dobrej stronie, stronie Boga. Czy możesz mi to obiecać?

— Obiecuję.

— No więc wszystko w porządku. — Pocałowała go leciutko. — Na szczęście i ty, i ja jesteśmy młodzi. Porozmawiamy sobie o tym więcej, gdy będziesz mógł mnie lepiej zrozumieć.

Nigdy sobie nie porozmawiali, ale Peter nie zapomniał lekcji: zawsze używał serwetki, nawet gdy nikt inny tego nie robił.

7

Tak więc Sasha umarła. Nie odegra już większej roli w tej opowieści, ale jest jeszcze jedna rzecz, którą powinniście o niej wiedzieć: miała dom dla lalek. Ten dom był bardzo duży i piękny, prawie zamek w miniaturze. Gdy Sasha miała wyjść za mąż, starała się robić wrażenie wesołej, ale przykro jej było opuszczać wszystkich i wszystko w wielkim domu w Zachodniej Baronii, gdzie dorastała — no i trochę się niepokoiła o swoją przyszłość. Powiedziała matce:

— Nigdy dotąd nie byłam zamężna, więc nie wiem, czy mi się to spodoba.

Ale ze wszystkich dziecinnych rzeczy, jakie musiała pozostawić, jednej żałowała najbardziej — domu dla lalek, który miała od bardzo dawna.

Roland, który był dobrym człowiekiem, w jakiś sposób się o tym dowiedział i chociaż także objawiał zaniepokojenie przyszłością (on również nigdy przedtem nie był żonaty), znalazł czas, żeby zamówić u Ouentina Ellendra, najlepszego rzemieślnika w kraju, nowy dom dla lalek i ofiarować go żonie.

— Pragnę, żeby to był najpiękniejszy dom dla lalek, jaki kiedykolwiek posiadała młoda dama — powiedział Ellendrowi. — Chcę, żeby raz na niego spojrzała i zapomniała, iż w ogóle miała inny.

Jak niewątpliwie zdajecie sobie sprawę, jeśli Roland mówił szczerze, to grubo się mylił. Nikt nigdy nie zapomina ulubionej zabawki, chociaż nowa jest o wiele ładniejsza. Sasha nigdy więc nie zapomniała swojego starego domku dla lalek, chociaż nowy też jej się bardzo podobał. Tylko kompletny idiota nie byłby nim zachwycony. Ci, którzy go widzieli, utrzymywali, że jest to najlepsze dzieło Ouentina Ellendra, co chyba należy uznać za prawdę.

Był to wiejski dom w miniaturze, bardzo podobny do tego, w jakim przed wyjściem za mąż Sasha mieszkała z rodzicami, pośród łagodnie falujących wzgórz Zachodniej Baronii. Wszystko w domu dla lalek było miniaturowe, ale niezwykle sprytnie wykonane — można by przysiąc, że działa… i większość rzeczy działała!

Na przykład piec naprawdę się nagrzewał i dało się na nim zagotować maleńkie porcje jedzenia. Jeśli wrzuciło się do środka kawałeczek węgla, nie większy niż pudełko zapałek, paliło się w piecu przez cały dzień… a jeśli osoba dorosła wsunęła swój niezgrabny, wielki paluch do kuchni i dotknęła pieca, gdy płonął w nim ogień, mogła się wtedy oparzyć. Nie znalazłoby się w tym domu kranów i toalet ze spuszczaną wodą, bo w Królestwie Delainu nikt nie znał czegoś takiego — i nie zna do dziś — ale jeśli ktoś się postarał, mógł nabrać wody z ręcznej pompy, nie większej niż mały palec. Znajdowała się w tym minidomku szwalnia z kołowrotkiem, który naprawdę prządł, i warsztatem tkackim, który naprawdę tkał. Szpinet w salonie grał, jeśli dotykało się klawiszy wykałaczką, a dźwięk miał czysty. Ludzie, którzy widzieli dom, mówili, że to cud i że niewątpliwie Flagg musiał mieć w tym swój udział. Gdy opowieści takie docierały do czarnoksiężnika, uśmiechał się tylko i nic nie mówił. Nie miał nic wspólnego z domem dla lalek — uważał sam pomysł za idiotyczny — ale wiedział też, że nie zawsze trzeba się do czegoś przyznawać i opowiadać ludziom, jakim się jest wspaniałym człowiekiem, żeby osiągnąć wielkość. Czasami wystarczy mądrze wyglądać i trzymać buzię na kłódkę.

W domu dla lalek Sashy znajdowały się prawdziwe kaszamińskie dywany, prawdziwe aksamitne zasłony, prawdziwe porcelanowe talerze; chłodnia naprawdę trzymała zimno. Boazerię w sali przyjęć i frontowym przedpokoju wykonano z wypieszczonego grabowego drewna. Wszystkie okna zostały oszklone, a nad szerokimi drzwiami wejściowymi znajdował się wielobarwny witraż.

Był to więc najpiękniejszy dom dla lalek i mógł stanowić przedmiot marzeń każdego dziecka. Sasha klasnęła w ręce z zachwytu, gdy odsłonięto go na uczcie weselnej, i podziękowała zań swemu mężowi. Potem udała się do warsztatu Ellendra i nie tylko wyraziła mu swoją wdzięczność, ale też skłoniła się przed nim nisko, co samo w sobie stanowiło rzecz niesłychaną — w owych czasach królowe nie kłaniały się prostym rzemieślnikom. Roland był zadowolony, a Ellender, którego wzrok pogorszył się znacznie podczas pracy nad domem, wzruszył się głęboko.

Ale Sasha nie zapomniała o swoim ulubionym domku dla lalek, który zostawiła w Zachodniej Baronii, chociaż w porównaniu z nowym wydawał się bardzo zwyczajny, i nie spędzała wielu deszczowych poranków, bawiąc się tym wykonanym przez Ellendra — przestawiając meble, rozpalając ogień w piecu i patrząc, jak dymią kominy, udając, że odbywa się uroczysty podwieczorek albo wielkie przyjęcie na cześć królowej — jak to czyniła przedtem nawet jako już całkiem duża dziewczyna, piętnastoletnia czy szesnastoletnia. Jeden z powodów był bardzo prosty. Niewielka to rozrywka przygotowywać się do przyjęć na niby, na których ma się pojawić królowa, gdy już się nią jest. A może nawet był to jedyny powód. Sasha dorosła i odkryła, że życie ludzi dojrzałych wcale nie wygląda tak, jak przypuszczała w dzieciństwie. Wtedy wydawało jej się, że pewnego dnia podejmie świadomą decyzję i odłoży swoje lalki, gry i zabawy na niby do lamusa. Teraz uzmysłowiła sobie, że nic takiego się nie stało. Zauważyła natomiast, że sprawy te przestały ją interesować. Bawiły ją coraz mniej i mniej, aż w końcu przyjemności dzieciństwa przysypał pył zapomnienia.

8

Peter chłopczyk, który pewnego dnia miał zostać królem, posiadał dziesiątki, a prawdę mówiąc — tysiące zabawek: setki ołowianych żołnierzyków, którymi toczył wielkie bitwy, i dziesiątki koni na biegunach. Miał gry, piłki, kukiełki i kolorowe kulki. Miał szczudła, na których sięgał prawie półtora metra. Miał magiczną skocznię, na której mógł skakać, i tyle papieru, ile zechciał, i to w czasach, gdy zaczęto go dopiero produkować i tylko bardzo bogaci ludzie mogli sobie nań pozwolić.

Ale ze wszystkich zabawek na zamku chłopiec najbardziej lubił dom dla lalek swojej matki. Nigdy nie widział domku, który zostawiła w Zachodniej Baronii, więc był to dla niego dom domów. Przesiadywał przy nim godzinami, gdy na dworze lał deszcz albo gdy zimny wiatr wył przez niebieskie, wypełnione śniegiem gardło. Gdy zachorował na dziecięcy tatuaż (który my nazywamy ospą wietrzną), kazał służącemu ustawić dom na specjalnym blacie, przymocowanym nad łóżkiem, i bawił się nim, dopóki nie wyzdrowiał.

Uwielbiał wyobrażać sobie maleńkie ludziki, zapełniające dom; czasami ci ludkowie wydawali mu się tak prawdziwi, że niemal ich widział. Przemawiał za nich różnymi głosami i wszystkich sam wymyślił. Stanowili oni królewską rodzinę. Był więc król Roger, wielce potężny i odważny (chociaż niezbyt wysoki i o krzywych nogach), który niegdyś zabił smoka. Była też piękna królowa Sarah, jego żona, a także ich mały synek, Petie, który ich kochał i był przez nich kochany. Nie mówiąc już o wszystkich wymyślonych sługach, którzy słali łóżka, palili w piecu, przynosili wodę, gotowali posiłki i łatali ubrania. Ponieważ Peter był chłopcem, niektóre z historii wymyślanych przez niego w związku z domem okazywały się nieco bardziej krwiożercze niż opowieści, które układała Sasha jako mała dziewczynka. W jednej z nich piraci anduańscy otoczyli dom, pragnąc się wedrzeć do środka i wymordować całą rodzinę. Była to przesławna bitwa. Dziesiątki piratów zabito, ale okazało się, że jest ich wciąż bardzo dużo. Szykowali się do ostatniego ataku. Zanim jednak ruszyli do akcji, nadciągnęła królewska straż przyboczna — tę rolę odegrały ołowiane żołnierzyki Petera — i wybiła przeklęte anduańskie wilki morskie do nogi. W innym opowiadaniu smoki zagnieździły się w pobliskim lesie (zazwyczaj pobliski las znajdował się pod kanapą Sashy przy oknie) i chciały spalić dom swym wściekłym oddechem. Ale Roger i Petie wypadli ze swoimi łukami i zabili je wszystkie. „Aż ziemia poczerniała od ich ohydnej krwi” — opowiadał Peter ojcu, królowi, przy kolacji, a Roland wydał ryk aprobaty.

Po śmierci Sashy Flagg oświadczył Rolandowi, że jego zdaniem chłopiec nie powinien bawić się domami dla lalek. Może się stać zniewieściały. No i nie byłoby dobrze, gdyby rozeszło się to pośród ludzi. A takie historie zawsze się rozchodzą. Zamek jest pełen służby. Służba widzi wszystko i kłapie paszczękami.

— Ale on ma tylko sześć lat — rzekł z wahaniem Roland. Flagg ze swoją białą, godną twarzą ukrytą pod kapturem i ze swymi magicznymi zaklęciami zawsze pozbawiał go pewności siebie.

— Sześć lat to wiek, w którym należy zacząć kształcić chłopca we właściwym kierunku, panie — odparł Flagg. — Zastanów się nad tym. Twój osąd będzie niewątpliwie, jak zawsze, słuszny. Ale przemyśl to — zakończył, no i tak właśnie uczynił król Roland.

Trzeba mu przyznać, że podczas dwudziestu paru lat swojego panowania w Delainie nad niczym równie głęboko się nie zastanawiał.

Może się wam to wydać dziwne, jeśli pomyślicie o wszystkich obowiązkach króla — ważnych sprawach, takich jak nakładanie podatków na pewne rzeczy lub zdejmowanie ich z innych, ogłaszanie wojny, karanie albo okazywanie łaski. Czym, powiecie, była decyzja, czy pozwolić małemu chłopcu bawić się domkiem dla lalek, czy też nie, w porównaniu z tym wszystkim?

Może niczym, a może czymś. Sami to sobie ustalcie. Powiem wam tylko, że Roland nie należał do najinteligentniejszych władców Delainu. Zastanawianie się zawsze stanowiło dlań ciężką pracę. Czuł się wtedy tak, jak gdyby w głowie obracały mu się ogromne kamienie. Oczy mu łzawiły i pulsowało w skroniach. Jeśli myślał nad czymś bardzo usilnie, zatykał mu się nos.

Gdy był chłopcem, nauka pisania wypracowań, matematyka i historia przyprawiały go o taki ból głowy, że pozwolono mu jej zaprzestać, gdy osiągnął dwanaście lat, i zająć się tym, co robił najlepiej, to znaczy polowaniem. Starał się bardzo być dobrym władcą, ale zawsze czuł, że nie jest dostatecznie dobry i wystarczająco inteligentny, by rozwiązywać problemy królestwa lub podejmować liczne trafne decyzje, a wiedział, że jeśli dokona złego wyboru, ucierpią na tym ludzie. Gdyby usłyszał, jak Sasha opowiadała Peterowi po uczcie o królach, zgodziłby się z nią całkowicie. Królowie są naprawdę więksi niż inni ludzie i czasami — bardzo często — żałował, że nie jest mniejszy. Jeśli kiedykolwiek w życiu zastanawialiście się, czy się nadajecie do wykonania jakiegoś zadania, to wiecie, co czuł. Ale możecie nie wiedzieć, że taki niepokój zaczyna po pewnym czasie żywić się samym sobą. Nawet jeśli na początku poczucie, że się do czegoś nie nadajecie, nie jest zgodne z prawdą, z czasem może się nią stać. Tak właśnie było z Rolandem, który z upływem lat polegał coraz bardziej na Flaggu. Czasami martwił się, że we wszystkim (poza imieniem) monarchą jest właściwie ów mag — ale niepokoje takie nachodziły go tylko późnym wieczorem. W dzień czuł dla Flagga wdzięczność za pomoc.

Gdyby nie Sasha, Roland mógłby zostać o wiele gorszym władcą niż w rzeczywistości, a to dlatego, że cichy głosik, który odzywał się czasem, gdy król nie mógł zasnąć, był o wiele bliższy prawdy niż to, co Roland słyszał za dnia. Albowiem Flagg rzeczywiście rządził państwem i był bardzo złym człowiekiem. Trzeba będzie o nim później powiedzieć trochę więcej, niestety, ale teraz dajmy temu spokój, i bardzo dobrze.

Sasha przełamała nieco wpływ, jaki Flagg wywierał na Rolanda. Jej rady były dobre i praktyczne, a także o wiele łagodniejsze i sprawiedliwsze niż rady czarnoksiężnika. Nigdy nie lubiła Flagga — mało kto go lubił w Delainie, a wielu drżało na sam dźwięk jego imienia — ale jej niechęć była umiarkowana. Prawdopodobnie odnosiłaby się do niego inaczej, gdyby wiedziała, jak bacznie Flagg jej się przygląda i jaką rosnącą, jadowitą nienawiść do niej żywi.

9

Pewnego razu Flagg spróbował otruć Sashę. Wydarzyło się to wkrótce potem, jak poprosiła Rolanda o ułaskawienie dwóch dezerterów, którym, jak tego chciał Flagg, miano ściąć głowy na placu Iglicy. Twierdził on, że dezerterzy dają zły przykład. Jeśli pozwoli się komuś wykręcić od płacenia najwyższej kary, inni zechcą pójść w jego ślady. Jedyny sposób, żeby ludzi do tego zniechęcić, powiedział, to pokazać im głowy tych, którzy już tego spróbowali. Inni potencjalni dezerterzy przyjrzą się tym spuchniętym głowom o martwych oczach i dwa razy się zastanowią nad powagą ich służby dla króla.

Ale Sasha dowiedziała się od jednej ze swych pokojówek o faktach, o których Roland nie miał pojęcia. Matka pewnego chłopca poważnie zachorowała. W rodzinie byli jeszcze trzej młodsi bracia i trzy młodsze siostry. Wszystkim groziła śmierć w czasie srogich mrozów, jakie zwykle zdarzały się zimą w Delainie, gdyby chłopak nie opuścił obozu, nie pojechał do domu i nie narąbał drzewa dla matki. Ten drugi poszedł z nim, bo był jego najlepszym przyjacielem, krwią zaprzysiężonym bratem. Sam chłopak potrzebowałby dwóch tygodni, żeby narąbać drzewa na całą zimę. Ponieważ pracowali obaj, zajęło im to tylko sześć dni.

Fakty te rzuciły nowe światło na całą sprawę. Roland bardzo kochał swoją matkę i z radością by dla niej umarł. Zbadał sprawę i stwierdził, że opowiadanie Sashy jest zgodne z prawdą. Dowiedział się też, że dezerterzy uciekli dopiero wtedy, gdy sadystyczny sierżant kilkakrotnie odmówił przekazania swemu zwierzchnikowi ich prośby o zwolnienie, i że natychmiast wrócili do obozu, gdy tylko cztery sągi drewna zostały narąbane, chociaż wiedzieli, że czeka ich sąd wojskowy i topór kata.

Roland mi wybaczył. Flagg skinął głową, uśmiechnął się i powiedział tylko: „Wola twoja jest wolą Delainu, panie”. Nawet za całe złoto Czterech Królestw nie pozwoliłby Rolandowi zobaczyć chorobliwej furii, jaką spowodował opór króla wobec jego woli. Łaska okazana chłopcom wywołała zadowolenie w Delainie, gdyż wielu poddanych Rolanda znało fakty, a ci, którzy nie byli ich świadomi, zostali o nich szybko poinformowani przez innych. Pamiętano o mądrej i życzliwej decyzji Rolanda, gdy wprowadzał inne, mniej ludzkie ustawy (które z reguły były pomysłami czarnoksiężnika). Ale Flaggowi nie robiło to różnicy. Chciał, żeby chłopców zgładzono, a Sasha pomieszała mu szyki. Czemu Roland nie poślubił innej? Nie znał żadnej z nich i nie interesował się kobietami. Dlaczego nie wybrał którejś innej? No nic, nieważne. Flagg uśmiechał się, słysząc o akcie łaski, ale w głębi duszy poprzysiągł sobie, że wkrótce pójdzie na pogrzeb Sashy.

Tej nocy, gdy Roland podpisał akt łaski, Flagg udał się do swego ponurego laboratorium w piwnicy. Tam przywdział grubą rękawicę i wydobył jadowitego pająka z klatki, w której trzymał go przez dwadzieścia lat, karmiąc nowo narodzonymi myszami. Każda z myszy, które dawał pająkowi, była zatruta i umierająca; Flagg chciał w ten sposób zwiększyć i tak niezwykle silną moc trucizny samego pająka. Stwór był krwistoczerwony i miał rozmiary szczura. Rozdęte ciało drgało jadem ściekającym po żądle przejrzystymi kroplami, które wypalały dymiące dziury w blacie roboczego stołu czarnoksiężnika.

— A teraz giń, mój śliczny, i zabij królową — szepnął Flagg i zgniótł pająka przez rękawiczkę wykonaną z magicznej siatki stalowej, odpornej na truciznę, ale i tak tej nocy, gdy poszedł już spać, ręka mu spuchła, zaczerwieniła się i pulsowała niemile.

Trucizna z rozgniecionego, poskręcanego ciała pająka spłynęła do kielicha. Mag dolał do morderczego płynu brandy i zamieszał. Gdy wyjął z naczynia łyżkę, jej miseczka utraciła swój kształt. Królowa wypije łyk i padnie martwa. Jej śmierć będzie szybka, ale niezmiernie bolesna, pomyślał Flagg z zadowoleniem.

Sasha co wieczór wypijała kieliszek brandy, bo często miała trudności z zaśnięciem. Flagg zadzwonił na służącego, by mu polecić zaniesienie kielicha królowej.

Sasha nigdy się nie dowiedziała, że tej nocy otarła się o śmierć.

Kilka chwil po przygotowaniu morderczego napoju, zanim jeszcze sługa zapukał do drzwi, Flagg wylał płyn do otworu ściekowego, umieszczonego na środku pokoju, i słuchał, jak sycząc i bulgocząc, spływa w dół. Jego twarz wykrzywiała nienawiść. Gdy syczenie umilkło, cisnął z całej siły kryształowym pucharem o ścianę. Naczynie roztrzaskało się z hukiem.

Sługa zastukał i został wpuszczony.

Flagg pokazał mu miejsce, gdzie połyskiwały kawałki szkła.

— Stłukłem puchar — powiedział. — Sprzątnij tu. Szczotką, idioto. Jeśli dotkniesz odłamków, będziesz tego żałował.

10

Wylał truciznę do ścieku w ostatniej chwili, bo zrozumiał, że łatwo mógłby zostać wykryty. Gdyby Roland kochał młodą królową odrobinę mniej, Flagg by zaryzykował. Ale bał się, że król, oszalały z żalu po śmierci żony, nie spocznie, póki nie znajdzie mordercy i nie umieści jego głowy na samym czubku Iglicy. Była to jedyna zbrodnia, za którą zemsty dopilnowałby bez względu na to, kto ją popełnił. Ale czy znalazłby mordercę?

Prawdopodobnie tak.

W końcu co jak co, ale polować Roland potrafił.

Więc Sasha ocalała — tym razem — chroniona strachem Flagga i miłością męża. Tymczasem mag wciąż znajdował u króla posłuch w większości spraw.

Jeżeli zaś chodzi o domek dla lalek, to można w tej sprawie powiedzieć, że Sasha wygrała, chociaż Flagg zdążył już wcześniej się jej pozbyć.

11

Wkrótce po tym, jak mag czynił swoje wzgardliwe uwagi o domkach dla lalek i zniewieściałych królewiczach, Roland wślizgnął się niepostrzeżenie do komnaty swojej żony i patrzył, jak jego syn się bawi. Stał tuż przy drzwiach ze zmarszczoną brwią. Myślał o wiele intensywniej niż normalnie, co oznaczało, że wielkie głazy toczyły się w jego głowie i zatkał mu się nos.

Zobaczył, że Peter używa domku dla lalek, żeby opowiadać sobie historie na niby, a bajki te wcale nie świadczyły o jego zniewieściałości. Były to krwawe i groźne opowieści o armiach i smokach. Innymi słowy, całkiem pasowały do gustów Rolanda. Zapragnął przyłączyć się do syna i pomóc mu układać jeszcze piękniejsze historie, w których występowałyby dom dla lalek i cała wymyślona rodzina. Przede wszystkim jednak król spostrzegł, że Peter bawi się domkiem dla lalek Sashy, żeby zachować ją w swoim sercu, i to spodobało mu się najbardziej, bo sam również wciąż tęsknił za żoną. Czasami czuł się tak samotny, że zbierało mu się na łzy. Monarchowie, oczywiście, nigdy nie płaczą… a nawet jeśli raz czy dwa po śmierci Sashy obudził się, mając mokrą poduszkę, to co z tego?

Król wyszedł z pokoju równie cicho, jak się w nim pojawił. Peter nawet go nie zauważył. Przez większą część nocy Roland nie spał, myśląc intensywnie nad tym, co zobaczył, i chociaż z trudnością potrafił znieść niezadowolenie Flagga, następnego ranka, zanim zdążył stracić pewność siebie, odbył z nim prywatną audiencję, na której poinformował go, że przemyślał sprawę i zdecydował, żeby pozwolić Peterowi bawić się domem dla lalek tak długo, jak tylko zechce. Powiedział, że jego zdaniem, nie przynosi to chłopcu żadnej szkody.

Wyrzuciwszy to z siebie, czekał z niepokojem na protesty Flagga. Ale nic takiego nie nastąpiło. Flagg tylko uniósł brwi, co Roland ledwo dostrzegł w głębokich cieniach, rzucanych przez kaptur, który czarnoksiężnik zawsze nosił, i rzekł: „Twoja wola, panie, jest wolą królestwa”.

Roland wyczuł z intonacji Flagga, że uważa on jego decyzję za niewłaściwą, ale ton głosu maga powiedział mu też, że ten nie zamierza więcej mówić na ten temat. Król poczuł ogromną ulgę, że udało mu się tak łatwo wykręcić. Tego samego dnia czarnoksiężnik zaproponował, żeby podnieść podatki rolnikom ze Wschodniej Baronii mimo suszy, która zniszczyła większość zbiorów poprzedniego lata, a Roland skwapliwie się zgodził.

Prawdę mówiąc, fakt, że stary głupiec (bo tak Flagg nazywał Rolanda w myślach) postąpił wbrew jego woli w sprawie domu dla lalek, nie stanowił dla czarnoksiężnika poważnego problemu. Znacznie istotniejszą sprawą było podniesienie podatków we Wschodniej Baronii. A Flagg miał pewien sekret, który napawał go radością. W końcu udało mu się zamordować Sashę.

12

W owych czasach, gdy królowa czy inna kobieta z panującego rodu miała odbywać połóg, wzywano akuszerkę. Wszyscy lekarze byli mężczyznami, a żaden mężczyzna nie mógł asystować kobiecie mającej rodzić dziecko. Akuszerka, która odbierała Petera, nazywała się Anna Crookbrows i mieszkała przy Trzeciej Południowej Alei. Wezwano ją znowu, gdy nadeszła pora Thomasa. Anna przekroczyła już pięćdziesiątkę i była wdową, gdy zaczął się drugi poród Sashy. Miała jedynego syna, który w dwudziestym roku życia zapadł na drżączkę — chorobę nieuchronnie zabijającą ofiarę w straszliwych bólach po kilku latach cierpień.

Anna bardzo kochała swojego chłopca i gdy w końcu wszystkie sposoby okazały się nieskuteczne, udała się do Flagga. Zdarzyło się to dziesięć lat wcześniej, przed narodzinami obu książąt, a także przed ślubem Rolanda. Flagg przyjął ją w swej wilgotnej suterenie, gdzie podczas rozmowy zaniepokojona kobieta od czasu do czasu słyszała żałosne krzyki więźniów przez lata trzymanych z dala od blasku słońca. Pomyślała też, że jeśli lochy są blisko, to jeszcze bliżej znajduje się izba tortur. Sam apartament Flagga też nie poprawił jej samopoczucia. Na podłodze widniały wielobarwne, dziwaczne rysunki, namalowane kredą. Gdy mrugnęła, wydało jej się, że rysunki się zmieniają. W klatce wiszącej na długich czarnych kajdanach krakała dwugłowa papuga, która czasami coś sobie opowiadała — jedna głowa mówiła, a druga słuchała. Butwiejące księgi robiły do Anny nieprzyjemne miny. Pająki snuły sieci w ciemnych kątach. Z laboratorium dobiegała mieszanina dziwnych chemicznych zapachów. Mimo wszystko kobieta wyjąkała, z czym przychodzi, a potem czekała w męce niepewności.

— Mogę wyleczyć twojego syna — powiedział wreszcie Flagg.

Radość przekształciła brzydką twarz Anny Crookbrows w prawie piękną.

— O panie! — szepnęła, ale że nic więcej nie przyszło jej do głowy, powtórzyła tylko: — O panie!

Ukryta w mrokach kaptura biała twarz Flagga pozostała daleka i zamyślona, więc Anna znowu zaczęła się bać.

— Czym możesz mi zapłacić za taki cud? — zapytał.

— Wszystkim — szepnęła i rzeczywiście gotowa była na wszystko. — O panie, wszystkim!

— Chcę tylko jednej przysługi — rzekł. — Czy wyświadczysz mi ją?

— Z radością!

— Jeszcze nie wiem, co to będzie, ale dam ci znać, gdy nadejdzie pora.

Upadła przed nim na kolana, a on pochylił się w jej stronę. Kaptur opadł, ukazując jego okropne oblicze. Była to blada twarz trupa z czarnymi dziurami zamiast oczu.

— Jeżeli mi odmówisz, kobieto…

— Nie odmówię! O panie, nie odmówię! Nigdy! Nigdy! Przysięgam na imię mojego drogiego męża!

— W porządku. Przyprowadź tu syna jutro, kiedy zapadnie zmrok.

Przywiodła nieszczęsnego chłopca następnego wieczoru. Biedak trząsł się i drżał, głowa kiwała mu się głupawo i przewracał oczami. Po brodzie ciekła mu ślina. Flagg podał Annie kielich wypełniony ciemnośliwkowym napojem.

— Niech to wypije — powiedział. — Poparzy mu usta, ale ma wypić co do kropli. A potem zabierz go sprzed moich oczu.

Matka szepnęła coś chłopcu do ucha. Drżenie wzmogło się, gdy próbował skinąć głową. Wypił płyn, a potem z krzykiem zwinął się z bólu.

— Zabierz go stąd — rozkazał Flagg.

— Właśnie, zabierz go stąd! — zawołała jedna z głów papugi.

— Zabierz go stąd, tu nie wolno krzyczeć! — wrzasnęła druga.

Anna zaprowadziła syna do domu pewna, że Flagg go zamordował. Ale nazajutrz drżączka przeszła i chłopiec wrócił do zdrowia.

Mijały lata. Gdy rozpoczął się poród Thomasa, Flagg wezwał położną i coś jej szepnął do ucha. Byli sami w jego tajemnych komnatach, ale mimo to takie polecenie lepiej wydać szeptem.

Twarz Anny Crookbrows śmiertelnie pobladła, pamiętała jednak słowa Flagga: „Jeśli odmówisz…”.

W końcu król będzie miał dwoje dzieci. A ona ma tylko jedno. Skoro zaś Roland zechce się znowu ożenić i mieć ich więcej — to żaden problem. W Delainie kobiet nie brakowało.

Poszła tedy do Sashy i przemawiała krzepiąco, a w krytycznym momencie w jej ręku zabłysł maleńki nóż. Nikt nie zauważył, jak zrobiła nieduże nacięcie. Chwilę później zawołała:

— Przyj, królowo! Przyj, dziecko nadchodzi!

Sasha parła. Thomas pojawił się na świecie z taką łatwością, jak dziecko zsuwające się na zjeżdżalni. Ale życie Sashy wypłynęło razem z jej krwią na prześcieradła. Dziesięć minut po przyjściu Thomasa na świat jego matka nie żyła.

Tak więc Flagg nie przejmował się zbytnio drobną sprawą domku dla lalek. Najważniejsze, że Roland się starzał, nie było już wścibskiej królowej, a on miał nie jednego syna, lecz dwóch do wyboru. Peter był oczywiście starszy, ale tak naprawdę nie miało to większego znaczenia. Można się go pozbyć, jeżeli okaże się niezdatny do celów Flagga. W końcu to dziecko, które nie potrafi się obronić.

Mówiłem wam już, że Roland podczas całego swojego panowania zastanawiał się dłużej i usilniej jedynie nad tym, czy pozwolić Peterowi bawić się domkiem dla lalek Sashy, tak sprytnie wykonanym przez wielkiego Ellendra. Powiedziałem też, że rezultatem owego namysłu była decyzja niezgodna z życzeniem Flagga. Wyjaśniłem także, iż Flagg uznał całą sprawę za nieistotną.

Ale czy tak było naprawdę? O tym musicie sami zadecydować, gdy już do końca mnie wysłuchacie.

13

A teraz niech w mgnieniu oka minie wiele lat — jedną z zalet opowieści jest to, że czas może upływać bardzo szybko, gdy nic ciekawego się nie dzieje. W prawdziwym życiu nigdy się tak nie zdarza, co prawdopodobnie można by poczytać za rzecz pozytywną. Czas mija szybciej tylko w opowiadaniach, a czym jest historia, jeśli nie wielką opowieścią, w której wieki zastępują upływające lata?

Podczas owych lat Flagg obserwował obu chłopców z uwagą — przyglądał się im zza pleców starzejącego się króla, rozważając, który z nich powinien go zastąpić, gdy już Rolanda nie stanie. Nie potrzebował wiele czasu, żeby wybrać młodszego, Thomasa. Gdy Peter osiągnął wiek siedmiu lat, Flagg wiedział na pewno, że mu się nie podoba. Gdy miał lat dziewięć, czarnoksiężnik dokonał dziwnego, nieprzyjemnego odkrycia: nie tylko chłopca nie lubił, ale także czuł przed nim lęk.

Chłopiec rósł silny, prosty i przystojny. Miał ciemne włosy i ciemnoniebieskie oczy, jak u ludzi z Zachodniej Baronii. Czasami, gdy nagle podnosił wzrok, w pewien sposób przechylając głowę, przypominał swojego ojca. Ale poza tym był nieodrodnym synem Sashy tak pod względem wyglądu, jak i zachowania. W przeciwieństwie do krzywonogiego i niezgrabnego ojca (Roland poruszał się z wdziękiem tylko na koniu) Peter był wysoki i zręczny. Lubił i umiał polować, ale nie przesłaniało mu to reszty świata. Również nauka sprawiała chłopcu przyjemność — zwłaszcza lekcje geografii i historii.

Jego ojciec nie rozumiał dowcipów i nie miał do nich cierpliwości; większość z nich trzeba mu było wyjaśniać, co psuło całą zabawę. Roland lubił, gdy trefnisie udawali, że poślizgnęli się na skórce od banana albo zderzyli się głowami lub gdy aranżowali obrzucanie się ciastem w wielkiej sali. Król uważał to za doskonałą zabawę. Peter błyskawicznie chwytał o wiele subtelniejsze dowcipy, tak jak ongiś Sasha, a jego beztroski śmiech często rozbrzmiewał w pałacu; słysząc go, służący spoglądali na siebie z zadowoleniem.

Większość chłopców na miejscu starszego syna Rolanda, poznawszy swoją wybitną pozycję w systemie społecznym, nie chciałoby bawić się z nikim spoza swojej klasy. Peter zaprzyjaźnił się z chłopcem, który nazywał się Ben Staad, gdy obaj skończyli lat osiem. Rodzina Bena nie wywodziła się z królewskiego rodu i chociaż Andrew, ojca Bena, łączyło po kądzieli bardzo odległe pokrewieństwo z jakimś szlachetnym rodem, to nawet nie można było zaliczyć Staadów do szlachty. „Człowiek wolny” to prawdopodobnie najpochlebniejsze określenie, jakie dałoby się zastosować wobec Andrew Staada, i „syn człowieka wolnego” — do jego chłopaka. Co więcej, zamożna niegdyś rodzina Staadów przeżywała ciężkie czasy i chociaż książę mógłby poszukać ciekawszych przyjaciół, nie znalazłoby się takich wielu.

Chłopcy spotkali się na zabawie dla farmerów, gdy Peter miał osiem lat. Impreza ta odbywała się co roku i większość królów i królowych w najlepszym razie uważała ją za męczący obowiązek; zazwyczaj pokazywali się tylko na chwilę, spełniali tradycyjny toast, a potem się oddalali, życząc farmerom dobrej zabawy i dziękując im za kolejny urodzajny rok (tak nakazywał obyczaj, nawet jeśli zbiory okazały się kiepskie). Gdyby Roland należał do tego rodzaju monarchów, Peter i Ben nie mieliby nigdy szansy się poznać. Ale jak już się zapewne domyśliliście, Roland uwielbiał zabawę dla farmerów, oczekiwał jej co roku z niecierpliwością i zazwyczaj zostawał do samego końca (a nieraz wynoszono go pijanego i chrapiącego głośno).

A więc tak się złożyło, że Peter i Ben stanowili parę w wyścigu w workach na trzy nogi i wygrali go… chociaż zwycięstwo okazało się znacznie trudniejsze, niż się wydawało. Prowadząc prawie o sześć długości, przewrócili się niebezpiecznie, a Peter rozciął sobie ramię.

— Przebacz mi, książę! — zawołał Ben. Zbladł i być może wyobrażał już sobie lochy (a na pewno robili to jego rodzice, z niepokojem obserwując wyścig; Andrew Staad lubił mawiać, że ze szczęścia mieli tylko jego brak), ale raczej przykro mu było, że sprawił komuś ból, albo zaskoczyło go, iż krew przyszłego króla okazała się czerwona jak jego własna.

— Nie wygłupiaj się — mruknął niecierpliwie Peter. — To moja wina, a nie twoja. Wstawaj szybko. Doganiają nas.

Dwaj chłopcy, zamienieni w niezgrabnego trójnogiego stwora przez worek, którym mocno związano prawą nogę Petera i lewą Bena, zdołali się podnieść i niezręcznie ruszyli dalej. Upadek obu pozbawił tchu, a co więcej, spowodował, że stracili prawie całą przewagę. Do linii mety, gdzie tłoczyli się rolnicy (no i oczywiście Roland stojący pośród nich i czujący się jak najbardziej na swoim miejscu), radośnie wiwatując, zbliżało się dwóch wiejskich chłopców. Wydawało się całkiem pewne, że wyprzedzą Petera i Bena na ostatnich dziesięciu metrach wyścigu.

— Szybciej, Peter! — ryknął Roland, wychylając wielki kufel miodu z takim entuzjazmem, że większość wylał na siebie. W podnieceniu wcale tego nie zauważył. — Jak zając, synu! Kicaj jak zając! Te chłopaki są tuż za wami!

Matka Bena zaczęła pojękiwać cichutko, przeklinając los, który sprawił, że jej syn znalazł się w jednej parze z księciem.

— Jeśli przegrają, wrzuci naszego Bena do najgłębszego lochu na zamku — jęknęła.

— Milcz, kobieto — powiedział Andrew. — Nie zrobi nic takiego. To dobry król. — Był o tym przekonany, ale jednak się bał. W końcu jak pech to pech.

Tymczasem Ben zaczął chichotać. Sam nie wierzył własnym uszom, ale właśnie to robił.

— Kicać jak zając?

Peter też się zaśmiał. Nogi bolały go okropnie, krew ciekła mu po prawej ręce, a pot spływał po twarzy, która zaczęła przybierać ładny śliwkowy kolor, ale nie mógł się powstrzymać.

— Tak właśnie powiedział.

— No to skaczemy!

Nie bardzo przypominali zające, gdy przekraczali linię mety; wyglądali raczej jak para dziwacznych, kulawych wron. Tylko cudem się nie wywrócili. Udało im się zrobić trzy niezręczne skoki. Trzeci przeniósł ich przez linię mety, gdzie upadli, wyjąc ze śmiechu.

— Zajączek! — zawołał Ben, wskazując na Petera.

— Sam jesteś zajączek! — odkrzyknął Peter, pokazując Bena.

Objęli się ramionami i wciąż jeszcze się śmiali, gdy krzepcy farmerzy (a pośród nich Andrew Staad, który na całe życie zapamiętał połączony ciężar obu chłopców) ponieśli ich na rękach do Rolanda, który założył im na szyje błękitne wstęgi. Potem niezgrabnie ucałował każdego w policzek i wylał im na głowy resztki zawartości swego kufla, co wywołało istną burzę wiwatów. Nawet najstarsi dziadkowie nie pamiętali takiego wyścigu.

Resztę dnia chłopcy spędzili razem i rychło doszli do wniosku, że jest to przyjaźń na całe życie. Jednak nawet chłopiec ośmioletni ma pewne obowiązki (a jeśli kiedyś ma zostać królem, to tym bardziej), więc nie spędzali z sobą tyle czasu, ile by chcieli, ale czynili to, ilekroć nadarzała się okazja.

Niektórzy krzywili się na tę przyjaźń, twierdząc, że nie jest rzeczą właściwą, aby przyszły król kolegował się z chłopcem pochodzącym z rodziny nie lepszej niż zwykli przerzucacze gnoju. Większość jednak aprobowała ten stan rzeczy; niejeden raz mówiło się w delaińskich miodopitniach, że Peterowi dostało się to, co najlepsze — rozum po matce i miłość ludu po ojcu.

Peter nie miał w sobie nic małostkowego. Nie przechodził okresu, w którym wyrywa się skrzydła muchom albo podpala psom ogony, żeby potem patrzeć, jak uciekają. Co więcej, włączył się w sprawę konia, który miał zostać zlikwidowany przez Yosefa, głównego królewskiego stajennego… i właśnie wtedy, gdy wieść o tym dotarła do Flagga, czarnoksiężnik zaczął bać się starszego syna monarchy i zastanawiać, czy rzeczywiście zostało mu tyle czasu na usunięcie go z drogi, jak sądził dotychczas. Albowiem w sprawie klaczy ze złamaną nogą Peter wykazał się odwagą i poświęceniem, które Flaggowi wcale się nie spodobały.