Opis

Nesser w klasycznym wydaniu

Jest rok 1995. Eugen Kallmann, nauczyciel języka szwedzkiego w miasteczku K., położonym w najbardziej na północ wysuniętej części Szwecji, popełnia samobójstwo. Kim był naprawdę? Co wykazało śledztwo? W mieście szerzy się ksenofobia. Na murach szkoły ktoś maluje swastyki, niektórzy dostają listy z pogróżkami. W tych okolicznościach jeden z nauczycieli odnajduje pamiętniki Eugena Kallmanna.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 558

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


SIERPIEŃ–PAŹDZIERNIK 1995

1

Leon

Opuściłem Sztokholm jakieś siedem miesięcy po zaginięciu mojej żony i córki.

Był początek sierpnia, ciepłe niedzielne przedpołudnie. Taksówka czekała na mnie na szczycie wzgórza zamkowego obok pomnika Birgera jarla. Na Starym Mieście tłoczyło się zbyt wielu turystów, by można było otworzyć je dla ruchu samochodowego. Objaśniono mi to, kiedy dzwoniłem po taksówkę (choć wcale nie pytałem). Miałem okazję przekonać się, że to prawda, kiedy ciągnąłem za sobą po kocich łbach dwie pokraczne walizy. Ogródki restauracyjne pękały w szwach, a wokół staromiejskiej pompy stały hordy Japończyków, Niemców i Włochów. Pstrykali sobie nawzajem masę zdjęć. Na schodkach przed Akademią Szwedzką siedziało dwadzieścioro nastolatków w żółtych T-shirtach, słuchali ubranej w żółty żakiet kobiety, która czytała im coś z książki. Domyśliłem się, że to jakaś laureatka Nagrody Nobla z ich kraju. Nie wiem, skąd byli, może z Polski? W każdym razie słowa, które przypadkowo udało mi się wychwycić, miały słowiańskie brzmienie.

Zdążyłem się spocić, zanim jeszcze fasada zamku i taksówka pojawiły się w zasięgu wzroku. Sztokholmie, żegnaj, pomyślałem, omal nie wybuchając przy tym płaczem, ale jakoś się powstrzymałem.

– Krótki kurs – zauważył kierowca, kiedy już usiadłem na tylnym siedzeniu.

– Być może, ale dwie walizki, kontuzja sportowa sprzed lat… sam pan rozumie.

Nic mi na to nie odpowiedział i podczas siedmiominutowej jazdy na dworzec centralny nie zamieniliśmy już ani słowa. Nie musiałem mu nawet mówić, dokąd jadę, bo zrobiłem to, składając zamówienie.

Kierowca nie znał jednak końcowego celu mojej podróży. Niewielu moich znajomych go znało, przynajmniej spośród tych mieszkających w stolicy. Specjalnie milczałem na ten temat, powiedziałem jedynie siostrze, kilku byłym przyjaciołom i rektorowi. Siostra od sześciu lat mieszkała w Szwajcarii, w Bazylei, i przez cały ten czas się z nią nie widziałem.

Miałem wrażenie, że nikt nie będzie za mną tęsknił, co w pewnym sensie rozumiałem. Współczucie ma swoje granice, trudno jest otworzyć serce na tragedię. Można to robić przez miesiąc, może dwa lub trzy, ale prawie nikt nie wytrzyma czegoś takiego przez pół roku. Stara rozpacz się przykrzy.

Helena leżała w grobie już od marca – sprowadzenie ciała zajęło trochę czasu. Kiedy już ją znaleźli i zidentyfikowali, zaczął się korowód dziwacznych formalności. Jednak Judith wciąż uznawano za zaginioną. Pokładałem w tym niedorzeczną nadzieję, to stanowiło moją tragedię. Każdy przecież mógł stwierdzić, że moja córka nie żyje, a Ocean Indyjski jest wystarczająco duży, by ukrywać zwłoki tak długo, jak ma na to ochotę.

Każdy, tylko nie ja. Miesiącami studiowałem mapy wysp leżących wzdłuż wybrzeży Tanzanii. Pemby, Mafii, Zanzibaru. Tych oraz tych mniejszych, będących plamami na niebieskim bezkresie, tak małymi, że aż niezamieszkanymi. Gdyby jednak Judith udało się dostać na taką wysepkę, to mogłaby chyba przeżyć tych sześć miesięcy w jakiejś niewielkiej dżungli? Tak wyglądały moje rozmyślania. Przetrwać, jedząc owoce i korzonki, to chyba możliwe? Owszem, mało prawdopodobne, ale życie to pasmo nieprawdopodobnych zdarzeń.

Prom rozbił się podczas burzy pomiędzy Dar es Salaam i Zanzibarem. Z dwustu dziewięćdziesięciorga pasażerów przeżyło trzydzieścioro sześcioro. Stu dziewięćdziesięcioro pięcioro znaleziono martwych – fale wyrzuciły ich ciała na różne okoliczne plaże. Pięćdziesięcioro dziewięcioro uznano za zaginionych. Nikt jednak nie wierzył, że te liczby są wiarygodne.

Jedną z osób, które przeżyły, był Szwed, były oficer sił powietrznych. Konsultowałem się z nim tyle razy, że w końcu w kwietniu przestał odbierać ode mnie telefony. Jedyną wartościową informacją, jaką od niego uzyskałem, było to, że – jak mu się wydawało – zauważył Helenę i Judith na tej przeładowanej łodzi na przystani w Dar.

Nie, nie rozmawiał z nimi. Nie, nie był blisko nich, kiedy łódź przewróciła się do góry dnem. Nie, nie widział żadnej z nich w wodzie, kiedy ekipa ratunkowa wyciągała go ze wzburzonych sztormem fal.

I nie, według niego nie było możliwe, by ktoś mógł o własnych silach dopłynąć do którejś z wysp. Najbliższa znajdowała się jakieś osiem kilometrów od miejsca tragedii, a w momencie wypadku fale miały około czterech metrów wysokości.

Byłem człowiekiem twardo stąpającym po ziemi. Może nie ateistą, ale w każdym razie agnostykiem. Jestem nauczycielem języka szwedzkiego i historii, absolwentem pedagogiki uniwersytetu w Uppsali, rocznik 1974. Kiedy tamtego ciepłego przedpołudnia opuszczałem Sztokholm, nieco ponad miesiąc dzielił mnie od czterdziestych piątych urodzin. Moi rodzice nie żyją od wielu lat. Nie mam żadnych bliskich krewnych z wyjątkiem siostry, o której już wspomniałem. Helena i ja we wrześniu obchodzilibyśmy osiemnastą rocznicę ślubu. Mieliśmy tylko jedno dziecko, córkę Judith.

Wyprawa do Afryki Wschodniej była prezentem na jej piętnaste urodziny.

Tyle o tym.

Cała podróż do K. zajęła sześć godzin. Ostatni odcinek przejechałem lokalnym autobusem, żółtym wiekowym zabytkiem, na którego pokładzie znajdowało się dwóch pasażerów oraz kierowca wyglądający jak zmęczony życiem Richard Nixon. Wśród pasażerów, poza mną, była też dziewczynka lat około trzynastu z koszykiem dla kota na kolanach. Przyszło mi do głowy, że pewnie w bliskiej przyszłości spotkam ją w szkolnej klasie.

Nie zaczepiałem jej jednak. Od początku roku dzieliło nas przecież jeszcze parę tygodni, gdyby zresztą chodziło o parę dni, nie zrobiłoby to różnicy. Kiedy tak jechaliśmy przez upojone słońcem, bezludne lasy, mój plan, by zaaklimatyzować się w mieście, zanim praca zacznie się na dobre, wydał mi się nagle niezrozumiały. Oczywiste było, że ludzie są jeszcze na urlopach, pewnie powyjeżdżali. W tym przekonaniu utwierdził mnie jeszcze bardziej widok placyku położonego obok zamkniętej stacji kolejowej, na którym zaparkowaliśmy. Kwartet autobusów stał, przypominając martwe konie oczekujące na pochówek, budka z grillem miała być nieczynna jeszcze do połowy miesiąca, a na postoju taksówek trafiłem na nie pierwszej młodości volvo z opuszczonymi szybami, za to bez kierowcy. Pojawił się po pięciu minutach z reklamówką i gazetą w dłoni. Skinął do mnie głową, całkiem przyjaźnie, odwzajemniłem skinięcie z pewnego rodzaju zrozumieniem, w końcu był piątek. Podałem mu adres, ruszyliśmy i już po chwili mogłem włożyć klucz w zamek drzwi mojego nowego domu. Östra Ågatan 36, umeblowane dwupokojowe mieszkanko w niewielkim bloku przy rzece. Położone mniej więcej w połowie drogi między rynkiem Stora torget – stanowiącym, o ile zrozumiałem, centrum K. – oraz szkołą Bergtuna, moim przyszłym miejscem pracy.

Przez kilka chwil melancholia, która czaiła się we mnie całe popołudnie, przerodziła się w lekką panikę. Zobaczyłem, że jest za kwadrans szósta, napocząłem butelkę whisky i wyszedłem usiąść na balkonie. Jakiś ptak, chyba kwiczoł, na chwilę przysiadł na poręczy, po czym ruszył dalej, miękko szybując w stronę rzeki. Zza rogu domu dochodził zapach marynaty na grilla, uznałem więc, że życie w okolicy jednak się toczy.

To Ludmilla Kovacs powiedziała mi o wolnej posadzie. Spotkaliśmy się na przyjęciu po obronie doktorskiej, a nie widzieliśmy się dwadzieścia lat. Gdyby do mnie nie podeszła i się nie przedstawiła, nie poznałbym jej. Nic dziwnego. Kiedy razem studiowaliśmy pedagogikę, była nieokrzesaną lewaczką z trzema kilogramami zmierzwionych włosów na głowie, miała owczarka niemieckiego o imieniu Październik. Zabierała go ze sobą na zajęcia, takie to były czasy.

Zapewne zignorowałbym obronę Sigurda, ale Marta mnie namówiła, by na nią pójść. Marta to jedna z najstarszych przyjaciółek mojej zmarłej żony, a Sigurd pisał tę rozprawę o robakach, odkąd go znaliśmy. Po drodze przytrafiła mu się trójka dzieci i kilka zdrad, robaki są jednak cierpliwe i w końcu udało im się ujrzeć światło dzienne. Przez całą wiosnę używałem wypadku jako wymówki, żeby nie musieć spotykać ludzi, Marta jednak nie kupiła tego argumentu. „Helena by się wściekła, gdybyś nie poszedł”, powiedziała, i z pewnością miała rację. Obowiązek to obowiązek, śmierć i zaginięcie nie mają tu żadnego znaczenia.

I tak oto pod koniec maja znalazłem się w pałacyku na wyspie Kungsholmen w Sztokholmie, a kiedy przyjęcie dobiegło północy, podeszła do mnie znajomo wyglądająca kobieta i zapytała, czy ją pamiętam. Kiedy przystałem na to, że jest Ludmillą Kovacs, absolwentką pedagogiki uppsalskiej rocznik 1974, zatańczyliśmy dwa tańce, po czym przysiedliśmy na sofie i zaczęliśmy rozmawiać.

Ludmilla wiedziała o tragedii, Marta jej powiedziała, a ponieważ i jej przyszło pochować chłopaka, który roztrzaskał się o skałę, najpewniej w akcie samobójczym, uznałem, że istnieje między nami nić porozumienia. Rozmawiało się z nią łatwo i miło – rzecz jasna byliśmy nieco wstawieni – i kiedy Ludmilla zadzwoniła po trzech dniach i oznajmiła, że jej propozycja co do szkoły w K., w której pracowała od Bóg wie ilu lat, była całkiem na poważnie, stwierdziłem, że w mojej sytuacji będzie to właściwe rozwiązanie. Wiedziałem, że na wyspie Lidingö kapitał zaufania, na który pracowałem z trudem, wyczerpał się w semestrze letnim, i to zarówno wśród uczniów, jak i kolegów. Współczucie, jak już wspomniałem, ma swoje granice, a w przypadku nauczyciela gimnazjalnego jest jasne: albo człowiek daje sobie radę, albo nie. Ja nie dawałem.

Poza tym, wbrew zdrowemu rozsądkowi, nie poszedłem na zwolnienie lekarskie od pierwszego tygodnia stycznia. Praca sprzyja zdrowiu i dobremu samopoczuciu. Akurat.

Z początku nie wiedziałem, co stało się z moim poprzednikiem ze szkoły Bergtuna, ani dlaczego zwolnił posadę, a kiedy w czerwcu zaczęły do mnie docierać pierwsze informacje, było już za późno, żeby zmienić zdanie. Spaliłem już za sobą mosty na Lidingö i w Sztokholmie, wynająłem magazyn na graty w Skärholmen i byłem przygotowany na nowy, nieznany rozdział w moim smutnym życiu. Oboje moi rodzice zmarli tuż po siedemdziesiątce. Może się jednak zdarzyć, że człowiek, zanim skończy czterdzieści pięć lat, ma przed sobą jeszcze połowę swojej ziemskiej wędrówki. Tak sobie myślałem. Życie jest trudne i trwa tyle, ile trwa.

Oczywiście miewałem myśli samobójcze, kto by nie miał, ale nigdy nie zaszły daleko.

Moja terapeutka dopytywała mnie o to podczas każdego spotkania, a ja najczęściej mówiłem jej, że kiedy budzę się spocony o poranku, samobójstwo nie znajduje się na mojej liście rzeczy do zrobienia. Świetnie, odpowiadała, głaszcząc mnie po kolanie. Nie zapraszaj śmierci, ona i tak przyjdzie.

Dziękuję, wiem, brzmiała moja stała odpowiedź.

Jeśli chodzi o miasto K., to – podobnie jak większość ludzi na świecie – nigdy wcześniej w nim nie byłem. Położone w środku Norrlandii, było kiedyś pomniejszym centrum produkcji obuwia, ale począwszy od lat siedemdziesiątych, zdominowały je odnoszące sukcesy małe przedsiębiorstwa. Powstało tu też jedno z najpilniej strzeżonych więzień w kraju, funkcjonowały socjaldemokratyczny samorząd utrzymujący się przy władzy od średniowiecza i drużyna piłki nożnej, która co siedem lat awansuje do drugiej ligi. Następnie wypada z niej po kiepskim sezonie, a wtedy wyrzuca się trenera i podejmuje nowe postanowienia.

Jezioro, tor wyścigów konnych, stok narciarski.

Całe dziewiętnaście tysięcy mieszkańców – według spisu ludności z 1994 roku – oraz dwa gimnazja. Najbliższe liceum, stacja kolejowa oraz szpital w oddalonym o czterdzieści pięć kilometrów mieście Ö. Lotnisko też.

Wyposażony w taką mniej więcej wiedzę siedziałem sobie tego sierpniowego wieczoru na balkonie na drugim piętrze, sącząc whisky i spoglądając na nieco powolną rzekę Storå, która na wschód i zachód od miasta nazywa się Morån, ale w jego murach przyjmuje inną nazwę. Z niejasnych przyczyn, jak wytykają niektórzy. Tak czy inaczej, na wysokości mojego domu brzegi rzeki porastały dorodne brzozy, widziałem więc jedynie przebłyski brunatnej wody, powyżej wieżę kościoła, sporo budynków, pomarańczowy dźwig, a w oddali górską grań oraz kilka stad kawek, które z uporem i bez składnej choreografii kreśliły zawijasy na powoli spowijanym mrokiem letnim niebie.

Co ja tu robię?, zastanowiłem się. Dlaczego siedzę na zapomnianym przez Boga betonowym balkonie w okolicach sześćdziesiątego trzeciego równoleżnika? Powinienem przynajmniej znów zacząć palić.

2

Andrea

Dziś rano znów obudziłam się z tego koszmaru. Cała rodzina płynie tratwą zmierzającą do wodospadu. Mama i tata całkiem beztroscy zajadają krewetki i popijają wino. Swoisty piknik na środku wartkiego strumienia. Aron i August grają w karty, jedynie do mnie dociera, co się zaraz wydarzy, nie mogę jednak uświadomić tego innym. Irytują się tylko na mnie, mówią, żebym nie przeszkadzała. Żebym nie była taka kłótliwa i uciążliwa.

W końcu więc ich ignoruję. Wskakuję do wody i płynę w stronę lądu. Zdążam w ostatniej chwili. Potem siedzę na kamieniu i obserwuję, jak znosi ich do wodospadu i giną.

W każdym razie domyślam się, że giną, bo to przerażający wodospad, z pieniącą się i ryczącą wodą i ostrymi skałami. Sen kończy się na tym, że tratwa znika na krawędzi. Zawsze urywa się w tym momencie, tego lata śniło mi się to już z sześć, siedem razy.

A budząc się, myślę: ach tak, więc to tak wyglądało.

To właśnie jest straszne. To, że tylko na tyle potrafię się przejąć. Że kiedy otwieram oczy, nie czuję strachu, nie oblewa mnie zimny pot, nie dopada mnie panika. A kiedy człowiek w wieku piętnastu lat traci całą rodzinę, powinien czuć dojmujący smutek.

Tak jednak nie jest. I to nie tylko dlatego, że wiem, że to jedynie sen. Kiedy leżę w łóżku, rozmyślając nad tym, uświadamiam sobie, że tak samo bym się czuła, gdyby wydarzyło się to naprawdę.

Ach tak, więc tak to wyglądało.

Rzecz jasna wiązałoby się to z wieloma praktycznymi problemami. Bo gdzie bym mieszkała? Kto by się mną opiekował? Nikt by się pewnie nie zgodził, żebym zajmowała się sobą sama. Żebym po prostu nadal mieszkała w naszym domu i sama sobie radziła. Musiałabym na pewno przeprowadzić się do nowej rodziny, z którą tak samo nie czułabym więzi.

Więź. Z kim ja właściwie czuję więź? Gdyby ktoś zapytał mnie o to rok temu, od razu odpowiedziałabym, że z Anną i Malin. I może z Sarą. W końcu trzymałyśmy się ze sobą, od kiedy Sara dołączyła do nas do czwartej klasy, ale przez ostatni rok nasze drogi jakoś się rozeszły. Stopniowo, ale definitywnie. Mówią, że jestem dziwaczką, czy może mówi tak tylko Anna, ale to ona ma decydujący głos. „Ależ z ciebie dziwaczka”, mówiła, śmiejąc się, jakby chciała pokazać, że nie ma nic złego w byciu dziwaczką. Wiem jednak, że kryje się w tym coś poważnego. Ona już mnie nie lubi.

Może chodzi o Ivana. Zaledwie pół dnia po tym, jak pojawił się u nas w klasie, Anna się w nim zakochała. Ivan jednak nie był nią zainteresowany. Nie mówię, że mną był, ale na pewno się ze sobą dogadujemy. Uważają go za oryginał, zwłaszcza nauczyciele. Ma za sobą problemy rodzinne. Może i do niego pasuje słowo „dziwak”, chłopakowi jednak to bardziej uchodzi. Zwłaszcza jeśli jest przystojny, a Ivan jest. I zwłaszcza jeśli jest najlepszym koszykarzem w szkole, a Ivan jest.

Tak więc już się z nimi nie zadaję, ani z Anną, ani z Malin, ani z Sarą. Tego lata w ogóle się nie pokazywały, ale to dlatego, że spędzałyśmy je gdzie indziej. Sara u rodziny w Norwegii, wciąż tam zresztą jest. Z reguły wraca dopiero dwa, trzy dni przed początkiem szkoły. Malin była na Gotlandii, a Anna na zachodnim wybrzeżu, gdzie pomagała w restauracji wujka. Jak każdego lata. Ja byłam na dwóch obozach: konfirmacyjnym i koszykarskim. Ivan też był na tym drugim, ale nie rozmawialiśmy jakoś dużo. Wychowawcy pilnowali, żeby dziewczyny i chłopaki się ze sobą nie zadawali. Bali się groźnych konsekwencji.

A potem spędziłam tydzień z rodziną w Grecji. Nie pojmuję, po co jeździć do Grecji w połowie lipca, my jednak wybieraliśmy się tam w tym czasie trzeci rok z rzędu. Na tę samą wyspę, do tego samego hotelu – Zephyr na przedmieściach Malii na Krecie. Bez przerwy było tam ponad trzydzieści stopni, także w nocy.

Nie chcę narzekać na Kretę, to cudowna wyspa. No i poznałam tam chłopaka, Callego ze Sztokholmu. Ma szesnaście lat, przez dwa ostatnie dni się obściskiwaliśmy. Całował mnie tak, że aż potem bolały mnie usta. Gdybym miała więcej odwagi, może byśmy się ze sobą przespali. No i gdybyśmy mieli trochę więcej czasu. Ostatniej nocy spaliśmy razem na plaży, nigdy nie przeżyłam niczego równie romantycznego, choć wcale nie rozebraliśmy się do naga. Chyba żadne z nas tego nie chciało.

Calle to wrażliwy chłopak, nie tak jak chłopaki z klasy, co zgrywają twardzieli, bo wydaje im się, że muszą. Odkąd się rozstaliśmy z Callem dwa tygodnie temu, dzwoniliśmy do siebie cztery czy pięć razy. Wydaje mi się, że on się trochę na mnie napalił. Bałam się, że przestanie się odzywać, kiedy tylko wyjadę z Krety, ale tak się nie stało. W każdym razie jeszcze nie. Gadaliśmy o tym, żebym przyjechała go odwiedzić w Sztokholmie, może w ferie jesienne, nie chcę jednak robić sobie nadziei. Bądź co bądź grecka wyspa w lipcu to co innego niż Sztokholm w listopadzie. Dzielnica Midsommarkransen, gdziekolwiek to jest. Rodzice, autystyczny młodszy brat i cała reszta.

Przez resztę wakacji włóczyłam się po mieście. Czytałam książki nad wodą albo jeździłam na rowerze do domku letniego babci i dziadka. Nie są jeszcze aż tak starzy. Ciekawe, czy to u nich bym wylądowała, gdyby rodzice zginęli. Nad wodospadem czy gdziekolwiek indziej. Byłoby to praktyczne rozwiązanie, nie jestem tylko pewna, czy dziadkowie by mnie chcieli.

Babcia pewnie tak, ale nie dziadek. Z każdą wizytą wydaje mi się coraz dziwniejszy i to przez niego nie zostaję tam na noc. Nie żeby był obleśny, ani trochę, ale po prostu nie mam ochoty z nim jeść śniadania. Babcia twierdzi, że nie pogodził się z przejściem na emeryturę. Po prostu brak mu zajęcia. Przepracował czterdzieści siedem lat, a teraz trzy razy w tygodniu przycina trawnik wokół domku i pisze do lokalnej gazety o wszystkim, co według niego źle działa w życiu lokalnej społeczności. Zawsze podpisuje się wymyślonym pseudonimem: Ten, co nie narzeka; Rozsądny obywatel; i tym podobne. Pewnie to babcia zabrania mu podpisywać się nazwiskiem, żeby zaoszczędzić sobie wstydu.

Tak czy inaczej, do rozpoczęcia szkoły został raptem tydzień. Wczoraj wpadłam na Charliego. Rozmawialiśmy ze sobą po raz pierwszy od wypadku w maju. Pod koniec semestru nie bywał w szkole, a na zakończenie odczytał tylko ten niezrozumiały wiersz, nie przyszedł jednak do klasy, żeby odebrać oceny i zjeść poczęstunek. Słyszałam od kogoś, że ma zmienić szkołę, teraz powiedział mi jednak, że to bynajmniej nieprawda.

Tak właśnie powiedział, tym swoim językiem kujona.

– To bynajmniej nieprawda. Obawiam się, że dalej będziesz musiała się ze mną męczyć.

Odparłam, że nigdy się z nim nie męczyłam. Widać było, że mi uwierzył, że nie uznał tego za uprzejme kłamstwo. To inni mają problem z Charliem i jego stylem bycia mądrali. Ale kto wie, może po tym, co się stało, inaczej na niego spojrzą. Zanim się rozstaliśmy, powiedział jeszcze coś, czego nie zrozumiałam:

– Być może będę musiał przeprowadzić z tobą wywiad. Miałabyś coś przeciwko temu?

– Co?

– Słyszałaś przecież.

– Wywiad?

– Tak.

– O czym?

– O szczegółach pozwolę sobie opowiedzieć kiedy indziej. To delikatna sprawa.

Gapiłam się na niego przekonana, że jego geniusz przerodził się w szaleństwo, ponoć takie rzeczy się zdarzają. Potem pomyślałam o wydarzeniach sprzed kilku miesięcy.

– Czy to ma coś wspólnego z Kallmanem?

– Wszystko ci wyjaśnię podczas wywiadu. O ile się zgodzisz, rzecz jasna.

– Oczywiście – odparłam nieco zdziwiona. Charlie potrafi zbić człowieka z tropu tymi swoimi dziwacznymi wypowiedziami.

Kiedy już sobie poszedł, zrozumiałam, że zgadłam. Bo o cóż miałoby chodzić, jeśli nie o Kallmanna?

Sporo się nad tym zastanawiałam, jak wszyscy. Nikt nie znał Kallmanna za życia, choć krążyło o nim kilka dziwnych plotek. Nikt wciąż nie rozumie, jak to się mogło stać. Chyba większość ludzi wyobrażała sobie, że chodziło o morderstwo lub przynajmniej nieumyślne spowodowanie śmierci. Wielu było więc nieco zawiedzionych, kiedy policja stwierdziła, że do zgonu doszło z przyczyn naturalnych, i zamknęła śledztwo.

A może tylko udają, że skończyli pracę nad tą sprawą, nie wiem. Tak przynajmniej uważa Ivan, rozmawialiśmy o tym krótko w drodze na obóz koszykarski. Udają, żeby sprawca (czy może sprawcy) sądził (sądzili), że zapanował spokój. Tata Lydii od nas z klasy jest policjantem, ale niestety pracuje w innym wydziale. Zresztą pewnie i tak nie gadałby o tym na lewo i prawo, bo i po co? Lydia też nie. Jeśli ktoś w klasie zasługuje na miano milczka, to właśnie ona.

Mój tata też jest milczkiem. Królem milczków, mówi nie więcej niż dziesięć, dwanaście słów na dzień. Jednak tego dnia, kiedy o Kallmanie napisano w gazetach po raz pierwszy, a my wyjątkowo zgromadziliśmy się przy wspólnym śniadaniu, tacie wyrwało się, że to wszystko przez ten dom. Jeśli ktoś pałęta się po nocy po takiej nawiedzonej ruderze, jaką jest Niemiecki Dom, to musi się liczyć ze wszystkim.

Kiedy mama zapytała, co ma na myśli, nie udzielił żadnej sensownej odpowiedzi. Wymamrotał tylko coś i wsadził sobie kolejną łyżkę owsianki do ust. A ja się trochę wystraszyłam. Nie tego, co powiedział, tylko tego, że kiedyś będę taka jak on. Zamknę się w sobie ze swoimi głupimi myślami i nie będę miała kontaktu z innymi. Przecież połowę genów odziedziczyłam po nim – o ile dobrze rozumiałam, co Karling mówił na lekcji biologii – a to doprawdy nieprzyjemna wizja. Pozostaje tylko mieć nadzieję, że w tej kwestii mama dominowała jak w każdej innej. Coś, czego nie potrafię zrozumieć, jeśli chodzi o rodziców, to dlaczego się pobrali. Czy dokładniej mówiąc, dlaczego mama wyszła za tatę. Co najmniej trzy razy prosiłam, by opowiedziała, jak się poznali, ale zawsze zmieniała temat. Może to jakaś wstydliwa historia, może przespali się ze sobą po pijaku i tak oto pojawiłam się ja. Może prawie w ogóle się wcześniej nie znali. Jak się nad tym zastanowić, taki scenariusz wydaje się całkiem prawdopodobny.

Całkiem sensowna hipoteza, jak by powiedział Charlie.

Może dlatego rodzice tyle zwlekali, zanim zdecydowali się na Arona i Augusta. Zanim znów się bzyknęli, chcieli się przekonać, czy są w stanie ze sobą wytrzymać.

Jestem wulgarna, ale mam to gdzieś. Tak czy inaczej, moi bracia są ode mnie o pięć i sześć lat młodsi i nigdy nie miałam z nich pożytku czy radości. Kiedyś mój nauczyciel szwedzkiego, Enoksson, oddając mi wypracowanie o rodzinie, poprosił mnie na indywidualną rozmowę i oznajmił, że to jeden z najlepszych i najzabawniejszych tekstów, jakie czytał. Miał tylko nadzieję, że nie napisałam prawdy. Że po literacku puściłam wodze fantazji.

Oczywiście, odparłam. Potrafię kłamać jak z nut.

Szwedzki to mój ulubiony przedmiot. Szczególnie lubię pisać wypracowania. Szkoda, że Enoksson nie wytrzymał u nas dłużej niż dwa semestry. W ósmej klasie przyszedł Kallmann, a teraz nadeszła pora na równie długie panowanie kolejnego wodza. O ile tylko Enoksson nie sprowadzi się do nas z powrotem z Göteborga, ale czemu niby ktoś miałby wracać do K., jeśli udało mu się stąd wyrwać?

Dobre pytanie. Tyle wątpliwości. Leżę w łóżku i piszę całe popołudnie, a nie znalazłam żadnych rozsądnych odpowiedzi. Ponieważ nikt mi nie zawracał głowy, uznałam, że w domu nikogo nie ma. Mama i tata oczywiście są w pracy, a bracia pewnie poszli na kąpielisko. Sam fakt, że obaj są rudzi, wskazuje na ich pokrewieństwo z ojcem. Ja, jakkolwiek bym się przyglądała, nie mogę znaleźć u siebie ani jednego rudego włosa, czy to na głowie, czy na ciele. Mam więc nadzieję, że cała ta dominacja genetyczna, dominacja i to drugie… redundancja?… jednak działają. Równie dobrze mogę wyrosnąć na kogoś takiego jak mama.

Może bardziej będę się starała dbać o linię, ale to już nie kwestia genów, a charakteru. Chociaż może genów też? Mama w każdym razie nie umie przejść obok ciastka czy kawałka tortu i go nie zjeść. Tak twierdzi.

À propos, robię się głodna. Dochodzi dwunasta, a nie zjadłam śniadania.

O pierwszej miałam się spotkać z Emmą. Wczoraj wróciła od taty i krewnych w Argentynie. Była tam całe lato i miała zimę prawie przez sześć tygodni. Jak zwykle, ale to miał być ostatni raz. Tak się zarzekała, kiedy wczoraj wieczorem rozmawiałyśmy przez telefon. Nie przypominałam jej, że to samo mówiła w sierpniu zeszłego roku. Zaczęłam sobie nawet wyobrażać, jak by to było, gdyby mój małomówny tata mieszkał daleko w Ameryce Południowej. Może wtedy łatwiej byłoby go polubić. W życiu jednak nie jeździłabym go odwiedzać każdego lata.

Jeśli jest tak, że zaczynając dziewiątą klasę, nadal trzeba mieć najlepszą przyjaciółkę, to po stokroć wybieram Emmę. Potrafi być uparta jak osioł, ale przynajmniej jest samodzielna. Może nawet trochę z niej dziwaczka.

3

Igor

Zatem znów przyszła pora. Przedwczoraj kupiłem trzydziesty pierwszy w moim życiu kalendarz nauczyciela. Tych zużytych trzydzieści zajmuje całą półkę na regale. Stoją w nim w równym zielonym rządku i kiedy pomyślę sobie, że każdy z nich zawiera mniej więcej sto pięćdziesiąt imion i nazwisk, sto pięćdziesięcioro młodych ludzi, piersi rozpiera mi duma i poczucie bycia potrzebnym. Poczucie sensu.

Mogłoby się wydawać, że razem jest ich cztery tysiące pięćset, tak jednak nie jest, ponieważ niektóre nazwiska pojawiają się w dwóch lub trzech kalendarzach. Gdybym pokusił się o podsumowanie, oszacowałbym liczbę studentów, którzy przewinęli się przede mną przez ostatnie trzy dziesięciolecia, na blisko dwa tysiące. Mogę się też pochwalić, że pamiętam nazwiska wszystkich. Człowiek natrafia na nich od czasu do czasu – lekko zawstydzeni ludzie wkraczający w wiek średni podchodzą do mnie na rynku czy w sklepie, przedstawiają się i pytają, czy ich pamiętam.

Prawie zawsze pamiętam. Wystarczy dokładniej się im przyjrzeć, spróbować ocenić, w którym roku skończyli dziewiątą klasę, a już po chwili mogę im przypomnieć ich ocenę z matematyki czy fizyki. Jeśli przypadkiem natykam się na mniej zdolnego delikwenta, nie wypominam oczywiście ocen, tylko kieruję rozmowę na inny temat. Wielu ludzi wstydzi się kiepskich wyników w szkole, nawet jeśli okazują się porządnymi obywatelami i radzą sobie w społeczeństwie na wszelkie sposoby. Szkoła to nie wszystko, jestem pierwszym, żeby to przyznać. Są wartości, których nie oddadzą oceny na świadectwie końcowym. W latach dziewięćdziesiątych zaczęli się u mnie pojawiać uczniowie, których rodziców uczyłem na początku mojej kariery w K., w późnych latach sześćdziesiątych i na początku siedemdziesiątych. Dla przykładu, w nadchodzącym roku trafią mi się dwa takie przypadki. Pierwszy to chłopiec, niejaki Kristoffer Blom, zaczynający klasę siódmą. Nie mam względem niego wysokich oczekiwań, jego niezbyt lotnemu ojcu, Gunnarowi, dałem lichą dwóję z matematyki ogólnej, kiedy to w 1971 roku kończył dziewiątą klasę. Henrik, starszy brat Kristoffera, choć urodzony z innej matki, dwa lata temu opuścił szkołę z podobnym wynikiem. Do tego miał na swoim koncie w opiece społecznej kradzieże samochodów oraz w sklepach. A może w policji, nie jestem pewien, kto prowadzi kartoteki takich nieletnich delikwentów.

Drugi przypadek to Andrea Wester, której wychowawcą jestem od dwóch lat. Jest osóbką innego kalibru. Mogłaby mieć piątki od góry do dołu, gdyby tylko się bardziej postarała. Chyba raczej ma smykałkę do nauk humanistycznych niż ścisłych, tak samo było z jej matką, Ulriką. Ona też była wyróżniającą się uczennicą, brakowało jej jedynie pewności siebie. No i siły przebicia; powinna była iść na studia, zaszła jednak w ciążę, z rzeczoną Andreą zresztą, no i życie potoczyło się tak, a nie inaczej. Jałowe życie rodzinne i ograniczone perspektywy na przyszłość. Tu na północy często tak się zdarza. Cóż, nie powinienem osądzać tych, którzy przegrali życie, ale napawa mnie smutkiem widok zdolnych ludzi, którzy nie mają szansy, by wykorzystać swój potencjał. Czy też może nie wykorzystują tej szansy. Talent zmarnowany i to najczęściej bez rozsądnego powodu. Ot, po prostu przez lenistwo i rutynę. Rzecz jasna ogromną rolę w tym dramacie odgrywa środowisko. Jeśli człowiek wraca do tego miasta z solidnym wykształceniem, bynajmniej nie witają go oklaskami. O nie.

Przyjaciół mam niewielu. Po śmierci Kallmanna zaledwie dwoje: Gunillę, moją byłą żonę, oraz Pumpego, z którym dorastaliśmy na przedmieściach Sztokholmu w latach czterdziestych. Ja i Gunilla byliśmy małżeństwem trzy lata, choć właściwie już po trzech tygodniach zrozumieliśmy, że nam się nie uda. Zamiast tego zostaliśmy przyjaciółmi, tak jak na studiach. Ona wkrótce wyszła za niejakiego Lennarta – pasowali do siebie zdecydowanie lepiej – i miała z nim dwójkę dzieci, ale Lennart dość szybko zmarł, zostawiając ją samą. Z reguły jeżdżę do Gunilli do Göteborga na Wielkanoc lub czasem przy okazji ferii, ona zaś od czasu do czasu odwiedza mnie w K. Kiedyś, po dwudziestu trzech latach przerwy, próbowaliśmy uprawiać seks, ale nie najlepiej nam to wyszło. Uśmialiśmy się z tego oboje i teraz stawiamy na kulturę, czerwone wino i rozmowy. To nam wystarcza, a wiem, że Gunilla ceni to sobie nie mniej niż ja.

Od kiedy Pompe też został porzucony (przez pewną specyficzną kobietę o imieniu Kassandra, ale to już inna historia), jeździmy razem co rok na wycieczki. W tym roku wybraliśmy się na Wyspy Owcze i na Islandię. Pompe nie lubi latać, co nieco komplikuje sprawy, a dokładniej rzecz ujmując, wydłuża podróż. Nie mam nic przeciwko temu; przemieszczamy się tak, jak to robiono w przeszłości: łodziami i pociągami. Ewentualnie samochodem, ale żadnemu z nas nie podoba się siedzenie za kółkiem. Jesteśmy też zgodni co do tego, że powolne tempo nie jest nic warte. Ja i Pompe zgadzamy się w większości spraw.

Przepracowałem w jednej szkole dwadzieścia siedem lat, dwadzieścia siedem lepszych bądź gorszych lat. Być może przesadą byłoby powiedzieć, że Bergtuna stała się dla mnie rodziną, ale właśnie tu nawiązałem najważniejsze w moim życiu relacje. I będę nawiązywać kolejne. Nie mam oczywiście na myśli żadnych związków intymnych, nie jestem osobą zbyt seksualną, a mój skromny popęd umiem zaspokoić na własną rękę. Jeśli już coś uznaję w życiu za ważne, to poukładanie i zdrowe zwyczaje. Z co najmniej trójką kolegów rozmawiamy na poważne tematy, dwoje z nich znam od ponad dwudziestu lat. Czasami chodzimy razem do restauracji – hotelowej bądź włoskiej, która robi się tym lepsza, im bardziej odchodzi od stylu prostej pizzerii. Bywam na niektórych imprezach nauczycielskich, jestem też stałym członkiem szkolnego totalizatora prowadzonego przez kolegę Bergkvista. Może żaden ze mnie lew salonowy, ale też raczej nie uchodzę za dzikusa.

W przeciwieństwie do Kallmanna. Wszyscy wiedzieli, kim jest, ale nikt go nie znał. Przybył do K. i do szkoły Bergtuna jesienią 1979 roku, zastępując niejakiego Poltera, który zmarł na raka, choć skończył ledwie pięćdziesiąt lat. Wybitnie ponury człowiek ten Polter, a teraz i jego następca nie żyje.

Właściwie nie wiem nic o życiu Kallmanna, nie mam nawet pojęcia, skąd pochodził, choć takie szczegóły można sprawdzić, jeśli się tylko chce. Tego lata dużo myślałem o Kallmannie, jak wszyscy. Prawdziwy oryginał, a mimo tego był świetnym nauczycielem. Może jest tak, że dobry pedagog musi mieć w swoim repertuarze trochę dziwactwa. Przeinaczyłbym jednak rzeczywistość, gdybym powiedział, że nasza relacja była przyjazna. On nie miał przyjaciół, nie potrzebował tego. Nie krytykuję go za to. Niektórzy chronią swoją samotność, tak jak inni swój klub golfowy lub rodzinę, i mają do tego pełne prawo. Kallmann miał swoje zwyczaje, niektórzy traktowali go jak ekscentryka, jednak po jego śmierci wszyscy uznali, że był dobrym, inteligentnym, pewnym swego człowiekiem.

Dużo czasu minęło, zanim się do siebie odrobinę zbliżyliśmy, a powodem, dla którego poznałem Kallmanna lepiej niż inni koledzy, była ta historia z incydentem w parku miejskim w 1993 roku. Miało to miejsce dwa lata temu, a ma się wrażenie, jakby było niedawno. Kiedy człowiek się starzeje, lata mijają mu coraz szybciej, nie ja pierwszy tak mam.

Dlaczego policja pozwoliła, by ci rozwrzeszczani skini zebrali się w letni wieczór w naszym pięknym parku i wymachiwali swastykami i transparentami, na których nie brak było byków ortograficznych, nie mam pojęcia. Nie wiem też, co robił tam Kallmann. W każdym razie został pobity, być może niezbyt poważnie, nie mógł jednak sam się stamtąd zabrać i to ja mu pomogłem.

Było tak: jakąś godzinę po zakończeniu całego tego spektaklu, a zbliżało się wpół do dziewiątej, byłem na wieczornym spacerze z Rufusem – golden retrieverem, którym opiekuję się czasami, kiedy koleżanka Birgitta Lindegren, nauczycielka niemieckiego i angielskiego, potrzebuje pomocy. I tak oto razem z Rufusem natknęliśmy się na Kallmanna leżącego na ziemi pod dorodnym krzewem bzu. Był w pełni świadomy, twierdził, że leży tylko po to, żeby zebrać siły na pójście do domu, i że wieczór jest piękny. Jak jednak nieco później stwierdzono na ostrym dyżurze, Kallmann miał pęknięte dwa żebra, złamane ramię oraz kilka pomniejszych urazów twarzy i tułowia.

Badający go młody lekarz chciał go zatrzymać na noc, ale Kallmann oczywiście się nie zgodził. Obiecałem, że odstawię go do domu, i to zrobiłem. W takich okolicznościach naturalne wydawało się poczęstowanie mnie herbatą. Wydało się to naturalne nawet takiemu człowiekowi jak Eugen Kallmann.

Jestem pewien, że żaden z moich kolegów ze szkoły nie przekroczył progu domu Kallmanna, pewnie zresztą w ogóle mało kto u niego był. Mieszkał w dość ciasnym, trzypokojowym mieszkaniu na Sylvestergatan, które bardziej niż lokal mieszkalny przypominało bibliotekę. Dwa pokoje zastawione były ciągnącymi się od podłogi do sufitu regałami oraz kilkoma wygodnymi, acz zużytymi meblami do siedzenia. W większym pokoju królowało pokaźnych rozmiarów biurko. Trzeciego pomieszczenia nie dane mi było zobaczyć, ale doszedłem do wniosku, że musiała to być sypialnia Kallmanna. On zresztą nie zapraszał mnie do swojej biblioteki, tylko zaprowadził mnie do kuchni, gdzie usiedliśmy przy stole, na którym porozkładane były gazety, notatniki, długopisy, pół tuzina afrykańskich figurek z drewna, zapomniana filiżanka po kawie oraz butelka malt whisky, opróżniona w jednej trzeciej.

Zarzuciliśmy więc początkowy pomysł, by napić się herbaty, i zamiast tego sięgnęliśmy po whisky. Potem, cóż, krótko mówiąc, wypiliśmy całą butelkę. Zajęło nam to mniej niż pół godziny i w tym czasie mój gospodarz powiedział, że cały swój wolny czas poświęca na badania, dlatego jego dom tak właśnie wygląda. Może to zabrzmi dziwnie, ale nie zrozumiałem, czego dotyczyć miały te badania. Czym właściwie się zajmował. Dopiero później dotarło do mnie, że chodziło o literaturoznawstwo, choć może określenie historia literatury byłoby tu bardziej adekwatne, ponieważ jego celem było przeanalizowanie pewnych kluczowych zdarzeń w życiu dwóch pisarzy. Obu nieznanych, obu zagranicznych. W zeszłym tygodniu dowiedziałem się, że Kallmann wydał kilka książek. Pod pseudonimem, o ile dobrze zrozumiałem, nie wiadomo jednak, jakiego gatunku była to literatura. To Augustin Selander, artysta i nauczyciel plastyki, oświecił mnie w tej kwestii, kiedy wpadliśmy na siebie przypadkiem na Bergtuna torg. Spieszył się jednak i nie zdążyliśmy omówić sprawy. Może warto będzie do tego wrócić, kiedy spotkamy się w szkole.

Myślałem też o tej whisky. To chyba trochę dziwne, że ktoś trzyma butelkę na stole kuchennym? W szkole nie brak takich, którzy sądzą, że Kallmann był alkoholikiem, ja jednak nie przypominam sobie, by choć raz zaniedbał swoje obowiązki służbowe z powodu uzależnienia. A przecież tak właśnie robią ci nieszczęśnicy. Nawet jeśli zwykł wypijać kilka kieliszków w samotności, według mnie mało prawdopodobne, że był uzależniony. Nie w taki sposób.

Drugim hobby Kallmanna była kryminologia. Po kilku rozmowach z nim zrozumiałem, że bardzo interesowały go przestępstwa sprzed lat, zwłaszcza te, których nigdy nie wyjaśniono. Twierdził, że miał krewnego, czy też może dobrego znajomego, który pracował w komendzie głównej do końca lat sześćdziesiątych, kiedy zaginął w nieodgadnionych okolicznościach. Kiedy zapytałem, czy to ta tajemnicza sprawa zaszczepiła w nim słabość do dawnych zagadek kryminalnych, niepewnie przyznał mi rację. Jednak dopiero rok później, w zasadzie kilka tygodni przed śmiercią Kallmanna, dowiedziałem się, że w tajemnicy zajmował się on wyjaśnianiem przestępstwa popełnionego tutaj, w K. Przestępstwa, o którym nigdy nie dowiedziała się policja. Przyznaję, że zawsze sceptycznie reagowałem na jego insynuacje. A często tylko na nich się kończyło, Kallmann rzadko mówił wprost, zwłaszcza kiedy odnosił się do tego nieodkrytego morderstwa – twierdził bowiem, że właśnie z takim przypadkiem mieliśmy tu do czynienia – łatwo można było uznać, że konfabuluje.

Nigdy jednak nie kwestionowałem jego doniesień otwarcie, nie byliśmy wystarczająco bliskimi znajomymi. Zresztą poza szkołą spotkaliśmy się sam na sam może z sześć razy, wliczając w to ten letni wieczór w parku. Pół tuzina spotkań przez dwa lata to z pewnością za mało, by można było lepiej poznać Eugena Kallmanna.

Zastanawiam się też nad naszą ostatnią rozmową, o której już tyle rozmyślałem, a to nie tylko dlatego, że odbyła się zaledwie kilka dni przed jego śmiercią, ale też z powodu kilku dziwnych wypowiedzi Kallmanna.

Bogiem a prawdą, nie jestem wcale przekonany, czy policja postąpiła słusznie, zamykając śledztwo w sprawie jego śmierci. Nie zdążyłem jeszcze omówić tego z nikim w szkole, ale z pewnością będzie po temu okazja, kiedy zacznie się nowy semestr.

Dość już o Eugenie Kallmannie. Sięgnąłem po listy uczniów, które przesłano mi w zeszłym tygodniu, i zacząłem wpisywać nazwiska do nowego kalendarza. Kiedyś nazywałem go brulionem, ale dziś brzmi to staroświecko.

Zaczynam się starzeć. W listopadzie skończę pięćdziesiąt sześć lat, do emerytury zostanie mi mniej niż dekada. Należę do szóstki najstarszych nauczycieli, choć całe nasze grono jest dość wiekowe. Ostatniej wiosny przed imprezą nauczycielską dla żartu wyliczyłem naszą średnią wieku. Wyszło mi 49,3. Jeśli uwzględnić, że nauczyciele pracują od dwudziestego piątego do sześćdziesiątego piątego roku życia, to medianą powinno być czterdzieści pięć. Maksymalnie, czterdzieści jeden lub dwa wydaje się rozsądniejsze, bo przecież nie wszyscy dają radę pracować do końca. W tym miejscu trzeba jednak podkreślić, że pedagodzy, którzy odpadają przed metą, w pełni zasługują na przebaczenie. Zwłaszcza jeśli pomyśli się, jaką drogę ostatnimi laty obrał system oświaty w Szwecji. Wstyd i hańba.

No ale nie ma co zaczynać nowego roku od narzekania. Ja tam trzymam się metod nauczania, które wypracowałem podczas tych długich i – ośmielę się stwierdzić – całkiem udanych lat spędzonych za katedrą. Do diabła z tymi głupawymi, nowymi wymysłami i pedagogicznymi turboprzodownikami. Nauczyciel to nauczyciel, uczeń to uczeń, a szkoła to szkoła. Tak było, jest i będzie. Po co zmieniać kurs, skoro statek płynie w dobrym kierunku?

4

Ludmilla

Kiedy dziś wróciłam z pracy i zerknęłam w lustro w holu, stwierdziłam, że patrzę zezem. Nie zdziwiło mnie to. Doprawdy trudno o stan większego wyczerpania.

Mam czterdzieści cztery lata i przepracowałam dwa pełne dni. Mogłoby się wydawać, że to wyczyn nieprzekraczający ludzkich możliwości, ale w drodze powrotnej omal nie zjechałam rowerem do rzeki. Jest piątkowy wieczór, wpół do siódmej i gdybym mogła sobie czegoś zażyczyć, to poprosiłabym o pół butelki schłodzonego białego wina i dwanaście godzin snu.

Ewentualnie całą butelkę i piętnaście godzin.

Ja jednak stoję w kuchni i gotuję makaron z sosem. I smażę mortadelę, bo na tyle symultaniczności jeszcze mnie stać. Dzieciaki oglądają telewizję, a Klas dzwonił przed chwilą, by powiedzieć, że się spóźni. Cholera jasna, myślę sobie. Jutro urządzamy duże, tradycyjne przyjęcie z okazji rozpoczęcia sezonu na raki i nie mam pojęcia, jak temu podołam. Zapomniałam, że początek pierwszego semestru tak właśnie wygląda. Zapomniałam też, że zawsze o tym zapominam, a potem kończę z tymi przeklętymi czerwonymi skorupiakami w garnku i osiemnaściorgiem gości na karku. W tym roku to samo.

Do tego makaron. Co się stało z moim życiem? Przez chwilę rozważałam, czy nie zemdleć na podłogę w kuchni, ale nie jestem pewna, czy Måns lub Erik by się tym w ogóle przejęli. Na pewno nie przed końcem bajki, kiedy to zorientowaliby się, że jedzenia jeszcze nie podano.

Jeden ma sześć, drugi osiem lat. Żałuję, że nie mają po dwadzieścia sześć i dwadzieścia osiem i że jeszcze nie wynieśli się z domu. A przynajmniej tego, że nie zdecydowałam się na dzieci wcześniej. Gdybym miała o dziesięć lat mniej, z pewnością byłabym pełna energii, szczęśliwa i seksowna. Ja jednak jestem o trzy lata starsza od Klasa, teraz rozumiem tych zafajdanych reakcjonistów, którzy twierdzą, że kobieta powinna być młodsza. Jeśli Klasa weźmie dziś ochota na bzykanie, powiem, żeby zadzwonił sobie do agencji towarzyskiej.

Dobrze, że nikt nie umie mi czytać w myślach. Szkoda tylko, że ja sama muszę mieć z nimi do czynienia. Do głowy przychodzą mi wszelkiego rodzaju uprzedzenia i prostackie porównania, a niestety nasila się to z wiekiem. W pewnym sensie byłam bardziej ułożona w latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych, kiedy chodziłam na demonstracje, paliłam flagi i rzucałam jajkami. Wtedy przynajmniej stała za tym jakaś myśl przewodnia, jakaś ideologia, choć okazała się mieć więcej słabych stron, niż można było wówczas przypuszczać. Gdzie jednak podziała się cała moja empatia i moje wartości, kiedy myślę: ty przebrzydły tłuściochu, wracaj do domu i weź się do odchudzania!, tylko dlatego, że jakaś kobieta zachodzi mi drogę na chodniku?

Oczywiście nie jest tak, że te myśli zostają mi w głowie. Zbijam je natychmiast stosowniejszymi i po cichu proszę o przebaczenie, jeśli akurat w polu rażenia znalazł się jakiś bliźni. A najczęściej tak właśnie jest. Nie ma sensu denerwować się na zwierzęta lub rzeczy, na człowieka – owszem.

Może ma to związek z moją pracą. Kiedy jesteś pedagogiem szkolnym w gimnazjum, ludzie oczekują od ciebie opanowania i empatii. Liczą, że wykażesz zrozumienie dla najniższych pobudek nastolatków, że nigdy nie będziesz osądzać, jedynie opatrzysz rany plastrem łagodności i zdrowego rozsądku. Że staniesz się zastępczym rodzicem i dobrym dorosłym. Poradzisz, wysłuchasz, przede wszystkim wysłuchasz, i to nie tylko słów padających z ust młodych ludzi, ale i ich niemego wołania o pomoc. Wyłuskasz je i z największą ostrożnością wydobędziesz na światło dzienne. Bo młodzi zawsze krzyczą lub przynajmniej wołają: Zauważ mnie! Wysłuchaj mnie! Zatroszcz się o mnie! Zrozum mnie! Pomóż mi! Pokochaj mnie!

Lubię ten zawód. I jestem w nim dobra. To dlatego zmieniłam ścieżkę. Kiedy najpierw przez pięć lat pracowałam jako nauczycielka, i tak byłam bardziej duszpasterzem niż pedagogiem. Dostrzegłam to nie tylko ja i moi uczniowie, ale i nasz dyrektor – stary lis Willenius. Wziął mnie na dywanik i oznajmił, że ma zamiar przenieść mnie na etat pedagoga szkolnego, na którym mam zastąpić nienadającego się do niczego Svantessona. Kiedy zauważyłam, że nie mam odpowiedniego wykształcenia, wzruszył tylko ramionami i stwierdził, że z takim szczegółem jakoś sobie poradzi. Taki właśnie był nasz Willenius. I tak oto po pięciu latach, kiedy to brakowało mi kwalifikacji, wystarczyło jakieś sto wieczorów poświęconych na studia zaoczne, bym uzyskała odpowiednie uprawnienia. System edukacji to specyficzny świat, w którym niejedno da się zaciemnić, a w tym Willenius był mistrzem. Kiedy odszedł, okazało się, że szkoła ma konto „na nieprzewidziane wydatki”, a na nim milion koron. Nie wiedział o nim nikt poza Willeniusem.

Jakoś więc dojdę do siebie i w tym semestrze. Kiedy tylko będę miała za sobą to przyjęcie i wreszcie się wyśpię. Na razie lekcje jeszcze się nie zaczęły, uczniowie pojawią się w szkole w poniedziałek, a wtedy wszystko trochę wróci do normy. Początkowi roku szkolnego zawsze towarzyszy aura fałszywego optymizmu. Grono pedagogiczne jest opalone i pełne entuzjazmu, nauczycielki języków mają nowe fryzury i akcesoria, wuefista Hämlin stara się wyglądać niczym olimpijczyk, a Uffe od techniki paraduje w szortach i klapkach. Zapewne w połowie przyszłego tygodnia wszystko znów będzie jak zwykle.

Mamy cztery nowo zatrudnione osoby. Jedną z nich jest Leon Berger. Ma objąć posadę po Kallmannie, a nie jest to doprawdy łatwe zadanie. Kallmann był czubkiem (no proszę, i znów ot tak sobie rzucam zniewagą!), ale uczniowie byli w niego zapatrzeni. Jego śmierć bynajmniej tego nie zmieniła, tuż przed końcem roku słyszałam, że są plany, by na szkolnym dziedzińcu postawić jego pomnik. Być może teraz, jesienią, uczniowie podejmą tę propozycję. Zdaje się, że stoją za tym Sigge Sundberg i Malin Krotowska oraz ich poplecznicy – to przecież one są naszą awangardą. Zresztą, czemu nie postawić mu pomnika? Kallmann z pewnością doceniłby, gdyby jego podobizna stanęła gdzieś pomiędzy masztem na flagę a budynkiem „B”.

Nie sądziłam, że Leon weźmie moją propozycję pod uwagę. Nie żebym wtedy na przyjęciu nie mówiła poważnie, powiedziałam to jednak pod wpływem chwili i wina. Lubiłam go na studiach i gdyby nie był w tamtym czasie z tą swoją Heleną, która teraz zginęła, to kto wie, może zaczęlibyśmy ze sobą kręcić. W każdym razie może poszlibyśmy do łóżka na próbę, pamiętam, że na jednej czy dwóch imprezach byliśmy tego całkiem blisko.

Minęło jednak trochę czasu i sama nie wiem, co o tym myśleć. Leon nie jest w najlepszym stanie; może i różne głupoty przychodzą mi do głowy, kiedy gotuję rodzinie makaron, ale pewnie postradałabym zmysły, gdyby Klas z dzieciakami zaginęli. Poniekąd rozumiem więc Leona. Helenę spotkałam jedynie przelotem, raz czy dwa w Uppsali. Skoro jednak byli ze sobą dwadzieścia lat, to musiało ich łączyć coś poważnego. Ja dla odmiany spotkałam Klasa późno, ale wciąż go mam. Moi znajomi, którzy związali się z kimś w latach siedemdziesiątych, w większości już się rozwiedli. Któraś z nauczycielek, chyba Lisa Fransson, oznajmiła zeszłej wiosny, że sprawdziła, jak to jest w jej klasach, i okazało się, że nieco ponad trzydzieści procent uczniów mieszka w obojgiem biologicznych rodziców. Ot, obraz życia we dwoje w dzisiejszych czasach.

Wolę nie myśleć, co to oznacza dla przyszłości mojej i Klasa. Jeśli jednak zdradzi mnie z tą dziwką Carolą od siebie z pracy, zabiję.

Trudno zdecydować, które z nich bym zatłukła. Może oboje, jeśli już komuś trafia się okazja, by wydać salomonowy wyrok, to trzeba z niej korzystać.

W czasie tych ostatnich zebrań w szkole nie miałam okazji dłużej pogadać z Leonem. Umówiliśmy się jednak, że w przyszłym tygodniu pójdziemy do restauracji. Skoro już go tutaj ściągnęłam, to nie mogę go tak teraz zostawić. Kiedy o tym myślę, czuję lekkie mrowienie w środku, ale wypieram je tak, jak to robię z moimi niezrównoważonymi, natrętnymi myślami. Tak czy inaczej, takie wyjście oznacza wieczór bez dzieci i obowiązków. Może nie jakieś tam mecyje, ale jednak.

Muszę oczywiście opowiedzieć Leonowi o Kallmannie. Zapewne już ze wszystkich możliwych stron doszły go słuchy o całej historii, ale ważne, żeby jakoś to wyprostować. W końcu odbyłam z Kallmannem dwie prywatne rozmowy – obie w ostatnim semestrze – i wydaje mi się, że wiedziałam o nim nieco więcej niż inni. Jako pedagog zajmuję się naszą młodzieżą i jej problemami – tymi chwilowymi i tymi poważniejszymi – lecz moi koledzy od czasu do czasu też zaglądają do mnie do gabinetu. Zwłaszcza mężczyźni. I ja, i oni zdajemy sobie sprawę, że tego typu wizyty wykraczają poza moje obowiązki, mimo wszystko powierzone mi tajemnice pozostają między nami. Zdarza się, że te rozmowy mają lekki podtekst erotyczny – ci sfrustrowani faceci jakby wypierali chęć przespania się ze mną – nie mogę jednak powiedzieć, żeby mi to przeszkadzało. Ot, umacnia moje poczucie wartości, a przecież do niczego nigdy nie dochodzi.

Kallmann, rzecz jasna, nie przejawiał niczego takiego w zachowaniu. Kiedy teraz myślę, o czym wtedy rozmawialiśmy, aż jestem zaskoczona, że w zasadzie tak mało sobie powiedzieliśmy. I tak trudno jest oddać treść tych rozmów w rozsądny sposób. Otaczała go w końcu aura tajemniczości, był swego rodzaju zagadką, zwłaszcza poza ścianami mojego gabinetu, kiedy wcielał się w swoją codzienną rolę nauczyciela. Potrafił być bardzo zaangażowany, a jednocześnie dziwnie zdystansowany. Miało się wrażenie, że porusza się z nim tylko sprawy istotne, nie cierpiał paplaniny i pustych konwersacji, a mimo to on sam był w tej rozmowie jakby nieobecny. Nie umiem jasno tego nazwać, ale podczas obu naszych spotkań dała się zauważyć pewna jego cecha, na którą wcześniej nie zwróciłam uwagi. On po prostu czuł potrzebę, by ze mną porozmawiać. Coś go do tego pchało, było coś, co obchodził wkoło, ale zanim miałam okazję się zorientować, do czego zmierzał, zginął. Pluję sobie w brodę, że nie byłam bardziej dociekliwa i nie skłoniłam go do nazwania rzeczy po imieniu, ale teraz i tak już nic nie zmienię. Starałam się po prostu uszanować jego prywatność, jeśli nie chciał o czymś mówić, to nie było po co go do tego zmuszać. Jestem pewna, że każdy ma nieco inne wyobrażenie o Eugenie Kallmannie i jego śmierci. Ja sama nie wiem, co powinnam opowiedzieć Leonowi Bergerowi. Może wystarczy, jeśli sprostuję niektóre z tych najbardziej nieokiełznanych plotek. Zobaczymy.

Tak na marginesie, właśnie się okazało, że Carola nie przyjdzie na nasze przyjęcie sama. Będzie z nią jej nowy chłopak Ulf. Chwilowo nastrój bardzo mi się poprawił.

5

Leon

Najgorsze jest to, że od czasu do czasu ją widzę.

Młodą dziewczynę w tłumie albo mijającą mnie na rowerze. Kiedy jeszcze byłem w Sztokholmie, moją uwagę przykuwały też ciemne włosy gdzieś w drugim końcu wagonu lub na schodach ruchomych.

Najczęściej widziane z tyłu, ewentualnie z boku z ledwie uchwytnym profilem. A ja za każdym razem jestem na to nieprzygotowany. Judith! Rozlega się we mnie nieme wołanie, otwieram usta, ale za każdym razem na tym się kończy. Mam wrażenie, jakby zapierało mi wtedy dech w piersiach. Nigdy nie wołam jej imienia, choć pewna część mnie jest przekonana, że to naprawdę ona. Jest to jednak drobna, jakby niezauważalna część mnie, część, która wykazuje się brakiem logiki, atawizmem i szaleństwem opartym na myśleniu magicznym: jeśli zamknę oczy i policzę do dwudziestu ośmiu, a ona nadal tam będzie, to jest to Judith… jeśli wysiądzie na następnej stacji… jeśli za tym rogiem skręci w prawo… jeśli złożę ręce i zdążę powiedzieć całe Ojcze nasz, zanim ona się odwróci…

Potem serce potrafi mi walić przez dobrych kilka minut. Tak samo jest, kiedy spotykam ją we śnie. Budzę się zlany zimnym potem, z wysokim tętnem. Nigdy jednak nie śniło mi się, że Helena żyje. To chyba jasny znak?

Z pewnością coś to oznacza, zgodziła się moja terapeutka. Najprawdopodobniej jednak nie to, co byś chciał. Nie to, że Judith żyje.

Tutaj w K. pierwszy raz zobaczyłem ją kilka dni temu na dziedzińcu szkolnym. Stałem przy oknie w swoim gabinecie na piętrze, a ona wyszła głównymi drzwiami z grupą dziewczyn, pięciu, może sześciu. Tym razem nie tylko ciemne włosy były jej, ale i cienki podkoszulek oraz znoszone dżinsy. Na sekundę pociemniało mi przed oczami, stłumiłem wołanie i wpiłem się palcami we framugę, czekając na Bóg wie co. Na to, że odwróci się do mnie i zawoła? Na to, że zemdleję i ktoś będzie musiał mnie cucić? Na to, że moje życie albo przynajmniej moja świadomość raz na zawsze rozpadnie się, tworząc chmurę wirującego konfetti, które przez resztę czasu, jaki mam spędzić w murach tej szkoły, będę się starał posortować i poukładać?

Rzecz jasna nic takiego się nie stało. Do pokoju wszedł inny nauczyciel, którego imienia jeszcze nie zapamiętałem, i zapytał, czy nie widziałem Hansa-Ivara Möllera. Nie widziałem. Po chwili wszystko wróciło do normy. Usiadłem na swoim stanowisku, które odziedziczyłem po moim poprzedniku Kallmannie, i wróciłem do prób uporządkowania różnych spraw. Z jakiegoś powodu nikt nie zadał sobie trudu, by uprzątnąć należące do Kallmanna biurko, szuflady i regał. Zapytałem siedzącą obok Ellen Moerk, również uczącą szwedzkiego, co się za tym kryło. Jak mi objaśniła, dyrekcja uznała, że wśród książek, teczek i notatek Kallmanna mogą znajdować się materiały, które przydadzą się jego następcy. Chodziło, zdaje się, o kwestie związane z dydaktyką. Może też było tak, że tuż po śmierci Kallmanna policja prosiła, by niczego nie ruszać ze względów technicznych, a potem wszyscy o tym najzwyczajniej w świecie zapomnieli. Nikt się tym nie zajął. Wiem przecież, jak to z reguły wygląda w szkole?

Owszem, wiedziałem. Ellen Moerk wydaje się sympatyczna. Razem jest tu nas – nauczycieli szwedzkiego – czworo i dzielimy jeden gabinet. Wszystko jest w nim poukładane i praktycznie zaaranżowane – mamy tu zgromadzoną większość literatury, zestawy podręczników oraz wszystkie materiały dydaktyczne. W naszym kwartecie, że się tak wyrażę, panuje przyjazna, zespołowa atmosfera. Oczywiście na razie mogłem zaobserwować jedynie to, co widać na powierzchni. Jest to jednak powierzchnia spokojna, a to oznacza całkiem udany początek. Mamy wspólny ekspres do kawy i na zmianę kupujemy wafelki bądź sucharki dla wszystkich, w ten sposób oszczędzając sobie konieczności zbiegania na przerwach do dużego pokoju nauczycielskiego po przekąski dostarczające energii niezbędnej przed każdą kolejną lekcją. „Kawa, jedyny ratunek dla zmęczonych ludzi”1, jak pisał Chandler.

Pozostała dwójka nauczycieli to Kristina Eriksson i Hans-Ivar Möller. Kristinie został tylko rok do emerytury, Hans-Ivar i Ellen są chyba w moim wieku, w każdym razie mają pomiędzy czterdzieści a pięćdziesiąt lat, choć nie pytałem. Gdybym tylko mógł uporać się z moją traumą, na pewno czułbym się dobrze w tym towarzystwie i nowym otoczeniu, w jakim się znalazłem.

Czemu jednak miałbym się z nią uporać? Po co nawet tego chcieć? By być prawdziwym człowiekiem, trzeba umieć przeżyć swoje. Zdaje się, że to Lars Ahlin2 pisał o tym w swojej ostatniej książce. No proszę, w zaledwie minutę na myśl przyszedł mi i Chandler, i Ahlin. Jak to człowiek szuka wsparcia.

Tego samego popołudnia doszedłem do tego, że dziewczyna od tyłu i z profilu przypominająca Judith, ta, którą widziałem przez okno, nazywa się Andrea Wester. Chodzi do dziewiątej klasy, którą też przejąłem po Kallmannie. Muszę naprawdę uważać, by zachować dystans, bo nawet kiedy Andrea siedzi w ławce w głębi sali przy oknie, jej podobieństwo do Judith jest tak uderzające, że przyprawia mnie o szybsze bicie serca.

Któregoś wieczora spotkałem się z Ludmillą Kovacs. Prawie trzy godziny spędziliśmy w La Commedia, włoskiej restauracji przy rynku, która okazała się zaskakująco miłym miejscem. Nie licząc budki z kiełbaskami, wieczorem w K otwartych jest najwyżej sześć knajp, z czego dwie to proste pizzerie, gdzie nikt rozsądny nie usiądzie, żeby zjeść. Każdy odbiera karton ze swoim zamówieniem i zawstydzony czmycha do domu pod osłoną mroku. Ja wypróbowałem obie z tych pizzerii, żadna nie jest gorsza od drugiej.

Poza Commedią jest jeszcze główny hotel, restauracja chińska oraz hotel dla wodniaków nad jeziorem, rzecz jasna czynny tylko w sezonie. Jak dotąd nie odwiedziłem żadnego z tych przybytków, Ludmilla zresztą ostrzegła mnie, że nie warto. Według niej, jeśli miało się ochotę na przyzwoity posiłek i coś do popicia, lepiej było podjechać do Ö. Albo pójść do Commedii. Nie spotkaliśmy się jednak, żeby dyskutować o lokalach gastronomicznych, w których mógłby się stołować pogrążony w żałobie wdowiec. Od początku odniosłem wrażenie, że Ludmillę trochę dręczy sumienie, ponieważ zwabiła mnie do K. i jakoś nie bardzo wiedziała, jak sobie poradzić z tym brzemieniem. Dopiero po trzech kwadransach i butelce montepulciano przestała przepraszać za wszystko, co dzieje się w mieście. Wtedy w końcu rozpoznałem Ludmillę, z którą studiowałem. Jowialną, wściekłą i silną, mówiąc dosadnie. Tak to wygląda, kiedy czerwone wino pomiesza się z czerwoną krwią; nagle poczułem, że chciałbym się upić, upić jak należy, razem z nią. Tak po młodzieńczemu, nieodpowiedzialnie, jak to robiliśmy dawno temu, kiedy życie wciąż miało w sobie ten kuszący bezmiar możliwości, marzeń, nadziei i wszystkiego, co pod wpływem alkoholu przyszło nam do naszych lewackich głów. Od tamtych chwil minęły jednak dwie dekady, był środowy wieczór w miasteczku K., nazajutrz czekał nas dzień pracy, ona była matką dwójki dzieci, ja świeżo upieczonym wdowcem. Dlatego też mój szalony impuls z poczuciem winy sam schował się do uporządkowanej szafy opamiętania.

Ludmilla pracuje jako pedagog szkolny, ponoć mówiła mi o tym, już kiedy się spotkaliśmy w maju w Sztokholmie, choć ja sobie tego nie przypominam. Gdzieś – chyba u Sebalda – czytałem, że smutek zjada pamięć. Trafne spostrzeżenie. Zwłaszcza na początku, w styczniu i lutym, zdarzały mi się całe dni, które zapominałem, nie umiałem sobie przypomnieć, co robiłem, gdzie byłem, z kim rozmawiałem. Dzieje się tak oczywiście dlatego, że nie zapamiętujemy rzeczy bez znaczenia, a wobec tego, co spotkało Helenę i Judith drugiego stycznia u wybrzeży Tanzanii, wszystko, dosłownie wszystko było bez znaczenia.

W każdym razie Ludmilla powiedziała mi teraz, że przez kilka lat świetnie odnajdywała się jako nauczycielka, ale w tej roli czuła się coraz bardziej niespełniona. Problemem był czas, te pojedyncze minuty, wręcz sekundy, które człowiek może poświęcić każdemu uczniowi, kiedy ma ich dwadzieścioro pięcioro, trzydzieścioro na jednej niezbyt długiej lekcji. To jakby aplikować plaster na złamanie kości, stwierdziła, albo leczyć psychozę sprayem do ust. Dobrze, następna osoba, dobrze, następna osoba… Zaśmiałem się, bo brzmiało to aż nadto znajomo, nie mogłem się z nią nie zgodzić. Jako pedagog szkolny Ludmilla miała szansę dotrzeć pod tę lekko wzburzoną powierzchnię, odczytać te ledwo widoczne sygnały SOS, które tak trudno wychwycić i zrozumieć w klasie, właśnie przez brak czasu. Myślę, że ja byłbym kiepskim pedagogiem szkolnym, a w moim obecnym stanie wręcz fatalnym, potrafię jednak doskonale zrozumieć, co kierowało Ludmillą, kiedy zmieniała rolę w tym przedziwnym świecie pedagogiki. Sprawna ekipa doglądająca dobrego samopoczucia uczniów jest na wagę złota, a Ludmilla i szkolny psycholog Herman Kling stanowili wybitnie efektywny duet.

Rzecz jasna, kiedy tak siedzieliśmy w Commedii, dużo czasu zajęły nam szkolne plotki i tak, krok po kroku, doszliśmy do tego trudnego tematu, którego wszyscy starali się unikać: mojego poprzednika Eugena Kallmanna.

Zginął w maju, a jego śmierć była ponoć osobliwa, ale zdaje się, że i jego życie można określić podobnym epitetem. Przez dwadzieścia lat pracy w gimnazjum naturalnie spotkałem ekscentrycznych kolegów, i to różnego sortu, płci obojga. Niewiele jest zawodów, których przedstawiciele mogą sobie pozwolić na tyle dziwactw co nauczyciele. Każdy pewnie trafił w swoim życiu na półszalonych pedagogów, których lekcje pamięta się niemal jak pobyt w wojsku, choć po latach myślimy o nich z pewną pobłażliwością, a wręcz uśmiechamy się na ich wspomnienie. Mówi się, że ten gatunek jest już na wymarciu, ale ja nie byłbym tego taki pewien. Chodzi raczej o to, że w dzisiejszych czasach szaleństwo to jest bardziej oszlifowane, subtelniejsze, ma nieco przycięte skrzydła, choć najwidoczniej nie jest tak w przypadku Kallmanna.

To znaczy nie było. Rozmawialiśmy o nim chwilę i Ludmilla uznała, że jeśli ktoś pasował do takiej menażerii szkolnych wyg, to był to właśnie Kallmann.

A jak twierdziła, znała go nieco lepiej niż inni. Podkreśliła jednak, że nie znaczyło to bynajmniej, iż go rozumiała. W tym momencie doszedłem do wniosku, że wiedziała o nim więcej, niż chciała przyznać. Przynajmniej więcej, niż chciała mi zdradzić tego wieczoru. Może i jego objęła swym nadzorem pedagog szkolnej i obowiązywała ją, pisana czy nie, tajemnica zawodowa; a może po prostu szanowała jego prywatność. Ot, zwykła dyskrecja. Nie wiem, ale mówiła o nim z pewnym wahaniem i powściągliwością, odniosłem wręcz wrażenie, że chodzi o jakieś tabu lub sekret, którego nie należy tykać, budzić. Może jednak przesadzam, czerwone wino sprawia, że w tak straumatyzowanym umyśle jak mój myśli tańczą jak szalone.

Uczniowie jednak lubili Kallmanna, jak z naciskiem zaznaczyła Ludmilla. Zapytałem, czy wie, jak Kallmann zachowywał się w klasie, co takiego wyróżniało go jako nauczyciela.

– Pytasz o jego metody nauczania?

– Owszem, możemy tak to nazwać.

Przez chwilę się zastanawiała.

– Nieortodoksyjne – odparła w końcu. – Wszyscy o tym wiedzieli.

O dziwo, kiedy raz zaczęliśmy o nim rozmawiać, Ludmilla jakby nie mogła skończyć, mimo tego wyczuwalnego wahania. Wspomniała, że w ostatnich latach Kallmann uczył tylko szwedzkiego, który to przedmiot najwidoczniej był jego konikiem. Pewnie dlatego, że w dziewiątej klasie materiał obejmował prawie wyłącznie historię literatury.

– O tym też wszyscy wiedzieli – dodała Ludmilla. – Dla niego liczyły się tylko teksty, teksty i jeszcze raz teksty. I to nie byle jakie, te autorstwa wielkich twórców wszystkich stuleci: Homera, Dantego, Cervantesa… oczywiście Szekspira, Balzaka, Dostojewskiego i Kafki. No i szwedzkich pisarzy: Strindberga, Lagerlöf, Söderberga i tak dalej. Ach, i naturalnie Södergran i Boye też.

Uśmiechnąłem się. Nie jest tajemnicą, że kiepski nauczyciel szwedzkiego potrafi pogrążyć nawet najlepsze dzieła. Nagle przypomniał mi się fragment, który czytałem w starym „Magazynie dla Nauczycieli Języka Ojczystego”.

– „Nie da się zliczyć młodych czytelników, którzy na zawsze zniechęcili się do literatury, brnąc przez opisy sianokosów u Strindberga bądź Wyspy szczęścia Atterboma”… – zacytowałem z pamięci i Ludmilla się zaśmiała.

– Tak na pewno nie było w przypadku Kallmanna – zapewniła. – W żadnym razie, on potrafił tchnąć życie w stare teksty, sprawić, że stawały się zrozumiałe i interesujące dla piętnasto- i szesnastolatków. Rok po roku, semestr po semestrze.

Ludmilla opowiadała, że czytała pisane na jego zajęciach prace roczne, które zaliczono by nawet na uniwersytecie.

– Miałaś więc w rękach wypracowania jego uczniów?

– Zdarzało się. To jednak nie on mi je dawał, a oni. Czasami jego uczniowie wystawiali sztuki w szkolnej auli – dodała Ludmilla. – Na przykład Albeego lub Becketta, ale to Kallmann nad tym czuwał. Tradycją było też, że na zakończenie roku recytowali wiersze wielkich skandynawskich poetów. Najchętniej przy akompaniamencie muzyki, czasami sam Kallmann przygrywał im na gitarze klasycznej. Krążyła plotka, że jako nastolatek marzył o karierze profesjonalnego muzyka, ale plany pokrzyżował mu uraz palca. O Kallmannie krążyło zresztą wiele plotek. Na ostatnim zakończeniu szkoły, kiedy Kallmann już nie żył, jeden z uczniów wyrecytował utwór, który zmarły ponoć napisał za młodu. Nikt nie mógł powstrzymać łez.

– Rozumiem więc, że oczekiwania wobec mnie są wysokie? – zapytałem.

Ludmilla się uśmiechnęła.

– W pewnym sensie. Zawsze łatwiej jest być następcą jakiegoś biednego nieudacznika.

– Z pewnością – odparłem. – W każdym razie udało mi się przetrwać trzy dni i nie zaliczyłem żadnej katastrofalnej wpadki. Zresztą po Kallmannie objąłem tylko dwie klasy. W zeszłym semestrze doprowadził do końca dwie dziewiąte, prawda?

– Doprowadziłby, gdyby nie zginął – sprostowała Ludmilla, podnosząc kieliszek z winem. – Wznieśmy za niego toast. Za twój przyjazd tutaj też. Gdyby nie śmierć Kallmanna, tkwiłbyś teraz w tym sztokholmskim bagnie.

– Zgoda. Za pamięć Eugena Kallmanna i moją przyszłość.

Trochę sobie żartowaliśmy, ale mimo to zawisł nad nami cień jakiejś złowróżbnej powagi.

Wypiliśmy i przez chwilę siedzieliśmy w milczeniu.

– W tej historii tyle jest dziwnych szczegółów – dodała Ludmilla. – Na przykład jego testament.

– Testament? Nic o tym nie słyszałem.

Mówiąc dokładniej, w ogóle niewiele słyszałem o śmierci mojego poprzednika. Wiem, że spadł z wysokości trzech metrów ze schodów w tak zwanym Niemieckim Domu i złamał kark. Miało to miejsce w środku nocy z siedemnastego na osiemnastego maja. Nie doszukano się udziału osób trzecich.

– Owszem. Spisał testament – potwierdziła Ludmilla. – Nie miał kto po nim dziedziczyć, Kallmann nie miał dzieci ani żony, więc jeśli osoba wymieniona w testamencie się nie pojawi, wszystko przejdzie na skarb państwa.

– A kto miałby się pojawić?

– Ktoś o nazwisku Boris Yann Keller. To jemu Kallmann zapisał swój majątek. A ten cały Keller ma na zgłoszenie się równo rok, licząc od osiemnastego maja… Problem w tym, że nikt nie wie, kto to jest.

– Boris Yann Keller?

– Tak.

– Nietypowe imię.

– Tak, może zmyślone.

– Dlaczego zmyślone?

– Kallmann taki właśnie był. Lubił granicę między rzeczywistością a fikcją. Może się jednak mylę.

– A szukali tego Kellera?

Ludmilla wzruszyła ramionami.

– Nie wiem. Zapewne, nie jest to jednak niczyja odpowiedzialność. Testament spisano wiele lat temu. To jeden z miejskich adwokatów jest… jak to się nazywa – wykonawcą testamentu?

Przytaknąłem. Przez chwilę się zastanawiałem, po czym zapytałem, czy w testamencie wymienione jest też stojące w szkole biurko Kallmanna.

Ludmilla się zaśmiała.

– Nie sądzę. A dlaczego pytasz?

– Bo nikt nie zadał sobie trudu, żeby je opróżnić. Zarówno biurko, jak i regały wciąż są pełne. I jest w nich sporo rzeczy.

– Ach tak, podejrzewam, że możesz z tym zrobić, co chcesz. Potrzebujesz pewnie trochę przestrzeni dla siebie, a podejrzewam, że Kallmann nie należał do tych, co sprzątają po każdym semestrze, czy mam rację?

– Masz – przyznałem. – Znalazłem nawet testy z 1988 roku, których najwidoczniej nie oddał studentom. Tylko trzy, ale leżą na samym wierzchu jednej ze stert. Nie zacząłem jeszcze przeszukiwać szuflad.

– Jeśli będziesz potrzebował worków na śmieci, na pewno możesz je dostać od Nilssona.

– Nilssona?

– To nasz woźny. Nie spotkałeś go jeszcze?

– Nie wiem. Może.

– Nawet jeśli nie, nie ma czego żałować. To kłótliwy drań. Do tego pijaczek, jak sądzę. Kiedyś grał w najlepszej drużynie futbolowej w mieście i o ile wiem, to jego jedyna zasługa w życiu. Kilka lat temu miał sprawę o pobicie.

– Ucznia?

– Nie, nauczycielki. Młodej praktykantki. Powiedziała mu wprost, co o nim myśli, a on jej przyłożył. Zgłosiła to na policję, chociaż później wycofała skargę.

– Dlaczego? Czemu zmieniła zdanie?

Ludmilla chwilę się zastanawiała.

– Nie jestem pewna. Chyba jednak jakoś się dogadali, on musiał ją przeprosić na zakończeniu roku przed wszystkimi nauczycielami i uczniami. To była… cóż, w pewnym sensie jej zemsta na nim. Całkiem trafiona.

– Rozumiem.

Rzeczywiście rozumiałem. Woźny choleryk to swego rodzaju tradycja w każdej szkole. A jeśli nawet trafi się jakiś, który na początku jest spokojny, to z biegiem lat robi się awanturniczy. Bo to na jego głowie prędzej czy później ląduje cały brud, wszystkie bazgroły, zniszczenia, młodzieńcze frustracje, odstręczające toalety oraz wszelkiego rodzaju akty sabotażu. Przypomniałem sobie, co powiedział jeden z takich raptusów w mojej szkole w Sztokholmie, kiedy wygłaszał zainspirowaną alkoholem mowę dziękczynną (dostał od nas laskę ze srebrnym uchwytem): „Do diabła, sprzątałem po waszych cholernych bojach przez trzydzieści lat. Gdybym jutro, przechodząc obok, zobaczył, że szkoła stoi w płomieniach, to nawet nie zadałbym sobie trudu, by nasikać na ogień. Dzięki”.

Opowiedziałem tę anegdotę Ludmille, która wybuchła śmiechem. Pomyślałem, że to jednak swego rodzaju przyjemność tak siedzieć w restauracji z piękną, radosną kobietą. Swego rodzaju przyjemność, nic więcej.

Z Commedii wyszliśmy o jedenastej. Oboje byliśmy nieco podpici, a przez tych kilka godzin rozmawialiśmy niemal o wszystkim, oczywiście najwięcej o szkole, nie poruszyliśmy tylko jednego tematu: Heleny i Judith. Chociaż kiedy się rozstawaliśmy na jednym z mostów nad rzeką, Ludmilla położyła mi rękę na ramieniu i odezwała się tym spokojnie poważnym tonem, który pojawia się, kiedy rozmowa bądź spotkanie okazują się o wiele bardziej udane, niż się spodziewaliśmy. Ludmilla chyba też odniosła takie wrażenie, choć może tylko to sobie wmawiam. W każdym razie powiedziała:

– Następnym razem porozmawiamy o śmierci i tęsknocie. Dobrze?

Wtedy ją pocałowałem. Zastanawiałem się nad tym tylko przez ułamek sekundy, zapewne powinienem dłużej. Z drugiej jednak strony niewiele by to zmieniło, a poza tym ona wcale mnie nie powstrzymywała.

Wcale a wcale.

Potem patrzyliśmy na siebie przez chwilę, po czym rozeszliśmy się bez słowa. Być może przyjemność, swego rodzaju przyjemność, ma wiele twarzy. Lub masek. Czyżbym balansował na granicy prawdy i fikcji?

6

Andrea

W piątek na geografii zaczęliśmy przygotowywać w grupach duży projekt dotyczący krajów bałtyckich. Będziemy się nim zajmować. Miałam cholerne szczęście, a może po prostu nie doceniałam Birgersson, bo to ona decydowała o składzie grup. Mnie przydzieliła do Emmy, Ivana i Charliego. Przypadła nam w udziale Finlandia. Przez sześć lekcji w tygodniu możemy robić, co chcemy, nie musimy nawet być wtedy w szkole. Wyniki pracy mamy zaprezentować – ustnie i pisemnie – na koniec października. Pojęcia nie mam o Finlandii, wiem tylko, że Finowie to świetni narciarze i że chleją na umór, ale Charlie, który przewodzi naszej grupie, na pewno sobie poradzi. Ma tak rozległą wiedzę, że mógłby już na jutro zrobić czterdziestopięciominutową prezentację o Suomi, gdyby ktoś mu kazał. Lecz nie tylko dlatego cieszę się ze składu mojej grupy. Po prostu to najlepszy kwartet, jaki można sobie wyobrazić w naszej klasie.

Charlie wrócił do tematu wywiadu ze mną, ale powiedział tylko, że potrzebuje jeszcze kilku tygodni. Najpierw musi zgromadzić trochę materiału. Zabrzmiało to tak tajemniczo, że nie chciałam nawet dopytywać, co miał na myśli.

Emmę da się za to zrozumieć bez problemu. Odkąd wróciła z Argentyny, spotykałyśmy się praktycznie codziennie, zarówno w szkole, jak i poza nią. Po prostu do siebie pasujemy. Nie musimy bez przerwy mówić sobie, jak to świetnie wyglądamy i jakie jesteśmy mądre. Anna, Malin i Sara poświęcają na takie farmazony cały czas. Ja i Emma nie zaprzątamy sobie nawet głowy obgadywaniem ich i całej reszty i całkiem nam z tym dobrze.