Wydawca: Zwierciadło Kategoria: Literatura faktu, reportaże, biografie Język: polski Rok wydania: 2013

Oczy czarne, oczy niebieskie. Z drogi do Santiago de Compostela ebook

Maria Wiernikowska

(0)

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 264 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Oczy czarne, oczy niebieskie. Z drogi do Santiago de Compostela - Maria Wiernikowska

764 kilometry. Pieszo i na rowerze. Przypadkiem i wbrew sobie – bo do kościoła chodzi tylko na śluby i pogrzeby – rusza na pielgrzymkę do Santiago de Compostela.

Walcząc ze zmęczeniem, zirytowana i zachwycona na przemian, Maria Wiernikowska, matka, żona, kochanka, korespondent wojenny i reporter klęsk żywiołowych, na drodze średniowiecznych pątników zderza się sama ze sobą.

Łakoma miłości, sukcesu i ryzyka nieraz ocierała się o śmierć. Po co? „Jednej oczu się czarnych, drugiej – modrych boję” – nuci, brnąc samotnie od Pirenejów aż do oceanu kobieta, która niczego się nie lękała.

Oczy czarne, oczy niebieskie. Z drogi do Santiago de Compostela to dziennik z tej podróży. Warto zajrzeć.

Maria Wiernikowska – dziennikarka. Karierę rozpoczęła w roku 1982 w Radio France International. Współpracowała również z BBC. Po 1989 roku wróciła do Polski, gdzie rozpoczęła współpracę z Polskim Radiem. Następnie współpracowała z Radiem Zet i „Gazetą Wyborczą”. Przez wiele lat była korespondentem Telewizji Polskiej – relacjonowała konflikty zbrojne m.in. z Jugosławii, Czeczenii i Afganistanu a także klęski żywiołowe m.in. tzw. powódź tysiąclecia, która dotknęła Polskę w 1997 roku. Laureatka wielu nagród m.in. Kryształowego Zwierciadła oraz nagrody im. Dariusza Fikusa.

 

Opinie o ebooku Oczy czarne, oczy niebieskie. Z drogi do Santiago de Compostela - Maria Wiernikowska

Cytaty z ebooka Oczy czarne, oczy niebieskie. Z drogi do Santiago de Compostela - Maria Wiernikowska

dygam ze sweterkiem babci Moniki, koszulkami i  skarpetkami dziadka Dominika, kosmetyczką pełną plastrów na pęcherze i  maści na zakwasy, z  szarym mydłem do wszystkiego, pętem suchej kiełbasy i  sucharkami. Nóż, klucz do konserw, spinacze do bielizny, manierka na wodę (nie cierpię wody). Obowiązkowa peleryna, wszak pielgrzymka powinna po polsku brzmieć „pelerynaż”,
Przecież nie po to gdzieś wyjeżdżasz, żeby wrócić w  stare kapcie, żeby wszystko było jak przedtem, zgodnie z  planem. Nie ma sensu planować dla tego człowieka, którym będziesz na końcu podróży. A  prawdziwa podróż jest zawsze w  nieznane, nawet się nie domyślasz dokąd.

Fragment ebooka Oczy czarne, oczy niebieskie. Z drogi do Santiago de Compostela - Maria Wiernikowska

Wydawnictwo Zwierciadło Sp. z o.o. ul. Karowa 31a, 00-324 Warszawa tel. 22 312 37 12 Dział handlowy:handlowy@zwierciadlo.pl © Copyright by Wydawnictwo Zwierciadło Sp. z o.o., Warszawa 2013 Text and photo © copyright by Maria Wiernikowska 2013 / Agencja Literacka Syndykat Autorów REDAKCJA: Danuta Śmierzchalska REDAKTOR PROWADZĄCY: Magdalena Chorębała KOREKTA: Natalia Baranowska /manukastudio.pl PROJEKT GRAFICZNY OKŁADKI: Elżbieta Morawska / Melanż ILUSTRACJE: Bryan Peterson / Corbis / FotoChannels ISBN: 978-83-63014-94-0 Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark). Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione. Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer.

Dzień pierwszy

Ludzie, jak ja was, kurwa, nie lubię. Jak wy mnie wszyscy denerwujecie. Tylko nie pytajcie dlaczego.

Niech nikt do mnie nic nie mówi. Chcę mieć święty spokój.

Chcę, to mam. Idę sobie.

Co ja tu, kurka siwa, robię? Z jakimś idiotycznym kosturem z napisem „Lourdes”, z plecakiem ciężkim jak diabli od cudzych gratów kroczę po asfalcie w trzydziestopięciostopniowym upale. Przed chwilą jakaś sztywna Niemra o wyglądzie katechetki (nie mówiła w żadnym języku ani w żadnym języku się nie uśmiechała) kazała mi wypisać kwestionariusz osobowy, pobrała cztery euro, na mapce odbitej na ksero zaznaczyła dwa krany z wodą pitną, na migi udzieliła instrukcji, jak iść po żółtych strzałkach (jak w prawo, to w prawo, jak w lewo, to w lewo), wydała mi legitkę pielgrzyma (credential) i pokazała na wyjście. Prosto i zaraz w prawo, siedemset sześćdziesiąt cztery kilometry. No, to idę.

To Hervé wymyślił. Przez tydzień krążył między szpitalem Basi, lekarzami stawiającymi sprzeczne diagnozy Veronice, jego żonie, która przetrąciła sobie kark za kierownicą, a domem pełnym niespodziewanych gości i cudzych dzieci. W dniu, kiedy Basia wyszła ze szpitala z pięćdziesięcioma szwami na twarzy, siedzieliśmy przy kolacji, wznosiliśmy toasty za cudowne uratowanie i za jej następną operację, za to, żeby Vero mogła zdjąć kołnierz ortopedyczny, żeby dzieci nie płakały przez sen…

– Musisz iść do Santiago – powiedział nagle do mnie.

No, więc idę. W jakichś intencjach, które oni znają i gorąco wierzą, że to działa. Ja mam tylko iść. Wszystko okaże się później.

Znałam ich od tygodnia. Wiedziałam już jednak, że w tym domu pielgrzymka do Komposteli to coś cholernie ważnego. Wszyscy już tam byli, śladami Pisarza Światowej Sławy, przyjaciela rodziny (znają na pamięć jego książkę) doszli lub dojechali do Santiago de Compostela i życie każdego z nich od tej pory się zmieniło. Tak mówili. Kiedy trzy dni później Hervé „stawiał” mnie na Camino tuż za kamienną bramą Saint-Jean-de-Pied-de-Port, płakał.

Idę spełniać cudze pobożne życzenia. Ten abstrakcyjny pomysł ułatwia mi przełknąć gulę: wyrwałam się z Warszawy na dziesięć dni, zostawiając starego psa, niemłodych rodziców, dojrzewającego synka i rozgrzebane sprawy w robocie. Ja, co chodzę do kościoła na śluby i pogrzeby, idę do grobu świętego Jakuba, żeby dziękczynić i prosić…

„Chyba ci odjebało” – skwitowała Gwiazda esemesem. To taka przyjaciółka, która przez całą imprezę milczy, żeby nad ranem podsumować całą dyskusję jednym zdaniem, nocą przywiezie aspirynę, a w razie pilnego wyjazdu podrzuca się jej dziecko albo psa. Więc teraz po prostu przeprowadziła się do mnie, żeby zaopiekować się Tygrysem.

– Tylko nie zostań zakonnicą – zaśmiali się w telefon staruszkowie (starzy komuniści) i obiecali nie umrzeć do mojego powrotu.

W tym czasie Szura (mój syn) niczego nieświadomy przedziera się samotnie w odwrotną stronę, na Kaukaz. Zdał na studia i powiedział, że się wyprowadza. Nie lubię, jak ktoś się ode mnie wyprowadza, więc wyjechałam sama dzień wcześniej – coś jak schować głowę pod poduszkę, gdy wybucha wulkan. Ale przecież nie mogę siedzieć w domu i gryźć myszki od komputera, kiedy on staje się mężczyzną. Przez Moskwę i Paryż dochodzą mnie wieści, że już stracił komórkę, że z pociągu przesiadł się do autobusu, że z Krymu odpłynął statkiem do Gruzji…

W każdej chwili liczę się z tym, że zadzwoni telefon i będę musiała natychmiast gnać z powrotem do Warszawy albo jeszcze dalej, na Kaukaz. Dzwoni. Wyświetla się jakiś numer tvp. Niech dzwoni. Niech spadają. Zostawiłam na biurku Ważnego Redaktora ten sam od trzech lat projekt programu śledczego pod tytułem „Zwariowałam”, o współpracy biznesmenów, bandytów i tajnych służb z talibami w Klewkach w tle, ale kolejny już Ważny Redaktor zawyrokował, że zobaczymy po wyborach… Więc po trzech latach czekania na robotę wzięłam przymusowy urlop, żeby trochę kasy z funduszu socjalnego skapnęło na moje gołe konto. Może się tam wreszcie ktoś obudził, ale teraz to ja idę w inną stronę.

Znów dzwoni: poznaję, to jeden radny z Konstancina – też nie odbieram. Niech się sami bujają ze swoimi bogaczami, którzy chcą coś jeszcze tam łyknąć. Zostali przecież jacyś inni dziennikarze, żeby zauważyć, jak ktoś w Sejmie przepycha ustawę, dzięki której najdroższe ziemie w Polsce zostaną oddane pod pola golfowe. Mistrzowie dziennikarstwa śledczego mają przecież swoje niezależne gazety i anteny, obnażą co trzeba i napiętnują. A właściwie skąd ta naiwna wiara, że to dziennikarze stoją na straży praworządności? A gdzie prokuratura i policja, gdzie samorządowcy? Gdzie ich wyborcy? Jak nie demokracja, to może jakiś Rejtan w urzędzie gminy? Może jakiś przywódca charyzmatyczny wyciągnie lud na barykady? Nie? To może i lepiej. Lumpenproletariat w Konstancinie będzie kosił trawę i nosił kije golfowe za państwem z pałaców. Tuż przed wyjazdem zaczęłam spisywać zdumiewającą listę mieszkańców. No, to są nazwiska! Biznes, polityka, media, służby… A ja teraz jestem dwa i pół tysiąca kilometrów od Konstancina i idę w drugą stronę. Pa!

Ludzie… Co ja targam w tym cholernym plecaku? Po raz pierwszy w życiu wyjechałam na wakacje jak dama, z walizeczką pełną sukienek i korali. Ale wszystko zostało razem z wrakiem samochodu, a ja tu dygam ze sweterkiem babci Moniki, koszulkami i skarpetkami dziadka Dominika, kosmetyczką pełną plastrów na pęcherze i maści na zakwasy, z szarym mydłem do wszystkiego, pętem suchej kiełbasy i sucharkami. Nóż, klucz do konserw, spinacze do bielizny, manierka na wodę (nie cierpię wody). Obowiązkowa peleryna, wszak pielgrzymka powinna po polsku brzmieć „pelerynaż”, bo to od tego się wzięło. Hervé dał mi zabawkowy aparat fotograficzny, który dostał w kiosku razem z gazetką dla dzieci. Co kto miał, to dał. A ja brałam, bo uczę się brać. Ile mam kasy – nie sprawdzam, zrzucili się na moją drogę i na powrót. Bylebym poszła.

Koszulka przykleja mi się do rany – paskudzi się gruba krecha po pasie bezpieczeństwa. W chwili zderzenia pas przyspawał się na moment do mojego dekoltu, wypalając skórę, zmiażdżył mi mostek, ale utrzymał mnie po tej stronie szyby.

Esemes od Basi, już z brukselskiej kliniki: „Fastryga zdjęta. Jutro chirurg plastyczny”. Ona też mnie wypychała, niby w intencji jej operacji, ale wiem, że chodzi o mnie. Ona wie, jak ja ludzi nie lubię, i liczy, że na tej drodze stanie się jakiś cud.

Jezu, jak dobrze, że tu nikogo nie ma. Przez trzy godziny idę zupełnie sama. Ale przy pierwszym postoju szlag mnie trafia.

Nie zdążyłam się wysikać, kiedy pod moje drzewo wczołguje się parka bladych grubasów ciągnięta przez dwa pokraczne psy z oczami na wierzchu. Rozkładają miseczki z jedzeniem, kubełki z wodą, z ręki dokarmiają żarłoczną zwierzynę i bez przerwy coś nawijają. Na szczęście nie rozumiem ani słowa. Jak cudownie, że są takie języki. Ale kiedy powiedzieli już sobie wszystko i głosami z teatrzyku kukiełkowego zaczynają dwa równoległe monologi do psów, podrywam plecak i ruszam w górę, w skwar południa. Byle ciszej.

Ominąwszy knajpę z tarasem, zwalę się pół godziny dalej, na niezbyt stromym zboczu, które w koszmarnym śnie zda mi się przepaścią. Bo jak tylko przełknę resztkę wczorajszej pizzy i śmierdzącą z francuska kiełbasę zapiję zimną wodą, zapadam w sen. Tak właśnie: zapadam, wpadam, przepadam na dwie, a może trzy godziny. Nie mogłam się obudzić, choć zsuwałam się wciąż po zboczu. Przez sen zawinęłam się w śpiwór i odsypiałam cały miniony tydzień: szpital, noce w obcym domu przeleżane na tarasie i cały wysiłek, żeby poddać się bez oporu ich pomysłowi – iść na pielgrzymkę. Ja na pielgrzymkę?!

A jednak od razu załaskotała mnie ta myśl: zerwać się na wagary. Całkiem łatwo dałaś się popchnąć w odwrotnym kierunku, zamiast wracać do domu. Jakbyś na to czekała.

Właściwie kręci mnie, że ktoś mi dał zadanie i choć mi ono nie w smak, wykonam je, nie z posłuszeństwa, o nie, raczej dla szpanu. Ale też żeby nie wyjść z wprawy. Zawsze coś takiego może się zdarzyć, że trzeba będzie wstać i iść.

Zerwać, urwać, porwać… Nie żal?

Nie, to trzeba ćwiczyć.

Tak naprawdę zawsze gdy wyjeżdżam gdzieś daleko, chodzi mi po głowie, żeby się urwać. Jak listek ledwo przylepiony do gałęzi, drżący niecierpliwie na wietrze, gotowy dać się porwać.

Irytują mnie bilety powrotne, rezerwacje, zapiski w kalendarzu. Przecież nie po to gdzieś wyjeżdżasz, żeby wrócić w stare kapcie, żeby wszystko było jak przedtem, zgodnie z planem. Nie ma sensu planować dla tego człowieka, którym będziesz na końcu podróży. A prawdziwa podróż jest zawsze w nieznane, nawet się nie domyślasz dokąd.

Co mnie prowadzi?

Samo się układa. Wystarczy dać się ponieść.

Tyle razy dawałam się ponieść. Znienacka zmieniałam miasta, potem kraje. Ale nikt nie wypychał mnie na pielgrzymkę w poszukiwaniu znaków. Zawsze jakoś sama wiedziałam, dokąd iść.

Dokąd?

Do przodu i lekko pod górkę. Z pieśnią na ustach.

Ha, ha! O Zielonym Grajku, co grał cudnie. Rozbrajające szczerością wyznanie na trzech nutach, z gitarą, a raz nawet z orkiestrą symfoniczną na peerelowskim festiwalu.

Ładnie tak z poezji kpić i z miłości młodej?

W jego śródziemnomorskich oczach kochał się cały damski Kraków i Podkarpacie, z wzajemnością… Miłość i poezja to mało, ja chciałam rewolucji. Wstawaliśmy jak do hymnu i śpiewaliśmy z Jackiem „Wyrwij murom zęby krat!”, a w Hali Wisły pięć tysięcy ludzi… Napisał dla mnie, że „kobietą jestem ponad miarę swoich czasów”, ale piękny Grek nie chciał tego grać. A „Ręce za lud walczące”…

Słyszał to ktoś?

Cała sala w Poznaniu i urażony cenzor.

Paznokci ci nie wyrwali.

Ale duszno było. Ciasno. Dlatego wyrwałam się na Zachód.

Za Grajkiem.

Przed Grajkiem.

I okazało się, że tam, w Grecji, co drugi gra cudnie… Zresztą mama nie pozwoliła mu ożenić się z Polką. Gdyby wiedziała, że karmił mnie przysmakiem jej roboty – baranimi jądrami prażonymi z cebulką… Afrodyzjak! Po pół roku wróciłam do Polski, jak tylko w tamtejszych gazetach napisali, że Sowieci grzeją czołgi na granicy. A w Piwnicy pod Baranami w oparach politycznych aluzji śpiewało się z Markiem już inny hymn: „Ważne są tylko te dni, których jeszcze nie znamy, tiditindidi, ważnych jest kilka tych chwil, tych, na które czekamy”.

Nie chciałam dłużej czekać. To był mój ostatni występ. Pojechaliśmy z Piwnicą na festiwal do Arezzo. W dzień powrotu, zamiast wsiąść do autokaru z całą trupą, wcisnęłam Zbyszkowi K. (dziś P.) srebrną suknię i kapelusz wypożyczony z telewizji i się urwałam. Niby na studia do Perugii… A zaraz potem poniosło mnie do Paryża.

Trzynastego grudnia mignął mi we francuskiej telewizji Jacek – śpiewał na demonstracji pod ambasadą prl „Wyrwij murom…” Po tygodniu już tam byłam. Zaczęła się moja wojna.

Wyrywało się te zęby krat na paryskim bruku, chciało się spocząć na Père-Lachaise… A po prześpiewanej nocy zwalało się pokotem w podarowanej „Solidarności” kamionetce bez siedzeń i prosto nad morze, do Etreta… Po paru latach zostawiłaś synka i tatę jego w Paryżu i urwałaś się do Warszawy.

Wszyscy wróciliśmy, żeby…

Żeby co?

Żeby nieść jak chorągiew głowę…

Buahahaha.

Ręce za lud walczące sam lud poobcina.

Imion miłych ludowi lud pozapomina.

Wszystko przejdzie. Po huku, po szumie, po trudzie

Wezmą dziedzictwo cisi, ciemni, mali ludzie1.

Żrą, piją, gnoją ziemię, róże wchodzą w ich krew, krew w róże.

Wielka harfa jelit grająca lepiej niż harfy Wenedów.

Ogród storczyków, lilii, narządów rozrodczych,

ciało zbiorowe w krwawym przekroju historii.

Rzadko trzeźwi, najchętniej w blasku jednodniowej chwały,

zarobionej w szaleńczych szarżach

emeryci wolności zasypiający na liściach dębowych

z wizją latarni morskiej na trzy dni przed rzezią Pragi.

Połykają ogień, zaklinają węże, co jakiś czas ruszają na powstanie

i zasypiają z buławą marszałkowską w plecaku,

albo z tomem poezji.

Na ziemi zawsze tylko obiecanej, na ziemi zawsze tylko obiecanej, zawsze

tylko obiecanej, obiecanej…

A jeśli spojrzeć z wysokiego nieba odrzutowców,

ten kraj odlatuje jak listek brzozy…

Obudziłam się nad górskim kotłem, pode mną krążyły drapieżne ptaki, chyba sokoły. Jedenaście, dwanaście, a może szesnaście – jak tu policzyć, jak ciągle krążą?

– A po co liczyć? Idź.

Idę. Tak od dwunastu godzin. Im wyżej, tym więcej i więcej gór na horyzoncie. Jakież Tatry są przy tym malutkie! I ani żywego ducha. Tylko owce jak białe robaki przylepione do zielonych hal. Nagle zza zakrętu wyłania się parking. Auta terenowe, srebrne limuzyny i tabun turystów. Wjechali tu pewnie w godzinę na trójce, że im się nawet silniki nie zmęczyły. Z braku innego obiektu kultu rzucają się z aparatami na stado baranów, które jak gdyby nigdy nic przechodzą z jednej strony przełęczy na drugą. Słynne przejście przez Pireneje: La traversée des Pyrénées. Nad przepaścią majaczy jakaś święta figura, bo kiedyś ludzie bardzo przeżywali, jak im się udało tu wleźć.

Nawet się nie zatrzymuję. Pryzmy kamieni pokazują, że droga schodzi z szosy na górską ścieżkę. Nagle krzyż wielki, kamienny, obwieszony byle czym, jak stupy na rozstaju dróg w Mongolii: ktoś przywiązał szmatkę, ktoś puszkę, jest nawet suszarka do włosów. Wyciągam aparat – zabawkę. Pomarańczowy, przeźroczysty, dobry, bo lekki, będę go targać na wypadek cudu: jak się zdarzy, to nawet i taki aparat go zarejestruje. Cyk.

I nagle spostrzegam pośród śmiecia wszelakiego napis wykuty u stóp krzyża: „Je suis le chemin” – jestem drogą.

Jest droga, więc idę. Jest źródło, więc piję. Wchodzę w las. Zrobiło się jakoś posępnie w tunelu karłowatych dębów. Słońce się schowało. Przyspieszam. Jeszcze raz zobaczę rudą tarczę, gdy wejdę na ostat nią przełęcz: otwiera się nowa nieskończoność gór, oblana krwistą czerwienią. Nagle zrywa się wiatr, na chwilę, jak zawsze o zachodzie. Jakby zapowiadał ciemność i koniec świata. Prawie biegnę mrocznym wąwozem.

Nie wiedziałam, nie miałam pojęcia, co to za miejsce. Dopiero później sprawdzam od niechcenia w internecie. Jakiś facet, który ułożył historię świata dzień po dniu, zanotował, że 15 sierpnia 778 roku w wąwozie Roncevaux (po hiszpańsku Roncesvalles) ginął Roland. Znalazłam się tam dokładnie tysiąc dwieście dwadzieścia siedem lat później. Co do godziny. Sprawdziłam. W poszukiwaniu pory dnia przewertowałam linijka po linijce Pieśń o Rolandzie2.

Dzień się pochyla, zachód błyszczy. Zbroje lśnią się pod słońce. Błyszczą zbroje i hełmy, i tarcze malowane w kwiaty, i kopie, i złocone chorągwie.

Reporterska robota – relacja drobiazgowa, rzekłbyś transmisja na żywo.

Pędzi waleczny rycerz i wali go co sił po hełmie, na którym kamienie oprawne są w złoto. Rozcina mu głowę i pancerz, i tułów, i piękne siodło wysadzane kamieniami, i koniowi nadcina głęboko krzyża; i – ha, niech, kto chce, gani go albo chwali! – zabija obu.

Szeregowiec Ryan to pikuś przy tym hiperrealizmie. To dopiero była rzeźnia! Dworska poezja „słodkiej Francji” coś smakowała krwią.

Gdybyście mogli widzieć, jak on wali trupa na trupa i jak czerwona krew rozlewa się strugą! Całą zbroję ma zakrwawioną i krwawe są oba ramiona i jego dobry koń od karku aż po łopatki…

Wszak trubadurzy, ci prakorespondenci wojenni, to francuscy poeci, czuli na piękno i modę.

Kruszy mu hełm, w którym błyszczą karbunkuły, przecina mu czapkę wraz ze skórą na głowie, przecina mu twarz między oczami, kolczugę o małych ogniwach i całe ciało aż do kroku. Przez siodło nabijane złotem miecz dosięga konia. Przecina mu krzyż nie macając stawów, wali go martwego na łąkę, na bujną trawę.

W tym miejscu dwadzieścia tysięcy francuskich rycerzy poległo o zachodzie słońca.

Trubadurzy, jak niejeden reporter, trochę się minęli z prawdą. Może dlatego, że ich tam po prostu nie było, bo tworzyli legendę w dwa wieki po wydarzeniach.

I tak dzięki ich relacji na zawsze zostało w historii, że Maurowie wycięli w pień gwardię królewską, która ochoczo oddała życie w obronie króla Francji pod wodzą Rolanda. W rzeczywistości wyrzynali nie Maurowie, a chrześcijanie Baskowie, ale widać politycznie poprawniej było ich przerobić na Arabów, pogan okrutnych i wrednych. Zaś ludzie Rolanda ginęli, wystawieni na śmierć, bo ich wódz z głupoty i pychy uparł się, że nie wezwie pomocy. A kiedy w końcu zrozumiał, że coś skrewił, przyznał się do tego i zadął w róg, tyle że za późno, więc, chcąc nie chcąc, brnął dalej, do końca. I tak został bohaterem.

Roland czuje, że śmierć jest blisko. Uszami mózg mu się wylewa.

Ciekawe, co by pisał trubadur reporter, gdyby tam był naprawdę. Może rzeczywiście patrzyłby na zachód słońca odbijający się krwawo w oczach ludzi i koni i słyszał tylko kwik jednego zarzynanego zwierzęcia. Bo oczywiście zaplątał się w zupełnie innym końcu doliny niż Roland, skąd miał wiedzieć, że trzeba będzie opisywać historyczną scenę? Potem by szukał uparcie jakiegoś świadka albo kogoś, komu świadek opowiedział, jak ginął dzielny wódz. Ktoś dorzuci mózg, ktoś kałużę krwi i jakoś się zrobi panoramiczny landszaft tej bitwy.

Z wąwozu Roncevaux dla Radia Bzdet…

A zwykła para oczu widzi w leju po bombie tylko jakąś kępkę włosów, jakiś but pojedynczy albo zdeptane okulary. Śmierć jest damą dyskretną.

Wcale nie wiem, czy chciałabym tam być jako reporter, i w ogóle nie żałuję, że nie pamiętałam tej lektury, gdy szłam o zmierzchu wąwozem Roncevaux.

Do Roncesvalles dotarłam po ciemku. I wyszłam stamtąd też po ciemku, przed świtem.

Adam Mickiewicz, Liryki lozańskie. Od słów „Żrą, piją, gnoją ziemię” – Mieczysław Jastrun, Tradycja (przyp. red.). [wróć]

Pieśń o Rolandzie, przeł. Tadeusz Boy-Żeleński, PIW, Warszawa 1959 (przyp. red.). [wróć]

Dzień drugi

Od kamiennego sklepienia starego szpitala dla pielgrzymów przez całą noc odbijały się jęki, stękania, senne westchnienia i nade wszystko gromkie chrapanie. Chrapali ci, co tego dnia, jak ja, przekroczyli Pireneje, ciągnąc z głębi Francji, a nawet z Niemiec, i ci, co nadjechali z całej Hiszpanii, by tu zacząć pielgrzymkę, a echo podwajało ich chrap. W trzech rzędach piętrowych łóżek, w każdym rzędzie po pół setki co najmniej, rozlegało się gwizdanie i cmokanie. To ci, co próbowali uciszyć chrapiących. Skrzypiały sprężyny. Co godzina, a może co kwadrans, bił zegar na wieży kościelnej.

Budziłam się ze zdumieniem i zasypiałam jak kamień. Schowałam głowę do śpiwora, gdy nad ranem w ciemności narastał szelest plastikowych toreb, suwaków i szuranie butów. Migotały niebieskie światełka czołówek. A jak tylko wybiła szósta, zaświeciły się żyrandole pod stropem i zapanował niepohamowany już gwar. Tak wyglądała moja pierwsza noc i prawie wszystkie następne.

Zerwałam się, widząc, że większość łóżek już jest pusta, i chwilę potem stałam w pełnym rynsztunku, gotowa do drogi. Przy wyjściu przeleciałam wzrokiem cenne rzeczy, rozłożone na półce: buty, bluzy, sombrero, środki opatrunkowe. „Pielgrzymie, możesz wziąć wszystko, co chcesz. Tu możesz zostawić, co ci nie jest potrzebne” – informował napis. Każdemu według potrzeb, pomyślałam z radością. Ale ja nic nie potrzebowałam i nic nie miałam zbędnego, na razie.

Na dworze była noc. Zobaczyłam jakiś plecak majaczący w ciemności i poszłam za nim.

Plecak był czerwony, a niosły go pomarańczowe nogi. Jak znikały, to przyśpieszałam. Skręcały, więc i ja skręcałam. Był już słoneczny poranek, kiedy doszłam za kobietą w pomarańczowych getrach do pierwszej wioski. Otworzyła drzwi baru, weszła, a ja za nią. Więcej jej nie widziałam.

W środku kłębił się tłum. Zamawiali przy barze i z tacami odchodzili do wielkich stołów. Plecaki pod ścianami, o nie oparte kostury, jak mój, albo kijki trekkingowe. Za barem uwijała się dziewczyna: w ciągu godziny, gdy tam stałam i cierpliwie czekałam na swoją kolej, wydała pięćdziesiąt, może sześćdziesiąt śniadań: każdemu zrobiła kawę w ekspresie, zalała ciepłym mlekiem, upiekła tosty, podgrzała masło wyciągnięte z zamrażarki, wrzuciła na talerzyk pudełeczka z dżemem, podała, przyjęła pieniądze i wydała resztę. Czasem pośpiesznie zebrała naczynia, wrzuciła do zlewu i szybko umyła. Jedni wychodzili, wchodzili następni. Wszyscy jedli to samo, nikt się nie pieklił, że jeszcze nie dostał. Jak ktoś chciał zapalić, to z boczku. Byłam zachwycona synergią, ale postanowiłam od jutra omijać pierwszy bar na trasie.

Śniadanie – trzy dwadzieścia euro, zakupy w wiejskim sklepiku – trzy euro, wczoraj za nocleg – sześć. Drogo. Nie zmieszczę się w zaplanowanych dziesięć euro dziennie.

W wiosce jeszcze zamknięte okiennice, jasnobłękitne, jak na południu Francji. Rozglądam się za znakami – niepotrzebnie, bo widzę sylwetki z plecakami, jak przechodzą przez jezdnię, i dalej figurki na moście. Ktoś mnie wyprzedza, bonjour – bonjour, uśmiech i tyle – jak dobrze.

Przy kościele kobieta z klamotami uśmiecha się szeroko, ja macham ręką i przyśpieszam kroku. Ale zapamiętam ją: w szortach udających spódniczkę, ze skórzanym plecaczkiem, w jednej ręce śpiwór, w drugiej siatka. Taka jakaś pielgrzymkowa.

Mijam rozgadaną parę, szczęśliwą. W schronisku spali nade mną, zastanawiałam się, czy się bzykali. Po jakimś czasie wyprzedza mnie już sam chłopak. „Bo ona ma inne tempo” – tłumaczy się Francuzik, poirytowany. Jasne, co będzie tracił czas, mogła wziąć mniej gratów. Przypomniały mi się egzaminy na Sorbonie: gdy próbowałam zajrzeć sąsiadowi przez ramię, żeby coś ściągnąć, zgłaszał skargę na cały głos.

W powietrzu wisi jakieś zadanie do wykonania, jakiś pośpiech. Wszyscy chcą uciec przed upałem. Kapelusze, kijki, buty trekkingowe, szorty, plecaki – jednakowe, jakby prosto ze sklepu. Od ix wieku, gdy ten rytuał się zaczynał, pielgrzymi też wyglądali jednakowo – opończa z kapturem, węzełek, obowiązkowo kostur, żeby się bronić od wilków i psów. Przez wieki ciągnęli tędy z wielkim wysiłkiem ludzie słabego zdrowia, źle odżywieni, słabi. Dziś zasuwają tu sportowcy.

Idę sobie sama, witam się z krowami, słońce coraz wyżej. Mijam kobietę inną niż wszystkie – zamiast plecaka ciągnie za sobą wózek, taki elegancki jak na lotnisku. Cała w stroju na aerobik. Nie doszła do następnego schroniska.

Z daleka przy drodze widzę piknik – to muszą być Francuzi, i jest na pewno południe. Rzeczywiście. Skoro pora jedzenia, trzeba jeść. Zaszywam się w cieniu. Wyciągam chleb i kiełbasę – tę co wczoraj. I ser, jeszcze z Francji. Na deser już hiszpańska czekolada. Przy kiełbasie jest sznurek – przyda się. Dziś nie mogłam znaleźć gumki do włosów, miałam tylko kawałek bandaża elastycznego, jeszcze ze szpitala. Taki bandaż, jak ucięta skarpetka, może też być czapką, jeśli z jednej strony zrobić supełek. Szura miał taką w inkubatorze. A potem ja ją nosiłam, jak się ostrzygłam na zapałkę, z jednym łysym plackiem, bo sama się strzygłam żyletką, a trzeba było jakoś potem wyglądać w pracy.

Lubię szpitale. Są sterylne i przyjazne. Chociaż jak ostatnio mojego tatę pogotowie zabrało na Banacha, to nie zostawiłam go tam na noc. Miał spać na korytarzu, na prowizorycznej leżance. Zobaczyłam w jego jedynym, ledwo widzącym oku taki cholerny smutek, nie nad własną chorobą, tylko nad stanem służby zdrowia, w której pracował przez pięćdziesiąt pięć lat. Gdy zaczynał, jeździł po Polsce w wagonie rentgenowskim, który sam zmontował na wojnę w Korei, ale wojna się skończyła, więc jeździł nim u nas i prześwietlał polskich gruźlików. Ale kraj był wtedy zrujnowany wojną, a on niedawno ze stalinowską armią przyjechał z Syberii, gdzie oślepł z głodu. Więc potem z radosną pokorą żył w prl-u. Teraz w klinice Akademii Medycznej też nie miał do nikogo pretensji, bo przecież nawet dla starego lekarza nie mogą wytrzasnąć miejsca, jak nie ma.

W Biarritz ani w Bajonnie też nie było miejsca w szpitalach, a raczej woleli zostawić miejsca na wieczór, bo akurat w dniu, kiedy miałyśmy wypadek, zaczęło się doroczne święto i po ulicznych gonitwach z bykami zawsze przywożą kilkudziesięciu rannych. Więc zawieźli nas dalej, do Dax. Sześć godzin leżałyśmy w poczekalni zanim zrobili nam rentgen. Basi nawet szybciej przyszyli zerwany skalp, a potem dopiero prześwietlili i wyszło, że ma czaszkę pękniętą w trzech miejscach, więc trzeba będzie z powrotem pruć do operacji. Ale to się okazało później, a na początku czułyśmy się jak królowe. Mnie zresztą prawie nic nie było: przetrącona szyja – coup du lapin – i mikrozłamania w mostku.

– Tego się nie leczy – pocieszał mnie chirurg, oglądając klisze pod światło. – A kręgosłup i tak nie był nowy.

Fakt, przeżył już trzy samochody, które poszły na złom.

W szpitalu odwiedził nas Pisarz Światowej Sławy.

– Widziałaś? – zapytał mnie tylko.

Wzruszam ramionami, bo wiem, o co pyta. tego nie widziałam. Swoje widziałam, i co z tego?

Widziałam, jak tamten nadjeżdżał. Chyba jednak był czarny. Miał czas, żeby zahamować. Ale nie zahamował. Vero też nie. Siedziałam obok niej i pewnie mogłam coś zrobić, ostrzec. Ale może tylko mi się zdawało, że to trwało długo, pamiętam ten moment jak scenę ze zwolnionego filmu.

To straszny huk, kiedy zderzają się samochody. „Znowu?!” – przeleciało mi przez głowę. I jakiś śmiech w środku, że znowu mi się udało. Z niedowierzaniem wygramoliłam się przez okno. Coś ze mnie pociekło, wolę nie sprawdzać. Nie mogę nabrać powietrza. Ale to nic, to nic. Trzeba odejść, zanim się zapali. Nie, muszę wrócić, przecież one tam jeszcze zostały.

– Nie, nie, nie! – Vero biegnie gdzieś z krzykiem. – Znowu będę musiała jechać do Amazonii!

Chyba zwariowała. Rok temu była tam u szamana, który leczył ją po wypadku na nartach. Rozgląda się oszalałym wzrokiem, wraca po małą. Ja wyjmuję Marysię. Wtedy spoglądam na Basię. Pół leży, oparta plecami o siedzenie. Porusza ustami. Lewa brew opada jej wolniutko na policzek, odsłaniając białą kość czaszki… Odciągam Marysię, żeby nie widziała.

– Dlaczego moja mama? – szepce spierzchniętymi wargami, a oczy ma jak talerzyki. Co mam jej powiedzieć?

– Módl się – wyrwało mi się idiotycznie. – Ty przecież umiesz, nie? To podobno pomaga.

W maju była u komunii. Musi umieć. Przytakuje ruchem głowy.

Ja tu coś chrzanię, a Basia tam została w pełnym słońcu. Myślę, że muszę wstać i do niej biec, ale nie mogę się podnieść. Nie wiem nawet, czy spróbowałam.

Pod sąsiednim drzewem siada ze swoimi dziećmi tamten kierowca. Rozdaje im jedzenie, zaczynają piknik. Ciągle przecież ktoś umiera, a ktoś inny je kanapkę.

Strażacy, policja, lekarz – każdy po kolei dopytuje się o moje imię, nazwisko, adres, telefon, kierunkowy do Polski, jakby od tego zależało, czy pójdę do nieba czy do piekła. Dopiero później kładą mnie na nosze.

Szosa jest tuż przy polu golfowym. Facet w kowbojskim kapeluszu staje w rozkroku, macha na próbę, uderza. Ktoś coś odmierza, ktoś wygładza grabiami piasek. Składają do kosza srebrne kije i odjeżdżają bezszelestnie: biały meleks przesuwa się za pniami sosen i znika wśród szmaragdowych wypukłości murawy, zwanych tu czule mammelons. Za nimi miał być ocean.

I to miałabym mu opowiedzieć? Zero grozy. Nie widziałam ani kostuchy, ani anioła stróża. Pisarz Światowej Sławy potrzebował silnych wrażeń i prosto ze szpitala pomknął na corridę. Ja widziałam corridę raz, a i to w telewizji. Płakałam.

W kinie też czasem płaczę. Najbardziej ryczałam na filmie Aleja snajperów, o dziennikarzach w Sarajewie. Nie wiem dokładnie dlaczego.

Kilka dni wcześniej na przyjęciu w jego wiejskim domu pśs nalegał, żebym opowiedziała jakąś straszną historię, która zmrozi krew w żyłach biesiadników. Przedstawiono mnie jako korespondentkę wojenną, a to właśnie bohaterka jego ostatniej powieści. O, myślę sobie, niech se pisarze światowej sławy sami wymyślają książki. I już wiem, że mu nic nie powiem. Chyba że podyktuję parę adresów przy linii frontu. W dodatku coś mi się zdaje, że on nie jest ciekaw moich wynurzeń, tylko szuka potwierdzenia jakiejś swojej mądrości.

– Musisz jakoś usprawiedliwić swoją obecność przy tym stole – niby żartuje, ale ja czuję autentyczne roszczenie nienasyconego zbieracza historii, łasego cudzych przeżyć. Wampira.

I już wisi w powietrzu to pytanie, które zadają mi w każdym wywiadzie. I, o zgrozo, pada.

– Kiedy bałaś się najbardziej?

– Nie pamiętam – mówi mi się samo, bezczelnie. Jestem gościem Pisarza Światowej Sławy, wszystkie oczy na mnie patrzą. Stygnie ryba. A mnie się nie chce wywracać duszy na lewą stronę.

Złośliwy chochlik podpowiada mi historię z Mostaru: opowiadam, jak fiatem 125p śmigałam przez linię frontu, a snajperzy nie mogli we mnie trafić, bo chyba im się lufy trzęsły ze śmiechu na widok tego samochodu pierdzącego rurą wydechową i tej baby za kierownicą, co jedną ręką wywija, żeby nie najechać na miny na moście, a drugą na chybił trafił fotografuje niebo błękitne za pomocą aparatu małpy, bo żaden fotograf nie chciał ze mną wtedy jechać.

Pśs nie był zadowolony. A ja siedziałam naburmuszona, bo ja wiem swoje, ale to on pisze światowe bestsellery.

Pśs robi ludziom wodę z mózgu, pisząc, że dopiero tam, w ramionach żołnierzy, jego bohaterka przeżywa prawdziwą miłość. Tylko patrzeć, jak biura podróży zaczną reklamować wyjazdy na front pod hasłem „Rytuał krwi i miłości, czyli z książką pśs na wojnę”.

Tak jak tu na drodze do Santiago tłumy wędrują z jego katechizmem pielgrzymki, magii i cudów. Nie mam, nie czytałam i nie przeczytam.