Ocean odrzuconych. Tom I Córka jubilera - Magdalena Knedler - ebook
Opis

Gdy świat, który znasz, chyli się ku upadkowi, musisz znaleźć coś, co pomoże ci przetrwać

Siedemnastoletnia Charlotte, córka żydowskiego jubilera, obywatelka świata i mieszkanka Wiednia, kocha muzykę, biżuterię i Austrię. Pełna nadziei i młodzieńczych planów na przyszłość, marzy o szczęśliwym, dostatnim życiu, w którym spełni się jako projektantka wyrafinowanych ozdób. Wkraczając w dorosłość, coraz częściej dostrzega jednak dwoistość otaczającej ją rzeczywistości: przepych sąsiaduje z nędzą, na zewnątrz urządzonych z rozmachem mieszczańskich salonów koczują bezdomni, a radosne towarzyskie spotkania podszyte są niepokojem o to, co może się wydarzyć w kraju. Wkrótce z frontu powracają pierwsi ranni, a z domu znika ojciec Charlotte...

Pierwszy tom Oceanu odrzuconych to odmalowany w niezwykle plastyczny i sugestywny sposób obraz stolicy Austro-Węgier u schyłku monarchii. Czy zmieniające się w szalonym tempie losy świata zaważą na życiu ambitnej dziewczyny z wiedeńskiego Ringu?

Magdalena Knedler po raz kolejny czaruje czytelnika magiczną energią słowa i porywa do werbalnego walca. Włączcie muzykę Gustava Mahlera, usiądźcie wygodnie z fotelu i dajcie się ponieść historii, śledząc burzliwe losy bohaterów.
Katarzyna Denisiuk,
naczytniku.com


Magdalena Knedler z typową dla siebie subtelnością łączy tragizm wojny z wielowymiarowym pięknem. Wyborna uczta literacka.
Anna Sukiennik,
tylkoskonczerozdzial.blogspot.com


Autorka po raz kolejny zabiera czytelnika w pasjonującą, ale i niełatwą emocjonalnie podróż. Wrócicie z niej poruszeni, z głową pełną pytań i poczuciem, że to nie był stracony czas. To powieść, którą odbiera się wszystkimi zmysłami!
Kasia Sosnowicz,
SieCzyta.com.pl


Magdalena Knedler uwiodła mnie rozmachem historii, pięknem słowa i niuansami epoki Austro-Węgier.
Marta Kraszewska,
www.rudymspojrzeniem.pl


Magdalena Knedler - autorka powieści obyczajowych, w tym świetnie przyjętej Dziewczyny z daleka, a także detektywistycznych, w tym Nie całkiem białego Bożego Narodzenia. Nagrodzona statuetką Emocje 2017 przyznawaną przez Radio Wrocław Kultura za gatunkową wszechstronność i wysoką jakość literacką, a przez Gazetę Wyborczą dwukrotnie nominowana do nagrody WARTO (w 2016 i 2018). Ocean odrzuconych jest jej dwunastą książką.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 527

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


 

 

 

 

 

Od Autora

W niniejszej powieści pojawia się sporo postaci historycznych. Ich losy zostały ukazane w formie sfabularyzowanej, choć w każdym wypadku starałam się pozostać blisko źródeł.

Specjalne podziękowania kieruję do: Rafała Kłujszy za konsultację historyczną, przyjrzenie się tekstowi okiem znawcy i podzielenie się ważnymi spostrzeżeniami. Marty Pilarskiej za przeczytanie książki w stanie surowym i cenne uwagi, za wsparcie w trudnych chwilach i wielkie serce. Wioletty Leśków-Cyrulik za redakcję i wyrywanie wszelkich chwastów, które tym razem mocno kłuły. Andrzeja Bandkowskiego, który zaprosił mnie do swojego warsztatu jubilerskiego na długie godziny, cierpliwie tłumaczył zawiłości sztuki złotniczej i pozwolił poobserwować się przy pracy. Mojego Męża, bez którego nigdy nie udałoby mi się zrobić badań terenowych i zebrać tak bogatej dokumentacji.

 

 

 

 

 

Maj 1947, Wrocław

Miriam dostała dzisiaj mój dziennik. Ma urodziny, te prawdziwe, które świętujemy w ciszy. Kończy dziewiętnaście lat, w rzeczywistości jest więc już dorosłą kobietą, nie dziewczynką, nawet jeśli wciąż nosi dziewczęce ubrania, zaplata włosy w warkocze i udaje młodszą. Nie wygląda zresztą na swój prawdziwy wiek, a raczej na ten fałszywy, podany w akcie urodzenia, szkolnej legitymacji i książeczce zdrowia – we wszystkich papierach, które określiły naszą nową tożsamość i które kupiłam za złoto. Za złoto można kupić całkiem sporo, zwłaszcza jeśli się wie, do kogo pójść. Mam go jeszcze trochę w kołnierzu i nadal nie rozstaję się z płaszczem. Teraz jest już wytarty i dziurawy, służył mi za ubranie, kołdrę, posłanie, chronił od deszczu i śniegu, od słońca i wiatru.

Wiele rzeczy mogli mi zabrać, ale nie płaszcz i nie kołnierz płaszcza, w którym zaszyłam swoją przeszłość. Wyprzedaję ją kawałek po kawałku i coraz mniej czuję, że oddaję własne życie. Robię to przecież w słusznym celu. Robię dla Miriam. Jest wszystkim, co mam, ale nie tylko o to chodzi. Chodzi również o to, że ją po prostu kocham. Kiedy poznałyśmy się na liniowcu St. Louis, zwróciłam uwagę na intensywnie rude włosy Miriam i piegowatą, drobną twarz. Automatycznie dotknęłam własnych kosmyków, zaplecionych w ciasną koronę. Ufarbowałam się na blond, by zwiększyć swoje szanse dotarcia cało do Hamburga, ale przecież ja także byłam ruda. Ruda, chuda okularnica. Lotte Seidemann-Aber. Przyszło mi do głowy, że Miriam mogłaby być moją córką, ale teraz już tak nie myślę. Teraz myślę tylko o tym, że ona jest moją córką. Trwamy przy sobie, bo chcemy, podjęłyśmy świadomą decyzję. Ja jestem matką, która nie odeszła. Ona jest córką, dzięki której żyję.

Przyglądam się jej teraz, kiedy w zamyśleniu przewraca strony dziennika. Według dokumentów ma dopiero szesnaście lat i nazywa się Maryla Kwiatkowska. Maryla, córka Karoliny i Mieczysława. Karolina to ja, a Mieczysław nie żyje, zginął pod gruzami dawnej Warszawy, miasta, którego już nie ma. Tak naprawdę pod gruzami kamienicy na Nowogrodzkiej zginęła wtedy cała rodzina Kwiatkowskich, ale nikt przecież nie będzie tego teraz dociekał. Na wojnie zginęło i zaginęło wielu ludzi, a o większości z nich nigdy więcej nie usłyszymy. Mieczysława Kwiatkowskiego poznałam swego czasu bardzo dobrze, pomógł mi, może mnie nawet uratował. Kiedy po raz ostatni opuszczałam Warszawę, nie sądziłam, że już się więcej nie spotkamy. Nigdy się tego nie wie, dlatego tak wiele spraw pozwalamy sobie odkładać na później, rysując w wyobraźni mniej lub bardziej wyrazistą wizję przyszłości. Kiedy ponownie się zobaczymy, zrobię to i to. Kiedy ponownie się zobaczymy, odwdzięczę się. A gdybym w tamtym czasie wiedziała, że już nigdy nie spotkam Mieczysława Kwiatkowskiego? Czy mogłabym z miejsca urzeczywistnić swoje plany, dogonić przyszłość i ściągnąć ją ku teraźniejszości? Nie, nie mogłabym.

Kwiatkowski sprzedawał biżuterię w naszym sklepie na placu Zamkowym, był bardzo dobry w swoim fachu, skrupulatny i rzetelny. Kiedy się spotykaliśmy, zawsze sporo mi opowiadał o swojej córce Marylce – bardzo zdolna uczennica, a jak haftuje! – i żonie Karolinie, która jak nikt inny potrafiła utłuc ziemniaki z masłem. Poznałam je później osobiście, ale nie byłam w stanie odpowiednio docenić ich zalet.

Czy to rzeczywiście aż tak źle, że przedłużyłam Marylce i Karolinie żywot? A może lepiej i słuszniej byłoby pozwolić obu kobietom zostać pod gruzami, tam gdzie spotkały się z przeznaczeniem? Może nie jestem nikim więcej niż tylko złodziejką tożsamości, która uparcie i na przekór wszystkiemu uważa, że gdzieś musi istnieć dla niej odpowiednie miejsce na świecie? Nie wiem. Chciałam zamieszkać w Breslau – we Wrocławiu – by Miriam mogła wrócić do domu, więc zrobiłam, co musiałam. Jeśli będę to powtarzała wystarczająco często, na pewno zdołam przekonać samą siebie, że postąpiłam właściwie.

Miriam nadal nie odzywa się słowem. Wydaje z siebie jakieś dźwięki tylko wtedy, kiedy się śmieje lub płacze. Czasami zamieniam się w szpiega, podglądam ją i podsłuchuję, z nadzieją, że może mówi do siebie lub chociaż przez sen. Nic takiego się nie dzieje. Miriam milczy uparcie i absolutnie, milczy nie tylko wobec świata i ludzi, ale także wobec samej siebie. Jest przerażająco konsekwentna i wiem już, że to się nigdy nie zmieni. Potrafi jednak bardzo dobrze pisać, piękną polszczyzną, bez żadnego błędu. Ma talent literacki, o wiele większy niż ja. W szkole każdy sprawdzian zalicza pisemnie i mam nadzieję, że później jakoś sobie w życiu poradzi. Nie w każdym zawodzie trzeba mówić, coś się dla niej na pewno znajdzie. Martwię się. Chciałabym wprowadzić ją w dorosłość, nauczyć samodzielności, zyskać przekonanie, że beze mnie da sobie radę. Zaczęłam nawet o siebie dbać, nie mogę przecież umrzeć na własne życzenie, teraz już wiem – to by było nieodpowiedzialne. Nie palę papierosów i staram się, z tego, co udaje mi się kupić, dobrze gotować. Nie jest łatwo, ale tak naprawdę zacznę się martwić wtedy, gdy wydam ostatnie pieniądze. I gdy wypruję z kołnierza ostatni złoty pierścionek.

Słuchamy z Miriam radia i rozmawiamy, ja mówię, ona pisze na małych kartkach wygryzionym ołówkiem. Nauczyłyśmy się także śmiać i płakać, bo wydaje mi się, że możemy już sobie na to pozwolić, zwłaszcza we własnym mieszkaniu, dość dużym pokoju z kuchnią, blisko Rynku. Wojna skończyła się dwa lata temu, a jednak ciągle zdarza nam się budzić w nocy i kulić pod wspólną kołdrą. Niemniej uważam, że płacz i śmiech, bardzo ludzkie okazywanie emocji, jest zdrowe, szczególnie że przez lata nauczyłyśmy się wszystko zachowywać dla siebie. Żyłyśmy w czasach, kiedy strach, ból, złość, rozpacz i poczucie bezsilności były czymś powszechnym, doświadczeniem raczej zbiorowym niż indywidualnym, które czyniłoby los człowieka z jakiegoś powodu wyjątkowym. A teraz? W jakich czasach żyjemy? Nie wiem. Tracę zdolność deszyfrowania rzeczywistości.

Może Miriam znajdzie odpowiedź na to pytanie. Zdecydowała się prowadzić dziennik, zupełnie jak ja trzydzieści dwa lata lata temu. Pierwsze notatki, które sporządziłam jako siedemnastolatka, wydają się mi się teraz po dziecięcemu naiwne, a mój dawny świat – prosty i zorganizowany wokół zrozumiałych zasad.

Nawet jeśli trwała wtedy wojna. I nie przypuszczaliśmy, że będziemy ją później nazywać „pierwszą”.

2 kwietnia 1915, Wiedeń

Śniło mi się, że straciłam pamięć. Obudziłam się pewnego ranka i nie miałam pojęcia, kim jestem. Był to więc również osobliwy sen o przebudzeniu, jeden z najstraszniejszych, bo zadziwiająco rzeczywisty. Wydawało mi się, że przerwałam nić łączącą mnie z tamtym niezrozumiałym światem i niepojętym zjawiskiem – ze słynnym bratem śmierci, który wydobywa na wierzch utajone lęki i marzenia. Zamknęłam za sobą drzwi i oto już nie śnię. Zaraz jednak się okazuje, że drzwi wcale nie są zamknięte, została wąska szpara, przez którą przesącza się blade światło. Brat śmierci wcale się nie poddał, jest tu ze mną, nie chce puścić. Moje powieki wcale się nie uniosły, choć we śnie oczy mam otwarte, przecieram je, siadam przed lustrem i długo wpatruję się w swoją twarz, którą – jak mi się zdaje – oglądam pierwszy raz w życiu. Jest to twarz starej kobiety. Wokół oczu i ust rysują się głębokie zmarszczki, skóra wydaje się cienka, prawie przezroczysta, i marszczy się na szyi. Pokrywają ją brązowawe plamy. A oczy… oczy są szklane i nieruchome. Myślę, że tak właśnie muszą wyglądać oczy kogoś, kto nie rozpoznaje w lustrze samego siebie.

Ściany pokoju, w którym się znajdowałam, pomalowano na biało. Pulsowały, tak jak powietrze pulsuje pod wpływem gorąca. A ja po prostu siedziałam i patrzyłam na własne odbicie, osobliwie napięta i zastygła w kamiennym bezruchu. To bolało, tak po prostu nie wiedzieć, kim jestem. Nie umiem nazwać zbyt dokładnie tego, co czułam, ale ból wydaje się dobrym określeniem. Moje ciało, mój umysł, nie miały żadnych sznurków, które mocowałyby je do przeszłości i teraźniejszości, ani też żadnego sznurka, który prowadziłby w nieznane, ku przyszłości. Byłam oderwana od wszystkiego, co mnie tworzyło. A wiedziałam, że coś takiego musiało istnieć, nie umiałam tylko po to sięgnąć w głąb siebie.

Obudziłam się spocona i rozedrgana. Moje serce biło za szybko, nie mogłam złapać tchu. Jako pierwsze zarejestrowałam uczucie ulgi na widok znanej przestrzeni i znanych przedmiotów. Wiedziałam, jak się nazywam, ile mam lat, kim jestem. Podeszłam do okna i zobaczyłam żołnierzy na koniach. To 15 Pułk Dragonów, elitarny cesarski oddział. Wiedziałam, że właśnie z takim pułkiem wyruszył na wojnę Oskar Kokoschka, obecnie ulubiony malarz mojej ciotki. Z fotografii na komodzie patrzyli na mnie ojciec, ciotka Wilhelmina, dziadek Seidemann i matka. Ta ostatnia w pozłacanej ramce. Koszula nocna przylepiła mi się do ciała, zatrzęsłam się z zimna.

Już nie śniłam. Wróciłam pod kołdrę. Dzień dopiero się zaczął.

Nie mogę zapomnieć o tym śnie, nie jestem w stanie wyrzucić z głowy wielkiego uczucia pustki. I samotności. Bo przecież skoro nie pamiętałam siebie, to nie mogłam też pamiętać innych ludzi. Byłam sama. Sama ze swoim obcym ciałem i umysłem wyczyszczonym ze wspomnień. Co by na to powiedział doktor Freud? Może kiedyś go o to zapytam?

Chyba dlatego piszę. Na wypadek gdybym kiedyś obudziła się z pustką w głowie, w ciele starej kobiety, która nie pamięta swojego życia. A może nie tylko dlatego.

Nazywam się Charlotte Anna Seidemann-Aber, mam siedemnaście lat, mieszkam na Operngasse w Wiedniu. To całkiem blisko opery i Ringstrasse, ulicy wytyczonej na miejscu dawnych murów miejskich. Mój ojciec, Leopold Seidemann-Aber, jest właścicielem trzech salonów jubilerskich – na Elisabethstrasse, na Mariahilfer Strasse, w Casa Piccola, tuż obok salonu sióstr Flöge, i w Warszawie, na placu Zamkowym. W tym pierwszym sprzedaje tradycyjną, klasyczną biżuterię dla ludzi „z zasadami”, czyli dla pań, które wciąż sznurują gorsety wokół kręgosłupów, a także dla panów z szyjami uwięzionymi w wykrochmalonych na sztywno kołnierzykach i wąsami w stylu miłościwie nam panującego cesarza. W drugim mój ojciec sprzedaje ozdoby nowocześniejsze, które można nazwać awangardowymi. Jego klientki noszą drogie i ekstrawaganckie suknie od Emilie Flöge, całkiem śmiało pokazują kostki, odrzucają gorsety, otwarcie wyrażają własne poglądy, nie kryjąc się z tym, że jakieś mają, są dowcipne, złośliwe, palą papierosy, a kilka nawet pracuje zawodowo. W Warszawie właściwie nie wiem, co ojciec sprzedaje, ponieważ odwiedziłam ten salon tylko raz. Zapamiętałam przede wszystkim to, że długo wpatrywałam się w nazwę sklepu wypisaną po polsku i rosyjsku. Za ladą dwaj subiekci natrząsali się z mężczyzny, który dopiero opuścił salon, i mówili o nim „Moskal”. Wypowiadali też z zabawnym, przerysowanym akcentem zwroty „po czemu”, „nie lzia” i „innostraniec”. Moskal był ponoć jakimś ważnym urzędnikiem.

Mam wrażenie, że mój ojciec czuje się prawdziwym panem tylko w Warszawie, bo to właśnie tam zaczynał i sam, bez niczyjej pomocy, dzięki własnemu sprytowi i smykałce do interesów, zarobił pierwsze prawdziwe pieniądze. I oczywiście salon warszawski też był pierwszy. Ojciec nigdy nie opowiadał mi o tym, co musiał zrobić, by odnieść tak wielki sukces pod rosyjskim zaborem, ale domyślam się, że utrzymywał kontakty z różnymi ludźmi i dokonywał różnych transakcji. Lubię słowo „różny”, bo pozwala zachować dystans i niczego nie wartościuje. Może oznaczać zarówno coś dobrego, jak i złego. Domyślam się, że jeśli się nie ma prawie nic, a później ma się tak wiele, to po drodze należało pójść na jakieś kompromisy. Ojciec zdobywał doświadczenie, pracując u innych, podróżował do Rosji, zawarł kilka korzystnych umów i przy okazji pokazał światu, co potrafi. A potrafił nie tylko sprzedawać biżuterię, którą szczególnie ukochał, ale przede wszystkim umiał też ją projektować i wytwarzać. Artysta, rzemieślnik i człowiek interesu w jednym. Miał ciekawe pomysły i dar do zjednywania sobie ludzi. Zwłaszcza – dzięki urokowi osobistemu – pań z wyższych sfer, z których szybko uczynił swoje stałe klientki. Odpowiadał na ich potrzeby, lecz także w jakiś sposób te potrzeby stwarzał. Patrzył na kobietę taksująco, niemal nieprzyzwoicie, wodził wzrokiem po szyi, dekolcie, uszach i nadgarstkach, i nagle już wiedział, co powinna nosić. Kolczyki, bransolety, naszyjniki, łańcuszki – szkicował wszystko od ręki, szybko, jak po wpływem szalonego natchnienia, które było ponoć po mistrzowsku odegrane. Pani przyglądała się projektom „szalonego geniusza” i zdawała się pewna, że właśnie tego chce, że o takiej biżuterii marzyła od zawsze, tylko nie umiała precyzyjnie oddać swoich pragnień.

Wiem to wszystko od ciotki Wilhelminy, która mnie wychowuje. Ojciec wciąż podróżuje między Wiedniem i Warszawą, zwiedza Europę, szuka inspiracji. A ciotka, choć już dość stara, bo po trzydziestce, wydaje mi się bardzo nowoczesną kobietą. Często szydzi z mężczyzn i obiecuje, że opowie mi to i owo, kiedy jeszcze trochę podrosnę. Po raz pierwszy złożyła taką obietnicę pięć lat temu i choć od tamtej chwili faktycznie usłyszałam z jej ust sporo interesujących historii, nie wiem, czy można je określi jako „to i owo”. Muszę zatem jeszcze poczekać.

Napisałam „ojciec podróżuje” i „szuka inspiracji”, a to nie do końca prawda. Powinnam użyć czasu przeszłego, ojciec podróżował i szukał inspiracji jeszcze przed rokiem, zanim ziemię przecięły okopy. Teraz jednak raz na jakiś czas opuszcza dom w innym celu, o którym nic mi nigdy nie mówi. Bo jestem za młoda i nie zrozumiem. Albo: „To dla twojego dobra, Lotte”.

Aż do roku tysiąc dziewięćset czternastego, do zeszłego, pięknego lata, my także dużo podróżowałyśmy. Ciotka Wilhelmina uważała, że o świecie nie można się niczego dowiedzieć, siedząc w domu. Wynalazła mi więc doskonale wykwalifikowaną guwernantkę o nieposzlakowanej opinii, pannę Irenę Neumann, polską Żydówkę z Galicji, mówiącą biegle w kilku językach, obeznaną w historii i geografii, sprawnie grającą na pianinie i skrzypcach, wysoką i sztywno wyprostowaną. Panna Neumann rzadko się uśmiechała i zawsze pachniała proszkiem do prania. Przemierzała z nami Europę bez słowa sprzeciwu, a godziny wolne od pracy spędzała w muzeach i na spacerach. Nie miała poczucia humoru i stanowiła zupełne przeciwieństwo Wilhelminy, która jednym słowem potrafiła uciszyć kilku mężczyzn, „bawiących się w poważne dyskusje, zupełnie nieodpowiednie, jak twierdzili, dla kobiet”. A jednak szanowałam pannę Irenę za jej ogromną wiedzę, wykształcenie i niezależność. Widziałam w niej osobę wyzwoloną, która pracuje, u kogo chce, i nie musi nikogo pytać o zdanie. Prawda była pewnie bardziej złożona, a jej los trudniejszy, niż sądziłam, ale wtedy tego nie wiedziałam. Lubiłam pannę Irenę na swój sposób. Nigdy nie podnosiła głosu, miała anielską cierpliwość i – jeśli czegoś nie rozumiałam – tłumaczyła do skutku. Podziwiałam u niej opanowanie, którego mnie samej brakowało.

W ubiegłym roku wydarzył się jednak tamten okropny zamach w Sarajewie i wybuchła wojna. Panna Irena wyjechała do rodzinnej Galicji, by zaopiekować się matką, a mój ojciec uznał, że musi przed powrotem do Wiednia zabezpieczyć interes w Warszawie, bo czuł, że kiedy nastanie pokój, wszystko się może zmienić. I to dosłownie. Nie wiedziałam, co miał na myśli.

Moje pole widzenia zostało bardzo zawężone, a mój świat z całej Europy, z odległych gór i jezior, z włoskich plaż, greckich wysp, ze szczytu Wezuwiusza, po którym kroczyłam w gęstym pyle, z olbrzymiego liniowca, którym płynęłam przez Morze Śródziemne, skurczył się do domu na Operngasse. Podróże stały się zbyt niebezpieczne, trudno w ogóle o pozwolenie na wyjazd z Austrii. Ciotka Wilhelmina, narzekając na świat i ludzi, urządziła lokum tak, by można w nim było nie tylko zatrzymywać się co jakiś czas, ale po prostu mieszkać. Zapisała mnie do prywatnej szkoły, w której nie nauczyłam się dotąd niczego nowego, zadbała o popołudniowe lekcje muzyki i – choć z pewnym, jak mi się zdawało, obrzydzeniem – odnowiła dawne kontakty w mieście.

Być może to dlatego zdecydowałam się pisać dziennik i tak naprawdę wcale nie kieruję się lękiem o utratę pamięci, nie działam pod wpływem wspomnienia tamtego dziwnego snu. Życie nagle bardzo zwolniło, choć przecież świat zdawał się coraz szybciej pędzić ku pięknym wizjom przyszłości. A może piszę dlatego, że moja przeszłość składa się z migawek i fragmentów, jak rozsypane fotografie, częściowo podarte i poplamione, na których nie można w pełni rozpoznać twarzy, przedmiotów i miejsc. Z człowieka będącego w ciągłym ruchu stałam się człowiekiem ograniczonym kilkoma ścianami, bardzo niepewnym jutra.

Usiłowałam pozbierać w całość okruchy wspomnień, także tych przykrych. Jak choćby najwcześniejsze, związane z moją matką, dziewczyną o delikatnych nerwach i słabym zdrowiu, która wiecznie się czegoś bała. O niej także opowiedziała mi ciotka Wilhelmina. Uważała, że moja matka nie została w żaden sposób zahartowana, rosła pod kloszem i nie znała prawdziwego życia. Gdyby dorastała w rodzinie Aberów, na warszawskich Nalewkach, gdzie ciągle przeciekał dach, a sąsiad miał koguta, wszystko potoczyłoby się inaczej. Tymczasem „nawet małżeństwo ją przerosło”. Nie rozumiałam, o czym wtedy ciotka mówiła, teraz jednak zaczynam się domyślać. Wstydzę się jednak o tym pisać i nie wiem, czy powinnam. Na samą myśl aż spociły mi się ręce… Być może spróbuję opowiedzieć o swoich domysłach później. Mam wrażenie, że wszystko, co ubieram w słowa i o czym później mogę przeczytać, staje się bardziej rzeczywiste. Prawda dociera do mnie ze zdwojoną siłą, jest bezlitosna i nie da się jej wymazać. Jak tamtego fragmentu o pannie Neumann pachnącej proszkiem do prania. Dopiero teraz uświadamiam sobie, że pewnie się już nigdy nie spotkamy.

Moja matka postanowiła odejść z tego świata, kiedy miałam siedem lat. Pamiętam tylko krzyk pokojówki, kroki na schodach, kolejne krzyki i szlochy. Ktoś zaprowadził mnie do mojego pokoju, gdzie wkrótce pojawiła się Wilhelmina. Była zła i wyzywała matkę od idiotek. Z późniejszych wydarzeń zapamiętałam pogrzeb, na którym ojciec stał jak kołek, blady i ze skurczoną twarzą, a o wiele bardziej poruszony wydawał się jego pracownik, kierownik nowo otwartego salonu na Mariahilfer Strasse. Kładliśmy na grobie matki, żydowskim zwyczajem, kamyczki, by ją upamiętnić. Jeden ode mnie, jeden od ciotki, jeden od ojca… Być może powinnam zapamiętać więcej, ale wkrótce wyjechałyśmy z Wilhelminą w naszą pierwszą wspólną podróż, a kiedy wróciłyśmy po trzech latach, patrzyłam na dom obcym wzrokiem. Wydawał mi się mniejszy i już nie tak baśniowy jak dawniej. Nie bałam się obrazu nad kominkiem, który przedstawiał jakiegoś wąsatego przodka Saidemannów. Teraz wydawał mi się smutny i żałosny.

Znacznie bardziej lubiłam patrzeć na obrazy w pokojach ciotki, która ceniła – i nadal ceni – współczesnych artystów. Nie rozumiałam wszystkich tych dziwnych figur, kształtów i kolorów nieodpowiadających niczemu, co można było oglądać na co dzień. Nie rozumiałam chaosu, choć jednocześnie wydawał mi się dziwnie słodki i ujmujący. Nie rozumiałam też kobiet na tych nowoczesnych płótnach. Nie jaśniały sztucznym blaskiem, jak na dawnych obrazach, lecz były niemal groźne, mroczne, nosiły w sobie ból i tajemnicę. Oczywiście w wieku dziesięciu lat nie myślałam o „bólu” i „tajemnicy”, te słowa zapisuję dopiero teraz, kiedy jestem, prawie, a może całkiem, dorosła. Do niedawna postrzegałam siebie jeszcze jako zupełne dziecko, ale Klara, moja przyjaciółka od serca i koleżanka ze szkolnej ławki, właśnie się zaręczyła. Nie wyobrażam sobie w ogóle, bym mogła już teraz znaleźć sobie narzeczonego, ale to chyba znaczy, że czas trochę spoważnieć.Ciotka kupiła mi nowe stroje, inaczej skrojone i właśnie takie… dorosłe. Ciemne spódnice, eleganckie bluzki, płytkie pantofelki, ściągane w pasie płaszcze z dużymi kieszeniami. Wolałabym piękne kolorowe tuniki od Emilie Flöge, ale ciotka twierdzi, że w nich nie mogłabym raczej chodzić na lekcje. Chyba że po wakacjach – wtedy zacznę naukę w Wiedeńskiej Szkole Rzemiosł Artystycznych, będę wśród artystów, artystom wolno ubierać się wedle uznania. Pochwaliła mnie jednak za „własne zdanie” i „dobry smak” i zamówiła kilka sukienek u panny Flöge. „Będą na popołudnie” – powiedziała. I dodała: „Może coś z ciebie jeszcze wyrośnie”.

Nie wiem, jak mam to rozumieć. Obawiam się, że do tej pory mogłam się ciotce wydawać cicha i niewydarzona, bo nigdy się o nic nie kłócę, słucham poleceń i odzywam się tylko wtedy, kiedy ktoś zadaje mi pytanie. Co oczywiście nie znaczy, że nie mam żadnych własnych przemyśleń, po prostu nie wiem, jak je wyrazić i co zrobić, kiedy już pozwolę im wybrzmieć i dotrzeć do uszu ewentualnych słuchaczy. A co, jeśli uznam je nagle za mało interesujące i głupie? Wszyscy z pewnością uważają moje układne milczenie i spolegliwość za przejaw dobrego wychowania. Poza Wilhelminą, bo przecież ona wpaja mi zupełnie inne zasady. Musi być zrozpaczona, widząc opłakane skutki swoich metod wychowawczych. Chciałaby widzieć mnie odważną i zdolną do sprzeciwu, chciałaby widzieć mnie samodzielną, pewną siebie, wygadaną. Chciałaby – a jednocześnie nie radzi mi, jak to osiągnąć. Więc tego, na razie, nie osiągam.

Któregoś dnia, jeszcze przed wybuchem wojny, wpadłam bez pukania do jej prywatnego gabinetu i zobaczyłam, jak pochyla się nad niewielkim obrazem, który oparła o sekretarzyk. Pisnęłam głośno i zakryłam oczy. Obraz przedstawiał rudą dziewczynę w długich ciemnych pończochach z wysoko zadartą spódnicą. Ciotka wzdrygnęła się, przykryła obraz i mruknęła:

– No tak, tak.

Prawdopodobnie znaczyło to coś w rodzaju:

– Niczego innego się po tobie nie spodziewałam.

Było mi przykro, więc zdobyłam się na odwagę i zapytałam o ten obraz. Usłyszałam, że namalował go Egon Schiele, a przedstawia pannę Wally Neutzil. I jeszcze, że wiedeńczycy nie rozumieją prawdziwej sztuki, mężczyźni nie rozumieją kobiet, kobiety nie rozumieją samych siebie, autentyczni artyści zaś rozumieją wiele, ale ich samych nie rozumie nikt. I że rządy są przestarzałe, świat chwieje się w posadach, a ludziom zrobiło się za wygodnie. Nie wiem, dlaczego powiedziała to wszystko akurat po moim wtargnięciu do jej pokoju, ale ciotka właśnie taka jest. Wygłasza monolog, a później przypomina sobie, że to ja jestem słuchaczem, i macha ręką, jakby dla mnie nie warto było się wysilać.

Ostatnio jednak chyba jej trochę zaimponowałam zdecydowanie wyrażoną chęcią noszenia sukien od Emilie Flöge i uwagą, że artyści mogą się ubierać wedle uznania. Pozwala mi częściej zachodzić do gabinetu z „nieprzyzwoitymi”, jak w duchu powtarzam, obrazami, i namawia do uczestnictwa w popołudniowych i wieczornych spotkaniach, które organizuje w naszym salonie na Operngasse. A nie są to spotkania, o jakich opowiadają moje szkolne koleżanki. Ciotka najprawdopodobniej zna cały Wiedeń, ale tak naprawdę lubi zaledwie kilka osób. Przyjaźniła się między innymi z Berthą von Suttner, pacyfistką, której książkę Precz z orężem eksponowała na półce. Nawet jeśli uważała, że:

– Droga Bertha pewne rzeczy wyraziła w niej tak, jakby chciała kilka prawd włożyć człowiekowi do głowy łopatą.

Próbowałam sama czytać tę powieść, ale mnie znudziła. Baronową von Suttner jednak bardzo lubiłam, mówiła, że potrzebny jest pokój na świecie, co mi się bardzo podobało. Otrzymała Pokojową Nagrodę Nobla w tym samym roku, w którym zabiła się moja matka, z czego zdałam sobie sprawę dopiero później. Pani Bertha zmarła miesiąc przed wybuchem wojny i wtedy po raz pierwszy byłam świadkiem, jak ciotka płacze. Później mówiła: „Dobrze, że Bertha tego nie dożyła”. Chodziło o zamordowanie arcyksięcia i wybuch wojny. Baronowa na pewno nie byłaby zadowolona.

Ciotka polubiła się też bardzo z panią Rosą Mayreder, ale mnie do spotkań z nią dopuściła dopiero w tym roku. Już rozumiem dlaczego. Pani Rosa bardzo energicznie wypowiada się na temat praw kobiet i „męskiej hipokryzji”. Słucham jej zawsze z wielkim zainteresowaniem, a później długo w noc myślę. Moje przyjaciółki chcą znaleźć mężów i prowadzić salony, jak ich matki. Pani Rosa twierdzi, że wcale tego nie chcą, tylko im się wydaje, że chcą. Sama już nie wiem. Zawsze było tak, że kobiety szukały mężów i prowadziły domy, a teraz się okazuje, że nigdy tego nie chciały. Czy można dobrze robić coś, czego się nie chce? Jestem naprawdę zainteresowana tą kwestią, zwłaszcza że ja także nie wiem do końca, czego chcę.

Zdaniem pani Rosy mężczyźni wymagają od kobiet czystości, a sami chętnie odwiedzają domy publiczne. Niedawno rozmawiałyśmy przez chwilę z Klarą o syfilisie. Byłyśmy zażenowane i wstydziłyśmy się w ogóle wypowiadać to słowo, jakby już samo jego brzmienie mogło nas czymś zarazić. Choć przecież zbudowane jest z ładnych, otwartych sylab. Przypomina trochę imię mitologicznego egipskiego boga Ozyrysa. O-zy-rys. Sy-fi-lis. Od tej choroby podobno odpada nos.

Ciotka pragnęłaby chyba wychować mnie na nowoczesną dziewczynę, na kogoś „świadomego”, jak pani Bertha lub pani Rosa, ale poza przyprowadzaniem mnie na swoje wieczorki i herbatki nic więcej nie robi, a ja sama nie mam pojęcia, gdzie i czego szukać. Do tego mój ojciec urządza jej sceny za każdym razem, kiedy po dłuższej nieobecności wraca do Wiednia.

– Co to ma być za anarchia, Wili?! Żadnych zasad jej nie wpajasz! Co to za książki w widocznych miejscach?! Jak ty ją wychowujesz, co z niej wyrośnie? Do czego ją zachęcasz?!

Zdaniem ojca „uświadomienie” jest tym samym, co „zachęcanie”, ale ciotka się z nim nie zgadza. Gdera wtedy, że moja matka była chowana „jak to ciele w ciepłej stodole” i efekty wszyscy widzieliśmy. To prawda, widzieliśmy. Mam jednak duże wątpliwości, czy ciotka kiedykolwiek widziała stodołę i chowane w niej cielęta. Ja w każdym razie nie widziałam.

Mój pierwszy wpis do dziennika jest bardzo chaotyczny, ale z czasem może zacznę pisać jaśniej i w sposób poukładany. Nie mam pojęcia, jak właściwie powinno się zaczynać prowadzenie dziennika i jak to nieuporządkowanie, w którym żyjemy, nieprzewidywalność losu, przeszłość rozsypaną w wyblakłe skrawki i przyszłość skrytą za wielką niewiadomą, wtłoczyć nagle w kształt ze słów. Kształt wyraźny i oparty na solidnej konstrukcji. Jak opisać codzienność, która wydaje mi się teraz złożonym, skomplikowanym zjawiskiem, utworzonym z miliona maleńkich detali, najbardziej wymagającym wyzwaniem i obowiązkiem do spełnienia. Każdego poranka otwieramy oczy i musimy żyć. Chyba nie ma dla człowieka nic trudniejszego.

3 kwietnia 1915, Wiedeń

Powinnam chyba napisać jeszcze kilka słów o rodzicach i wyrywkowych wspomnieniach, z których składa się moja przeszłość. Może wtedy uda mi się zaprowadzić więcej ładu w tej historii, dać jej fundamenty i wyprowadzić ku teraźniejszości. Jak mam pisać o chwili, która trwa, jeśli opowieść o mnie nie ma solidnego punktu wyjścia? To prawie tak, jak gdybym ja sama zaczęła się właśnie teraz.

Mój ojciec nazywał się kiedyś bardzo zwyczajnie – Lejba Aber – i pochodził z Warszawy. Urodził się w niezamożnej żydowskiej rodzinie, która z kolei do Kongresówki przeniosła się z Galicji. Skąd taki kierunek? Nie mam pojęcia, nie znam się na migracjach, a i o moich dziadkach ze strony ojca, wstyd przyznać, mało wiem. Aberowie zamieszkali na warszawskich Nalewkach. Mój dziadek był złotnikiem, prowadził własny warsztat, był podobno bardzo dobry w swoim fachu. Zachowaliśmy kilka przedmiotów, które wykonał, i rzeczywiście robią wrażenie. Aberom urodziło się dwoje dzieci – Lejba i Wilhelmina. Wilhelmina to drugie imię, niemieckie, nadane na pamiątkę galicyjskich korzeni, a pierwszego – Sara – ciotka nie używa.

Jak już pisałam, ojciec, dzięki swojemu sprytowi i umiejętnemu prowadzeniu interesów z zaborcą, dorobił się i otworzył salon jubilerski. Pewnego dnia do tego salonu wszedł elegancki podróżnik z Wiednia, którym był nie kto inny, tylko Zygmund Seidemann, także jubiler. Ojciec zaimponował mu szerokim rozeznaniem w branży, pomysłami, projektami i znajomością języków obcych. Mogę się mylić, ale jeśli ktoś mieszka pod zaborami i chce robić interesy, to znajomość języków obcych wydaje się niezbędna. Mój ojciec też tak sądził. Mówił zatem biegle po rosyjsku, niemiecku i francusku, a trochę po angielsku. Mój dziadek, który umarł, zanim się urodziłam, nauczył go także hebrajskiego i jidysz, ale w domu zawsze rozmawiali ze sobą po polsku. Nie wiem dlaczego nie zapytałam też ojca, kim się czuje – Żydem, Polakiem, Austriakiem, czy może odrobinę Rosjaninem? Nie zapytałam ojca o wiele rzeczy, bo nie umiem z nim rozmawiać. Trochę szkoda. Myślę, że gdyby zechciał mi odpowiedzieć, słuchałabym go z wielkim zainteresowaniem. Muszę się kiedyś odważyć i zapytać. Nie wiem tylko, co zrobię, jeśli mi jednak nie odpowie.

Odbiegam od tematu. Zygmunt był pod wrażeniem mojego ojca i zaprosił go do Wiednia, by odwiedził funkcjonujący od dziesięcioleci rodzinny salon Seidemannów. Ojciec – jak to ojciec – zaproszenie przyjął. A kiedy był już na miejscu, uznał, że zakład jubilerski Seidemannów oferuje interesującą biżuterię, ale cokolwiek przestarzałe wzory, czego nie omieszkał powiedzieć wprost swojemu nowemu przyjacielowi. Zygmunt wcale się nie obraził, tylko przyznał „młodemu Aberowi” rację. Stracił zapał, nie miał pomysłów, a w Wiedniu pojawiła się konkurencja, do tego co rusz objawiał się jakiś nowy artysta, który oddziaływał na odbiorców i nawoływał, by porzucali stare przyzwyczajenia i szukali oryginalnych rozwiązań. To była uwaga o charakterze ogólnym, ale dziadek miał rację. Gustav Klimt malował swoje dziwne obrazy, zmieniała się moda, powstał pawilon wystawowy Secesji Wiedeńskiej, ze złotą kopułą, którą sceptycy nazywali złotą kapustą. Dziadek wiedział, że jego – i czyjekolwiek – przywiązanie do tradycji nie ma tu żadnego znaczenia, bo czasy zmienią się i tak, zawsze przecież następowały jakieś zmiany. Zygmunt twierdził, że Lejba marnował się „tam u Ruskich”.

Lejba był nieco zaskoczony. Nie uważał, by się marnował, a raczej, że wykorzystał wszystkie możliwości, jakie miał – i te, których nie miał, także. Seidemann nie chciał wypuścić z rąk takiego diamentu. Od dawna poważnie chorował i nie łudził się, że przed nim długie lata. Chciał zabezpieczyć rodzinny interes i jedyną córkę, Zofię, dziewczynę o słabych nerwach i zmiennych nastrojach, która miewała swoje dziwactwa i swego czasu leczyła się nawet u doktora Freuda, imiennika dziadka Seidemanna. Sesje skończyły się wtedy, gdy doktor Freud porównał sen Zofii o wspinaniu się po drabinie do stosunku płciowego. Miał to być osiemnasty sen panny Seidemann, który Freud porównał do stosunku płciowego, i dziadkowi puściły nerwy. Tak przynajmniej twierdzi ciotka Wilhelmina, która wszystko to słyszała od mojego ojca.

Nie będę się na ten temat rozpisywać, bo zamiast dziennika wiedeńskiej panny wyjdzie kronika rodzinna Aberów i Seidemannów. Nie mam na to teraz siły, więc dokończę tylko wątek, który już zaczęłam, by uzyskać upragniony punkt wyjścia dla własnej historii. Zygmunt Seidemann zaproponował młodemu Aberowi rękę swojej córki. Ponoć zapytał ją nawet o zdanie, a ona mruknęła: „Wszystko jedno”.

Tak zachęcony Lejba kilka miesięcy po pierwszych odwiedzinach w wiedeńskim salonie Seidemannów powiódł do złotej synagogi swoją wybrankę. Nie zgodził się zamknąć interesu w Warszawie, ale zatrudnił dobrego i lojalnego kierownika, przyjął podwójne nazwisko i obie rodziny połączyły siły. Lejba Aber ożenił się z firmą, wszyscy o tym wiedzieli. Używał odtąd imienia Leopold, ubierał się zawsze bardzo modnie, szybko przyswoił żargon wiedeński i zyskał u nowej wiedeńskiej „arystokracji finansowej” – jak nas ponoć nazywają – powszechną sympatię.

Moja matka po ślubie nie rozkwitła, ale wręcz przeciwnie – jeszcze bardziej zamknęła się w sobie. Miała płakać po nocy poślubnej, a kiedy zaszła w ciążę, nie potrafiła zaakceptować swojego stanu. Ciotka Wilhelmina uważa, że to są właśnie skutki „nieuświadomienia kobiety”, ale nie będę teraz tego rozwijać. Może matka nie otrzymała odpowiedniej pomocy? Albo otrzymała ją za późno? Może nikt nie potraktował jej poważnie, uważając, że jej problemy to po prostu kobieca histeria? Nie wiem. Zamykała się w sobie coraz bardziej, aż wreszcie ze sobą skończyła. Chciałabym powiedzieć, że było mi przykro i że ciągle za nią tęsknię, ale przecież tak nie jest. Nie znałam mojej matki. Nie pamiętam, by mnie kiedykolwiek przytulała. Wiem, że matki są różne. Klara na przykład, moja przyjaciółka, która się właśnie zaręczyła, ma czułą matkę, ale Gretchen ze Stubenbastei, z którą mam wspólnego nauczyciela muzyki, mówi, że jej matkę interesuje tylko kolekcja srebrnych łyżek i fotografie zamordowanej siedemnaście lat temu cesarzowej Sisi. Nie wiem, co interesowało moją matkę, ale na pewno nie byłam to ja. Myślę o niej czasem i zastanawiam się, czy… czy z sytuacji, w której się znalazła, istniało jakieś inne wyjście.

A najgorsze jest to, że nie pamiętam, kim była. Nie przypominam sobie brzmienia jej głosu, jej słów, nie wiem, co lubiła jeść, w co się ubierać, czy miała ulubionych kompozytorów i malarzy, czy interesowała się biżuterią, snuła plany na przyszłość, jakie książki czytała. Brak czułości to jedno. Ale mam również wrażenie, że moja matka nigdy ze mną nie rozmawiała. Że jej po prostu nie było.

Wszystko, co mam, to urywki podsłuchanych wypowiedzi i ulotne obrazy, składam je w całość i próbuję ułożyć sensowny wzór. Wniosek, do którego dochodzę, za bardzo mnie przeraża, by go tutaj zapisać. Może jutro. Może jeszcze później.

Teraz – choć minęło dopiero dziesięć lat – wielokrotnie słyszę, że to po prostu były takie czasy. Ludzie czuli niepokój, wpadali w złe nastroje, mieli różne lęki i obawy dotyczące przyszłości. Przed moimi oczami wciąż rysuje się mglisty obraz Karla Wittgensteina, bajecznie zamożnego magnata stalowego, którego ciotka także przyjmowała w swoim salonie. Ponoć głównie dlatego, że sfinansował budowę pawilonu wystawowego Secesji i był mecenasem wielu współczesnych artystów, co oczywiście postrzegała jako przejaw dobrego smaku. Inne osiągnięcia tego człowieka chyba jej nie interesowały. W każdym razie ów Wittgenstein, który od dwóch lat nie żyje, bo wykończyły go cygara, opowiadał pewnego wieczoru o śmierci swoich dwóch synów. Także się zabili – Hans w tysiąc dziewięćset drugim, a Rudolf w tysiąc dziewięćset czwartym. Ogólnie Wittgenstein miał jednak pięciu synów i trzy córki i choć jestem pewna, że obeszła go śmierć dwójki, być może w jakimś stopniu pocieszał się myślą o pozostałych dzieciach. Bo przecież nie został całkiem sam. Brzmi to bezdusznie, ale przecież muszę pisać szczerze. Zostało mu trzech synów i trzy córki, cyfry nie kłamią. Mnie natomiast nie została żadna matka. Nawet to jednak nie może mnie skłonić do odczuwania prawdziwego żalu. Wydaje mi się, że można, przy odrobinie wysiłku, skierować myśli na konkretne tory, ale nie odczuwanie. Odczuwanie po prostu się dzieje, nie da się go oszukać ani się do niego zmusić. Albo coś czujemy, albo nie. I ja nie czuję żalu, nie znałam mojej matki. Uwiera mnie jedynie świadomość, że postanowiła odejść, że to była jej decyzja. Nie wybrała mnie – wybrała śmierć.

Gdyby natomiast zmarła ciotka Wilhelmina…

Nie, nie będę teraz o tym myśleć. Na samą myśl robi mi się gorąco, a serce chce wyskoczyć przez gardło. W ogóle nie jestem w stanie już dłużej pisać. Spada na mnie prawda ubrana w czarny atrament, przygniatają mnie wnioski i podejrzenia, lęki i obserwacje. Papier przyjmie wszystko, ale ja nie mogę kłamać. Szczerość mnie dusi, okazuje się trudna.

Teraz pójdę sprawdzić, czy u ciotki wszystko w porządku. Może pozwoli mi pooglądać nieprzyzwoite obrazy. Jej pupilkiem nie jest już Egon Schiele ze swoją rudą modelką w czarnych pończochach, tylko Oskar Kokoschka. Twierdzi, że za późno się na nim poznała, bo zaciągnął się do wojska i pewnie zginie na froncie. Jej zdaniem artyści słabo sobie radzą w trudnych warunkach.

10 kwietnia 1915, Wiedeń

Dziś jest pięknie. Słońce świeci od samego rana i rzuca na wypolerowane posadzki złote refleksy. Wszystko lśni, a w powietrzu, jak każdego poranka, unosi się zapach mydła. Uogólniam, bo oczywiście chodzi o różne środki czystości, amunicję służącej, którą posługuje się w walce z brudem. Wojna czy nie – sprzątać trzeba. Ciotka ma na ten temat swoje zdanie i nic go nie zmieni, podejrzewam, że gdyby nie mogła trzymać służby, sprzątałaby sama bez słowa skargi. W rodzinnej Warszawie, na Nalewkach, robiła to każdego dnia, pomagała matce w prowadzeniu domu, a ojcu w prowadzeniu warsztatu. Znała dobrze zapach brudnej wody z mydlinami, starych ścierek, surowych ziemniaków obieranych ze skórki i pasty do czyszczenia srebra. Wiedziała, jak wygląda warsztat złotnika i co trzeba zrobić, by z granulatu złota powstał piękny kielich. Nikt nie pytał, czy chce wiedzieć. Czy chce zamiatać podłogę, myć okna i podawać ojcu narzędzia. Czy oprócz podawania mogłaby robić coś więcej, coś bardziej wymagającego. A ponieważ nikt nie pytał, nie miała jak udzielić odpowiedzi. Dzięki milczącemu poświęceniu jej brat Lejba mógł się uczyć i rozwijać swój spryt, taki był przecież zdolny, wszyscy w niego wierzyli, cała rodzina. I słusznie, był człowiekiem wielu talentów.

Ciotka poświęcała się dla starszego o kilka lat brata, a w duchu pielęgnowała wściekłość na świat, w którym nie było – jak sądziła – miejsca dla kobiet jej pokroju. Choć przecież nie ona pierwsza chciała zdobyć wykształcenie i pracować zawodowo. Myślę, że gdyby urodziła się teraz, byłoby jej łatwiej w życiu, bo sporo się zmieniło.

– To i tak jeszcze za mało, stanowczo za mało, to właściwie jeszcze nic! – Słyszę jej słowa bardzo wyraźnie, wiecznie to powtarza, a ja wtedy odpowiadam:

– Zawsze coś.

Wilhelmina nigdy nie jest pod wrażeniem, prycha tylko gniewnie i mamrocze pod nosem. Czasem wydaje mi się bardzo biedna, współczuję jej, kiedy patrzę na zaciśnięte usta i kreskę między brwiami. Wiem, że roztrząsa wtedy jakiś ważny dylemat, na przykład – co ma zrobić, jeśli w pełni zgadza się z teorią Adolfa Loosa o konieczności uproszczenia sztuki użytkowej i zrezygnowania z bogatej ornamentyki, a jednocześnie tego samego Loosa nie cierpi, bo on z kolei nie cierpi kobiet. Kiedy zaprojektował Kärntner Bar, lokal tylko dla mężczyzn, na wzór angielskich klubów dla dżentelmenów, wściekła się, wypaliła cztery papierosy z rzędu, nerwowo stukała palcami w blat stołu, tupała nogą i wypiła kilka filiżanek czarnej kawy, takiej jaką zawsze piła we Włoszech, bo „po wiedeńsku” jest dla niej za słodka. Nie wiem, czy pomogła jej ta kawa na nerwy, chyba raczej nie. Wilhelmina z furią cedziła:

– Oczywiście, kobiety w kawiarniach niektórym bardzo przeszkadzają, ale to nie one mają problem ze sobą, nie one!

Wściekłość ciotki na Loosa za Kärntner Bar przypadła na rok tysiąc dziewięćset ósmy, czyli wydarzyło się to trzy lata po śmierci mojej matki i tuż po naszym powrocie z podróży. Ojciec także był wtedy w Wiedniu. Kilkakrotnie przyłapałam go na tym, że przygląda mi się uważnie, ale, jak sądzę, niczego ciekawego nie dostrzegł, bo w końcu przestał. Z tamtego czasu pamiętam jeszcze tylko słowo „obstrukcja”, użyte w zupełnie innym kontekście, niż dotąd słyszałam. Ojciec mówił, że parlament paraliżują obstrukcje. Jest wielu posłów różnej narodowości, każdy wypowiada się w swoim języku i jeśli chce spowolnić pracę parlamentu lub opóźnić czyjeś wystąpienie, stoi godzinami na mównicy i „mamrocze coś, czego większość nie rozumie, bo przecież nie ma tłumacza”. I było ponoć tak, że niektórzy mówili wiersze w swojej ojczystej mowie lub powtarzali w kółko te same zdania. Aż trudno uwierzyć. Myślę, że dorośli powinni być poważni, a już zwłaszcza w parlamencie. Tymczasem urządzają tam kabaret.

Ciotka i ojciec prowadzili też wówczas ważne rozmowy o tożsamości, które z chęcią i zaangażowaniem podsłuchiwałam.

Ojciec mówił na przykład:

– Jestem Polakiem.

Na co ciotka:

– Jesteś Żydem z nieistniejącego państwa.

Ojciec się nie poddawał i bardzo chciał przejść do sedna, bo chyba nie chodziło tylko o deklaracje narodowościowe:

– Jestem Polakiem, Wili, ale tak się złożyło, że pokochałem też tę dziwną monarchię. Idea wielkiego kraju, utworzonego z kilku mniejszych, z wieloma językami, kulturami, zwyczajami, tak zróżnicowanego, jest dla mnie czymś fantastycznym. To musi być pomniejszona wizja przyszłości. Tak będzie kiedyś wyglądała cała Europa. Nie możemy być wszyscy tacy sami, chodzi o to, by zrozumieć, że właśnie powinniśmy się różnić. I szanować te różnice, uważać je za coś dobrego. I żyć wspólnie pomimo nich.

Moim zdaniem brzmiało to zbyt patetycznie, jak u natchnionego wieszcza. Wiadomo, że wieszczowie oprócz wieszczenia niewiele działali.

Ciotka na to:

– Przedstaw swoje teorie panu Guidowi von Listowi, zobaczymy, co powie. Zaraz wyłoży ci swoją mądrość o rasie panów, aryjskim panowaniu nad światem i prawach hodowli. Obawiam się, że jesteś marzycielem. Nawet jeśli się z tobą zgadzam.

Na to ojciec:

– Guido von List to szaleniec. Tacy zawsze byli i zawsze będą. Pokrzyczy, kilku mu zaklaszcze, a później wszystko się uspokoi.

Na to ciotka:

– Chciałabym w to wierzyć, ale chyba nie umiem.

Nie pamiętam, co jeszcze mówili. Ta rozmowa wydała mi się bardzo podniosła i ważna, choć nie byłam jeszcze w stanie przemyśleć jej w samotności. Nie wiem, czy teraz jestem. W każdym razie utkwiła mi mocno w pamięci, bo zawsze najlepiej zapamiętuję to, co podsłuchuję, i to, co ktoś mówi przy mnie w uniesieniu lub wzburzeniu, a pewnie nie powinien.

Z późniejszych lat pamiętam pojawienie się nowego budynku na Michaelerplatz, zwanego „domem bez brwi”. Zaprojektował go znienawidzony przez ciotkę Loos, a ona nie mogła znieść faktu, że ten budynek bardzo jej się podoba – jest prosty, surowy, bez ozdób.

– Taka powinna być właśnie sztuka przyszłości – wydukała z obrzydzeniem.

To chyba bardzo przykre, kiedy osoba, której nie cierpimy, robi rzeczy, które nam się podobają. Przed światem możemy oczywiście udawać pogardę i brak akceptacji, możemy szydzić i krytykować do woli, ale w głębi serca znamy prawdę. Ciotce mało pocieszające wydawało się to, że owego „domu bez brwi” nie mógł znieść nasz dobry stary cesarz, który – niestety – miał na niego świetny widok z Hofburga. Pieklił się ponoć, że nie będzie codziennie patrzył na coś tak ohydnego, a kiedy nie mógł nikogo zmusić do zburzenia budowli, kazał przytwierdzić do ścian jakieś ozdoby. Loos powiesił doniczki w oknach. Nie wiem, czy o to właśnie chodziło cesarzowi. Dodam jeszcze, że zdaniem ciotki w świecie przyszłości znajdzie się mnóstwo miejsca dla „domów bez brwi”, ale zabraknie go całkiem dla wąsatych imperatorów.

W tysiąc dziewięćset jedenastym były wielkie zamieszki na ulicach. Przez Ringstrasse, nieopodal naszej kamienicy, także przemaszerował wrzeszczący tłum, który domagał się obniżenia cen mięsa. Bałam się, miałam wrażenie, że za chwilę ci ludzie wtargną do środka, do naszego mieszkania z wypolerowanymi posadzkami, i każą nam… no nie wiem… oddać całe jedzenie albo zabiorą ojcu biżuterię ze sklepu. Chyba po raz pierwszy w życiu przytuliłam się wtedy do niego mocno i poczułam, jak się prostuje i napina mięśnie. Był zaskoczony, ale poklepał mnie po plecach, a po chwili także pogłaskał po włosach. Miałam wrażenie, że po moim wnętrzu rozlało się coś ciepłego, i poczułam się błogo. Zastanawiające, jak dużo może zdziałać taki prosty gest. Ojciec chciał mnie podnieść na duchu.

– Nie martw się. Oni wyszli na ulicę, bo mają ciężkie życie. Trzeba ich wysłuchać i zrozumieć. Ale tutaj nie przyjdą.

Ciotka odsunęła się od okna i oparła dłonie na biodrach.

– Maria Antonina pewnie myślała podobnie kilka minut przed tym, jak tłum wpadł do Wersalu. I nie sądzę, by przewidziała, że później utną jej głowę – powiedziała.

Wilhelmina zawsze umiała człowieka pocieszyć.

Rok 1911 pamiętam ze względu na jeszcze jedno wydarzenie. Otóż ojciec nie tylko pogłaskał mnie po głowie, ale w ogóle zaczął mnie zauważać. Z konkretnego powodu. Zobaczył bowiem moje szkice. A rysowałam biżuterię. Od dziecka obracałam się wśród złota i srebra, kolorowych kamieni i przejrzystych diamentowych oczek, pereł i korali. Wydaje mi się, że Wiedeń jest idealnym miejscem do projektowania i sprzedawania biżuterii, bo wszyscy tutaj kochają złoto i ozdoby. A może raczej tak było lub też będzie jeszcze tylko przez chwilę, po czym wszystko się skończy i nastanie nowa era. Niektórzy już teraz otwarcie śmieją się z błyszczących kopuł i monumentalnej architektury, na dokładkę mamy tego całego Loosa, „dom bez brwi” i oczywiście wojnę.

Ciotka mawia:

– Wiedeń to i tak nic przy Paryżu.

Cokolwiek to znaczy. Nauczyłam się już nie zadawać pytań o rzeczy, które często powtarza, bo i tak nigdy nie odpowiada. I patrzy na mnie dziwnie, a kiedy ciotka patrzy na kogoś dziwnie, to wiadomo, że nie ma o nim najlepszego zdania.

Wrócę jednak do rysunków. Naszkicowałam kilka pierścionków i par kolczyków. Wymyśliłam je od początku do końca, choć pewnie inspirowałam się tym, co widziałam we włoskich muzeach, a już zwłaszcza starożytnymi ozdobami. Tak znowu twierdziła ciotka i dodawała, że oczywiście miała rację co do kształcącej roli podróży. Nie chciało mi się z nią spierać, bo miałam trzynaście lat i wystarczyło mi już wrażeń związanych z nagłym zainteresowaniem ojca, z faktem, że zwrócił na mnie uwagę. Tak jak teraz pisanie wydobywa ze mnie myśli i emocje, o których istnieniu nie miałam pojęcia, tak wtedy jego niespodziewana, aktywna obecność w moim życiu w pewien sposób mnie zbudowała. Wszystkie te rysunki przestały być jedynie dziewczyńskimi gryzmołami. Stały się czymś więcej – czymś wartościowym, co czyniło wartościową i mnie. Dwa lata później we wszystkich trzech salonach Seidemann-Aber pojawiła się nowa kolekcja, nazwana na moją cześć „Mała Lotte”. Nie protestowałam, choć nie uważałam się znowu za taką małą, miałam już piętnaście lat.

Ojciec nigdy nie prosił, bym coś dla niego wymyśliła, ale kiedy wracał do Wiednia z Warszawy, za każdym razem uważnie przeglądał mój szkicownik i zawsze natrafiał na coś ciekawego. W chwili gdy po raz pierwszy oglądałam gotowy pierścionek lub wisiorek, którego wzór sama wymyśliłam, ogarniało mnie nieznane dotąd uczucie bezgranicznej, rozpierającej od środka radości. Zmieniłam się chyba wtedy zupełnie. Inaczej patrzyłam na cały świat i wydawało mi się, że wszędzie można znaleźć inspirację, że gotowe pomysły dosłownie leżą na ulicy. Suchy liść zwinięty w spiralę, twarz wyrzeźbiona w kamieniu, gra światła na marmurowych kaflach, nawet pieczywo i słodycze – to wszystko było jak pokarm dla wyobraźni. Kilka miesięcy przed wojną ojciec wypuścił nową kolekcję. Miałam już szesnaście lat, więc nazwa została zmieniona i brzmi po prostu „Panna Lotte”.

Ojciec traktuje mnie teraz poważniej, ale nadal nie rozmawiamy o tym, o czym tak naprawdę chciałabym rozmawiać. Przyglądam mu się czasem i jestem nim naprawdę zainteresowana – jako człowiekiem, który ma swoją przeszłość i coś przeżył. Wiem o nim tyle, że czuje się Polakiem i jednocześnie kocha wielonarodowe Austro-Węgry, prawdopodobnie równie mocno, jak kocha biżuterię. Że lubi modne ubrania, ładne przedmioty i podróże. Że trudno mu usiedzieć w miejscu, a teraz przecież musi, bo jest wojna. Obserwuję go i obserwuję, i kilka razy miałam zadać mu to pytanie:

– Jak się teraz czujesz, kiedy jesteś tutaj, w Austrii, a tam, w Warszawie dzieją się inne, równie ważne dla ciebie rzeczy? Jak możesz kochać jednocześnie dwa kraje, które ze sobą walczą?

A jednak o nic nie zapytałam.

Bywają również takie chwile, kiedy patrzę na ojca jak na obcego człowieka, który nie tylko ma swoje bogate wewnętrzne życie, ale także zajmuje się sprawami, o których nie mam pojęcia. Wiem tylko tyle, że zamknął sklep w Warszawie, ukrył gdzieś cały towar i dzięki licznym znajomościom – a pewnie i wysokim łapówkom – przedostał się bezpiecznie do Wiednia. Tutaj, jak twierdzi, tymczasowo, zamknął lokal na Elisabethstrasse i skupił się na tym drugim, na Mariahilf. Siostry Flöge nadal sprzedają swoje suknie, mimo niesprzyjających okoliczności, i my także się nie poddajemy. Działamy drzwi w drzwi, ramię w ramię. Stoimy na straży estetyki, chcemy, by ludzie pamiętali o pięknych przedmiotach, o tym, że poza krwią i śmiercią istnieją też zjawiska, którymi można nasycić oczy. Marna pociecha, ale przychodzą przecież takie chwile, kiedy przydaje się każda.

Widzę, że ojciec się martwi. Podobnie jak Wilhelmina. Martwią się jednak inaczej, każde na swój sposób. Ojciec milczy i zamyka się w sobie, pisze listy, umawia się na spotkania i wraca późną nocą, prowadzi dziwne rozmowy przez telefon – podsłuchałam kilka, ale nic nie zrozumiałam – i dużo czyta. Kupuje wszystkie dostępne gazety i broszury, a także, co chyba ważniejsze, zdobywa również informacje o wojnie innymi, sobie znanymi, tajemniczymi kanałami. Ciotka przeciwnie. Wścieka się, tupie, pali i wyzywa wszystkich od głupich. Jeśli ojciec długo nie wraca z jednego ze swoich spotkań, zawsze na niego czeka, starannie ubrana i uczesana, jak gdyby w każdej chwili gotowa do wyjścia. Nie wiem, gdzie odbywają się te spotkania, z kim i w jakim celu, ale nerwowy nastrój udziela się również mnie.

Kilka razy udało mi się usłyszeć jakieś nazwiska, a wśród nich najczęściej wybrzmiewa: „Piłsudski”. Ojciec nie spotyka się z tym Piłsudskim, ale ten Piłsudski z kolei musi mieć jakiś pomysł na utworzenie niepodległego państwa polskiego. Ojciec znowu uważa się za Polaka i posiada sporo pieniędzy. Myślę, że jedno z drugim się wiąże, ale nie znam żadnych szczegółów. Sama byłam w Polsce tylko raz i właściwie mam do niej stosunek, jak mówi ciotka, neutralny, jeśli jednak ojciec ucieszy się z odzyskania niepodległości, to ja również się z tego ucieszę. Przywozi do Wiednia polskie książki, opowiada o polskich uczonych i artystach, stara się coś mi przekazać, w przystępny sposób i nienachalnie. Poddaję się temu, czasem nawet udaję zaangażowanie, bo chcę, by był zadowolony.

Mam tylko nadzieję, że nie będzie mi kazał przeprowadzić się z nim na stałe do Warszawy, w razie odzyskania niepodległości. Może i jestem egoistką, ale ostatnio doszłam do prostego wniosku: najbardziej na świecie kocham biżuterię i Wiedeń. Nasze mieszkanie na Operngasse. Nasz salon. Tę chwilę, kiedy wstaję z łóżka, otwieram okno i czuję zapach miasta o poranku. Fakt, że wszyscy tutaj tak samo kochamy muzykę. Cięte riposty ciotki Wilhelminy – i ciotkę Wilhelminę w ogóle, która jest na miejscu, ze mną. Ojca na swój sposób kocham także, choć zupełnie inaczej, trochę tak jak się kocha trudne do rozwiązania zagadki. Polska i Warszawa niewiele dla mnie znaczą. Nie chcę się przeprowadzać.

Niepotrzebnie się martwię, bo z tej niepodległości pewnie i tak nic nie wyjdzie.

Ocean odrzuconych. Tom I Córka jubilera

Wydanie pierwsze, ISBN: 978-83-8147-359-0

 

© Magdalena Knedler i Wydawnictwo Novae Res 2019

 

Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie, reprodukcja lub odczyt jakiegokolwiek fragmentu tej książki w środkach masowego przekazu wymaga pisemnej zgody wydawnictwa Novae Res.

 

REDAKCJA: Wioletta Cyrulik

KOREKTA: Małgorzata Szymańska

OKŁADKA: Mariusz Banachowicz

KONWERSJA DO EPUB/MOBI:Inkpad.pl

 

WYDAWNICTWO NOVAE RES

ul. Świętojańska 9/4, 81-368 Gdynia

tel.: 58 698 21 61, e-mail: sekretariat@novaeres.pl, http://novaeres.pl

 

Publikacja dostępna jest w księgarni internetowej zaczytani.pl.