Wydawca: Bernardinum Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2011

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 220 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Ocalony - Włodzimierz Zaczek

Ocalony to wciągająca i sprawnie napisana powieść, której bohater-pisarz pewnego dnia dostaje nietypowe zlecenie. Ma napisać biografię tajemniczego nieznajomego, a opublikować ją może dopiero po jego śmierci. Początkowo wydaje się, że to historia, jakich tysiące: osierocenie, wojna, emigracja, miłość i w końcu wielka fortuna. Jednak z czasem okazuje się, że gdyby nie tajemnicza postać, która pojawia się w najgroźniejszych momentach, życie pobiegłoby zupełnie innym torem...

Opinie o ebooku Ocalony - Włodzimierz Zaczek

Fragment ebooka Ocalony - Włodzimierz Zaczek

© Co­py­ri­ght by Wło­dzi­mierz Za­czek, 2011

Ko­rek­ta:

Ewa Ku­nic­ka

Wy­daw­nic­two „Ber­nar­di­num” Sp. z o.o.

ul. Bi­sku­pa Do­mi­ni­ka 11, 83-130 Pel­plin

tel. (58) 536 17 57; fax (58) 536 17 26

ber­nar­di­num@ber­nar­di­num.com.pl

www.ber­nar­di­num.com.pl

Skład:

Dru­kar­nia Wy­daw­nic­twa „Ber­nar­di­num” Sp. z o.o.,

Pel­plin

ISBN 978-83-7823-309-1

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

De­dy­ku­ję swo­jej wnucz­ce Na­tal­ce

Mot­to:

Ktoś, kto nie za­kła­da,

że może zda­rzyć się cud,

nie jest re­ali­stą.

Me­na­chem Be­gin

Dzień pierwszy

Asfal­to­wa dro­ga skoń­czy­ła się na­gle, zmie­nia­jąc w wy­ło­żo­ny ko­ci­mi łba­mi dukt. Rzu­ci­łem okiem na spo­rzą­dzo­ny przez sie­bie szkic. Mia­łem przed sobą oko­ło trzech ki­lo­me­trów nie­zbyt mi­łej dla mo­ich wnętrz­no­ści tra­sy. Nie wiem cze­mu, ale za­wsze tego typu dro­gi wy­da­ją mi się dłuż­sze niż wy­ni­ka z map i dro­go­wska­zów.

Po dzie­się­ciu mi­nu­tach bez­u­stan­nej ko­ły­sa­ni­ny do­tar­łem do roz­wi­dle­nia, przy któ­rym po­ja­wił się drew­nia­ny krzyż. Zgod­nie z uzy­ska­ny­mi wska­zów­ka­mi skrę­ci­łem w pra­wo i wje­cha­łem na wą­ską le­śną dróż­kę. Pa­da­ją­ce od ty­go­dnia desz­cze prze­isto­czy­ły ją w po­ry­te ko­le­ina­mi grzę­za­wi­sko. Mój sa­mo­chód zde­cy­do­wa­nie nie nada­wał się do jaz­dy te­re­no­wej. Raz po raz me­ta­lo­we brzu­szy­sko po­jaz­du ocie­ra­ło o wy­sta­ją­ce mul­dy i ka­mie­nie. Sy­cza­łem za­ci­ska­jąc zęby, jak­by to mnie za­da­wa­no ból.

Lu­bi­łem swo­je au­tko i dba­łem o nie jak o człon­ka ro­dzi­ny. Do­pie­ro co spła­ci­łem wzię­ty na nie­go kre­dyt, a tu mu­szę wy­sta­wiać go na nie­za­słu­żo­ne szy­ka­ny.

Jak się jesz­cze oka­że, że to nie ta dro­ga, to się chy­ba wściek­nę – po­my­śla­łem. Prze­cież to nie­moż­li­we, aby miesz­ka­li tu lu­dzie.

Na chwi­lę po­ża­ło­wa­łem, że się na to zgo­dzi­łem. Nie­zna­ny mi gość za­dzwo­nił do mnie wie­czo­rem i za­żą­dał, abym się z nim spo­tkał. Kie­dy usi­ło­wa­łem do­wie­dzieć się cze­goś bliż­sze­go, oświad­czył, że to spra­wa nie­cier­pią­ca zwło­ki, a na­wet ży­cia i śmier­ci. Tro­chę się prze­stra­szy­łem. Wi­docz­nie prze­wi­dział moją re­ak­cję, bo na­tych­miast do­dał, że spra­wa śmier­ci nie do­ty­czy mnie, a wręcz jest dla mnie opła­cal­na. Po­tem do­kład­nie opi­sał tra­sę do­jaz­du. Że­bym wie­dział, że ta tra­sa tak wła­śnie wy­glą­da, to w ży­ciu bym się na to nie zgo­dził.

Wła­ści­wie, to nic in­ne­go do ro­bo­ty nie mia­łem. Poza tym, za­cie­ka­wił mnie tro­chę swo­ją ta­jem­ni­czo­ścią, a ja lu­bię wy­zwa­nia.

Nie wiem jak dłu­go tłu­kłem się po tych bez­dro­żach. Ode­tchną­łem z ulgą, kie­dy po­ja­wi­ła się ja­kaś ogro­dzo­na drą­ga­mi po­la­na. Z dru­giej stro­ny ogro­dze­nia cią­gnął się szpa­ler cho­inek. Spra­wiał wra­że­nie po­sa­dzo­nych spe­cjal­nie w celu unie­moż­li­wie­nia wglą­du na dal­szą część po­se­sji. Prze­je­cha­łem wzdłuż pło­tu oko­ło dwu­stu me­trów i zna­la­złem się na otwar­tej prze­strze­ni przed dość oka­za­łą drew­nia­ną cha­łu­pą, praw­do­po­dob­nie peł­nią­cą rolę let­ni­sko­wej da­czy. Już na pierw­szy rzut oka wi­dać było, że wła­ści­ciel nie­zbyt o nią dba. Czę­ścio­wo zmur­sza­łe de­ski ścian wy­raź­nie do­ma­ga­ły się re­no­wa­cji. Co do kry­te­go gon­tem da­chu, by­łem nie­mal­że pe­wien, że prze­cie­ka.

To chy­ba tu­taj – po­my­śla­łem i zbli­ży­łem się do so­lid­nych drew­nia­nych drzwi. Za­pu­ka­łem… i ci­sza. Za­pu­ka­łem po­now­nie i moc­niej… da­lej ci­sza.

– Ku­rza twarz! To chy­ba nie tu! Na chwi­lę opa­dły mi ręce. Się­gną­łem do kie­sze­ni po te­le­fon i w tym mo­men­cie do­le­ciał do mnie dziew­czę­cy śmiech i szcze­ka­nie psa.

Ob­sze­dłem bu­dy­nek i tra­fi­łem na roz­le­gły, czę­ścio­wo za­da­szo­ny ta­ras. W bu­ja­nym wi­kli­no­wym fo­te­lu sie­dział star­szy męż­czy­zna. Całą twarz po­kry­wa­ły mu drob­ne bli­zny, jak po prze­by­tej w mło­do­ści ospie. Nogi miał otu­lo­ne gru­bym ko­cem. Przy nim krzą­ta­ła się mło­da dziew­czy­na, w wie­ku ra­czej jesz­cze na­sto­let­nim – przy­najm­niej ta­kie od­nio­słem wra­że­nie. Dwa duże wil­czu­ry na­tych­miast pod­bie­gły do mnie i grzecz­nie usia­dły przy­glą­da­jąc mi się uważ­nie.

– Dzień do­bry – po­wie­dzia­łem. – Prze­pra­szam, pu­ka­łem do drzwi, ale nikt nie otwie­rał.

– A, dzień do­bry… to pan. – Star­szy męż­czy­zna wy­cią­gnął do mnie rękę i po­pro­sił abym usiadł. Spo­czą­łem na­prze­ciw nie­go, rów­nież w wi­kli­no­wym fo­te­lu, tyle że nie bu­ja­nym.

– Tych pie­sków pro­szę się nie oba­wiać. Są już sta­re i do­brze wy­cho­wa­ne. Ugry­zą tyl­ko wte­dy, gdy do­sta­ną ta­kie po­le­ce­nie – po­wie­dział sta­ru­szek i za­pro­po­no­wał:

– Na­pi­je się pan cze­goś?

– Je­że­li moż­na, to po­pro­szę o kawę roz­pusz­czal­ną.

– Ha­niu! Kaw­kę roz­pusz­czal­ną i lamp­kę ko­nia­ku dla pana, i her­bat­kę dla mnie.

– Ale ja je­stem kie­row­cą.

– Niech pan nie li­czy na wię­cej i na to, że tak szyb­ko stąd pana wy­pusz­czę – uśmiech­nął się sta­ru­szek.

Chwi­lę przy­glą­dał mi się w mil­cze­niu.

– Za­pew­ne cie­ka­wi pana, po co ja tu pana fa­ty­go­wa­łem?

– Nie da się ukryć – stwier­dzi­łem co­raz bar­dziej za­in­try­go­wa­ny tym, cze­go może ocze­ki­wać ode mnie star­szy nie­zna­ny je­go­mość i w do­dat­ku miesz­ka­ją­cy na ta­kim za­du­piu.

– Pa­nie Wojt­ku. Jak pan wi­dzi, je­stem bar­dzo sta­rym czło­wie­kiem. Być może na­wet star­szym niż się panu wy­da­je. My­ślę, że do po­że­gna­nia z tym świa­tem nie­wie­le mi po­zo­sta­ło.

W pierw­szym mo­men­cie chcia­łem mu zwró­cić uwa­gę, że nie tak mam na imię i że praw­do­po­dob­nie za­pro­sił nie tę oso­bę, o któ­rą mu cho­dzi­ło, lecz ugry­złem się w ję­zyk i po­zwo­li­łem na kon­ty­nu­owa­nie za­czę­tej my­śli.

– Wiem, że nie ma pan na imię Woj­tek, ale ja tak wła­śnie będę pana na­zy­wał.

Zro­bi­łem duże oczy. Od­nio­słem wra­że­nie, że fa­cet czy­ta w mo­ich my­ślach.

Dziew­czy­na przy­nio­sła za­mó­wio­ne na­po­je oraz ja­kieś sło­dy­cze. Po­sta­wi­ła wszyst­ko na sto­li­ku i grzecz­nie się ukło­ni­ła. Po­dzię­ko­wa­łem i uśmiech­ną­łem się do niej. Była ład­na i w do­dat­ku mia­ła nie­ty­po­we, zie­lo­ne oczy. Wśród Po­la­ków to ra­czej rzad­kie zja­wi­sko.

– To moja wnucz­ka Ha­nia. Bez py­ta­nia sta­ru­szek przed­sta­wił mi mło­dą oso­bę i zwra­ca­jąc się do niej po­pro­sił, aby nas zo­sta­wi­ła sa­mych.

Dziew­czy­na za­rzu­ci­ła szal na ra­mio­na i skie­ro­wa­ła się w stro­nę nie­du­że­go je­zior­ka. Do­pie­ro te­raz za­uwa­ży­łem, że jest to ma­low­ni­cze miej­sce. Duża po­se­sja, wkom­po­no­wa­na w le­śną głu­szę i w do­dat­ku ozdo­bio­na pięk­nym la­zu­ro­wym oczkiem wod­nym, była wręcz wy­ma­rzo­nym miej­scem na wy­po­czy­nek.

Przez chwi­lę pa­trzy­łem na od­da­la­ją­cą się dziew­czy­nę i za­sta­na­wia­łem się, co taka mło­da i ład­na oso­ba robi na ta­kim pust­ko­wiu i to w środ­ku lata, za­miast le­żeć na pla­ży, tak jak jej ko­le­żan­ki.

– Przy­pusz­czam, że za­sta­na­wia się pan, co taka mło­da nie­wia­sta tu robi? – sta­ru­szek wy­raź­nie mnie roz­szy­fro­wy­wał.

– Nie ukry­wam, że jest to za­sta­na­wia­ją­ce – od­po­wie­dzia­łem zgod­nie z praw­dą.

– Ona prze­by­wa tu­taj ze wzglę­du na mnie. Opie­ku­je się mną. Uwiel­biam to mło­de stwo­rze­nie… ale wra­ca­jąc do przy­czy­ny pań­skie­go przy­jaz­du. Nie za­pro­si­łem tu pana bez po­wo­du i bez­in­te­re­sow­nie. Prze­czy­ta­łem pań­ską książ­kę i po­do­ba­ła mi się pro­sto­ta wy­po­wie­dzi i szcze­rość my­śli.

– Ale któ­rą? Ja na­pi­sa­łem dwie – wpa­dłem mu w sło­wo.

Spoj­rzał na mnie z wy­rzu­tem, da­jąc wy­raź­nie do zro­zu­mie­nia, że nie lubi, kie­dy się mu prze­ry­wa.

– Prze­pra­szam…

– To nie­istot­ne, ile ksią­żek pan na­pi­sał! Prze­czy­ta­łem jed­ną i to mi wy­star­czy­ło. Nie mogę po­wie­dzieć, że jest to li­te­ra­tu­ra z gór­nej pół­ki, nie­mniej jed­nak ce­nię lu­dzi, któ­rzy wi­dzą wię­cej niż czu­bek wła­sne­go nosa i pi­szą szcze­rze. To dzi­siaj rzad­kość. Poza tym, jest pan oso­bą nie­zna­ną i to jest dla mnie naj­waż­niej­szy ar­gu­ment.

Prze­rwał na mo­ment i wska­zał na moją lamp­kę ko­nia­ku. Sam się­gnął po swo­ją her­ba­tę i upił ły­czek.

– Miał­bym dla pana pew­ne za­da­nie. Chciał­bym, aby opi­sał pan to, co opo­wiem. Czy po­dej­mie się pan tego?

– Pro­szę się nie gnie­wać, ale może to za­brzmi nie­grzecz­nie. Czy mógł­bym znać po­wód, dla któ­re­go pan sam tego nie uczy­ni?

– Gdy­bym chciał sam, to już daw­no bym to zro­bił a nie fa­ty­go­wał pana! Py­tam, czy się pan tego po­dej­mie! Nie py­tam, czy pan po­do­ła. Bo to wiem! – pod­niósł nie­co głos, zi­ry­to­wa­ny zbęd­nym we­dług nie­go py­ta­niem.

– Prze­pra­szam. Po­sta­ram się spo­koj­nie wy­słu­chać pań­skiej pro­po­zy­cji.

Sta­ru­szek spu­ścił na chwi­lę gło­wę, tak jak­by się nad czymś za­sta­na­wiał. Cze­ka­łem cier­pli­wie na dal­szy jego wy­wód. Ci­sza prze­dłu­ża­ła się tro­chę nie­na­tu­ral­nie. Chy­ba nie usnął? – po­my­śla­łem.

– Sam nie mogę tego na­pi­sać – po­wie­dział po chwi­li mil­cze­nia. – Po­wo­dów jest kil­ka. Po pierw­sze, nie po­tra­fię utrzy­mać pió­ra w dło­ni i nie­do­wi­dzę. Po wtó­re, w ogó­le nie znam się na ob­słu­dze kom­pu­te­ra. Jed­nak naj­istot­niej­sze jest to, że to co oso­bi­ście bym na­pi­sał, nie za­brzmia­ło­by wia­ry­god­nie. Z tego też po­wo­du chcę, aby na­pi­sa­ła to oso­ba w ża­den spo­sób ze mną nie spo­krew­nio­na… jak rów­nież nie na­le­żą­ca do gro­na mo­ich zna­jo­mych. I to jest po­wód, dla któ­re­go wy­bra­łem pana.

Zno­wu za­pa­dła ci­sza. Ja też mil­cza­łem. A nuż zno­wu mnie ofuk­nie.

– No i cze­mu pan nic nie mówi? – za­py­tał na­gle.

– Nie chcia­łem prze­ry­wać – uśmiech­ną­łem się.

Spoj­rzał na mnie prze­ni­kli­wie, tak jak­by chciał zba­dać czy z nie­go nie drwię. Zro­bi­łem minę po­kor­ne­go cie­ląt­ka i spoj­rza­łem mu pro­sto w oczy. Wi­docz­nie mój wy­raz twa­rzy nie wzbu­dził w nim po­dejrz­li­wo­ści, bo spo­koj­nie po­wie­dział:

– Bę­dzie­my się wi­dy­wa­li co­dzien­nie i za­wsze o tej sa­mej po­rze, chy­ba że wy­ra­żę inne ży­cze­nie, i to tak dłu­go aż te­mat zo­sta­nie wy­czer­pa­ny. Pan bę­dzie no­to­wał wszyst­ko co mó­wię. Nie­ste­ty, nie wol­no panu ko­rzy­stać z ma­gne­to­fo­nu ani żad­nych in­nych urzą­dzeń na­gry­wa­ją­cych. Po­zo­sta­je otwar­ta kwe­stia pań­skiej zgo­dy.

Tro­chę się jesz­cze wa­ha­łem. Cho­ciaż eks­cy­to­wa­ła mnie ta dziw­na ta­jem­ni­czość, to mimo wszyst­ko czu­łem pe­wien nie­po­kój. Cho­le­ra wie, w co ja się pa­ku­ję?!

Naj­wi­docz­niej wy­czuł moje nie­zde­cy­do­wa­nie, bo już cał­kiem przy­jaź­nie do­dał.

– Nie ocze­ku­ję od pana rze­czy nie­moż­li­wych i pro­szę się nie oba­wiać. Spra­wa jest pro­sta. Cho­dzi o na­pi­sa­nie mo­je­go ży­cio­ry­su… Zga­dza się pan?

– Zga­dzam się.

– Jest jesz­cze je­den wa­ru­nek… może pan to opu­bli­ko­wać do­pie­ro po mo­jej śmier­ci.

Zro­bi­łem duże oczy. Kiw­ną­łem gło­wą, że przy­sta­ję na ten wa­ru­nek, mimo że zu­peł­nie nie mo­głem zro­zu­mieć po­wo­du, dla któ­re­go ktoś chce, aby coś o nim na­pi­sa­no i nie chce tego po­tem czy­tać.

Le­d­wie zdą­ży­łem o tym po­my­śleć, a już mia­łem ko­lej­ny do­wód na to, że fa­cet czy­ta w mo­ich my­ślach.

– Jed­nak­że, chciał­bym prze­czy­tać pań­skie dzie­ło po na­pi­sa­niu… Je­że­li cho­dzi o pań­skie gra­ty­fi­ka­cje, to po­roz­ma­wia­my o tym na koń­cu. Na­to­miast…

Wy­jął spod koca ja­kieś za­wi­niąt­ko. Trzy­mał je tam przez cały czas na­szej roz­mo­wy. Po­wo­li roz­wi­nął pa­pier i po­ło­żył na sto­li­ku dzie­sięć stu­zło­tó­wek.

– To na pa­li­wo. Nie mogę po­zwo­lić, aby do­pła­cał pan do mo­ich za­chcia­nek.

– Nie mogę tego przy­jąć! Prze­cież pan mnie w ogó­le nie zna! Mogę wziąć pie­nią­dze i już nig­dy się tu nie po­ja­wić!

– Mło­dy czło­wie­ku. Ja wiem o panu wię­cej niż się panu wy­da­je. A te­raz pro­szę to wziąć i po­ja­wić się ju­tro punk­tu­al­nie o go­dzi­nie dzie­sią­tej.

Po­pra­wił so­bie koc i spu­ścił gło­wę. Chwi­lę przy­glą­da­łem się mu. Usły­sza­łem ci­che chra­pa­nie. Usnął.

Dźwi­gną­łem się po­wo­li i spoj­rza­łem w kie­run­ku sie­dzą­cej nad sta­wem dziew­czy­ny. Za­uwa­ży­ła mój ruch, bo pod­nio­sła się i ru­szy­ła w kie­run­ku domu.

– Przy­ja­dę tu ju­tro – po­wie­dzia­łem, kie­dy się zbli­ży­ła. – Do wi­dze­nia.

Wra­ca­łem tą samą dro­gą. Już nie na­rze­ka­łem na wy­bo­je. Osta­tecz­nie, do­sta­łem za to od­po­wied­nią re­kom­pen­sa­tę. Przez cały czas za­sta­na­wia­łem się tyl­ko nad jed­nym – co ta­kie­go może mieć na su­mie­niu ten czło­wiek i ja­kie­go cię­ża­ru chce się po­zbyć, sko­ro robi z tego taką ta­jem­ni­cę i jesz­cze chce za to za­pła­cić?

Dzień drugi

Następ­ne­go dnia, punk­tu­al­nie o go­dzi­nie dzie­sią­tej zna­la­złem się po­now­nie w tym sa­mym miej­scu. Tym ra­zem przed da­czą stał za­par­ko­wa­ny te­re­no­wy czar­ny land cru­iser.

Ta­kim czymś moż­na tu przy­jeż­dżać – skon­sta­to­wa­łem w du­chu i zbli­ży­łem się do drzwi. Za­pu­ka­łem i cze­ka­łem cier­pli­wie z na­dzie­ją, że otwo­rzy je uśmiech­nię­te zie­lo­no­okie stwo­rze­nie. Drzwi otwo­rzy­ły się po chwi­li, ale za­miast zie­lo­nych oczu wy­rósł przede mną bro­da­ty męż­czy­zna o po­stu­rze go­ry­la. Le­d­wie zdą­ży­łem prze­kro­czyć próg, a on zła­pał mnie za ra­mię i kil­ko­ma szyb­ki­mi ru­cha­mi ob­ma­cał po kie­sze­niach.

– Może pan iść – za­ko­men­de­ro­wał po za­koń­cze­niu tej nie­zbyt mi­łej dla mnie czyn­no­ści.

Szyb­ko prze­sze­dłem przez duży sa­lon z ko­min­kiem i przez prze­szklo­ne drzwi wy­sze­dłem na ta­ras.

Star­szy pan wy­cią­gnął do mnie rękę na po­wi­ta­nie i wska­zał na fo­tel. Ten sam, któ­ry zaj­mo­wa­łem wczo­raj.

– Prze­pra­szam pana za to prze­szu­ka­nie, lecz mu­sia­łem się upew­nić co do tych sprzę­tów na­gry­wa­ją­cych.

– Prze­cież obie­ca­łem.

– No już do­brze. Od tej chwi­li mam do pana peł­ne za­ufa­nie i wie­rzę, że mnie pan nie za­wie­dzie.

W drzwiach po­ja­wił się bro­dacz i przy­niósł mi kawę oraz ko­niak, po czym za­pa­ko­wał się do lan­da i od­je­chał. Wi­dać, że wcze­śniej otrzy­mał sto­sow­ne in­struk­cje.

Wy­ją­łem no­tat­nik i dłu­go­pis, a sta­ru­szek roz­po­czął swo­ją opo­wieść od py­ta­nia:

– Był pan kie­dyś we Lwo­wie?

– Tak. Mia­łem spo­sob­ność zwie­dzać to mia­sto przed paru laty i mu­szę przy­znać, że jest bar­dzo pięk­ne.

– No wła­śnie. To tam się uro­dzi­łem i prze­ży­łem naj­pięk­niej­sze lata swo­je­go ży­cia. Nie mó­wię tego przez zwy­kły sen­ty­ment, bo taki od­czu­wa każ­dy do­ro­sły, tę­sk­nią­cy za utra­co­nym dzie­ciń­stwem. Śmia­ło mogę po­wie­dzieć, że czter­na­ście lat, któ­re spę­dzi­łem w tym mie­ście były mo­imi naj­szczę­śliw­szy­mi z ca­łe­go, po­nad osiem­dzie­się­cio­let­nie­go ży­cia.

Być może nie by­łem naj­grzecz­niej­szym dziec­kiem, a to głów­nie za spra­wą róż­nych fi­gli, któ­re tu i ów­dzie spła­ta­łem. Oj, czę­sto koń­czy­ło się to spo­tka­niem z oj­cow­skim pa­skiem od spodni.

Ro­ze­śmiał się na głos. Naj­wy­raź­niej wspo­mnie­nie tych chwil nie było dla nie­go udrę­ką. Po mo­men­cie spo­waż­niał i wró­cił do swo­jej opo­wie­ści.

– By­li­śmy bo­ga­ci. Oj­ciec po­cho­dził z za­moż­nej ro­dzi­ny. Mie­li ma­ją­tek ziem­ski nie­opo­dal Lwo­wa. Po śmier­ci ro­dzi­ców zo­stał je­dy­nym spad­ko­bier­cą, gdyż jego młod­sza sio­stra zmar­ła wcze­śniej na gruź­li­cę.

Moją mat­kę oj­ciec po­znał na uni­wer­sy­te­cie Lwow­ska Po­li­tech­ni­ka. Mu­sie­li so­bie cen­tral­nie wpaść w oko, gdyż jak ma­wiał mój oj­ciec: „na­tych­miast rzu­ci­li się na sie­bie, jak zgłod­nia­łe wil­ki”.

Na pew­no ko­cha­li się bar­dzo, bo ich ślub od­był się już po paru mie­sią­cach. Zresz­tą, nig­dy nie ukry­wa­li się ze swo­imi uczu­cia­mi i czę­sto przy­tu­la­li się do sie­bie. Na­wet w na­szej obec­no­ści, mimo że oj­ciec był ra­czej z na­tu­ry po­wścią­gli­wy.

Pierw­szy na świat przy­sze­dłem ja. Było to w roku 1925. Rok póź­niej po­ja­wił się brat Ana­tol, a po kil­ku la­tach jesz­cze Ja­nek.

W mię­dzy­cza­sie prze­pro­wa­dzi­li­śmy się na sta­łe do Lwo­wa. Oj­ciec sprze­dał odzie­dzi­czo­ny ma­ją­tek i ku­pił sta­rą, co praw­da oka­za­łą i pięk­ną, ale wy­ma­ga­ją­cą re­mon­tu ka­mie­ni­cę przy ul. Ły­cza­kow­skiej. To bli­sko cen­trum mia­sta. Na szczę­ście, ze zby­te­go ro­do­we­go ma­jąt­ku po­zo­sta­ło wy­star­cza­ją­co dużo pie­nię­dzy na re­mont i otwo­rze­nie skle­pu ko­lo­nial­ne­go na par­te­rze bu­dyn­ku. Ta­kie­go, jak to się po­tocz­nie mó­wi­ło: „my­dło, wi­dło i po­wi­dło”.

Aha. Za­po­mnia­łem po­wie­dzieć, że mie­li­śmy dwie ka­mie­ni­ce. Dru­ga sta­no­wi­ła po­sag mo­jej mat­ki. Była nie­co mniej­sza i znaj­do­wa­ła się na obrze­żach mia­sta.

Mimo na­wa­łu obo­wiąz­ków, ro­dzi­ce za­wsze mie­li dla nas czas. Uwiel­bia­łem wie­czo­ry, kie­dy oj­ciec wra­cał ze skle­pu i opo­wia­dał nam baj­ki. Nie mo­głem się na­dzi­wić, skąd on ich tyle zna. Przy­pusz­czam, że po pro­stu je wy­my­ślał.

Mat­ka była na­uczy­ciel­ką i dba­ła o nasz roz­wój in­te­lek­tu­al­ny i du­cho­wy. Czy­ta­ła książ­ki i uczy­ła mo­dlitw. Nikt z nas nie miał szan­sy pójść do łóż­ka bez zmó­wie­nia pa­cie­rza.

Naj­bar­dziej lu­bi­łem nie­dzie­le. Pra­wie w każ­dą, po obo­wiąz­ko­wej mszy świę­tej, wy­bie­ra­li­śmy się na spa­cer po mie­ście, na lody, do we­so­łe­go mia­stecz­ka, ogro­du bo­ta­nicz­ne­go, kina i wie­lu in­nych miejsc.

Za to je­dy­ną rze­czą, któ­ra wy­da­wa­ła mi się nie do znie­sie­nia, było uczy­nie­nie ze mnie mi­ni­stran­ta w ko­ście­le św. An­to­nie­go. Czę­sto wra­ca­łem z ko­ścio­ła za­pła­ka­ny. Pro­boszcz na­szej pa­ra­fii nie na­le­żał do mi­ło­sier­nych. Szar­pał nas za uszy, za naj­mniej­sze na­wet prze­wi­nie­nie. Na moje żale, oj­ciec re­ago­wał tyl­ko stwier­dze­niem: „Nie martw się synu, to ukształ­tu­je twój cha­rak­ter”.

Jak wszyst­kie dzie­ci w moim wie­ku, cho­dzi­łem tak­że do szko­ły. Z tym że ra­czej do eli­tar­nej, gdyż pro­wa­dzo­nej przez sio­stry be­ne­dyk­tyn­ki. Oj­ciec był zda­nia, że stać nas na sta­ran­ne wy­cho­wa­nie i wy­kształ­ce­nie.

Nie było tam lek­ko. Nie uczy­łem się zbyt pil­nie, lecz przy­swa­ja­nie wie­dzy przy­cho­dzi­ło mi ła­two. Sio­stry do­sko­na­le wy­czu­wa­ły, że stać mnie na wię­cej, to­też mo­ty­wo­wa­ły mnie okła­da­jąc pa­lu­chy drew­nia­ną li­nij­ką.

Tuż przed Bo­żym Na­ro­dze­niem 1938 roku oj­ciec spra­wił nam wspa­nia­ły pre­zent. Ku­pił nowy sa­mo­chód, bo­daj­że for­da. Mie­li­śmy już sta­re­go fia­ta, ale ten słu­żył do wo­że­nia to­wa­rów i był za mały dla ca­łej ro­dzi­ny. Te­raz mo­gli­śmy or­ga­ni­zo­wać ro­dzin­ne wy­ciecz­ki za mia­sto.

Mógł­bym po­wie­dzieć, że ży­li­śmy sie­lan­ko­wo. Nie­ste­ty, gdzieś tak w po­ło­wie czerw­ca 1939 roku za­czę­ły się na­sze kło­po­ty. Wte­dy tak na­praw­dę po raz pierw­szy prze­ko­na­łem się, co ozna­cza ludz­ka za­zdrość. Wcze­śniej na­wet nie wie­dzia­łem, że ist­nie­je coś ta­kie­go. Czę­sto przy­cho­dzi­łem do szko­ły z kie­sze­nia­mi na­pcha­ny­mi cu­kier­ka­mi i roz­da­wa­łem każ­de­mu, kto tyl­ko chciał. Może wła­śnie dla­te­go, że wszyst­ko za­wsze mia­łem, nie ro­zu­mia­łem cze­goś ta­kie­go jak za­wiść.

Jako dziec­ko, nie bar­dzo orien­to­wa­łem się o co cho­dzi­ło. Po­noć wszyst­kie­mu wi­nien był nasz są­siad, któ­ry na­pi­sał ja­kiś do­nos do urzę­du po­dat­ko­we­go.

Zna­łem go do­sko­na­le. Na­zy­wał się Skal­ski i miesz­kał w ka­mie­ni­cy tuż obok nas. Nie na­le­żał do bo­ga­tych, ale bied­nych też nie. Na­wet go lu­bi­łem, bo za­wsze się uśmie­chał i opo­wia­dał śmiesz­ne hi­sto­ryj­ki. Te­raz wiem, że te jego uśmie­chy ma­sko­wa­ły ob­łu­dę.

Pew­ne­go dnia do na­sze­go domu przy­szło kil­ku lu­dzi i za­bra­ło parę cen­niej­szych rze­czy, głów­nie ob­ra­zy i za­sta­wę sto­ło­wą. Po paru dniach za­bra­no nam tak­że sa­mo­chód.

Ob­ser­wo­wa­łem ojca. Z dnia na dzień w jego oczach zgasł u śmiech. Skoń­czy­ły się wy­ciecz­ki i mile spę­dza­ne nie­dzie­le. Od­no­si­łem wra­że­nie, że ta­ra­pa­ty, w któ­rych się zna­leź­li­śmy, znacz­nie wy­kra­cza­ją poza to, co nam już za­bra­no…

Na chwi­lę za­milkł i za­my­ślił się. Cze­ka­łem cier­pli­wie, co bę­dzie da­lej. Jak na ra­zie, ni­cze­go szcze­gól­ne­go mi nie po­wie­dział. Ży­cio­rys jak każ­dy inny – sko­men­to­wa­łem w du­chu to, co usły­sza­łem.

– Wiem o czym pan my­śli – wró­cił na­gle do prze­rwa­ne­go mo­no­lo­gu. – Za­pew­ne za­da­je pan so­bie py­ta­nie, po co ja to wszyst­ko opo­wia­dam? To praw­da. Nic istot­ne­go na ra­zie nie po­wie­dzia­łem. Ta­kie dzie­ciń­stwo jak ja mia­ły mi­lio­ny lu­dzi na świe­cie i co z tego wy­ni­ka? Nic! Każ­dy ma ja­kieś dzie­ciń­stwo i każ­dy ma ja­kieś kło­po­ty. Tyle że w moim przy­pad­ku to był do­pie­ro ich za­lą­żek.

Na po­cząt­ku wrze­śnia at­mos­fe­ra w mie­ście zro­bi­ła się nie­spo­koj­na. Niem­cy za­ata­ko­wa­li Pol­skę i wszę­dzie wo­ko­ło tyl­ko o tym się mó­wi­ło. Dla mnie sło­wo „woj­na” było zu­peł­ną abs­trak­cją. Może się to panu wy­da­wać śmiesz­ne, ale tak wła­śnie było. W na­szym domu za­wsze pa­no­wa­ła po­ko­jo­wa at­mos­fe­ra, oczy­wi­ście nie li­cząc dni kie­dy prze­ma­wiał nam do ro­zu­mu oj­cow­ski rze­myk. Ale to zda­rza­ło się spo­ra­dycz­nie i ta aku­rat for­ma kar­ce­nia nie ko­ja­rzy­ła się z bru­ta­li­za­cją ży­cia, lecz z w peł­ni tego sło­wa po­ję­tą dys­cy­pli­ną. Wie­dzia­łem od ko­le­gów, że to samo ma miej­sce we wszyst­kich do­mach, a za­tem było rze­czą na­tu­ral­ną. I wie pan, co panu po­wiem jesz­cze… było to ze wszech miar po­ży­tecz­ne. Wte­dy nie było tyle roz­wy­drzo­nej mło­dzie­ży, jak te­raz.

Gdzieś w po­ło­wie wrze­śnia hi­tle­row­skie woj­ska po­de­szły pod Lwów. W cią­gu za­le­d­wie paru dni mia­sto za­mie­ni­ło się w twier­dzę. W wie­lu miej­scach po­ja­wi­ły się ba­ry­ka­dy z wor­ków na­peł­nio­nych pia­skiem, ka­mie­ni wy­rwa­nych z bru­ku i róż­ne­go ro­dza­ju przed­mio­tów. Na uli­cach po­ja­wi­ło się mnó­stwo żoł­nie­rzy i żan­dar­mów. Po­wszech­na mo­bi­li­za­cja ob­ję­ła tak­że znacz­ną część cy­wi­lów.

Wte­dy do­pie­ro za­czą­łem uświa­da­miać so­bie, że woj­na to może być coś strasz­ne­go. Mimo to, w dal­szym cią­gu w swej dzie­cin­nej jesz­cze na­iw­no­ści wie­rzy­łem, że to tyl­ko ja­kaś za­ba­wa, któ­ra ju­tro a może po­ju­trze się skoń­czy. Nie skoń­czy­ła się.

W szko­łach za­wie­szo­no wszel­kie za­ję­cia. Któ­re­goś dnia z rana już nie po­sze­dłem do szko­ły. Wów­czas zro­zu­mia­łem, że moja edu­ka­cja zo­sta­ła prze­rwa­na na dłuż­szy czas. Te­raz po­ma­ga­łem ojcu przy pa­ko­wa­niu to­wa­rów do drew­nia­nych skrzy­nek. Te war­to­ściow­sze prze­no­si­li­śmy do piw­ni­cy. Było tam ta­kie wy­dzie­lo­ne po­miesz­cze­nie, w któ­rym ukła­da­li­śmy je w sto­sy. Tam też prze­nie­śli­śmy wie­le ro­do­wych pa­mią­tek, do­ku­men­tów i cen­niej­sze rze­czy z na­sze­go miesz­ka­nia. Mia­ły spo­koj­nie prze­cze­kać do za­koń­cze­nia dzia­łań wo­jen­nych. Na­stęp­nie oj­ciec za­mu­ro­wał to po­miesz­cze­nie, otyn­ko­wał ścia­nę i za­sta­wił cięż­kim dę­bo­wym re­ga­łem, na któ­rym umie­ści­li­śmy do­mo­we prze­two­ry.

Mój upo­rząd­ko­wa­ny i sie­lan­ko­wy świat ru­nął 16 wrze­śnia raz na za­wsze. By­li­śmy z oj­cem w skle­pie. Ja sie­dzia­łem za ladą i ka­li­gra­ficz­nym pi­smem na­pi­sa­łem: „sklep za­mknię­ty”. Oj­ciec za­mie­rzał za­mknąć go na ja­kiś czas. Tym bar­dziej że ar­ty­ku­ły pierw­szej po­trze­by, ta­kie jak chleb, mle­ko itp., już do nas nie do­cie­ra­ły. Nie było co sprze­da­wać.

Otwo­rzy­łem pu­deł­ko pi­ne­sek i po­trzą­sną­łem, aby wy­sy­pać parę na rękę. Pu­deł­ko wy­pa­dło mi z ręki i pi­ne­ski roz­sy­pa­ły się po pod­ło­dze. Uklęk­ną­łem za ladą i za­czą­łem je zbie­rać. W tym mo­men­cie za­brzę­czał dzwo­nek za­wie­szo­ny nad drzwia­mi i do skle­pu we­szło dwóch męż­czyzn. Za­żą­da­li od ojca skrzyn­ki cy­gar i od­da­nia kasy. Ta sta­ła na la­dzie tuż nad moją gło­wą.

Usły­sza­łem jak oj­ciec ro­ze­śmiał się i po­wie­dział: „Igor, nie wy­głu­piaj się”.

Padł strzał. Oj­ciec upadł tuż przed ladą. Ja stru­chla­łem i przy­lgną­łem do pod­ło­gi. To mnie oca­li­ło. Cho­ciaż dzi­siaj wca­le nie mogę po­wie­dzieć, że na moje szczę­ście. Le­piej, aże­by mnie wte­dy za­bi­li.

Po­now­nie za­milkł. Spoj­rza­łem na nie­go. Pa­trzył gdzieś przed sie­bie za­szklo­ny­mi ocza­mi. Wi­dać było, że przy­wo­ła­ny ob­raz z dzie­ciń­stwa tar­ga jego emo­cja­mi. Nie trwa­ło to jed­nak dłu­go i ze spo­ko­jem za­czął opo­wia­dać da­lej.

– Ci dwaj opróż­ni­li kasę i w cią­gu paru se­kund opu­ści­li sklep. Ja le­ża­łem i w prze­świ­cie mię­dzy ladą a pod­ło­gą pa­trzy­łem na twarz ojca. Jego mar­twe oczy wpa­try­wa­ły się we mnie. Z nie­wiel­kiej dziur­ki na czo­le są­czy­ła się krew. Mia­łem wra­że­nie, że ta krew wy­cie­ka tak­że ze mnie.

Po kil­ku mi­nu­tach pod­nio­słem się. Nogi mia­łem jak z waty. Po­wo­li zbli­ży­łem się do ojca i bez­wol­nie upa­dłem na nie­go. Ści­sną­łem za szy­ję i przy­tu­li­łem, tak jak­bym miał na­dzie­ję, że za­raz się obu­dzi i opo­wie baj­kę na do­bra­noc.

Nie wiem jak dłu­go tak przy nim ślę­cza­łem. Mia­łem próż­nię w mó­zgu. Coś, co tu się zda­rzy­ło, było kom­plet­nym szo­kiem dla mnie. Rze­czą zu­peł­nie bez­sen­sow­ną i nie­zro­zu­mia­łą. Tym bar­dziej nie­zro­zu­mia­łą, że zna­łem czło­wie­ka, któ­ry strze­lał. Igor był na­szym przy­ja­cie­lem i miał za­kład szew­ski na są­sied­niej uli­cy. Oj­ciec czę­sto wspie­rał go róż­ny­mi dat­ka­mi.

Oj­ciec nig­dy ni­ko­go nie skrzyw­dził. Nie­raz wi­dy­wa­łem, jak czę­sto­wał sło­dy­cza­mi na­po­tka­ne na dro­dze dzie­ci. Dla nie­go nie­waż­nym było, czy ktoś jest Cy­ga­nem, Ży­dem czy Mu­rzy­nem. Po­ma­gał każ­de­mu, kto o to po­pro­sił. Nam też czę­sto tłu­ma­czył, że tak trze­ba i że nie jest istot­ne, jaki ten ktoś ma ko­lor skó­ry i wy­zna­nie. On jest po pro­stu czło­wie­kiem w po­trze­bie.

Ktoś otwo­rzył drzwi do skle­pu i wszedł do środ­ka. Mu­sia­łem wy­glą­dać strasz­nie, bo naj­pierw chwy­cił mnie na ręce i wy­biegł na dwór wzy­wa­jąc po­mo­cy. Na­tych­miast przy­bie­gło parę osób i zro­bi­ło się za­mie­sza­nie.

Da­lej nie­wie­le pa­mię­tam. Ze­mdla­łem. Mu­sia­łem być w tym sta­nie przez dłuż­szy czas, bo kie­dy się ock­ną­łem, znaj­do­wa­łem się w łóż­ku ro­dzi­ców. Obok mnie le­żał oj­ciec. Oczy miał już za­mknię­te. Przy łóż­ku klę­cza­ła mat­ka i młod­si bra­cia. Strasz­li­wie pła­ka­li. Przy drzwiach stał ja­kiś żan­darm.

Po­cho­wa­li­śmy ojca za­raz na­stęp­ne­go dnia. Nie było moż­li­wo­ści przy­go­to­wa­nia od­po­wied­niej ce­re­mo­nii po­grze­bo­wej. Tego wła­śnie dnia o świ­cie So­wie­ci prze­kro­czy­li rze­kę Zbrucz, sta­no­wią­cą wów­czas gra­ni­cę mię­dzy Pol­ską a Ukra­iną.

W mie­ście za­pa­no­wał jesz­cze więk­szy za­męt. Skle­py zo­sta­ły wy­czysz­czo­ne z wszyst­kie­go, co jesz­cze w nich po­zo­sta­ło. Gra­bie­że i akty prze­mo­cy mia­ły miej­sce nie­mal­że w każ­dej dziel­ni­cy. Musi pan pa­mię­tać, że Lwów był aglo­me­ra­cją wie­lo­na­ro­do­wą i za­ist­nia­ła sy­tu­acja wy­zwo­li­ła na­ro­do­wo­ścio­we ani­mo­zje i zwy­kłe ludz­kie nie­chę­ci. Woj­sko i wie­lu miesz­kań­ców przy­go­to­wy­wa­ło się do obro­ny mia­sta i tak na­praw­dę ści­ga­niem zwy­kłych oprysz­ków nie miał się kto za­jąć.

Z tego też po­wo­du nikt nie ści­gał za­bój­cy mo­je­go ojca. Zresz­tą, on prze­padł jak ka­mień w wodę. Nie wiem co się z nim póź­niej sta­ło. Dzi­siaj, jak so­bie po­my­ślę o tym czło­wie­ku, ogar­nia mnie tyl­ko smu­tek. Był Ukra­iń­cem, ale sza­no­wa­łem go i po­dzi­wia­łem za jego „szew­ską pa­sję”, tak jak nam wpa­jał oj­ciec: „ko­chaj każ­de­go czło­wie­ka”.

Sta­ru­szek zno­wu za­milkł. Z da­le­ka do­le­ciał dźwięk zbli­ża­ją­ce­go się sa­mo­cho­du.

– My­ślę, że na dzi­siaj wy­star­czy – po­wie­dział. – Dzię­ku­ję i za­pra­szam ju­tro na śnia­da­nie, lecz o go­dzi­nę wcze­śniej… je­że­li moż­na.

Dzień trzeci

Przy drzwiach by­łem mi­nu­tę przed dzie­wią­tą. Z na­tu­ry rze­czy nie lu­bię się spóź­niać i szlag mnie tra­fia, kie­dy ktoś nie sta­wia się punk­tu­al­nie na umó­wio­ne spo­tka­nie.

Z boku sta­ła ta sama te­re­nów­ka co wczo­raj. Za­pu­ka­łem. Na wszel­ki wy­pa­dek cof­ną­łem się o krok. A nuż bro­da­ty go­ryl zno­wu zła­pie mnie za koł­nierz i ze­chce ob­ma­cać! Nie mia­łem nic do ukry­cia, ale wy­bit­nie nie lu­bi­łem ta­kich po­wi­tań.

Drzwi otwo­rzy­ły się. Za­miast bro­dy wbi­ły się we mnie zie­lo­ne oczy i uśmiech­nię­ta od ucha do ucha bu­zia. Od razu zro­bi­ło się mi­lej.

– Pro­szę. Pan wej­dzie.

Wsze­dłem do sa­lo­ni­ku i sta­ną­łem przy ka­mien­nym ko­min­ku, w któ­rym bu­zo­wał ogień. Z ze­wnątrz bu­dy­nek nie wy­glą­dał im­po­nu­ją­co, lecz jego wnę­trze urzą­dzo­ne było ele­ganc­ko. Ścia­ny wy­ło­żo­ne bo­aze­rią i ozdo­bio­ne my­śliw­ski­mi tro­fe­ami… Wy­glą­dał im­po­nu­ją­co.

Star­sze­go je­go­mo­ścia jesz­cze nie było. Stół był już przy­go­to­wa­ny. Sta­ło na nim kil­ka po­traw, przy­go­to­wa­nych jak w wy­so­kiej ka­te­go­rii lo­ka­lu oraz na­kry­cie dla trzech osób.

Nie mu­sia­łem dłu­go cze­kać. Go­spo­darz przy­czła­pał w to­wa­rzy­stwie wnucz­ki. Pod­trzy­my­wa­ła go pod ra­mię.

Przy­wi­tał się ze mną i wska­zał miej­sce. Usia­dłem w wy­ście­ła­nym ko­zią skó­rą fo­te­lu.

– Ład­nie tu – stwier­dzi­łem grzecz­no­ścio­wo.

– Moż­na by tak po­wie­dzieć. Dzi­siaj bę­dzie­my roz­ma­wia­li tu­taj. Na ze­wnątrz nie jest zbyt przy­jem­nie.

Miał ra­cję. Mimo że to śro­dek lip­ca, cie­pło nie było. Uczu­cie chło­du do­dat­ko­wo po­tę­go­wał sią­pią­cy deszcz. W trój­kę zje­dli­śmy przy­rzą­dzo­ne przez mło­dą damę śnia­da­nie, roz­pra­wia­jąc o mało istot­nych rze­czach. Ot tak, wy­mie­nia­jąc grzecz­no­ścio­we slo­ga­ny.

Nie po­wiem, że czu­łem się kom­for­to­wo w to­wa­rzy­stwie na­sto­let­niej uro­czej isto­ty i star­sze­go ode mnie o co naj­mniej trzy­dzie­ści lat czło­wie­ka. Oni się zna­li i od razu wi­dać było, że się uwiel­bia­ją. Ja by­łem tu ob­cym in­tru­zem. Po­czu­łem się swo­bod­niej do­pie­ro jak zo­sta­li­śmy we dwóch.

Ma­ło­la­ta za­pa­ko­wa­ła się do auta i od­je­cha­ła. Obie­ca­ła wró­cić za trzy go­dzi­ny. Ozna­cza­ło to, że wła­śnie tak dłu­go będę tu­taj dzi­siaj tkwił.

– Pro­szę się po­czę­sto­wać – sta­ru­szek wska­zał na bu­tel­kę ko­nia­ku, sto­ją­cą na prze­woź­nym bar­ku.

– Dzię­ku­ję bar­dzo, ale dzi­siaj cze­ka mnie jesz­cze dość da­le­ka po­dróż.

– Na czym skoń­czy­li­śmy? – za­py­tał.

Prze­czy­ta­łem mu trzy ostat­nie za­no­to­wa­ne prze­ze mnie zda­nia. Star­szy pan skie­ro­wał spoj­rze­nie w su­fit i kon­ty­nu­ował prze­rwa­ne wczo­raj opo­wia­da­nie.

– Bo­daj­że 19 lub 20 wrze­śnia So­wie­ci oto­czy­li Lwów. Niem­cy wy­co­fa­li się w kie­run­ku za­chod­nim. Po­noć były ta­kie uzgod­nie­nia mię­dzy nimi. Nie chcę się w to za­głę­biać. To spra­wa hi­sto­ry­ków. Zresz­tą, ży­cie na­uczy­ło mnie pa­trzeć na wszyst­ko z dy­stan­sem. Każ­dy na­ród pi­sze hi­sto­rię po swo­je­mu i w spo­sób jemu naj­bar­dziej od­po­wied­ni. In­a­czej to samo zda­rze­nie in­ter­pre­tu­je Po­lak, in­a­czej Nie­miec, a jesz­cze in­a­czej Ukra­iniec. Weź­my na przy­kład ta­kie­go Stie­pa­na Ban­de­rę. Dla Ukra­iń­ców jest on bo­ha­te­rem na­ro­do­wym. Jed­na z głów­niej­szych ulic Lwo­wa nosi w tej chwi­li na­wet jego imię. Dla Po­la­ków jest on zwy­kłym ban­dy­tą. Zo­staw­my za­tem oce­nę hi­sto­rii w spo­ko­ju…

Kil­ka ko­lej­nych dni było wal­ką o prze­trwa­nie. Z dnia na dzień po­głę­bia­ły się trud­no­ści z za­opa­trze­niem w co­kol­wiek. Do­brze, że dzię­ki prze­zor­no­ści ojca mie­li­śmy w domu tro­chę ukry­tych za­pa­sów. W na­szym skle­pie nie było już nic. Zo­stał splą­dro­wa­ny do­szczęt­nie i te­raz stra­szył tyl­ko po­zba­wio­ny­mi szyb okna­mi.

22 wrze­śnia ar­mia ra­dziec­ka wkro­czy­ła do Lwo­wa. Na nic zda­ła się zor­ga­ni­zo­wa­na przez woj­sko i miesz­kań­ców obro­na mia­sta. Nic nie dało he­ro­icz­ne po­świę­ce­nie się lwow­skiej mło­dzie­ży. Zgi­nął tak­że mój trzy­na­sto­let­ni brat Ana­tol. Tak na­praw­dę, to nie­wia­do­mo na­wet, w ja­kich oko­licz­no­ściach. Wy­szedł z rana przed dom, mimo że mat­ka bła­ga­ła go, aby tego nie ro­bił. „Wró­cił” przy­nie­sio­ny na prze­ście­ra­dle, strasz­li­wie po­kie­re­szo­wa­ny i ze wszyst­ki­mi wnętrz­no­ścia­mi na wierz­chu. Zmarł go­dzi­nę póź­niej. Te­raz spo­czy­wa na ły­cza­kow­skiej ne­kro­po­lii, w tym sa­mym miej­scu co oj­ciec. Mat­ka pra­wie że zwa­rio­wa­ła. W prze­cią­gu za­le­d­wie paru dni stra­ci­ła dwie naj­bar­dziej ko­cha­ne oso­by.

Za­raz po wkro­cze­niu So­wie­tów roz­po­czę­ły się re­pre­sje, skie­ro­wa­ne zwłasz­cza prze­ciw­ko Po­la­kom.

Gdzieś pod ko­niec wrze­śnia do drzwi na­sze­go miesz­ka­nia ktoś gło­śno za­ło­mo­tał. Nie zdą­ży­li­śmy na­wet ze­rwać się z łó­żek, a we­wnątrz była już zgra­ja żoł­da­ków. Ka­za­li się ubie­rać i iść won. Bo te­raz: „zdies bu­diet na­czal­stwo”.

Mat­ka zdo­ła­ła tyl­ko chwy­cić sta­rą wa­liz­kę. Mia­ła w niej scho­wa­ne tro­chę chle­ba. Tak, jak­by spo­dzie­wa­ła się tego, co na­stą­pi. Ja zła­pa­łem swój wo­re­czek z kap­cia­mi. Ten sam, któ­ry co­dzien­nie za­bie­ra­łem do szko­ły. Jak­bym łu­dził się, że tam, gdzie idzie­my, będą mi po­trzeb­ne.

Tuż za drzwia­mi wpa­dłem w ręce ja­kie­goś soł­da­ta. Zaj­rzał do mo­je­go wo­recz­ka i ro­ze­śmiał się. „Du­rak!” – wark­nął i ka­zał sta­nąć w sze­re­gu. Sta­ło tam już wie­lu lu­dzi. Wszy­scy nasi są­sie­dzi i miesz­kań­cy z kil­ku in­nych ka­mie­nic. Sami Po­la­cy.

Krót­ko po mnie zna­la­zła się tu moja mat­ka i bra­ci­szek Ja­nek. Pła­ka­li. Mat­ce nie za­glą­da­li do wa­liz­ki. Była znisz­czo­na i wy­glą­da­ła skrom­nie, lecz paru oso­bom za­bra­li ja­kieś więk­sze pa­kun­ki.