Ocalone - Kate Furnivall - ebook
NOWOŚĆ

Ocalone ebook

Kate Furnivall

4,2

68 osób interesuje się tą książką

Opis

Niemcy, 1945. Klara Janowska oraz jej córka Alicja tygodniami wędrują do obozu wysiedlonych w Graufeld. W brudzie, o głodzie, idą razem z 3200 innymi osobami, lecz nie narzekają. Przetrwały i zrobią wszystko, aby wrócić do domu.

Na miejscu Klara rozpoznaje jednego z obozowych strażników. Rozpoczyna się gra w kotka i myszkę. On zna jej tajemnicę – wie, co w czasie wojny zrobiła, aby ocalić córkę. Zna jej prawdziwą tożsamość. Jedno z nich musi zginąć...

Odkryj wstrząsające dzieje miłości, zagrożenia, odwagi i zdradzy, autorki międzynarodowych bestsellerów Kate Furnivall. "Ocaleni" to powieść w doskonały sposób łącząca literacką fikcję z faktami historycznymi.

Książka zbiera doskonałe oceny w portalach GoodReads oraz Amazon i entuzjastyczne recenzje, opublikowane m.in. w Marie Claire, Elle, Times. Została wybrana książką roku "The Mail on Sunday".

"Inteligentny, wciągający thriller, unurzany w wojennym horrorze". Times

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 379

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




Tytuł oryginału THE SURVIVORS

WydawcaUrszula Ruzik-Kulińska

Redaktor prowadzącyBeata Kołodziejska

RedakcjaKatarzyna Bielawska-Drzewek

KorektaEwa Grabowska Marzenna Kłos

The Survivors Copyright © 2018 by Kate Furnivall All right reserved Copyright © for the Polish translation by Alina Siewior-Kuś, 2021

Wydawnictwo Świat Książki 02-103 Warszawa, ul. Hankiewicza 2

Warszawa 2021

Księgarnia internetowa: swiatksiazki.pl

Skład i łamanie Akces, Warszawa

Dystrybucja Dressler Dublin Sp. z o.o. 05-850 Ożarów Mazowiecki ul. Poznańska 91e-mail: [email protected] tel. + 48 22 733 50 31/32www.dressler.com.pl

ISBN 978-83-813-9830-5

Dla Marian

Rozdział pierwszy

Polska, wiosna 1945 roku

Dłoń zakryła mi usta. Nie poruszyłam się. Nie wydałam żadnego odgłosu. Wstrzymałam oddech.

Było ciemno. Otworzyłam oczy i dostrzegłam pierwsze promienie świtu przedzierające się przez drzewa. Zostawiały na czarnych pniach złote ślady prowadzące prosto do mnie. Leżałam pod dębem owinięta w spódnice chroniące przed chłodem nocy. Dłoń przyszpilała mnie do ziemi.

– Nadchodzą.

Usłyszałam głos tak blisko ucha, że pomyślałam, iż rozbrzmiewa w mojej głowie, należał jednak do dziewczynki. Mrugnęłam kilka razy, sygnalizując, że rozumiem. Cofnęła rękę. Bezszelestnie wstałam i pochyliłam się, przyciskając mocno usta do jej miękkiego policzka.

– Gdzie? Gdzie są?

– Tam.

Wskazała na drzewa po naszej lewej, ledwo widoczne, bo las wciąż czepiał się ostatnich skrawków nocy. Pomiędzy nimi wirowała ciemność, zakłócała widzenie, kradła zdolność rozróżnienia tego, co realne, od tego, co nie. Cienie się przesuwały. Zaciskałam mocno usta z obawy, że jeśli je otworzę, wydobędzie się z nich krzyk.

– Jesteś pewna? – szepnęłam.

– Widziałam ich.

– Ilu?

– Sześciu. – Oddychała ciężko. Policzek miała lodowaty. – Może więcej. Było ciemno.

Skinęłam głową, choć nie mogła tego zobaczyć. Pękało mi serce na myśl o mojej dziesięcioletniej córce wypatrującej samotnie myśliwych w czarnym labiryncie lasu, podczas gdy spałam. Przyciągnęłam ją bliżej. Położyłam dłoń na drobnej klatce piersiowej córki. Serce dudniło o żebra cienkie jak gałązki. Mogłabym popchnąć ją za drzewo i zerwać się do biegu, miażdżąc poszycie, obijając się o konary, zwabiając myśliwych z dala od niej.

Tylko że Alicja nie była takim dzieckiem. Nie zostałaby tam, gdzie jej kazałam. Pobiegłaby za mną. Wrzeszczałaby. Wydrapałaby im oczy, gdyby mnie złapali i bili. Dlatego zaciągnęłam ją na zachód, do wysokiego buka, gdzie jeszcze nie docierał brzask. Korzenie wiły się po ziemi niczym agresywne węże; ukryłam Alicję pod jednym z nich i rzuciłam na nią ściółkę, a sama schowałam się za pniem starego drzewa.

Nadeszli.

Ilu? Nie wiedziałam. Na pewno sześciu. Dziesięciu? Trudno ocenić. Słyszałam ich naglące szepty, gałązki pękające pod stopami. Chcieli, żebym wiedziała, że są, nie robili z tego sekretu. Strach wzbierał w gardle, kiedy poruszali się między drzewami, szare postaci niczym zjawy, przelotne cienie w ciemności. Okrążali nas. Jak wilki. Jeden się roześmiał, piskliwie i pożądliwie. Poczułam mrowienie na skórze.

Zbliżyli się. Usłyszałam za sobą szelest, skrobanie pomiędzy młodymi listkami. Odwróciłam głowę, by sprawdzić, co to jest, i zobaczyłam wycelowaną we mnie lufę. Polski pistolet wz.35, półautomat. Jeden z najlepszych. Znałam się na broni. Serce mi krwawiło na myśl o Alicji ukrytej zaledwie metr dalej. Ci ludzie zabijanie traktowali poważnie.

*

– Co masz?

– Nic. Żywię się robakami, dlatego jeszcze żyję.

– Kłamiesz.

– Nie, to prawda. – Słowa potykały mi się o zęby, przyspawane do siebie furią. Uniosłam ręce. – Widzisz? Nic.

To były kobiety. Żadnych mężczyzn. Tylko kobiety. Niechlujna grupa zróżnicowana wiekowo, od młodych do starych. Było ich kilkanaście, głównie w spodniach, niektóre w spódnicach, ubrania miały brudne i podarte, pod chustkami ukrywały tłuste włosy. Twarz jednej znaczyły blizny. Wszystkie wyglądały na zziębnięte i znużone, wyczuwałam od nich odór zdziczenia.

Czy też taka byłam? Z oszalałym wzrokiem, niebezpieczna? Czy zobaczyły to we mnie? I dlatego dwie z nich celowały mi w głowę?

Usiłowałam myśleć rozsądnie, lecz trudno zdobyć się na rozsądek, kiedy śledzą cię od wielu dni, a na karku czujesz ich zepsuty oddech. Kiedy na ciebie polują.

– Wszystkie robimy to samo. Próbujemy przetrwać – powiedziałam spokojnie do kobiety, która wyróżniała się z grupy i z pewnością była przywódczynią. Miała na sobie ciężką męską kurtkę, skóra opinała ciasno kości jej wychudzonej, gniewnej twarzy. – Idziemy na Zachód, uciekamy przed Armią Radziecką. – Splunęłam pod nogi na czarną ziemię. – Oddziały maszerują przez Polskę, uzbrojone w gwałt. W Warszawie myśleliśmy, że naziści są źli, ale Sowieci są od nich gorsi.

Kobieta ponuro skinęła głową.

– Armia diabła. Bękarty Stalina. – Splunęła na zgodę.

Przytaknęłam. Rozmowa była sposobem na wybrnięcie z tej sytuacji.

– Długą drogę macie za sobą?

– Niezbyt.

– Niemiecka granica musi być blisko – zauważyłam. – Strefy brytyjskie i amerykańskie…

– Co masz?

– Nic.

Wróciłyśmy do punktu wyjścia.

– Chcesz, żebyśmy cię rozebrały? – Pokazała silne chłopskie dłonie. – I zostawiły nagą?

Krew zastygła mi w żyłach. Musiałam im coś dać. Sięgnęłam do obrąbka spódnicy i przeklinając się w duchu, że nie znalazłam lepszej kryjówki, rozerwałam go. Trzy zwinięte banknoty wysunęły się na moją dłoń. Nie bezwartościowe złote ani deutschmarki, tylko dobre amerykańskie dolary, które drogo mnie kosztowały. Rzuciłam je na ściółkę, wyganiając chrząszcza z kryjówki. Kobieta z cieniem śmierci w oczach złapała banknoty, pocałowała je, jakby były relikwią, i podała chudej przywódczyni, która zapytała:

– A reszta?

– Nic więcej nie mam.

Włożyła pieniądze do buta; każda z kobiet patrzyła tak, że włoski na karku stanęły mi dęba. W ustach czułam żółć. Widziałam kiedyś to spojrzenie. W oczach nazistowskiego plutonu. Kiedy zastrzeli mojego bliskiego przyjaciela na Rynku warszawskiego Starego Miasta za to, że wysadził czołg i pozbawił załogę głów.

– Zastrzelcie mnie! – warknęłam w leśną ciszę. – Mówiłam, nic więcej nie mam.

– W takim razie kamienie. Musisz mieć kamienie.

Roześmiałam się, to był ostry zwierzęcy odgłos. Ta kobieta zatopiła we mnie zęby i nie zamierzała odpuścić.

– Czy wyglądam na taką, co ma kamienie? – zapytałam gniewnie. – Byłabym tutaj? Tak ubrana? W lesie? Gdybym miała kamienie? – wykrztusiłam łamiącym się głosem poszarpane i chaotyczne słowa. Musiałam ze sobą walczyć, żeby nie oblizać popękanych warg.

Kobieta brudnym paznokciem poskrobała się po gardle.

– Niektórzy ludzie połykają kamienie.

Ciemność wokół mnie zgęstniała. Drzewa zacieśniły krąg, z poszycia unosił się smród zgnilizny. Zagryzłam zęby, żeby uciszyć drżenie, które wstrząsało szczęką. To były kobiety, nie zwierzęta. Nie naziści. Nie rozetną mnie na pół. – Przekonywałam sama siebie.

– Nie mam kamieni – powtórzyłam.

Uwierzcie mi. Ten jeden raz.

Odwróciłam się do nich plecami i odeszłam od korzeni buka tak szybko, jak pozwoliły na to uginające się pode mną kolana. Miałam napięty każdy mięsień grzbietu. Czekałam na kulę, która rozerwie moje ciało.

– Gdzie jest dziecko? – zachrypiała za mną przywódczyni.

– Jakie dziecko?

Szłam, zmuszając się do stawiania jednej stopy przed drugą. Musiałam pociągnąć kobiety za sobą. Gałęzie smagały mi twarz, gdy zagłębiałam się w gęstwinę leszczyn.

– Nie myśl, że jesteśmy głupie. Gdzie ją ukryłaś?

Za plecami słyszałam szelest ich kroków. Obejrzałam się. Młoda kobieta o kredowobiałej cerze i z głęboko osadzonymi niebieskimi oczyma wypełnionymi smutną odmianą dobroci podbiegła do mnie. W dłoni zwisała jej broń, ale ramiona miała szeroko rozpostarte, jakby chciała mnie objąć, a jej uśmiech dawał nadzieję. Zatrzymałam się. Uderzyła mnie lufą w bok głowy, trzask pękającej czaszki eksplodował mi w mózgu. Osunęłam się bezwładnie na ziemię, jakby przecięto podtrzymujące mnie sznurki.

*

Ocknęłam się. Wokół słyszałam pomieszane głosy, wiły się i wykraczały poza moją percepcję. Pomiędzy nimi jednak był głos Alicji, silny i naglący. Uczepiłam się go jak liny i dłoń za dłonią wychodziłam z tej czarnej otchłani, w którą wpadłam, aż wreszcie zdołałam otworzyć oczy.

Światło. Rozbiło mi umysł na tysiąc kawałków. Na zębach czułam ziemię i krew, ale tuż przed nosem nabierała kształtu para brudnych brązowych butów, starych i przewiązanych sznurkiem. Znałam je. Należały do Alicji. Próbowałam jednego dotknąć, ale ręka się nie poruszyła, z bólem zerknęłam w górę. Stała plecami do mnie, gruby jasny warkocz miała przerzucony przez ramię i krzyczała. Przez wąziutkie szparki powiek widziałam, że w ręce trzyma zaostrzony patyk. Poczułam falę mdłości. Skąd wziął się ten patyk?

Usiłowałam coś powiedzieć, ale na próżno. Chciałam krzyknąć na nią, żeby zamilkła, ale nie rozumiałam, co mówi, później usłyszałam cudze słowa. Mówiła kobieta z gniewnymi oczami, choć była spokojna. Jakby coś w twarzy Alicji rozbroiło jej furię.

– Posłuchaj, dziecko. Daj nam to, co ona ukrywa, i odejdziemy. Jeśli nie, to…

Groźba zawisła w wilgotnym powietrzu.

Nie! Nie! Nie! Nie dawaj nic tej suce.

Wystarczyło niecałe pięć sekund, żeby wszystkie nadzieje i marzenia legły w gruzach. Alicja okręciła się na pięcie i pochyliła nade mną. Jej łzy kapały na moją twarz, kiedy scyzorykiem odcinała róg kołnierza płaszcza. Rzuciła go w ręce myśliwej. Kobieta odwróciła maleńką kieszeń i na jej dłoń spadły dwa brylanty. Nawet w mroku lasu lśniły i połyskiwały jak ogień. Przekręciłam głowę na bok i zwymiotowałam wściekłość w palącym strumieniu żółci. Kiedy znowu spojrzałam, kobiet nie było. Nie było też brylantów.

– Alicjo – mruknęłam.

Przez wilgotne rzęsy widziałam dryfującą nade mną młodą twarz z wielkimi, niebieskimi oczami pełnymi łez. Delikatnie dotknęła mojej głowy, a gdy cofnęła dłoń, na palcach miała krew.

– Coś ty zrobiła? – szepnęłam. – Oddałaś naszą przyszłość.

– Ciii – powiedziała śpiewnie. – Nie ruszaj się. – Pocałowała mnie w czoło i jej wargi pokrył szkarłat. – Przetrwamy.

– Nie, Alicjo, umrzemy z głodu.

Rozdział drugi

Niemcy, jesień 1945 roku

Obóz dla dipisów nazywał się Graufeld, po niemiecku „szare pole”. Odpowiednie określenie na ten szary świat, który nas tutaj połknął, na egzystencję zawieszoną gdzieś pomiędzy dniem a nocą, pozbawioną ostrych krawędzi. Żyliśmy we mgle nadziei i rozpaczy. W obozie Graufeld przebywało trzy tysiące dwieście osób. Od końca wojny Sojuszniczy Rząd Wojskowy upchnął miliony w obozach przejściowych na terenie całych Niemiec. Dzień zwycięstwa, 9 maja, wywołał największą masową migrację w historii świata, połowa mieszkańców Europy usiłowała znaleźć dla siebie dom.

Byliśmy uchodźcami, kosztownym i trudnym do rozwiązania problemem, którego nikt nie chciał. Nie mogłam mieć o to do nich pretensji. Sama także bym nas nie chciała. Byliśmy mętami Europy.

Alicja i ja nie umarłyśmy z głodu, wlokąc się do Niemiec. Znalazłam sposoby na wykarmienie nas, sposoby, o których teraz wolę nie myśleć. W końcu wczołgałyśmy się z pustymi brzuchami przez otoczone drutem kolczastym bramy Graufeld, gdzie zmieciono nas razem z kurzem i niedopałkami papierosów jak powojenne ruiny po bombardowaniu, którymi byłyśmy.

Jeśli zawsze byliście bezpieczni, nie wiecie, co znaczy brak bezpieczeństwa. To zmienia człowieka. Myślałam, że jestem bezpieczna. Tutaj. W tym obozie. Z chlebem na stole i dachem nad głową.

Myliłam się.

Wystarczyły tylko otwarte drzwi i cały świat runął. Serce mi się ścisnęło. Stałam się stworzeniem, którego każdy oddech złożony był ze strachu. Bo w ułamku sekundy, gdy zajrzałam przez otwarte drzwi jednego z baraków, podjęłam decyzję, że zabiję człowieka.

*

Nie myślcie o mnie źle. Nie znacie mnie, jeszcze nie. Nie wiecie nawet, jak się nazywam. Jestem Klara. Klara Janowska. Pół Polka, pół Angielka. Uratowałam życie człowiekowi. To liczy się na moją korzyść, prawda?

Był zwykły nużący poranek w obozie dla dipisów. Displaced persons – tak nas nazywają ci aroganci w odprasowanych brytyjskich mundurach. Jestem dipiską. Osobą przemieszczoną. Takie etykietki nadaje się psom. Nazywałam ten obóz piekłem, nadmiernie zatłoczonym gniazdem szczurów, nienawidziłam go. Ale tak, byłam głupia. Myślałam, że jestem tu bezpieczna.

Aż w drzwiach zobaczyłam tego mężczyznę.

Szłam przez obóz z Alicją, rozmawiałyśmy o tokarce i zerknęłam ku postaci w pobliskim baraku. Momentalnie uklękłam, ukrywając twarz. Udawałam, że wiążę sznurowadło i poprawiam spódnicę. Moje chude palce drżały, choć na ramieniu czułam delikatny, wyzbyty strachu ciężar młodej dłoni Alicji. Zmierzałyśmy do warsztatu tokarskiego na końcu rzędu budynków, córka podskakiwała u mojego boku, pełna zapału, skupiona. W końcu się zgodziłam, żeby zrobiła dla siebie nóż. Na co nie zezwalał regulamin obozu. Dzień był ciepły i duszny jak na jesień, niebo ogołocone do oślepiającej bieli, która odebrała kolor naszemu szaremu światu. Zamieniała piasek pod stopami w fałszywe połyskliwe diamenty, równie bezwartościowe jak moje fałszywe połyskliwe nadzieje.

Zaryzykowałam drugie spojrzenie na mężczyznę stojącego w progu baraku J. Wyglądał zwyczajnie. Byłam wstrząśnięta. Nigdy nie uważałam go za zwyczajnego.

Okrutnego, tak.

Złego.

Potężnego.

Z całą pewnością bezwzględnego.

Ale nigdy za zwyczajnego. Może sprawiała to jego robocza koszula albo popękane szkła w metalowych oprawkach. Przetarte sztruksowe spodnie. Sznurek zamiast sznurowadeł. Może. Myślę jednak, że chodziło o brudne paznokcie czarne jak jego dusza. Zawsze miał nieskazitelną powierzchowność. Dobrze o tym wiedziałam. Siedziałam na taborecie u jego boku i robiłam mu manikiur. Blond włosy zgolono mu prawie do czaszki. Tak zrobili z nami, kiedy tu przyszłyśmy, żeby ustrzec się plagi wszy w obozie. Nowo przybyłym nadawało to bezbronny wygląd.

On nie był bezbronny.

Twarz miał chudszą. To dobrze. Głodował. Jego oczy i usta złagodniały. Zwiotczały. Żeby wydawał się nieszkodliwy.

Nie był nieszkodliwy.

Gdy wyszedł z baraku, nie patrząc w moją stronę, powłóczył nogami. Doskonała imitacja człowieka złamanego.

Ja jednak wiedziałam.

Dlatego musiałam go zabić.

*

Ścisnęłam Alicję za przegub i pobiegłam. Dotrzymywała mi kroku, nie zadawała pytań. Była doskonale wyszkolona. Słyszałam jej przyśpieszony oddech, widziałam migające kościste nogi, kolana złote jak miód. Wybrałam ścieżkę wijącą się przez trawę i krzewy za jednym z niekończących się rzędów baraków. Zniknęłyśmy dzięki temu z widoku, ale poruszałyśmy się równolegle do głównego obozowego traktu, przez armię brytyjską nazwanego Drogą Churchilla, co oznaczało, że podążałyśmy w tym samym kierunku co człowiek z baraku J. Spoglądałam w lewo na trakt za każdym razem, gdy docierałyśmy do końca baraku, ale nie dostrzegałam mężczyzny w połatanej koszuli. To mnie niepokoiło. Gdzie on się podział?

Przyśpieszyłam. Kolejny barak, najpierw jego cień, potem smuga białego światła pomiędzy zabudowaniami. Następny barak, następna luka. Zmarszczyłam czoło. Na Drodze Churchilla zebrała się grupa dyskutujących mężczyzn, słyszałyśmy ich podniesione głosy, widziałyśmy tumany kurzu, które wzbijali, kopiąc w ziemię. Ale połatanej koszuli między nimi nie było.

– Dalej nie.

Alicja odezwała się cichym szeptem, ale gdy go usłyszałam, serce mi podskoczyło. Mówiła przez ściśnięte gardło. Przeniosłam wzrok z mężczyzn na dziewczynkę przy moim boku. Ukryłyśmy się za rogiem baraku i ze wstrząsem zobaczyłam jej rozszerzone źrenice, wyraźny znak, że się boi.

– Powinnyśmy wracać – zgodziłam się niechętnie.

– Tak.

Zmierzwiłam kępki jej jasnych odrastających loków. Chciałam dodać otuchy jej i sobie.

– Ta część obozu jest niebezpieczna – przyznałam.

– Tak.

W obozie Graufeld nieustannie należało się mieć na baczności. W płaskim jesiennym słońcu wyglądał nieszkodliwie, baraki świeżo pomalowano szarą farbą używaną do okrętów wojennych, której teraz alianci nie potrzebowali. Ale wygląd może być zwodniczy. Obóz nie cuchnął wyłącznie rozgotowaną kapustą i przeciekającymi latrynami. W powietrzu unosił się odór rozpaczy i potrzeby. Choroby. Zepsutych dusz. Przemieszczonych ludzi, których wojna uczyniła bezdomnymi, a nawet bezpaństwowymi. Byli wśród nas tacy, co zdarliby drugiemu skórę z pleców, gdyby myśleli, że uda się ją sprzedać.

Wyzuto nas ze wszystkiego. Męty zrujnowanej Europy nie miały nic prócz wstydu. Widać go było w sposobie, w jaki chodziliśmy, w jaki wzajemnie rzucaliśmy na siebie szybkie, krótkie spojrzenia. I zaraz odwracaliśmy wzrok. Spuszczaliśmy powieki niczym kraty w zamkowej bramie, odgradzając się od innych na wypadek, gdyby w nas zobaczyli to, co my widzieliśmy w nich.

– Nie stójmy – powiedziałam, nadal trzymając córkę za przegub. Zmusiłam się do rezygnacji z pościgu.

Na tym końcu obozu nie było bezpiecznie. Obóz Graufeld zbudowano w kształcie litery L i w poziomej kresce umieszczono samotnych mężczyzn. Były ich setki. Krążyli po obozie jak wilki, chudzi i głodni nie tylko jedzenia. Wzrokiem zdzierali z kobiet ubrania. Dotykali tam, gdzie nie powinni. Narkotyki. Alkohol. Niebezpieczeństwo. Do diabła, co sobie myślałam?

Nie powinnam była przyprowadzać tu Alicji.

Wracałyśmy po swoich śladach. Ale ku nam z ostatniego baraku pędził mężczyzna tak potężny jak samiec słonia. Jego masywne ramiona były niemal za szerokie do wąskiej ścieżki, rękę wyciągał przed siebie jak łopatę, jakby chciał nabrać mnie na nią i przerzucić przez trzymetrowy betonowy mur. Jak inni rzucają ogryzek jabłka.

– Ty! – krzyknął.

Stanęłam, Alicję wepchnęłam za siebie. Zatrzymał się tak blisko, że musiałam unieść wzrok, by spojrzeć mu w twarz. Szeroką klatkę piersiową tylko częściowo okrywała brudna kamizelka, czarne włoski na głowie i ogromna szczęka połyskiwały od potu. Wyglądał jak bandyta, który siłą przedziera się przez życie, wymachując pięściami, a za nim po ziemi snują się myśli.

– Co? – zapytałam gniewnie.

To nie dzikość w jego oczach śmiertelnie mnie przeraziła, tylko tatuaże na twarzy. Pięć kropli krwi spływających po policzku. Oznaczały pięć morderstw. Oderwałam od nich wzrok i zauważyłam za jego masywną postacią dwóch wychudzonych dipisów. Byli nikim. Ryby piloci. Zignorowałam ich.

To był błąd.

– Co z tobą? – burknął olbrzym.

– To znaczy?

Mówiliśmy po niemiecku, w języku wszystkich skundlonych wschodnich Europejczyków w obozie. Ale sklęłam go po polsku.

– Dlaczego przyprowadziłaś tu dziecko, Arschloch? – Zbliżył ku mnie twarz.

– Szukałam kogoś…

Alicja wyszła zza moich pleców. Na jej twarzy nie dostrzegłam przerażenia, nic nie dawała po sobie poznać.

– Zna pan człowieka w kraciastej koszuli i popękanych szkłach w okrągłych metalowych oprawkach? Przed chwilą szedł Drogą Churchilla.

Wpatrywałam się w nią. Widziała za dużo. Miała dopiero dziesięć lat.

Ale pomagierzy olbrzyma także na nią patrzyli. Z zupełnie niewłaściwych powodów. Jeden z posępną miną przepchnął się koło kolegi i stanął tuż przed Alicją, w chwili gdy szarpnęłam ją do tyłu. Olbrzym machnął ręką, nie zmieniając wyrazu twarzy. Kant jego dłoni bez wysiłku wylądował na gardle ponuraka, cios z mocą młota kowalskiego powalił to nic na kolana. Z jego ust wydobywały się świszczące, gwałtowne odgłosy. Wstrząsnęła mną swobodna brutalność tego czynu.

Starałam się pociągnąć Alicję ścieżką, ale ona lepiej wiedziała, jak powinna się zachować. Odsunęła się ode mnie i podała rękę olbrzymowi. Bardzo uprzejmie. Bardzo stosownie.

– Dziękuję panu – powiedziała.

– Nie ma za co, malutka. Jak masz na imię?

– Alicja.

– Alicjo, jestem Niks. Z Łotwy.

Dłoń Alicji zniknęła w ogromnej niedźwiedziej łapie, połknięta przez nią jak jelonek, i zobaczyłam, że wyraz jego oczu się zmienia. Ich ciemność straciła szklistą surowość, mięśnie wokół ust jeden po drugim się rozluźniły. Kucnął przed nią.

– Alicjo, powiedz tej Dummkopf, swojej matce, żeby nigdy więcej nie przyprowadzała ciebie tutaj. – Wykrzywił się pogardliwie i wiedziałam, że ten grymas przeznaczony jest dla mnie. – Idź już. – Z ociąganiem puścił jej dłoń.

Alicja uśmiechała się do niego, nieświadoma, że ten uśmiech roztopiłby żelazo.

– Chodź – rzuciłam ostro i szybko się oddaliłyśmy.

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Podziękowania

Pragnę z serca podziękować mojej redaktorce Jo Dickinson za jej błyskotliwość i cudowne wsparcie – to dla mnie niezwykle wiele znaczy. Z wdzięcznością dziękuję całemu wspaniałemu zespołowi w Simon & Schuster – są najlepsi. Najlepsi na świecie. Dziękuję wam wszystkim.

Specjalne podziękowania składam mojej agentce Teresie Chris, która jest moją opoką i przewodnikiem i często rozumie moje potrzeby, zanim ja je sobie uświadomię.

Jestem bardzo wdzięczna Anne Menke i Horstowi Menke za pomoc w prawidłowym posługiwaniu się językiem i geografią niemiecką. Wszelkie błędy są wyłącznie moją winą.

Mam dług wdzięczności u Chrisa Masona za bezcenne uwagi o jego doświadczeniu w powojennych Niemczech. To dało mi odwagę do bycia odważną.

Jak zawsze przekazuję słowa miłości moim dobrym przyjaciołom z Brixham Writers, szczodrze obdarzającym mnie wsparciem i uśmiechem. Oraz ciastkami.

Najserdeczniejsze podziękowania przekazuję mojej drogiej przyjaciółce Marian za bycie skubiącym herbatniki pomostem pomiędzy zabazgranymi stronicami a schludnym rękopisem na ekranie komputera.

No i jest Norman, zawsze pełen kreatywnych idei i niewyczerpanego zasobu zachęt. Moje ogromne podziękowania i słowa miłości.

Inspiracje dla Ocalonych Kate Furnivall

Nieodmiennie pociąga mnie pisanie o momentach kryzysowych. Wybieram punkt w historii kraju, w którym otwiera się pęknięcie, a rekwizyty dnia codziennego zostają odrzucone – kiedy kraj jest w trudnej sytuacji i ludzie stają się bezbronni.

Lubię analizować wpływ, jaki wywiera to na jednostki, lubię badać, co się dzieje, gdy ludzie są doprowadzeni na skraj wytrzymałości. Pęka wtedy fasada kultury i odkrywam, z czego złożeni są moi bohaterowie – oraz ich przyjaźnie.

Dla mnie Ocaleni opowiadają o jednej z takich chwil. Wojna się skończyła, Europa leży w gruzach. Wiele krajów skazanych jest na biedę i głód, ludzie muszą walczyć o przetrwanie. Niemcy także są okaleczone i właśnie w jednym z obozów dipisów w Niemczech dzieje się akcja mojej powieści. Osadzeni uszli z życiem z wojny, teraz muszą walczyć o wolność. Warstwa powierzchownych dobrych manier została zdarta i Klara Janowska zmuszona jest zadać sobie kilka fundamentalnych pytań. O życie i śmierć. O moralność, gdy staje w obliczu działań, dla których nie ma miejsca w cywilizowanym społeczeństwie. Takie sytuacje uwielbiam badać i odkrywać, do czego zdolna jest ludzkość, gdy stoi na krawędzi przepaści. Oczyma Klary zobaczyłam zdumiewającą dobroć, brak egoizmu i miłość wydobywającą się na powierzchnię wraz z okrucieństwem i brutalnością. A kiedy zdjęłam kolejne warstwy, przekonałam się, że nawet Klara zdolna jest do jednego i drugiego.

Motyw społeczeństw współpracujących – a nie wzajemnie rozrywających się na strzępy – także obecnie wydaje się szczególnie istotny. Dalsze inspiracje dla Ocalonych znajduję codziennie, gdy otwieram gazetę. Opowieść Klary jest jednak przede wszystkim ekscytującym thrillerem z wciągającą, pełną napięcia akcją naszpikowaną niebezpieczeństwami i mam nadzieję, że moim czytelnikom lektura sprawi przyjemność.