Wydawca: WAB Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2013

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 186 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Ocalił mnie kowal - Izabella Czajka-Stachowicz

Wybucha II wojna światowa. Bella, ozdoba międzywojennych salonów Berlina, Paryża i Warszawy, trafia do getta. Dzięki staraniom męża, Jerzego Gelbarda, który przekupuje wpływowego gestapowca, tuż przed likwidacją getta w stolicy zostaje przeprowadzona do otwockiego, które rzekomo ma ocaleć. Wkrótce jednak i tutaj zaczyna się rzeź. Bella, cudem unikając kul, ukrywa się w rowie ciągnącym się wzdłuż kolczastych drutów. Tam dostrzega ją Danusia, córka kowala z pobliskiego Dobrzyńca, i pomaga uciec. Sam kowal daje Belli schronienie i melduje ją pod nazwiskiem swojej warszawskiej siostry, Stefanii Czajki. Gdy zawistny sąsiad kowala rozpozna w niej Żydówkę, obie z Danusią wrócą do Otwocka, by tam doczekać końca wojny. Mimo złowrogiej scenerii książka skrzy się humorem. Bella nie przestaje fantazjować w żadnych okolicznościach. Jest jak Szeherezada - opowiada, aby ocaleć.

Opinie o ebooku Ocalił mnie kowal - Izabella Czajka-Stachowicz

Fragment ebooka Ocalił mnie kowal - Izabella Czajka-Stachowicz

Iza­be­la Czaj­ka-Sta­cho­wicz

OCA­LIŁ MNIE KO­WAL

Wy­da­nie II

War­sza­wa 2013

1

Py­tasz się, Jan­ko, co mi da­wa­ło siły do prze­trwa­nia tego kosz­ma­ru, któ­ry cią­gnął się lata? Py­tasz się, jak mo­głam wy­trzy­mać? Te­raz, kie­dy wy­da­je mi się, że nie po­tra­fi­ła­bym wy­żyć w tym, co było, jed­nej doby – trud­no mi na to od­po­wie­dzieć. Może pod­świa­do­ma cie­ka­wość, co bę­dzie po­tem? Może sam in­stynkt ży­cia?… A może ta ja­kaś żar­li­wa po­trze­ba prze­trwa­nia, aby dać świa­dec­two praw­dzie?

Wy­da­je mi się, że gdy ci opo­wiem wszyst­ko, po­mo­żesz mi w od­na­le­zie­niu źró­dła tej siły – ja sama zna­leźć go nie po­tra­fię. Czę­sto w nocy, kie­dy nie śpię, wra­ca­ją tam­te cza­sy… Na­słu­chu­ję w ci­szy od­de­chu tam­tych nocy i do­pa­da mnie ów śle­py strach, prze­raź­li­wa gro­za i już nie mogę usnąć. Ob­la­na zim­nym po­tem tra­cę roz­są­dek, my­ślą prze­bie­gam wszyst­kie schow­ki w miesz­ka­niu, chcę ucie­kać! ucie­kać! ukryć się! Sta­ram się opa­no­wać, prze­cież wiem, że mi­nę­ło, że nie ma już ko­mór ga­zo­wych, że nie ma już na zie­mi pol­skiej tych okrop­nych bu­tów, któ­re walą w bra­mę, że oni już nie przyj­dą, że nikt ło­mo­cąc kol­ba­mi w drzwi, nie za­wo­ła: – Auf­ma­chen so­fort!1

Ale nie o tym chcia­łam ci dzi­siaj opo­wie­dzieć. Tyle, tyle razy prze­ży­wa­łaś ze mną cza­sy i li­kwi­da­cję get­ta War­sza­wy. Dzi­siaj ci po­wiem, w jaki spo­sób ucie­kłam i kto mnie ura­to­wał. Nie gnie­waj się, że tak śli­ma­czę, ale te­raz, kie­dy nie śpię po no­cach, wra­ca­jąc my­ślą do tego dnia, wpa­dam w stan tak nie­po­mier­ne­go zdzi­wie­nia, że sia­dam na łóż­ku, pod­no­szę ręce do góry. Dzi­wię się, zdu­mie­wam, jak­że to tak stać się mo­gło? Jak to mo­gło się zda­rzyć?… Nie do po­ję­cia!…

No, ale te­raz do­syć tych dy­gre­sji. Skoń­czy­łam ci na tym, jak dro­go opła­co­ny przez mego męża, Je­rze­go Gel­bar­da (któ­ry był po stro­nie aryj­skiej), ge­sta­po­wiec od­na­lazł mnie – wpó­ło­błą­ka­ną z prze­ra­że­nia, brud­ną, za­wszo­ną, za­gło­dzo­ną – i w asy­ście dwóch żan­dar­mów wy­pro­wa­dził z get­ta. Nie oby­ło się na­tu­ral­nie bez bi­cia i ko­pa­nia. Szłam pro­wa­dzo­na przez ten pa­trol, z po­obi­ja­ny­mi że­bra­mi, ob­cie­ra­jąc krew pły­ną­cą z ust i nosa, na dwo­rzec. Lu­dzie od­wra­ca­li gło­wy, wy­glą­da­łam okrop­nie – żół­ta, ja­kaś spo­pie­la­ła i jed­no­cze­śnie zie­lo­na, jak­by wy­ko­pa­li­sko spod lawy. Nie­zdar­nie chcia­łam ukryć opa­skę z ży­dow­ską gwiaz­dą (prze­cież już Ży­dów nie było w War­sza­wie), ale to mi się nie uda­wa­ło. By­łam głod­na, ale bar­dziej do­mi­nu­ją­cym uczu­ciem był wstyd. Wsty­dzi­łam się swo­jej twa­rzy, opa­ski się wsty­dzi­łam, a naj­bar­dziej się wsty­dzi­łam, że je­stem ska­za­na… Te­raz tego nie mogę zro­zu­mieć, bo prze­cież by­łam tyl­ko ofia­rą. Ja­kaś ślicz­na pani w pe­le­ryn­ce ze srebr­nych li­sów, pa­trząc na mnie, roz­pła­ka­ła się. Może mi się przy­wi­dzia­ło, ale zda­wa­ło mi się, że to była Ire­na Skęp­ska, żona wspól­ni­ka Al­brech­ta z Zie­miań­skiej na Ma­zo­wiec­kiej.

Cze­ka­li­śmy na pe­ro­nie na po­ciąg do Otwoc­ka – ge­sta­po­wiec po­wie­dział mi po dro­dze, że musi mnie od­wieźć do get­ta otwoc­kie­go, że tam bę­dzie cze­kał na mnie mój mąż, że­bym się nie bała, bo w Otwoc­ku nie ma li­kwi­da­cji. Sta­li­śmy pod ścia­ną, na pe­ro­nie prze­cha­dza­li się lu­dzie – pa­nie w je­dwab­nych su­kien­kach, pa­no­wie bez ka­pe­lu­szy, je­dli grusz­ki, jabł­ka. I wte­dy to pierw­szy raz prze­lę­kłam się my­śli, że tu poza mu­ra­mi ży­cie szło nor­mal­nym try­bem, lu­dzie je­dli obia­dy, ko­la­cje, że w lo­ka­lach piło się wód­kę pod śle­dzi­ka, ślicz­nie on­du­lo­wa­ne ko­bie­ty sie­dzia­ły przy sto­li­kach w ka­wiar­ni, piły kawę, ja­dły ciast­ka, mó­wi­ły o mi­ło­ści i plot­ko­wa­ły o przy­ja­ciół­kach. Przez otwar­te okna sły­chać było dźwię­ki tan­ga. Pa­trza­łam ukrad­kiem na lu­dzi – spa­ce­ro­wa­li po pe­ro­nie jak gdy­by nig­dy nic… Ja­kiś pan pod­szedł do mo­je­go żan­dar­ma, za­py­tał po nie­miec­ku, czy może ze mną mó­wić, żan­dar­mo­wi było to naj­zu­peł­niej obo­jęt­ne: – A mów pan.

W panu tym po­zna­łam Hen­ry­ka To­ma­szew­skie­go – wiesz, tego ry­sow­ni­ka-pla­ka­ci­stę, do­sko­na­łe­go gra­fi­ka, do­bre­go ko­le­gę. Przy­su­nął się do mnie, szep­nął:

– Co mogę dla cie­bie zro­bić? Gdzie oni cię wio­zą? Mu­sisz na­tych­miast ucie­kać!

Po­pro­si­łam o pa­pie­ro­sa. Pierw­szy łyk dymu spra­wił mi roz­kosz. Wy­tłu­ma­czy­łam sy­tu­ację. Mia­łam za sta­ni­kiem wier­sze z get­ta, od­da­łam mu je na prze­cho­wa­nie. Wiesz, Ja­necz­ko, trzy lata póź­niej spo­tka­łam się z nim w Lu­bli­nie i zwró­cił mi tę pacz­kę. Prze­cho­wał ją.

O go­dzi­nie dzie­sią­tej wie­czo­rem by­łam w Otwoc­ku… w tło­ku nikt na mnie nie pa­trzył, zresz­tą po­cią­gi szły za­ciem­nio­ne. Ge­sta­po­wiec prze­pro­wa­dzał mnie przez ja­kieś war­ty. Ile­kroć wo­ła­no: – Au­swe­is! – on za­sła­niał mnie swo­ją oso­bą – i tak szli­śmy, szli­śmy bez koń­ca. Było bar­dzo ciem­no i w ogó­le nic nie wi­dzia­łam. Pod no­ga­mi czu­łam prze­waż­nie pia­sek; aż wresz­cie do­szli­śmy do ja­kie­goś domu i ge­sta­po­wiec ci­cho po­wie­dział:

– Ru­fen sie, aber le­ise, den Na­men ih­res Man­nes2.

Dwa razy za­wo­ła­łam: – Je­rzy! Je­rzy! – W ja­kimś oknie bły­snę­ła za­pał­ka. Po paru se­kun­dach czy mi­nu­tach tuż przy oczach zo­ba­czy­łam po­bla­dłą twarz męża.

– Bogu Naj­wyż­sze­mu nie­chaj będą dzię­ki! Sza­la­łem z nie­po­ko­ju. Je­steś! Je­steś!

Ge­sta­po­wiec od­cią­gnął go na bok. Wi­dzia­łam, jak Je­rzy od­li­czał bank­no­ty. Ge­sta­po­wiec wło­żył je do czap­ki, gwizd­nął i za­do­wo­lo­ny po­szedł.

Wcho­dzi­li­śmy ciem­ny­mi scho­da­mi do ja­kie­goś miesz­ka­nia, oto­czy­li mnie lu­dzie, ko­bie­ty, męż­czyź­ni, wszy­scy mie­li ta­kie opa­ski na ra­mie­niu jak ja, wszy­scy mie­li prze­ra­żo­ne twa­rze i nie­przy­tom­ne oczy. Ko­bie­ty pła­ka­ły. Dano mi je­dze­nie. Była ja­jecz­ni­ca, chy­ba z dzie­się­ciu jaj – rzu­ci­łam się na nią jak zwie­rzę, nie chcia­łam opo­wia­dać, nie chcia­łam na ni­ko­go pa­trzeć. Je­rzy sie­dział po­chy­lo­ny przy mnie, za­kryw­szy ręką oczy, a ja ja­dłam – wła­ści­wie żar­łam, po­ły­ka­łam ka­wa­ły buł­ki, nie gry­ząc. Pi­łam her­ba­tę i skom­la­łam z ucie­chy, że jem.

Je­rzy po­wie­dział:

– Te­raz po­ło­żysz się spać, a ja po­ja­dę do War­sza­wy. Nie masz przy so­bie żad­ne­go do­ku­men­tu (Ge­sta­po­wiec przed wyj­ściem z get­ta po­darł mój pasz­port i dał mi kar­tę, że je­stem Róża Sil­ber­man, któ­ra po­peł­ni­ła Ras­sen­schan­de3 w Otwoc­ku, i on mnie wie­zie na roz­strzał) – ja ci ju­tro przy­wio­zę do­wo­dy aryj­skie, z któ­ry­mi już bę­dzie moż­na ja­koś po­ru­szać się po tam­tej stro­nie.

– Tak, tak, a te­raz będę spać.

Je­rzy na od­chod­nym przy­ka­zał mi le­żeć jak naj­dłu­żej w łóż­ku.

– Mu­sisz od­po­cząć, cze­ka cię jesz­cze wie­le, wie­le trud­no­ści.

I po­szedł.

Było ciem­no w po­ko­ju, ale drzwi na ta­ras po­zo­sta­wio­no otwar­te. Nie­bo wy­da­wa­ło się da­le­kie i sze­ro­kie; aż dziw­ne, że nie­bo mo­gło być ta­kie ogrom­ne. W get­cie wi­dzia­łam tyl­ko mały skra­wek nie­ba mię­dzy do­ma­mi, w cia­snych uli­cach.

Le­ża­łam na twar­dym skła­da­nym łóż­ku i po­obi­ja­ne że­bra za­czę­ły na­gle do­tkli­wie bo­leć, twarz puch­nąć. Nie było się kogo za­py­tać, gdzie jest woda – chcia­łam so­bie zro­bić kom­pres, zmo­czyć ja­kąś szma­tę i przy­ło­żyć… ale ni­ko­go nie zna­łam, więc le­ża­łam ci­cho. Gro­za ostat­nich ty­go­dni była bar­dziej żywa niż nie­re­al­ny spo­kój tej nocy. Le­ża­łam i zno­wu się dzi­wi­łam, jak to może być. Tu jesz­cze Ży­dzi mogą sma­żyć ja­jecz­ni­cę i mają bia­łe buł­ki z ma­słem, a tam… w sierp­niu śnieg z pie­rzyn pada na czer­wo­ne od krwi uli­ce (es­es­ma­ni pru­li pie­rzy­ny, po­dusz­ki, szu­ka­jąc zło­ta i do­la­rów). Jak to być może? Tu­taj prze­cież jest ta­kie samo, da­le­kie, spo­koj­ne nie­bo, jak kie­dyś, kie­dyś przed woj­ną… I dzi­wiąc się, dzi­wiąc, usnę­łam w tym naj­więk­szym za­dzi­wie­niu.

Było rano, gdy obu­dzi­ły mnie prze­raź­li­we świ­sty, gwizd­ki, se­rie z ka­ra­bi­nów ma­szy­no­wych… Od razu się ze­rwa­łam! Nie czu­łam żad­ne­go bólu. Jak zwie­rzę, jak czuj­ne zwie­rzę – od razu ucie­kać!… Ver­nich­tung­skom­man­do4! Zna­łam te gwiz­dy, wie­dzia­łam! Za­czy­na się eg­ze­ku­cja ma­so­wa! Ver­nich­tung­skom­man­do roz­po­czę­ło pra­cę.

W ja­kiś nie­po­ję­ty mi spo­sób na­rzu­ci­łam w bie­gu spód­ni­cę i bluz­kę. Zsu­nę­łam się po po­rę­czy scho­dów od stro­ny lasu. Od fron­tu sza­le­li już Niem­cy i Ło­ty­sze. Przez uchy­lo­ne drzwi zo­ba­czy­łam za­bi­te dziec­ko, usły­sza­łam krzyk ko­bie­ty na pierw­szym pię­trze – to Ukra­iniec wy­rzu­cił Ade­lę Tu­wim, mat­kę Jul­ka, i jej opie­kun­kę przez okno. Parę se­kund po tym roz­le­gły się strza­ły. Do­my­śli­łam się – na­resz­cie je do­bił.

Nie zna­łam te­re­nu, nig­dy w Otwoc­ku nie miesz­ka­łam, pę­dzi­łam więc na oślep przed sie­bie. Na po­cząt­ku chcia­łam się do­stać do lasu, ale kie­dy już by­łam na skra­ju, za­ma­ja­czy­ły mi wśród drzew sza­ro­zie­lo­ne mun­du­ry – to w le­sie roz­sta­wio­no straż. Ta dro­ga była od­cię­ta! Po le­wej ręce mia­łam otwar­tą po­la­nę, za nią kępę aka­cji, tuż przy kol­cza­stych za­sie­kach. Uciecz­ka przez otwar­tą łąkę była wy­raź­nym sza­leń­stwem, a jed­nak to była je­dy­na dro­ga, na któ­rą mu­sia­łam się zde­cy­do­wać.

Ku­ląc się, chył­kiem, sta­ra­jąc się, by mnie nie do­strze­żo­no, prze­bie­głam prze­strzeń, dzie­lą­cą od kępy aka­cji, i tu do­pa­dłam rowu. Miej­sce było względ­nie bez­piecz­ne, gdyż wsku­tek pew­nej nie­rów­no­ści te­re­nu le­ża­łam w za­głę­bie­niu i nie by­łam wi­docz­na. Prócz tego roz­ło­ży­sta aka­cja okry­wa­ła mnie zie­le­nią ga­łę­zi jak kur­ty­ną. Le­ża­łam te­raz plac­kiem na zie­mi i wsłu­chi­wa­łam się w raz bliż­sze, raz dal­sze gra­nie ka­ra­bi­nów ma­szy­no­wych. Cza­sa­mi do­cho­dzi­ły ja­kieś krzy­ki, to zno­wu płacz, to jęki… Le­ża­łam za zie­lo­ną kur­ty­ną, tuż przed li­nią dru­tów kol­cza­stych i przy­glą­da­łam się bu­tom żoł­nie­rza, któ­ry mie­rzył kro­ka­mi nie­wiel­ki, prze­zna­czo­ny so­bie od­ci­nek poza za­sie­ka­mi. Pil­no­wał, aby nikt nie uciekł z get­ta.

Ja wiem, Jan­ko, że to nie­waż­ne, o czym i jak wte­dy my­śla­łam i co czu­łam. Ale chcę ci po­wie­dzieć coś, co wy­da­je mi się waż­nym. Bo wi­dzisz… Prze­cież by­łam taka sa­mot­na w swo­jej nie­do­li, że ta sa­mot­ność wy­da­ła mi się bar­dziej nie do przy­ję­cia niż śmierć… i na­gle po­my­śla­łam, że je­śli nie było do­tych­czas Boga, to trze­ba ko­niecz­nie, ko­niecz­nie, żeby był. Po to tyl­ko, abym mo­gła do Nie­go wo­łać. Abym mo­gła Go pro­sić, żeby ze mną po­zo­stał, abym mo­gła do Nie­go się mo­dlić… I już się mo­dli­łam. Ca­łym osza­la­łym, wa­lą­cym na alarm ser­cem, ca­łym roz­dy­go­ta­nym, bo­lą­cym cia­łem, całą sobą mo­dli­łam się.

Uświa­da­mia­łam so­bie jed­no­cze­śnie, że nie przej­dę przez te gę­ste za­sie­ki dru­tów kol­cza­stych, że nie mam przy so­bie nic, co umoż­li­wi­ło­by mi prze­cię­cie dru­tów, że po dru­giej stro­nie czy­ha żoł­nierz z bro­nią, że je­stem osa­czo­na i zgu­bio­na.

Za­ci­ska­łam pię­ści, tu­li­łam gło­wę do zie­mi, a w ustach mia­łam pia­sek. I na­gle – nie wia­do­mo dla­cze­go i skąd – przy­szło od­prę­że­nie. Wi­docz­nie na­tu­ra sama stwa­rza ta­kie kar­ko­łom­ne sko­ki w czło­wie­ku. Na­gle po­my­śla­łam so­bie, że prze­cież, je­śli Bóg ze­chce, nic złe­go mi się nie sta­nie. Uspo­ko­iłam się i za­czę­ło ro­snąć we mnie prze­ko­na­nie, że będę ura­to­wa­na. Prze­ko­na­nie to po paru chwi­lach z nie­wia­do­mych po­wo­dów sta­ło się pew­no­ścią. Je­śli po­zwo­lisz, na­zwę to ła­ską, któ­rą nie­bo mi ze­sła­ło. „Na lwa sro­gie­go bez ob­ra­zy się­dziesz i na ogrom­nym smo­ku jeź­dzić bę­dziesz…”

Wła­śnie do­sia­dłam lwa sro­gie­go!… Nie, nie uśmie­chaj się po­błaż­li­wie, na­praw­dę wszyst­ko się na­gle we mnie od­mie­ni­ło! Wi­dzia­łam kształt drzew, wi­dzia­łam nie­rów­no­ści kory, na­wet ze­rwa­łam naj­bliż­szą ga­łąz­kę i z przy­po­mnie­nia ja­kichś od­le­głych cza­sów za­czę­łam zry­wać te list­ki aka­cji i wró­żyć: „ko­cha, lubi, sza­nu­je…”.

Wie­dzia­łam – nie pod­su­waj mi in­ne­go sło­wa, wca­le nie żad­ne „prze­czu­wa­łam” – po pro­stu wie­dzia­łam, wie­dzia­łam, że za­raz, za parę chwil czy mi­nut na­dej­dzie po­moc… i spo­koj­nie cze­ka­łam tej po­mo­cy. Wie­dzia­łam na pew­no, że przyj­dzie czło­wiek, męż­czy­zna, ko­bie­ta czy może dziec­ko, któ­ry mnie stąd za­bie­rze. Le­ża­łam spo­koj­nie i cze­ka­łam…

I rze­czy­wi­ście, nie dłu­żej jak po pię­ciu, dzie­się­ciu mi­nu­tach zo­ba­czy­łam, że za za­sie­ka­mi szo­są idzie dziew­czy­na sie­dem­na­sto-, dzie­więt­na­sto­let­nia. Na ręku mia­ła kosz, roz­glą­da­ła się wo­ko­ło cie­ka­wie, przy­bli­ża­jąc się do mnie. Aku­rat jak­by ja­kiś spraw­ny re­ży­ser wziął w swo­je ręce bieg dal­szej spra­wy – żoł­nierz od­da­lił się do ko­le­gi, sto­ją­ce­go na war­cie opo­dal, by za­pa­lić pa­pie­ro­sa. Po­mi­mo ry­zy­ka wy­chy­li­łam gło­wę z mo­jej zie­lo­nej ko­ta­ry i za­wo­ła­łam:

– Dziew­czyn­ko!

Jak ptak prze­krę­ci­ła głów­kę, ro­zej­rza­ła się wko­ło i na jej spryt­nej mło­dziut­kiej twa­rzy pod­miej­skie­go dziew­czę­cia za­uwa­ży­łam zro­zu­mie­nie sy­tu­acji. Mo­men­tal­nie po­ło­ży­ła się po dru­giej stro­nie za­sie­ków i na­stą­pi­ła pierw­sza szyb­ka wy­mia­na zdań.

– Co ty tu ro­bisz? – za­py­ta­ła.

Wska­za­łam jej oczy­ma gwiaz­dę ży­dow­ską na ra­mie­niu, spy­ta­łam, czy ro­zu­mie, co zna­czą te usta­wicz­ne se­rie wy­strza­łów ka­ra­bi­nów ma­szy­no­wych. Od­po­wie­dzia­ła, że wie… że dziś wy­koń­czą get­to otwoc­kie.

– Ale cze­goj tyś tu wla­zła?

Przez chwi­lę przy­glą­da­ły­śmy się so­bie z za­cie­ka­wie­niem, aż na­gle dziew­czy­na uśmiech­nę­ła się do mnie i za­py­ta­ła, wska­zu­jąc na zna­mię, któ­re mam na po­licz­ku:

– Czy to jest praw­dzi­we, czy na­ma­lo­wa­ne?

Było to tak nie­ocze­ki­wa­ne py­ta­nie w tej tra­gicz­nej sy­tu­acji, że roz­śmie­szy­ło mnie.

– Je­śli mi po­mo­żesz stąd wy­leźć, to sama spraw­dzisz.

Na­raz za­czę­ła mó­wić szep­tem, go­rą­co i żar­li­wie:

– Ni­cze­goj się nie bój, leż ci­cho. Ja je­stem Da­nu­sia Ko­wa­lów­ka z Do­brzyń­ca, to jest czter­na­ście ki­lo­me­trów od Otwoc­ka. Tata jest ko­wal, u nas w kuź­ni jest se­ka­tor. Tu u kuma jest ro­wer, za go­dzi­nę, naj­da­lej pół­to­ra będę z po­wro­tem, przy­wio­zę na­rzę­dzia, po­prze­ci­na­my te dru­ty. Ja cię za­bio­rę. Leż tu tyl­ko ci­chut­ko i cze­kaj na mnie!

– Da­nu­siu! Da­nu­siu! – po­wie­dzia­łam – ale co bę­dzie, je­śli twoi ro­dzi­ce nie po­zwo­lą? A czy ty wiesz, że jak nas zła­pią, to i cie­bie cze­ka śmierć?

– O wa, też mi co Niem­cy! Ja ich wszyst­kich z Hi­tle­rem mam gdzieś!

Żoł­nierz nad­cho­dził, pa­trząc nie wia­do­mo dla­cze­go na czu­by drzew. (O! ten Re­ży­ser nie­wi­docz­ny, nie­wi­dzial­ny, wszech­moc­ny Re­ży­ser!)

I zno­wu le­ża­łam w zie­lo­nym gąsz­czu aka­cji, ale już było in­a­czej.

Jan­ko!… Gdy­bym ci te­raz chcia­ła wmó­wić, że cały czas ocze­ki­wa­nia na jej po­wrót wie­rzy­łam bez­względ­nie, że na pew­no przyj­dzie, by­ło­by to nie­praw­dą. Wie­rzy­łam i nie wie­rzy­łam. Wie­rzy­łam i wąt­pi­łam… Le­ża­łam tak jed­ną… dwie go­dzi­ny… a słoń­ce wę­dro­wa­ło co­raz wy­żej. Zry­wa­łam ga­łąz­ki, ob­ry­wa­łam li­stecz­ki: „wró­ci, nie wró­ci”… Strza­ły były co­raz bliż­sze, nie­da­le­ko prze­cho­dzi­li es­es­ma­ni, wśród zie­le­ni czer­wie­ni­ły się swa­sty­ki. „Wró­ci, nie wró­ci…”

W pew­nej chwi­li usły­sza­łam ci­che gwiz­da­nie od stro­ny szo­sy. Unio­słam gło­wę i w tym sa­mym miej­scu zo­ba­czy­łam Da­nu­się. Po­ło­ży­ła pa­lec na ustach, bo war­tow­nik był bli­sko. Mu­sia­ły­śmy przy­wa­ro­wać. Nie­ru­cho­mo po obu stro­nach za­sie­ków le­ża­ły­śmy bez od­de­chu… Ser­ce zno­wu wa­li­ło na alarm…

Na­gle po­czu­łam, że mi na gło­wę spa­da coś mięk­kie­go. Była to czer­wo­na chust­ka w zie­lo­ne kwia­ty. Mam tę chust­kę tu­taj, czy chcesz, że­bym ci ją po­ka­za­ła?

Po­tem szept Da­nu­si:

– Zrzuć tę ży­dow­ską opa­skę, za­kop ją w zie­mi, na­dziej chust­kę na gło­wę.

Pal­ca­mi zro­bi­łam do­łek, zwi­nę­łam opa­skę, wsa­dzi­łam w zie­mię, przy­sy­pa­łam zie­mią… Ta­kie pro­ste… ta­kie pro­ste… już nie je­stem na­pięt­no­wa­na!

Żoł­nierz, znu­dzo­ny, po­wo­li szedł w stro­nę ko­le­gi. Te­raz spa­dły ob­cę­gi. Da­nu­sia po prze­ciw­nej stro­nie cię­ła se­ka­to­rem dru­ty.

– Prze­tnij od zie­mi, cał­kiem ni­ziut­ko, zro­bi­my dziu­rę, by­le­byś prze­la­zła…

Wi­dzisz, Jan­ko, tu na łyd­ce bia­łą bli­znę, tu mi prze­cię­ło mię­sień. By­łam już przed ostat­nim (pięć za­sie­ków two­rzy­ło ca­łość) dru­tem. Da­nu­sia go­rącz­ko­wo szep­ta­ła:

– Uwa­żaj, je­śli nas Nie­miec zła­pie, rób to samo, co ja…

Nie mia­łam po­ję­cia, co na­le­ży ro­bić, jak Nie­miec zo­ba­czy, że się ucie­ka z get­ta. Cóż, mia­łam uni­wer­sy­tec­kie wy­kształ­ce­nie, by­łam ob­cią­żo­na wy­obraź­nią, a jed­no­cze­śnie zbyt skom­pli­ko­wa­ną psy­chi­ką, nie wie­dzia­łam, co na­le­ży zro­bić, jak mnie Nie­miec zła­pie.

By­łam już przy Da­nu­si, le­ża­ły­śmy bli­ziut­ko sie­bie, czu­łam jej przy­śpie­szo­ny od­dech. Trze­ba nam było się wresz­cie ode­rwać od zie­mi, jed­no­cze­śnie sta­nę­ły­śmy na no­gach i jed­no­cze­śnie Nie­miec nas zła­pał.

– Halt! – A za­raz po tym: – Schmut­zi­ge Schmu­gle­rin­nen, ihr wollt den Ju­den Es­sen brin­gen!5

Za­mar­łam. Da­nu­sia się wy­krzy­wi­ła… nie ro­zu­mia­ła ani sło­wa po nie­miec­ku. Wy­dę­ła po­licz­ki, zmarsz­czy­ła nos i na głos prze­drzeź­nia­ła Niem­ca:

– Be, be, be!

Nie­miec trząsł mną jak drze­wem i po­wta­rzał to samo zda­nie. Czu­łam, że moje „Be, be, be” za­brzmia­ło tro­chę fał­szy­wie, ale na szczę­ście Nie­miec nie miał mu­zy­kal­ne­go ucha…

Nowa sal­wa… cała ka­no­na­da strza­łów… Nie­miec wsłu­chał się w echo, kop­nął mnie ni­żej ple­ców, krzyk­nął:

– Raus!6

Mój Boże! po­czu­łam to jak naj­tkliw­szą piesz­czo­tę!…

Wiesz, Jan­ko, lata całe ma­rzy­łam o chwi­li, kie­dy wyj­dę z za­mknię­cia… za­wsze wy­obra­ża­łam so­bie wte­dy zwy­cię­żo­nych Niem­ców, na­sze woj­ska wjeż­dża­ją­ce na bia­łych ukwie­co­nych ko­niach od stro­ny Bel­we­de­ru, to znów spa­da­ją­cych z nie­ba skocz­ków – ale nig­dy nie my­śla­łam, że na szcze­niac­kie prze­drzeź­nia­nie „Be, be, be” Nie­miec po­wie: „Raus” i… będę wol­na.

Wiel­ki Re­ży­ser lubi gro­te­ski!

Da­nu­sia po­da­ła mi kosz, po­wie­dzia­ła krót­ko: – Idzie­my!

Czu­łam, że źle sta­wiam nogi, że krzy­wo cho­dzę, jak­by bo­kiem – od­zwy­cza­jo­na by­łam od ru­sza­nia się na wol­no­ści.

Po paru chwi­lach za­tar­ga­ły mną ty­sią­ce wąt­pli­wo­ści, za­strze­żeń, nie­po­ko­jów.

– Da­nu­siu! Da­nu­siu! Boję się… Prze­cież każ­dy, kto mnie zo­ba­czy, po­zna od razu, że je­stem Ży­dów­ką… i nie doj­dzie­my na­wet do lasu…

Da­nu­sia po­pa­trzy­ła na mnie uważ­nie.

– Ej, nie wy­dzi­wiaj! Cał­kiem szla­chet­nie wy­glą­dasz! Ład­na je­steś ko­biet­ka, tyl­ko oczy cię mogą zdra­dzić. Oczy masz ży­dow­skie, wy­pło­szo­ne po ży­dow­sku. Wiesz, jak­by kto szedł na­prze­ciw, to przy­my­kaj po­wie­ki.

Szły­śmy przez uli­ce Otwoc­ka, lu­dzie nas mi­ja­li, przy każ­dym ich zbli­że­niu ser­ce ko­ła­ta­ło jak osza­la­łe. Wy­szły­śmy na szo­sę, idąc w stro­nę Ja­błon­ny. Da­nu­sia po­wie­dzia­ła:

– Po­ru­szaj się śmia­ło! Nie patrz spode łba, nie oglą­daj się za sie­bie. Ni­ja­kiej w to­bie nie ma śmia­ło­ści!

Mi­nę­ły­śmy Ja­błon­nę, po­tem dwa ki­lo­me­try i wieś Świerk, zno­wu trzy ki­lo­me­try i skrę­ci­ły­śmy z szo­sy w las.

Jan­ko! Pierw­szy raz od trzech lat by­łam w le­sie, w praw­dzi­wym le­sie so­sno­wym… bosą sto­pą do­ty­ka­łam mchu. Li­lio­wi­ło się od wrzo­sów, pach­nia­ło ży­wi­cą. Pro­si­łam Da­nu­się:

– Za­trzy­maj­my się. Po­zwól mi się po­ło­żyć na zie­mi.

Da­nu­sia się śmia­ła. Mia­ła okrą­głe we­so­łe oczy, pie­gi koło nosa, kasz­ta­no­wa­te wło­sy i naj­mil­szy pysz­czek na świe­cie.

– Wy­glą­dasz jak do­mo­we­go wy­pie­ku chle­bek! – po­wie­dzia­łam, ca­łu­jąc ją w po­li­czek, a ona ob­ję­ła mnie za szy­ję.

– A ty je­steś moja znaj­da!

– Ale co bę­dzie ze „znaj­dą” da­lej?

– Co ma być? Oj­ciec i mama przy­ka­za­li cię do cha­łu­py przy­pro­wa­dzić, ale po­cze­ka­my do zmierz­chu, a wej­dzie­my nie od kuź­ni, ale bo­kiem przez chle­wik. Co bę­dzie da­lej? Tata po­wie, nie bój się! Tata już wszyst­ko do­brze ob­my­śli.

Świa­do­mość, że ktoś za mnie bę­dzie my­ślał, przy­pra­wia­ła o za­wrót gło­wy. Ja­kaś bez­tro­ska ra­dość chwi­li, ra­dość bez sen­su od­ję­ła mi ro­zum. Da­nu­sia śpie­wa­ła:

– „We­dle mego ogró­decz­ka roz­kwi­ta­ła ja­bło­necz­ka…” – i ja śpie­wać za­czę­łam. Szły­śmy przez las, ja z ko­szem, Da­nu­sia pro­wa­dzi­ła ro­wer i obie dar­ły­śmy się jak opę­ta­ne:

– „Kacz­ki za wodą, gęsi za wodą… Ty mnie nie wy­dasz, ja cię nie wy­dam…”. Li­lio­wi­ły się wrzo­sy, słoń­ce ró­żo­wi­ło so­sny. Skąd ja się tu wzię­łam? Ja­kim pra­wem wdar­łam się w ra­dość ży­cia boru? Ja – zbieg z trans­por­tów, prze­zna­czo­nych do ga­zo­wych ko­mór…

– Da­nu­siu! Da­nu­siu! Gdy­by te­raz sta­nę­ła przed nami wróż­ka, któ­ra wszyst­ko mo­gła­by zro­bić?!

– Je­zu­si­ku naj­mil­szy! co po­wia­dasz? Wróż­ka? I co da­lej? A ty cze­go byś od niej chcia­ła?

– Chcia­ła­bym, żeby mnie za­cza­ro­wa­ła w psa albo kota. Mo­gła­byś mnie za­nieść do cha­łu­py, by­ła­bym do koń­ca woj­ny u cie­bie, nikt by się nie do­my­ślił, że je­stem Ży­dów­ką, i wy tam w cha­łu­pie mo­gli­by­ście być spo­koj­ni… nikt by nie wy­dał… nie wi­sia­ła­by nad nami śmierć.

Da­nu­sia spo­waż­nia­ła. My­śla­łam, że na­resz­cie zda­ła so­bie spra­wę z nie­bez­pie­czeń­stwa swe­go czy­nu.

– No, i o czym tak du­masz?

– Bo wi­dzisz, gdy­by ta wróż­ka tu przy­szła, to ja bym też mia­ła ży­cze­nie!

– A ja­kie by­ło­by two­je ży­cze­nie?

– Ja bym jej po­wie­dzia­ła: weź moje pie­gi, żeby mi ani je­den nie zo­stał! Och! Gdy­byś ty wie­dzia­ła, jak ja nie­na­wi­dzę tych mo­ich pie­gów! Ile ja już pie­nię­dzy wy­da­łam na ma­ście… ale co! od ma­ści mi skó­ra z gęby scho­dzi, a pie­gi zo­sta­ją… Ale co tu po próż­ni­cy ga­dać! Wróż­ka się nie zja­wi, z cie­bie kota ani psa nie zro­bi, a mnie pie­gi osta­ną aż do sa­mej śmier­ci!

Na­sze nie­szczę­ścia były rze­czy­wi­ście cał­ko­wi­cie róż­ne. Zre­zy­gno­waw­szy z wróż­ki, po­szły­śmy da­lej. Od cza­su do cza­su przy­sta­wa­łam, żeby jeść czar­ne ja­go­dy.

– Ach, ja dur­na! Ty pew­no głod­na je­steś? Że mnie to w gło­wie się nig­dy nie roz­wid­ni! No, już nie­dłu­go, już i zmierz­cha, pój­dzie­my prę­dzej.

Nie chcia­łam.

– Nie, cze­kaj­my, aż bę­dzie cał­kiem ciem­no. Nie trze­ba, żeby nas lu­dzie we wsi wi­dzie­li…

Las się skoń­czył i znów szły­śmy dro­gą wśród łąk i pól. Prze­szły­śmy drew­nia­ny mo­stek, po obu stro­nach dro­gi sta­ły to­po­le. Od łąki miły chłód owie­wał czo­ła, świersz­cze cy­ka­ły… świat był nie­po­mier­nie wiel­ki i pięk­ny… do łez, do łez pięk­ny! Cała ża­łość roz­pły­nę­ła się w tej sza­ro­ści, któ­ra z nie­ba zstę­po­wa­ła. Nie czu­łam rany na no­dze ani bą­bli, któ­re na nie­na­wy­kłych do cho­dze­nia na bo­sa­ka sto­pach się po­ro­bi­ły. Nie czu­łam kłu­cia po­bi­tych że­ber. Roz­pły­wa­łam się w zmierz­chu tego dnia.

Już było zu­peł­nie ciem­no, kie­dy do­szły­śmy do wsi Gli­nian­ki, ostat­niej wsi przed Do­brzyń­cem. Da­nu­sia po­wie­dzia­ła:

– Już nie­dłu­go, a bę­dzie­my w cha­łu­pie…

Ty ro­zu­miesz, Jan­ko! Po trzech la­tach woj­ny, get­ta, li­kwi­da­cji do­wia­du­ję się, że cze­ka na mnie dom!

Bo­kiem do­szły­śmy do za­gro­dy. Da­nu­sia trzy­ma­ła mnie za rękę, kie­ro­wa­ła kro­ka­mi.

– Uwa­żaj, pod­nieś wy­żej nogę, bo to próg do chle­wi­ka.

Pchnę­ła ca­łym cia­łem ja­kąś za­po­rę – to były drzwi – otwo­rzy­ły się. We­szły­śmy do izby. W mdłym świe­tle naf­to­wej ma­leń­kiej lamp­ki zo­ba­czy­łam duży ko­min. Przed ko­mi­nem na ła­wie sie­dzia­ła ko­bie­ta, drze­miąc. Mia­ła na gło­wie bia­łą chust­kę z tyłu zwią­za­ną za rogi. Na skrzyp drzwi ock­nę­ła się. Wsta­ła i ob­ra­ca­jąc się do mnie, roz­po­star­ła sze­ro­ko ra­mio­na!

– Adyć Pan Je­zus po­zwo­lił nam jed­no ży­cie ludz­kie ura­to­wać!

Sły­szysz! Sły­szysz, Jan­ko? Dzi­siaj jesz­cze dźwię­czy mi to w uszach! To były naj­pięk­niej­sze sło­wa, ja­kie w ży­ciu sły­sza­łam, i umie­ra­jąc, nie­chaj o tych sło­wach pa­mię­tam! Tak mnie po­wi­ta­ła Roz­y­na, mat­ka Da­nu­si, Ko­wa­lów­ka…

Jak się to sta­ło, że po­ło­ży­łam gło­wę na jej wiel­kich pier­siach? Jak się to sta­ło, że obej­mo­wa­ła mnie swy­mi moc­ny­mi od pra­cy rę­ko­ma i że łzy, jej i moje, mie­sza­ły się z sobą! Tu­li­łam się do niej i czu­łam za­pach obo­ry, krów, gno­ju i ziel­ska, i wy­da­wa­ło mi się, że tak po­win­no pach­nieć nie­bo…

Wresz­cie zja­wił się oj­ciec Da­nu­si, ko­wal. Czy pa­mię­tasz tego boga grec­kie­go, któ­ry na­zy­wał się, zda­je mi się, He­faj­stos? I był też ku­la­wy? Oj­ciec Da­nu­si, Ma­rian Ko­wa­lów­ka, uty­kał na nogę.

Pod­pro­wa­dził mnie do sto­łu, przy­glą­dał mi się. Miał we­so­łe, spryt­ne oczy, nos kul­fo­nia­sty, czar­ny wą­sik. Przy­su­nął naf­to­wą lamp­kę, uśmiech­nął się ser­decz­nie i nie­ocze­ki­wa­nie za­opi­nio­wał:

– Bę­dzie z nią we­so­ło w cha­łu­pie. Taka to i lep­sza od ja­kiejś uczo­nej pa­pu­gi. No, do­bra na­sza! A te­raz da­waj­cie jeść!

Po­sta­wio­no przede mną mi­skę go­rą­ce­go mle­ka i dy­mią­ce ziem­nia­ki… Ja­dłam… Tam w get­cie mó­wi­li: „Tu śmierć i tam śmierć – nie zbie­gniesz od śmier­ci, po stro­nie aryj­skiej Po­la­cy wy­da­dzą cię prę­dzej Niem­com…”. A wzię­li mnie, obcą, nie­zna­jo­mą, po­sa­dzi­li za sto­łem, na­kar­mi­li chle­bem i mle­kiem – moją śmierć wzię­li na swo­je gło­wy… Jest Bóg! Od­na­la­złam Boga! Od­na­la­złam Czło­wie­ka!…

2

Cięż­ko spa­łam tej pierw­szej nocy w moim no­wym domu. Wy­ką­pa­na, wy­szo­ro­wa­na w ba­lii, prze­oble­czo­na w ko­szu­lę Da­nu­si­ną, z gło­wą wy­cze­sa­ną i umy­tą naf­tą – le­ża­łam w ko­mo­rze w wy­god­nym łóż­ku, wy­sła­nym sia­nem, w czy­stym tka­nym płót­nie… Nie spo­sób od razu się ule­żeć w tylu wspa­nia­ło­ściach i w tym nie­po­ję­tym po­czu­ciu bez­pie­czeń­stwa! Bo ta noc była zu­peł­nie bez­piecz­na – nikt nie wi­dział mnie, gdy wcho­dzi­łam. Po prze­ciw­le­głej ścia­nie na łóż­ku spał ko­wal z żoną. Da­nu­sia z młod­szą sio­strzycz­ką, Zo­sią, w kuch­ni na łóż­ku, a na stry­chu brat, szes­na­sto­let­ni Sta­cho.

Nie chcia­łam za nic usnąć – czy­stość cia­ła, czy­stość łóż­ka i po­ście­li, za­pach sia­na, spo­koj­ne od­de­chy ro­dzi­ny i naj­pięk­niej­sza mu­zy­ka – po­chra­py­wa­nie ko­wa­la – spra­wia­ły, że za nic nie chcia­łam usnąć. Było za do­brze trwać tak w tym po­czu­ciu bez­pie­czeń­stwa, aże­by utra­cić je przez sen. Nie­ste­ty zmę­cze­nie i wy­czer­pa­nie wzię­ło górę – ale cóż! sen zmie­nił się w ma­li­gnę… we śnie bo­la­ły że­bra, we śnie Ło­ty­sze i es­es­ma­ni go­ni­li mnie… Co chwi­la wpa­da­łam w blo­ka­dę… Bu­dzi­łam się z krzy­kiem: – Idą! Idą! – Raz tak gło­śno krzyk­nę­łam, że aż ko­wal zwlókł się z łóż­ka, pod­szedł do mo­jej po­ście­li, obu­dził mnie, kła­dąc cięż­ką, twar­dą rękę na moim czo­le.

– Ci­choj­ta, sio­stro, ci­chaj… adyć lu­dzie usły­szą te krzy­ki…