Wydawca: Świat Książki Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 310 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Ocalenie Atlantydy - Zyta Oryszyn

Najnowsza powieść Zyty Oryszyn opublikowana po długim milczeniu autorki

Dramatyczna, wstrząsająca i jednocześnie zaskakująca czarnym humorem opowieść o powojennym życiu przesiedleńców z ziem wschodnich, którzy znaleźli się na nieznanym im poniemieckim Dolnym Śląsku i w nieznanym im ustroju. O ich sposobach przeżycia w nowej, absurdalnie niebezpiecznej rzeczywistości - w czasach gdy wszystko było takie polityczne i światopoglądowe.

Książka, na którą warto było czekać.

Peerel był pospolity, nijaki i pozbawiony formatu. Pod jej piórem nabrał znaczeń, głębi i tajemnicy - to chyba właśnie nazywają talentem

          Hanna Krall

Zyta Oryszyn ... W pierwszej połowie lat siedemdziesiątych wydała trzy powieści i z miejsca zdobyła pozycję jednej z najciekawszych autorek. Potem przyszły czasy opozycji, drugiego obiegu i mikroskopijnych nakładów u podziemnych wydawców. Oryszyn za odwagę i bezkompromisowość dotknęła nieoczekiwana dolegliwość: o dorobku naszej fascynującej pisarki, funkcjonującej przez lata w zamkniętym środowisku, w szerszych kręgach czytelniczych powoli, lecz nieuchronnie zapomniano. Można powiedzieć, że jej obecne pojawienie się na rynku jest powtórnym debiutem. Ale za  to jakim!

Powieść Oryszyn plasuje się wśród najważniejszych dokonań polskiej literatury współczesnej.

          Janusz Anderman

Zyta Oryszyn - właśc. Zyta Kaczyńska z d. Bartkowska - ur. 1940 roku nad Osławą w Zagórzu koło Sanoka. 1946 roku wraz z rodziną zamieszkała na Dolnym Śląsku. Ukończyła filozofię na Uniwersytecie Warszawskim.

Po wydaniu powieści Najada (1970), Melodramat (1971), Gaba- Gaba czyli 28 części wielkiego okrętu (1972) zrezygnowała z publikowania w oficjalnych wydawnictwach. Nawiązała współpracę z "Zapisem" i "Pulsem". W drugim obiegu opublikowała Czarną iluminację (NOWA, 1981) i Madam Frankensztajn (Przedświt, 1984). W PoMoście wydała Historię choroby, historię żałoby (1990). W podziemiu współredagowała "Wezwanie" i "Kulturę Niezależną".

 

Opinie o ebooku Ocalenie Atlantydy - Zyta Oryszyn

Fragment ebooka Ocalenie Atlantydy - Zyta Oryszyn

ZytaOryszyn

Ocalenie Atlantydy

Fragment

ZYTA

Przeczytałam o niej w dzienniku Stachury. Pociąg obciął mu cztery palce i żona chciała mu oddać swoje dwa, mieliby po równo. Ona tak na serio?, zastanawiałam się...

Potem ją zobaczyłam. Słuchałam, przyglądałam się (podczas obiadu, na który zaprosił nas do Złotej Kaczki Marian Brandys). Pomyślałam: tak, ona mogłaby oddać człowiekowi swoje palce, może nawet całą rękę.

Potem spotkałam ją w Związku Literatów. Były pierwsze dni stanu wojennego, Związku jeszcze nie zawieszono i na wszystkich piętrach kłębił się tłum pisarzy i tajniaków. Zeszłam do toalety. Klęczała na podłodze i układała w kopertach jakieś kartki. Dobrze, że jesteś, powiedziała, trzymaj drzwi i nikogo nie wpuszczaj. Zakleiła koperty i schowała do majtek. Możesz otworzyć, powiedziała, lecę do Glempa. (Opowiadała potem, że w rezydencji prymasa czekali na nią dwaj księża. Sięgnęła pod sukienkę. Jeden z księży spłoszył się i pospiesznie odwrócił wzrok, drugi okazał się domyślny. W kopertach były listy ludzi, bardziej i mniej znanych, których oburzył stan wojenny i którzy chcieli dać temu wyraz na piśmie).

Potem był ślub. Stali z Andrzejem przed ołtarzem, ceremonia kończyła się i ksiądz coś do nich powiedział. Roześmiała się. Pomyślałam: tak mogła zaśmiać się Sara, rozbawiona przepowiednią Pana Boga.

Potem przeczytałam Ocalenie Atlantydy. Pomyślałam: peerel był pospolity, nijaki i pozbawiony formatu. Pod jej piórem nabrał znaczeń, głębi i tajemnicy i chyba to właśnie nazywają talentem.

Hanna Krall

ROZDZIAŁ I  Polowanie

– To jest kuchnia w kamienicy – oświadczył brat, który przeżył. – I ma ściany z cegły grubej na półtora metra. – Wyliczył to sobie, bo zawsze sobie wszystko wyliczał.

Wyliczył sobie na przykład, kiedy zginie ostatni mieszkaniec ich małej wioski nad Osławą koło Sanoka, jeżeli obok ich schronu będzie prowadzona do lasu na rozstrzelanie jedna grupa ludzi tygodniowo. A oprócz tego, jeżeli od czasu do czasu ktoś natknie się na minę albo dosięgnie go zbłąkana kula czy seria z automatu. Albo zatłuką go wcale nie wygłodniali partyzanci ani Niemcy, ani Sowieci, ale uciekinierzy z przekrwionymi oczami biegający po lesie i po polach i kradnący mleko, kartofle, zboże i kury. Najchętniej podczas słotnych dni i mgieł.

Z tych obliczeń wyszło mu, że zginą wszyscy już niebawem albo jeszcze szybciej, jeżeli są Żydami czy Cyganami. A może i są, bo dlaczego nie mieszkają w domu, tylko w schronie.

Brat, który nie przeżył, uspokoił go. Nie są Żydami ani Cyganami. Nie mówią przecież ani po żydowsku, ani po cygańsku, a przy ich domu nie stoi żaden kolorowy wóz. Nigdy też nie mieli koni, tylko jedną krowę. A Cyganie krów do swoich kolorowych wozów nie zaprzęgają. I babcia Mania, która siedzi z nimi w schronie, ani nie ma peruki czy pejsów, ani nie wróży. Tylko się modli i płacze. – Przypatrz się babci.

Babcia Mania była matką ich ojca. Miała rdzawoczarne jak dymy nad spaloną wioską włosy i dwie dziurki do jedzenia.

Jedna dziurka była dziurką do jedzenia właściwą, druga niewłaściwą. Babci Mani często wpadało jedzenie do tej niewłaściwej dziurki. Zachłystywała się wtedy, krztusiła i kaszlała, co było w schronie zabronione. I mówiła przez łzy: – A co ja zrobię, jak mnie znowu wpadło w nie tę dziurkę. – Babcię co noc coś dusiło, taki ciężar czy żal siadał jej na piersiach, bo już dalej nie mogła; najpierw kazali jej przeżyć pierwszą wojnę światową, potem bolszewicką, a teraz światową drugą. Całe życie grzebie swoich zmarłych i zakatowanych i karmi jakichś uciekinierów, jak na przykład tych, co wpadli do nich, kiedy zarekwirowano im limuzynę, którą jechali na Zaleszczyki. Przez te Zaleszczyki i przez Węgry albo przez Rumunię chcieli się przedostać do Szwecji, gdzie jest cisza, spokój, skaliste wybrzeża, wyspy i morze, i gdzie pod oknami mieszkania ich córki przepływają olbrzymie pasażerskie statki. Można siedzieć w fotelu i patrzeć na nie godzinami. – Polska – mówili uciekinierzy z zarekwirowanej limuzyny – to podły kraj. Bezustannie trwa w niej polowanie, ktoś kogoś goni, ktoś gdzieś ucieka.

*

Brat, który nie przeżył, powiedział, że uciekinierzy przesadzają i nie przesadzają. Pod ruską granicą, w leśniczówce koło Jarczowiec, u drugiej ich babci, babci Ady, też można było godzinami siedzieć spokojnie w fotelu i patrzeć przez okno. Czasami podchodziły pod nie sarny albo zające czy lisy. I można było słuchać, jak babcia Ada wykłóca się z wujkiem Dorciem, że każe jej czytywać ilustrowane tygodniki kupowane w Buczaczu. – Tylko szastasz pieniędzmi, drogi zięciu – mówiła do niego. A on: – A skąd inaczej szanowna teściowa dowiedziałaby się, co to jest komunikacja powietrzna. Albo usypianie chloroformem. Zdejmowanie fotografii. Utrwalanie głosu na płycie gramofonowej. I że teraz kobiety noszą krótkie włosy i krótkie suknie. Za to mają więcej rozumu niż szanowna córeczka szanownej teściowej. I wymyślają nowoczesną prozę i poezję. I że w takim Związku Rad furorę robi filozof Marks, który zezwala nawet na posiadanie wspólnych żon. – Podczas gdy on w tej leśniczówce jedną tylko ma, a jakby wcale nie miał. Nawet w najczarniejszą bezksiężycową noc leży na łóżku zakutana w barchanowe majtki i koszule. On się wcale nie dziwi, że szanowny teść uciekł od teściowej aż nad rzekę Kongo i teraz mogą go sobie oglądać tylko na zdjęciu, pod którym widnieje napis: Tu są lwy i krokodyle, lecz odczuwam wszystkimi fibrami wolność.

Brat, który przeżył, oświadczył, że też chętnie poczułby wszystkimi fibrami wolność, a nie siedział w schronie. I zapytał, czy u babci Ady pod oknem przepływały statki albo czy podchodziły pod nie lwy i tygrysy. Brat, który nie przeżył, odpowiedział, że to to nie, ale że dziewiętnastego września, kiedy akurat był u niej z ojcem i matką na wakacjach, pod leśniczówkę podeszli Sowieci.

Przedtem ojciec nie bardzo chciał jechać w tak daleką drogę z żoną i tylko jednym synem. Ale akurat drugi był chory, córeczka też i musieli zostać nad rzeczką Osławą razem z babcią Manią. Chodziły słuchy, że będzie wojna i że Niemcy się czają, żeby na Polskę skoczyć. I że Sowieci też się czają jak hieny. Ojciec zwierzył się ze zmartwienia wujkowi Dorciowi, ale wujek Dorcio zawołał: – Ja się z takich strachów śmieję, że aż mnie krew zalewa. Pewnie, że w nadleśnictwie mówią podobnie, ale nawet jakby i jedni, i drudzy na nas skoczyli, no to co? Tylko rozkruszy się ten skostniały świat i przetasuje, a nas i tak nikt nie tknie. Bo każdemu będzie potrzebny jakiś leśniczy, jak ja. Czy jakiś księgowy, jak ty, czy to Sowietom, czy to Niemcom. Niech się zamartwiają ci z kupą pieniędzy i latyfundiami, ale za to bez żadnego fachu w ręce. Ty mi lepiej powiedz, czy to prawda, że kosmos jest zimny i czarny, mimo że w nim świecą miliardy słońc podobnych do naszego, i czy na księżycu jest dzień, czy go nie ma.

Kiedy pojechali to sprawdzić w bibliotece w Złoczowie, dowiedzieli się, że wybuchła wojna i że tłumy Polaków uciekają na Zaleszczyki i dalej. Wysłali list do babci Mani, żeby przyjeżdżała do leśniczówki razem z chorymi wnuczętami, ale odpowiedzi się nie doczekali. Za to doczekali się Sowietów.

Dziewiętnastego września trzydziestego dziewiątego roku cały dzień było cicho, sza, aż tu pod wieczór ni stąd, ni zowąd zaczęła płonąć stajnia i drewutnia. Kobiety wybiegły na dwór. Coś huknęło. Przed gankiem stała armata i konie, i jacyś wojskowi w dziwnych czapkach i z jeszcze dziwniejszymi epoletami. Konie stawały dęba. Świeciło słońce. Babcia krzyczała: – Co to znaczy?

Brat, który nie przeżył, schował się za olbrzymi zegar. Ojciec i wujek Dorcio schwycili za dubeltówki, wtedy dziwni żołnierze zawołali do babci trochę po polsku, trochę po rusku: – Dawaj nazad, babuszka. Pakować się i na Sybir, hajda, polskie panie. A gdzież to polscy panowie się podzieli?

Wtedy wujek z ojcem zaczęli strzelać, więc i Sowieci zaczęli strzelać. I wszystkich powystrzelali, tylko brata, który nie przeżył, nie zauważyli za tym zegarem.

Brat, który nie przeżył, musiał wyjść z ukrycia, bo zaczął się krztusić. Na ganku kucnął nad trupami. Jeden z nich nie był jednak trupem. Ruszał się i oddychał, choć cały był zlany krwią. Potem otworzył oczy i chwiejnie wstał. To była matka.

Do wsi nad rzeczką Osławą pod Sanokiem uciekali miesiąc. Kiedy dotarli na miejsce, babcia Mania ich nie poznała. Brat, który przeżył, wyliczył sobie później, że jeżeli oni uciekali miesiąc trzysta kilometrów, to on nad rzekę Kongo będzie uciekał dziesięć miesięcy. Bo od schronu do rzeki Kongo dzieliło go ze trzy tysiące kilometrów. Tak powiedzieli ci, którym zarekwirowano limuzynę. A co to jest takie głupie dziesięć miesięcy? Mniej więcej tyle już wszyscy siedzieli w schronie. Oprócz matki, bo ktoś musiał dawać im jeść i wynosić nieczystości.

*

Schron urządzono bardzo przemyślnie, choć najpierw był tylko zwykłą ziemną piwnicą usytuowaną w pewnym oddaleniu od domu tak ze sto lat temu, zanim wybuchła druga wojna światowa. Do piwnico-schronu schodziło się po gliniastych stopniach zamaskowanych darnią i ziemią. Potem był mały, bardzo niski korytarzyk i trzy komory. Trzymano w nich peklowane mięso w beczkach, kwaśne mleko, dziczyznę. Podczas wojny bolszewickiej dodrążono jeszcze jeden korytarzyk. Zapasowe wyjście.

Zapasowym wyjściem można się było przeczołgać na oddaloną od domu i schronu polanę. Polanę obrastały dęby, a obok nich, samotnie, stała stumetrowa sosna. Tak twierdził brat, który przeżył. Twierdził, że wyliczył sobie, ile ona ma metrów. A uciekinierzy, którym zarekwirowano limuzynę, twierdzili, że na świecie, który się rozciąga poza polaną i lasami, istnieją takie wysokie domy. Tak zwane kamienice. Albo pałace, zamki, kasztele, dzwonnice. Albo katedry i drapacze chmur.

Brat, który przeżył, postanowił to wszystko obejrzeć, zanim dotrze nad rzekę Kongo, do dziadka. Wyliczył sobie, że od początku świata nie można było przecież postawić więcej kamienic, katedr i drapaczy chmur niż jakieś tysiąc tysięcy. Więc jak skończy się wojna i będzie można wyjść ze schronu, on natychmiast ucieknie i to wszystko zobaczy. Byle przedtem nie latała w kółko oszalała krowa, która jak się nalatała, to pobiegła prosto do ich domu, wywaliła drzwi i wpadła do salonu.

Siostra zapytała braci, jak wygląda salon, a bracia zdziwili się, że tego nie pamięta. Przecież nie siedziała w schronie przez prawie pięć lat. Najpierw długo mieszkała normalnie w domu, więc i w salonie. Dopiero dziesięć miesięcy temu matka zdenerwowała się, że jak Niemcy zaczynają się cofać, to nad Osławę nadejdą Sowieci, i pochowała ich wszystkich w schronie. Żeby ich nie wytłukli.

Babcia Mania zaczęła płakać, że ona salonu też już nie pamięta. A ci z limuzyny, którzy nie zdążyli uciec do Szwecji przez Rumunię ani przez Węgry, powiedzieli, że też już zapomnieli, jak wyglądają normalne, nie gliniaste ściany, firanki na oknach, obrus na stole i czarna kawa w rosenthalowskich filiżankach na białym obrusie. Całymi dniami nic, tylko glina i glina, czasami polana, czołganie się po korytarzyku, pierzyny i przegniłe dywany.

Kiedy siostra wreszcie mogła zobaczyć na nowo salon, to okazało się, że okna w nim trzeba przysłonić kirem. Matka ubrana na czarno stała nad balią, odsłaniała siwy kosmyk włosów i farbowała na czarno ubrania jej i bratu, który przeżył.

Ci z limuzyny dziwili się, że można tak w jednej sekundzie osiwieć. Czytali o tym tylko w powieściach. Wydawało im się, że to są złe powieści. Do kostiumów przypięli sobie czarne kokardki i choć nastał koniec wojny, nie pognali do Szwecji, tylko czekali na pogrzeb.

Kiedy nastał ten koniec wojny, do matki przybiegli sąsiedzi spod Sanoka. Zaczęli strasznie krzyczeć z daleka. Babcia Mania uznała, że dają znać, aby uciekali przez zapasowe wyjście. Pierwszy zapasowym wyjściem zaczął czołgać się brat, który nie przeżył. Za nim babcia Mania. Zawołali pozostałych: – Chodźcie szybko, tylko że nas tu coś zatarasowało!

Potem huknęło, posypała się ziemia, korytarzyk się zawalił. Brat, który nie przeżył, i babcia Mania natknęli się na jakiś niewypał. Ci z limuzyny twierdzili, że raczej to była bomba samolotowa. Taka z opóźnionym zapłonem.

Trumny dla nich zbito ze stumetrowej sosny, która stała na polanie, nim powalił ją wybuch. Siostra otwierała szeroko oczy, żeby widzieć te trumny w salonie, ale wszędzie był dym. Matka powiedziała, że to nie jest prawda, dymu wcale nie ma. Przecież nawet nie palą się świece. Ci z limuzyny przyjrzeli się jej i uznali: – Pani córka chyba trochę oślepła, za długo siedziała w ciemnicy.

Brat, który przeżył, zaczął sobie obliczać, na ile kawałków mogło poharatać brata, który nie przeżył, i babcię Manię. W trumnie leżeli jakby w całości. Matka zemdlała.

Dwa miesiące po pogrzebie syna i teściowej matka zdecydowała się, że pojedzie na poniemieckie ziemie. Bo nad rzeczką Osławą koło Sanoka, choć wojna się skończyła, trwało nadal polowanie na ludzi. Jedno wojsko polskie polowało na drugie wojsko polskie i znowu trzeba było siedzieć w schronie.

Z okna wagonu, którym jechali na poniemieckie ziemie, siostra przez okopcone szkiełko mogła oglądać świat. Bez okopconego szkiełka nie mogła tego robić, bo oczy zachodziły jej mgłą i strasznie w nich coś kłuło. Więc z zakopconym szkiełkiem czatowała, kiedy zobaczy te kamienice wyższe od stumetrowej sosny, z której zrobiono trumny. Albo jeszcze wyższe katedry czy drapacze chmur. Albo krokodyle i rzekę Kongo.

Ale nie zobaczyła niczego więcej, tylko pola, pola i pola. Czasami rzeczkę, dróżkę, chwasty, jakie rosły obok schronu, i laski podobne do tego, jaki rósł koło ich domu nad rzeczką Osławą. Czasami w szparach migały jakieś słupy. A raz gromada mężczyzn z widłami w dłoniach goniła jakiegoś pojedynczego mężczyznę. Raz w potoczku leżał koń. Był sztywny, miał rozpłatany brzuch i sterczące ku niebu nogi.

Do kamienicy w poniemieckim mieście doprowadzono ją z opaską na oczach, bo krwawiły i ciekła z nich jakaś ciecz. I nie wolno jej było oglądać niczego nawet przez okopcone szkiełko. Tylko nocami mogła spać bez opaski. I to wtedy, kiedy nie świecił księżyc. W jakimś pomieszczeniu położono ją na stercie pierzyn. Została sama, bo brat i matka gdzieś biegali i nie mieli dla niej czasu. Uchyliła opaskę. Był wieczór. Przybiegł brat. Zapalił świeczkę. Po ścianach wysokiego pomieszczenia zaczęły pełzać cienie. Zupełnie jak w schronie. Brat wcisnął jej do ręki kawałek chleba z marmoladą i kubek gorącej wody. Powiedział: – To jest kuchnia w kamienicy. – I wyliczył jej, że kamienica ma cztery piętra i że na tych czterech piętrach mieści się dwanaście mieszkań. I że każde mieszkanie ma po cztery pokoje z kuchnią, a każdy pokój ma po dwa okna. I że ściany tej kamienicy są grube na półtora metra.

Za oknem kuchni coś monotonnie szumiało, cichło i warczało. Zapytała brata, czy to tak szumi, cichnie i warczy morze, i czy za oknem płyną statki. Ale brat powiedział, że to tak warczy, cichnie i szumi ulica miejska, po której chodzą piesi i jeżdżą wojskowe dżipy, a także ciężarówki z przesiedleńcami. Chciała to zobaczyć, ale nie mogła wstać. Przeniesiono ją do osobnego pokoju. – Życie musi iść naprzód – orzekła matka. – Siostra ci niedługo wyzdrowieje.

Brat biegał całymi dniami jak oszalały, ale od czasu do czasu wpadał do jej pokoju z różnymi wieściami i z jedzeniem. – Całe szczęście, że jest tu bieżąca woda i że nie muszę latać po nią do potoku ani ciągnąć jej ze studni. Jak wstaniesz, to zobaczysz, jak to działa.

Pewnego wieczora przybiegł z wieścią, że do kamienicy wprowadziło się już osiem rodzin i że wszystkie mają dzieci. Wszyscy mówią po polsku, tylko jedna rodzina strasznie zaciąga, a jeszcze jedna między sobą mówi po niemiecku, co mu się przyda. Bo się od tej rodziny nauczy niemieckiego. Jak będzie uciekał do dziadka nad rzekę Kongo przez Niemcy, nikt nie pozna, że on nie jest Niemcem.

Poza tym, pan Ślużyński, który się tu przeprowadził z nieodległej osady, chodzi jak panisko w kapeluszu i wyzywa wszystkich od kurwadziadów zza Buga. Pani Śliwowa wypadła z okna, bo zapomniała, że mieszka na czwartym piętrze. Połamała nogi. I też leży w osobnym pokoju. A pan Śliwa udaje, że szuka pracy, i znika na całe dnie, ale wiadomo, gdzie znika. Biega po opustoszałych jeszcze kamienicach i kuje ściany, i szuka w tych ścianach złotych łyżek. A ze wszystkimi przyjechały duchy i zaczęły straszyć.

Bo poniemieckich duchów tu nie ma i nie straszą. Tylko koło zamczyska, które stoi ze dwa kilometry od ich kamienicy, nocami jeździ karoca zaprzęgnięta w sześć czarnych koni. Powozi nimi woźnica bez głowy. Ale się go nikt nie boi i wszyscy wynoszą z zamku, co chcą. A brat wyniósł sobie bobsleje. Idzie zima, więc te bobsleje jak znalazł. Będzie się lepiej na nich uciekało. Polskich duchów zaczynają się trochę bać. Jeden z nich pokazuje się jako wstążka i woła: – Modlitwy! – Ten duch przyjechał razem z panią Niewirowską spod Wilna. I jest jej bratem zakatowanym przez bolszewików. Pani Śliwowa twierdzi, że jej duch groźniejszy. Nikt nie wie, skąd się wziął w Waplewie pod Olsztynem, ale tam tego demona wszyscy znają. Nie robi nic takiego, tylko szczęka nocą pokrywkami. Ale kiedy szczęknie, zbliża się jakaś wojna. Ostatnio znowu zaczął szczękać, aż zasnąć nie można.

Brat, który przeżył, trochę się tym szczękającym pokrywkami duchem zdenerwował. Gdyby przyszła nowa wojna, toby mu mocno pokrzyżowało szyki. Wyliczył sobie, że ten dziadek znad rzeki Kongo nie pożyje już długo. Starzy ludzie umierają nawet nad rzeką Kongo. A tu jeszcze doszły jakieś wieści, że zaczynają uszczelniać polskie granice.

Nawet zapytał matki, co takie uszczelnianie znaczy. Czy jest to podobne do uszczelniania okien na zimę. Bo jak tak, to nawet mróz się niedługo przez granicę nie przedostanie, a co dopiero on z bobslejami i nartami. I jeszcze dodatkowo doszły wieści, że Zachód zaprzedał Polskę jakiemuś Stalinowi i że teraz dopiero zacznie się polowanie, i że już milicjantowi Gajdzie nakazano nasłuchiwać, czy czasami wśród przesiedleńców nie ma kogoś z Armii Krajowej.

Jakby wszystkiego było za mało, pewnej nocy przyszli do kamienicy jacyś mężczyźni. Mieli broń. Zabierali wszystko, co popadnie, i ładowali na wojskowe ciężarówki. I bobsleje, i maszyny do szycia. I poniemieckie serwisy.

Zerwali siostrze opaskę z oczu, bo mogła pod nią ukrywać przed nimi złote obrączki rodziców.

*

Brat, który przeżył, po raz pierwszy w życiu zapłakał. Po odejściu mężczyzn powiedział: – Nigdy nikt się stąd nie wymknie, a polowanie nigdy się nie skończy.

Potem położył się na łóżku. – Dajcie mi też czarną opaskę na oczy. Nie chcę niczego oglądać. Nawet bobslejów już nie mam.

Następnego dnia ulicą przejechał ciężarowy wóz pełen choinek. Po raz pierwszy też w życiu brat, który przeżył, przybiegł wystraszony. – Komu oni tyle trumien będą robili, wszyscy kupują po choince i mówią coś o świętach. Czy w każdej rodzinie teraz ktoś nie przeżyje?

ROZDZIAŁ II Schron

Ciąg dalszy w wersji pełnej

ROZDZIAŁ III Góry Ciemności

Dostępne w wersji pełnej

ROZDZIAŁ IV Żelazna Kurtyna

Dostępne w wersji pełnej

ROZDZIAŁ V Cudza skóra, czyli historia choroby, historia żałoby

Dostępne w wersji pełnej

ROZDZIAŁ VI Sidła

Dostępne w wersji pełnej

ROZDZIAŁ VII Mgła

Dostępne w wersji pełnej

ROZDZIAŁ VIII Podróżnik

Dostępne w wersji pełnej

ROZDZIAŁ IX Liść

Dostępne w wersji pełnej

ROZDZIAŁ X Znowu ta Greta

Dostępne w wersji pełnej

ROZDZIAŁ XI Wieża

Dostępne w wersji pełnej

OD AUTORKI

Dostępne w wersji pełnej

Wydawca

Agata Pieniążek

Redaktor prowadzący

 Beata Kołodziejska

Redakcja

 Marianna Sokołowska

Redakcja techniczna

 Lidia Lamparska

Korekta

 Jadwiga Przeczek

 Marzenna Kłos

Copyright © by Zyta Oryszyn, Warszawa 2012

Copyright © by Weltbild Polska Sp. z o.o., Warszawa 2012

Copyright © for the e-book edition by Weltbild Polska Sp. z o.o., Warszawa 2012

Świat Książki

Warszawa 2012

Weltbild Polska Sp. z o.o.

ul. Hankiewicza 2, 02-103 Warszawa

Księgarnia internetowa: Weltbild.pl

Niniejszy produkt objęty jest ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że wszelkie udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, upublicznianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych – jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

ISBN 978-83-273-0210-6

Nr 90453150

Plik ePub opracowany przez firmę eLib.pl

al. Szucha 8, 00-582 Warszawa

e-mail: kontakt@elib.pl

www.eLib.pl