Ocal mnie - Abbi Glines - ebook

14 osób właśnie czyta

Opis

Ona straciła swoją miłość.
On pogubił się w życiu.
Czy uratują siebie nawzajem?
 
Cage, pożeracz damskich serc, nie wie, co to prawdziwa miłość. Jego życie to ciągła zabawa, dziewczyny na jedną noc, alkohol… do czasu, gdy zostaje zatrzymany za jazdę samochodem po kilku drinkach. Żeby odpracować winę i utrzymać stypendium do najlepszej szkoły dla koszykarzy, wyjeżdża na wieś pomagać w gospodarstwie. Tam poznaje Evę.
 
Eva zaplanowała swoje życie krok po kroku. Od najmłodszych lat towarzyszył jej Josh – jej młodzieńcza sympatia. Pierwszy chłopak, pierwszy pocałunek, pierwsza randka. Taka miłość nie zdarza się często. Wiadomość o jego śmierci spada na nią nieoczekiwanie. Żal i samotność wypełniają jej codzienność. Do chwili, gdy poznaje Cage’a…
 
 
Czy szalony chłopak z innego świata, będzie umiał rozkochać ją w sobie?
Czy wspólnie pomogą sobie zapomnieć o przeszłości?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 268

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Ta książka jest dla moich dziewczyn z FP.

Wiecie, o kim mówię i wiecie, jak za wami szaleję.

Są rzeczy, które możesz powiedzieć tylko komuś,

kto je zrozumie…

A wy, dziewczyny, rozumiecie.

– Pro­log –

– Two­ja mama przy­nio­sła mi dzi­siaj list. – Ból w klat­ce pier­sio­wej był tak sil­ny, że mu­sia­łam wal­czyć z chę­cią sku­le­nia się i za­wy­cia. – Prze­czy­ta­łam każ­de sło­wo. Kil­ka­krot­nie.

Je­sien­ny wiatr pie­ścił moją twarz, ale nie był wy­star­cza­ją­co sil­ny, by osu­szyć łzy na po­licz­kach. A te ni­g­dy się nie koń­czy­ły. Nie prze­sta­wa­ły pły­nąć. Prze­ły­ka­jąc cięż­ko śli­nę, zmu­si­łam się do kon­ty­nu­owa­nia. Mu­siał mnie wy­słu­chać.

– To nie fair, wiesz… List nie jest do­brym spo­so­bem na po­że­gna­nie. To jest do bani, Josh. To tak cho­ler­nie trud­ne. – Z ust wy­rwał mi się jęk roz­pa­czy. Przy­ci­snę­łam do pier­si za­ci­śnię­te pię­ści. Jak wie­le cier­pie­nia jest w sta­nie wy­trzy­mać ser­ce, za­nim roz­pad­nie się na mi­lion ka­wał­ków?

– Za­wsze mi po­wta­rza­łeś, że ra­zem się ze­sta­rze­je­my. Bę­dzie­my sie­dzieć na huś­taw­ce na gan­ku i trzy­ma­jąc się za ręce, ob­ser­wo­wać na­sze ba­wią­ce się na po­dwór­ku wnu­ki. Obie­ca­łeś – wy­krztu­si­łam, do­ty­ka­jąc kciu­kiem ma­leń­kie­go dia­men­tu na pier­ścion­ku, któ­ry sześć mie­się­cy wcześ­niej wło­żył mi na pa­lec.

– Zła­ma­łeś daną mi obiet­ni­cę. Ni­g­dy wcześ­niej ci się to nie zda­rzy­ło. Tym ra­zem mnie za­wio­dłeś i zo­sta­wi­łeś za sobą tyl­ko list. Jak mam so­bie te­raz z tym po­ra­dzić, co? Spo­dzie­wa­łeś się, że go prze­czy­tam i tak po pro­stu wszyst­ko bę­dzie le­piej? Ocze­ki­wa­łeś, że chwi­lę po­pła­czę i za­po­mnę? – Nie uzy­skam żad­nej od­po­wie­dzi. Nic poza li­stem cią­żą­cym mi te­raz w tyl­nej kie­sze­ni. Był tak prze­mo­czo­ny łza­mi, że kil­ka słów było w tym mo­men­cie kom­plet­nie nie­czy­tel­nych. To jed­nak nie mia­ło­żad­ne­go zna­cze­nia. Zna­łam go na pa­mięć. Każ­de. Ko­lej­ne. Sło­wo.

– Za­czę­łam na­wet pi­sać od­po­wiedź, żeby ci ją dzi­siaj przy­nieść. Moja ostat­nia szan­sa na kil­ka słów po­że­gna­nia, ale nie po­tra­fi­łam. W li­ście nie da się krzy­czeć. Sło­wa prze­la­ne na pa­pier nie od­da­dzą kłę­bią­cych się we mnie emo­cji. – Się­gnę­łam do kie­sze­ni spodni i wy­cią­gnę­łam zde­ze­lo­wa­ny list, któ­ry już do koń­ca ży­cia bę­dzie mnie drę­czył.

– Za­miast pi­sać, po­sta­no­wi­łam od­po­wie­dzieć ci twa­rzą w twarz. Tyl­ko tak bę­dzie fair. Nie… to nie bę­dzie fair – do­da­łam gniew­nie – po­nie­waż nic z tego, co się wy­da­rzy­ło, nie jest fair, a jed­nak tyl­ko tyle do­sta­łam. Tyl­ko na tyle mi po­zwo­li­łeś.

Ostroż­nie otwo­rzy­łam jed­no­stro­ni­co­wy list. Nie chcia­łam go po­drzeć, bo za­war­te w nim sło­wa były wszyst­kim, co mi po­zo­sta­ło. Za­czę­łam czy­tać na głos:

– Moja Evo Blue. – Łzy po­cie­kły mi po po­licz­kach. Wy­po­wie­dze­nie prze­zwi­ska, ja­kie nadał mi Josh, gdy mia­łam za­le­d­wie dzie­więć lat, było bo­le­sne. Jak mam prze­czy­tać ca­łość bez za­ła­ma­nia się?

– To, że pi­szę ten list, boli mnie bar­dziej, niż je­steś to so­bie w sta­nie wy­obra­zić. Nie chcia­łem, że­byś kie­dy­kol­wiek mu­sia­ła go czy­tać, ale wie­rzę, że za­słu­gu­jesz na sło­wa po­że­gna­nia. Za­słu­gu­jesz na o wie­le wię­cej i Bóg mi świad­kiem, że kie­dyś bę­dziesz mia­ła ży­cie, ja­kie go­dzi­na­mi pla­no­wa­li­śmy ra­zem. – Za­mil­kłam i pod­nio­słam wzrok znad kart­ki pa­pie­ru.

– To były na­sze pla­ny, Josh. Moje i two­je. Nie na­le­ża­ły tyl­ko do mnie. Były na­sze, do cho­le­ry! Jak mo­głeś mnie tak zo­sta­wić? Już wszyst­ko mie­li­śmy za­pla­no­wa­ne. Te wszyst­kie noce pod gwiaz­da­mi, kie­dy wy­bie­ra­li­śmy imio­na na­szych dzie­ci, ko­lor sy­pial­ni, kwia­ty, ja­kie po­sa­dzi­my w do­nicz­kach na gan­ku, nasz do­mek na pla­ży, TO WSZYST­KO­BY­ŁO NA­SZE!

Ko­lej­ne łzy spły­wa­ły mi po po­licz­kach. Szyb­ko otar­łam je z twa­rzy, za­nim zdo­ła­ły spaść na pa­pier. Mu­sia­łam to do­koń­czyć. Choć było to po­twor­nie trud­ne, mu­sia­łam do­pro­wa­dzić spra­wę do koń­ca. To nie było za­mknię­cie. Ono ni­g­dy nie bę­dzie mi dane. Bę­dzie to je­dy­nie coś naj­bliż­sze­go po­że­gna­niu.

– Ko­cha­łem cię od mo­men­tu, kie­dy spoj­rza­łem w te two­je nie­bie­skie oczy. Na­wet w wie­ku pię­ciu lat by­łem pe­wien, że żad­na inna dziew­czy­na nie zaj­mie już miej­sca w moim ser­cu. Nikt nie mógł się z tobą rów­nać. Dla mnie za­wsze by­łaś tyl­ko ty, Evo Bro­oks. Za­wsze. Pro­szę cię, pa­mię­taj o tym. By­łaś je­dy­ną oso­bą, któ­ra się dla mnie li­czy­ła. Nikt nie zdo­był mo­je­go ser­ca tak jak ty. Moje ży­cie było na­zna­czo­ne każ­dym ko­lej­nym ro­kiem, kie­dy co­raz bar­dziej za­ko­chi­wa­łem się w sza­lo­nej, dzi­kiej, pięk­nej dziew­czy­nie z są­siedz­twa. Ży­łem w po­dzi­wie, że ten ide­ał, ten anioł, chciał właś­nie mnie, że ta wspa­nia­ła ko­bie­ta zo­sta­nie moją żoną. Przy­szłość, jaką so­bie za­pla­no­wa­li­śmy, o ja­kiej ma­rzy­li­śmy, była czymś, co trzy­ma­ło mnie przy ży­ciu. – Opa­dłam na zie­mię i przy­cią­gnę­łam ko­la­na do pier­si. Cią­gle pła­cząc, zmu­si­łam się do sku­pie­niaw­zro­ku na sło­wach, któ­re mu­sia­łam prze­czy­tać. Mu­sia­łam. Mu­sia­łam.

– Mo­dlę się do Boga, byś ni­g­dy nie mu­sia­ła czy­tać tego li­stu. Chcę, żeby był on czymś, co wy­cią­gnę z se­kret­nej skrzy­ni, kie­dy bę­dzie­my już sta­rzy i siwi. Wte­dy uśmiech­nie­my się do sie­bie i zro­zu­mie­my, jak bar­dzo po­win­ni­śmy być wdzięcz­ni za to, że ten list ni­g­dy nie zo­stał prze­czy­ta­ny. Ale, Evo, je­śli kie­dy­kol­wiek otrzy­masz go od mo­jej mat­ki, wiedz jed­no: ko­cha­łem cię do ostat­nie­go od­de­chu. By­łaś je­dy­ną oso­bą, o któ­rej my­śla­łem, za­pa­da­jąc w wiecz­ny sen. Dany nam wspól­ny czas był lep­szy, niż czło­wiek może ocze­ki­wać. Moje ży­cie było ra­jem na zie­mi, po­nie­waż spę­dzi­łem je z tobą.

– Mój Boże, Josh. Nie dam so­bie rady bez cie­bie! Nie dam rady. Tak bar­dzo cię ko­cham. Pro­szę cię, pro­szę, Boże – łka­łam głoś­no. Nikt mnie nie sły­szał. Cmen­tarz był pu­sty.

Ostat­nich kil­ka li­ni­jek li­stu było naj­trud­niej­szych do za­ak­cep­to­wa­nia. Jak w ogó­le mógł my­śleć, że coś ta­kie­go jest moż­li­we?

– Pew­ne­go dnia ból mi­nie. Ży­cie po­to­czy się swo­imi to­ra­mi. Inny szczę­śli­wiec znaj­dzie miej­sce w two­im ser­cu. Kie­dy tak się sta­nie, ko­chaj go. Żyj da­lej. Żyj tym szczę­śli­wym ży­ciem, na któ­re za­słu­gu­jesz. Wiedz o tym, że cię ko­cham. Wiedz, że dzię­ki to­bie moje ży­cie było kom­plet­ne. Ale żyj da­lej, Evo. Ko­chaj. Żyj wła­snym ży­ciem. Ko­cham, Josh.

– Roz­dział I –

Osiem­na­ście mie­się­cy póź­niej…

Cage

– Dzię­ki za pod­wie­zie­nie – po­wie­dzia­łem, się­ga­jąc po tor­bę, w któ­rej znaj­do­wa­ła się cała moja let­nia gar­de­ro­ba.

– Zro­bi­łem to dla Low – przy­po­mniał mi już po raz dru­gi Mar­cus Har­dy. Moja naj­lep­sza przy­ja­ciół­ka, Wil­low, była la­ską, nie­ziem­sko go­rą­cą la­ską. Mar­cus, jej na­rze­czo­ny, za­cho­wy­wał się cza­sa­mi jak eli­tar­ny du­pek, ale ja­koś so­bie z nim ra­dzi­łem. Mu­sia­łem, je­śli mia­łem za­miar na­dal go­ścić w jej ży­ciu. Naj­waż­niej­sze, że fa­cet miał świa­do­mość, jak cho­ler­nie nie­zwy­kła jest Low. I je­śli tak zo­sta­nie, będę w sta­nie go ak­cep­to­wać.

– Ni­g­dy tego nie kwe­stio­no­wa­łem – od­par­łem z uśmiesz­kiem, za­kła­da­jąc na ra­mię pa­sek tor­by.

Swo­ją uwa­gę prze­nio­słem na wiel­ki, bia­ło-be­żo­wy wiej­ski dom. Oto­czo­ny był hek­ta­ra­mi traw­ni­ków, drzew i całą masą krów – tak właś­nie wy­glą­dał mój let­ni czy­ściec.

Od­wró­ci­łem się do Mar­cu­sa, ski­ną­łem mu gło­wą na po­że­gna­nie i za­mie­rza­łem właś­nie za­trza­snąć za sobą drzwi. Wie­dzia­łem, że chciał jak naj­szyb­ciej wró­cić do Sea Bre­eze, gdzie cze­ka­ła na nie­go Low. Nikt nie chciał­by utknąć w tym kro­wim mie­ście.

– Cage, po­cze­kaj – za­wo­łał, za­nim cał­ko­wi­cie za­mkną­łem drzwi sa­mo­cho­du. Po­wo­li znów je otwo­rzy­łem i unio­słem py­ta­ją­co brew. Cze­go on mógł ode mnie chcieć? Przez całą dro­gę tu­taj pra­wie wca­le się nie od­zy­wał.

– Nie za­wal tego, do­brze? Zo­stań trzeź­wy. Nie pro­wadź sa­mo­cho­du, do­pó­ki nie od­zy­skasz z po­wro­tem praw­ka i po­sta­raj się nie wku­rzyć swo­je­go go­spo­da­rza. To lato za­de­cy­du­je o two­jej przy­szło­ści, Low bar­dzo się tym przej­mu­je. Nie chcę, żeby się o cie­bie mar­twi­ła. Tak dla od­mia­ny po­myśl te­raz o kimś in­nym, a nie tyl­ko o so­bie. – No cho­le­ra, właś­nie do­sta­łem ro­dzi­ciel­ską uwa­gę od pie­przo­ne­go Mar­cu­sa Har­dy’ego. Czyż to nie uro­cze?

– Mar­cu­sie, do­sko­na­le wiem, co się sta­nie, je­śli to za­wa­lę. Ale dzię­ki za przy­po­mnie­nie. – Po­zwo­li­łem, by każ­de wy­po­wie­dzia­ne prze­ze mnie sło­wo ocie­ka­ło sar­ka­zmem.

Mar­kus skrzy­wił się i ewi­dent­nie miał za­miar po­wie­dzieć coś jesz­cze, ale naj­wy­raź­niej zmie­nił zda­nie. Po­krę­cił tyl­ko gło­wą i wrzu­cił wstecz­ny bieg. Ko­niec roz­mo­wy. Gość po­wi­nien się na­uczyć nie wty­kać nosa w nie swo­je spra­wy.

Trza­sną­łem drzwia­mi sa­mo­cho­du i po­now­nie sku­pi­łem wzrok na bu­dyn­ku. Za sobą usły­sza­łem chrzęst opon wozu Mar­cu­sa od­jeż­dża­ją­ce­go żwi­ro­wa­ną ścież­ką. Le­piej pój­dę przy­wi­tać się ze swo­im wa­ka­cyj­nym stró­żem i roz­pocz­nę tę całą szop­kę. Uszczę­śli­wie­nie tego go­ścia było moim naj­waż­niej­szym za­da­niem. Przez naj­bliż­sze dwa i pół mie­sią­ca będę się zaj­mo­wał jego kro­wa­mi i wy­ko­ny­wał inne go­spo­dar­skie pra­ce fi­zycz­ne, co ma prze­ko­nać mo­je­go tre­ne­ra, żeby nie wy­rzu­cał mnie z ze­spo­łu. Jaz­da po pi­ja­ku, za któ­rą mu­siał wy­cią­gać mnie z paki, zo­sta­nie za­po­mnia­na, a ja wciąż będę do­sta­wał sty­pen­dium. W tym pla­nie były je­dy­nie trzy sła­be punk­ty:

1. Żad­nych dziew­czyn.

2. Nie­na­wi­dzę pra­cy fi­zycz­nej.

3. Żad­nych dziew­czyn.

Poza tym nie było aż tak źle. Nie­dzie­le mia­łem mieć wol­ne. Wte­dy też będę mógł za­spo­ka­jać swój głód sek­sow­ny­mi stu­dent­ka­mi w mi­kro­sko­pij­nych ko­stiu­mach ką­pie­lo­wych.

Do­tar­łem do drzwi wej­ścio­wych. Nie po­wiem, ga­nek oka­la­ją­cy cały bu­dy­nek był cał­kiem nie­zły. Nie krę­ci­ły mnie wiej­skie kli­ma­ty, ale to miej­sce nie było aż ta­kie tra­gicz­ne. Ob­sta­wia­łem, że wszyst­kie sy­pial­nie w tym domu były od­po­wied­nio prze­stron­ne.

– Pew­nie je­steś tym go­ściem, któ­re­go Wil­son za­trud­nił na wa­ka­cje – po­wie­dział sto­ją­cy na scho­dach gan­ku chło­pak w prze­tar­tych dżin­sach i od­je­cha­nych bu­tach. Uśmie­chał się, jak­by na­praw­dę cie­szył się z tego, że się zja­wi­łem. To mu­siał być syn go­spo­da­rza. A od te­raz to ja będę prze­rzu­cał kro­wie łaj­no. To za­pew­ne wy­star­cza­ją­cy po­wód, by gość za­pa­łał do mnie sym­pa­tią.

– Taa – od­par­łem. – Cage York. Przy­słał mnie tre­ner Mack.

Fa­cet uśmiech­nął się sze­ro­ko i ski­nął gło­wą, wci­ska­jąc obie dło­nie w przed­nie kie­sze­nie swo­ich spodni. Je­dy­nym, cze­go mu bra­ko­wa­ło do wy­glą­du ste­reo­ty­po­we­go chło­pa­ka ze wsi, było wi­szą­ce z ust źdźbło tra­wy.

– Ach, ra­cja. Sły­sza­łem co nie­co o to­bie. Jaz­da po pi­ja­ku. Czło­wie­ku, do bani. Zwłasz­cza że Wil­son jest ni­czym po­ga­niacz nie­wol­ni­ków. Ja i mój brat pra­co­wa­li­śmy dla nie­go pra­wie przez całe li­ceum. Przy­się­gam, że już ni­g­dy nie wsią­dziesz pi­ja­ny za kie­row­ni­cę.

Wy­glą­da­ło na to, że gość nie był jed­nak sy­nem go­spo­da­rza. Przy­ta­ku­jąc, od­wró­ci­łem się, żeby za­pu­kać do drzwi.

– Wil­son nie wró­cił jesz­cze z za­gro­dy. Bę­dzie tu za ja­kąś go­dzi­nę. – Chło­pak wy­cią­gnął do mnie rękę. – A tak w ogó­le to je­stem Je­re­my Be­asley. Są­dzę, że czę­sto bę­dzie­my się wi­dy­wać tego lata, sko­ro zo­sta­li­śmy są­sia­da­mi. A, i jest jesz­cze Eva. – Za­milkł, a jego wzrok skie­ro­wał się w stro­nę drzwi. Już chcia­łem go za­py­tać, kim jest ta cała Eva, ale po­dą­ży­łem za jego spoj­rze­niem i moim oczom uka­za­ło się sto­ją­ce przy drzwiach świa­teł­ko w tu­ne­lu.

Dłu­gie, brą­zo­we wło­sy, de­li­kat­nie za­krę­co­ne i prze­rzu­co­ne przez na­gie ra­mię. Naj­czyst­sze błę­kit­ne oczy, ja­kie kie­dy­kol­wiek wi­dzia­łem, w opra­wie czar­nych, gę­stych rzęs. No i te czer­wo­ne usta – do­peł­nia­ły dzie­ła sztu­ki, ja­kim była jej twarz. Opu­ści­łem po­wo­li wzrok, by na­pa­wać się wi­do­kiem gład­kiej, opa­lo­nej skó­ry, któ­rą tyl­ko w nie­wiel­kim stop­niu za­sła­nia­ły ską­pa góra od bi­ki­ni oraz nie­wiel­kie, opię­te na kształt­nych bio­drach, szor­ty. Po­tem sku­pi­łem się na no­gach. Cią­gnę­ły się w nie­skoń­czo­ność, aż do miej­sca, gdzie ma­lut­kie, na­gie sto­py z czer­wo­ny­mi pa­znok­cia­mi do­my­ka­ły sto­ją­cy przede mną pa­kiet ide­al­ny. Cho­le­ra. Może po­wi­nie­nem był czę­ściej od­wie­dzać wieś. Nie wie­dzia­łem, że mają tu ta­kie la­ski.

– Evo, nie je­steś jesz­cze go­to­wa? My­śla­łem, że zdą­ży­my na osiem­na­stą trzy­dzie­ści – po­wie­dział zza mo­ich ple­ców Je­re­my. Ach, do dia­bła. Nie może być. Ta bo­gi­ni z tym go­ściem? Znów spoj­rza­łem na jej twarz. Błę­kit­ne oczy wpa­try­wa­ły się we mnie. Po­waż­nie, ni­g­dy wcześ­niej nie wi­dzia­łem tak nie­bie­skich oczu.

– Kim je­steś? – Jej oschły ton nie­co mnie za­sko­czył.

– Spo­koj­nie, mała. Za­cho­wuj się. To jest fa­cet, któ­ry tego lata bę­dzie po­ma­gał two­je­mu ojcu. – W jej oczach po­ja­wi­ło się coś, co przy­po­mi­na­ło od­ra­zę. Se­rio? Wi­dy­wa­łem już u la­sek taki wy­raz twa­rzy, ale by­wa­ło to do­pie­ro po tym, jak któ­rąś z nich wy­ko­rzy­sta­łem i od­rzu­ci­łem. In­te­re­su­ją­ce.

– Je­steś pi­ja­kiem – za­czę­ła.

To nie było py­ta­nie. Więc nie od­po­wie­dzia­łem. Po­pa­trzy­łem na nią ze swo­im po­pi­so­wym uśmiesz­kiem, któ­ry za­zwy­czaj na­tych­mia­sto­wo to­pił ko­bie­cą bie­li­znę, i pod­sze­dłem bli­żej.

– Mam wie­le imion, skar­bie – od­po­wie­dzia­łem w koń­cu.

Zdzi­wio­na unio­sła brwi, za­raz jed­nak wy­pro­sto­wa­ła się i po­sła­ła mi naj­zim­niej­sze spoj­rze­nie, ja­kie­go kie­dy­kol­wiek do­świad­czy­łem. O co tej la­sce­cho­dzi­ło?

– Za­pew­ne. Po­zwól, że zgad­nę: We­ne­ryk, Fra­jer, Du­pek, Pi­jak i jesz­cze parę in­nych – zri­po­sto­wa­ła, po czym ode­szła od drzwi, przy oka­zji trza­ska­jąc nimi o ścia­nę. Spoj­rza­ła na Je­re­my’ego, któ­ry, jak sło­wo daję, za­chi­cho­tał, oglą­da­jąc tę sce­nę.

– Nie mogę iść do kina, Jer. Mu­sisz po­je­chać ze mną do pani Ma­bel i po­móc w na­pra­wie jej stud­ni.

– Zno­wu?

– Tak, zno­wu. Ona na­praw­dę po­trze­bu­je no­wej stud­ni.

Eva mi­nę­ła mnie, zła­pa­ła Je­re­my’ego za ra­mię i po­cią­gnę­ła go w stro­nę scho­dów. Naj­wy­raź­niej na­sza roz­mo­wa do­bie­gła koń­ca.

– Czy twój tata dzwo­nił już do jej sy­nów? Po­win­ni tu wró­cić i po­móc mat­ce – po­wie­dział Je­re­my, po­dą­ża­jąc za nią bez opo­rów. Żad­ne z nich na­wet nie obej­rza­ło się za sie­bie.

Co to, do dia­bła, było? Kto od­cho­dzi bez sło­wa, zo­sta­wia­jąc nie­zna­jo­me­go na gan­ku? Eva była nie­zwy­kle pięk­ną, ale to­tal­nie wal­nię­tą la­ską.

– Hej, czy mogę wejść do środ­ka? – za­wo­ła­łem.

Eva za­trzy­ma­ła się i od­wró­ci­ła na pię­cie. Na jej twa­rzy znów po­ja­wił się ten znie­sma­czo­ny gry­mas.

– Do domu? Och, nie – od­par­ła, krę­cąc gło­wą, jak­bym to ja był wa­ria­tem. Pod­nio­sła dłoń i wska­za­ła w stro­nę dwu­pię­tro­wej, czer­wo­nej sto­do­ły, któ­ra znaj­do­wa­ła się za do­mem. – Twój po­kój jest na ty­łach sto­do­ły. Jest tam łóż­ko i prysz­nic.

No cóż, czyż to nie cu­dow­ne…?

Eva

Nie­na­wi­dzi­łam ta­kich go­ści. Dla nie­go ży­cie było żar­tem. Nie mia­łam wąt­pli­wo­ści, że dziew­czy­ny, bez wzglę­du na wiek, le­ża­ły mu u stóp, za­pew­ne śli­niąc się przy tym ob­fi­cie. Był zdro­wy, pe­łen ży­cia i za­cho­wy­wał się tak, jak­by wszyst­ko było dla nie­go tyl­ko grą.

– Scho­waj pa­zur­ki, skar­bie. Po­sta­wi­łaś na swo­im. Już nie bę­dzie wo­kół cie­bie wę­szył. – Je­re­my ści­snął de­li­kat­nie moje ko­la­no, po czym włą­czył ra­dio.

– On jest dup­kiem – wy­ce­dzi­łam przez za­ci­śnię­te zęby.

Je­re­my za­śmiał się do­no­śnie i po­pra­wił nie­co swo­ją po­zy­cję na sie­dze­niu. Czu­łam, że nie jest pe­wien, jak po­wi­nien za­re­ago­wać. Je­dy­ną oso­bą, któ­ra zna­ła mnie rów­nie do­brze, albo i le­piej, był Josh – jego brat bliź­niak i mój na­rze­czo­ny. Do­ra­sta­li­śmy ra­zem, we trój­kę. Je­re­my za­wsze był tym, któ­re­go uzna­wa­no za swe­go ro­dza­ju dzi­wa­ka, ale za­rów­no ja, jak i Josh ro­bi­li­śmy co w na­szej mocy, żeby an­ga­żo­wać go w na­sze ży­cie.

Kie­dy osiem­na­ście mie­się­cy temu Josh zgi­nął od wy­bu­chu bom­by w Bag­da­dzie, je­dy­ną oso­bą, któ­rej to­wa­rzy­stwo to­le­ro­wa­łam, był właś­nie Je­re­my. Ich mama twier­dzi­ła, że to dla­te­go, bo tyl­ko on mógł zro­zu­mieć mój ból. W ja­kimś sen­sie obo­je stra­ci­li­śmy na­szą dru­gą po­łów­kę.

– Ja­kim cu­dem uda­ło ci się wy­wnio­sko­wać to ze zwy­kłej, krót­kiej roz­mo­wy z tym go­ściem? Jak dla mnie wy­da­je się cał­kiem miły.

Je­re­my za­wsze był opty­mi­stą. W lu­dziach wi­dział to, co naj­lep­sze. Moim za­da­niem było chro­nie­nie go przed tymi, któ­rzy chcie­li wy­ko­rzy­stać jego za­ufa­nie. Josh już nie mógł tego ro­bić.

– Zna­lazł się tu­taj, bo pro­wa­dził po pi­ja­ku, Jer. To nie jest ja­kieś tam małe wy­kro­cze­nie. Mógł wje­chać w ja­kąś ro­dzi­nę. Mógł za­bić czy­jeś dziec­ko. To ego­istycz­ny du­pek. – Cho­ler­nie do­brze przy tym wy­glą­da­ją­cy, je­śli mam być szcze­ra. Z tym będę mu­sia­ła ja­koś so­bie po­ra­dzić. Ład­na twarz nie przy­sło­ni mi tego, kim na­praw­dę jest.

– Evo, jest wie­lu ta­kich lu­dzi. Pew­nie prze­je­chał tyl­ko ka­wa­łek z baru do domu. Wąt­pię, że wy­brał się na wy­ciecz­kę. Może wy­pił tyl­ko kil­ka piw.

Słod­ki Je­re­my. Po­czci­we ser­dusz­ko. Nie ma po­ję­cia, jak ze­psu­ci są nie­któ­rzy lu­dzie. To była jed­na z tych rze­czy, któ­re w nim ko­cha­łam. A tak się skła­da­ło, że o wy­stęp­ku Cage’a Yor­ka wie­dzia­łam nie­co wię­cej. O tym jak wy­buch­nął, kie­dy zo­stał za­trzy­ma­ny. Sły­sza­łam, jak wu­jek Mack opo­wia­dał, ja­kim rze­zi­miesz­kiem jest Cage i że ba­se­ball jest je­dy­ną rze­czą, jaką się in­te­re­su­je.

– Za­ufaj mi, Jer, ten gość to cho­dzą­ce kło­po­ty.

Je­re­my nie od­po­wie­dział. Oparł ło­kieć na otwar­tym oknie i po­zwo­lił, by bry­za ochło­dzi­ła jego twarz. We wnę­trzu sa­mo­cho­du taty o tej po­rze roku upał da­wał się od­czuć wy­jąt­ko­wo moc­no, ale był to je­dy­ny sa­mo­chód, któ­rym jeź­dzi­łam. Mój stał w ga­ra­żu, nie­uży­wa­ny. Nie po­tra­fi­łam się zmu­sić do jeż­dże­nia nim, a tym bar­dziej do po­zby­cia się go. Pięk­ny, srebr­ny jeep – pre­zent od taty – stał nie­tknię­ty od mo­men­tu, kie­dy otrzy­ma­łam te­le­fon od mamy Jo­sha z in­for­ma­cją o jego śmier­ci. W tym właś­nie je­epie, za­par­ko­wa­nym wte­dy przy Hol­lows Gro­ve, mi się oświad­czył. A chwi­lę póź­niej włą­czył głoś­no mu­zy­kę i tań­czył ze mną pod gwiaz­da­mi. Nie spoj­rza­łam na ten sa­mo­chód od pół­to­ra roku. Od tam­tej pory jeż­dżę fur­go­net­ką taty. Tak jest ła­twiej.

– Evo? – Je­re­my wy­rwał mnie z za­my­śle­nia. Za­wsze zda­wał się wie­dzieć, kie­dy po­trze­bo­wa­łam ko­goś, kto po­wstrzy­ma na­tar­czy­we wspo­mnie­nia.

– Tak?

– Wiesz, że cię ko­cham, praw­da?

Ści­snę­łam moc­niej kie­row­ni­cę. Kie­dy Je­re­my roz­po­czy­nał wy­po­wiedź tymi sło­wa­mi, wie­dzia­łam już, że ko­lej­ne mi się nie spodo­ba­ją. Ostat­nim ra­zem, gdy o to za­py­tał, po­wie­dział, że po­win­nam za­cząć jeź­dzić je­epem, po­nie­waż tego wła­śnie chciał­by Josh.

– Prze­stań, Jer – ostrze­głam.

– Już czas, że­byś ścią­gnę­ła z pal­ca pier­ścio­nek, Evo.

Dło­nie pie­kły mnie od uści­sku, w ja­kim za­mknę­łam kół­ko kie­row­ni­cy. Zło­ta ob­rącz­ka wrzy­na­ła mi się w pa­lec, przy­po­mi­na­jąc o swo­im ist­nie­niu. Ni­g­dy jej nie ścią­ga­łam. I ni­g­dy tego nie zro­bię.

– Je­re­my, wy­star­czy.

Wes­tchnął dra­ma­tycz­nie i po­krę­cił gło­wą. Cze­ka­łam cier­pli­wie na ko­lej­ne sło­wa, ale w du­chu cie­szy­łam się z tego, że do­tar­li­śmy już na pod­jazd pani Ma­bel. Po­spiesz­nie wy­sko­czy­łam z wozu, chcąc uciec, za­nim zdą­ży do­dać coś jesz­cze. Nie mo­głam zdjąć pier­ścion­ka za­rę­czy­no­we­go od Jo­sha. To tak, jak­bym o nim za­po­mi­na­ła. Jak­bym żyła da­lej, a jego zo­sta­wia­ła za sobą. A tego ni­g­dy nie zro­bię.

– Roz­dział II –

Cage

To nie mógł być mój po­kój. Po­miesz­cze­nie było wiel­ko­ści mo­jej sza­fy. Rzu­ci­łem tor­bę na po­dwój­ne łóż­ko wci­śnię­te w kąt po­ko­iku. Obok nie­go stał sto­lik, le­d­wo się tam zresz­tą miesz­czą­cy. Po prze­ciw­nej stro­nie wą­skie­go po­miesz­cze­nia sta­ła ka­bi­na prysz­ni­co­wa. W rogu ce­men­to­we­go bro­dzi­ka był od­pływ, a ze ścia­ny wy­sta­wa­ła mała słu­chaw­ka prysz­ni­co­wa. Je­dy­ną ba­rie­rę mię­dzy łóż­kiem a ka­bi­ną sta­no­wi­ła ciem­no­nie­bie­ska za­sło­na wi­szą­ca na pros­tym drąż­ku. By­łem pe­wien, że je­śli po­nie­sie mnie nie­co pod prysz­ni­cem, to za­le­ję so­bie wyro. Mój te­le­fon za­czął dzwo­nić, a na wy­świe­tla­czu po­ja­wi­ło się­i­mię Low.

– Cześć, kot­ku – przy­wi­ta­łem się, sia­da­jąc na łóż­ku. Ma­te­rac, o dzi­wo, nie był naj­gor­szy.

– Jak tam u cie­bie? Go­spo­da­rze są mili? – Sam dźwięk jej gło­su spra­wiał, że czu­łem się le­piej. Mniej sa­mot­ny.

– Po­zna­łem tyl­ko cór­kę wła­ści­cie­la i są­sia­da z domu obok.

– Och, to far­mer ma cór­kę? – Roz­ba­wił mnie ton jej gło­su. Ewi­dent­nie dro­czy­ła się ze mną. Taa, far­mer miał có­recz­kę, ale to nie było to, o czym my­śla­ła Low.

– Tak, ma cór­kę, ale la­ska znie­na­wi­dzi­ła mnie już od pierw­sze­go spoj­rze­nia. Sza­leń­stwo, wiem. A ja my­śla­łem, że to nie­moż­li­we, no chy­ba że pan­nę bzyk­nę, a rano za­po­mnę jej imie­nia.

– Nie­na­wi­dzi cię? To… dziw­ne. – Low nie­co przy­ci­chła, jak­by się nad czymś za­sta­na­wia­ła.

Po chwi­li moją uwa­gę przy­ku­ło gło­śne skrzy­pie­nie otwie­ra­nych drzwi sto­do­ły.

– Low, mu­szę le­cieć, skar­bie. Chy­ba zja­wił się wła­ści­ciel.

– Okej, za­cho­wuj się.

– Za­wsze – od­par­łem, po czym scho­wa­łem te­le­fon do kie­sze­ni.

– Halo? – usły­sza­łem ni­ski, chra­pli­wy głos.

Wy­sze­dłem z tego schow­ka na szczot­ki, w któ­rym zo­sta­łem ulo­ko­wa­ny i ru­szy­łem w stro­nę do­la­tu­ją­cych mnie dźwię­ków. Kie­dy wy­sze­dłem za róg, sta­ną­łem jak wry­ty. Fa­cet był ogrom­ny. Miał co naj­mniej dwa me­try wy­so­ko­ści i sto trzy­dzie­ści kilo mię­śni. Jego słom­ko­wy kow­boj­ski ka­pe­lusz był tro­chę od­chy­lo­ny do tyłu, dzię­ki cze­mu za­uwa­ży­łem, że gość był kom­plet­nie łysy.

– Cage York? – za­py­tał. Jego po­waż­ny wy­raz twa­rzy przy­po­mi­nał mi nie­co tre­ne­ra, ale na tym po­do­bień­stwa się koń­czy­ły. Tre­ner nie był aż tak­ma­syw­ny.

– Tak – od­par­łem, a gry­mas na jego twa­rzy po­głę­bił się. Zro­bił krok w moją stro­nę. Siłą woli po­wstrzy­ma­łem się przed ode­pchnię­ciem go od sie­bie.

– Chłop­cze, czy twój ta­tuś nie mó­wił ci, że to nie­ład­nie nie sza­no­wać star­szych? Spo­dzie­wam się od­po­wie­dzi „Tak, pro­szę pana”. Czy to zro­zu­mia­łe?

Se­rio? O czym, do cho­le­ry, my­ślał tre­ner, przy­sy­ła­jąc mnie tu­taj? Nie ma szans, żeby to wy­pa­li­ło.

– Kie­dy za­da­ję ci py­ta­nie, ocze­ku­ję od­po­wie­dzi – wark­nął gi­gant.

Ja­sne. Za­raz udzie­lę mu pie­przo­nej od­po­wie­dzi.

– Nie.

W jego oczach po­ja­wił się cień iry­ta­cji. Wie­le za­le­ża­ło od tej pra­cy, ale nie za­mie­rza­łem po­zwa­lać mu na ta­kie za­cho­wa­nie.

– Nie, co? – za­py­tał prze­cią­gle.

– Nie, ta­tuś nie na­uczył mnie ni­cze­go poza tym, że jego pię­ści są więk­sze niż mamy i tego, jak opu­ścić ro­dzi­nę – od­par­łem szy­der­czo.

Gry­mas zło­ści na jego twa­rzy ani tro­chę nie osłabł. Co praw­da nie spo­dzie­wa­łem się tego, ale nie po­dej­rze­wa­łem też, że po­dzie­lę się z nim mo­imi pry­wat­ny­mi spra­wa­mi. Tak ja­koś wy­szło. O mo­jej ro­dzi­nie roz­ma­wia­łem tyl­ko z Low. To wszyst­ko zda­rzy­ło się tak daw­no, a mimo to wciąż mia­ło na mnie wpływ.

Ob­ser­wo­wa­łem, jak dra­pie za­rost na szczę­ce, nie spusz­cza­jąc ze mnie wzro­ku. By­łem go­to­wy za­koń­czyć to spo­tka­nie i do­wie­dzieć się wresz­cie, co tak wła­ści­wie mam tu ro­bić.

– Mack chce ci po­móc. Po­le­gam na jego osą­dzie. Ale po­słu­chaj mnie do­brze. Nie za­wa­ham się wy­ko­pać cię z domu, je­śli bę­dziesz brał nar­ko­ty­ki lub jeź­dził po pi­ja­ne­mu. To było głu­pie, dzie­cia­ku. Idio­tycz­ne.A, i naj­waż­niej­sze, trzy­maj się z dala od mo­jej có­recz­ki. Jest dla cie­bie cał­ko­wi­cie za­ka­za­na. Ro­zu­mie­my się?

Zwa­żyw­szy na to, że Eva znie­na­wi­dzi­ła mnie od pierw­sze­go spoj­rze­nia, nie ma się o co mar­twić. Poza tym żad­na dziew­czy­na nie była war­ta po­świę­ce­nia dla niej mo­jej przy­szło­ści. Nie, je­śli wo­kół było tyle in­nych, chęt­nych, do­stęp­nych la­sek, któ­ry­mi mógł­bym się na­cie­szyć.

– Ro­zu­mie­my. Nie chcę stra­cić sty­pen­dium – od­po­wie­dzia­łem szcze­rze.

Ski­nął gło­wą i wy­cią­gnął do mnie dłoń.

– W ta­kim ra­zie je­stem Wil­son Bro­oks. A te­raz za­bie­raj­my się do ro­bo­ty.

Eva

– Chło­pak nie ma ojca. Od ta­kie­go typa mu­sisz się trzy­mać z da­le­ka – po­wie­dział tata na przy­wi­ta­nie, wcho­dząc do kuch­ni. Wy­wró­ci­łam ocza­mi, po czym wró­ci­łam do tłu­cze­nia pier­si z kur­cza­ka, któ­re mia­łam za­miar usma­żyć na ko­la­cję. – Mó­wię po­waż­nie, Evo. On nie był wy­cho­wa­ny tak jak ty. Jest zbyt pew­ny sie­bie i nie sza­nu­je wła­dzy. Mam co do nie­go złe prze­czu­cia. – Po­ło­żył ka­pe­lusz na sto­le i po­szedł na­lać so­bie mro­żo­nej her­ba­ty.

– Nie zro­bił na mnie żad­ne­go wra­że­nia. Da­ruj so­bie te ka­za­nia. Nie po­lu­ję na fa­ce­ta. – Nidy już nie będę się uma­wiać na rand­ki. Mia­łam Je­re­my’egoi do­pó­ki on nie po­zna ja­kiejś dziew­czy­ny i się nie za­ko­cha, do­pó­ty będę mia­ła kom­pa­na. Na­gle, gdy po­my­śla­łam o tym, że od­cią­gam go od jego ży­cia, po­ja­wi­ło się do­sko­na­le zna­ne mi już uczu­cie bez­na­dziei. Nie po­do­ba­ło mi się to, że ze wzglę­du na mnie wszyst­kie swo­je spra­wy od­kła­da na póź­niej, tyl­ko po to, by się mną opie­ko­wać. Za­wsze bar­dzo się o mnie mar­twił. Wie­dzia­łam, że Chel­sea Ja­cob­son się w nim pod­ko­chu­je. Mu­sia­łam zro­bić coś, co po­pchnie go w jej kie­run­ku.

– Hmm – wy­mam­ro­tał i usiadł przy ku­chen­nym sto­le. – Wiem, że nie szu­kasz chło­pa­ka, Evo, dziec­ko, ale ko­cha­nie, je­steś ko­bie­tą. Pew­ne­go dnia bę­dziesz mu­sia­ła znów otwo­rzyć przed kimś swo­je ser­ce.

– Ta­tu­siu, pro­szę, prze­stań. Chcę usma­żyć tego kur­cza­ka, upiec ci twój ulu­bio­ny pla­cek z ja­go­da­mi i cie­szyć się ko­la­cją. Nie roz­ma­wiaj­my o tym. Do­brze?

Wzdy­cha­jąc cięż­ko, w koń­cu przy­stał na moją proś­bę. Się­gnął po ka­pe­lusz i na­krył nim swo­ją ły­si­nę.

– W ta­kich właś­nie mo­men­tach ża­łu­ję, że nie oże­ni­łem się po­now­nie. Może, mimo wszyst­ko, po­trze­bo­wa­łaś mamy. A te­raz nie mam po­ję­cia, jak ci po­móc, moja mała.

Po­ło­ży­łam ostat­ni ka­wa­łek kur­cza­ka na ta­le­rzu i po­de­szłam do zle­wu umyć ręce. Dłuż­szą chwi­lę po­świę­ci­łam na do­kład­ne wy­szo­ro­wa­nie pal­ców my­dłem, a gdy skoń­czy­łam, od­wró­ci­łam się do taty.

– Za­wsze mi wy­star­cza­łeś. I na­dal wy­star­czasz. Ni­g­dy wię­cej tak nie mów. Je­stem za­do­wo­lo­na z tego, jak jest. Nie po­trze­bu­ję ni­ko­go, kto za­jął­by miej­sce Jo­sha. Nie chcę, żeby kto­kol­wiek je za­jął. Okej?

Tata pod­szedł do mnie i uści­snął mnie moc­no, po czym wy­szedł z kuch­ni. Wie­dzia­łam, że mój brak za­in­te­re­so­wa­nia rand­ka­mi i nie­chęć do zo­sta­wie­nia prze­szło­ści za sobą bar­dzo go nie­po­ko­iły, ale nie umia­łam ina­czej. I nie za­mie­rza­łam tego zmie­niać. Josh był moją przy­szło­ścią. A te­raz już­go nie ma.

Drzwi za mo­imi ple­ca­mi otwo­rzy­ły się nie­spo­dzie­wa­nie. Nie ocze­ki­wa­łam Je­re­my’ego dziś na ko­la­cji, ale mia­łam przy­go­to­wa­ną do­dat­ko­wą por­cję, tak na wszel­ki wy­pa­dek.

Ale to nie był Je­re­my. To był on.

Cage uniósł ręce w ge­ście pod­da­nia. Lu­zac­ki uśmie­szek, któ­ry wcześ­niej go­ścił na jego twa­rzy, znik­nął. Nie pa­trzył też już na mnie tak, jak­by chciał mnie skosz­to­wać. Wy­glą­dał na nie­za­in­te­re­so­wa­ne­go.

– Chcia­łem się tyl­ko na­pić. Twój tata przy­słał mnie z tym do cie­bie. Ale wi­dzę, że je­steś za­ję­ta, więc je­śli po­ka­żesz mi, gdzie są szklan­ki, to sam się ob­słu­żę.

Czy to był ten sam gość, któ­re­go po­zna­łam dziś rano? Zmu­si­łam się do od­wró­ce­nia wzro­ku i wy­cią­gnę­łam szklan­kę z szaf­ki. Po­da­łam mu ją.

– W lo­dów­ce trzy­mam dzba­nek z wodą. Mamy tu do­brą wodę, a ta ze stud­ni sma­ku­je le­piej zmro­żo­na.

Przy­tak­nął.

– Dzię­ki.

Od­wró­ci­łam się, by spraw­dzić tem­pe­ra­tu­rę ole­ju na pa­tel­ni.

Gdy usły­sza­łam, jak Cage pije wodę, w mo­jej gło­wie po­ja­wi­ły się ob­ra­zy jego po­ru­sza­ją­cych się mię­śni prze­ły­ku. Za­ci­snę­łam po­wie­ki, sta­ra­jąc się przy­sto­po­wać nie­co swo­ją wy­obraź­nię. Na­słu­chi­wa­łam, jak się­ga do lo­dów­ki i na­le­wa so­bie jesz­cze jed­ną szklan­kę, po czym szyb­ko ją opróż­nia. Pa­nu­ją­ca w kuch­ni ci­sza tyl­ko zin­ten­sy­fi­ko­wa­ła od­gło­sy jego prze­ły­ka­nia.

– Tak le­piej. By­łem kur… hmm… bar­dzo spra­gnio­ny. Dzię­ki za szklan­kę i za wodę – wes­tchnął i pod­szedł do zle­wo­zmy­wa­ka. – Mam umyć czy ty wo­lisz to zro­bić?

– Mogę umyć – wy­ją­ka­łam, wciąż zszo­ko­wa­na jego za­cho­wa­niem.

– Dzię­ki. Ale sam mogę to zro­bić.

– Nie, na­praw­dę, zro­bię to. I tak tyl­ko ją opłu­czę i wło­żę do zmy­war­ki – wy­du­ka­łam.

Drzwi po­now­nie się otwo­rzy­ły. Kto­kol­wiek nam te­raz prze­szko­dził, by­łam mu za to wdzięcz­na. W każ­dym ra­zie do­pó­ki nie zo­ba­czy­łam wcho­dzą­cej do kuch­ni Bek­ki Lynn. Uśmiech­nię­tej i z blond lo­ka­mi. Nor­mal­nie cie­szy­ła­bym się z jej wi­zy­ty, ale nie dziś. Nie kie­dy stał tu ze mną Cage. Bec­ca zmie­nia­ła się w słod­ką idiot­kę, je­śli w grę wcho­dzi­li atrak­cyj­ni ko­le­sie. A Cage zde­cy­do­wa­nie prze­bi­jał tę ka­te­go­rię.

Jej wiel­kie, brą­zo­we oczy tak­so­wa­ły go do­kład­nie. Od­chrząk­nę­łam, sta­ra­jąc się zwró­cić na sie­bie jej uwa­gę, ale sku­pio­na była tyl­ko na jed­nej oso­bie. Ob­ci­sła ko­szul­ka, krót­kie szor­ty i kow­boj­ki – jej let­ni styl. Tyl­ko to no­si­ła o tej po­rze roku i trze­ba przy­znać, że wy­glą­da­ła w tym do­sko­na­le. Spoj­rza­łam na Cage’a, na któ­re­go twa­rzy znów za­go­ścił ten sek­sow­ny uśmie­szek. Na­pa­wał się wi­do­kiem rów­nie osten­ta­cyj­nie jak Bec­ca. Nie mo­głam jej na­zwać swo­ją naj­lep­szą przy­ja­ciół­ką – ta rola za­wsze na­le­ża­ła do Jo­sha – nie­mniej jed­nak była naj­bliż­szą mi dziew­czy­ną. Na­sza far­ma mia­ła dwóch są­sia­dów. Josh i Je­re­my z jed­nej stro­ny, Bec­ca z dru­giej. Gdy po­trze­bo­wa­łam więc wspól­ni­ka, któ­ry nie był fa­ce­tem, mój wy­bór tra­fiał na Bec­cę. Kie­dyś, w li­ceum, ona i Je­re­my cho­dzi­li ze sobą. Je­stem pra­wie pew­na, że to ona go roz­dzie­wi­czy­ła. Zwią­zek nie trwał jed­nak dłu­go. Je­re­my za­koń­czył go bez sło­wa wy­ja­śnie­nia, a Bec­ca pła­ka­ła na moim ra­mie­niu przez kil­ka dni, po czym prze­rzu­ci­ła się na Ben­jie­go Fit­za.

– Nie mó­wi­łaś, że masz to­wa­rzy­stwo – za­szcze­bio­ta­ła Bec­ca, na­wi­ja­jąc na pa­lec pu­kiel ja­snych wło­sów i trze­po­cząc rzę­sa­mi. Do­bry Boże, za­cho­wy­wa­ła się po pro­stu śmiesz­nie.

– Nie mam to­wa­rzy­stwa, Bec­co – od­par­łam w na­dziei, że to sku­pi na mnie jej uwa­gę, ale nie za­dzia­ła­ło. – To wa­ka­cyj­ny po­moc­nik taty. Zaj­mu­je się kro­wa­mi. Je­chał po pi­ja­ku i te­raz musi od­pra­co­wać karę. – Może to wy­rwie ją z transu. Błąd.

– Och, więc spę­dzisz tu całe lato? – za­py­ta­ła, wciąż uśmie­cha­jąc się do Cage’a, jak­by był ja­kąś gwiaz­dą roc­ka.

– Na to wy­glą­da – od­parł roz­ba­wio­ny. Wspa­nia­le, na­wet ta mę­ska dziw­ka my­śla­ła, że Bec­ca robi z sie­bie idiot­kę.

– No cóż, jak bę­dziesz miał prze­rwę i za­czniesz się nu­dzić, mogę do­trzy­mać ci to­wa­rzy­stwa…

– Bec­co Lynn – pod­nio­słam głos, by po­wstrzy­mać ją od za­pro­sze­nia go do wspól­ne­go grza­nia jego łóż­ka w sto­do­le.

Wresz­cie na mnie spoj­rza­ła. Błysk w jej oczach prze­ko­nał mnie, że do­brze wie­dzia­ła, jaki wy­dźwięk mia­ły jej sło­wa, ale po pro­stu mia­ła to gdzieś.

– Dzię­ku­ję. Je­stem pe­wien, że będę po­trze­bo­wał ko­goś, kto po­ka­że mi, jak się za­ba­wić po ty­go­dniu cięż­kiej pra­cy. Nie wy­obra­żam so­bie ni­ko­go in­ne­go, kto mógł­by mnie le­piej na­uczyć, co się robi tu u was na wsi.

Sek­sow­ny spo­sób, w jaki prze­cią­gał wy­ra­zy, tyl­ko po­tę­go­wał moją złość. I jesz­cze po­wo­do­wał gę­sią skór­kę. I sza­leń­stwo w ser­cu.

Bec­ca Lynn znów po­że­ra­ła go wzro­kiem.

– Brzmi do­sko­na­le – za­szcze­bio­ta­ła, zbli­ża­jąc się do nie­go i po­da­jąc mu swo­ją ide­al­nie za­dba­ną dłoń. By­łam pew­na, że ró­żo­we pa­znok­cie, któ­ry­mi ma­cha­ła w jego stro­nę, pa­so­wa­ły do tych u jej stóp. Bec­ca była bar­dzo za­dba­na. – Bec­ca Lynn Ble­vins.

Cage zro­bił krok w przód i uści­snął jej dłoń. Czy Bec­ca właś­nie za­drża­ła?

– Cage York, miło cię po­znać, Bec­co.

– Och – wy­stę­ka­ła, ewi­dent­nie na­pa­wa­jąc się jego do­ty­kiem. Przy­się­gam, że je­śli po­ca­łu­je ją w mo­jej kuch­ni, rzu­cę w nie­go plac­kiem.

– Mu­szę wra­cać do pra­cy. Będę cze­kał, że­byś mnie tro­chę ro­ze­rwa­ła, Bec­co Lynn – wy­szep­tał, po czym mi­nął ją i ru­szył do wyj­ścia, nie spo­glą­da­jąc już ani razu za sie­bie.

Gdy tyl­ko za­mknął za sobą drzwi, Bec­ca przy­cią­gnę­ła krze­sło i klap­nę­ła na nie­go z gło­śnym hu­kiem.

– O MÓJ BOŻE! – za­pisz­cza­ła. – Przy­się­gam, że chy­ba właś­nie zmo­czy­łam majt­ki.

Na myśl o ta­kiej moż­li­wo­ści aż się wzdry­gnę­łam. Po­trzą­snę­łam gło­wą i uda­łam od­głos wy­mio­tów.

– By­łam pew­na, że za­raz po­ło­żysz się na sto­le i roz­ło­żysz dla nie­go nogi. Na se­rio, mu­sisz się uspo­ko­ić, Bec­co. Bo wy­cho­dzisz na dziw­kę.

Wes­tchnę­ła tyl­ko gło­śno.

– Och, no i co z tego! To był naj­wspa­nial­szy okaz mę­skie­go ga­tun­ku, jaki kie­dy­kol­wiek wi­dzia­łam. Chcę za nie­go wyjść, uro­dzić mu dzie­ci, ob­my­wać jego cia­ło, odzie­wać go i cho­le­ra, Evo, chcę go do­ty­kać ca­ły­mi dnia­mi. Mo­gła­bym to ro­bić do koń­ca ży­cia i ni­g­dy by mi się nie znu­dzi­ło.

Za­nim zdo­ła­łam wy­my­ślić ja­kąś ri­po­stę, któ­ra, mia­łam na­dzie­ję, by­ła­by dla niej po­ucza­ją­ca, znów otwo­rzy­ły się drzwi do kuch­ni. Do po­miesz­cze­nia wszedł Je­re­my. Jego obec­ność przy­nio­sła mi ulgę. Sam wi­dok jego zna­jo­mej twa­rzy, tak po­dob­nej do twa­rzy Jo­sha, przy­po­mi­nał mi, że kie­dyś mia­łam wszyst­ko. Wzrok Je­re­my’ego sku­pił się na sie­dzą­cej przy sto­le i wciąż roz­ma­rzo­nej Bec­ce. Uśmiech­nął się. Do­brze wie­dział, co jest gra­ne.

– Wi­dzę, ze Bec­ca Lynn po­zna­ła Cage’a.

Przy­tak­nę­łam i wrzu­ci­łam pierś z kur­cza­ka na roz­grza­ny olej.

– Za­ło­żę się, że zjadł cię w ca­ło­ści. Bied­ny chło­pak do­świad­czył nie­zbyt mi­łe­go przy­wi­ta­nia ze stro­ny Evy. To, że ja­kaś inna dziew­czy­na prak­tycz­nie śli­ni­ła się na jego wi­dok, mu­sia­ło zdzia­łać cuda dla jego ego.

Oczy­wi­ście mu­siał o tym wspo­mnieć.

– By­łaś nie­mi­ła dla tego ado­ni­sa? – za­py­ta­ła z nie­do­wie­rza­niem Bec­ca Lynn.

Sku­pi­łam się na sma­że­niu mię­sa. Nie mia­łam za­mia­ru o tym roz­ma­wiać.

– Zo­sta­je­cie na ko­la­cję? – za­py­ta­łam, usi­łu­jąc zmie­nić te­mat.

– Czy on je z tobą? – spy­ta­ła peł­na na­dziei Bec­ca.

– Oczy­wi­ście, że nie. On jest tu tyl­ko po­mo­cą. Poza tym tata nie jest jego fa­nem. Przy­go­tu­ję mu ta­lerz i za­nio­sę do staj­ni.

– JA­JA­JA­JA! Czy ja mogę to zro­bić? – za­py­ta­ła. Nie mu­sia­łam się od­wra­cać, by wie­dzieć, że z pod­nie­ce­nia aż pod­sko­czy­ła na krze­śle.

Ob­raz pół­na­gie­go Cage’a Yor­ka na­pie­ra­ją­ce­go na Bec­cę i do­ty­ka­ją­ce­go jej spra­wił, że po­krę­ci­łam gło­wą.

– Ta­cie by się to nie spodo­ba­ło. Po­pro­szę o to Je­re­my’ego. – By­łam pew­na, że tata miał­by gdzieś, kto za­nie­sie ko­la­cję Cage’owi, je­śli tyl­ko nie będę to ja. Jed­nak z ja­kie­goś po­wo­du myśl o tym, że Bec­ca mo­gła­by go do­ty­kać, mnie przy­gnę­bia­ła. Nie wie­dzia­łam dla­cze­go, ale tak właś­nie było. Pew­nie głów­nie dla­te­go, że nie chcia­łam, by skoń­czy­ła w cią­ży z kimś ta­kim jak on.

– Roz­dział III –

Cage

Te cho­ler­ne kro­wy przy­bie­gły do mnie, jak tyl­ko zja­wi­łem się z żar­ciem. Do­brze wie­dzia­ły, że to czas kar­mie­nia i że mam dla nich sma­ko­ły­ki. Nie­co prze­ra­ża­ją­ce było to, że su­kin­sy­ny bie­gły do mnie tak, jak­by chcia­ły mnie stra­to­wać. Wy­cie­ra­jąc czo­ło ręcz­ni­kiem, któ­ry zo­sta­wił mi rano Wil­son – mó­wiąc przy tym, że wkrót­ce będę go po­trze­bo­wał – usia­dłem na pace wozu i się­gną­łem po ter­mos z zim­ną wodą – to rów­nież była jego spraw­ka. Zo­sta­ło za­le­d­wie kil­ka kro­pli. Było już oko­ło trzy­dzie­stu pię­ciu stop­ni, a na­wet nie mi­nę­ło po­łu­dnie. Mia­łem na­dzie­ję, że zja­wi się ta mała blon­dyn­ka w kow­boj­skich bu­tach i ode­rwie mnie na chwi­lę od pra­cy. Wy­glą­da­ła na ła­twą. Na taką, z któ­rą nie trze­ba się wią­zać. A ja po­trze­bo­wa­łem nie­co so­bie ulżyć. Zwłasz­cza je­śli mia­łem cały dzień oglą­dać Evę Bro­oks pa­ra­du­ją­cą w gó­rze od bi­ki­ni i w kró­ciut­kich szor­tach. Cią­głe przy­po­mi­na­nie so­bie, że jest poza moim za­się­giem, było spo­rym wy­zwa­niem.

Eva nie była pierw­szą dziew­czy­ną, któ­rą mu­sia­łem so­bie od­pu­ścić. Z Low było po­dob­nie, choć z zu­peł­nie in­nych po­wo­dów. Ona była moją naj­lep­szą przy­ja­ciół­ką. Sza­no­wa­łem ją. Chcia­łem mieć pew­ność, że je­śli wej­dę z nią w zwią­zek, w któ­rym po­ja­wił­by się seks, to bę­dzie tą je­dy­ną. Tak się jed­nak ni­g­dy nie sta­ło. Szcze­rze wąt­pi­łem, by były na to ja­kie­kol­wiek szan­se. Na­wet gdy­by nie po­ja­wił się Mar­cus. Ja po pro­stu nie by­łem ty­pem, któ­re­mu wy­star­cza­ła jed­na ko­bie­ta.

Z Evą było ina­czej – gdy­bym ośmie­lił się jej do­tknąć, ta­tuś Wil­son po­wie­sił­by mnie za jaja i wy­rzu­cił z ro­bo­ty, co wią­za­ło­by się ze stra­tą sty­pen­dium. Poza tym la­ska nie pa­ła­ła do mnie prze­sad­ną sym­pa­tią. Ja chcia­łem jej jed­nak skosz­to­wać. Bar­dzo. Cho­ler­nie bar­dzo. Mia­ła go­rą­cy tem­pe­ra­ment i by­łem cie­kaw, czy prze­kła­da­ło się to rów­nież na łóż­ko. Po­krę­ci­łem gło­wą, wsta­łem i wci­sną­łem ręcz­nik do tyl­nej kie­sze­ni spodni. Za­sta­na­wia­łem się, czy gdy­by była bar­dziej do­stęp­na, to wciąż bym o niej fan­ta­zjo­wał? To całe „go­nie­nie kró­licz­ka” za­wsze mnie krę­ci­ło.

– Je­steś go­to­wy be­lo­wać sia­no? – za­py­tał prze­cho­dzą­cy obok wozu Je­re­my.

– Nie bar­dzo, ale chy­ba nie mam wy­bo­ru – od­par­łem z uśmie­chem. Je­re­my był mi­łym go­ściem. Eva pew­nie wo­dzi­ła go za nos. Jak dla niej był na­wet zbyt miły. Ona po­trze­bo­wa­ła sil­nej ręki. Ko­goś, kim nie bę­dzie mo­gła po­mia­tać. Ko­goś, kto nie bał­by się trzy­mać ją krót­ko i… stop! Mu­sia­łem prze­stać o niej my­śleć. To była za­baw­ka z na­pi­sem „nie do­ty­kać”.

– To nie jest aż ta­kie złe. Poza tym za­wsze mo­że­my wsko­czyć do je­zio­ra, żeby się ochło­dzić. To je­dy­ny spo­sób, by wy­trzy­mać cały dzień w tym upa­le.

Wi­dzia­łem je­zio­ro wczo­raj, gdy Wil­son ob­wo­ził mnie po swo­ich wło­ściach. Zbior­nik był sztucz­ny i biegł wzdłuż trzech po­sia­dło­ści: Be­asley­ów, któ­rzy byli ro­dzi­ca­mi Je­re­my’ego, Wil­so­nów oraz Ble­vin­sów, ro­dzi­ny go­rą­cej Bek­ki Lynn. Do gło­wy przy­cho­dzi­ło mi kil­ka ak­tyw­no­ści, ja­kie ra­zem mo­gli­śmy w tym je­zio­rze upra­wiać.

– Koń­czy mi się woda. Mu­szę uzu­peł­nić ter­mos, za­nim po­je­dzie­my.

Je­re­my spoj­rzał na dom, a po­tem na mnie.

– Masz coś prze­ciw­ko, że­bym wy­brał się z tobą?

W jego gło­sie usły­sza­łem prze­pra­sza­ją­cy ton. To było dziw­ne. Było mu przy­kro, że ta dziew­czy­na aż tak mnie nie zno­si­ła? Więk­szość fa­ce­tów by­ła­by tym za­chwy­co­na.

– Ależ skąd. Je­stem pe­wien, że Eva wo­la­ła­by, że­byś to ty przy­szedł po wodę.

Je­re­my wes­tchnął.

– Też tak my­ślę.

Ci wie­śnia­cy byli do­praw­dy bar­dzo dziw­nie przy­jaź­ni. A my­śla­łem, że wczo­raj w kuch­ni po­ra­dzi­łem już so­bie z Evą na do­bre.

.

.

.

…(fragment)…

Całość dostępna w wersji pełnej

Ty­tuł ory­gi­nal­ny:Whi­le it La­sts

Au­tor: Abbi Gli­nes

Tłu­ma­cze­nie: Agniesz­ka Skow­ron

Re­dak­cja: Klau­dia Ty­li­ba

Ko­rek­ta: Alek­san­dra Ty­kar­ska

Pro­jekt gra­ficz­ny okład­ki: Jes­si­ca Han­del­man

Skład: IMK

Opra­co­wa­nie gra­ficz­ne okład­ki: Ilo­na i Do­mi­nik Trze­biń­scy

Zdję­cie na okład­ce: © 2013 by Mi­cha­el Frost

Re­dak­tor pro­wa­dzą­ca: Agniesz­ka Gó­rec­ka

Re­dak­tor na­czel­na: Agniesz­ka Het­nał

Co­py­ri­ght © 2012 by Abbi Gli­nes

Co­py­ri­ght for Po­lish trans­la­tion © Wy­daw­nic­two Pas­cal sp. z o.o.

Ta książ­ka jest fik­cją li­te­rac­ką. Ja­kie­kol­wiek po­do­bień­stwo do rze­czy­wi­stych osób, ży­wych lub zmar­łych, au­ten­tycz­nych miejsc, wy­da­rzeń lub zja­wisk jest czy­sto przy­pad­ko­we. Bo­ha­te­ro­wie i wy­da­rze­nia opi­sa­ne w tej książ­ce są two­rem wy­obraź­ni au­tor­ki bądź zo­sta­ły zna­czą­co prze­two­rzo­ne pod ką­tem wy­ko­rzy­sta­nia w po­wie­ści.

Wszel­kie pra­wa za­strze­żo­ne. Żad­na część tej książ­ki nie może być po­wie­la­na lub prze­ka­zy­wa­na w ja­kiej­kol­wiek for­mie bez pi­sem­nej zgo­dy wy­daw­cy, z wy­jąt­kiem re­cen­zen­tów, któ­rzy mogą przy­to­czyć krót­kie frag­men­ty tek­stu.

Biel­sko-Bia­ła 2016

Wy­daw­nic­two Pas­cal sp. z o.o.

ul. Za­po­ra 25

43-382 Biel­sko-Bia­ła

tel. 338282828, fax 338282829

pas­cal@pas­cal.pl, www.pas­cal.pl

ISBN 978-83-7642-862-8

Przy­go­to­wa­nie eBo­oka: Ja­ro­sław Ja­błoń­ski

– Spis tre­ści –

Kar­ta ty­tu­ło­wa

De­dy­ka­cja

– Pro­log –

– Roz­dział I –

– Roz­dział II –

– Roz­dział III –

– Roz­dział IV –

– Roz­dział V –

– Roz­dział VI –

– Roz­dział VII –

– Roz­dział VIII –

– Roz­dział IX –

– Roz­dział X –

– Roz­dział XI –

– Roz­dział XII –

– Roz­dział XIII –

– Roz­dział XIV –

– Roz­dział XV –

– Roz­dział XVI –

– Roz­dział XVII –

– Roz­dział XVIII –

– Roz­dział XIX –

– Roz­dział XX –

– Roz­dział XXI –

– Roz­dział XXII –

– Roz­dział XXIII –

– Roz­dział XXIV –

– Roz­dział XXV –

– Epi­log –

– Po­dzię­ko­wa­nia –

Kar­ta re­dak­cyj­na