Obsydianowa komnata - Douglas Preston, Lincoln Child - ebook
Opis

Mówią o nim „współczesny Sherlock Holmes”, bo ma nosa do rozwiązywania najbardziej zagmatwanych spraw, chadza swoimi ścieżkami i jest mistrzem dedukcji. Aloysius Pendergast żyje w XXI wieku, mieszka w Nowym Jorku i jest bardzo nietypowym agentem FBI. Mieszka w luksusowej rezydencji, w jego garażu stoi Rolls-Royce z 1959 roku. Wszystkie garnitury Pendergasta są szyte ręcznie we Włoszech, a buty w pracowni Johna Lobba w Londynie. To nie przeszkadza mu jednak nosić ze sobą całego wachlarza narzędzi: wytrychów, latarek, probówek, strzykawek i chemikaliów. Ma też szalonego brata przestępcę – Diogenesa, własnego bodyguarda z sił specjalnych – Proctora, oraz tajemniczą podopieczną – Constance, która urodziła się w 1873 roku!
Agent specjalny FBI Pendergast nie powrócił z ostatniej misji. Jakby tego było mało, z nowojorskiej siedziby Pendergasta porwana zostaje także Constance... Ale w świecie agenta Pendergasta nic nie jest tym, czym się wydaje. Boleśnie uświadomi to sobie zakochana w nim Constance, ale także znienawidzony przez nią brat Aloysiusa, Diogenes. Czy tych dwoje połączy jeszcze jakaś wspólna sprawa? Czy Pendergast jeszcze żyje? I czy nawet on, wzór doskonałości, ma swoją ciemną stronę? Odpowiedzi na te dręczące pytania ukryte są w tajemniczej komnacie.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 438

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Tytuł oryginału: The Obsidian Chamber

Redakcja: Łukasz Błaszczyk

Korekta: Marta Śliwińska

Projekt graficzny okładki: Krzysztof Rychter

Zdjęcia: Hayden Verry/Arcangel

Opracowanie graficzne: Elżbieta Wastkowska

Redaktor prowadzący: Magdalena Kosińska

ul. Czerska 8/10, 00-732 Warszawa

Copyright © 2016 by Splendide Mendax, Inc. and Lincoln Child

First published by Grand Central Publishing a division of Hachette Book Group, Inc.

The Grand Central Publishing name and logo is a trademark of Hachette Book Group, Inc.

Copyright © Agora SA, 2019

Copyright © for Polish translation by Jan Kraśko

Wszelkie prawa zastrzeżone

Warszawa 2019

ISBN: 978-83-268-2923-9 (epub), 978-83-268-2924-6 (mobi)

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

Szanujmy cudzą własność i prawo!

Polska Izba Książki

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej

Lincoln Child dedykuje tę książkę swojej matce Nancy

Douglas Preston dedykuje tę książkę Churchillowi Elangwe

Nawet we śnie

ból, który nie zapomina,

kropla po kropli drąży serce,

aż do pogrążonych w rozpaczy,

wbrew ich własnej woli,

z przerażającej łaski boga przychodzi mądrość.

– Ajschylos, fragment Agamemnona sparafrazowany przez Roberta F. Kennedy’ego; przeł. Anna Rojkowska

PROLOG
8 listopada

Proctor delikatnie uchylił podwójne drzwi, wpuszczając do biblioteki panią Trask, która niosła srebrną tacę zastawioną serwisem do herbaty.

Bibliotekę, mroczną i wyciszoną, oświetlał jedynie ogień dogasający w kominku. Przed kominkiem w wysokim fotelu siedziała nieruchoma postać, ledwo widoczna w rozmytym świetle. Pani Trask podeszła do niej i postawiła tacę na stoliku.

– Pomyślałam, że zechce się pani napić herbaty, panno Greene.

– Nie, dziękuję – odparła cicho Constance.

– To pani ulubiona. Jaśminowa, pierwszorzędna. Przyniosłam także magdalenki. Świeżutkie, upiekłam dziś rano. Wiem, jak bardzo je pani lubi.

– Nie jestem szczególnie głodna. Ale dziękuję, że zadała pani sobie trud.

– Zostawię je na wypadek, gdyby zmieniła pani zdanie. – Pani Trask uśmiechnęła się z matczyną troską, odwróciła i ruszyła do drzwi. Gdy mijała stojącego w nich Proctora, uśmiech zniknął, ponownie ustępując miejsca wyrazowi niepokoju.

– Nie będzie mnie tylko kilka dni – powiedziała półgłosem. – Do weekendu moją siostrę powinni już wypisać ze szpitala. Na pewno sobie poradzicie?

Proctor kiwnął głową, odprowadził ją wzrokiem – pani Trask wróciła spiesznie do kuchni – po czym znów spojrzał na siedzącą w fotelu postać.

Minęły ponad dwa tygodnie, odkąd Constance zjawiła się ponownie na Riverside Drive 891. Wróciła posępna i milcząca, bez agenta Pendergasta, ani słowem nie wyjaśniając, co się właściwie stało. Proctor – szofer Pendergasta, jego były podwładny z czasów wojska, a obecnie prawa ręka do spraw bezpieczeństwa – uznał, że pod nieobecność chlebodawcy to on powinien pomóc Constance przejść przez to, przez co właśnie przechodziła. Namówienie jej do tego, żeby zechciała cokolwiek powiedzieć, wymagało czasu, cierpliwości i nie lada wysiłku, mimo to jej relacja wciąż nie miała zbyt wielkiego sensu. Wiedział jednak na pewno, że gdy zabrakło gospodarza, wielki dom przy Riverside Drive 891 bardzo się zmienił – zmienił się całkowicie. Zmieniła się także Constance.

Po powrocie z Exmouth w stanie Massachusetts, gdzie pomagała Pendergastowi prowadzić prywatne śledztwo, na wiele dni zamknęła się w swoim pokoju, bardzo niechętnie przyjmowała posiłki. Gdy w końcu wyszła, wymizerowana i blada jak duch, zdawała się zupełnie inną osobą. Proctor znał ją od zawsze jako kobietę pewną siebie, powściągliwą i opanowaną, tymczasem teraz a to apatyczna, a to pełna niespokojnej energii krążyła po holach i korytarzach, jakby ciągle czegoś szukała. Przestała się interesować wszystkim tym, co ją kiedyś pochłaniało: badaniem historii rodziny Pendergasta, studiami antykwarycznymi, czytaniem i grą na klawesynie. Po kilku krótkich i nerwowych wizytach, jakie złożyli jej porucznik D’Agosta, kapitan Laura Hayward i Margo Green, nie chciała już nikogo widzieć. Proctor miał wrażenie, że nieustannie ma się na baczności; nie znalazł na to lepszego określenia. Iskierka dawnej Constance rozbłyskiwała w niej niezmiernie rzadko, tylko wtedy, kiedy dzwonił telefon albo kiedy Proctor przynosił jej odebraną ze skrytki pocztę. Jakby wciąż i wciąż miała nadzieję, że Pendergast jednak się odezwie. Ale on uparcie milczał.

Mimo że pewien wysoki rangą urzędnik FBI zarządził poszukiwania i wszczął oficjalne śledztwo poza zasięgiem mediów, Proctor postanowił rozpocząć swoje i zebrać jak najwięcej informacji na temat zaginięcia chlebodawcy. Dowiedział się, że poszukiwania ciała trwały pięć dni. Ponieważ zaginiony był agentem federalnym, zaangażowano w nie wyjątkowe siły. Szukając jakichkolwiek śladów, choćby strzępków ubrania, kutry Straży Wybrzeża dokładnie spenetrowały wody w okolicach Exmouth, a Gwardia Narodowa przeczesała wybrzeże od granicy New Hampshire aż po Cape Ann. Płetwonurkowie uważnie obejrzeli skały, na których mogło uwięznąć wyniesione przez prądy ciało, zbadano sonarem dno. Jednak nie znaleziono nic. Sprawa wciąż była oficjalnie otwarta, lecz skłaniano się ku niewypowiedzianemu wnioskowi, że Pendergast – ciężko ranny w walce, zmagający się ze zdradzieckim odpływem, osłabiony przez przybój i narażony na niską temperaturę (dziesięć stopni Celsjusza) – po prostu utopił się na otwartym morzu i jego zwłoki spoczęły w głębinach. Ledwie przed dwoma dniami jego adwokatowi – wspólnikowi w jednej z najstarszych i najbardziej dyskretnych kancelarii prawniczych w Nowym Jorku – udało się skontaktować z Tristramem, jedynym żyjącym synem Pendergasta, i przekazać mu smutną nowinę o zaginięciu ojca.

Proctor podszedł bliżej i usiadł obok Constance. Gdy siadał, zerknęła na niego z bladym uśmiechem, po czym znów spojrzała w ogień. Migotliwe światło rzucało cienie na jej fiołkowe oczy i krótko podcięte ciemne włosy.

Odkąd wróciła, Proctor się nią opiekował. Wiedział, że właśnie tego chciałby jego chlebodawca. Jej niepokój wzbudzał w nim nietypowe dla niego opiekuńcze uczucia – czysty paradoks, ponieważ w normalnych okolicznościach Constance była ostatnią osobą, która pragnęłaby czyjejś opieki. Mimo to wyraźnie czuł, że cieszy ją ta atencja.

Wyprostowała się.

– Proctorze, postanowiłam zejść na dół.

To nagłe oświadczenie zbiło go z tropu.

– To znaczy... tam? Tam gdzie przedtem?

Constance nie odpowiedziała.

– Dlaczego?

– Żeby pogodzić się z nieuchronnym. Żeby się tego nauczyć.

– Dlaczego nie może pani zrobić tego tutaj, z nami? Nie może pani tak po prostu...

Constance odwróciła się i przeszyła go tak ostrym spojrzeniem, że zamarł. Natychmiast zrozumiał, że niczego jej nie wyperswaduje, że to beznadziejne. Ale kto wie, może znaczyło to, że w końcu zaczynała oswajać się z myślą, że Pendergast nie wróci? Może to jakiś postęp? Może.

Wstała.

– Napiszę list do pani Trask z listą rzeczy, które ma zostawiać dla mnie w windzie służbowej. Będę jadła jeden gorący posiłek dziennie, o ósmej wieczorem. Ale nie przez pierwsze dwa dni, muszę odpocząć od nadmiaru opieki. Poza tym pani Trask nie będzie i nie chciałabym narażać pana na niewygody.

Proctor też wstał. Ujął ją za ramię.

– Constance, proszę mnie wysłuchać...

Spojrzała na jego rękę, a potem popatrzyła mu w oczy takim wzrokiem, że natychmiast zwolnił uścisk.

– Dziękuję, że zechciał pan uszanować moje życzenia.

Stanęła na palcach i ku jego zaskoczeniu lekko pocałowała go w policzek. Potem odwróciła się i idąc niemal jak lunatyczka, skierowała się w stronę przeciwległego krańca biblioteki, ku windzie służbowej ukrytej za fałszywymi regałami. Rozsunęła je, wślizgnęła się do kabiny, zamknęła ją za sobą i... zniknęła.

Proctor długo patrzył w to miejsce. Zupełny obłęd. Pokręcił głową. Nieobecność Pendergasta kładła się cieniem na całym domu, na nim też. Musiał pobyć trochę sam, musiał to przemyśleć.

Wyszedł z biblioteki, przeciął hol, otworzył drzwi do wyłożonego dywanami korytarza i wszedł na rozchwierutane schody prowadzące do dawnych kwater dla służby. Na drugim piętrze skręcił w kolejny korytarz i po kilkunastu krokach stanął przed drzwiami swojego niewielkiego mieszkania. Otworzył je i wszedł do środka.

Powinien był oprotestować jej plan bardziej stanowczo. Pod nieobecność Pendergasta to on za nią odpowiadał. Ale niczego by to nie zmieniło, dobrze o tym wiedział. Już dawno się przekonał, że choć dałby radę niemal każdemu, wobec niej był kompletnie bezbronny. Z czasem, pomyślał, z delikatną zachętą z mojej strony, Constance pogodzi się z odejściem Pendergasta, powróci do żywych i...

Obleczona w rękawiczkę ręka błyskawicznie objęła go od tyłu i z potężną siłą ścisnęła klatkę piersiową.

Choć zaskoczony, zareagował odruchowo, gwałtownie pochylając się w dół i próbując pozbawić napastnika równowagi, jednak ten się tego spodziewał i pokrzyżował mu plany. W tej samej chwili poczuł ukłucie igły zagłębiającej się w kark. Zamarł.

– Jakikolwiek ruch byłby wielce niewskazany.

Ten dziwny, jedwabisty głos – natychmiast go rozpoznał. Zastygł bez ruchu. Nie mógł uwierzyć, że dał się tak zaskoczyć. Jak to możliwe? Nie uważał, był pochłonięty myślami. Nigdy sobie tego nie wybaczy. Zwłaszcza że miał do czynienia z największym wrogiem Pendergasta.

– Jesteś dużo lepiej wyszkolony w sztuce walki wręcz – ciągnął aksamitny głos. – Dlatego pozwoliłem sobie wyrównać szanse. To, co tkwi w twojej szyi, to oczywiście igła. Jeszcze nie nacisnąłem tłoczka. W strzykawce jest pentotal sodu, bardzo silna dawka. Poproszę cię raz i tylko raz: potwierdź gotowość do współpracy, rozluźniając mięśnie ciała. Od twojej reakcji zależy to, czy wstrzyknę ci dawkę znieczulającą, czy też... śmiertelną.

Proctor rozważył dostępne opcje. I rozluźnił mięśnie.

– Znakomicie – kontynuował głos. – O ile dobrze pamiętam, nazywasz się Proctor, prawda?

Proctor nie odpowiedział. Na pewno będzie miał okazję, żeby odwrócić sytuację. Zawsze jest jakaś okazja, musiał tylko pomyśleć.

– Obserwuję tę rodzinną rezydencję od dłuższego czasu. Pan domu wyjechał, wygląda na to, że na zawsze. Ponuro tu jak w grobie. Aż dziw bierze, że nie nosicie się na czarno.

Proctor błyskawicznie analizował różne scenariusze. Musiał wybrać jeden i go zrealizować. Potrzebował tylko czasu, trochę więcej czasu, wystarczyłoby kilka sekund...

– Nie jesteśmy w nastroju na pogawędkę? Nie szkodzi. Mam na głowie mnóstwo spraw, pozwolisz więc, że się pożegnam, życząc ci dobrej nocy.

Gdy tłoczek ruszył, Proctor zdał sobie sprawę, że jednak zabrakło mu czasu i że – ku swemu wielkiemu zaskoczeniu – całkowicie zawiódł.

1

Wypływał z atramentowych głębin. Powracał do świadomości długo i powoli, jednak w końcu otworzył oczy. Powieki miał tak ciężkie, że omal znów nie opadły. Co się stało? Leżał bez ruchu, badając wzrokiem otoczenie. I po chwili zrozumiał: to podłoga, podłoga w saloniku.

Jego własnym saloniku.

„Mam na głowie mnóstwo spraw...”.

Nagle wszystko wróciło do niego w oszalałym pędzie. Spróbował wstać, lecz nie zdołał. Spróbował ponownie i tym razem z wielkim trudem udało mu się usiąść. Czuł się tak, jakby zamiast ciała miał wór mąki.

Spojrzał na zegarek. Kwadrans po jedenastej. Był nieprzytomny ponad pół godziny.

Pół godziny. Bóg wie, co mogło się przez ten czas wydarzyć.

„Mam na głowie mnóstwo spraw...”.

Z heroicznym wprost wysiłkiem chwiejnie wstał. Musiał przytrzymać się stołu, bo pokój zakołysał się na wszystkie strony. Żeby szybciej otrzeźwieć, gwałtownie potrząsnął głową i postał przez chwilę, aby odzyskać pełnię władz umysłowych i fizycznych. Potem otworzył pojedynczą szufladę w stole, wyjął z niej glocka 22 i wetknął go za pasek spodni.

Drzwi były otwarte i widział przez nie główny korytarz w skrzydle dla służby. Ruszył w tamtą stronę jak pijany, przytrzymał się futryny, dotarł do wąskich schodów i kurczowo chwytając się poręczy, na wpół zszedł, na wpół zsunął się na parter. Towarzyszący temu wysiłek i poczucie najwyższego niebezpieczeństwa pomogło wyostrzyć zmysły. Przeszedł krótkim korytarzem i otworzył drzwi prowadzące do ogólnie dostępnych pomieszczeń.

Przystanął, żeby zawołać panią Trask. Ale szybko z tego zrezygnował. Obwieszczanie swojej obecności nie było wskazane. Poza tym pani Trask pewnie już wyszła, wyjechała do chorej siostry. Zresztą to nie jej groziło największe niebezpieczeństwo. Największe niebezpieczeństwo groziło Constance.

Wstąpił na marmurową posadzkę, chcąc wejść do biblioteki, zjechać windą do podziemi i zrobić wszystko, aby ją chronić. Jednak przed szeroko otwartymi drzwiami ponownie przystanął. W środku dostrzegł przewrócony stolik, walające się na dywanie książki i papiery.

Szybko się rozejrzał. Po prawej stronie, w sali recepcyjnej o ścianach zabudowanych szafkami pełnymi dziwacznych eksponatów, panował bałagan. Ktoś strącił etruską urnę z cokołu i jej szczątki walały się teraz na podłodze. Wielka waza ze świeżo ściętymi kwiatami – pani Trask codziennie je zmieniała – która zawsze stała na środku sali, leżała teraz roztrzaskana na marmurowej posadzce, a wraz z nią, w kałużach wody, dwa tuziny róż i lilii. Drzwiczki jednej z szafek na drugim końcu sali, tuż przy wejściu do jadalni, były otwarte na oścież, mocno przekrzywione i prawie wyrwane z zawiasów. Wyglądało to tak, jakby ktoś się ich rozpaczliwie chwycił, żeby stawić opór przeciwnikowi i nie dać się nigdzie zawlec.

Wszystkie ślady aż zbyt wyraźnie wskazywały na to, że doszło tu do straszliwej walki. Wszystkie przecinały salę recepcyjną, prowadząc w stronę głównych drzwi domu i... rozciągającego się za nimi świata.

Proctor pobiegł przed siebie. Porozrzucane książki i dokumenty, poprzewracane krzesła, przewrócony laptop – w długiej, wąskiej jadalni mignął mu stół, przy którym jeszcze do niedawna Constance badała historię rodziny Pendergasta. Na końcu pomieszczenia, tam gdzie zaczynał się frontowy hol, ujrzał coś jeszcze bardziej niepokojącego – ciężkie drzwi, które prawie zawsze były zamknięte na klucz i rzadko kiedy otwierane, stały teraz uchylone, wpuszczając do holu jaskrawe światło dnia.

Chłonąc to wszystko z narastającym przerażeniem, usłyszał nagle zza otwartych drzwi przytłumiony głos kobiety wołającej o pomoc.

Choć wciąż miał zawroty głowy, wyjął zza pasa pistolet i popędził w tamtą stronę. Przebiegł pod łukowatym przejściem, przeciął frontowy hol, kopniakiem otworzył drzwi na oścież, wypadł na dwór, przystanął pod portykiem i zbadał wzrokiem teren.

Na końcu podjazdu, przodem do ulicy, na jałowym biegu czekał lincoln navigator z przyciemnionymi oknami. Tylne drzwi były otwarte i stała przy nich Constance ze związanymi z tyłu rękami. Stała plecami do niego i gwałtownie się szarpała, jednak po obciętych na pazia włosach i oliwkowym trenczu poznał, że to ona. Jakiś mężczyzna, też stojący przodem do ulicy, wpychał ją właśnie na tylne siedzenie lincolna, już zatrzaskiwał drzwi.

Proctor poniósł pistolet i wystrzelił, lecz tamten przeskoczył przez maskę samochodu, zanurkował do środka i kula chybiła celu. Druga zrykoszetowała na kuloodpornej szybie i w tej samej chwili wóz ruszył, gwałtownie przyspieszył, w kłębach dymu z palonej gumy wyjechał na ulicę i z wciąż szarpiącą się za tylną szybą Constance szybko znalazł się poza zasięgiem strzału.

Ułamek sekundy przed skokiem do samochodu porywacz odwrócił się do Proctora i spotkali się wzrokiem. Dziwne oczy, jedno zielone, drugie białawoniebieskie, blada cera, wyraziste rysy twarzy, bijące z niej okrucieństwo, starannie wypielęgnowana broda, rude włosy – nie sposób go było z nikim pomylić. Proctor miał przed sobą Diogenesa, brata i nieprzejednanego wroga Pendergasta w jednej osobie, człowieka, którego – jak wszyscy myśleli – Constance zabiła przed ponad trzema laty.

I który właśnie odżył. Żeby ją uprowadzić.

W jego oczach było tyle dzikości, tyle mrocznego, perwersyjnego triumfu, że przez krótką chwilę nawet stoicki Proctor czuł się bezradny. Jednak paraliż trwał tylko ułamek sekundy. Otrząsnąwszy się z przerażenia i pokonawszy skutki działania pentotalu sodu, puścił się w pościg, pędząc przez podjazd i jednym susem przeskakując przez równo przycięty żywopłot.

2

W młodości był świetnym biegaczem – podczas szkolenia wojskowego w Fort Benning ustanowił niepobity dotąd rekord w biegu na wytrzymałość i od tamtej pory zawsze utrzymywał szczytową formę – więc pędził ile sił w nogach. Lincoln stał na czerwonym świetle półtorej przecznicy dalej i Proctor pokonał tę odległość w niecałe piętnaście sekund. Już do niego dobiegał, gdy światło zmieniło się na zielone i wóz gwałtownie ruszył.

Proctor przystanął, przyjął stabilną pozycję strzelecką, wymierzył i wystrzelił, najpierw w lewe koło, potem w prawe. Obydwie kule dosięgły celu i opony momentalnie sflaczały, jednak już po chwili z głośnym sykiem znów przybrały pierwotny kształt. Napełniły się powietrzem same. Lincoln, z Diogenesem za kierownicą, wyminął jadący przed nim samochód, przyspieszył i zygzakując między pojazdami, popędził dalej.

Proctor zawrócił. Już w biegu wetknął pistolet za pasek i wyjął komórkę. Miał ograniczoną wiedzę na temat kontaktów Pendergasta w FBI i innych agencjach rządowych, poza tym w tej sytuacji telefon do FBI tylko spowolniłby sprawę. Nie, to była robota dla miejscowej policji. Wybrał 911.

– Dziewięćset jedenaście, nagłe przypadki – odezwał się chłodny kobiecy głos.

Proctor wpadł do domu frontowymi drzwiami, przeciął hol i popędził na tył budynku. Dla bezpieczeństwa i pełnej poufności rozmów zarejestrował telefon na fałszywe nazwisko i adres i wiedział, że dane te ukazały się właśnie na ekranie monitora operatorki.

– Mówi Kenneth Lomax. – Otworzył ukryty za panelem ściennym schowek i wyjął torbę specjalnie przygotowaną na takie właśnie przypadki. – Przed chwilą byłem świadkiem uprowadzenia.

– Adres poproszę.

Podał adres i wrzucił do torby glocka wraz z zapasowymi magazynkami.

– Widziałem, jak jakiś mężczyzna wyciągnął za włosy kobietę z domu. Kobieta szarpała się i głośno krzyczała. Mężczyzna wepchnął ją do samochodu i odjechał.

– Jaki to był samochód?

– Czarny lincoln navigator z przyciemnionymi szybami. Jechał Riverside Drive na północ. – Podyktował numer rejestracyjny, chwycił torbę i przez kuchnię pobiegł do garażu, gdzie stał wóz Pendergasta, rolls-royce silver wraith z pięćdziesiątego dziewiątego roku.

– Proszę się nie rozłączać, już wysyłam radiowozy.

Proctor nacisnął pedał gazu, wyjechał na ulicę i zostawiwszy na asfalcie dwa długie na trzy metry pasma spalonej gumy, mocno przyspieszył, przejeżdżając na czerwonym świetle pierwsze dwa skrzyżowania. Ruch był niewielki, więc widział na jakieś osiemset metrów. Zmrużył oczy i w mglistym świetle dnia wydawało mu się, że dostrzega wóz dziesięć ulic dalej.

Przyspieszył jeszcze bardziej i zygzakując między taksówkami, przy akompaniamencie chóru rozwścieczonych klaksonów przejechał na czerwonym świetle kolejne skrzyżowanie. Wiedział, że wydawszy dyspozycje radiowozom, operatorka zawiadomi także Biuro Detektywów i zechce zadać mu mnóstwo dodatkowych pytań, ponieważ chodzi o porwanie. Nie rozłączając się, rzucił komórkę na fotel pasażera, po czym pstryknął włącznikiem policyjnego radia zainstalowanego pod deską rozdzielczą.

Pędził tak szybko, że śmigające za oknem skrzyżowania zlewały się w rozmazaną smugę. Nie widział już lincolna, nie zobaczył go nawet na długiej prostej tuż przed Washington Heights. Najlogiczniejszą drogą ucieczki wydawała się West Side Highway, ale z północnego odcinka Riverside Drive nie można było na nią wjechać. W oddali zawyły pierwsze syreny – policja zareagowała bardzo szybko.

I nagle w górnym lusterku zobaczył, jak ze Sto Czterdziestej Siódmej wyskakuje czarny lincoln, po czym skręca na południe. Najwyraźniej Diogenes odbił w ulicę jednokierunkową, zorientował się, że jedzie pod prąd, i zawrócił.

Proctor zacisnął usta, ocenił natężenie ruchu i szarpnął kierownicą w lewo. Jednocześnie zablokował ręcznym hamulcem tylne koła, wprowadzając wóz w poślizg i gwałtownie zawracając, co jadące z naprzeciwka samochody powitały wrzaskliwymi klaksonami i piskiem opon. Kiedy samochód obrócił się o sto osiemdziesiąt stopni, Proctor wyrównał, zwolnił ręczny, dodał gazu i masywny rolls skoczył do przodu jak spięty ostrogami. Do policyjnych syren zaczęły dołączać migające światła kogutów.

Pięć skrzyżowań dalej lincoln skręcił w Sto Czterdziestą Piątą Zachodnią. Co było bez sensu: Sto Czterdziesta Piąta kończyła się parkingiem przy Riverside State Park, terenem zielonym usytuowanym – o ironio! – na dachu oczyszczalni ścieków wciśniętej między rzekę Hudson i West Side Highway. Czyżby na Diogenesa czekała na nabrzeżu motorówka?

Minęło pół minuty, zanim przebił się przez ruch i ostro skręcił w Sto Czterdziestą Piątą Zachodnią. Najpierw chciał zrozumieć, co Diogenes zamierza, a dopiero potem działać. Gwałtownie zahamował, wyjął z torby silną lornetkę i omiótł nią teren, trasę, parking i drogi dojazdowe. Ani śladu lincolna. Gdzie się, do diabła, podział?

Odkładając lornetkę, kątem oka zauważył coś dziwnego w zaroślach po prawej stronie, w miejscu, gdzie pobocze opadało stromo w dół, ku północno-południowej jezdni West Side Highway. Niedawno musiała pracować tam kosiarka i nad warstwą ściętej trawy unosił się szybko opadający tuman kurzu. A na ziemi widniały świeże ślady opon.

Proctor znów sięgnął po lornetkę. Jest! Tam, daleko. Czarny lincoln navigator. Jechał szybko na północ. Niech to szlag! Serią sprytnych manewrów Diogenes zdobył co najmniej osiemset metrów przewagi.

Proctor odpalił silnik, skręcił na pobocze i – to gwałtownie hamując, to lekko przyspieszając – zjechał stromym nasypem na trasę, agresywnie włączył się do ruchu i chwycił komórkę.

– Jeszcze raz Kenneth Lomax. Podejrzany jedzie teraz na północ trasą West Side, zbliża się do mostu Waszyngtona.

– Skąd pan wie? – spytała operatorka.

– Bo go ścigam.

– Proszę zrezygnować, zajmie się tym policja.

Proctor rzadko kiedy podnosił głos, jednak teraz nie wytrzymał.

– No to przyślijcie tu kogoś, do ciężkiej cholery! – I nie zważając na gadaninę operatorki, rzucił telefon na fotel pasażera.

West Side Highway przecinała Hudson River Greenway, wznosząc się i opadając wraz z ukształtowaniem terenu. Proctor pędził z prędkością ponad stu sześćdziesięciu kilometrów na godzinę, jednak wiedział, że Diogenes na pewno nie jedzie wolniej. Przed nim i nad nim ciągnął się długi, wąski łuk mostu Waszyngtona, przez który przebiegała droga międzystanowa I-95. Lincoln przepadł jak kamień w wodę. Czyżby Diogenes wjechał ślimakiem na górę i skręcił w kierunku New Jersey albo Long Island czy Connecticut? A może został na West Side Highway i minąwszy Manhattan, pojechał na północ do Westchester?

Proctor znów zaklął i pokręcił potencjometrem policyjnego radia. Meldowały się kolejne radiowozy reagujące na wezwanie centrali. Miały wypatrywać czarnego lincolna navigatora z przyciemnionymi szybami, jadącego na północ West Side Highway. Z tym że na tej trasie już go nie było.

Pościg dobiegł końca.

3

Ale niezupełnie.

W ostatniej chwili, idąc za głosem instynktu i ledwo panując nad samochodem, Proctor przeciął na skos trzy pasy ruchu i wjechał na most. Wybrał dolny poziom, bo było tam mniej ciężarówek, dzięki czemu mógł szybciej jechać i łatwiej manewrować. Z trzeszczącego policyjnego radia docierało do niego coraz więcej meldunków o braku wyników poszukiwań. Głos operatorki w telefonie na fotelu pasażera znów zaczął się wzmagać. Proctor wiedział, że kiedy policjanci zniechęcą się nieudanym pościgiem, następnym obiektem ich zainteresowania będzie on sam. Nie miał czasu na niewygodne pytania albo – co gorsza – na pobyt w areszcie. Otworzył okno i wyrzucił komórkę. W torbie miał jeszcze kilka jednorazówek na kartę.

Za mostem, już w New Jersey, mijając punkt poboru opłat, zwolnił do stu dziesięciu – nie chciał, żeby w tak krytycznym momencie zatrzymano go za przekroczenie dozwolonej prędkości – i pokonawszy plątaninę krzyżujących się i rozwidlających dróg, ruszył na zachód międzystanówką I-80. Kwadrans później skręcił w zjazd numer 65 i pojechał w kierunku lotniska Teterboro.

Doszedł do wniosku, że Diogenes ma jedynie dwa wyjścia: przywarować w pobliżu w specjalnie przygotowanej do tego celu kryjówce albo wywieźć Constance gdzieś dalej prywatnym transportem. Jeśli postanowił przywarować, było za późno, żeby temu zapobiec. Jeśli natomiast postawił na wyjście numer dwa, nie mógł ryzykować dalszej jazdy lincolnem, ponieważ policja znała jego numer rejestracyjny. Nie mógł także zawlec Constance na pokład komercyjnego samolotu czy innego środka transportu publicznego. Pozostawało jedynie Teterboro, najbliższe lotnisko obsługujące prywatne samoloty dalekiego zasięgu.

Skręcił w Industrial Avenue, zaparkował przy krawężniku przed najbliższym wejściem i otaksował spojrzeniem pobliskie zabudowania: wieżę, remizę strażacką i budynki administracyjne należące do prywatnych linii lotniczych. Lincolna nie wypatrzył, ale to nic nie znaczyło, bo Diogenes mógł go zostawić za lub w którymś z sześciu hangarów. Otworzył drzwi, wysiadł, powiódł wzrokiem po pasie startowym – na razie pustym – i spojrzał w niebo. W oddali wzbijał się w powietrze jakiś odrzutowiec, właśnie chował podwozie. Jednak ruch nad stanami Nowy Jork, Connecticut i New Jersey był bardzo duży, więc nie mógł mieć żadnej pewności, że Diogenes jest na pokładzie akurat tej maszyny.

Przynajmniej na razie.

Proctor wsiadł do samochodu, wyjął z torby laptopa i ściągnął z internetu plan lotniska Teterboro. Potem wszedł na stronę AirNav i poszukał podstawowych informacji na temat obiektu, takich jak jego położenie, długość i szerokość geograficzna, statystyki operacyjne i wymiary pasów startowych; obydwa miały dwa tysiące sto metrów długości i mogły na nich lądować samoloty niemal dowolnej wielkości. Odnotował, że lotnisko obsługuje około czterystu pięćdziesięciu samolotów dziennie, w tym dwieście siedemdziesiąt maszyn w ramach lotnictwa ogólnego, obejmującego cały ruch lotniczy, prywatny i komercyjny, z wyłączeniem lotów rozkładowych i wojskowych. Na dole strony znalazł informacje dotyczące prywatnych linii lotniczych: dane na temat obsługi naziemnej, serwisu awioniki i lotów czarterowych. Przeczytał je uważnie i zapamiętał.

Wrzucił bieg, wjechał na teren lotniska i minąwszy ciąg zabudowań, przystanął przed hangarem na końcu pasa startowego numer jeden. Hangar był olbrzymi, a na jego dachu widniał wielki napis: SZKOŁA LOTNICZA NORTH JERSEY. Proctor wziął torbę, wysiadł i pobiegł w tamtą stronę. Biegnąc, zajrzał do hangaru i popędził dalej. Sześć sfatygowanych cessen 152 należących do szkoły parkowało teraz na pasie. W kokpicie najbliższej siedziało dwóch mężczyzn, pilot i uczeń, którzy omawiali plan lotu szkoleniowego.

Przybrawszy zmartwioną minę, Proctor podbiegł do maszyny i pomachał do nich, prosząc, żeby otworzyli okno. Tamci podnieśli wzrok. Natychmiast stało się oczywiste, który z nich jest pilotem, a który uczniem – wystarczyło spojrzeć na ich twarze.

– Panowie, możecie mi pomóc? – spytał Proctor piskliwym, niemal płaczliwym głosem. – Widzieliście tu przed chwilą mężczyznę i kobietę? Wsiadali do samolotu...

Mężczyźni wymienili spojrzenia.

– Kobieta jest młoda, ma dwadzieścia kilka lat i ciemne włosy. Mężczyzna to wysoki brodacz z blizną na policzku.

– Nie powinien pan tu wchodzić bez pozwolenia – zauważył pilot.

Proctor skupił uwagę na uczniu, starszym mężczyźnie wyraźnie podekscytowanym już samym tym, że siedzi w kokpicie samolotu.

– To mój szef. – Zdyszany machnął torbą. – Zapomniał papierów. Nie mogę się do niego dodzwonić, to bardzo ważne dokumenty, więc...

– Tak, widziałem ich – przerwał mu uczeń. – Wsiedli do samolotu jakieś pięć minut temu. Czekał na nich na pasie. Kobieta była chyba chora, bo cały czas zataczała się i chwiała.

– Jaki to był samolot? – spytał Proctor.

Pilot zmarszczył brwi.

– Nie możemy udzielać takich...

Ale uczeń, najwyraźniej entuzjasta lotnictwa, nie dopuścił go do głosu.

– Dwusilnikowy odrzutowiec Learjet. Nie kojarzę modelu.

– Właśnie – rzucił Proctor – biznesowy learjet! To on, mój szef. Bardzo dziękuję. Znajdę jakiś sposób, żeby się z nim skontaktować.

Pilot otworzył usta, żeby coś powiedzieć, ale Proctor biegł już z powrotem do samochodu.

Wsiadł, sięgnął po laptopa, otworzył stronę FlightAware, a potem wyszukiwarkę, w którą wpisał hasło „KTEB” – kod lotniska Teterboro według Organizacji Międzynarodowego Lotnictwa Cywilnego. Na ekranie ukazała się mapa stanów Nowy Jork, Connecticut i New Jersey z leżącym pośrodku Teterboro, pokryta widmowymi sylwetkami białych samolocików zmierzających w różnych kierunkach. Pod mapą były dwie rubryki: przyloty i odloty.

Proctor przejrzał szybko tę z odlotami. Zawierała kilkanaście linijek danych wyszczególnionych w kolejności od najnowszych do najstarszych. Każda dotyczyła samolotu, który odleciał z Teterboro w ciągu ostatnich kilku godzin, i podawała takie informacje jak numer identyfikacyjny maszyny, jej typ, cel podróży, godzinę startu i przewidywany czas przybycia.

Była 12.45. Z tego, co widział na ekranie, wynikało, że ostatnie samoloty odleciały z Teterboro o 12.41, 12.32 i 12.29. Tak więc w ciągu ostatnich pięciu minut wystartowała tylko jedna maszyna.

Sprawdził typ samolotu, który odleciał o 12.41: LJ45, czyli learjet 45. Leciał do KOMA. Znów szybkie wyszukiwanie i... jest. KOMA to według OMLC lotnisko Eppley w Omaha, w stanie Nebraska.

Numer identyfikacyjny samolotu? LN303P. Jedno kliknięcie i otworzyło się nowe okienko – mapa z naniesioną trasą lotu z New Jersey do Nebraski. Za ikonką samolotu ciągnął się krótki ogon zaczynający się na lotnisku Teterboro, a przed nią przerywana linia wiodła na zachód, w dwóch miejscach lekko odbijając w lewo i prawo od planowanej trasy podróży. Rząd danych z boku ekranu wskazywał, że prędkość przelotowa samolotu wynosi siedemset siedemdziesiąt osiem kilometrów na godzinę, że maszyna jest teraz na wysokości tysiąca ośmiuset metrów i wspina się na pięć tysięcy siedemset.

Proctor zamknął mapę. Dowiedział się dwóch bardzo ważnych rzeczy: tego, że Diogenes i Constance są na pokładzie learjeta o numerze identyfikacyjnym LN303P, i tego, że lecą do Nebraski, przynajmniej według zgłoszonego przez Diogenesa planu. Zgodnie z przepisami tego rodzaju plan musiały zgłaszać wszystkie maszyny wykonujące lot IFR, czyli lot według wskazań przyrządów, inaczej wzbudziłyby natychmiast niepotrzebne zainteresowanie.

Zajrzawszy do rubryki odlotów, dowiedział się także, że learjet o numerze identyfikacyjnym LN303P wylądował w Teterboro ledwie pół godziny przed startem. Co znaczyło, że nie jest to miejscowy czarter – żeby zatrzeć za sobą ślady, Diogenes postawił na czarter z innego lotniska.

Sprytne, lecz nie do końca. Dlaczego? Dlatego że nie pomyślał albo nie wiedział, że należy także usunąć numer indentyfikacyjny maszyny z takich stron śledzących ruch samolotów cywilnych jak na przykład FlightAware. Skutek? Proctor wiedział już dokładnie, dokąd porywacz zmierza.

Jednak wiedza ta była mało przydatna, ponieważ z każdą mijającą minutą Diogenes oddalał się od niego z prędkością prawie ośmiuset kilometrów na godzinę.

4

Według strony AirNav jedyną lotniczą firmą czarterową operującą bezpośrednio na lotnisku Teterboro była DebonAir Aviation Services i jadąc wzdłuż rzędu zabudowań, Proctor wypatrzył w końcu jej szyld. Zaparkował przed drzwiami z matowego szkła, zgasił silnik, wziął torbę i laptop i szybko wysiadł.

W środku było jak w siedzibach innych tego rodzaju firm, to znaczy wygodnie, lecz nade wszystko funkcjonalnie – większość pracowników linii czarterowych była kiedyś pilotami wojskowymi lub cywilnymi. Stały tam trzy biurka, w tym tylko jedno zajęte. Na ścianach wisiały oprawione w ramkę plakaty lotnicze. Otwarte drzwi na końcu pomieszczenia prowadziły do pokoju z szafkami na dokumenty.

Proctor zmierzył wzrokiem siedzącego przy biurku mężczyznę. Około pięćdziesiątki, krótkie stalowoszare włosy, muskularna budowa ciała – według stojącej na blacie tabliczki nazywał się Bowman. Patrzył na Proctora jak na potencjalnego klienta.

Proctor ocenił sytuację. Chciał go prosić o coś nietypowego i – w normalnych okolicznościach – bardzo czasochłonnego. Rzecz w tym, że on czasu nie miał, dlatego szybko, lecz metodycznie rozważył dostępne opcje, rozrysowując w myśli drzewo decyzyjne i wyciągając stosowne wnioski. Potem usiadł na stojącym przed biurkiem krześle, położył na podłodze laptop, a torbę na wszelki wypadek umieścił na kolanach.

– Chcę wyczarterować samolot – zaczął. – Natychmiast.

Bowman zamrugał.

– Aha, natychmiast.

Proctor skinął głową.

– Skąd ten pośpiech? – „Chodzi o coś nielegalnego?” – pytała niemo mina Bowmana, z sekundy na sekundę coraz bardziej podejrzliwa.

– Nie, nic z tych rzeczy – odparł Proctor, który zdążył już stwierdzić, że w tym przypadku sukces może mu zapewnić jedynie uczciwe postawienie sprawy. To i dodatkowa zachęta z jego strony. – Prowadzę działania pościgowe.

Słysząc tak sformułowaną odpowiedź, Bowman wyraźnie się ożywił i spojrzał na niego z nowym zainteresowaniem – jak wojskowy na wojskowego.

– Służył pan w rangersach?

Proctor zrobił enigmatyczny gest ręką.

– W siłach specjalnych. – Zerknął na przeszkloną gablotę na ścianie za biurkiem. – Pan w komandosach?

Bowman kiwnął głową. Nie był już tak podejrzliwy.

– Dlaczego nie pójdzie pan na policję?

– Chodzi o uprowadzenie. Każda interwencja policji może oznaczać śmierć zakładnika. Porywacz jest inteligentny i bardzo gwałtowny. Poza tym to niezmiernie delikatna sprawa osobista, a czas jest kluczowy. Znam numer identyfikacyjny samolotu i wiem, dokąd leci. Muszę tam dotrzeć, zanim cel zniknie z pola widzenia.

Bowman znów kiwnął głową, tym razem dużo wolniej.

– Cel lotu?

– Lotnisko Eppley w stanie Omaha.

– Omaha... – powtórzył Bowman. – Spalimy bardzo dużo nafty, przyjacielu. Czas postoju?

– Postoju nie będzie. To skok w jedną stronę.

– Będę musiał policzyć panu za pusty przebieg.

– Oczywiście.

– Liczba pasażerów?

– Jeden. Ja.

Krótka pauza.

– Rozumie pan, że ze względu na dodatkowe papierki i koszty organizowany na chybcika transfer będzie się wiązał ze sporą dopłatą?

– Nie ma sprawy.

Bowman potarł czoło, odwrócił się do komputera i zastukał w klawiaturę. Proctor wykorzystał tę okazję, żeby otworzyć laptop i sprawdzić status samolotu Diogenesa. Ikonka LN303P wciąż przesuwała się na zachód – learjet leciał na wysokości trzech tysięcy sześciuset metrów, zbliżając się do prędkości przelotowej.

– Ma pan szczęście – powiedział Bowman. – Mam wolną maszynę, pilatusa PC-dwanaście. I licencjonowanego pilota, właśnie je lunch. – Sięgnął po kalkulator. – Paliwo, opłata za lądowanie, opłata za podstawienie schodów, opłata za odcinki lotu, wszystko dobowe, koszt lotu w jedną stronę, plus moje piętnaście procent... dopłaty. W sumie wychodzi tysiąc dwieście dolarów za...

– Nic z tego – przerwał mu Proctor.

Bowman podniósł wzrok.

– Dlaczego?

– PC-dwanaście to maszyna z pojedynczym silnikiem turbośmigłowym. Potrzebuję odrzutowca.

– Aha, odrzutowca.

– Ścigam learjeta czterdzieści pięć. To musi być coś równie szybkiego albo szybszego.

Bowman znów przybrał podejrzliwy wyraz twarzy. Zerknął na ekran komputera.

– Mamy taki. Gulfstreama czwórkę. Ale nie będzie mógł prędko odlecieć.

– Dlaczego?

– Powiedziałem, że mamy pod ręką pilota. Ale tylko jednego. Gulfstreamem nie da się polecieć w pojedynkę. – Znów zastukał w klawiaturę. – Mam kogoś, kto mógłby przyjechać tu jutro rano. Oczywiście pod warunkiem, że stać pana na koszt...

– Wykluczone.

Bowman umilkł.

– Muszę lecieć natychmiast – powtórzył spokojnie Proctor.

– Wiem, ale jak już mówiłem, pilot może tu być dopiero jutro rano.

Proctor ponownie rozważył dostępne możliwości. W pierwszym odruchu chwytał się zwykle przemocy, jednak w tych okolicznościach stosowanie prawa pięści nie było wskazane – w grę wchodziło zbyt wiele zmiennych, wokół i na samym lotnisku kręciło się zbyt wielu ochroniarzy. Nie, jeśli miało mu się udać, musiał zapewnić sobie dobrowolnego wspólnika.

– Ile kosztowałby normalny przelot gulfstreamem do Omaha i z powrotem?

– Czwórką? Trzy tysiące osiemset dolarów za godzinę.

– Wychodzi na to, że za mniej więcej trzygodzinny lot w jedną stronę zapłaciłbym dwadzieścia pięć tysięcy.

– Coś koło tego, ale... – Bowman urwał, bo sięgnąwszy do torby, Proctor wyjął z niej kilka plików studolarówek i położył je na biurku.

– Tu jest trzydzieści – powiedział. – Chodźmy.

Bowman wytrzeszczył oczy.

– Przecież mówiłem, że nie da się...

– Ma pan licencję, prawda? – Ruchem głowy Proctor wskazał oprawiony w ramkę dyplom na ścianie.

– Tak, ale...

Proctor wyjął bez słowa kolejne pięć tysięcy i dodał je do sterty na biurku; celowo nie zamknął torby, w której widać było grube pliki banknotów – prawie pół miliona dolarów – i dwa glocki 22.

Bowman popatrzył na pieniądze, na torbę i znów na pieniądze. W końcu sięgnął po komórkę i zadzwonił.

– Ray? Mamy pilny czarter. Tak, teraz... Nie, w jedną stronę... Usiądę po lewej, przyjeżdżaj... Tak, natychmiast. – Słuchał przez chwilę i warknął: – To powiedz jej, żeby zaczekała do jutra, do cholery!

Tymczasem Proctor, który znów wykorzystał okazję, żeby wejść na stronę FlightAware i sprawdzić status lotu Diogenesa, ku swojemu zaskoczeniu stwierdził, że dosłownie chwilę wcześniej learjet zboczył z pierwotnej trasy i leci teraz kursem zero-cztery-zero. Zerknął na okienko informacyjne z boku ekranu: maszyna zmieniła punkt docelowy i zamiast do KOMA, zmierzała obecnie do CYQX. Zajrzał do tabeli kodów. Okazało się, że CYQX to międzynarodowe lotnisko w Gander w Nowej Funlandii.

A więc uciekając z Teterboro, Diogenes nie poprzestał na wyczarterowaniu samolotu z innego lotniska: wyglądało na to, że już na trasie zgłosił nowy plan lotu. Wszystko po to, żeby nikt nie wpadł na jego trop.

Podczas gdy Proctor wpatrywał się w ekran laptopa, Bowman wykonał jeszcze kilka telefonów.

– Dobra – rzucił, zgarniając ze stołu pieniądze. – Pilot już jedzie, maszyna tankuje paliwo. Wejdę tylko na DUATS, zgłoszę plan lotu i możemy...

– Zmienił się cel podróży – przerwał mu Proctor. – Nie lecimy do Omaha, tylko do Gander w Nowej Funlandii.

– W Nowej Funlandii? – Bowman zmarszczył brwi. – Zaraz. To przecież za granicą...

– Nieważne. Trasa jest krótsza. Zapłacę, ile będzie trzeba. – Proctor pomachał mu przed oczami plikiem banknotów i wrzucił go z powrotem do torby. – Niech pan tylko robi swoje. Spierdalajmy stąd wreszcie.

Ten wypowiedziany monotonnym głosem niespodziewany wulgaryzm okazał się lepszym argumentem niż największa spluwa. Bowman wypuścił powietrze i powoli skinął głową.

– Niech pan da mi pięć minut na przygotowania – powiedział dziwnym głosem, ni to zadowolonym, ni przygnębionym. – Za dziesięć będziemy w powietrzu.

5

Trasa lotu non stop z Teterboro do Gander biegła nad Cape Ann, Massachusetts, Nową Szkocją i Nową Funlandią i liczyła tysiąc siedemset sześćdziesiąt kilometrów. Łącznie z kołowaniem, startem i wytracaniem prędkości na podejściu do lotniska docelowego przewidywany czas lotu wynosił godzinę i pięćdziesiąt jeden minut. Jednak z wieżą kontroli lotów w Gander Proctor zdołał porozmawiać dopiero półtorej godziny po starcie.

Nabrał pewności, że Diogenes rzeczywiście tam leci. Nie było dalszych zmian trasy, co więcej, jego samolot podchodził właśnie do lądowania. Ponieważ jednak przez pewien czas leciał kursem na Omaha, a gulfstream dorównywał mu prędkością, learjet – chociaż początkowo miał nad nim dużą przewagę – wyprzedzał go teraz jedynie o niecałe pół godziny. Niestety jego piloci, Bowman i pierwszy oficer Ray Krisp, jak większość zawodowych lotników ściśle przestrzegali przepisów i bez względu na to, jak dużą kwotą chciał ich przekupić, nie pozwolili mu skorzystać z radia.

W końcu, gdy samolot znalazł się na ścieżce schodzenia i kontrola lotów przekazała maszynę wieży w Gander, Bowman włączył mikrofon i zameldował:

– Gander, tu November-trzy-dziewięć-siedem-Bravo na trzynaście pięćdziesiąt. Jesteśmy na ścieżce.

W głośniku zatrzeszczało.

– Dziewięć-siedem-Bravo, cztery-cztery-pięć-dwa, zezwalam na podejście na pas numer trzy. Zgłoś prostą.

– Zgoda na podejście na pas numer trzy, dziewięć-siedem-Bravo.

Zanim Bowman zdążył odłożyć mikrofon, Proctor wyszarpnął mu go, cofnął się poza zasięg rąk przypiętych pasami pilotów i nacisnął guzik nadawania.

– Wieża Gander, na pasie numer trzy ląduje właśnie L-J-cztery-pięć, powtarzam, learjet czterdzieści pięć o numerze identyfikacyjnym L-N-trzy-zero-trzy-P, Lima-November-trzy-zero-trzy-Papa. Zatrzymajcie go.

W eterze zapadła krótka cisza.

– Tu Gander, powtórz.

– Zatrzymajcie learjeta Lima-November-trzy-zero-trzy-Papa. Ma na pokładzie zakładnika.

Bowman i Krisp już rozpinali pasy.

– Kto mówi? – spytał kontroler. – To nie jest częstotliwość policyjna.

– Powtarzam: na pokładzie tego samolotu jest zakładnik. Zawiadomcie władze.

– Tego rodzaju sygnały trzeba zgłaszać na kanale policyjnym. Jak mnie zrozumiałeś, trzy-dziewięć-siedem-Bravo?

Bowman już stał. Bez słowa, z mroczną twarzą, wyciągnął rękę po mikrofon.

Proctor chciał coś dodać, lecz zdał sobie sprawę, że próba porozumienia z wieżą całkowicie zawiodła. Zgodnie z przewidywaniami zderzył się z murem kanadyjskiej biurokracji.

– Mikrofon! – warknął Bowman.

– Trzy-dziewięć-siedem-Bravo, jak mnie zrozumiałeś? – zaskrzeczało w głośniku.

– Skończy się na tym, że przejmą samolot – powiedział Bowman. – Nie tamten, tylko nasz. I zabiorą nas na przesłuchanie.

Proctor zawahał się i zerknął na swoją torbę, która wisiała na oparciu przedniego fotela w kabinie pasażerskiej.

– I co pan zrobi? – rzucił Bowman. – Zastrzeli pan nas? Rozwalimy się i tyle. A teraz mikrofon poproszę.

Proctor oddał go bez słowa.

– Tu trzy-dziewięć-siedem-Bravo – zameldował pilot. – Zignorujcie ostatni komunikat. Pasażer wtargnął do kokpitu.

– Przyjąłem – potwierdziła wieża. – Potrzebujecie pomocy?

Bowman spojrzał na Proctora.

– Nie. Gość się trochę wstawił. Wyprosiliśmy go i zabezpieczyliśmy kokpit. – Wciąż patrząc na Proctora, rozłączył się i usiadł. – Dziękuj swojej forsie, kolego. Gdyby nie te czterdzieści patyków, za taki numer przekazalibyśmy cię policji.

Proctor wytrzymał jego spojrzenie. W końcu odwrócił się, wyszedł z kokpitu i usiadł na swoim miejscu. Zrobił, co mógł, ale przed chwilą popełnił błąd. Nie był ani policjantem, ani agentem federalnym. Nie mógł zmusić władz do działania, zwłaszcza władz obcego kraju, i rozmowa z wieżą była czystą głupotą. Musiał stawić czoło Diogenesowi osobiście, na stałym lądzie.

I czuł, że da mu radę. Tak daleko zaszedł. Leżące na wybrzeżu Atlantyku Gander to najbardziej wysunięte na wschód lotnisko na kontynencie amerykańskim. Pytanie tylko, czy Nowa Funlandia była ostatecznym celem podróży Diogenesa, czy tylko punktem postojowym? Skłaniał się ku temu pierwszemu. Miejsce było doskonałe – otoczone bezbrzeżnym pustkowiem nadawało się na idealną kryjówkę. Skok przez Atlantyk? Mało prawdopodobne i niebezpieczne, bo przy swoim ograniczonym zasięgu learjet mógłby tam nie dolecieć.

Tak, kiedy wylądują, zrobi to, co umiał robić najlepiej – wytropi swoją ofiarę. Być może trochę to potrwa, lecz w tej sytuacji Diogenes nie będzie miał szans na ucieczkę ani okazji do kolejnej zmiany planów, bo on, Proctor, będzie go ścigał do upadłego. Poza tym Constance była dla Diogenesa dużym obciążeniem, niebezpiecznym zakładnikiem. Nie, pościg nie potrwa długo, chodziło jedynie o to, jak się rozegra.

Oczywiście zdawał sobie sprawę, że nie dysponuje jednoznacznymi dowodami na obecność Diogenesa i Constance w samolocie; miał jedynie świadka ze szkółki lotniczej w Teterboro. Jednak brak potencjalnej trasy ucieczki, czarter z innego lotniska, nagła zmiana kursu – wszystko to wskazywało na Diogenesa. Tak podszeptywał mu instynkt. Zresztą nie miał innych tropów.

Myślał o tym, gdy samolot podchodził do lądowania na pasie numer trzy. Przez okno zobaczył, jak szaro-zielona, ponura roślinność ustępuje miejsca szerokiemu pasowi asfaltu. Przyziemienie, przeraźliwy pisk stykających się z betonem opon, ryk silników z włączonymi odwracaczami ciągu. Gdy mknęli po pasie, pochylił się w stronę okna, patrząc na parkujące i kołujące samoloty. Szukał learjeta. Nigdzie go nie było.

Lecz po chwili coś zobaczył. Z hangaru stojącego za przecinającymi się drogami kołowania wyszły dwie osoby i skierowały się w stronę czekającego w pobliżu odrzutowca. Sądząc po wyglądzie, był to bombardier challenger – samolot, który mógł bez trudu pokonać Atlantyk i z którym gulfstream nie miał szans. Osobą idącą przodem była kobieta ze spuszczoną głową w oliwkowym trenczu, młoda i ciemnowłosa. Constance. Tuż za nią, z jedną ręką na jej ramieniu, a drugą na plecach, szedł wysoki, szczupły mężczyzna. Mężczyzna zerknął w prawo, potem w lewo... i nawet z tej odległości Proctor dostrzegł jego starannie wypielęgnowaną brodę i rude włosy. Diogenes.

Constance szła dziwnie, jakby pod przymusem, i Proctor zdał sobie sprawę, że Diogenes prowadzi ją siłą. Stąd ręka na plecach – pewnie miał w niej pistolet.

Proctor odwrócił się od okna jak po zastrzyku adrenaliny – wiedział, że zanim pędzący po pasie gulfstream zwolni na tyle, żeby można było z niego wyskoczyć, upłynie kilka minut.

Znów spojrzał w okno. Constance i Diogenes wchodzili po schodach do bombardiera. W ostatniej chwili, tuż przed wejściem do ciemnej kabiny pasażerskiej, Constance zaczęła się szarpać. Diogenes, szybki jak błyskawica, sięgnął do kieszeni kurtki i zarzucił jej na głowę płócienną torbę. Drzwi zamknęły się za nimi i ta brutalna scena dobiegła końca.

Zanim gulfstream się w końcu zatrzymał, bombardier zdążył już wystartować.

6

Podczas lotu Proctor poświęcił trochę czasu na zebranie informacji o Gander, lotnisku i mieście. W latach czterdziestych Gander stanowiło niezmiernie ważny punkt tankowania dla samolotów lecących na Wyspy Brytyjskie i dalej na wschód, jednak z czasem, gdy pojawiły się odrzutowce o dużo większym zasięgu, straciło na znaczeniu. Teraz wykorzystywano je najczęściej jako lotnisko awaryjne dla maszyn transatlantyckich zgłaszających problemy natury technicznej lub medycznej. Gdy po atakach na bliźniacze wieże World Trade Center 11 września 2001 roku Stany Zjednoczone zamknęły amerykańską przestrzeń powietrzną, odegrało istotną rolę w operacji „Żółta wstążka”, jednego dnia przyjmując prawie czterdzieści przekierowanych tam samolotów. Potem popadło w letarg i obecnie obsługiwało głównie loty wojskowe oraz rutynowe loty transportowe do Islandii. Pobliskie miasto było zimne, płaskie, pozbawione drzew i przygnębiające. Wiecznie hulał tam wiatr, a ołowiane niebo regularnie opluwało je śniegiem.

Gdy Proctor zastanawiał się nad kolejnym ruchem, przyszło mu do głowy ryzykowne założenie. Ponieważ Gander leżało tam, gdzie diabeł mówi dobranoc, ale jednocześnie stosunkowo blisko Europy, w okolicy mogli się kręcić lotnicy specyficznego pokroju – oficerowie wydaleni z wojska, byli piloci maszyn cywilnych, stacjonujący tu tymczasowo – którzy za odpowiednią cenę byliby skłonni zgodzić się na udział w przedsięwzięciu nietypowym, a nawet podejrzanym.

Dlatego siedział teraz w barze Pod Bocznymi Wiatrami, jednej z kilkunastu rozpadających się spelun, które niczym kury na grzędzie przycupnęły tuż za terminalami, pasami startowymi i budynkami obsługi lotniska. Nie licząc jego i barmana, w barze nikogo nie było. Zerknął na zegarek. Prawie wpół do piątej. Diogenes wystartował nieco ponad trzydzieści minut temu. Próbował o tym nie myśleć, po prostu siedział, pił heinekena i czekał. Przez ostatnie pół godziny kręcił się wokół lotniska, dyskretnie wypytując miejscowych o takiego właśnie pilota, i w końcu skierowano go tutaj.

Znów Diogenes wyprzedzał go o krok, może nawet dwa. Domyślił się, że Proctor poleci za nim do Gander, i zorganizował świeżo zatankowany samolot, tym razem gotów do lotu przez Atlantyk. Okazało się, że wcale nie zapomniał usunąć numeru identyfikacyjnego maszyny ze stron śledzących cywilny ruch lotniczy – był tak pewny siebie, że po prostu nie zawracał sobie tym głowy. Albo cieszył się pościgiem, ponieważ nad proste i mniej ryzykowne manewry zawsze przedkładał grę długą i wyrafinowaną. Bo z jakiego innego powodu darował mu życie? Przecież najbezpieczniej by było wstrzyknąć mu śmiertelną dawkę pentotalu sodu. Diogenes musiał jednak uznać, że straciłby wtedy kupę zabawy. I teraz z pewnością wiedział, że ktoś depcze mu po piętach, być może dlatego, że Proctor popełnił głupi błąd, rozmawiając przez radio z wieżą. Jego reakcja na uprowadzenie Constance zakończyła się katastrofalną porażką, być może największą w życiu. Musiał jednak odsunąć te myśli na bok, wziąć się w garść, zdusić w sobie poczucie winy i wściekłość, które wypaczały zdrową ocenę sytuacji, i działać z chłodnym wyrachowaniem.

Skorzystał z laptopa i stwierdził, że bombardier zgłosił plan lotu do Shannon w Irlandii. Zważywszy, że samolot był już nad Atlantykiem i jak dotąd nie zboczył z kursu, Proctor miał niemal całkowitą pewność, że Diogenes rzeczywiście leci do Shannon. Piloci z DebonAir Aviation Services, Bowman i Krisp, nie mogli go tam zawieźć – nic dziwnego, gulfstream miał zbyt mały zasięg. Poza tym praktycznie wyrzucili go z samolotu, grożąc, że zawiadomią władze, jeśli natychmiast im nie zapłaci i nie opuści pokładu.

Dlatego jeśli chciał doścignąć Diogenesa, musiał zaangażować innego pilota, kogoś z luźniejszym podejściem do zasad i przepisów. Podano mu nazwisko tylko jednego takiego lotnika i to właśnie na niego czekał. Człowiek ten miał się zjawić już za chwilę.

Znów stanął mu przed oczami widok Constance szarpiącej się przed wejściem do kabiny bombardiera, z torbą na głowie. Pociągnął łyk piwa, próbując o tym zapomnieć.

Otworzyły się drzwi i do baru wszedł mężczyzna. Był dość niski – miał niecałe sto siedemdziesiąt centymetrów wzrostu – ale nosił się z pewnością siebie kogoś, kto zaliczył solidną porcję barowych bójek. Czterdzieści kilka lat, zaczesane do góry błyszczące czarne włosy, znoszona skórzana kurtka lotnicza, cienka blizna biegnąca od kącika lewego oka do obfitych bokobrodów. Przywitał się z barmanem i usiadł na stołku przy ladzie.

Proctor przyjrzał mu się uważnie. Tak, miał przed sobą pilota, o którym mu mówiono.

Wziął piwo, laptopa i torbę i usiadł obok niego. Kiedy przed pilotem stanęła szklanka whisky z lodem, Proctor położył na ladzie dwadzieścia dolarów i rzucił:

– Ja stawiam.

Gdy kiwnąwszy głową, barman odszedł, by wydać resztę, mężczyzna w skórzanej kurtce otaksował Proctora wzrokiem.

– Dzięki, kolego. – Mówił z akcentem typowym dla angielskiej klasy robotniczej.

– Roger Shapely? – Proctor dopił piwo.

– Zgadza się. A ty?

– Proctor. – Wrócił barman z resztą i Proctor wskazał mu pustą butelkę. – Podobno jesteś dobrym przewoźnikiem.

– To zależy.

– Od czego?

– Od tego, kto chce lecieć i gdzie.

– Ja. Do Irlandii.

Shapely uniósł brwi.

– Do Irlandii?

Barman postawił piwo na ladzie. Proctor kiwnął głową i wypił łyk.

– Chciałbym ci pomóc, kolego, ale latam cessną citation A/SP. Jest za słabo wyposażona na skok przez Atlantyk. – Shapely uśmiechnął się smutno.

– Wiem o niej wszystko. Ma dwa silniki turboodrzutowe Pratt & Whitney JT-15-D i standardowo obsługuje ją dwóch pilotów, ale została zmodyfikowana i po przeróbkach da jej radę jeden. Ponieważ rozbudowałeś kabinę i zamontowałeś dodatkowe zbiorniki paliwa, może teraz zabrać kilku pasażerów i przelecieć bez tankowania prawie sześć tysięcy czterysta kilometrów.

Shapely zmrużył oczy.

– Ktoś tu za dużo gada.

Proctor wzruszył ramionami.

– Ale się nie wygada.

Zapadła cisza. Shapely upił łyk szkockiej. Intensywnie myślał i oceniał swojego rozmówcę. W końcu spytał:

– Właściwie co to za robota?

– Czterdzieści minut temu ktoś odleciał z tego lotniska do Shannon. Ma coś mojego. Chcę go dorwać.

– Znaczy się... dogonić?

– Tak.

– Niezły cyrk. Chodzi o prochy? Jeśli tak, to z mety odpadam.

– Nie, nie chodzi o narkotyki.

Shapely potarł czoło.

– O jakim samolocie mówimy?

– O bombardierze challengerze trzysta.

Pilot pokręcił głową.

– Kiepsko. Na przelotowej wyciąga o osiemdziesiąt kilometrów na godzinę więcej niż moja cessna.

– Tym lepszy powód, żeby natychmiast wystartować.

– Do Shannon cię nie dowiozę... – Proctor zerknął na niego znad butelki piwa i zobaczył, że Shapely uśmiecha się chytrze. – Ale prawie, prawie. Pod warunkiem że będzie wiało nam w ogon. Jeśli powieje w pysk, nie dolecimy do brzegu. Ile ważysz?

– Osiemdziesiąt kilo.

– Będzie jakiś ładunek?

Proctor wskazał laptopa i torbę.

– Dobra, ale nic więcej. Na tak długi skok potrzeba dużo nafty. – Shapely podrapał się po głowie, rachując i kalkulując. Potem odchylił się i spojrzał w okno, na rękaw lotniczy, ledwo widoczny z takiego kąta. – Wygląda na to, że wiatr nam sprzyja. Pozostaje kwestia pieniędzy...

– Jeszcze jedno – przerwał mu Proctor. – Lot ma być nieoficjalny. Na wypadek, gdybyśmy musieli lecieć dalej.

– W osiemdziesiąt dni dookoła świata, co? Na czarno? W takim razie to nie jest kwestia pieniędzy. To jest kwestia dużych pieniędzy.

– Pięć dolarów za kilometr. Tam i z powrotem. Pod warunkiem że zaraz odlecimy.

Shapely podrapał się w nos.

– Jeśli jesteś gliniarzem, gówno z tego będzie, bo to, co robisz, to prowokacja. Nic na mnie nie masz.

– Nie, nie jestem gliniarzem. Po prostu szukam podwózki. I pilota, który nie zadaje pytań.

Shapely dopił whisky.

– Dwadzieścia tysięcy z góry. Dziesięć w Irlandii.

Proctor zaczekał, aż barman się odwróci, otworzył torbę, wyjął kilka plików studolarowych banknotów i podał je pilotowi.

– Masz tu trzydzieści.

Shapely rozłożył je jak wachlarz, przejrzał i schował do kieszeni.

– Rozumiem, że bagaż nie bagaż, odprawy też byś wolał uniknąć.

– Byłoby dobrze.

Pilot kiwnął głową i poklepał się po kieszeni.

– Daj mi chwilę, żebym mógł to gdzieś zostawić i wykonać dwa telefony. Widzimy się za kwadrans na płycie, przy hangarze numer cztery.

Wstał, pokazał Proctorowi uniesiony kciuk i szybko wyszedł z pustego baru.

7

Okazało się, że Shapely nie przesadzał z wagą. Oprócz dwóch foteli pilotów wszystkie przymocowane na stałe wewnętrzne części samolotu zostały usunięte, a kabina pasażerska wypełniona zapasowymi zbiornikami paliwa. Lot z pominięciem tak drobnych szczegółów jak przepisy Federalnej Administracji Lotnictwa był oczywiście tańszy niż ten liniami DebonAir, choć dużo mniej wygodny.

Wystartowali kilka minut po piątej. Żeby uniknąć formalności, Shapely zgłosił „lot turystyczno-widokowy” do Twillingate, ale kiedy lotnisko zniknęło im z oczu, skręcił na wschód i kwadrans później byli już nad Atlantykiem. Wtedy zszedł niżej, dużo niżej, tak że lecieli niecałe sto metrów nad falami. Mimo niepokojącej wysokości okazało się, że jest świetnym pilotem, w dodatku takim, który poleci wszędzie, pod warunkiem że mu dobrze zapłacą. Proctor nie miał pojęcia, jakiego rodzaju przedsięwzięcia wymagały tak interesujących modyfikacji samolotu. Maszyna – jeden z wcześniejszych modeli turboodrzutowych samolotów dyspozycyjnych – była mała, dość stara i miała ciasny, niewygodny kokpit. Gdy znaleźli się poza zasięgiem miejscowego radaru, Shapely zwiększył pułap do niespełna dziesięciu tysięcy metrów, tłumacząc to koniecznością „oszczędzania paliwa”, po czym rzucił pospiesznie kilka słów o ciśnieniu atmosferycznym. Niebo zrobiło się granatowe, a gdy zaszło słońce, całkowicie sczerniało i wlecieli w cień obracającej się ziemi.

Proctor zrobił kilka rachunków. Lecieli z prędkością prawie siedmiuset dwudziestu kilometrów na godzinę, tymczasem bombardier Diogenesa wyciągał osiemset. Cessna dorównywała mu jedynie zasięgiem – a i to dzięki sprytnym modyfikacjom Shapely’ego. Proctor oceniał, że dotrą do wybrzeża Irlandii za osiem i pół godziny, a bombardier będzie w Shannon półtorej godziny wcześniej. Shapely nie powiedział, dlaczego nie może tam wylądować; pewnie miało to związek z prawie partyzanckim charakterem ich lotu i tym, że chcieli uniknąć kontroli celnej. Nieważne. Ważne było to, że uwzględniwszy przewagę na starcie, Diogenes dotrze do Irlandii co najmniej dwie i pół godziny przed nimi.

Proctor skorzystał z laptopa, żeby sprawdzić kurs bombardiera, potem wyłączył go, usiadł najwygodniej, jak się dało, zamknął oczy i dzięki wojskowej dyscyplinie zdołał zignorować celtycką muzykę, którą Shapely z uporem puszczał przez głośniki. Próbował nie myśleć ani o przesuwającym się pod nimi wzburzonym Atlantyku, ani o Constance wpychanej do kabiny czekającego odrzutowca. Ale przede wszystkim próbował nie myśleć o tym, co Diogenes dla niej szykował, ponieważ nie miał najmniejszych wątpliwości, że nie może to być nic dobrego.

Nad stałym lądem znaleźli się ponownie o piątej rano czasu miejscowego i dosłownie kilka minut później podchodzili już do lądowania na wyspach Aran, na prywatnym lotnisku Connasheer, którego pas startowy był niemal za krótki dla ich cessny. Podczas gdy Proctor znów grzebał w komputerze, Shapely wysiadł i poszedł w stronę jedynego na lotnisku budynku obsługi naziemnej, gdzie czekał na niego szef lotów, który najwyraźniej kierował lotniskiem w pojedynkę. Mężczyźni objęli się na powitanie jak starzy znajomi i z tego, jak przyjaźnie ze sobą rozmawiali, widać było, że Shapely pokonuje tę trasę nie pierwszy raz. Wrócił do samolotu kilka minut później, szeroko uśmiechnięty.

– Brat mojego kumpla jeździ taksą w Inishmore – powiedział. – Jeśli zdążysz na prom, będziesz w Shannon...

– Nie jadę do Shannon – przerwał mu Proctor. – Już nie.

Pilot zamilkł.

Proctor wskazał ekran laptopa.

– Bombardier zatankował i znów wystartował.

– Dokąd leci?

Proctor zawahał się.

– Do Mauretanii. Chyba.

Shapely znieruchomiał w uchylonych drzwiach do kokpitu i zmarszczył czoło.

– Do Mauretanii? Chryste, stary, przecież to... Afryka Zachodnia?

– Środkowo-Zachodnia. Trzy tysiące pięćset czterdzieści kilometrów.

Pilot przeczesał ręką włosy.

– I chcesz, żebym... – Uniósł krzaczaste brwi.

– Tak.

– Sam nie wiem, kurczę. Pieprzona Afryka. Latałem tam parę razy i nie mam ochoty wracać.

– Wylądujemy i zaraz znów wystartujemy. Jestem pewien, że Mauretania to tylko punkt tankowania.

Shapely wciąż marszczył czoło.

– Na jakie lotnisko?

– Akdżawadżat. Malutkie miasteczko. Z dala od uczęszczanych szlaków komunikacyjnych. Dziura, gdzie nie zadają wielu pytań. Posłuchaj, to tylko pięć i pół godziny lotu...

Ponieważ pilot wciąż milczał, Proctor sięgnął do torby i wyjął kilka plików banknotów.

– Dałem ci trzydzieści tysięcy za lot z Gander. – Pomachał mu przed nosem pieniędzmi. – Tu jest kolejne trzydzieści pięć. Wystarczy z nawiązką. A jeśli trzeba będzie lecieć dalej, dostaniesz jeszcze więcej.

Shapely spojrzał na pieniądze. Sześćdziesiąt pięć tysięcy dolarów – Proctor domyślał się, że to więcej, niż pilot zarobiłby w rok, bez względu na to, co szmuglował.

W końcu westchnął i wymamrotał:

– Pieprzyć to. – Wyciągnął rękę. – Dobra, dawaj, polecę. Muszę tylko sprawdzić silniki i zerknąć na mapę.

Dwadzieścia minut później znów byli w powietrzu, nad wodami międzynarodowymi, ocierając się o zachodnie wybrzeża Irlandii i lecąc na południe. Shapely wyjął plastikową buteleczkę, wrzucił do ust kilka białych tabletek i spłukał je potężnym łykiem kawy.

Proctor patrzył na ekran komputera. Doszedł do wniosku, że wbrew wszelkim przewidywaniom mieli jednak szczęście. Po pierwsze, międzylądowanie w Shannon kosztowało Diogenesa trochę czasu, bo stracił go na odprawę celną, opóźnione tankowanie, typowe na tak dużym lotnisku, i prawdopodobnie na zmianę załogi. Dlatego przewaga, jaką początkowo miał nad cessną, zmniejszyła się mniej więcej o trzydzieści minut i znów wynosiła tylko dwie godziny. Po drugie, do Mauretanii leciało się niemal cały czas nad wodą. Skok do Akdżawadżatu oznaczał, że jedynie otrą się o najdalej wysunięty na zachód kraniec Portugalii, unikając dzięki temu wszystkich komplikacji związanych z lotem nad Europą. Jedynym stałym lądem, nad którym musieli przelecieć, była Sahara Zachodnia, terytorium o nieustalonym statusie międzynarodowym, kraj zbyt zajęty swoimi własnymi sprawami, żeby zajmować się ich samolotem, oczywiście pod warunkiem, że awaria silników czy czegoś innego nie zmusi ich do nieprzewidzianego lądowania.

Nie wiedział o Mauretanii nic oprócz tego, że niemal w całości pokrywają ją coraz bardziej zachłanne piaski Sahary i że jest to kraj nękany przez straszliwe ubóstwo, gdzie posyła się do pracy dzieci, a nawet handluje ludźmi. Nie przychodził mu do głowy żaden powód, dla którego Diogenes miałby lądować na malutkim lotnisku w Akdżawadżacie – żaden oprócz jednego: musiał zatankować. Zrobił to w Shannon, ponieważ po długiej podróży przez Atlantyk bombardier miał suchy bak. Wynikało z tego, że dokądkolwiek się kierował, nie leciał tam bezpośrednio i że to zasięg jego maszyny wymusza postoje, a tym samym przebieg trasy. Według aplikacji komputerowej CL30 – kod bombardiera challengera 300 – zmierzał do Akdżawadżatu zgodnie ze zgłoszonym planem lotu.

Jednak Proctor wiedział, że po przybyciu na miejsce nie będzie już mógł śledzić ruchów Diogenesa przez internet. Na malutkim mauretańskim lotnisku – idealnym miejscu postojowym dla prywatnych samolotów, które lądują i startują w pośpiechu, by ich załogi nie musiały odpowiadać na niewygodne pytania – jest wiele sposobów na obejście takich formalności jak obowiązek zgłaszania planu lotu. Czuł w kościach, że Akdżawadżat to tylko przedostatni przystanek i że do ustalenia ostatecznego celu jego podróży trzeba będzie użyć zupełnie innych metod. Cztery przeloty bombardierem czy learjetem spokojnie wystarczą, żeby dotrzeć niemal do każdego miejsca na świecie, a Diogenes wykonywał właśnie trzeci.

* * *

W Akdżawadżacie, płaskim, wymarłym, suchym jak mumia mieście, gdzie słońce praży niczym zawieszona na niebie lampa grzewcza, wylądowali kilka minut po jedenastej. Proctor szybko znalazł urzędnika mówiącego w miarę przyzwoitą angielszczyzną, a ten, za sowite wynagrodzenie, chętnie opowiedział mu o dużym, błyszczącym bombardierze, który ich niedawno odwiedził. Tak, pilot chciał zatankować. Tak, niemal od razu wystartował. Urzędnik znał cel jego podróży, ponieważ podsłuchał rozmowę pilotów. Samolot leciał na lotnisko Hosea Kutako w Windhuku w Namibii.

Zważywszy na przewagę czasową i większą prędkość bombardiera, Diogenes powinien wyprzedzać ich o trzy godziny i pewnie by tak było, gdyby nie wydarzenie, o którym urzędnik wspomniał na końcu. Otóż start się opóźnił. Mężczyzna nie znał szczegółów, wiedział jednak, że jeden z pasażerów miał jakieś kłopoty. Koniec końców bombardier odleciał do Namibii niecałe półtorej godziny temu.

Nie mogąc już śledzić samolotu za pomocą dotychczasowych metod, Proctor rozważał możliwość, że Diogenes przekupił urzędnika albo go okłamał. Jednak instynkt, któremu zawsze ufał, podszeptywał mu, że mężczyzna mówi prawdę. Poza tym, gdyby Diogenes go przekupił, urzędnik nie zażądałby tak dużych pieniędzy za tak skąpe informacje.

Wrócił do samolotu.

– Lecimy do Namibii – rzucił.

Shapely spojrzał na niego zaczerwienionymi oczami.

– Pieprzysz.

– Nie.

– Wiesz, jak to daleko?

– Wiem. Prawie pięć tysięcy osiemset kilometrów.

Pilot podrapał się w policzek.

– Dziewięć godzin lotu, zdechnę...

– To już ostatni etap. Potem będziesz mógł spać cały tydzień.

– Kolego, wiesz, jak długo wolno mi siedzieć za sterami według przepisów Federalnej Administracji Lotnictwa?

– Przepisy? Nie sądziłem, że może ci przeszkodzić tak nieistotna drobnostka. – Proctor podniósł torbę z pieniędzmi i znacząco ją poklepał.

– Ja pierdzielę... – Shapely z niedowierzaniem pokręcił głową. – Dobra, ale to twój pogrzeb, brachu. Jestem tak zmordowany, że albo przywalimy w ziemię, albo roztrzaskamy się na zboczu jakiejś góry. – Wyjął buteleczkę i wrzucił do ust kolejną porcję małych białych tabletek.

* * *

Lotnisko Hosea Kutako było duże i jak na za kwadrans jedenasta wieczorem czasu miejscowego zaskakująco ruchliwe. Choć nie przestrzegano tu przepisów tak jak na lotniskach europejskich czy amerykańskich, obsługa wieży spytała ich, dlaczego nie zgłosili planu lotu, i Shapely musiał wymyślić skomplikowaną historyjkę o przeciekającym zbiorniku paliwa, kłopotach z radiem i bliskim spotkaniu z sępem, który wpadł do jednego z silników. Proctor był zaskoczony, że stać go na tak wyrafinowany popis wyobraźni: pilot przesiedział za sterami prawie dwadzieścia cztery godziny i zupełnie oklapł.

– Jestem trupem, brachu – powiedział, gdy zjechawszy z pasa numer dwadzieścia sześć, pokołowali w kierunku samotnego terminalu. – Chcesz lecieć dalej, wyhoduj sobie skrzydła.

– Dobrze się spisałeś. – Proctor spojrzał przed siebie i zamarł. Na asfalcie, nieco na uboczu, parkował bombardier Diogenesa.

– Stań!

– Ale...

– Stań! – Proctor sięgnął do torby, wyjął pieniądze, odliczył czterdzieści tysięcy dolarów i rzucił je pilotowi wraz z szybkimi podziękowaniami. Potem otworzył drzwi i wyskoczył z samolotu, zanim ten zdążył się zatrzymać.

Trzy godziny, myślał, biegnąc w stronę bombardiera. Wyprzedza mnie tylko o trzy godziny.

Siedział Diogenesowi na ogonie mimo podstępów i forteli, od samolotu do samolotu, ponad oceanami i kontynentami – to była wyczerpująca gra w kotka i myszkę. Ale bombardier już nigdzie nie leciał: osłona jednego z silników była uniesiona, schodki opuszczone, a drzwi do kabiny otwarte. Diogenes i Constance nie mogli być daleko. Przy odrobinie szczęścia nie zdążyli jeszcze wyjechać z miasta.

A przy dwóch odrobinach mogli wciąż być na lotnisku, na przykład w hali przylotów.

Proctor dopadł do bombardiera, wbiegł na schodki, pokonując po dwa stopnie naraz, i wpadł do kabiny pasażerskiej. Była pusta, ale drzwi do kokpitu stały otworem i zobaczył tam umundurowanego pilota, który siedział po lewej stronie, pisząc coś na podkładce z klipsem.

Chwycił go za kołnierz i wyciągnął z fotela.

– Przyleciałeś z Shannon?

Zaskoczony mężczyzna nieprzytomnie zamrugał.

– Kim pan, do diabła...

Proctor zacisnął palce.

– Odpowiadaj!

– Tak, jestem... kapitanem.

– A twój pierwszy?

– Wyjechał godzinę temu. Ale już złożył zeznania, ja też.

– Jakie zeznania?

– O tej tragedii. – Pilot powoli dochodził do siebie. Był Amerykaninem. – Kim pan jest?

– To ja zadaję pytania. O jakiej tragedii? Kim byli wasi pasażerowie?

– Mieliśmy dwóch. Kobietę i mężczyznę.

– Nazwiska.

– Nie przedstawili się.

– Opisz ich.

– Mężczyzna był pańskiego wzrostu. Szczupły. Miał brodę. I dziwne oczy, jedno zielone, a drugie białawoniebieskie. – Pilot zrobił pauzę. – I bliznę na policzku.

– A kobieta?

– Młoda, dwadzieścia kilka lat. Ciemne włosy. Ładna. Ale nie zdążyłem się jej przyjrzeć. Była pijana.

– Tylko dwoje? On i ona?

– Tak. Przynajmniej... początkowo.

Proctor zacisnął palce jeszcze mocniej.

– Co znaczy „początkowo”? I co to za tragedia?

Pilot zawahał się.

– Ta kobieta...

– Co ta kobieta? Gadaj!

Pilot spuścił wzrok, a potem spojrzał mu prosto w oczy.

– Zmarła podczas lotu.

8

– Zmarła? – powtórzył Proctor. – Zmarła? – Widział jak przez czerwoną mgłę. Owładnęło go niepohamowane pragnienie zabijania, uczucie, jakiego doświadczył tylko dwa razy w życiu, w chwilach największego niebezpieczeństwa i stresu. Tylko dzięki sile woli nie zmiażdżył pilotowi tchawicy.

Z trudem zapanował nad instynktem. Ten człowiek był tylko chłopcem na posyłki. Nie musiał umierać, mógł zrobić coś o wiele pożyteczniejszego – mógł dostarczyć mu informacji.

– Opowiedz, co się stało.

Mężczyzna z wysiłkiem przełknął ślinę. Miał mokrą od potu popielatą twarz, jakby wyczuł, co mu grozi.

– Niewiele wiem, naprawdę. Chciałbym panu...

– To mów, co wiesz!

– Nie wypuszczał nas z kokpitu...

– Kto?

– On. Ten, który nas wyczarterował.

– Ten z blizną?

Pilot kiwnął głową.

– Mów dalej.

Pilot znów przełknął ślinę.

– Wszystko zaczęło się, kiedy wylądowaliśmy w Akdżawadżacie. Drzemałem w fotelu. Obudził mnie Mark, mój pierwszy. Zobaczyłem, jak na pokład wchodzi jakaś dziewczyna, blondynka. Potem ktoś krzyknął i usłyszeliśmy głuchy stukot. A potem... – Urwał. – Potem ten z blizną zajrzał tu, kazał nam odlecieć i zabronił wychodzić z kokpitu aż do lądowania w Namibii. Na wszelki wypadek dał nam „kaczki”.

Musiał dostrzec coś w oczach Proctora, bo zaczął mówić szybciej, prawie bełkotał.

– Nic nie widziałem, naprawdę. W Shannon weszła na pokład o własnych siłach, a kiedy wylądowaliśmy, wynieśli ją na noszach. Ten z blizną nas... pouczył, powiedział, co mamy mówić na lotnisku, że długo chorowała na serce, i tak dalej. Śmierć na dużej wysokości. To się czasem zdarza.

– A ta blondynka? Kto to był?

– Nie wiem. – Pilot poruszył głową. – Mógłby pan trochę...

Proctor rozluźnił uchwyt.

Pilot wskazał przednią szybę.

– To on, tam. To on nas przesłuchiwał, nas i pasażera.

W małej grupie ludzi pod lampami przy drzwiach terminalu stał niski mężczyzna w mundurze.

– Musi coś wiedzieć – dodał pilot.

Proctor posłał mu długie, przeszywające spojrzenie. Potem pchnął go na fotel i szybko wysiadł z samolotu.

* * *

Gdy podszedł bliżej, mężczyzna w mundurze podniósł wzrok. Miał zmęczone, lecz życzliwe oczy i bardzo krótkie włosy, sztywne i zupełnie siwe. Na widok Proctora pozostali cofnęli się pod drzwi.

– Goeienaand – rzucił.

– Goeienaand – powiedział Proctor. – My naam is Proctor. – Wiedział, że choć oficjalnym językiem w Namibii jest angielski, większość miejscowych lepiej mówi afrikaans, językiem, którego nauczył się trochę podczas kilku tajnych operacji.

– Praat Meneer Afrikaans? – spytał mundurowy.

– Ja, ‘n bietjie. Praat Meneer Engels?

– Tak – odparł tamten silnie akcentowaną angielszczyzną.

– Baie dankie. – Proctor wskazał bombardiera. – Chciałbym spytać o młodą kobietę, która przyleciała tym samolotem.

– Masozi Shona, jestem kierownikiem lotniska. – Urzędnik pokręcił głową. – To smutne. Bardzo smutne, co się stało.

– To znaczy co? – spytał Proctor.

Shona wpatrywał się w niego.

– Proszę mi wybaczyć, ale czemu pan o to pyta?

Proctor chwilę się wahał.

– Chodzi o moją córkę. Była na pokładzie tego samolotu.

Smutna twarz urzędnika przybrała żałobny wyraz.

– Przykro mi. Bardzo mi przykro. Zmarła podczas lotu.

Nie licząc krótkich drzemek, Proctor nie spał od ponad trzydziestu sześciu godzin. Od pościgu po Riverside Drive i West Side Highway był w stanie najwyższego pogotowia i działał w silnym stresie. Dlatego teraz poczuł, że coś w nim pęka. Nie rozpłakał się – nie płakał od szóstego roku życia – jednak jego oczy wypełniły się łzami. Ale nie powstrzymywał ich, bo pasowały do jego nowej roli.

– Proszę. Proszę mi pomóc... – mówił łamiącym głosem. – Śledziłem ich i... i dotarłem tu za późno. Asseblief, muszę wiedzieć, co się stało. Rozumie pan? Muszę.

Shona wziął go za ramię.

– Bardzo mi przykro. Powiem wszystko, co wiem, ale niestety wiem niewiele.

– Co się stało... z ciałem?

– Zabrano je. Wywieziono prywatnym transportem.

– A śledztwo? Był tu jakiś lekarz? Dlaczego nie zabrano jej do szpitala albo do kostnicy?

Shona pokręcił głową.

– Wszystko uzgodniono, zanim wylądowali. Lekarz już czekał. Zbadał ją i podpisał papiery.

Proctor milczał.

Shona wzruszył ramionami i przybrał współczującą minę.

– Proszę zrozumieć, jestem kierownikiem, ale to nie ja tu rządzę.

Tak, Proctor dobrze go rozumiał. Afryka to nie Ameryka. W Afryce przepisy łatwo można obejść, wystarczy mieć pieniądze.

– To moja córka – powiedział nieswoim głosem. – Moja mała córeczka... Jest pan pewny, że ona nie żyje? Skąd mam wiedzieć, czy to w ogóle była ona? Może to ktoś inny?

Na te słowa Shona trochę się ożywił.

– W tym mógłbym panu pomóc, ale...

– Proszę.

– To nie będzie dla pana łatwe.

Proctor machnął ręką.

– W takim razie chodźmy.

Weszli do terminalu i za wahadłowymi drzwiami skręcili w zapuszczony, typowo urzędowy korytarz. Shona otworzył drzwi na jego końcu i gestem ręki zaprosił Proctora do środka. W pokoju stały biurka i sześć komputerowych monitorów. Spojrzało na nich dwóch mężczyzn w koszulach z krótkimi rękawami. Shona wyprosił ich, rzucając kilka opryskliwych słów w afrikaans, i skrępowany spojrzał na Proctora.

– Boję się, że będę musiał prosić pana o... drobną opłatę. Nie dla mnie, ale... – Ruchem głowy wskazał drzwi, za którymi zniknęli mężczyźni.

– Naturalnie. – Proctor sięgnął do torby i wyjął kilka banknotów.

Kierownik schował je do kieszeni i zaprosił go do najbliższego biurka.

– Niewiele się nagrało, ale...

Usiadł, a Proctor stanął za nim. Mimo że pomieszczenie było ciasne i zaniedbane, system monitoringu okazał się dość nowoczesny. Shona wyciągnął spod blatu klawiaturę, wprowadził kilka poleceń, wysunął tackę napędu DVD, wyjął z niej płytę i załadował inną, oznaczoną odręcznym czerwonym napisem.

Znów wprowadził jakieś polecenie i na ekranie ukazał się ziarnisty obraz wraz z informacją o dacie i czasie nagrania. Na ekranie widać było bombardiera, samolot Diogenesa – otwarte drzwi i spuszczone schodki, którymi wchodził mężczyzna w płóciennym garniturze, najpewniej lekarz, a za nim dwóch sanitariuszy. Zniknęli w kabinie i Shona przewinął nagranie do chwili, gdy lekarz, już z dokumentami w ręku, znów pojawił się na schodkach. Tuż za nim z kabiny wyszła blondynka, której Proctor nie znał, jednak nawet mimo złej jakości obrazu dostrzegł jej ostro zarysowane policzki i wyblakłe oczy. Za kobietą szli sanitariusze, z trudem dźwigając nosze. Na noszach ktoś leżał, przykryty prześcieradłem. Proctor wstrzymał oddech i wytężył wzrok, gdy krok po kroku schodzili na płytę lotniska. Ten idący przodem poślizgnął się na ostatnim stopniu i zanim zdążył odzyskać równowagę, leżące na noszach ciało lekko się przesunęło, ściągając na bok prześcieradło, spod którego wychynął fragment twarzy.

– Niech pan zatrzyma! – krzyknął Proctor.

Obraz znieruchomiał. Proctor nachylił się do ekranu, nie mogąc uwierzyć własnym oczom. Jego świat legł w gruzach.

Jednak fakt pozostawał faktem – obraz, choć ziarnisty i poprzecinany przesuwającymi się do góry poziomymi liniami, był aż nadto wyraźny. Ciemne włosy, pełne usta, szeroko otwarte fiołkowe oczy, niegdyś piękna twarz zastygła w pośmiertnym grymasie...

Proctor opadł na krzesło. Nie mógł się dłużej oszukiwać. Constance nie żyła. Nigdy nie chorowała na serce. Nie mogła umrzeć na pokładzie samolotu, nie z naturalnych przyczyn. Została zamordowana. Zamordowana! I to Diogenes ją zabił.

Jak przez mgłę usłyszał, że Shona coś mówi.

– Przykro mi. – Szczerze zaniepokojony kierownik załamał ręce. – Bardzo mi przykro, ale chciał pan mieć pewność...

– Tak – powiedział Proctor, uciekając wzrokiem w bok. – Dziękuję. Muszę... muszę ich znaleźć, zabrać ciało córki. To źli ludzie. Domyśla się pan, gdzie mogli ją zabrać?

– Odjechali bez lekarza – odparł z wahaniem Shona. – Wiem, bo widziałem, jak lekarz odjeżdża sam. Widzi pan, okoliczności były dość niezwykłe nawet jak na nasze lotnisko, więc pojechali do... salonu, gdzie wynajmuje się dżipy, ciężarówki i samochody do jazdy przez pustynię. To niedaleko, zaraz za centrum biurowo-przemysłowym Milenium. Jedyne miejsce otwarte po zmroku. Włożyli nosze do furgonetki i pojechali.

Proctor zerwał się z krzesła.

– Jest bardzo późno – uprzedził go kierownik – salon jest raczej na pewno zamknięty, więc...

Ale mówił do pustego pokoju. Proctora już nie było.

9

Agencja Wynajmu Samochodów Windhuk-Detmonk – tak głosiły napisy na dwóch szyldach, jeden w afrikaans, drugi po angielsku, uzupełnione nazwiskiem właściciela, niejakiego Lazarusa Kerondy – zajmowała niespełna hektarową działkę w smutnej dzielnicy biznesowej na skraju czteropasmowej drogi prowadzącej ze wschodu na zachód i biegnącej na południe od lotniska. Chociaż szyldy były brudne i poobijane, działkę otaczał krąg kosztownych lamp sodowych, które rozświetlały mrok, a za ogrodzeniem stało kilkanaście pojazdów.

Była to jedyna firma otwarta o tak późnej porze i gdy Proctor przechodził szybko przez czteropasmówkę, o tej godzinie cichą i spokojną, jedno po drugim zewnętrzne światła zaczęły gasnąć z głośnym trzaskiem.

Było około trzydziestu siedmiu stopni Celsjusza i Oosweer, gorący wiatr wiejący od morza, obsypał go drobnym piaskiem. W oddali majaczyły wzgórza Progress, przesłonięte widmową łuną wiszącą nad miastem. Proctor zerknął na zegarek – kilka minut po dziesiątej.

Niski, przysadzisty mężczyzna w wygniecionych szortach i koszuli khaki z zapinanymi kieszeniami zamykał właśnie siatkową bramę wjazdową. Proctor klepnął go w ramię i mężczyzna odwrócił się, mrużąc oczy na sypiącym piaskiem wietrze i otaksowując go spojrzeniem typowym dla wszystkich sprzedawców świata.

– Hoe gaan dit met jou?

– Baie goed, dankie – odparł Proctor. – Ale mówmy po angielsku.

Zawsze szczycił się tym, że potrafi rozszyfrowywać ludzi. Był zmęczony, wstrząśnięty, do głębi porażony smutkiem i zgnębiony wyrzutami sumienia, lecz nawet w tym stanie spostrzegł, że z jego rozmówcą jest coś nie tak. Mężczyzna nerwowo przeczesywał ręką targane wiatrem włosy, nie patrzył mu w oczy i mówił drżącym głosem – wszystko to wskazywało, że ma coś za uszami i zamierza kłamać.

Zmarszczył czoło.

– Ek vertaan nie.

– Och, rozumie pan doskonale, panie Keronda. – Proctor otworzył torbę i pokazał mu plik banknotów.

– Już zamknięte – powiedział mężczyzna płynną angielszczyzną.

– Porozmawiajmy tam. – Proctor wskazał mały, słabo oświetlony barak na środku działki, w którym najwyraźniej mieściło się biuro.

– Ale już...

Proctor pchnął go tak mocno, że Keronda oderwał rękę od bramy i zatoczył się w tamtą stronę.

W biurze łagodnie, lecz stanowczo posadził go na krześle przy sfatygowanym biurku i usiadł naprzeciwko.

– Powiem to tylko raz – zaczął. – Żadnych gierek i sztuczek. Skończył mi się czas i cierpliwość. Spytam cię o coś. Odpowiesz i nie minie cię nagroda.

Keronda znów przeczesał ręką włosy i wytarł oprószone piaskiem czoło.

– Ja nic nie wiem.

– Miałeś klienta – ciągnął Proctor. – Mniej więcej półtorej godziny temu.

Mężczyzna pokręcił głową.

– Nikogo tu nie było.

Proctor wziął głęboki oddech.

– Pytam grzecznie. Ale zaraz przestanę.

– Zamknęliśmy kilka godzin temu. Zostałem tylko dlatego, że mam papiery do...

Burza emocji, która od jakiegoś czasu zbierała się w umyśle Proctora – frustracja absurdalnym tańcem, do jakiego zmusił go Diogenes, nienawiść, jaką czuł do siebie za to, że nie zdołał ochronić Constance, porażający smutek na wieść o jej śmierci – osiągnęła punkt kulminacyjny i eksplodowała w rozpalonej do białości furii. Jednak dla postronnego obserwatora Proctor wciąż byłby uosobieniem spokoju i opanowania, gdyby nie szybkość i zwinność jego ruchów. Chwyciwszy z biurka nóż do rozcinania listów, wbił go w lewą dłoń Kerondy, gruchocząc kość czworoboczną mniejszą i zagłębiając czubek na ponad centymetr w porysowane drewno.

Gdy Keronda przewrócił oczami i otworzył usta do krzyku, Proctor wziął z podłogi przesiąkniętą olejem szmatę, wepchnął mu ją do gardła, chwycił za podbródek i zacisnął szczęki.

Keronda wił się z bólu, głucho jęcząc. Z rany na dłoni zaczęła się sączyć krew, która spływała między palcami na blat biurka. Proctor trzymał go za twarz dobrą minutę i w końcu powiedział:

– Kiedy wyjmę szmatę, odpowiesz na moje pytanie. Jeśli skłamiesz, zareaguję szybko i stosownie. Rozumiesz?

Keronda kiwnął głową. Proctor wyjął mokry knebel.

– Bóg mi świadkiem – wycharczał mężczyzna – nikogo tu nie...

Ze stojącego obok stołu warsztatowego Proctor wziął dziesięciocentymetrowy zardzewiały przebijak, chwycił Kerondę za łokieć prawej ręki, wyprostował jego ramię, przycisnął je do blatu i przebił mu drugą dłoń.

Keronda wrzasnął z bólu.

– Laat my met rus! Polisie!

– Nikt cię nie usłyszy – powiedział Proctor i silnym, gwałtownym kopniakiem wytrącił spod niego krzesło. Keronda osunął się na kolana i na wpół zawisł z dłońmi przybitymi do biurka nożem i przebijakiem. Znów przeraźliwie krzyknął.

Proctor wyjął z torby poczerniony nóż KA-bar z częściowo ząbkowanym ostrzem. Dwoma wprawnymi ruchami przeciął Kerondzie pasek i rozporek, po czym wziął ze stołu szczypce do zaciskania obejm na gumowych wężach.

– Ostatnia szansa – ostrzegł. – Następne będą jaja. – Podszedł bliżej.

– Nie! – wrzasnął Keronda. – Tak! – Niemal płakał.

– Kto tu był?

– Jakiś mężczyzna – wybełkotał spanikowany, z trudem mówiąc i głośno sapiąc. – I kobieta.

– Opisz ich.

– Mężczyzna był wysoki. Miał brodę. I... oczy różnych kolorów.

– A kobieta?

– Młoda. Miała jasne włosy i... – Keronda głośno wciągnął powietrze. – Błagam, to boli!

– Jasne? Nie ciemne?

– Nie, nie. O Chryste! – Krew ściekała już z biurka na podłogę.

– Nie było nikogo innego?

– Nie, tylko oni. I... ładunek.

– Ładunek?

– Tak – wychrypiał Keronda. – Trumna.

– Trumna?

Mężczyzna rozpaczliwie kiwnął głową.

– Duża. Chłodzona.

Chłodzona trumna.

– Czego chcieli?

– Wypożyczyli rovera. Land rovera.

– Co jeszcze?

– Linki, wzięli linki. Do mocowania trumny.

– I?

Keronda wił się z bólu. Skapujący mu z czoła pot mieszał się z krwią na blacie biurka.

– Nic więcej. Ale mieli własne zapasy.

– Jakie?

– Wodę. Paliwo. Sprzęt kempingowy.

– Ile mieli paliwa?

Keronda przełknął ślinę.

– Z dwanaście kanistrów, może więcej.

– Skąd to wszystko wzięli?

Keronda pokręcił głową.

– Mieli w furgonetce.

Furgonetka. Shona wspomniał, że odjechali furgonetką. Pewnie była w niej nie tylko woda i paliwo, ale i chłodzona trumna. Diogenes zaplanował nawet to, w samolocie, jeśli nie wcześniej. Proctor zadrżał.

Furgonetką daleko by nie zajechali, nie na pustyni. Natomiast land roverem tak, jak najbardziej.

– Widziałeś, gdzie pojechali?

Keronda poruszył głową.

– Na wschód. Na wschód, drogą B6.

Na wschód. W kierunku Botswany i pustyni Kalahari.

Proctor zacisnął palce na rękojeści noża i wyszarpnął go z przybitej do blatu dłoni. Potem wyciągnął przebijak. Rozerwał zębami brudną szmatę, zrobił z niej dwie prowizoryczne opaski uciskowe i obwiązał nimi ręce mężczyzny.

– Potrzebuję wozu terenowego. – Zerknął w stronę parkingu, gdzie w blasku reszty niezgaszonych lamp sodowych błyszczał rząd samochodów. Był wśród nich land cruiser przystosowany do jazdy przez pustynię. – Wezmę tamten. Ile?

– Niech pan bierze – wyszlochał Keronda, tuląc do piersi krwawiące ręce. – Niech pan bierze!

– Nie, tylko go wypożyczę – zaznaczył Proctor. Nie chciał, żeby nakryto go w skradzionym samochodzie. – Ile?

– Dziewięć tysięcy namibijskich za tydzień. – Keronda z trudem wstał, usiadł na krześle, skrzyżował ręce i cicho skowycząc, zaczął się kiwać do przodu i do tyłu.