Wydawca ebooka: WAB Wydawca audiobooka: Biblioteka Akustyczna Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2017

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 409 Przeczytaj fragment ebooka

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Odtwórz fragment audiobooka:

Posłuchaj fragmentu audiobooka Czas: 10 godz. 19 min Lektor: Ewa Abart

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Audiobooka posłuchasz na:

tablecie MP3
smartfonie MP3
komputerze MP3
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Posłuchaj fragmentu audiobooka Czas: 10 godz. 19 min Lektor: Ewa Abart

Opis ebooka Obsesja. T. 1 - Katarzyna Berenika Miszczuk

Mam na Twoim punkcie OBSESJĘ. Uważaj…
Nowa powieść Katarzyny Bereniki Miszczuk, autorki cyklu Kwiat paproci!

Kilka miesięcy po rozwodzie Joanna Skoczek przeprowadza się do Warszawy, kupuje kawalerkę na Pradze i mieszka jedynie w towarzystwie swojego kota. Przeprowadzka to dla niej nowy start i szansa na ponowne ułożenie sobie życia. Rezydentura na oddziale psychiatrii upływa Asi pod znakiem trudnych konsultacji i długich nocnych dyżurów.

Pewnego dnia w podziemnym magazynie zostają znalezione zwłoki jednej z pacjentek. Z oględzin wynika, że powrócił seryjny morderca kobiet, od trzech miesięcy poszukiwany przez policję. W dodatku Asia otrzymuje ostatnio niepokojące listy od anonimowego wielbiciela. Wszystko wskazuje na to, że bohaterka może być w niebezpieczeństwie…

Pani doktor ma swoje podejrzenia, co do osoby mordercy, a próbując na własną rękę dojść do prawdy, wplątuje się w grę między przystojnym szpitalnym podrywaczem - chirurgiem Tomkiem a upartym i czarującym Markiem, lekarzem medycyny sądowej.

Katarzyna B. Miszczuk (ur. 1988) – lekarka i pisarka. Absolwentka Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego, obecnie w trakcie specjalizacji z medycyny rodzinnej. Debiutowała w wieku osiemnastu lat powieścią Wilk (2008), jej kontynuacja, Wilczyca, ukazała się w 2009 i została nominowana do Nagrody Nautilus, przyznawanej za najlepszy polski fantastyczny utwór literacki. Sławę przyniosła jej trylogia diabelsko-anielska: Ja, diablica (W.A.B. 2010), Ja, anielica (W.A.B. 2011) i Ja, potępiona (W.A.B. 2012). Wydała także powieść grozy Druga szansa (W.A.B. 2013) i kryminał Pustułka (W.A.B. 2015). Jest również autorką bestsellerowego cyklu słowiańskiego Kwiat paproci: Szeptucha (W.A.B. 2016), Noc Kupały (W.A.B. 2016) i Żerca (W.A.B. 2017). Strona autorki: katarzynaberenikamiszczuk.blogspot.com.

Opinie o ebooku Obsesja. T. 1 - Katarzyna Berenika Miszczuk

Fragment ebooka Obsesja. T. 1 - Katarzyna Berenika Miszczuk

Katarzyna Berenika Miszczuk

OBSESJA

Copyright © by Katarzyna Berenika Miszczuk, MMXVII

Wydanie I

Warszawa, MMXVII

Pamięci mojego Dziadka – Wacława Kubickiego

Obsesje – uporczywie nawracające myśli, obawy, wyobrażenia lub impulsy powstające wbrew woli chorego. Zazwyczaj są postrzegane przez pacjenta jako niepożądane i przymusowe, mają charakter niezgodny z systemem wartości czy przekonań danej osoby. Ich przeżywanie może łączyć się z lękiem i cierpieniem. Przeważnie związane są z obawami dotyczącymi zabrudzenia lub zakażenia, potrzebą porządkowania lub symetrii bądź impulsami do zachowań agresywnych lub bluźnierczych oraz wyobrażeniami o treści seksualnej.

Definicja na podstawie: Psychiatria, podręcznik dla studentów medycyny, pod redakcją prof. dr. hab. n. med. Marka Jaremy oraz prof. dr hab. n. med. Jolanty Rebe-Jabłońskiej, wydawnictwo PZWL, Warszawa 2011

***

Wszystkie opisane wydarzenia i sytuacje są fikcyjne.

Zbieżność nazwisk i miejsc jest przypadkowa.

Wstęp

Okolice Warszawy, piwnica

Dłoń odziana w czarną skórzaną rękawiczkę sięgnęła w stronę zimnej, odrapanej ściany. Goły beton był szary i wilgotny, miejscami spływały po nim strużki brudnej wody. W powietrzu unosił się zapach pleśni i ziemi.

Na krzywych, przerdzewiałych hakach wisiała nowa tablica korkowa. Razem z wbitymi w nią czerwonymi pinezkami sprawiała dość wesołe wrażenie. W żadnym razie nie pasowała do zaniedbanego wnętrza.

Palce przesunęły się delikatnie po drewnianej ramie. Z czułością musnęły przybite do niej niewyraźne ziarniste fotografie. W większości wykonano je za pomocą telefonu komórkowego. Nie były najlepszej jakości, jednak bez trudu można było rozpoznać na nich kobiety w różnym wieku.

Tylko jedno zdjęcie było ostre i tylko na jednym kobieta wpatrywała się prosto w obiektyw z zawadiackim uśmiechem rozświetlającym twarz. Pozowała do obiektywu, prostując plecy i kokieteryjnie wypychając do przodu biust. Boczne części fotografii zostały oderwane. Na poszarpanych brzegach widać było części ciał osób, które stały w otoczeniu kobiety.

Zdjęcie wisiało na samym środku tablicy. Było najważniejsze.

Na ziemi, w kurzu, pod topornym stołem, leżało jeszcze kilka zdjęć. Każde przedstawiało inną czarnowłosą dziewczynę. Wszystkie były przedarte na pół, zgniecione i zapomniane.

Odziany w rękawiczkę palec sunął po fotografiach, aż zatrzymał się na jednej i postukał w nią opuszką. Ofiara została wybrana. Niebawem nadejdzie czas, żeby zacząć zabawę i pozbyć się kolejnej.

Dłonie sięgnęły do tablicy i odczepiły zdjęcie. Pinezki uderzyły o drewniany blat, na którym w równym rządku leżały czyste i lśniące skalpele. Małe nożyki wsunięte były w srebrzyste rękojeści.

Przedarte zdjęcie opadło na ziemię.

Dłoń odziana w rękawiczkę sięgnęła po jeden ze skalpeli.

1.

Ten dzień nie zaczął się dobrze. Chyba żaden dzień nie może być dobry, jeśli rozpoczyna się od wstania lewą nogą prosto w zwymiotowany przez swojego kota „kłaczek”.

To oczywiste, że później musiało być tylko gorzej.

Wchodząc do szatni pracowniczej w podziemiach Szpitala Wschodniego, spojrzałam na zegarek. Znów byłam spóźniona na odprawę.

Ze wstydem przyznaję, że zdarzało mi się to zastanawiająco często.

Tym razem jednak spóźniłam się nie z własnej winy. Mogę być pesymistką, fatalistką i flegmatyczką, ale mimo wszystko spóźniać się nie lubiłam. Jakiś dureń zastawił mi samochód. Przez pół godziny nie mogłam wyjechać z wąskiego miejsca parkingowego przed swoją kamienicą, czekając, aż mężczyzna o karku grubszym niż moje udo kupi piwo w sklepiku na parterze i łaskawie przesunie swoje bmw.

Normalnie wygarnęłabym mu porządnie, ale zdaję sobie sprawę z tego, że facet o takiej aparycji, ze złotym łańcuchem na szyi, na dodatek właściciel bmw, kupujący rano w osiedlowym sklepiku piwo na Pradze-Północ, nie będzie prowadził ze mną dyskusji.

Spieszyć się? Nie spieszyć? Wyobraziłam sobie, jak rzucam w cholerę tę robotę, pakuję walizki i z kotem pod pachą jadę w tropiki, żeby spać pod palmą i jeść banany.

Kusząca wizja, tylko co by tam jadł mój kot? Poza tym nie lubię bananów.

Jestem nowa, pracuję od niedawna. Wypada się chyba spieszyć…

Mroczna szatnia jak zwykle sprawiała, że po plecach chodziły mi ciarki. Zawsze czułam się w tym miejscu nieswojo i nie lubiłam przebywać tu sama. Metalowe, poszarzałe szafki stały w nierównych szeregach. Ich przerdzewiałe okucia straszyły ostrymi kantami. Dźwięk skrzypiących zawiasów niósł się po wysokim pomieszczeniu, zwielokrotniony echem.

Rzędy szafek upchnięto ciasno obok siebie, bez planu, byle tylko zmieścić ich w podziemiach jak najwięcej. Tworzyły labirynt, w którym łatwo można się było zgubić. Zwłaszcza że namalowane przed laty czarną farbą numery porządkowe rzadko znajdowały się po sobie.

Dotknęłam opuszkami palców łuszczącej się farby. 235 – numer mojej szafki na rzeczy osobiste. Zaczęłam się zastanawiać, czy faktycznie w podziemiach stoi ponad dwieście szafek. Były większe ode mnie, nie byłam w stanie sięgnąć ponad nimi wzrokiem.

Rzuciłam ostatnie tęskne spojrzenie na brudne zakratowane okienko piwniczne umieszczone pod sufitem. Nie przepuszczało wiele światła, nie było nawet widać, co jest za szybą. Wystarczała mi sama świadomość, że za murami panuje przyjemny, ciepły wiosenny dzień, by zapragnąć machnąć ręką na robotę i czym prędzej wydostać się na zewnątrz.

– Chcę do domu – burknęłam pod nosem i wykrzywiłam usta w podkówkę zadowolona, że w szatni nie ma żywego ducha i nikt nie może zobaczyć, jak dziecinnie się zachowuję.

Powiesiłam na metalowym wieszaku skórzaną kurtkę, a buty wkopałam na zatęchłe dno. Skrzywiłam się, gdy do moich uszu dotarł odgłos świadczący o tym, że spadły na warstwę starego syfu.

Gdy dostałam pozwolenie na użytkowanie tego schowka, przez chwilę chciałam nawet go wyczyścić. Naprawdę! Jednak od lat zalegająca na dnie gruba warstwa naniesionego przez moich poprzedników błota i brudu sprawiła, że szybko zmieniłam zdanie. Kto mógł wiedzieć, co się tam zalęgło? Nie powinnam tego dotykać.

Moje porządki skończyły się na rzuceniu grubej warstwy gazet, które wchłaniając w siebie wilgoć i błoto, powoli integrowały się z dnem szafki, mając stać się jego częścią.

Rozejrzałam się po opustoszałej piwnicy. To miejsce tętniło życiem do ósmej rano. Później na godzinę zalegała cisza, by znów stało się gwarno, gdy nocni dyżuranci po przekazaniu pacjentów na odprawach usiłowali jak najszybciej wrócić do domu. Przez kilka kolejnych godzin panował tu spokój aż do piętnastej, gdy dzienna zmiana, która nie musiała zostawać na nocny dyżur, mogła pójść do domu.

Pod tym względem personel medyczny bardzo przypominał dzieci wychodzące ze szkoły. Każdy biegł do szatni, żeby jak najszybciej zabrać swoje rzeczy i uciec stąd.

Teraz, pomiędzy ósmą a dziewiątą rano, moimi towarzyszami były echo i smród, jaki wydziela intensywnie użytkowane obuwie.

Miałam wrażenie, że każdy element wystroju tego miejsca zadaje mi pytanie: „Aśka, co ty tu robisz? Nie wolisz iść do domu?”.

Nie bez powodu szatnia pracownicza umieszczona była w potencjalnie niewidocznej dla pacjentów części piwnicy.

Kolejne piętra Szpitala Wschodniego stopniowo remontowano. Zielonkawą łuszczącą się farbę zamalowywano brzoskwiniową emulsją, która z założenia miała koić zszargane nerwy pacjentów, podłogi pokrywano nowoczesnym, łatwo zmywalnym linoleum, na którym nie gromadziły się chorobotwórcze drobnoustroje, ale o piwnicy zarząd szpitala zdawał się nie pamiętać. Wciąż wyglądała jak na początku lat osiemdziesiątych ubiegłego wieku, kiedy kompleks oddano do użytku. Bladoniebieskie kafelki na ścianach były popękane i poodbijane, podłoga wyłożona brązowo-białą mozaiką skutecznie maskowała brud, a poznaczone zaciekami i grzybem sufity przybrały żółtawy odcień.

Przez głowę przemknęła mi ponura myśl, że dyrektor szpitala najprawdopodobniej nigdy nie postawił na najniższym poziomie budynku swoich stóp w markowych włoskich butach. Nie potrzebował przecież szafki pracowniczej. Miał pokój z szafą i seksowną sekretarkę w zestawie.

Narzuciłam biały fartuch i zamknęłam drzwiczki na dwie przepisowe kłódki, które musiałam sobie kupić. Przy wejściu do szatni wisiała karta informująca, że zarząd szpitala nie ponosi odpowiedzialności za rzeczy osobiste personelu pozostawione w szatni, jeśli szafka nie była zamknięta na co najmniej dwie kłódki.

Kupiłam dwie najtańsze. Nie wiem, co pracownicy trzymali w swoich szafkach poza śmierdzącymi chodakami, ale kilku osobom przyszło do głowy (może na złość dyrekcji?), by obwiesić swoje szafki ciężkimi kłódkami pasującymi raczej do krat w drzwiach garażowych niż do wąskich drzwiczek o szerokości czterdziestu centymetrów, które można było sforsować byle kopniakiem.

Ściskając pod pachą torebkę, pobiegłam przez piwniczne korytarze pełniące funkcję łączników między budynkami szpitala, rozrzuconymi niczym klocki na rozległym, częściowo zalesionym terenie.

Kierowałam się w stronę najbardziej oddalonej od głównego kompleksu części E, w której mieścił się oddział psychiatryczny.

Lekko zziajana dotarłam do dwóch staromodnych wind, których żelazne drzwi zabezpieczone były zamkami na czworoboczny klucz, ciążący mi w kieszeni. Żadna z wind nie stała na poziomie piwnicy.

Czas uciekał. Postanowiłam wbiec po schodach.

– Dzień dobry – usłyszałam za sobą.

Odwróciłam się zaskoczona. Byłam tak skupiona na szybkim dotarciu na odprawę, że nie zauważyłam stojącego w cieniu salowego. Mężczyzna opierał się o wysoki aluminiowy wózek na brudną bieliznę, podpisany czarnym markerem „Psych Biel Cz”.

Miał na sobie typowy szpitalny ubiór: zieloną bluzę i spodnie. Jedyną ekstrawagancją były ostatnio bardzo modne crocsy we wściekle żółtym kolorze. Ja nosiłam śliwkowe. Były niezwykle wygodne, ale brzydkie jak noc. Moje stopy wyglądały w nich jak dwa pontony.

Gwoli ścisłości, to i bez tych butów wyglądały jak pontony, niemniej jednak nie chciałam tego podkreślać obuwiem. Najlepiej się czułam w szpilkach. Niestety, nie wolno było w nich chodzić po szpitalu. Jeszcze bym obdarła obcasem cenne szpitalne linoleum!

– Dzień dobry – odpowiedziałam.

– Nie ma co iść schodami. Już ściągnąłem windę. Zaraz zjedzie – oświadczył. – Proszę poczekać.

Mówił prawdę, żaróweczki ukryte pod plastikowymi guzikami paliły się na czerwono. Przysunął wózek bliżej metalowych drzwi wind, zastawiając mi tym samym drogę na schody. Kółka wiekowego wózka zaskrzypiały nieprzyjemnie, raniąc moje uszy. Był pełen czystej pościeli.

– Może ma pan rację – ustąpiłam niechętnie, rezygnując z konfrontacji.

Mężczyzna przyglądał mi się uważnie. Poczułam wstyd, że widzi, jak spóźniam się do pracy. Potwierdzałam tym samym złośliwy stereotyp, że lekarze są zawsze spóźnieni. Cholera…

Stanęliśmy obok siebie w krępującej ciszy. Skupiliśmy się na windach.

Poprawiłam fartuch, obciągnęłam rękawy, przełożyłam torebkę na drugie ramię i odgarnęłam włosy. Czułam się coraz bardziej nieswojo. Nie wiedziałam, czym mam zająć ręce.

Tej przeklętej windy ciągle nie było.

Zerknęłam na salowego. Gapił się na mnie. A przynajmniej takie miałam wrażenie, bo przy jego zezie rozbieżnym nie mogłam mieć stuprocentowej pewności.

Odwróciłam wzrok. Udałabym, że całkowicie pochłania mnie obserwacja wyświetlacza nad windami, pokazującego, na którym piętrze znajdują się kabiny, jednak dźwigi w budynku E były tak stare, że nie miały wyświetlaczy. Miały za to metalowe skrzypiące kraty, które trzeba było dokładnie zamykać, bo inaczej winda nie chciała ruszać.

Wyjęłam z kieszeni fartucha telefon i zaczęłam udawać, że coś sprawdzam, gdy tak naprawdę na zmianę wchodziłam do menu głównego i z niego wychodziłam.

Oto ja, proszę państwa – Joanna Skoczek, młoda lekarka, w trakcie specjalizacji z psychiatrii, niezdolna do podjęcia niezobowiązującej rozmowy w oczekiwaniu na windę. Od razu człowiek nabiera zaufania do tego zawodu, czyż nie?

Dzisiaj zdecydowanie nie był mój dzień. Chciałam wrócić do domu.

– Tu w podziemiach nie ma internetu – usłyszałam.

Speszona zamknęłam klapkę pokrowca na telefon. Wpatrywał się w urządzenie z krzywym uśmiechem, zupełnie jakby przejrzał moje małe oszustwo.

– Sprawdzałam esemesy – poczułam się w obowiązku wytłumaczyć.

Od razu skarciłam się w myślach. Po co się tłumaczę?! Przecież nie muszę. Zniecierpliwiona zaczęłam tupać nogą.

Pracowałam w Szpitalu Wschodnim od dwóch miesięcy. Obiekt był bardzo duży, zatrudniano tu setki lekarzy, pielęgniarek, salowych i pracowników administracji. Jednorazowo mogło być hospitalizowanych ponad siedmiuset pacjentów na czternastu oddziałach. Nie licząc rzecz jasna tak zwanych dostawek, czyli łóżek stojących na korytarzach. Można by spokojnie przyjąć, że w całym kompleksie znajduje się naraz ponad tysiąc osób.

Jakimś cudem jednak codziennie spotykałam tego samego salowego. W każdym razie wydawało mi się, że jest salowym, choć mógł też pracować w pralni, bo zwykle widziałam go, jak transportuje kontenery na bieliznę.

– Dzisiaj trochę później, hm? – zagadał.

– Tak, miałam problem z dojazdem – odpowiedziałam nerwowo.

W duchu zaczęłam przeklinać te windy. Już dawno zdążyłabym wbiec na trzecie piętro, gdybym nie czekała na ich przyjazd. Zwłaszcza w tych paskudnych butach.

Szlag by to trafił!

Wtem za szklaną szybką pojawiło się upragnione światło. Winda zatrzymała się z głośnym zgrzytem. Salowy rzucił się do drzwi, by szarmancko je przede mną otworzyć. Czworokątny klucz miał przytroczony na długim łańcuchu do paska przy workowatych portkach. Wyciągnął go z kieszeni, o mało nie wyrywając sobie szlufki w spodniach. Otworzył odrapane drzwi i rozsunął kratę.

Wiedziałam, że wysiądzie, pchając wózek, na pierwszym piętrze, w związku z czym podziękowałam mu uśmiechem, wsunęłam się na tył windy i stanęłam w kącie. Gdy metalowy kontener wjechał do środka, podłoga kabiny opuściła się o kilka centymetrów. Zacisnęłam dłonie w pięści i wsunęłam je do kieszeni fartucha, żeby mężczyzna niczego nie zauważył. Nie lubiłam jeździć windami. Świadomość, że znajduję się w metalowej klatce, która w każdym momencie może spaść, zawsze odrobinę mnie paraliżowała.

Na szczęście podróż upłynęła nam w ciszy.

– Do zobaczenia. – Salowy uśmiechnął się do mnie, gdy winda stanęła na jego piętrze.

Z jednej strony poczułam ulgę, że wysiadł, ale z drugiej – lekki niepokój, że zostałam w tej wiekowej windzie sama. Zasunęłam kratę.

– Do widzenia.

Chwilę później wysiadłam na trzecim piętrze. Nie zawracałam sobie głowy zamykaniem szybu windy. Na pomoc rzucił mi się około siedemdziesięcioletni ochroniarz, który całymi dniami przesiadywał na krześle przy kracie zabezpieczającej wejście na piętro przez klatkę schodową.

Zawsze mnie zastanawiało, w jaki sposób mógłby nam pomóc, gdyby rozwścieczony pacjent postanowił nas pozabijać, używając do tego celu chociażby własnych rąk.

Ruszyłam szybkim krokiem. Pokój odpraw był na końcu korytarza.

Na trzecim piętrze oprócz pokoi lekarskich i sekretariatu oddziału znajdowały się cztery zamykane izolatki, w których na obserwacji przebywali świeżo przyjęci pacjenci, jeszcze niezdiagnozowani bądź tacy, którzy zagrażają życiu swojemu lub innych. Jeden z nich stał przy szybie w drzwiach, kiwając się monotonnie do przodu i tyłu. Wskazał palcem na nadgarstek.

Nie wiedział, jak się nazywa i gdzie się znajduje, ale był głęboko przekonany o tym, że kosmici inwigilują każdy jego krok za pomocą latarni ulicznych. Nawet on zdawał sobie sprawę z tego, że jestem spóźniona…

Odetchnęłam głęboko, przygotowując się na pełne potępienia komentarze profesora, i wsunęłam czworokątny klucz do zamka w drzwiach, za którymi znajdowała się mała sala konferencyjna.

Profesor, siwy brodacz, usiłujący chyba nieudolnie upodobnić się do Świętego Mikołaja, zmierzył mnie pełnym niechęci spojrzeniem, ale o dziwo, nie skomentował spóźnienia. Lekarz dyżurny nie przerwał czytania zmęczonym głosem relacji ze swojej zmiany. Wydawało się, że w ogóle mnie nie zauważył.

Po cichutku zamknęłam drzwi i usiadłam na jednym z wolnych krzeseł, usiłując wtopić się w otoczenie.

Odchyliłam się, żeby oprzeć plecy. Nagle krzywe siedzenie, na które z ulgą opadłam, przechyliło się pode mną niebezpiecznie i głośno zatrzeszczało. Rozrzuciłam ręce na boki i złapałam się kurczowo siedzącej obok oddziałowej. Moja torebka z głośnym stukiem upadła na ziemię.

Pielęgniarka zmierzyła mnie długim spojrzeniem, ale nic nie powiedziała. Mruknęłam niewyraźne „przepraszam” i postanowiłam, że pod żadnym pozorem nie będę się ruszać na tym zdradliwym krześle. Torebkę zostawiłam na podłodze. Niech sobie tam poleży do końca odprawy.

Tak będzie lepiej dla wszystkich.

Druga rezydentka, moja koleżanka Urszula, puściła do mnie oko z końca sali. Karol, doświadczony doktor psychiatrii, z którym dzieliłyśmy pokój lekarski, szepnął jej coś do ucha. Zachichotali.

Profesor Sieradzki zgromił ich spojrzeniem zza swoich bezoprawkowych okularów, ale znów powstrzymał się od komentarza.

To było do niego niepodobne…

Poczułam się jeszcze gorzej. Naprawdę wiele bym dała, żeby wrócić do domu, położyć się do łóżka, nakryć kołdrą i udawać, że mnie nie ma.

Zerknęłam na zakratowane brudne okno, za którym rozciągał się sielski widok na drzewa i błękitne niebo. Zaczęłam się zastanawiać, co było przyczyną mojej chandry. Do kocich wymiotów już się przyzwyczaiłam, tak samo do praskich karków z bmw. Pokiwałam głową do swoich myśli. To wszystko przez wczorajszy telefon od mamy. Znowu przypominała mi, ile mam lat, i wypominała, że powinnam znaleźć męża, bo umrę smutna i samotna.

Moja matka myślała przyszłościowo, w przeciwieństwie do mnie miała wszystko zaplanowane na co najmniej czterdzieści lat do przodu. Najwyraźniej mój pogrzeb też już znalazł się w jej planach…

Dyżurny skończył czytać raport dotyczący porad na szpitalnym oddziale ratunkowym, czyli SOR-ze – zgodnie z tym, co mówił, konsultował tam całą noc. Współczułam mu, ale jeszcze bardziej współczułam sobie. Dzisiaj, niestety, wypadała moja kolej na całodobową pracę.

Hm, a może to dzisiejszy dyżur był powodem złego humoru? Nie da się tego wykluczyć…

Referujący lekarz wyrwał mnie z zamyślenia:

– Dyżur przekazuję pani doktor Joannie Skoczek. – Podał mi grubą księgę raportów, w której musiałam się podpisać i przypieczętować swój los na najbliższe dwadzieścia cztery godziny.

– Dobrze, dziękuję. Będę do dziesiątej, potem muszę jechać na uczelnię. – Sieradzki zdjął okulary, co było sygnałem, że odprawa się zakończyła. – Jeśli macie do mnie jakieś sprawy, to musicie zdążyć do dziesiątej.

Wstałam i wyszłam z innymi na korytarz. Czas zacząć kolejny cudowny dzień pracy.

– Aśka, czemu się spóźniłaś? – zapytała Urszula, wchodząc za mną do pokoju lekarskiego.

Pokój był wąską kiszką, w której ledwo mieściły się stojące pod dłuższą ścianą trzy biurka. Każde biurko i krzesło było inne. Wydawało się, że zostały tu przyciągnięte z oddziałów, w których wymieniano sprzęt, bądź osobno zakupione przez trzech sfrustrowanych pracowników, którzy chcieliby pracować w przyjaznych warunkach. Podłoga wręcz usiana była kablami prowadzącymi do przedłużaczy oraz stertami papierów z historiami chorób pacjentów, którzy zostali wypisani już dawno temu, ale ponieważ nie mieliśmy szafek na dokumenty, to rzucaliśmy je na stosy pod ścianą.

– Jakiś idiota zastawił mi samochód i nie mogłam wyjechać – burknęłam.

– Ja to ci się dziwię, że mieszkasz w takim miejscu. – Westchnęła i podeszła do okna.

Otworzyła je na tyle szeroko, na ile pozwalała zamontowana krata.

Stara, aluminiowa rama mająca chyba więcej lat ode mnie była nieszczelna. Jeszcze nie miałam okazji przetrwać zimy na tutejszym oddziale, ale za to w nadchodzące wielkimi krokami wakacje będę mogła poznać na własnej skórze, co oznacza brak klimatyzacji.

W szpitalu, w którym poprzednio pracowałam, warunki były nieporównywalnie lepsze. Po rozwodzie wolałam jednak zrezygnować z pracy mimo niewątpliwych zalet, jakimi były klimatyzacja i wyremontowana łazienka pracownicza. Przeprowadziłam się z powrotem do Warszawy, z której wyjechałam tuż po studiach razem, z jak mi się wówczas zdawało, miłością mojego życia.

– Miejsce jak miejsce. – Wzruszyłam ramionami.

Usiadłam za swoim biurkiem. Na szczęście nie musiałam go z nikim dzielić. Nie cierpiałam bałaganu, jaki ludzie robią w pracy. Ja musiałam mieć tu idealny porządek. Na szczęście natręctwa mi nie groziły. Najlepiej świadczył o tym stan mojej kuchni.

– Nie boisz się, że ktoś cię tam napadnie i zgwałci? – drążyła temat koleżanka.

– Nie.

Zanurkowałam pod stół, żeby uruchomić zakurzony komputer, który najlepsze lata miał już za sobą. Mam wrażenie, że wszystko w tym szpitalu pokrywała warstwa kurzu.

– Aleś ty dzisiaj mało rozmowna – prychnęła Urszula. – Co się tak boczysz?

Miała rację. Byłam w fatalnym nastroju. Zwykle to ona zrzędziła, a ja usiłowałam poprawić jej nastrój. Przez chwilę patrzyłam bezmyślnie, jak wyciąga z torebki jogurt i zabiera się do śniadania.

– A co mam ci powiedzieć? – Znów westchnęłam. – To Praga-Północ, ale nie rejon trójkąta bermudzkiego, tylko Szmulki. Znam wszystkich pijaczków, a blokersi chyba wyginęli albo przenieśli się do osiedli pod miasto. Nocami może być nieciekawie, ale tak jest wszędzie.

– W sumie racja… mnie tylko raz okradli, i to w Śródmieściu – przyznała.

– Poza tym Praga się rozwija. Zobaczysz, że to niedługo będzie centrum kultury stolicy, a moje mieszkanie w kamienicy zwiększy swoją wartość kilkakrotnie.

– Taa… zobaczymy.

– Metro już jest.

– Co już jest? – Do pokoju wpadł Karol.

Bardzo go lubiłam. Był wysokim blondynem pod pięćdziesiątkę, ale młodym duchem, co nie pozwalało mu zwolnić tempa nawet na chwilę, a uzewnętrzniało się między innymi barwnymi strojami. Codziennie zakładał spodnie w innym, szalonym kolorze. Dzisiaj miał fioletowe.

– Metro na Pradze – wyjaśniła Urszula.

– Praga? – zdziwił się teatralnie. – A to jeszcze Warszawa?

Karol od urodzenia mieszkał po lewej stronie Wisły. Jak każdy rodowity warszawiak wyznawał patriotyzm lokalny. Lewobrzeżni uważali, że druga strona miasta tak naprawdę nie jest już stolicą. Z kolei prawobrzeżni byli głęboko przekonani o tym, że ich część miasta jest piękna, ale niedoceniana, a po lewej mieszkają same słoiki – jak zwykło się nazywać tu ludność napływową z innych miast.

Po cichu zgadzałam się z częścią postulatów mieszkańców prawego brzegu Wisły. Gdyby odrestaurować przedwojenne kamienice, których było naprawdę dużo, okazałoby się, że Nowy Świat nie jest ani ładny, ani wyjątkowy.

Jako słoik wolałam zbyt intensywnie się nie kłócić.

– To ty na wiochę jeździsz pracować? Taki wsiowy dochtor z ciebie? – zakpiłam ze słów kolegi.

Szpital Wschodni znajdował się na prawym brzegu Warszawy. Dlatego kupiłam tu mieszkanie. Chciałam mieć blisko do pracy.

– Oj, Asiu, Asiu, taka zła już od rana? – Roześmiał się i zasiadł za swoim biurkiem. – Poczekaj, aż pójdziesz do pacjentów. Nasze pieszczoszki na pewno poprawią ci humor.

Wpatrując się w monitory komputerów, czekaliśmy, aż szpitalny system raczy się włączyć. Bez dostępu do bazy nie mogliśmy zlecać badań ani tworzyć wpisów w historiach chorób pacjentów. Gdy raz na jakiś czas dział informatyczny robił aktualizację systemu, cały szpital był jak sparaliżowany.

Wstałam lewą nogą – mruknęłam i zaczęłam przeglądać papierowe karty pacjentów.

Na szczęście dzisiaj dostałam tylko jednego nowego chorego.

W myślach zakpiłam z wielkiej komputeryzacji w medycynie. Skończyła się na tym, że i tak wszystko obowiązkowo trzeba było pisać ręcznie, a potem wprowadzać do systemu. Znacznie wydłużyło to już panującą biurokrację.

Przeleciałam wzrokiem notatki dyżurnego na temat nowego pacjenta. Miał schizofrenię. W wywiadzie osobniczym wieloletnie nadużywanie narkotyków. Został przyjęty po tym, jak pobił żonę, a ona wezwała policję. Zleconych na stałe leków nie przyjmował. Mogłam się założyć, że nie żałował sobie narkotyków.

Czas pójść do pracy.

– Asiu? – zagadnął Karol.

– Tak?

– Chcesz czekolady? Wyglądasz, jakbyś potrzebowała.

2.

Pokoik przyjęć, przystosowany do użytku chyba ze starego schowka na miotły, był jeszcze mniejszy od kanciapy, która służyła nam jako pokój lekarski. W dodatku pozbawiony był okien. Kwaśny odór potu siedzącego naprzeciwko mężczyzny osaczał mnie ze wszystkich stron. Cieszyłam się, że badanie fizykalne miałam za sobą i od pacjenta oddzielał mnie blat biurka.

– Chciałabym z panem porozmawiać – zaczęłam.

Niestety, dobry humor, który pojawił się rano po ograbieniu Karola z tabliczki czekolady toffi, po paru godzinach się ulotnił.

– Nie chce mi się gadać! – warknął pacjent.

– Rozumiem, na pana miejscu też nie miałabym ochoty, ale jeżeli poświęci mi pan kilka minut, to będę mogła wypełnić wszystkie papiery, z których się mnie rozlicza. – Poklepałam trzymany na blacie notatnik.

Starałam się go przekonać, że jestem takim samym szarym człowiekiem jak on, który co dzień musi tłumaczyć się szefowi i ma przed sobą mnóstwo niepotrzebnej roboty. Często łamało to pierwsze lody pomiędzy mną a nowym pacjentem.

Tak na oko stupięćdziesięciokilogramowy mężczyzna zaczął się kiwać na zbyt małym dla niego krześle. Do przodu, do tyłu, do przodu, do tyłu. Drewno ostrzegawczo zaskrzypiało. Obserwowałam go, zastanawiając się, czy jak zleci i rozwali sobie łeb, będę za to odpowiedzialna.

Pewnie tak…

Pacjent Sylwester Kartynowicz od początku nie współpracował. Łaskawie pozwolił mi osłuchać sobie serce i płuca oraz zmierzyć ciśnienie tętnicze krwi. Wszystko bez zdejmowania przepoconej podkoszulki bez rękawów. Uniósł ją na tyle, bym sięgnęła stetoskopem do wilgotnej, lepiącej się skóry. Na nic więcej się nie zgodził. Nawet nie chciał wejść na wagę lekarską. Postanowiłam odłożyć pełne badanie na później, kiedy odrobinę się uspokoi.

Został przyjęty do szpitala na mocy artykułu dwudziestego trzeciego ustawy o ochronie zdrowia psychicznego. Zapis ten pozwala hospitalizować pacjentów bez ich zgody, jeśli ich zachowanie sugeruje, że zagrażają swojemu życiu bądź życiu i zdrowiu osób trzecich. Napompowany furią i narkotykami Kartynowicz podpadał pod ten artykuł.

Szczerze podziwiam policjantów, którzy zdołali go spacyfikować i przywieźć do nas na oddział ratunkowy.

– Proszę mi powiedzieć, jak pan tutaj trafił – poprosiłam grzecznie.

– To jakaś pierdolona pomyłka! – ryknął. – Nic nie zrobiłem tej suce! Nie wiem, czemu zadzwoniła po policję.

Pokiwałam głową, zupełnie jakbym się z nim zgadzała. Nie widziałam żony Kartynowicza. Swoją wiedzę czerpałam jedynie z karty przyjęcia wypełnionej przez lekarza dyżurnego. Zamieścił tam relację policjantów, którzy, kolokwialnie mówiąc, przedstawili mieszkanie pacjenta jako „zapleśniałą melinę śmierdzącą kałem”, a jego żonę jako „biedną kobietę ze złamanym nosem i najprawdopodobniej połamanymi żebrami”.

– Tym bardziej musi mi pan opowiedzieć, jak było naprawdę – oświadczyłam. – Musi pan podać swoją wersję, bo na razie wiem tylko to, co powiedzieli policjanci.

– Pierdolone, kłamliwe psy! – skomentował cichszym głosem.

Wydawało się, że z mężczyzny uszło powietrze. Ale tylko trochę. Zaciskał dłonie w pięści, jakby chciał w coś bądź kogoś uderzyć. Szybko oceniłam odległość, która nas dzieliła. Odsunęłam się nieznacznie, udając, że usiłuję lepiej usadowić się na krześle. Przysunęłam bliżej siebie kubek z lurowatą kawą rozpuszczalną, którą wbrew procedurom wniosłam. Nauczyłam się na zajęciach z samoobrony, prowadzonych przez byłego komandosa, że najlepiej złapać kubek bądź szklankę za dno i uderzyć nim w przeciwnika. Siła przeniesiona na wąskie brzegi naczynia zamienia je w kastet.

Jeszcze nigdy nie musiałam bronić się przed pacjentem. Zawsze jednak mógł być ten pierwszy raz. Psychiatrzy czasami padają ofiarą pacjentów. Kartynowicz był potężnym mężczyzną. Znalazłabym się w nie lada opałach, gdyby postanowił się na mnie wyżyć za poniesione i wyimaginowane krzywdy.

– Coś tam powiem – mruknął. – Ale jak mnie wkurwisz, to przestanę mówić.

– Nie przechodziliśmy na ty, panie Kartynowicz. Jestem pana lekarzem prowadzącym, a nie koleżanką. – Wyraźnie wytyczyłam pomiędzy nami granicę.

Nic nie odpowiedział. Spojrzał tylko spode łba.

– W dokumentacji mam napisane, że przyjechał pan do szpitala pod eskortą policji, czy to prawda? – zapytałam.

– Tak.

– Skąd pana przywieźli? – zapytałam, mimo że znałam odpowiedź.

– Z domu.

– Dlaczego? Kto wezwał policję?

– Ta pierdolona suka wezwała policję! Tylko się kłóciliśmy, a ta lafirynda zamknęła się w sypialni i zadzwoniła po psy! Jak tylko wrócę do domu, to zatłukę sukę.

– Panie Kartynowicz, spokojnie. Proszę mi opowiedzieć o sobie. Czy kiedy przyjechała policja, był pan pod wpływem alkoholu albo narkotyków?

Mężczyzna znowu nabrał powietrza i zamknął się w sobie.

„Za ostro” – skrytykowałam się w myślach.

– Pana milczenie rozumiem jako sprzeciw, tak? – Udałam, że pilnie notuję coś w notatniku.

– Nie. Znaczy tak. To znaczy wypiłem jedno piwo. To nie zbrodnia!

Badania laboratoryjne przy przyjęciu wykazały dwa promile alkoholu we krwi. Wypił więcej niż jedno piwo. Dodatkowo badanie na obecność narkotyków wskazywało, że zażył dopalacze. Była to nowa plaga oddziałów psychiatrycznych, a ostatnio także pediatrycznych.

– Wiem, że kilka lat temu została u pana zdiagnozowana schizofrenia paranoidalna – powiedziałam. – Pana żona przekazała policji takie informacje.

– Już na nic nie choruję.

– Ale pytam o przeszłość. Gdzie pan się leczył? Leżał pan w jakimś szpitalu? Chodził do lekarza? Kto pierwszy postawił to rozpoznanie?

– Dwa lata temu byłem w Drewnicy. Trafiłem tam, jak przyćpałem. Oni twierdzili, że mam schizofrenię. – Zaskoczył mnie nieoczekiwanym wyznaniem. – Ale już mi przeszło.

Na usta cisnęła mi się kąśliwa uwaga, że takie choroby raczej nie przechodzą. Nie cierpiałam takich pacjentów. Wiem, że jako lekarz powinnam być pełna empatii i zrozumienia. Jednak o ile współczucie wobec staruszki z lękami albo młodego człowieka z depresją przychodziło mi bez trudu, o tyle miałam problem z empatią wobec agresywnych typów, którym na ich życzenie narkotyki i wóda wyżerały mózgi, a oni pasożytowali na społeczeństwie, ciągnąc od państwa zasiłki.

– Rozumiem. A może mi pan powiedzieć, kiedy leżał pan w Drewnicy?

Drewnica, czyli Wojewódzki Szpital dla Nerwowo i Psychicznie Chorych „Drewnica” w Ząbkach, to bardzo dobry ośrodek. Niestety, zaniedbany tak jak wszystkie szpitale psychiatryczne w naszym kraju.

– W październiku albo listopadzie. Na jesieni jakoś.

– A czy ma pan jakieś karty wypisowe z tamtego miejsca? Jakąś dokumentację pobytu?

– Nie.

Zanotowałam w pamięci, żeby skontaktować się ze skatowaną żoną i poprosić o przyniesienie papierów, które pomogłyby mi zweryfikować słowa pacjenta.

– Długo pan leżał w szpitalu?

– Ze dwa miesiące.

– A jakie miał pan objawy?

Wzruszył ramionami.

– Żadnych.

– Gdyby nie miał pan objawów, lekarze nie trzymaliby pana aż dwa miesiące. Proszę sobie przypomnieć. Liczy się każdy szczegół.

– To wszystko wina tej suki. Wtedy też zadzwoniła po policję. Ona ma kochanka! Suka pieprzona! Lafirynda! – wykrzykiwał.

Drzwi pokoju przyjęć otworzyły się nieco szerzej. W szczelinie pojawiła się twarz mojego kolegi, Karola Dąbkowskiego. Najwyraźniej zaalarmowały go wrzaski. Miło, że dał znak, iż ktoś zareaguje, gdy pacjent mnie zaatakuje.

– Dzień dobry panu – przywitał się grzecznie z pacjentem. – Usłyszałem krzyki. Czy coś się stało?

– Nie, wszystko jest dobrze. – Posłałam mu uspokajający uśmiech. – Rozmawiamy o żonie pana Kartynowicza.

– Rozumiem. Gdybyś czegoś potrzebowała, będę w pokoju obok. Do widzenia panu.

Pacjent zaczął ciągnąć troczki przy kapturze bluzy. Zauważyłam, że robił to, gdy się denerwował.

– Sądzi pan, że żona zadzwoniła po policję, bo ma kochanka? – zapytałam.

– Oczywiście, że tak. Ten sukinsyn pierdolony za mną łazi. Dzwoni do domu. Przychodzi, jak mnie nie ma. Wiem, że przychodzi, bo przestawia meble. A ta pinda wmawia mi, że nic nie jest przestawione. Oni chcą zrobić ze mnie wariata, chcą się mnie pozbyć. Ta głupia suka wymyśliła pewnie, że jak mnie zabije, to zabiorą całą forsę i wyjadą.

– Jest pan majętnym człowiekiem? – ciągnęłam go za język.

W historii choroby było zaznaczone, że od piętnastu lat pobiera rentę.

– Tak. Prowadzę mały interes na boku. Wie pani, tutaj kupię, tam sprzedam. Z tego są bardzo duże pieniądze.

– A gdzie pan trzyma te pieniądze? W banku? Bo poza nim to niebezpiecznie w dzisiejszych czasach.

– Ja wiem! Wszyscy czekają, jak uczciwego człowieka okraść. Ja mam te pieniądze w domu. Chowam je w tapczanie. Nawet ta suka nic nie wie. Nie znajdzie ich.

Zapisałam w notatniku krótką informację o tym, że pacjent cierpi na urojenia prześladowcze i wielkościowe. Mimo wszystko postanowiłam zweryfikować jego słowa, gdy na rozmowę przyjdzie małżonka. Cholera wie, może rzeczywiście trzyma w tapczanie pieniądze, tylko nikt mu nie wierzy?

Przypomniała mi się historia pewnej kobiety z manią. Uparcie twierdziła, że jest właścicielką kopalni złota w Afryce. Nikt jej nie wierzył podczas jej kilkumiesięcznego pobytu w szpitalu. Pacjentka niewątpliwie cierpiała na manię i jej nie leczyła, a urojenia o takiej treści idealnie pasowały do objawów kobiety. Okazało się jednak, że naprawdę miała kopalnię złota. Jak została jej właścicielką? Nie udało nam się tego ustalić.

Karol twierdził, że profesorowi, który był jej lekarzem prowadzącym, do dzisiaj głupio, kiedy wspomni się przy nim tę historię. Podobno reaguje nerwowo, nawet gdy ktoś tylko powie słowo „kopalnia”.

– A proszę mi jeszcze powiedzieć coś o narkotykach, które pan przyjmował. Co to było? – zapytałam.

– Marihuana.

– Tylko?

– Tak.

– A dopalacze? Bo to też są narkotyki.

– To nie są narkotyki. – Pokręcił głową.

– To, niestety, są narkotyki.

– Nieprawda.

– A brał pan dopalacze? – Zmieniłam metodę.

Wolałam nie wdawać się z nim w polemikę. Ludzi można podzielić z grubsza na dwa rodzaje: tych, którzy uważają piwo za alkohol, i tych, którzy traktują je jako rodzaj gazowanej herbaty. Z dopalaczami sprawa ma się podobnie. Niektórzy po prostu nie chcą tego przyjąć do wiadomości.

– Zdarzało się, że brałem – odpowiedział.

Westchnęłam w duchu. Od czasu zmiany ustawy o narkotykach, w myśl której dopalacze także zaliczono do tej kategorii, ich producenci co chwilę zmieniają składy i nazwy swoich produktów. Sprzedają je jako talizmany albo środki pochłaniające wilgoć. Co jakiś czas mówi się w telewizji o zatruciach w różnych regionach Polski, nalotach na dilerów, a z każdą kolejną zmianą ich działań skład syntetycznych chemikaliów staje się coraz bardziej groźny.

Mogłam już założyć, że w mózgu mojego pacjenta doszło do nieodwracalnych uszkodzeń nierokujących poprawy.

Przeprowadziłam jeszcze wywiad rodzinny, nie spodziewając się w nim specjalnych odkryć, i podpytałam pacjenta o życiorys.

Potem odprowadziłam go do sali, którą zajmował, i przeszłam się na szybki obchód do reszty swoich pacjentów, by z każdym chociaż przez chwilę porozmawiać i sprawdzić, jakie efekty przynosi leczenie.

Było już dobrze po trzynastej, gdy udało mi się wrócić do pokoju lekarskiego. Czułam się, jakby ktoś przepuścił mnie przez wyżymaczkę. Nie miałam siły, by utrzymać lekki, uprzejmy uśmiech. Miałam wrażenie, że mięśnie twarzy są jak stwardniała plastelina, która nie może się odkształcić.

– Mówię ci, że lewa to ta po lewej ręce leżącego. Głupi jesteś – dotarły do mnie słowa Uli.

Usiadłam z westchnieniem za biurkiem i spróbowałam uruchomić komputer. Zawieszał się, kiedy zbyt długo był na nim wygaszacz ekranu. Teraz także odmówił współpracy.

Zaraz się popłaczę.

– Aśka nam powie – stwierdził Karol i wychylił się na krześle, żeby lepiej mnie widzieć zza ramienia koleżanki. – Dyskutujemy o tym, która strona łóżka jest lewa. Masz jakiś pomysł? Co ci przychodzi na myśl?

– Co takiego?

Otworzyłam usta ze zdziwienia, bo tak zaskoczyła mnie irracjonalność pytania. Nigdy nie zastanawiałam się nad tym, czy łóżko ma strony.

– To zagadnienie wydaje się bardzo proste, jednak jest niespodziewanie skomplikowane – powiedział. – Takie pytanie zadał mi dzisiaj jeden z pacjentów i szczerze mówiąc, to nie mam pojęcia, co mu odpowiedzieć. A czuję się zmuszony do odpowiedzi, bo pacjent twierdzi, że lewa strona łóżka jest zdradliwa i jej nie ufa. Aśka, co o tym sądzisz?

– Że twój pacjent ma dziwny problem.

– No tak, ale powiedz, która strona łóżka jest według ciebie lewą? – upierał się.

– Lewa strona? To chyba ta, na której śpię… – bąknęłam na odczepnego.

– Twoja odpowiedź wiele wniosła. – Urszula parsknęła na i tak już brudny monitor. – Chociaż jest lepsza niż Karola. Wiesz, co powiedział pacjentowi?

– Nie.

– Że lewa strona łóżka to ta od ściany. Czaisz? Nasz filozof stwierdził, że nieważne, w którą stronę stoi łóżko, bo lewa jest od ściany.

– No jakoś tak mi przyszło do głowy – mruknął zawstydzony.

– A ja uważam, że lewa to ta, która jest po lewej stronie, gdy się leży na łóżku na plecach – przekonywała Urszula.

Pokiwałam głową. Wydawało się to logiczne. Tak samo traktowaliśmy pacjenta: jego lewa ręka to ta, która jest po lewej stronie jego ciała, a nie ta, która z naszej perspektywy jest lewą. Ogólnoświatowe jednoznaczne określenie w kręgach medycznych, która strona pacjenta jest prawa, a która lewa, z całą pewnością miało wpływ na zmniejszenie liczby amputacji niewłaściwych kończyn.

– A mnie się wydaje, że lewa to ta, na którą się patrzy – upierał się Karol.

– Dobrze, że nie jesteś chirurgiem. Na pewno zdrową kończynę byś uciął – mruknęłam i przestałam słuchać ich sporu.

Nawet w pokoju lekarskim nie ukryję się przed zwariowanymi rozmowami.

Szpitalny system komputerowy zdołał się odwiesić. Otworzyłam profil nowo przyjętego pacjenta i zaczęłam przepisywać kilka stron swoich notatek. Czułam w kościach, że dzisiaj będzie ciężki dyżur.

– Jest jeszcze jakaś czekolada? – zapytałam z nadzieją.

3.

Stanęłam przy konsoli pielęgniarek. Wysoki blat niczym mur oddzielał korytarz od części przeznaczonej dla personelu. Za biurkiem znajdowało się małe, zamykane na klucz, przeszklone pomieszczenie, gdzie trzymano leki, ciśnieniomierze oraz sprzęt do pobierania krwi. Zerknęłam na plastikowy zegar na ścianie. O tej godzinie, późnym popołudniem, na pewno było już zamknięte w ochronie przed złodziejami, których w szpitalach nie brakowało.

Rozłożyłam papierową historię choroby pacjentki na blacie i z luźnych byle jak wsuniętych kartek wyłowiłam tę, na której pisałam w zeszłym tygodniu. Pozostałe papiery zebrałam byle jak i odłożyłam na bok. Najwyraźniej prowadzącemu pacjentkę chirurgowi było wszystko jedno, w jakiej kolejności leżą. Nie byłam tak wielką pedantką, żeby porządkować mu dokumentację.

Konsultowałam pacjentkę operowaną niedawno z powodu kamicy pęcherzyka żółciowego. Miał to być prosty i łatwy zabieg. Wykonano go metodą laparoskopową. Nacięto powłoki ciała w czterech miejscach i wprowadzono do brzucha mechaniczne trokary, za pomocą których usunięto chory narząd. Po zabiegu, mimo że operacja trwa dłużej od klasycznej, znacznie szybciej dochodzi się do zdrowia. Niestety, pacjentka od lat cierpiąca na depresję rozsypała się psychicznie po zabiegu.

Zostałam wezwana kilka dni temu na pomoc. Zwiększyłam dawki leków, które na stałe przyjmowała, a teraz przyszłam skontrolować postępy. Nie oczekiwałam cudów. Na zauważalny efekt działania leków przeciwdepresyjnych trzeba czekać zwykle około czterech tygodni. Niemniej jednak chirurg uparł się, żeby przyjść skonsultować jego pacjentkę przed wypisem, więc przyszłam.

Stukając długopisem w kartkę, odbiegłam na chwilę myślami od szpitala i gorączkowo zaczęłam się zastanawiać, ile czekolady dzisiaj zjadłam. Poklepałam się po brzuchu. Muszę przestać poprawiać sobie w ten sposób humor. Na razie idzie mi w cycki, ale moja dobra passa może się skończyć.

Oczami wyobraźni zobaczyłam się jutro. Po dyżurze pójdę do sklepu i zrobię porządne zakupy, a potem ugotuję obiad. Złożyłam sobie taką obietnicę. Zacznę zachowywać się jak dorosła. Koniec z odmrażaną pizzą.

Starannym pismem zapisałam swoje uwagi na karcie konsultacji. Chirurdzy nie piszą czytelnie swoich porad. To chyba ich cecha gatunkowa – zdolność do bazgrania niepojęta przez zwykłych zjadaczy chleba. A może po prostu mają własną czcionkę, której nikt nie zna?

Po chirurgicznej konsultacji siadaliśmy zwykle w pokoju lekarskim z Urszulą i Karolem, starając się odcyfrować niechlujne bazgroły i domyślić, co autor miał na myśli. Dopiero potem mogliśmy przepisać jego światłe uwagi do komputera i wcielić je w życie.

Nie chciałam być takim lekarzem. Swoje konsultacje zawsze zapisywałam czytelnie, żeby nie dodawać nikomu roboty. Przeciwnie zachowywał się Karol – uważał, że gdy nieczytelnie zapisze wszystkie swoje zalecenia, będzie to rodzaj zemsty na chirurgach.

Potoczyłam spojrzeniem po korytarzu chirurgii. Podobało mi się tutaj. W przeciwieństwie do psychiatrii panowała tu cisza. Nie było słychać wrzasków ani kłótni. Owszem, do uszu docierały dźwięki szpitala, ale takie jak zbyt głośno ustawiony telewizor w którejś z sal, kroki odwiedzających czy cicha rozmowa rodziny oczekującej w korytarzu. Nie przeszkadzały za bardzo.

No i ten zapach. Zupełnie inna bajka niż na psychiatrii. Na chirurgii unosił się zapach środków czystości i odkażaczy. Okazjonalnie, w części oddziału, w której hospitalizowani byli pacjenci z zakażonymi, niegojącymi się ranami, tak zwanym odcinku brudnym, można było poczuć smród zgnilizny, który starano się jednak za wszelką cenę kamuflować.

Zapach chirurgii był znacznie przyjemniejszy od woni niemytych ciał pacjentów i dymu papierosowego, które utrzymywały się na psychiatrii. Cicha zgoda na palenie na oddziałach psychiatrycznych była od wielu lat przedmiotem dyskusji. Oficjalnie w szpitalach nie wolno było palić nikomu – ani pacjentom, ani personelowi. Jednak nie znalazł się jeszcze odważny, który odmówiłby hospitalizowanemu na psychiatrii pacjentowi, na głodzie narkotykowym, papierosa na uspokojenie. Dość nieszkodliwego w porównaniu z substancjami przyjmowanymi przez niego wcześniej.

Westchnęłam. Może jednak popełniłam błąd, wybierając tę specjalizację? Może lepsze byłoby grzebanie się w ludzkich wnętrznościach niż umyśle?

Zauważyłam, że moje wzdychanie nie umknęło uwadze dwóch pielęgniarek siedzących po drugiej stronie konsoli. Speszona wróciłam do spisywania konsultacji. Nie chciałam dawać im pretekstu do plotek. Zdawałam sobie sprawę z tego, że o psychiatrach krąży mnóstwo krzywdzących anegdot.

Znanych jest też kilka prawdziwych historii, ale to szczegół…

Z rozbawieniem pomyślałam, że nie zaliczam się do najnormalniejszych przedstawicieli gatunku. W końcu notorycznie gadam do siebie!

Obok mnie zatrzymała się tęga dziewczyna w ciasnym fartuchu opinającym jej bujne kształty, który nie pozostawiał wiele wyobraźni. Długie, ufarbowane na czarno włosy zaczesała za uszy. Z pewną dozą fascynacji przyglądałam się jej rzęsom. Były zbyt długie i gęste, by mogły być dziełem natury. Zapewne przedłużyła je u kosmetyczki. Zza ich firanek spoglądały jasnoniebieskie oczy.

Oparła się ciężko o wysoki blat konsoli i wydęła usta, po czym westchnęła jeszcze głośniej ode mnie. Gdy nie doczekała się reakcji ze strony pielęgniarek, ostentacyjnie spojrzała na pozłacany zegarek na swoim nadgarstku i postukała długimi czerwonymi paznokciami w blat biurka.

Zauważyłam, że siedzące po drugiej stronie pielęgniarki nieznacznie zesztywniały. Udawały, że nie zauważyły pojawienia się dziewczyny. Nadal przekładały papiery, przepisując lekarskie zlecenia do zeszytów.

Łatwo można było wyczuć zmianę nastroju. Jakby nagle zrobiło się chłodno.

– Tomek jeszcze nie wrócił z bloku? – zapytała kobieta niskim, zmysłowym głosem.

Chciałabym mieć taki głos. Niestety, Bozia mi go poskąpiła, podobnie jak długich nóg, które tej pretensjonalnej dziewczynie sięgały chyba do szyi. Równoważyły jej wielki tyłek i odrobinę zbyt wydatny brzuszek. Wydaje mi się, że żaden mężczyzna nie patrzył na jej brzuch, tylko skupiał się na tych nienormalnie długich nogach.

Zerknęłam na farbowane włosy. W przedziałku pojawiły się jasne odrosty. Zawsze zastanawiało mnie, dlaczego kobiety farbujące się na czarno wyglądają sztucznie. Zwykle na pierwszy rzut oka widać, że to nie ich naturalny kolor. Może to kwestia karnacji? Jestem naturalną brunetką, a włosy pasują do mojej bladej cery i nie sprawiają wrażenia sztuczności.

Skarciłam się w myślach za dekoncentrację. Wróciłam do konsultacji. Jak tak dalej pójdzie, to nigdy jej nie zapiszę i stąd nie wyjdę.

A może to była podświadoma ucieczka ze swojego oddziału? Może marnowałam tutaj tak dużo czasu, bo nie chciało mi się wracać do siebie?

Znowu to zrobiłam. Skoczek! Weź się w garść! Pisz tę cholerną konsultację!

– Nie widziałyśmy doktora Stalowca – odparła oschle starsza pielęgniarka.