Obsesja - Erica Spindler - ebook
Opis

Najwyższe poświęcenie... Mroczna Obsesja... Walka o życie...

Na życiu Skye Dearborn od dawna kładzie się cieniem niewyjaśniona, mroczna przeszłość. Udało jej się skutecznie wyprzeć z pamięci przerażające wspomnienia. Jednak nieokreślony lęk powracał, kiedy widziała strach w oczach matki śniącej stale ten sam sen. Na długo zapadła w jej pamięci wizja krwi rozlanej na lśniącej posadzce i przerażającego krzyku. Kiedy coraz częściej zaczęła pytać o przeszłość, niespodziewanie los rozdzielił ją z matką. Minęły lata. Skye zostawiła za sobą przeszłość i zaczęła z nadzieją patrzeć w przyszłość. Wydawało się, że szczęście wreszcie uśmiechnęło się do niej. Jednak przekorny los prowadzi ją znowu w ramiona niebezpieczeństwa, z powrotem do koszmaru z dzieciństwa. Zło, które przeczuwała, ma ludzką postać - człowieka opętanego obsesją na jej punkcie od chwili, kiedy tylko ją zobaczył. Człowieka, który jako jedyny wie, kim naprawdę jest Skye Dearborn…

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 387

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Erica Spindler

Obsesja

Tłumaczyła: Klaryssa

Część pierwsza

MOTYLE

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Chicago, Illinois, 1971

Słoneczne światło, aby oświetlić pokój dziecinny, najpierw musiało przedostać się przez wysokie po sam sufit witrażowe okno, a potem mogło już na podłodze malować tak bogate i mieniące się wszystkimi kolorami wzory, jakby były one ułożone z rubinów, szafirów i szmaragdów.

Witraż wprawiono w tysiąc dziewięćset dziewiątym roku, gdyż właśnie wtedy urodziło się pierwsze dziecko Monarcha. Szklany obraz przedstawiał anioła ze złotymi skrzydłami o słodkim obliczu. Niebieski posłaniec miał strzec nowo narodzonego.

Potem niewielu miał już podopiecznych, bowiem na nieszczęsną familię raz za razem spadały kolejne klęski, jakby ciążyła na niej klątwa, która nie dość, że dziesiątkowała potomstwo, to na dodatek przez kolejne pokolenia nie pozwalała, aby wśród Monarchów pojawiła się córka. Przełamanie tego złego fatum stało się wręcz rodzinną obsesją.

Wreszcie jednak los się odmienił, bowiem dwa tygodnie temu urodziła się Grace Elizabeth Monarch. Nowa mieszkanka rezydencji przy Astor Street i wiekowego pokoju dziecinnego, a także podopieczna złotoskrzydłego anioła, na zawsze miała odmienić życie całej rodziny.

Prawda ta w największym stopniu dotyczyła jej matki.

Madeline Monarch cicho weszła do pokoju dziecinnego i zbliżyła się do kołyski, w której spała jej córeczka. Spojrzała na małą i jak zawsze w takiej chwili ogarnęło ją niedowierzanie: zdarzył się prawdziwy cud! Delikatnie dotknęła aksamitnego policzka, a maleństwo lekko poruszyło się, i wciąż śpiąc, usteczkami chwyciło palec matki.

Madeline poczuła ucisk w gardle. Ciągle jeszcze nie mogła uwierzyć, że oto została matką tej wspaniałej dziewczynki. Nachyliła głowę, by nacieszyć się niemowlęcym zapachem i przymknąwszy oczy w zapamiętaniu nim się syciła.

Co takiego uczyniła, że otrzymała aż tak wielką nagrodę? Dlaczego właśnie ją spotkało to szczęście? Nawet sam poród zdawał się cudem, bowiem Grace przyszła na świat łatwo i prawie bezboleśnie. Już w godzinę po odejściu wód stary położnik trzymał na rękach czerwonego i rozkrzyczanego, ale jakże ślicznego noworodka.

Madeline pokręciła głową, wciąż bowiem nie mogła uwierzyć. Bo jakże tak? Do tej pory nic nie przychodziło jej łatwo ani prosto. Należała do osób, które zdają się być skazane na nieustanne popełnianie błędów, dokonywanie niewłaściwych wyborów, zbieranie cięgów i wieczne cierpienia.

Jeszcze na chwilę przed otrzymaniem małej z rąk pielęgniarki była święcie przekonana, że w życiu niczego nie osiągnie łatwo, bez cierpień czy wyrzeczeń. Nie wierzyła, by mogła okazać się godną prawdziwej miłości i oddania; sądziła, że do śmierci będzie tęsknić do tych uczuć i nigdy nie zazna spełnienia.

Jednak za sprawą Grace w jednej chwili wszystko się odmieniło. Madeline kochała córeczkę tak bardzo, że to uczucie zdawało się wręcz nie do udźwignięcia, a dziecko odpowiadało jej taką samą, bezwarunkową i absolutną miłością.

Madeline przesunęła palcem po jedwabistych ciemnych włoskach. Grace jej potrzebowała i kochała ją. Ta świadomość przyprawiała o zawrót głowy, niemal przerażała, lecz przy tym rodziła cudowne uczucie, najwspanialsze, jakiego Madeline zaznała w całym swoim życiu. Gotowa była uczynić wszystko, zmierzyć się z każdym złem i każdym niebezpieczeństwem, by chronić swoje dziecko.

Nawet oddać za nie życie, gdyby zaszła taka konieczność.

Usłyszała skrzypnięcie drzwi i odwróciła się. W progu stał Griffen, jej sześcioletni pasierb. Chłopiec utkwił wzrok w kołysce, a jego dziwna mina jednocześnie wyrażała fascynację i obawę, pociąg i odrazę. Madeline wciągnęła głęboko powietrze, tłumiąc złość na chłopca i niechęć, jaką do niego czuła.

Skarciła się w duchu. Powinna stale pamiętać, że przecież Griffen też jej potrzebował.

A jednak syn męża przyprawiał ją o niepokój, więcej, jego obecność nieraz działała na nią wręcz paraliżująco. Tak było od samego początku.

Nie chodziło o wygląd czy zachowanie Griffena. Był wyjątkowo ładnym dzieckiem, a także bystrym, grzecznym i sympatycznym, i chyba w nikim poza Madeline nie wzbudzał negatywnych emocji i reakcji. Dlaczego jednak, gdy patrzyła w jego oczy, przechodził ją lodowaty dreszcz?

Znała odpowiedź. Różniła się od innych ludzi, ponieważ inaczej postrzegała świat. Przez całe życie nękały ją, bo tak to trzeba nazwać, przerażająco trafne „odczucia” i „wizje”, dotyczące różnych osób oraz wydarzeń przeszłych i przyszłych. Odkąd sięgała pamięcią, ta zdolność wprawiała ją w wielkie zakłopotanie. Nie wiedząc, jak poradzić sobie ze swoim darem, usilnie starała się go ignorować, aż z latami nowe niechciane wizje nachodziły ją rzadziej i były mniej wyraziste.

Jednak ciąża oraz macierzyństwo spowodowały, że nadzwyczajne zdolności powróciły ze zdwojoną siłą i rozbudzony szósty zmysł ostrzegał Madeline, że z Griffenem Monarchem coś jest nie tak. Coś bardzo nie tak.

Być może jednak to z nią było coś nie w porządku, jak twierdzili jej mąż, a także jej teść, Adam Monarch. Może z powodu wzmożonej pracy hormonów straciła zdolność prawidłowej oceny wydarzeń, a jej poczucie rzeczywistości i równowaga psychiczna odbiegały od normy?

Omiotła Griffena spojrzeniem i poczuła wyrzuty sumienia. Jego matka nie żyła od trzech lat. Zmarła na skutek „przypadkowego” przedawkowania środków nasennych i alkoholu. Madeline rozumiała, że chłopcu musiało być niełatwo. Dziadek nie zwracał na niego uwagi, z obsesyjnym utęsknieniem czekając na wnuczkę, a ojciec, który zupełnie nie rozumiał potrzeb sześcioletniego chłopca, nigdy nie miał dla niego czasu. Jakby tego było mało, w domu pojawiła się macocha.

A także nowe dziecko, jego przyrodnia siostra. To ku niej zwróciły się te wszystkie emocje, które zdołały przetrwać w tym skąpym w uczucia domu.

Biedne dziecko, pomyślała Madeline, próbując wykrzesać z siebie trochę serdeczności. Zrobi wszystko, aby okazać się dla Griffena dobrą macochą. Nauczy się o niego troszczyć.

Z uśmiechem skinęła na chłopca, zapraszając do wejścia.

– Podejdź, ale cichutko. Grace śpi.

Griffen bez słowa wszedł na palcach do pokoju, zbliżył się do kołyski i utkwił wzrok w przyrodniej siostrze.

Obserwowała go przez chwilę, po czym przeniosła spojrzenie na córeczkę. Przez ostatnie półtora roku Madeline zdążyła dobrze poznać i odczuć ciężką atmosferę, jaka panowała u Monarchów.

Ponieważ dochodziły do tego niesłychanie skomplikowane relacje rodzinne, Madeline zaczynała nabierać przekonania, że ślub z Pierce’em Monarchem jest jej kolejnym błędem życiowym. Mąż okazał się zupełnie innym człowiekiem, niż początkowo myślała. Zamkniętym w sobie i sztywnym, a przede wszystkim – złym. Tak bardzo złym, że dziwiła się, jak mogła nie dostrzec tego wcześniej.

Zasępiła się. No cóż, nie jest ze sobą szczera. Oczywiście dobrze wiedziała, dlaczego, będąc jeszcze panną, nie chciała dostrzec prawdy. Oślepiło ją nazwisko Monarchów, ich majątek i pozycja społeczna w Chicago.

Majątek i status społeczny zawdzięczali Monarchowie swojej firmie jubilerskiej Monarch Design and Retail, specjalizującej się w projektowaniu klejnotów, która została założona w tysiąc osiemset osiemdziesiątym siódmym roku przez Annę i Marcusa Monarchów za pieniądze odziedziczone po rodzicach.

W ciągu zaledwie kilku lat Monarch Design and Retail zajęła na rynku pozycję niemal równą Tiffany’emu, jako że powstawała tu biżuteria tak samo oryginalna i olśniewająca.

Madeline doskonale pamiętała, jak w czasach, gdy jeszcze nie znała Pierce’a, nieraz zatrzymywała się przy witrynach sklepu na Michigan Avenue i tęsknym oraz pełnym pożądania wzrokiem wpatrywała w małe arcydzieła sztuki złotniczej, brosze, naszyjniki i pierścionki. Tak bardzo pragnęła mieć choćby jedno z nich, choćby najmniejszy drobiazg.

I pragnienie się spełniło.

O tak, była zaślepiona bogactwem Monarchów i ich pozycją. Kopciuszek bez rodziny i bez tak zwanego pochodzenia, skromna i biedna Madeline, którą Pierce wypatrzył w domu towarowym Marshall Field’s, gdzie pracowała na piętrze wyprzedaży, i którą sprowadził tutaj, do starego nobliwego domu w samym sercu Gold Coast.

Była wtedy pewna, że zupełnie jak w bajce dzięki czarodziejskiej różdżce spełniły się jej wszystkie marzenia.

Lecz bajka szybko zmieniła się w koszmar.

Madeline pokręciła głową. Z pojawieniem się Grace raz jeszcze wszystko uległo zmianie. Córeczka stała się prawdziwym cudem dla całego klanu Monarchów. W domu zaświeciło słońce, zapanował świąteczny, radosny nastrój, który udzielał się nawet służbie.

– Malutka Grace jest taka śliczna.

Madeline ocknęła się z zamyślenia, spojrzała na chłopca i poczuła przypływ czułości na widok malującego się na jego buzi zachwytu. Nie był ani trochę zazdrosny o siostrzyczkę, przeciwnie, fascynowała go i wzbudzała w nim uwielbienie.

Jak mogła źle myśleć o chłopcu, kiedy w taki sposób spoglądał na Grace?

Uśmiechnęła się.

– I ja tak myślę.

– Dziadek Monarch mówi, że Grace ma dar.

Uśmiech zastygł na ustach Madeline.

– Dar? – powtórzyła.

Griffen skinął głową.

– Wszystkie dziewczynki z rodziny Monarchów mają dar. Praprababcia Anna miała dar, a prapradziadek Marcus go dostrzegł i dlatego dorobili się wielkiego majątku. Grace też ma dar i dlatego cała rodzina musi o nią dbać, bo jest dla nas wszystkich bezcenna i zupełnie wyjątkowa.

Griffen jak papuga powtarzał tylko słowa, które wcześniej musiał słyszeć wiele razy, powtarzał je jednak z tak gorączkowym zapamiętaniem, że Madeline się przeraziła.

– Grace dlatego jest wyjątkowa, bo każdy człowiek jest wyjątkowy, a nie dlatego, że ma jakiś… dar, Griffenie. Poza tym to, że dotąd w rodzinie tylko dziewczęta były obdarzane talentami, wcale nie oznacza, by któryś z chłopców nie miał okazać się kiedyś artystą. – Z uśmiechem puknęła lekko chłopca w czubek nosa. – Może ty nim zostaniesz?

– Nie. – Chłopiec spochmurniał i pokręcił głową, jakby nie mógł się nadziwić, że dorosła osoba może być aż tak głupia. – Dziadek mówi, że wyjątkowe są tylko dziewczynki. Zawsze tak było w naszej rodzinie. Dlatego Grace jest taka ważna.

Tylko dziewczynki… Madeline wzdrygnęła się.

– Kochanie, Grace jest jeszcze maleńka. Może się okazać, że wcale nie ma… daru.

– Ma. Dziadek tak mówi.

Madeline zmarszczyła czoło.

– A on wie wszystko?

– Jest najmądrzejszy ze wszystkich i kiedy dorosnę, chcę być taki jak on. – Griffen ponownie spojrzał na Grace. – Mogę jej dotknąć?

Madeline zawahała się, a potem skinęła przyzwalająco.

– Tylko delikatnie, o tak. – Przesunęła leciutko palcem po jedwabistych, ciemnych włosach ukochanej córeczki.

Chłopiec przyglądał się uważnie, a po chwili powtórzył gest macochy.

– Ona jest taka miękka – powiedział ze zdumieniem. – Dlaczego?

– Bo jest malutka. – Madeline wprawiła kołyskę w lekki ruch. – Kiedy będzie trochę większa, pozwolę ci ją potrzymać.

Chłopiec znowu powtórzył zachowanie Madeline i poruszył lekko kołyską.

– O ile większa?

– Troszkę większa. Noworodki są bardzo delikatne, dlatego łatwo można zrobić im krzywdę.

Przez chwilę, kołysząc Grace i nie odrywając od niej wzroku, w milczeniu stali obok siebie.

– Ożenię się z nią, kiedy dorosnę – oznajmił Griffen nieoczekiwanie, przerywając ciszę.

– Z kim, kochanie?

– Z maleńką Grace.

Madeline zaśmiała się cicho i zwichrzyła ciemne włosy chłopca.

– Nie możesz, skarbie. To twoja siostrzyczka.

Griffen nic nie powiedział. Znowu zaległa cisza i znowu to on odezwał się pierwszy.

– Ożenię się z nią – powtórzył ze spokojną zawziętością. – Jeśli będę chciał, to się z nią ożenię.

Madeline zobaczyła mgłę przed oczami, potem obraz stał się klarowny. Ujrzała mroczny, biały las i krew na błyszczącej posadzce. Usłyszała nieme wołanie o pomoc i zobaczyła małe rączki zmagające się z silnymi ramionami.

Pisk przerażenia wydobył się z jej ust. Zamrugała gwałtownie powiekami i na powrót znalazła się w pokoju swojej córeczki. Znów patrzyła w zimne, złe oczy pasierba.

Przemogła dławiący strach, wyprostowała się i zmierzyła chłopca spokojnym spojrzeniem.

– Nie możesz – oznajmiła stanowczo. – Brat nie może ożenić się z siostrą. To wykluczone.

Twarz chłopca zastygła w grymasie wściekłości.

– Ożenię się – powtórzył z uporem, chwytając krawędź kołyski. – Mów sobie, co chcesz, a ja i tak się z nią ożenię!

Pchnął kołyskę z całych sił. Zachybotała się gwałtownie i omal nie przewróciła. Matka z krzykiem rzuciła się ku dziecku, ale było już za późno. Grace przeturlała się na bok i uderzyła główką w szczeble.

Madeline chwyciła wrzeszczące wniebogłosy maleństwo i przytuliła je do piersi. Kołysała, czule przemawiała, ze wszystkich sił chcąc uspokoić zarówno Grace, jak i samą siebie. Trzęsła się tak, że z trudem mogła ustać na nogach. Powtarzała sobie, że małej nic się nie stało. Po prostu tylko się przestraszyła i nabiła sobie guza.

Krew na błyszczącej posadzce… wołanie o pomoc…

Mogło skończyć się o wiele gorzej.

Przeniosła wzrok. Griffen stał w progu pokoju i przyglądał się jej z bezczelną, pełną zadowolenia miną.

Widząc spojrzenie macochy, uśmiechnął się wyzywająco.

Pod Madeline ugięły się kolana. Osunęła się na podłogę, kurczowo tuląc Grace do piersi. Za nic nie mogła się uspokoić i wciąż się trzęsła, zrozumiała bowiem rzecz wprost przerażającą: Griffen źle życzy swojej siostrze i Grace nigdy nie będzie przy nim bezpieczna.

Nigdy!

ROZDZIAŁ DRUGI

1976

Madeline stała przy oknie swojej sypialni. Serce jej waliło, a w ustach zaschło ze strachu. Obserwowała Pierce’a i Adama, którzy rozmawiali na podjeździe przed domem. Obaj byli ubrani w garnitury do pracy. Ich samochody czekały, a oni nie odjeżdżali, od dziesięciu minut pochłonięci rozmową.

Madeline raz jeszcze spojrzała na zegarek, cicho zaklęła i przymknęła oczy, modląc się w duchu, by mąż i teść wreszcie skończyli konwersację i odjechali stąd.

Te nieme błagania jednak nie odnosiły skutku, bowiem mężczyźni wciąż stali na podjeździe. Spięta do ostatnich granic Madeline nerwowo kurczyła i rozprostowywała palce. Dlaczego akurat dzisiaj musieli wdać się w długie dyskusje? Właśnie dzisiaj, kiedy liczyła się każda minuta, każda sekunda.

Wszystko dokładnie zaplanowała i przygotowała. Adam wyjeżdżał na kilka dni w interesach, a Pierce za moment powinien wyruszyć do biura. Zaraz po pracy miał udać się na koktajl, a potem był umówiony na mecz squasha. Gospodyni w środy robiła cotygodniowe zakupy, niania miała wychodne, schorowana babcia Monarchowa rzadko wychodziła ze swoich pokoi, zaś Griffen był w szkole.

Dzisiejszy dzień zdawał się wprost wymarzony do ucieczki.

Madeline poczuła ucisk w żołądku. To przez te nerwy i ogromne poczucie zawodu! Przepełniały ją gorycz i wielkie rozczarowanie zarówno sobą, jak i mężem. Pierce za nic nie chciał wnikać, co tak naprawdę dzieje się z Griffenem ani jakie ma on zamiary wobec Grace. Przez pięć lat, które minęły od incydentu w pokoju dziecinnym, Madeline niezliczoną ilość razy próbowała podzielić się z mężem i teściem swoimi lękami i przeczuciami dotyczącymi chłopca. Odpowiadali, że przesadza, że jest przeczulona i nadwrażliwa. Zbywali ją, nazywali neurotyczną i histeryczną matką, zarzucali, że jest zazdrosna o chłopca.

Ona miała być zazdrosna o Griffena? O czas, który spędzał z Grace? To już nawet nie było śmieszne, tylko po prostu uwłaczające.

Rodzina udawała, że nic się nie dzieje, ona zaś obserwowała, jak narastało dziwaczne, wręcz chorobliwe przywiązanie chłopca do siostry. To nie Madeline, lecz właśnie on był patologicznie zazdrosny, gdy Grace go ignorowała lub wolała bawić się z innymi dziećmi. Zdarzało się, że jako swych rywali traktował nawet zabawki i zwierzęta. O krok nie odstępował Grace i gwałtownie domagał się, by poświęcała mu cały swój czas. Patrzył z nieukrywaną nienawiścią na każdego, kto zbliżał się do jego siostry: na nianię, na inne dzieci, na Madeline. Na litość boską, czy nikt tego nie widział?

Z czasem było coraz gorzej: poniszczone zabawki, uduszony ukochany kot małej. No i wreszcie to: Griffen leżący na Grace, jedną ręką zamykający jej usta, a drugą zadzierający sukienkę.

Jeszcze teraz, po wielu miesiącach, tamten koszmarny obraz sprawiał, że Madeline robiło się niedobrze. Nie bawili się i nie mocowali, jak z niewinnym uśmiechem zapewniał przyłapany na gorącym uczynku Griffen.

Madeline poszła do męża i teścia, by opowiedzieć im, co zobaczyła. Błagała, by jej uwierzyli. Panicznie bała się o Grace, a przy tym była przekonana, że chłopiec potrzebował porady psychologa, może nawet specjalistycznej terapii.

Oczywiście nie tylko nie uwierzyli jej, lecz teść zaczął jej grozić. Jeśli się nie opanuje i nie otrzeźwieje, powiedział wtedy Adam, zabiorą jej Grace.

Jest niezrównoważona, zaś dziecko nie powinno przebywać z matką, która ma omamy, a poza tym uważa, że widzi przyszłość. W takiej sytuacji każdy sędzia odbierze jej prawa rodzicielskie.

Na koniec Adam uderzył ją z całej siły w twarz, aż Madeline straciła równowagę i upadła. Pierce stał obok i nie zaprotestował choćby jednym słowem. Nie zareagował, nie stanął w jej obronie.

Madeline, tłumiąc szloch, podniosła dłoń do ust. Jeśli czuła jeszcze cień przywiązania do męża i miała dla niego resztkę serdecznych uczuć, na zawsze wygasły one tamtego dnia. Znienawidziła go z taką mocą, że niemal czuła smak tego potężnego uczucia.

Smak gorzki i wstrętny, przeżerający serce, zabijający duszę.

W ostatnich miesiącach bardzo się pilnowała, by nie dać się ponieść emocjom. Wiedziała, że nie wolno jej popełnić kolejnego „błędu”, bowiem gra toczyła się o życie Grace, o jej dobro i pomyślność.

Przy swoich pieniądzach i stosunkach Adam bez trudu mógł spełnić pogróżki i zabrać jej córkę. Wystarczyło jedno jego kiwnięcie palcem.

A wtedy nie byłoby już komu chronić małej. Nie miałaby nikogo, kto chciałby dostrzec, co dzieje się z Griffenem.

Madeline zaczęła więc grać rolę kochającej, oddanej żony i idealnej synowej. Powiedziała obydwu mężczyznom, że wszystko przemyślała i wreszcie zrozumiała, iż to oni mieli rację. No cóż, była przewrażliwiona i bardzo przesadziła, jeśli idzie o Griffena.

Naprawdę nie wie, co w nią wstąpiło, mówiła. Nie ma pojęcia, dlaczego tak histerycznie zareagowała. Teraz jest jej przykro, wstyd jej za tamto zachowanie.

Pierce od razu przyjął jej słowa za dobrą monetę, natomiast Adamowi zajęło to trochę więcej czasu.

Wtedy zaczęła planować ucieczkę.

Pierce nagle podniósł wzrok i zauważył żonę w oknie. Zmrużył oczy, jakby coś podejrzewał, jakby domyślał się prawdy. Madeline zamarła, a potem serce zaczęło jej walić jak oszalałe. On wie, pomyślała w panice. Dobry Boże… przejrzał ją!

Co teraz robić?

Uspokoiła się. Niemożliwe, aby Pierce coś wiedział lub choćby podejrzewał, bo była naprawdę bardzo ostrożna. Dziś rano, by wzbudzić większe zaufanie męża, przemagając wstręt, uległa mu nawet w łóżku. Wiedziała, że Pierce pojedzie do pracy dumny niczym kogut, a potem przez cały dzień nie poświęci jej ani jednej myśli. Niedobrze się jej robiło od jego dotyku, ale gotowa była zrobić wszystko, byle chronić córkę.

Trzeba uciekać!

Madeline zmusiła się do czułego uśmiechu, pomachała mężowi ręką i przesłała mu pocałunek. Pierce odpowiedział jej pewnym siebie, niemal aroganckim uśmiechem, po czym wrócił do rozmowy z ojcem.

Z uczuciem ulgi cofnęła się od okna. Pierce nic nie wie, podobnie jak Adam. Ona i Grace są bezpieczne.

Na razie.

Wróciła myślami do ostatnich miesięcy. Żyła w ustawicznym strachu, a jej egzystencja przypominała stąpanie po linie. Musiała udawać, że wszystko jest w porządku, a przy tym cały czas zachowywać najwyższą czujność. Pozornie nie przejmowała się Griffenem, a tak naprawdę całymi nocami z przerażeniem nasłuchiwała, czy chłopiec nie zakrada się do pokoju Grace.

Długo tak żyć nie można. Madeline była coraz bardziej wyczerpana i bliska załamania. Zeszczuplała tak bardzo, że ludzie zaczęli zwracać na to uwagę. Nieraz, gdy późną nocą nerwowo chodziła po swojej sypialni, zastanawiała się, czy nie zaczyna tracić zdrowych zmysłów, czy nie ulega omamom, jak twierdził Pierce.

Jednak chwile zwątpienia i słabości szybko mijały. Wystarczyło, by przypomniała sobie, z jakim wyrazem twarzy Griffen patrzy na Grace, by wspomniała jego lodowate spojrzenie i chytry uśmieszek, a natychmiast wracała jej wiara we własne siły.

Tak, reszta rodziny była po prostu ślepa.

Madeline podeszła do łóżka i nachyliła się. Walizki czekały na swoim miejscu. Swoją już spakowała, a gdy Pierce odjedzie, do drugiej powkłada rzeczy Grace.

Wyprostowała się i omiotła wzrokiem pokój, raz jeszcze rozważając swoją decyzję. Nie miała rodziny, u której mogłaby szukać schronienia, a z dawnymi znajomymi straciła kontakt. Nawet Susan, niegdyś najlepsza przyjaciółka Madeline, nie wiedzieć kiedy zniknęła z jej życia.

Nie miała krewnych, do których mogłaby pojechać, ani środków na utrzymanie siebie i córki. Pierce tak wszystko urządził, aby nigdy nie stała się niezależna finansowo. Wszystko, co miała, zawdzięczała mężowi.

Siostra Adama była dla niej zawsze serdeczna, ale nie na tyle, aby pomóc Madeline, zdradzając przy tym najbliższych. Interesy Monarchów i rodzinna firma zawsze były u niej na pierwszym miejscu. Poza tym Dorothy, jak cała reszta Monarchów, miała obsesję na punkcie tajemniczego daru, którym jakoby została obdarzona Grace. Starsza pani głęboko wierzyła, że pewnego dnia mała zajmie jej miejsce i będzie projektować biżuterię.

Nie mając innego wyjścia, Madeline zastawiła swój pierścionek zaręczynowy – Pierce’owi powiedziała, że oddała go do czyszczenia – i za otrzymane pieniądze kupiła samochód, stary model chevroleta, grata w porównaniu z mercedesem, którym zwykle jeździła. Wóz miał jednak niewielki przebieg, a kobieta, od której go kupowała, zarzekała się, że jest w idealnym stanie i na pewno nie zawiedzie.

Madeline zaparkowała auto kilkanaście przecznic od domu, w okolicy na tyle jeszcze zamożnej, że nikt się nie powinien na nie połasić, ale też niezbyt ekskluzywnej, gdzie opuszczony samochód nikomu nie powinien psuć estetyki otoczenia.

Spojrzała na zegarek i nerwowo splotła palce. Do diabła, kiedy oni wreszcie odjadą? Liczyła się każda pozyskana chwila, zanim Adam i Pierce zrozumieją, co się stało.

Jakby w odpowiedzi na swoje bezgłośne błagania usłyszała trzaśnięcie drzwiczek i odgłos odjeżdżających samochodów.

Nareszcie! Z bijącym gwałtownie sercem rzuciła się ku drzwiom. Zatrzymała się dopiero u podnóża schodów na parterze i przez hol przeszła już spokojnym krokiem, aby nie wzbudzać podejrzeń, gdyby przez przypadek ktoś pojawił się w pobliżu.

Weszła do gabinetu, zamknęła drzwi, przekręciła klucz w zamku i oparła się o drzwi, by uspokoić rozdygotane nerwy.

Na ścianie w głębi pokoju wisiał niewielki pejzaż, a za nim mieścił się sejf.

Zbierając całą odwagę, utkwiła wzrok w obrazie. Od czterech miesięcy znajdowała niezliczone preteksty, by znaleźć się w gabinecie właśnie wtedy, gdy Pierce otwierał sejf. Każdy powód był dobry, nawet nagła i domagająca się natychmiastowego zaspokojenia ochota na seks. Byle tylko poznać kombinację. Obserwowała, słuchała, liczyła i modliła się.

Aż nauczyła się całego szyfru. Tak przynajmniej sądziła.

Boże, niech te cyfry okażą się prawidłowe! Nie pozwól mi się pomylić.

Podeszła do obrazu i odchyliła go. Trzęsącymi się i lepkimi od potu dłońmi ustawiła pokrętło na pierwszej cyfrze, potem na następnej i na następnej. Szarpnęła za uchwyt. Drzwiczki nie ustąpiły.

Omal nie krzyknęła rozczarowana. Bez pieniędzy nie zajedzie daleko. Bez odpowiedniej kwoty nie będzie mogła zabrać Grace z tego domu.

Uspokój się, Madeline, i spróbuj jeszcze raz, nakazała sobie.

Tym razem sejf się otworzył.

Oszołomiona strachem i pijana ogromną ulgą, szybko zajrzała do środka, wyjęła czarną staromodną sakiewkę z wyszytym złotym „M” Monarchów i odliczyła pięć tysięcy dolarów. Wystarczy, aby wyjechać i jakoś przetrwać, zanim znajdzie bezpieczne schronienie i pracę.

Wsunęła banknoty do głębokiej kieszeni kardigana, położyła sakiewkę na swoim miejscu i już miała zamknąć drzwiczki, gdy nagle zaintrygował ją czarny aksamitny woreczek.

Niewiele myśląc, otworzyła go, wsunęła dłoń do środka i wyjęła garść iskrzących się brylantów, szafirów i rubinów. Zdumiona, patrzyła na nie z zapartym tchem. Zahipnotyzowało ją ich piękno, ich gorący blask, który zdawał się w tajemniczy sposób rozgrzewać dłoń.

Dlaczego leżą w domowym sejfie? – zastanawiała się, biorąc do ręki szczególnie duży brylant i oglądając go pod światło. O wiele bezpieczniejsze byłyby w sklepie, gdzie było ich miejsce. Nic z tego nie rozumiała, przecież Adam i Pierce byli wytrawnymi ludźmi interesu. Po co przywozili kamienie do domu, skoro tu nie były objęte ubezpieczeniem?

Madeline zmarszczyła czoło. Nie czas na rozwiązywanie zagadek, a poza tym nie jest jej sprawą, co Adam i Pierce robią z firmowym majątkiem. Nie jest i nigdy nie było. Wrzuciła kamienie do woreczka i na powrót włożyła do sejfu.

Weź je…

Ta myśl pojawiła się jakby gdzieś z zewnątrz, a wraz z nią Madeline ogarnęło dojmujące uczucie, że kamienie kiedyś okażą się bardzo potrzebne i jej, i Grace.

Pokręciła głową, walcząc z natrętną myślą i z przemożnym uczuciem. Jest spięta i zdenerwowana, dlatego nie potrafi logicznie myśleć. Jeśli zabierze kamienie, Pierce i Adam tym intensywniej będą jej szukać, a także uzyskają podstawy do oskarżeń.

Zatrzasnęła sejf, upewniła się, że zamknęła go dobrze, odwróciła się i ruszyła ku drzwiom. Na środku pokoju znieruchomiała w pół kroku oślepiona niewyraźnym, ale przyprawiającym o ciarki obrazem.

Zobaczyła śnieg… i krew na błyszczącej posadzce. Blask kamieni i lśnienie lodowej tafli. Ujrzała ciemną toń, która bezpowrotnie wciągała kogoś w głąb.

Zaczęła się trząść.

Weź kamienie. Zrób to teraz!

Z krzykiem przerażenia podbiegła do sejfu, otworzyła go i chwyciła woreczek. Zatrzasnęła drzwiczki, szybko powtórzyła kombinację cyfr, po czym umieściła obraz na swoim miejscu.

Teraz nie miała już odwrotu.

Przyciskając woreczek do piersi, bliska histerii uciekła z gabinetu. Dopiero po chwili się opanowała. Jeśli ma chronić Grace, bezwzględnie musi zachować spokój. Dzisiaj zrobiła pierwszy krok, ale każdy dzień będzie niósł z sobą nowe, równie trudne, a może nawet trudniejsze wyzwania.

Na dole nie spotkała nikogo, bo gospodyni najpewniej pojechała już na zakupy. Madeline poszła na górę do pokoju Grace i podeszła do łóżeczka.

– Maleńka – szepnęła, tarmosząc lekko córkę za ramię. – Kochanie, pora wstawać.

Dziewczynka mruknęła i odwróciła się na drugi bok, przytulając ukochanego misia do piersi. Madeline potrząsnęła nią raz jeszcze.

– Kochanie, dzisiaj wyjeżdżamy. Jedziemy na wycieczkę. Pora się budzić.

Grace ziewnęła i otworzyła oczy, a na jej buzi pojawił się uśmiech.

– Cześć, mamo.

Madeline nigdy nie mogła się dość nacieszyć, kiedy córeczka tak się do niej zwracała, wprost nie mogła się nasłuchać dźwięcznego dziecięcego głosiku i napatrzeć w utkwione w niej oczy Grace, tak jakby mama była najważniejszą i najlepszą osobą na całym wielkim świecie.

Kochała Grace tak bardzo, że ją to przerażało. Modliła się tylko o to, by decyzja, jaką podjęła, okazała się słuszna.

– Musisz się przygotować, maleńka. Tu jest twoje ubranie. – Wskazała na krzesło, gdzie leżały przygotowane ciuszki. Zauważyła, że drży jej dłoń. – Możesz to dla mnie zrobić?

Grace skinęła głową, usiadła, włożyła kciuk do buzi – Pierce nigdy nie był w stanie zaakceptować tego zwyczaju – i spojrzała uważnie na Madeline.

– Mamusia jest zła.

– Wcale nie, kochanie, tylko musimy się spieszyć.

– Dokąd jedziemy?

Madeline zawahała się. Co miała powiedzieć Grace? Że zamierzała jechać przed siebie dopóty, dopóki nie będzie w stanie dłużej utrzymać kierownicy w rękach, byle dalej od Monarchów? Tego małej zdradzić nie mogła.

– Będzie fajnie. Tylko my dwie, ty i ja.

– Bez tatusia?

Madeline pokręciła głową.

– Tatuś musi pracować.

Mała przyjęła wyjaśnienia matki bez słowa sprzeciwu i dalszych pytań. Grace i Pierce nie byli sobie bliscy. Jego wciąż pochłaniały sprawy firmy, a kiedy znalazł już chwilę dla córki, nieustannie ją strofował, bo zbyt głośno się zachowywała, bałaganiła, niepoprawnie wymawiała słowa. Nigdy jej nie pocałował ani nie przytulił, nie okazywał miłości, za to ciągle mówił o zasadach oraz o obowiązkach wobec rodziny i firmy.

– Bez dziadziusia i babuni?

Madeline znowu pokręciła głową.

– Bez.

Grace otoczyła się ramionami.

– Bez Griffena?

– Bez Griffena – ostro odpowiedziała Madeline. – Tylko my dwie. Zobaczysz, będzie fajnie.

– Aha. – Grace z szerokim ziewnięciem wygramoliła się z łóżka. – To ubranko?

– Tak, kochanie. – Madeline podeszła do drzwi, lecz zatrzymała się w progu. – Ubierz się, a ja zaraz wrócę, pomogę ci włożyć skarpetki i buty.

– Dziękuję, mamusiu.

Madeline przykucnęła i wyciągnęła ramiona.

– Należy mi się buziak. – Grace podbiegła do niej i zarzuciła jej rączki na szyję. – Kocham cię, skarbie, najbardziej ze wszystkiego na świecie… i zawsze będę kochała.

– Ja też. Najbardziej ze wszystkiego na świecie.

Madeline ucałowała córeczkę i podniosła się.

– Zaraz wracam. Ubieraj się.

Wyszła na korytarz i nerwowo spojrzała na zegarek. Czas uciekał, a ona powinna jak najszybciej znaleźć się daleko stąd. Kiedy Pierce i Adam zrozumieją, co zrobiła, wykorzystają wszystkie swoje wpływy, pociągną za wszystkie sznurki, żeby tylko ją odnaleźć.

Pobiegła do sypialni, wyciągnęła walizki spod łóżka i do swojej schowała woreczek z kamieniami.

Pierce wie!

Ta zatrważająca i nieoczekiwana myśl przyszła nagle, przyprawiając Madeline o dreszcz zgrozy i napełniając ją złymi przeczuciami. Obejrzała się przez ramię, niemal oczekując, że zobaczy męża, jak z morderczym błyskiem w oczach stoi w drzwiach.

Nikogo nie było.

A jednak przeszyły ją zimne ciarki.

On wie! Chryste, dowiedział się!

Pokręciła głową. Gdyby tak było, jej mąż nie czekałby z założonymi rękami, tylko natychmiast przystąpiłby do działania, a przede wszystkim zrewidowałby walizki.

Musi się opanować, powiedziała sobie. Ze względu na siebie i na Grace. Nie wolno jej tracić zimnej krwi. Gdyby Pierce pojawił się w domu podczas próby jej ucieczki, Bóg jeden wie, co by wówczas z nią zrobił.

Może nawet zabił.

Wzięła głęboki oddech. Za dwadzieścia minut będą już w drodze, pędząc ku nowemu życiu, z dala od tej nieszczęsnej, obarczonej ciężkim brzemieniem i nienormalnej rodziny. Wszystko szło zgodnie z planem.

Zajrzała na dół do holu, żeby się upewnić, czy nikogo nie ma w pobliżu, i szybko wróciła do pokoju dziecinnego. Grace guzdrała się jeszcze w łazience.

– Mamusiu, umyłam porządnie zęby. Każdy ząbek osobno.

Madeline po raz kolejny wzięła głęboki oddech. Denerwowanie się na córkę tylko opóźni wyjazd.

– Grzeczna dziewczynka – powiedziała z wymuszonym spokojem. – A teraz, bardzo cię proszę, chodź ze mną. Musimy się pospieszyć.

Grace podreptała z powrotem do swojego pokoju.

– Dlaczego?

Madeline wzięła z krzesła sweterek Grace.

– Co dlaczego?

– Dlaczego musimy się spieszyć?

– Musimy i już – odpowiedziała Madeline podniesionym głosem. Spokojnie, tylko spokojnie, nakazała sobie z trudem i uśmiechnęła się do córki. – Pomogę ci się ubrać.

Po kilku minutach dziewczynka była gotowa do drogi. Madeline posadziła ją na dywanie obok spakowanej walizki, dała jej ukochanego misia i zaczęła pakować walizkę córki, wrzucając ubrania, zabawki, przybory toaletowe, czyli to wszystko, co najpotrzebniejsze.

Rozległo się pukanie do drzwi. Madeline rzuciła się ku nim z bijącym sercem. Pukanie rozległo się ponownie.

– Pani Monarch? Jadę na rynek, ma pani specjalne życzenia?

A więc gospodyni jeszcze nie wyszła.

Jakby czytając w jej myślach, kobieta dodała:

– Wychodzę później, niż planowałam, bo dzwonił hydraulik. Przyjdzie dzisiaj po południu. Ma pani specjalne życzenia?

Madeline nie mogła wydobyć z siebie głosu. Otworzyła usta.

– Pani Monarch? Wszystko w porządku?

W pytaniu gospodyni zabrzmiały niepokój i troska. Jeśli nie odpowie, myślała spanikowana Madeline, ta kobieta tu wejdzie.

– W porządku, Alice. Nie, niczego nie potrzebuję. Jedź już.

– Dobrze, pani Monarch. Aha, dzwoniła sekretarka pana Monarcha i pytała o niego. Widać zapomniał czegoś i pewnie wraca do domu, bo w firmie jeszcze go nie ma.

Pierce zaraz tu będzie?

Madeline usiłowała oddychać równo i spokojnie. Podziękowała gospodyni oraz przypomniała jej, że po południu idzie z Grace do zoo. Odczekała parę chwil, by upewnić się, że kobieta poszła sobie na dobre, i rzuciła się do działania.

Była bliska paniki. Ile jeszcze ma czasu, zanim Pierce stanie w drzwiach? Przejrzała pobieżnie zawartość walizki Grace. Nic więcej nie zdąży już zapakować i to, co jest, musi wystarczyć. Nie ma już ani chwili czasu!

– Mamusiu, patrz! – pisnęła Grace radośnie.

Madeline odwróciła się i zobaczyła, że córka wysypuje na dywan zawartość woreczka z kamieniami.

– Nie wolno się tym bawić! – krzyknęła, a potem podbiegła do małej i wyrwała jej woreczek tak energicznie, że reszta kamieni rozsypała się po całej podłodze.

Grace przez moment wpatrywała się w matkę, nic nie rozumiejąc, po czym wybuchnęła płaczem.

Madeline niemal nigdy nie podnosiła głosu na córkę.

– Przepraszam cię, skarbie. Tatuś chciał, żebyśmy zabrały te śliczne kamyki na wycieczkę. Tylko widzisz, to są takie specjalne kamyki i nie możemy się nimi bawić. – Przytuliła małą. – Już dobrze, kochanie. Pomóż mi. Pozbieramy je teraz, dobrze?

Ciągle pochlipując, Grace skinęła główką. Razem zebrały kamienie do woreczka i schowały go do walizki. Madeline cały czas w napięciu myślała o upływającym czasie. Zatrzasnęła szybko walizkę, tym razem zamykając ją na kluczyk, potem tę samą operację powtórzyła z mniejszą walizką Grace.

– Chodź, kochanie. Czas ruszać w drogę.

Drzwi pokoju otworzyły się. Madeline zamarła. To nie Pierce wrócił do domu. Stało się znacznie gorzej.

Adamowi wystarczyło jedno spojrzenie, by zrozumieć, co się dzieje. Na jego twarzy odmalowała się wściekłość.

– Wybierasz się dokądś, droga Madeline? W podróż?

Zwilżyła usta.

– To nie tak, jak ci się wydaje. My…

– Jedziemy na wycieczkę – zaszczebiotała radośnie Grace. – Tatuś nie może jechać, bo musi pracować.

– Ty kłamliwa, podstępna suko! – Adam zrobił krok w stronę synowej. – A więc to ci chodziło po głowie! Dlatego byłaś taka milutka, taka dobra i potulna. Chciałaś wykraść moją wnuczkę.

Madeline cofnęła się o krok.

– To moja córka, Adamie. Moja!

– Tatuś dał nam śliczne kamyki na drogę – zaszczebiotała znowu Grace.

Adam spojrzał na małą, ściągnął brwi, potem znowu przeniósł wzrok na synową.

– Nigdzie jej nie weźmiesz.

– Nie zdołasz mnie zatrzymać. – Madeline wyprostowała się i uniosła głowę. – Muszę ją chronić. Próbowałam powiedzieć ci o Griffenie. Usiłowałam przekonać, że…

– Griffen jest jej bratem! – oznajmił Adam z wściekłością. – Moim wnukiem. To Monarch, na litość boską!

– Tak, ale jest niezrównoważony! – zawołała Madeline. – I bardzo niebezpieczny. Powinieneś był to dostrzec. Musisz mi uwierzyć…

– W co mam uwierzyć? W przywidzenia kobiety, której się wydaje, że potrafi poznać przyszłość? Daj spokój!

– Mówiłam ci o tym, co zobaczyłam na własne oczy. Nie wyobraziłam sobie tego. Leżał na Grace, trzymał rękę…

– Zamknij się! – krzyknął purpurowy z wściek- łości Adam. – To ty jesteś nienormalna. To ty potrzebujesz pomocy! – Zaciskając i rozkurczając palce, zbliżył się do niej. – Powiem ci wprost, jedź, dokąd chcesz, ty obłąkana suko, wynoś się stąd, jeśli chcesz, ale nie zabierzesz ze sobą mojej wnuczki.

– Muszę ją chronić. Nie możesz mnie zatrzymać.

– Mogę i zatrzymam. Ona należy do naszej rodziny, należy do Monarchów.

– Ona nie jest rzeczą ani niczyją własnością! – zawołała Madeline, zasłaniając sobą Grace. – Nie jest częścią rodzinnego biznesu! Na Boga, ona jest człowiekiem! Osobą!

Adam pokręcił głową z jakimś fanatycznym, zapiekłym uporem.

– Ona ma dar, Madeline, i dobrze wiesz, że jej nie puszczę. Nie pozwolę ci jej zabrać.

Cofnęła się o krok.

– Bądź rozsądny, Adamie! Skąd możesz wiedzieć, że Grace ma dar? To zaledwie pięcioletnie dziecko. Skąd w tobie ta pewność…

Nagle zdała sobie sprawę, że owa pewność bierze się z szaleństwa. Adam miał obsesję na punkcie rodu Monarchów oraz „daru”, którym miały być obdarzone wszystkie kobiety w rodzinie. Ten człowiek opanowany był chorą myślą, że bez Grace i jej talentu Monarchowie upadną i skończy się czas ich świetności.

Mój Boże, on jest tak samo nienormalny jak Griffen!

Próbowała przejść koło niego, pociągając za sobą Grace, ale Adam chwycił ją za ramię i mocno szarpnął, a jego twarz wykrzywiła się w grymasie wściekłości i nienawiści.

– Nigdzie nie pójdziesz, Madeline.

Wyswobodziła się z jego uścisku.

– Owszem. Mój prawnik skon…

Uderzył ją, mierząc pięścią w policzek. Madeline pociemniało w oczach. Zachwiała się i uderzyła o krawędź komody, zrzucając przy tym lampę.

– Mamusiu!

Adam chwycił Grace i rzucił się do drzwi. Mała zaczęła krzyczeć i kopać.

– Do mamusi! Ja chcę do mamusi!

Madeline z trudem się wyprostowała, głowa pękała jej z bólu.

– Nie zabierzesz mi dziecka! – Dopadła Adama i wpiła paznokcie w jego kark.

Adam jęknął, puścił Grace, odwrócił się i zdzielił Madeline raz jeszcze tak mocno, że upadła na łóżko. Zbliżył się, kiedy usiłowała usiąść.

Wiedziała, że zamierzał ją zabić.

Poderwała się z krzykiem, ale pchnął ją z powrotem na łóżko i przygniótł ciężarem swojego ciała, zaciskając dłonie na jej szyi.

– Ty obłąkana, chora suko! Naprawdę myślałaś, że ci się uda? Sądziłaś, że możesz nam zabrać naszą Grace?

Madeline, próbując się uwolnić, wpiła paznokcie w jego dłonie. Szarpała się, rzucała i kopała, słysząc histeryczne łkania Grace i chrapliwy oddech Adama.

W płucach zaczynało jej brakować powietrza, przed oczami wirowały czerwone płatki. Z góry, z okiennego witrażu, spoglądał na nią anioł o słodkiej twarzy. Anioł stróż, który nie potrafił uchronić jej dziecka.

Madeline odrzuciła ręce i prawą dłonią natrafiła na duży rżnięty wazon, zrobiony ze szkła ołowiowego. Był to prezent od przyjaciela domu, ofiarowany z okazji narodzin małej Grace. Zawsze stały w nim herbaciane róże. Zacisnęła na nim palce, wzięła zamach i trafiła napastnika w skroń. Adam jęknął, ucisk jego dłoni zelżał.

Madeline gwałtownie zaczerpnęła powietrza, po czym uderzyła jeszcze raz. Tym razem usłyszała okropny chrzęst i polała się krew. Grace przeraźliwie krzyknęła.

Adam podniósł się, dotknął dłonią skroni i spojrzał niedowierzająco na Madeline, a potem, jak na filmie odtwarzanym w zwolnionym tempie, z głuchym łomotem przewrócił się do tyłu. Krew obryzgała Grace, która wciąż histerycznie krzyczała.

Madeline podniosła się z wysiłkiem i podeszła do Adama. Leżał zupełnie nieruchomo. Śmiertelnie blada twarz, powiększająca się kałuża krwi wokół głowy. Zabiła go. Wielki Boże, zabiła Adama Monarcha!

Wyciągnęła dłoń, żeby sprawdzić puls, i znieruchomiała. Nagle wszystko stało się jasne. Jej wizje, które dzisiaj nawiedziły ją w gabinecie, a pięć lat wcześniej w tym pokoju.

Krew na błyszczącej posadzce.

Lśniący lód i lodowato zimna woda, tonące ciało.

A więc to jeszcze nie koniec.

Poderwała się z krzykiem. Musi natychmiast uciec stąd, zanim ktoś odkryje, co się stało, zanim zabiorą jej Grace.

Chwyciła małą na ręce, dźwignęła walizki i pobiegła na dół.

Część druga

TRUPA WĘDROWNA

ROZDZIAŁ TRZECI

Lancaster County, Pensylwania, 1983

Krajobraz był tu łagodny, pagórkowaty. Pośród zieleni wzgórz rozciągała się żyzna ziemia uprawna, stały silosy zbożowe i wiatraki, a po polnych drogach jeździły wozy zaprzężone w konie.

Ten malowniczy świat pełen był spokoju i swoistego piękna. Turyści, którzy tłumnie napływali do Lancaster County, z lubością chłonęli tę sielską atmosferę, jakby żywcem przeniesioną z dziewiętnastowiecznej opowieści.

Chance McCord miał siedemnaście lat i doświadczył wszystkich ubiegłowiecznych rozkoszy życia. Niedobrze mu się robiło od tej sielskości. Obawiał się, że jeśli przyjdzie mu spędzić jeszcze jeden dzień w tym świecie poczciwych i surowych farmerów, gdzie wszyscy stawali za jednego, a jeden za wszystkich, to po prostu zwariuje, a jego cholerny mózg ostatecznie odmówi mu posłuszeństwa.

Podszedł do okna ascetycznie umeblowanej sypialni i spojrzał w wieczorne niebo. Chciał nosić dżinsy, słuchać rocka i oglądać telewizję. Pragnął spotykać się z kumplami, z kimś, kto czułby i myślał podobnie jak on. Cholera, cholera, cholera!

Nawet za szkołą było mu tęskno, ale amisze nie posyłają do szkół młodzieży w jego wieku. Kiedy mały amisz kończy szesnaście lat, zaczyna pracować na rodzinnej farmie, w ten sposób wypełniając swoje zobowiązania wobec rodziny i całej wspólnoty. No więc od roku je wypełniał. Boże, jak on nienawidził krów!

Oparł dłonie na parapecie i wdychał łagodne, wieczorne powietrze. Rok wcześniej nie uwierzyłby, że będzie tęsknił za swoją wielką, hałaśliwą szkołą średnią w Los Angeles, gdzie czuł się więźniem. Teraz mógłby nawet siedzieć na lekcji angielskiego i słuchać starego Watersona, jak ględzi o jakimś mało ważnym, nikomu nieznanym poecie, który umarł wiele lat przed naprawdę wielkim wydarzeniem, jakim były narodziny gitary elektrycznej.

Chance dopiero teraz zrozumiał, co naprawdę znaczy być więźniem.

Jeśli stąd szybko nie ucieknie, uschnie, zwiędnie i umrze.

Wcale nie chodziło o to, że ciotka Rebeca, siostra matki, i jej mąż Jacob są złymi ludźmi. Przeciwnie, to ludzie bardzo poczciwi, zbyt poczciwi. Wzięli go pod swój dach, kiedy jego matka umarła, a bogaty ojciec chłopca, jeśli w ogóle Chance mógł go tak nazywać, nie uznał za stosowne, co zresztą robił od samego początku, zaopiekować się synem. Dali mu schronienie w swoim domu, choć przy gromadzie własnych dzieci nie było to dla nich łatwe.

Również nie w tym rzecz, że go nienawidzili, chociaż czasami odnosił takie wrażenie. Po prostu mieli swoją wiarę, przy której niezłomnie trwali, i oczekiwali, że Chance będzie żył tak samo jak oni.

A on nie miał w sobie takiej wiary.

Zaczął chodzić niespokojnie po pokoju jak zwierzę w klatce. Dzisiaj z wujem Jacobem i dziesięcioletnim kuzynkiem Samuelem pojechali bryczką do miasteczka. Tam Chance zobaczył afisz wędrownego lunaparku. Było tam nawet diabelskie koło i wróżka. Wędrowna trupa, która jeździła od miasteczka do miasteczka i dawała jarmarczne pokazy. Chance nie przypuszczał nawet, że coś takiego jeszcze istnieje.

Pomyślał, że to jakaś szansa. Kto wie?

Kiedy wuj załatwiał swoje sprawy, wziął małego Samuela i poszedł tam.

Kiedy wuj ich znalazł, był wściekły, choć nie podniósł głosu. A jednak to, co powiedział, oraz sposób, w jaki patrzył na siostrzeńca, a także to, co zostało niedopowiedziane, do głębi zabolało Chance’a, choć nie dał niczego po sobie poznać.

Potem wuj i ciotka się pokłócili.

Chance podszedł do okna i spojrzał w stronę miasteczka. W oddali widział słaby blask lunaparkowego neonu. Było mu smutno i dziwnie nieswojo. Wniósł w ten dom niezgodę, to przez niego idealne dotąd małżeństwo się sprzeczało, przez niego pojawiło się napięcie między wujostwem i ich dziećmi, wreszcie między całą rodziną a wspólnotą, która nie lubiła obcych.

Bo Chance był i zawsze pozostanie tu obcy.

Oparł czoło o framugę okna i zadumał się o swobodzie, o wędrowaniu od miasteczka do miasteczka, o życiu wolnym od narzuconego kodeksu postępowania, wolnym od ortodoksyjnej, surowej wiary.

Wędrowna trupa była prawdziwą szansą, wyjściem z matni, w jakiej się znalazł.

Serce zaczęło bić mu szybciej. Nie pasował tutaj i nigdy nie będzie pasował. Dobrze znał to uczucie, bo zawsze był obcy, nawet wówczas, kiedy mieszkał razem z matką w Los Angeles i miał wielkie plany i marzenia, które tak bardzo chciał zrealizować.

Jego matka…

Ilekroć o niej myślał, stawał mu przed oczami jej obraz. Widział ładną twarz, miły uśmiech i trochę nieobecne, zapatrzone w przestrzeń spojrzenie. Poczuł bolesny ucisk w piersi, oparł zaciśniętą pięść o chłodną, gładką szybę. Connie McCord pragnęła tylu wspaniałych rzeczy, które za życia były dla niej niedostępne, aż wreszcie jej śmierć przekreśliła nawet prawo do marzenia o tym, co nieosiągalne.

On nie pozwoli, żeby i jego marzenia miały stać się tylko gwiazdami zawieszonymi na wysokim niebie. Chance dokładnie wiedział, czego chce, czego potrzebuje i na co zasługuje. Będzie czerpał z życia pełnymi garściami. Nie skończy tak jak jego matka, zawsze pełna utajonych tęsknot i nosząca w duszy bolesne, niszczące poczucie niespełnienia.

Nie umrze w przekonaniu, że nie spełnił swych pragnień i marzeń.

Odwrócił się gwałtownie od okna. Dzisiaj zrobi pierwszy krok. Odszuka właściwą drogę. Musi ją znaleźć.

Trupa wędrowna? Oto szansa, na którą czekał!

Pora ruszać.

ROZDZIAŁ CZWARTY

Lunapark Marvela, nędzny i ponad wszelką miarę wyeksploatowany, należał do ostatnich w swoim, skazanym na wymarcie, rodzaju. Okres świetności przeżywał czterdzieści lat wcześniej, kiedy nikt jeszcze nie słyszał o wielkich parkach rozrywki.

Ta dziwna krzyżówka cyrku i wesołego miasteczka latem wyruszała na wędrówkę po kraju, zatrzymując się w jednym miejscu najwyżej na tydzień, po czym udawała się w dalszą drogę.

Ponieważ lunaparki nie cieszyły się już taką popularnością jak kiedyś, trupa odwiedzała głównie małe miasteczka, gdzie ludzie nie mieli takich wymagań jak mieszkańcy wielkich miast, przyzwyczajeni do skrzących się od atrakcji parków tematycznych, które powstawały kosztem wielu milionów dolarów.

Wiejską i małomiasteczkową widownię, wyposzczoną przez brak rozrywek i nudzącą się w długie wieczory, mogły jeszcze fascynować osobliwości Marvela. Dzieciarnia z zachwytem przyglądała się połykaczom ognia i zaklinaczom węży, młodzież oblegała strzelnice i rzutnie do celu, dorośli woleli akrobatów i żonglerów, natomiast wszyscy podziwiali wróżkę, tym bardziej że tego lata właścicielowi lunaparku udało się zdobyć prawdziwą znakomitość.

Nie sposób było zaprzeczyć, że Claire Dearborne, znana jako Madame Claire, była prawdziwą artystką w swojej dziedzinie. Żadne tam udawanie, tandetne sztuczki i nabieranie klientów, jak się to często zdarza. Jeśli Abner Marvel miał jakieś wątpliwości w chwili, gdy ją zatrudniał, szybko się one rozwiały. Wystarczyło tylko spojrzeć na cisnącą się do niej publikę, spragnioną wiedzy o własnym losie, niepewnym uśmiechem maskującym nadzieję i niepokój, oczekującą na słowa wróżki.

Marvel potrafił docenić, jakim skarbem jest Madame Claire. Już po kilku dniach przydzielił jej i jej córce oddzielną przyczepę oraz z dwóch do pięciu dolarów podniósł cenę jednego seansu. Oczywiście za dodatkową opłatą można było, jeśli ktoś chciał bardziej szczegółowej przepowiedni, przedłużyć ów seans.

Dwunastoletnia Skye Dearborne uważała, że z takimi zdolnościami jej matka mogłaby zarabiać znacznie więcej niż w tym trzeciorzędnym objazdowym przedsiębiorstwie. Kiedy odważyła się podzielić z nią swoją opinią, usłyszała, że za pieniądze szczęścia się nie kupi i że Claire lubi podróżować.

Co do podróży Skye miała podobne zdanie, ale zupełnie nie rozumiała, o co chodzi z tym szczęściem. Z jej własnych skromnych obserwacji wynikało, że bogaci ludzie są o niebo szczęśliwsi od biedaków.

Skye wyszła z przyczepy i ruszyła w stronę głównej alejki. Już z daleka słyszała muzykę karuzeli i krzyki przerażenia dochodzące z toru kolejki górskiej.

Całe lato miały spędzić wraz z trupą Marvela, natomiast jesienią zamieszkają w jakimś małym miasteczku, gdzie matka znajdzie pracę w barze albo w sklepie, a ona pójdzie do szkoły. Skye skrzywiła się, bowiem nienawidziła budy. Lubiła tylko lekcje rysunków, ale często trafiała albo do małych, albo do źle prowadzonych szkół, w których w ogóle nie było zajęć plastycznych. Wtedy było już zupełnie do niczego.

Jednak, prawdę mówiąc, i tak nie miało to większego znaczenia, bo nigdzie długo nie zagrzały z mamą miejsca. I dobrze! Kiedy już wszyscy zdążyli się przekonać, że Skye jest pyskata i samowolna, przenosiły się gdzie indziej. W ciągu ostatnich dwóch lat zmieniła chyba z dziesięć szkół.

Odkąd sięgała pamięcią, wciąż podróżowały. Mama mówiła, że są niczym nomadzi, którzy poszukują przygód, natomiast Skye z wiekiem zaczynała podejrzewać, że są raczej kryminalistkami lub uciekinierkami. Tak naprawdę nie rozumiała, co je tak nosi po świecie.

Z chmurną miną kopnęła puszkę po coli. Gdyby tylko mama chciała powiedzieć jej prawdę! Ilekroć Skye ją pytała, Claire zaklinała się, że nie ukrywa przed córką żadnych sekretów.

Kłamała. Skye była tego pewna. Czuła, że mama ucieka, jakby ciągle oglądała się przez ramię w obawie przed pogonią. Jakby się czegoś bała.

Skye też zaczynała się bać. Dobrze wiedziała, że ma tylko Claire. Więc gdyby jej zabrakło…

Przeszła pod sznurem oddzielającym część mieszkalną i znalazła się na terenie lunaparku, w głównej, rzęsiście oświetlonej i zatłoczonej alejce. Stały tam namioty artystów, także namiot mamy, budy z grami zręcznościowymi i budki z jedzeniem.

Nawet jak na sobotni wieczór panował tu wyjątkowy tłok, publiczność dopisała i Skye nie miała wiele do roboty. Marvel, co prawda, nie wyznaczył jej żadnego stałego zajęcia – czasami w czymś pomogła, czasami zastąpiła któregoś z chorych członków trupy – ale jeśli było trzeba, występowała w roli naganiaczki przy grach zręcznościowych. Wszystkie opanowała po mistrzowsku i obserwujący ją ludzie nabierali przekonania, że każda z tych gier musi być śmiesznie łatwa, skoro dziewczynka bez problemu wciąż wygrywa. Skye rozejrzała się: przy wszystkich budach cisnęli się ludzie, tylko u Danny’ego, gdzie rzucało się ćwierćdolarówką na pryzmy szkła, było pusto.

Zabawa polegała na tym, że na im wyższej pryzmie wylądowała moneta, tym okazalsza była nagroda, pod warunkiem, że pieniążek nie zsunął się ze szkła.

Skye podeszła do budy. Aby uwiarygodnić swoje wysiłki, dwa razy nie trafiła do celu, dopiero za trzecim razem pewnie rzucona moneta wylądowała na trzeciej, najwyższej półce.

Skye głośno klasnęła w dłonie.

– Wygrałam! – pisnęła na cały głos i okręciła się w stronę ludzi w alejce. – Wygrałam! Nie wierzę!

– Oto twoja nagroda, mała damo – powiedział z powagą Danny, wręczając jej wypchaną papugę. – Poszło ci tak dobrze, że może spróbujesz raz jeszcze?

– Pewnie! – uśmiechnęła się szeroko Skye.

Kiedy uboższa o kilkanaście ćwierćdolarówek odchodziła od budy, miała całe naręcze fantów, a Danny kilkunastu chętnych do gry.

Skye zaniosła fanty do wozu gospodarczego; nigdy nie zatrzymywała wygranych, bo byłoby to nie w porządku. Kiedy stamtąd wyszła, jej uwagę przyciągnęło zamieszanie przy budce z jedzeniem.

Stał tam jakiś chłopak, który jedną ręką trzymał się za brzuch, a w drugiej ściskał ledwie napoczętego hot doga.

– Niedobrze mi – oznajmił głośno. – Ten hot dog jest chyba nieświeży.

Zaciekawiona Skye podeszła bliżej.

Martha, silna siwowłosa kobieta o równie silnej osobowości, zmierzyła chłopca podejrzliwym spojrzeniem.

– Co to znaczy, że ci niedobrze?

– Po prostu niedobrze. Sprzedajecie tu nieświeże mięso. To wbrew przepisom! – Chłopak jeszcze bardziej podniósł głos.

– Bzdury opowiadasz, młodzieńcze! – huknęła Martha. – Bardzo uważamy, żeby wszystko było świeże.

– Niech pani powącha. – Chłopak próbował podsunąć Marcie pod nos inkryminowanego hot doga. – Musi być nieświeże.

Martha odchyliła się z wyraźną odrazą.

– Niczego nie będę wąchać. Jeśli masz jakieś zastrzeżenia, zwrócę ci pieniądze albo dam drugiego hot doga.

– Nie, tylko nie hot doga! Tak łatwo się pani nie wymiga. Chcę rozmawiać z właścicielem, kierownikiem, z kimś takim. To nie w porządku. Służba sanitarna powinna się wami zainteresować. Trujecie tu ludzi – awanturował się już na dobre chłopak.

W kolejce zapanowało poruszenie. Kilka osób zrezygnowało z jedzenia i odeszło, ktoś rzucił coś mało cenzuralnego na temat lunaparków. Skye z namysłem obserwowała chłopaka. Dziwnie wyglądał. W za krótkich dżinsach, z włosami przyciętymi „od donicy”. Na jego koszulce widniała nazwa kapeli, której od roku nikt już nie słuchał. Zamiast adidasów miał na nogach robocze buciory.

Dziwny typ, pomyślała ponownie, na pewno coś kombinuje. Wstawia Marcie kit, to pewne. Zauważyła cień uśmiechu na jego ustach, kiedy się zginał, żeby pokazać, jak mu niedobrze. Skye przechyliła głowę na bok. Po co on to robi? Co chce zyskać?

Widocznie chodzi mu o pieniądze. Założyła ręce na piersi, wyraźnie zdegustowana. Ludzie są w stanie naprawdę wiele zrobić dla pieniędzy.

– Właściciel nazywa się Abner Marvel. Znajdziesz go w tym małym namiocie na końcu alejki. – Martha wskazała ręką. Najwyraźniej miała dość tego przedstawienia i chciała czym prędzej pozbyć się awanturnika. – Jeśli tam go nie będzie, poszukaj w kasie przy głównym wejściu.

Chłopak bez słowa ruszył we wskazanym kierunku.

Skye zmrużyła oczy. Stawiała sobie za punkt honoru, by wiedzieć o wszystkim, co dzieje się w lunaparku. Kto, z kim, kiedy, dlaczego i gdzie. Człowiek ledwie zdążył kichnąć, a Skye już była przy nim, aby sprawdzić, czy to przeziębienie, czy też jakiś pyłek wpadł mu do nosa.

Tę sprawę też postanowiła zgłębić. Jeśli ona miała tu coś do gadania, nikt nie będzie próbował nabierać Marvela.

Zachowując odpowiedni dystans, poszła za chłopakiem. Kiedy już oddalił się od budki Marthy, obejrzał się z uśmiechem, wyrzucił hot doga do kosza, wyprostował się i dziarsko pomaszerował dalej.

Skye gwizdnęła triumfalnie. Wiedziała, że ten cwaniaczek coś knuje.

– Ej, smarkata!

Skye zatrzymała się i spiorunowała wzrokiem Ricka, chłopaka, który prowadził strzelnicę i był wyjątkową kreaturą. Kiedy przyłączyły się z mamą do trupy, Rick i kilku jego kumpli, tyle samo co on wartych, zamknęli ją na noc w gabinecie śmiechu. Wcale się nie wystraszyła, tylko maksymalnie wściekła. Kiedy nocny dozorca wreszcie ją wypuścił, odnalazła Ricka i przyłożyła mu prosto w nos, tak że krew się polała. Nigdy jej tego nie wybaczył, ale też nie próbował już więcej dokuczać.

– Czego chcesz? – zawołała, ujmując się pod boki.

– Muszę wyjść, a zostałem sam. Marvel posłał Benny’ego na karuzelę.

– To idź. Nie mam czasu.

– Jak nie pójdę do klopa, to zleję się w portki. Zastąp mnie na chwilę.

Skye popatrzyła w ślad za tajemniczym chłopakiem, potem na Ricka i zmarszczyła nos.

– Zawsze musisz być taki ordynarny? Znajdź sobie kogoś innego.

– Jak mnie nie zastąpisz, to ci spuszczę taki łomot, że popamiętasz.

– Już się boję! – Uniosła głowę. – Sprytnie się wczoraj wymknąłeś z terenu do tej panienki. Nikt cię nie widział oprócz mnie. Myślisz, że Marvel cię pochwali, jak się dowie, co robisz, zamiast pracować?

Rick zrobił się czerwony jak burak i wcisnął dłonie do tylnych kieszeni dżinsów.

– Mała jędza. Żebyś przepadła na zawsze.

– Bezmózgowiec.

– Jesteś zazdrosna, bo do ciebie żaden facet nie chciałby się wymykać. Pokręcona smarkata, niby dziewczyna, a zachowujesz się jak chłopak.

Skye na moment zatkało z wściekłości. Przycinek Ricka trafił w czuły punkt, ale nie mogła mu pokazać, jak bardzo ją dotknął.

Znowu uniosła głowę. Co ją obchodzi jakiś tam Rick. Niech sobie uważa, że jest brzydka i nikomu nie może się podobać. Niech sobie gada, że jest pokręcona. Głupi cham! Nienawidzi go!

– Ty lepiej uważaj, bo poproszę mamę, żeby rzuciła na ciebie zaklęcie.

Rick najpierw zamilkł i spoważniał, a dopiero po chwili prychnął, niby ubawiony ta pogróżką. Ludzie z tego światka często bywali absurdalnie przesądni i wierzyli w złe uroki, wiedźmy i duchy, a umiejętności mamy Skye napawały ich prawdziwym lękiem. Uważali, że skoro Madame Claire potrafi przewidzieć ich przyszłość, co niejeden raz udowodniła, może ją też odmienić. Na gorsze, oczywiście.

Dlatego na wszelki wypadek trzymali się od Madame Claire z daleka.

Skye uśmiechnęła się szeroko. Przesądny głupek. Zdolności mamy nie na tym przecież polegały! Ale niech sobie tak myślą. Dla niej tak będzie lepiej. Mama nie zamierzała zostać długo w lunaparku, a Skye lubiła od czasu do czasu wbić komuś drzazgę za paznokieć, wyrównując w ten sposób rachunki.

Wiedziała, że straszenie zdolnościami mamy nie przysparza jej popularności w trupie, ale nie przejmowała się tym. Przywykła do tego, że nie była lubiana i nie miała przyjaciół. Tak zresztą jest lepiej. Kiedy opuszczą z mamą lunapark Marvela, nie będzie musiała za nikim tęsknić. No cóż, rozstania potrafią być bardzo smutne.

Mogła nie znosić Ricka, ale obydwoje należeli do jednej trupy i chłopak prosił ją o przysługę. Musiała go zastąpić.

Po raz ostatni zerknęła w stronę, gdzie zniknął tajemniczy chłopak, i z westchnieniem powiedziała:

– Spadaj, ale zaraz wracaj. Mam jeszcze ważną sprawę do załatwienia.

ROZDZIAŁ PIĄTY

Chance obejrzał się za siebie. Kobieta w budce pewnie już o nim zapomniała, dlatego wyrzucił zupełnie świeżego hot doga do kosza.

Musi się udać. Abner Marvel musi dać mu pracę. Chance nie miał planu awaryjnego.

Wytarł wilgotne dłonie w odzyskane dżinsy.

Wydobył je z dna szafy, podobnie jak koszulkę. Przebrał się, spakował, napisał list do wujostwa i pełen nadziei ruszył w drogę.

Wierzył w sukces jeszcze w chwili, gdy wchodził do lunaparku, lecz potem jego nastrój szybko się zmienił. Przez pół godziny krążył między budami i namiotami, wypytując członków trupy, gdzie mógłby znaleźć właściciela. Spoglądali na niego z podejrzliwą niechęcią i niezmiennie odpowiadali: „Pracy nie ma”.

Szybko zrozumiał, że musi użyć podstępu, jeśli chce się dostać przed oblicze szefa. Wiedział, że ludzie najbardziej się boją odpowiedzialności, czego nauczył się od swojego ojca. Drań od chwili urodzenia Chance’a uciekał właśnie przed nią.

I tak zrodził się pomysł z nieświeżym hot dogiem.

Chance energicznym ruchem poprawił torbę na ramieniu i przyspieszył kroku. Za chwilę miał rozpocząć grę o swoją przyszłość.

W zatłoczonej alejce minął grupkę nastolatków. Jakaś dziewczyna zmierzyła go zdziwionym wzrokiem i parsknęła śmiechem. Chance zdawał sobie doskonale sprawę, że wygląda jak skończony głupek. Przez rok urósł i zmężniał, więc stare dżinsy były za krótkie, a koszulka ciasno opinała tors.

Niedługo to się zmieni, obiecał sobie z pasją. Zacznie wędrować po świecie, stanie się kimś ważnym, dziewczyny będą patrzyły na niego z podziwem i piszczały z radości, gdy zaszczyci je spojrzeniem.

Kierując się wskazówkami kobiety z budki, doszedł do końca alejki, gdzie zawahał się, nie wiedząc, do którego namiotu powinien wejść. Na chybił trafił zajrzał do pierwszego. Wewnątrz było pusto i tylko jakiś krępy człowiek zamiatał tu podłogę. Chance znowu się zawahał. Wątpliwe, żeby to był szef, mógł jednak wiedzieć, gdzie szukać właściciela lunaparku.

Chance postąpił kilka kroków i odchrząknął.

– Przepraszam, ja…

– Następny pokaz za godzinę – powiedział mężczyzna, nie podnosząc głowy.

– Nie przyszedłem na pokaz. – Chance podszedł bliżej. – Szukam właściciela.

– Właściciela, powiadasz? – Mężczyzna wreszcie łaskawie spojrzał na Chance’a. Jego twarz wyglądała tak, jakby znalazła się w zasięgu kija baseballowego, który, wzniesiony rozmachem do odbicia piłki, przez przypadek gruntownie rozpłaszczył fizjonomię tego nieszczęśnika.

– Zgadza się. Nie wie pan, gdzie mogę go znaleźć?

Mężczyzna omiótł Chance’a niespiesznym, lustrującym spojrzeniem. Był zbudowany jak goryl i miał taką minę, jakby zastanawiał się, czy warto przyłożyć intruzowi.

– Już go znalazłeś – oznajmił.

– Pan jest Abnerem Marvelem?

Mężczyzna wykrzywił usta, słysząc wyraźne niedowierzanie w głosie Chance’a.

– We własnej osobie. A tyś co za jeden?

– Nazywam się Chance McCord. – Chance wyciągnął dłoń, ale mężczyzna zamiatał dalej, jakby nie zauważył gestu chłopca.

– Co mogę dla ciebie zrobić, Chance McCord?

– Szukam pracy.

– Tyle zdążyłem się domyślić. Jakiej pracy?

– Jakiejkolwiek.

– Tego też się domyśliłem. – Mężczyzna raz jeszcze zmierzył chłopaka spojrzeniem, tym razem pełnym powątpiewania. – Skończyłeś osiemnaście lat?

– W zeszłym miesiącu – skłamał Chance, bo stać się to miało dopiero w październiku.

– No popatrz, a ja myślałem, że jesteś młodszy!

Chance wyprostował się i uniósł brodę.

– Jestem dorosły. I nie boję się żadnej pracy.

– Rodzice wiedzą, że tu przyszedłeś? Orientują się, że chcesz uciec z domu i przyłączyć do mojej trupy?

– Nie mam rodziców. Mieszkałem dotąd tylko z ciotką.

Mężczyzna odchrząknął, splunął i ponownie spojrzał na Chance’a.

– Ona wie?

– Nie musi. Mam osiemnaście lat.

– To ty tak mówisz. – Pan Marvel pokręcił głową. – Dlaczego chcesz pracować akurat u mnie? I skąd wiesz, czy sobie poradzisz? To ciężka robota. Trzeba znać się na rzeczy.

– Dam sobie radę.

– Jesteś amiszem?

– Moja ciotka owszem, ja nie.

– Rozumiem, że nie masz żadnego doświadczenia w takiej pracy jak ta tutaj?

– Nie, proszę pana.

Mężczyzna ponownie pokręcił głową.

– Posłuchaj, mały. Całe życie jeżdżę po świecie i napatrzyłem się w drodze na różne gówna. Od wieków jestem w tym interesie. Mój stary jeździł z lunaparkiem, przed nim robił to jego stary. Mam to we krwi. Inaczej – dodał i pstryknął palcami – już by mnie tu nie było. – Spojrzał Chance’owi w oczy. – Jest mnóstwo innych rzeczy, które może robić taki chłopak jak ty. Znajdź sobie coś innego. Wracaj do domu, na swoją farmę. Nie potrzeba mi nikogo.

– Ale ja potrzebuję pracy. – Chance zrobił krok w stronę mężczyzny. – Muszę mieć pracę. Będę ciężko pracował.

– Wszyscy w mojej trupie ciężko pracują. Wybacz, mały. Może w przyszłym roku.

Marvel odwrócił się i odszedł. Chance ruszył za nim. Nie mógł uwierzyć, że tak po prostu został odprawiony z niczym.

Wracaj na farmę, mały. Wracaj do piekła.

– Niech pan zaczeka! – zawołał za mężczyzną. – Mogę robić cokolwiek. Wezmę najgorszą robotę, jaką pan ma. Niech mi pan da szansę.

Brzydka twarz Abnera Marvela jakby złagodniała. Pokręcił głową.

– Nie mam nic dla ciebie, chłopcze. Żadnej pracy. Wybacz.

– Ale… może ktoś dzisiaj wieczorem zrezygnuje. – Chance chwytał się resztki nadziei. – Może będzie musiał pan kogoś wyrzucić. Przyda się panu dodatkowa para rąk. Na wszelki wypadek.

– Nie stać mnie, żeby trzymać ludzi „na wszelki wypadek”. – Przez twarz Abnera przemknął cień sympatii, lecz zaraz potem pojawiło się na niej zniecierpliwienie. – Nikt nie odchodzi w samym środku sezonu, bo musiałby mieć źle w głowie. Jedziemy tutaj przez cały kraj aż z Florydy, i każdy chce dotrzeć z trupą z powrotem do domu, na Florydę. A jakbym miał zamiar kogo wyrzucać, to byłaby kara albo za picie, albo za bijatykę, albo za to, że trafił za kratki, a żaden z moich chłopaków nie jest taki głupi. Nie będą ryzykować. Jasno się wyrażam?

Wskazał kciukiem wyjście z namiotu.

– Zabieraj się stąd. Mam robotę.

Tym razem Chance nie poszedł za Marvelem. Było oczywiste, że nie dostanie roboty.

Chyba żeby zdarzył się cud…

Chance zmrużył oczy. Musi być jakiś sposób. Nie zamierzał, tak jak matka, trawić życia na marzeniach, które nigdy nie miały się spełnić. Nie myślał czekać bezczynnie na okazje, które mogły przyjść albo nigdy się nie zdarzyć.

Czasami nadchodzi taki moment, że trzeba samemu dokonać cudu, stworzyć sobie szansę.

Jego matka tego nie rozumiała. On tak.

Chance odwrócił się i wyszedł z powrotem na główną alejkę. Czuł upływające szybko minuty. Lunapark następnego ranka ruszał w drogę, więc pozostawał mu tylko dzisiejszy wieczór.

Ze strzelnicy dobiegły go odgłosy głośnej sprzeczki. Dwóch obsługujących ją chłopaków kłóciło się o jakąś dziewczynę.

– Widzisz, palancie? – Brzydszy z chłopaków wyciągnął z kieszeni plastikową torebkę i potrząsnął nią przed nosem drugiego. – Jak Marlene to zobaczy, będziesz miał przerąbane. Zapomni o tobie.

– Akurat ci się uda! – prychnął drugi. – Wystarczy tego raptem na jednego skręta.

Kilka osób podeszło do strzelnicy i pierwszy chłopak schował torebkę pod kasą, po czym obaj zajęli się graczami, wymieniając nadal kuksańce i obelgi.

Chance spod oka obserwował ich przez kilka minut. Był pewien, że pili. Byli agresywni, nie zwracali uwagi na to, że ludzie ich słuchają i patrzą na nich. Jeśli torebka z marihuaną zniknęłaby, jej właściciel zacznie oskarżać kolegę i bójka gotowa.

Nie może tylko pozwolić, żeby go nakryli, bo wtedy marny jego los. Gdyby mu się udało…

To być może jego jedyna szansa. Musi ją wykorzystać.

Przyglądał się chłopcom i czekał, aż wreszcie okazja nadarzyła się sama, pojawiła się bowiem Marlene, owa dziewczyna, o którą wybuchła sprzeczka. Poza tym, że wyróżniała się szczególnie obfitym biustem, Chance osobiście nie widział w niej nic szczególnego.

Chłopcy ze strzelnicy zupełnie stracili głowę, na wyścigi starając się zwrócić na siebie uwagę obiektu raczej niezbyt wyrafinowanych pragnień. Chance błyskawicznie przechylił się przez ladę, chwycił leżącą koło kasy torebkę, wsunął ją do kieszeni na piersi i szybko odszedł.

Ale nie za daleko, bowiem chciał być w pobliżu, kiedy wybuchnie awantura.

Nie musiał długo czekać. Kiedy Marlene zniknęła, chłopcy zaczęli dociekać, którego z nich woli. W chwilę później Chance usłyszał pełen wściekłości krzyk i wiązankę przekleństw.

– Ty cholerny gnojku! Gdzie to jest?

– Gdzie co jest?

– Moja torebka, dupku! – Właściciel zaginionego skręta uniósł zaciśnięte dłonie. – Oddaj natychmiast.

– Nie mam twojego towaru. Ja nie muszę się podkręcać. – Chłopak uśmiechnął się i odwrócił. – Palant!

Poszkodowany kolega rzucił się na niego z wściekłym krzykiem.

– Oddawaj albo ci przypieprzę!

– Odczep się, sukinsynu! – Chłopak uwolnił się od napastnika i przyłożył mu pięścią. Właściciel skręta zachwiał się, odzyskał równowagę i zaatakował niczym rozjuszony byk, trafiając kolegę w żebra. Obydwaj uderzyli w ścianę strzelnicy, która rozstąpiła się i walczący wytoczyli się na zewnątrz. Jakaś kobieta krzyknęła, rozpłakało się dziecko. Rozjuszeni i nieprzytomni z wściekłości przeciwnicy tarzali się po ziemi, obrzucali przekleństwami i okładali się pięściami.

– Dość!

Zza strzelnicy wybiegł Abner Marvel z kijem baseballowym w dłoni. Towarzyszyło mu dwóch potężnych mężczyzn, uzbrojonych podobnie jak on. Chance cofnął się kilka kroków.

– Wstawać!

Chłopcy natychmiast zaprzestali walki i podnieśli się z ziemi. Jeden miał rozkwaszony nos, drugi podbite oko. Obydwaj kulili się, jakby w obawie, że Abner zaraz zrobi użytek z kija.

Widocznie nauczył się od ojca tego sposobu zaprowadzania porządku w trupie.

– On mnie okradł! – Właściciel skręta wskazał oskarżycielskim gestem kolegę. – Specjalnie to zrobił, żeby…

– Nic mu nie zabrałem! Jest zazdrosny, że Marlene woli mnie i…

– Milczeć! – zagrzmiał Abner Marvel z twarzą purpurową z wściekłości. – Pakujcie swoje rzeczy i żebym was tu więcej nie widział! Już tu nie pracujecie!

Chłopcy w pierwszej chwili zdębieli, po czym uderzyli w lament, żeby szef ich nie wyrzucał, ale Abner pozostał nieugięty.

– Już tu nie pracujecie! – powtórzył tym razem spokojnym głosem. – Znacie zasady, wiecie, że nie toleruję burd w trupie. A teraz znikajcie, zanim użyję tego. – Uderzył kijem w otwartą dłoń. – Zabierajcie swoje rzeczy i precz stąd.

Chance nie czekał nawet, aż chłopcy odejdą.

– Chwileczkę, panie Marvel! – zawołał, biegnąc za właścicielem lunaparku.

Marvel zatrzymał się i odwrócił.

– Słyszałem wszystko – rzucił szybko Chance, spoglądając niespokojnie na kij baseballowy. – Może teraz będzie pan potrzebował… To znaczy… Chyba zwolniło się miejsce.