Obserwatorka - Alicja Sinicka - ebook + audiobook
NOWOŚĆ

Obserwatorka ebook i audiobook

Alicja Sinicka

3,9

156 osób interesuje się tą książką

Opis

Nowa powieść domestic-noir autorki bestsellerowej „Stażystki”

Lepiej zasłaniaj okna po zmroku. Nawet jeśli nie masz nic do ukrycia.

Iza i Arek kiedyś byli przyjaciółmi. Wychowali się na tym samym oławskim osiedlu. Ona w ubóstwie, on w pięknym domu z dużymi oknami. Zawsze ją fascynował, ale miała wrażenie, że są z innych światów, które do siebie nie pasują.

Po latach spotykają się na izbie przyjęć szpitala w Oławie. Doktor Arkadiusz Milski z trudem rozpoznaje w pobitej dziewczynie dawną znajomą. Ich relacja odżywa i budzi namiętne uczucia. Arek czuje, że to właśnie z Izą może ułożyć sobie życie po tragicznej śmierci swojej partnerki.

Ktoś chce pokrzyżować ich plany. Iza dostaje na Facebooku dziwne wiadomości. Pod drzwiami znajduje róże. Czuje, że jest obserwowana, i zaczyna mieć pewność, że śmierć byłej dziewczyny Arka wcale nie była nieszczęśliwym wypadkiem.

Czy jej też grozi niebezpieczeństwo?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 352

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 9 godz. 14 min

Lektor: Alicja Sinicka

Popularność




Bała się wysokości, ale znacznie bardziej obawiała się nigdy nie wzlecieć w górę

– Atticus, Miała dzikie serce

Rozdział 1

Drewniane schody prowadzące do mojego mieszkania są strome i skrzypiące. Wspinam się po nich od dwudziestu czterech lat – od chwili, gdy na świat przyszła moja młodsza siostra i matka nie miała już siły, żeby wnosić nas obie na drugie piętro. Pamiętam z dzieciństwa to „Idźże, Izka, bo zaraz cię trzepnę!” powtarzane przez zasapaną matkę trzymającą na rękach swoją drugą córkę.

Zatem szłam, pokonując krótkimi nóżkami wielkie stopnie, wciągając w siebie zapach wilgoci unoszący się na klatce schodowej. Dziś też go czuję. Nigdy nie zdołałam się na niego znieczulić. Chyba jestem wyjątkiem. Żaden inny mieszkaniec naszego starego bloku nie uskarża się na ten odór. Za każdym razem, gdy pytam siostry, czy jej też przeszkadza ten smród, ona patrzy na mnie, marszcząc cienkie jak nitki brwi, i odpowiada:

– Jaki smród? Może to ty śmierdzisz?

Ja na pewno nie śmierdzę. Od zawsze dbam o to, by ten drażniący nozdrza zapach nie przeniknął do moich ubrań, włosów, skóry, choć jest to trudne. Nie da się tak łatwo uchronić przed spleśniałym powietrzem, które przeszywa wszystko, co znajduje się w naszym domu. Trzymam ciuchy zamknięte w nowej białej szafie, którą kupiłam sobie na raty w Ikei. Na najwyższej półce kładę odświeżacz powietrza. Jaśmin, lawenda, róża – to moje trzy ulubione zapachy.

Codziennie rano, tuż przed wyjściem z domu, biorę krótki prysznic w łazience, którą mamy w mieszkaniu od sześciu lat. (Wcześniej musiałam korzystać ze wspólnej na korytarzu). Myję włosy intensywnie pachnącym szamponem, a suszę je na samym końcu, już po zrobieniu makijażu. Wychodzę z łazienki szybkim krokiem, po drodze wyciągam z szafy torebkę i neseser z laptopem. Zamykam za sobą drzwi i opuszczam ten dom, zmieniając się w kogoś zupełnie innego. Od dwóch lat pracuję jako młodsza specjalistka do spraw księgowości w jednym z wrocławskich centrów finansowych.

Wędrując na przystanek, zawsze mijam dom Arka – mojego dawnego przyjaciela, z którym już nie mam kontaktu. Kiedyś spędzaliśmy razem każdą wolną chwilę, dziś nie mówimy sobie nawet „cześć”.

Jego dom jest nowoczesny. Lewą stronę zdobią czarne panele otaczające wielkie, zawsze odsłonięte okna, przez które widać codzienne życie. Gdy przechodzę obok co rano, Arek zazwyczaj pije kawę w lśniącym czystością salonie i czyta coś na komórce, wodząc dłońmi po jasnych, gęstych włosach pozostawionych w uroczym nieładzie. Pewnie przegląda strony portali informacyjnych. Zawsze był spragniony wiedzy o świecie. Czasem z filiżanką w dłoni opiera się o wąski kominek, mówi coś do rudo-białego amstaffa i głaszcze go, a pies merda ogonem.

Zaraz po studiach wyjechał do Szwecji na staż. Spędził tam kilka lat i wrócił prosto do tego pięknego domu, którego budowę rozpoczął, będąc jeszcze za granicą. Może w Skandynawii wszyscy się tak odsłaniają i na nikim nie robi to wrażenia?

Mijam kolejne budynki z dużymi przeszkleniami, ozdobione drewnem lub stalą. Żaden z nich jednak nie jest tak bardzo przezroczysty jak dom Arkadiusza. Na każdym większym oknie wiszą rolety szczelnie zamykane po zmroku. Tylko życie Arka wystawione jest na pokaz. Jakby nie miał nic do ukrycia.

Masuję się po łokciach i zaciskam dłoń na długim pasku odbijającej się od mojego uda torebki. Czuję się na naszym osiedlu jak wyrzutek. Gdy byłam mała, matka powiedziała mi, że kiedyś nie było tu nic oprócz naszego domu i maków porastających wielkie pole. Jakiś bogacz sprawujący władzę w mieście wymarzył sobie jednak stworzenie tu nowoczesnego osiedla dla ludzi z wyższych sfer, więc z czasem wokół zaczęły wyrastać luksusowe budynki, a żwirową drogę zastąpił asfalt wybrzuszony co kilkadziesiąt metrów progiem zwalniającym.

Tylko nasz dom, znajdujący się na samym początku tej ulicy, starzał się z roku na rok, coraz bardziej odstając wyglądem od otoczenia. Dziś jego bladoróżowy, obdrapany tynk i szary blaszany dach „szpecą ulicę Migdałową”. Dokładnie takich słów użyli zamożni mieszkańcy okolicy w podaniu do władz miasta o wyburzenie naszego bloku i wysiedlenie lokatorów.

Oczywiście zostało ono odrzucone. Nikt nie ma prawa nas stąd wyrzucać. Wujek sąsiadki pracuje w urzędzie miasta. Przekazał jej, co tam jeszcze napisali. Ponoć „boją się o swoje dzieci”, bo pijani mieszkańcy naszego bloku snują się nocami po osiedlu. Są głośni, czasem agresywni. Na parterze mieszkają dwaj bracia, którzy faktycznie robią dużo zamieszania po zmroku: krzyczą, wywołują bójki. Sama trochę się boję wracać nocą do domu, gdy widzę któregoś z nich pod drewnianymi drzwiami wejściowymi, chwiejącego się, z butelką spirytusu w dłoni. To jeszcze jednak nie powód, żeby wszyscy lokatorzy cierpieli.

Gdy byłam mała, Arek często przychodził na nasze podwórko. Jego rodzinny dom powstał jako jeden z pierwszych nowoczesnych budynków, naprzeciwko naszego bloku. Nie było tu wtedy zbyt wiele dzieci, więc szybko się zakolegowaliśmy. Choć był trzy lata starszy, bez trudu nawiązaliśmy kontakt. Początkowo nie dostrzegałam między nami różnicy. Co prawda zawsze nosił firmowe buty i porządne dresy, a jego mama jeździła białym mercedesem, ja zaś chodziłam w rzeczach z lumpeksu, w najtańszych tenisówkach kupionych w chińskim sklepie, a moja matka straciła prawo jazdy za prowadzenie pod wpływem alkoholu. To jednak nie miało znaczenia. Rozumieliśmy się. Zawiązywała się między nami nić porozumienia, jakieś przymierze, które wydawało się niezniszczalne, gdy biegaliśmy po okolicznych budowach, bawiąc się w podchody, albo gdy graliśmy w Super Mario na jego komputerze w wielkim chabrowym pokoju zbliżonym rozmiarem do powierzchni całego mojego mieszkania.

Z czasem jednak coś się zmieniło. Arek odwiedzał nas coraz rzadziej. Na osiemnastkę dostał od matki nowe audi. Od czasu do czasu przywoził nim do swojej rodzinnej willi piękne, długonogie brunetki. Wkrótce zapomniał o mnie – ubogiej dziewczynie z sąsiedztwa. Nie dorastałam tym ślicznotkom do pięt. Miałam pryszcze na policzkach, oklapnięte włosy, kilka nadprogramowych kilogramów.

Dziś wyglądam zupełnie inaczej, ale on tego nie widzi. Odnoszę nawet wrażenie, że celowo przyspiesza swoim czarnym jeepem, gdy mija mnie stojącą na przystanku, jakby chciał uciec od przeszłości. Od tego, co się wydarzyło między nami, kiedy nasza przyjaźń przerodziła się w coś głębszego. A może już o tym nie pamięta. Popija kawę w swoim ekskluzywnym domu trzysta metrów dalej, a jego matka wciąż mieszka naprzeciwko mnie. Czasem odpowie na moje „dzień dobry”.

Gdy mijam wysoki biały dom z czarnym kopertowym dachem, czuję na plecach ciarki. Odchrząkuję, biorę kilka głębszych wdechów, nie mogę jednak przestać wpatrywać się w duże, ciemne witryny na parterze. Biały szyld z różowymi literami wciąż wisi na szarym panelowym ogrodzeniu, choć salon kosmetyczny Justin od dawna jest zamknięty. Wszyscy mieszkańcy naszego osiedla wiedzą, że już nigdy nie będzie otwarty. Ktoś powinien zdjąć tę tablicę, która przez długi czas była przepasana żółtą policyjną taśmą, podobnie jak całe ogrodzenie i szeroka brama wjazdowa. Tylko kto? A może wciąż trwa dochodzenie i nikt nie ma prawa ruszać tu niczego?

Nad lokalem jest mieszkanie, do którego prowadzą strome marmurowe schody. To z nich rok temu spadła właścicielka tego domu i salonu kosmetycznego. Urodziwa Justyna Wójcik zginęła na miejscu. Miała zaledwie dwadzieścia sześć lat, była moją rówieśniczką. Rozbiła głowę o duży, ostry kamień przy ścieżce. Ponoć cały był zalany krwią. Nie wątpię. Na jasnej kostce brukowej wciąż widać kilka wyblakłych brązowych plam, kojarzących mi się ze starą mapą przedstawiającą nieodkryte oceaniczne wyspy. Tak, za każdym razem, gdy tędy przechodzę, wpatruję się w ten krwisty archipelag. Znowu się wzdrygam.

Szybko przechodzę przez skrzyżowanie, nie przestaję jednak myśleć o właścicielce domu przy Migdałowej 1. O jej wielkich czekoladowych oczach obserwujących ufnie świat. O wgłębieniach w policzkach i idealnie prostych, ciemnych włosach kończących się dopiero nad pośladkami. Rzadko je wiązała. Płynęły po jej zgrabnym ciele czarnymi potokami, latem kontrastując z jasną skórą, zimą rozwarstwiając się na futrzanych kapturach kusych kurtek.

Niedawno widziałam jej matkę. Zmiatała ze schodów suche, zwinięte liście. Miała zaciśnięte szczęki i oczy czarne jak dwa węgle. Pomyślałam, że w środku jest martwa. Że umarła w dniu, w którym się dowiedziała, że jej ukochana córka straciła życie w tragicznym wypadku.

Wszyscy w moim bloku mówią, że to był wypadek. Nikt nie chce dopuścić do siebie innej możliwości. Bezpieczniej jest tak myśleć. Opcja, że ktoś przyczynił się do jej upadku, jest przerażająca. O morderstwach najlepiej czyta się w internecie. Świadomość, że coś takiego mogłoby się stać w naszej okolicy, jest nie do zniesienia. Czasem się zastanawiam, co o tej sprawie sądzą pozostali mieszkańcy Migdałowej – ci wszyscy wygodni właściciele wytwornych domów. Na pewno znali Justynę lepiej niż ja. Ulica dzieli się na bogatych i biednych: biedni są stłoczeni w moim bloku, bogaci to cała reszta. Trzy razy większa grupa niż nasza.

Gdy przechodzę obok domu sąsiadki Justyny, słyszę, jak rozmawia z koleżanką o tym tragicznym wydarzeniu. Wsiadają właśnie do srebrnego vana. Tęga kobieta kręci z dezaprobatą głową i mruży oczy. Mówi:

– Myślę, że Justyna za bardzo się odsłaniała. Krótkie spódniczki nawet zimą.

– Coś sugerujesz? – odpowiada jej piękna blondynka w koku.

– To się mogło komuś nie spodobać albo… – Macha ręką. – …spodobać aż nadto.

Poprawiam swoje kwieciste szorty ledwie przykrywające uda, przejeżdżam dłonią po grubych rajstopach i przyspieszam kroku. Mam irracjonalne wrażenie, że te zadbane kobiety celowo rozpoczęły taki temat, gdy przechodziłam obok nich. Chciały mi dopiec. Mam czarne włosy, też lubię chodzić w ubraniach podkreślających figurę. Czuję na plecach ich spojrzenia, oblepiają mnie jak zimny pot. Robi mi się gorąco, duszno. Może to od szybkiego marszu. Przecież nie powinnam się przejmować tymi komentarzami. Niemożliwe, żebym sprowokowała je do takiej rozmowy. To tylko zbieg okoliczności.

Dziś czeka mnie intensywny dzień. Muszę się skupić, żeby stawić czoła wszystkim czekającym mnie wyzwaniom.

Rozdział 2

Dzień dobiega końca, a ja nie mogę poruszyć górną wargą. Na razie nie boli, tylko puchnie, ale tracę nad nią kontrolę. Czuję się, jakby użądliła mnie w nią pszczoła. Prawa dolna powieka wydaje się coraz większa, nachodzi mi na oko, nie widzę przez to wyraźnie. Niedługo całkowicie przysłoni mi widok i zostanie tylko lewe oko, które jawi mi się teraz jako jedyny kontakt ze światem. Patrzę nim na wąską asfaltową ścieżkę przecinającą wypłowiały trawnik. Pada na nią światło latarni stojącej przed szpitalem.

Idę, stukając obcasami kozaków. Buty, które tak lubiłam, teraz mi ciążą, przeszkadzają. Chciałabym, żeby ktoś powiedział, że wszystko będzie dobrze, że nic mi już nie grozi. Pragnę uciec przed ciemnością nocy, mam wrażenie, że zaraz znowu ktoś mnie zaatakuje. Z lewego oka lecą mi łzy, z prawego przez opuchliznę nie są w stanie wypłynąć. Rozmazują tylko widok, przez wąską szparę nie dostrzegam już nic. Niech ta opuchlizna się zatrzyma. Niech już nie rośnie. Boję się, że pochłonie mnie całą.

Wciągam powietrze nosem, gdy wchodzę przez przeszklone drzwi na Szpitalny Oddział Ratunkowy w Oławie. W poczekalni siedzi staruszek z wenflonem w ręce. Za ladą rejestracji drobna brunetka w okularach stuka coś na klawiaturze.

Podchodzę i opieram się całym ciałem o chłodny, śliski blat, oddycham głośno.

Kobieta rzuca mi znad okularów zniecierpliwione spojrzenie, układając wargi do wypowiedzenia karcących słów w stylu „Niech poczeka, nie widzi, że jestem zajęta?”. Gdy jednak omiata wzrokiem moją twarz, coś w jej spojrzeniu się zmienia. Przełyka ślinę, zniecierpliwienie ustępuje miejsca wzbierającemu współczuciu, może lękowi.

– Upadłam – szepczę, a raczej mamroczę.

Nie sądzę, żeby zrozumiała. Ona jednak kiwa głową.

Bez słowa wstaje, przejeżdża dłońmi po białym kitlu i znika za wąskimi drzwiami. Patrzę na nie, a raczej na srebrną klamkę, która wciąż jest ugięta. Kobieta musi stać po drugiej stronie i trzymać na niej dłoń, jakby chciała kogoś dyskretnie o czymś poinformować i jednocześnie pozostać tutaj.

Wraca. Słyszę jakiś damski głos dobiegający z tamtego pomieszczenia:

– Spisz, Elu, formularz z panią.

Kobieta przewraca oczami i znowu znika za drzwiami. Tym razem ich nie zamyka. Słyszę jej odpowiedź:

– Pani nie jest w stanie mówić.

Warga zaczyna mnie boleć, chyba przestaje puchnąć. Zamienia się w odważnik, który ciągnie moją twarz w dół. Wydaję z siebie ciche westchnienie.

Kobieta wraca i podaje mi jakiś dokument. Z trudem wypełniam go otrzymanym długopisem, który co chwilę przerywa. Później kobieta chowa się z papierami w pomieszczeniu za rejestracją.

– Niechże pani usiądzie, na litość boską – słyszę głos staruszka.

Wciąż stoję przy ladzie. Powoli odwracam się do niej plecami i zerkam na niego, kręcąc nieporadnie głową.

– Co za skurwiel tak cię urządził – warczy przez żółte zęby, a z jego ust tryska ślina.

Wtem otwierają się inne drzwi, tuż obok krzesła, na którym siedzi staruszek. Zza framugi wygląda młody mężczyzna w modnie wygolonej fryzurze i pomarańczowym uniformie z napisem „Ratownik medyczny”.

– Poproszę panią – mówi poważnie, nie spuszczając wzroku z mojej twarzy.

On jednak nie wygląda na zmartwionego jak kobieta z rejestracji. W jego spojrzeniu czai się ocena obrażeń. Patrzy na moje prawe oko, potem na wargę.

Otwiera szerzej drzwi, wpuszczając do skąpanej w półmroku poczekalni ostre światło jarzeniówek. Podchodzę do niego powoli. Cała jestem obolała, choć tak naprawdę ucierpiała przecież tylko moja twarz. Ratownik prowadzi mnie do wyłożonej błyszczącymi niebieskimi kaflami sali, a raczej salki, chyba jednej z kilku. Pomieszczenie obok zajmuje jakieś dziecko wzbraniające się przed pobraniem krwi. Krzyczy głośno przekleństwa, a matka stara się je uspokoić. Jego pisk wwierca mi się w głowę.

Wydaję z siebie cichy jęk, gdy mężczyzna pomaga mi usadowić się na białej kozetce. Chcę, żeby dał mi coś przeciwbólowego, ale słowo „przeciwbólowy” jest niemożliwe do wypowiedzenia, gdy ma się unieruchomioną górną wargę. Ratownik gwałtownie podnosi dłoń tuż przed moją twarzą, sięgając do wieszaka na kroplówkę. Osłaniam się przed nim odruchowo. Z prawego oka lecą kolejne łzy, nie mogę złapać tchu. Warga zaczyna boleć jeszcze bardziej.

– Spokojnie, przepraszam. – Marszczy brwi i kręci głową jakby do siebie. – Zaraz przyjdzie lekarz.

Gdzieś dzwoni. Opisuje przez telefon mój stan, potem wbija mi wenflon nad dłonią i prosi, żebym się położyła na boku. Wychodzi.

Zamykam oczy, nie jestem jeszcze w stanie wrócić myślami do tych okropnych wydarzeń. Nie chcę tego teraz wspominać. Powtarzam sobie tylko w duchu, że jestem już bezpieczna. Nic mi nie grozi. Przeżyłam – to najważniejsze.

Po paru minutach robi mi się lżej. Słyszę nad sobą rozmowę kobiet przeplataną głosem ratownika, który się mną zajmuje. Jakaś starsza pani mówi, że zrobiła mu herbatę, żeby się napił.

– O, jest i pan doktor – kontynuuje starsza pani. – Tu mamy tę dziewczynę, o której Marcin mówił.

Słyszę powolne kroki. Po chwili milkną. Czuję na sobie czyjś wzrok, słyszę czyjś oddech. Powoli otwieram oczy i zastygam w bezruchu. To, co widzę, mrozi mnie, onieśmiela i uspokaja zarazem. Nie wiem, co mam zrobić: poruszyć ciałem, coś znowu wymamrotać?

Z każdą chwilą zatracam się w tym ciepłym spojrzeniu. Choć to, przez co dziś przeszłam, było najgorszym doświadczeniem w moim życiu, teraz czuję się tak, jakbym schowała się przed całym światem w puszystej, miękkiej pościeli. Jednocześnie rośnie we mnie nowy lęk – przed nim, przed tym, co zaraz się stanie. Ciekawość i niepokój powodują ból ogarniający moje ciało i duszę.

Moja matka pracuje w szpitalu jako salowa. Mówiła, że on jest teraz lekarzem, dokładnie rezydentem na chirurgii. Wspominam jej słowa, gdy patrzę w jego mądre, błękitne oczy. Zawsze chciał zostać chirurgiem jak jego ojciec. Dobrze jest go widzieć tu i teraz, gdy tak bardzo potrzebuję kogoś bliskiego.

– Arek? – odzywam się i wychodzi mi to całkiem wyraźnie, może poza ostatnią literą, która jest bezdźwięczna.

Pochyla się w moim kierunku, marszczy czoło. Chyba mnie nie poznaje. Nie widzieliśmy się tyle lat, zresztą teraz pewnie wyglądam strasznie.

– Iza? – mówi z jakąś rezygnacją w głosie. – Co się stało?

– Panie doktorze, bierzemy panią na oddział? – pyta starsza kobieta z krótkimi włosami.

Kręcę przecząco głową, patrząc na niego błagalnie. Nie mogę zostać w szpitalu. Przechyla głowę, chyba chce mi coś powiedzieć, ale wtedy ratownik podaje mu kartę informacyjną. Zerka na nią, później znowu na mnie.

– Możesz usiąść? – pyta.

Podnoszę się posłusznie. Próbuję zrobić to szybko i zwinnie, pokazać mu, że już mi lepiej. Chyba rzeczywiście tak jest. Kroplówka ukoiła ból, trochę mnie uspokoiła. Nie mam pojęcia, co w niej jest, ale powoli dochodzę do siebie, choć wciąż nie mogę mówić i już praktycznie nie widzę na lewe oko. Prawym jednak dyskretnie przyglądam się jego twarzy. Ma pełniejsze policzki, gęstszy zarost, trochę zmarszczek wokół błękitnych oczu. Rzęsy wciąż są długie i proste. Cały czas jest przystojny, tylko że w inny sposób. Kiedyś biła od niego chłopięca energia, a teraz jest dojrzałym mężczyzną, którego oczy wypełnia życiowa mądrość. Ma dopiero trzydzieści lat, ale lekarze chyba szybciej uczą się życia. W końcu walczą o nie każdego dnia.

Omiata wzrokiem moją twarz. Wypuszcza głośno powietrze.

– Wezwiemy policję – oznajmia.

Łapię go za przedramię.

– Nie – odpowiadam.

Zaciska usta i patrzy na mnie z niezadowoleniem w oczach, tak jak kiedyś, gdy nie podobało mu się to, co robię albo mówię.

– Iza – szepcze.

– Panie doktorze, szykować łóżko na oddziale? – wtrąca starsza pani.

– Pani Jadwigo, przebadam pacjentkę i zdecyduję. Za chwilę do was podejdę.

Jego ton jest ostry, zdecydowany. Nie pamiętam, żeby kiedyś taki był, ale podoba mi się w tej nowej odsłonie. Czy to nie głupie, że tego typu myśli przetaczają się teraz przez moją obolałą głowę?

– Możesz… – Nie kończy, tylko wskazuje palcem na suwak mojego swetra i wkłada do uszu słuchawki stetoskopu.

Dopiero po chwili dociera do mnie, że chce, abym rozpięła sweter. Spełniam jego prośbę onieśmielona i przerażona zarazem. Kulę się, jak to tylko możliwe, chcąc nieporadnie zasłonić wzgórki piersi wystające znad twardych misek biustonosza. Muszę wyglądać żałośnie. Przytłacza mnie ten moment. Ten wieczór. Przed oczami znowu błyskają mi ciosy, które na mnie spadły.

Arek unosi końcówkę stetoskopu, a po chwili opuszcza dłoń.

– Wyprostuj się i weź głęboki wdech – mówi spokojnie.

Opuszczam ramiona, zamykam oczy i wypinam pierś. Mechanicznie wykonuję jego polecenia, próbując wyłączyć umysł, nie dając się opanować szokowi i wzbierającej panice. „Jesteś suką” – słyszę w głowie i znowu czuję dwa silne razy, które prawie odcięły mnie od rzeczywistości. Pozostałam w niej jednak, modląc się w duchu, by nie dostać więcej.

Wsłuchuje się w bicie mojego serca, potem przechodzi za mnie, sprawdza chyba pracę płuc. Czuję chłód metalu obok kręgosłupa. Wzdrygam się.

– Wezwiemy policję – powtarza.

– Nie.

– Jak nie dziś, to jutro. Musisz to zgłosić. – Patrzy na mnie z jakąś rezygnacją. – Ktoś cię napadł? Co się stało?

– Nie wiem, kto to był – dukam, ale chyba zbyt niewyraźnie.

Arek wzdycha i zerka na zegarek. Potem wstaje i bez słowa podchodzi do biurka w rogu. Siada za nim.

– Nic z tego nie rozumiem – mówi. – Nie masz bardzo głębokich ran, ale jest opuchlizna od ciosów. Nie wmówisz mi, że to był wypadek.

Ma taki oficjalny ton… Nie mogę tego słuchać. Rozkłada na czynniki pierwsze mój stan, rekomenduje, co powinnam zrobić. Jeszcze raz bełkotliwie proszę, żeby nie wzywał policji, i mówię, że sama się tym później zajmę.

Do sali wchodzi pani Jadwiga.

– Iza dostanie leki i pójdzie do domu – oznajmia Arek po namyśle, po czym zwraca się do mnie: – Zawiozę cię do domu, gdy kroplówka zejdzie. Dalej tam mieszkasz?

Mam wrażenie, że słowo „tam” wypowiedział z niechęcią.

Kiwam potakująco głową. Arek odpowiada takim samym gestem, później wychodzi do pomieszczenia obok. Słyszę, jak rozmawia chwilę z pielęgniarką o stanie jakiegoś pacjenta z góry. Chyba jej znajomego. Przeszedł ciężki zawał. Gdy dostał ataku, runął na podłogę tak niefortunnie, że złamał rękę w łokciu. Nie wiadomo, czy przeżyje noc. Im dłużej dyskutują, tym bardziej utwierdzam się w przekonaniu, że trauma, jaką przechodzę, nie jest niczym szczególnym. Szpital pęcznieje od ludzkiego cierpienia, a ja jestem tylko jednym z wielu przypadków.

Arek wraca na oddział, a ja zostaję na kozetce, coraz bardziej otępiała. Jest mi zimno. Pani Jadwiga robi mi zdjęcia.

– Przydadzą ci się – mówi – jak już ochłoniesz. Pan doktor ma rację, to trzeba zgłosić. Jesteś w szoku, dziewczyno, i nie wiesz, co się dzieje. Nie ty pierwsza tak reagujesz. I nie ostatnia.

Zamykam oczy i układam się na wznak. Zaczyna mi się robić niewygodnie. To chyba dobry znak. Kiedyś słyszałam, że ból zawsze odczuwa się tylko z jednego źródła, najsilniejszego. Skoro zaczynają docierać do mnie inne bodźce, to znaczy, że ból twarzy został już zredukowany.

Nie chcę jechać na policję. Nie chcę tego zgłaszać. Chyba nawet nie powinnam. Policjanci gardzą mną i całą moją rodziną. Patologia – pod takim hasłem u nich figurujemy. „One mieszkają na patologii” – tak kiedyś powiedział jeden z mundurowych, gdy pijana matka zamknęła się w domu zimą i nie chciała nas wpuścić w obawie przed ojcem, a my przyszłyśmy z siostrą zrozpaczone na komendę. Myślała, że ojciec czai się gdzieś za winklem, wskoczy z nami do mieszkania i znowu ją pobije. Słowo „patologia” jest wyjaśnieniem wszystkich złych rzeczy, jakich doznałam.

Przysłuchuję się wirującym wokół mnie głosom pacjentów i personelu medycznego. Pełno tu uprzejmości i żalu, problemów, pretensji i żartów. Co chwilę odcinam się od nich, przeżywając na nowo tamte uderzenia i dzikie, obłędne spojrzenie wwiercające się w moje. I mój oddech znowu robi się płytszy.

Kiedy słyszę ciepły tembr głosu Arka, natychmiast się uspokajam, a mroczne wspomnienia odchodzą. Mam wrażenie, że on nie pozwoli mnie skrzywdzić. Zajmował się mną z taką czułością… Jakby wiedział, że do nikogo innego nie mogę się zwrócić. Nawet nie zapytał, czy zadzwonić do kogoś bliskiego. Wiedział, że nie ma do kogo. Pamiętał.

Jego głos jest coraz wyraźniejszy. Otwieram oczy. Stoi nade mną i po prostu się we mnie wpatruje. W jego wzroku kryje się gniew. Spogląda na pustą butelkę po kroplówce. Ostatnie krople spadają do długiej rurki. Ostrożnie wyciąga końcówkę z wenflonu. Przejeżdża kciukiem po mojej dłoni.

– Zostawimy ci go do jutra. Jeżeli będziesz miała problemy z jedzeniem, to przyjdziesz tu i podamy ci jeszcze jedną kroplówkę.

– Tak – odpowiadam z trudem.

– Chodźmy, zawiozę cię do domu.

Gdy staję na nogi, kręci mi się w głowie. Warga zaczyna pulsować. Już wiem, że to ona ucierpiała najbardziej.

Arek pomaga mi włożyć płaszcz, sam ma już na sobie cienką grafitową kurtkę, potem prosi, żebym wzięła go pod rękę. Czuję od niego delikatny zapach perfum. Nie pamiętam, czy to ta sama woń, którą pachniał, gdy byliśmy młodsi, ale na pewno dzięki niej wracają do mnie emocje z tamtego czasu. Jakiś spokój, poczucie akceptacji. To przy nim zawsze odpoczywałam od mojej rodziny, od mojego życia.

Wsiadam do jego samochodu i wtulam się w skórzany fotel, który w porównaniu z niewygodną kozetką wydaje się miękki, idealnie dopasowany do mojego obolałego ciała.

– Byłbym zapomniał – mówi, zsuwając ręce z kierownicy i wyciągając z kieszeni kurtki smartfon. – Wpisz mi swój numer telefonu. Wyślę ci kody recept, jakie powinnaś wykupić. Antybiotyk i maść.

Przez chwilę patrzę na niego oniemiała. Mój numer nie zmienił się od piętnastu lat.

Nerwowym ruchem dłoni wyciągam z torebki swój smartfon, wyszukuję dane Arka w spisie kontaktów i puszczam mu sygnał. Ekran jego komórki rozbłyska, w samochodzie rozlegają się dźwięki jakiegoś rockowego utworu. Na wyświetlaczu miga rząd cyfr. Tym teraz dla niego jestem.

– O, dziękuję – mówi zmieszany. – Przepraszam, parę lat temu, jeszcze w Szwecji, ukradziono mi telefon. Straciłem wszystkie kontakty. – Stuka w wyświetlacz. – Już zapisuję. Wyślę ci te kody, jak wrócę do szpitala.

Pociągam nosem głośno, niezgrabnie. Spogląda na mnie, potem na telefon. Mam wrażenie, że wyczuwa mój smutek. Zawsze tak doskonale się rozumieliśmy.

– Wykupię ci te leki i przywiozę – obiecuje, lekko się uśmiechając.

To pierwszy uśmiech, jakim mnie dziś obdarował. Zatrzymuję na nim wzrok. Pragnę go zapamiętać.

Chciałabym też się uśmiechnąć z wdzięcznością, ale nadal jestem rozbita. Chyba tak wygląda reakcja szokowa organizmu. Myśli krążą po głowie bez ładu i składu. Człowiek sam nie wie, co robić, jak się zachować. Wspomnienia ataku przeplatają się z teraźniejszością, walczą z nią o prym. Nie potrafię się w tym odnaleźć.

– Przyjadę jutro rano, dobrze? Kończę dyżur o ósmej.

Przytakuję.

Po dwóch minutach dojeżdżamy do mojego bloku. W tej chwili żałuję, że szpital jest tak blisko. Że to już koniec. Zaraz wysiądę, będę musiała wejść do klatki i wspiąć się po schodach. Nie chcę tego robić samotnie.

Arek zatrzymuje auto na starej, mokrej kostce brukowej. Gasi silnik. Dlaczego to robi? Zerkam na niego z pytaniem w oczach.

– Zanim wyjdziemy… – Urywa w pół słowa.

„Wyjdziemy” – powtarzam w myślach. A więc chce wyjść ze mną. Odprowadzić mnie do drzwi.

Nie kończy, tylko stuka palcami w kierownicę, obserwując jednego z braci Kolskich, który właśnie wchodzi do klatki.

– Powiedz mi, proszę, gdzie to się stało – dodaje, odwracając się całym ciałem w moją stronę. – W domu? – podsuwa ostrożnie. – Mama? Siostra? Kto ci to zrobił?

– Nie wiem – mówię niewyraźnie.

– Nie wiesz? – Przechyla głowę. – Gdzie to się stało? – pyta głośniej, tonem domagającym się natychmiastowej odpowiedzi.

Wskazuję palcem na mały park za ulicą. Arek przekręca głowę odruchowo.

– Na naszym osiedlu? – pyta.

Przytakuję.

– Ale kto? Jak?

Wzruszam nieznacznie ramionami. Chciałabym móc mówić zrozumiale, doprecyzować, ale nie jestem w stanie.

– Boże. – Przykłada dłoń do czoła. – Ty to musisz zgłosić na policję. – Kładzie nacisk na słowo „musisz”. – Jak poczujesz się lepiej, pojadę z tobą i to zgłosimy. Mamy zdjęcia, trzeba to zrobić, koniecznie.

„Pojadę z tobą” – tylko to teraz słyszę. Chce pojechać ze mną, żebym to zgłosiła.

Zamykam ze zrozumieniem oczy. Jeszcze nie wiem, czy chcę przez to przechodzić, odpowiadać na pytania, siedząc przy biurku posterunkowego. Boję się, że wówczas prawda wyjdzie na jaw, a ja będę ugotowana.

Wysiadamy z auta. Arek znowu prosi, żebym złapała go pod rękę. Gdy wreszcie dochodzimy do drzwi mojego mieszkania, patrzy na nie niespokojnie.

– Musisz dużo odpoczywać i pić. Pij wodę i soki – mówi. – Kiedy znowu zacznie cię boleć, bierz na zmianę ibuprom i paracetamol. Masz je w domu?

– Tak.

– Jutro cię odwiedzę. Zadzwoń do mnie, gdybyś potrzebowała czegoś więcej niż leki.

– Tak – powtarzam.

Wzdycha i jeszcze raz spogląda na drzwi. Następnie odchodzi bez słowa pożegnania. Wydaje się przygnębiony moim stanem, tym, co mnie spotkało. Ja chyba jestem jeszcze zbyt oszołomiona, żeby ocenić to wszystko racjonalnie. Chcę się położyć w łóżku, ukryć w swoim pokoju przed tą parszywą nocą. Przed moim oprawcą i przed wybawcą, którym w tej chwili jest Arek. Mam nadzieję, że jutro poczuję się lepiej.

Wchodzę do mieszkania. Matka śpi na kanapie w dużym pokoju. Na ławie stoją dwie żółte puszki po tanim piwie. Powietrze przesiąkło nim bardziej niż zwykle. Pod kanapą lśni duża mokra plama, widzę trochę piany. Znowu wylało jej się piwo. Z telewizora błyskają głośne, kolorowe reklamy. Przytłaczają mnie, przyprawiają o kolejne zawroty głowy. Wyciągam spod biodra matki pilot i wciskam czerwony guzik. Ekran gaśnie.

Wychodząc z pokoju, słyszę chrobotanie w zamku. Po chwili w drzwiach staje moja siostra.

Na mój widok przykłada dłoń do bordowych warg.

– Co się stało?!

Potrząsam głową i przyspieszam kroku, przechodząc do swojego pokoju. Zamykam za sobą drzwi, przekręcam metalowy klucz. Siostra puka i prosi, żebym ją wpuściła.

– Proszę, powiedz! – nawołuje. – Izka!

Słyszę, jak płacze pod drzwiami. Siadam na łóżku i zasłaniam dłońmi uszy. Niech odejdzie. Niech zostawi mnie w spokoju. Zdążyłam zauważyć jej błyszczące oczy, zanim się tu zamknęłam. Jest pijana, tak jak matka. Alkohol wyolbrzymia wszystkie reakcje. Dlatego teraz nie ustępuje – stoi i mamrocze jakieś przekleństwa. Zaczyna mnie wyzywać. Docierają do mnie stłumione inwektywy, choć mam zasłonięte uszy.

W końcu odchodzi. Wtedy wstaję z łóżka, zdejmuję ubranie i wkładam koszulę nocną. Wyciągam z torebki smartfon i szukam w książce telefonicznej kontaktu do Arka. Chciałabym do niego zadzwonić, usłyszeć ponownie jego głos, poczuć spokój, jakim emanuje. Zamiast tego jednak piszę wiadomość.

„Dziękuję ci za wszystko, co dla mnie dzisiaj zrobiłeś”.

Odpisuje po paru minutach:

„Nie ma za co”.

Choć twarz na powrót zaczyna mnie boleć, a do umysłu powoli dociera to, co faktycznie mnie spotkało, robi mi się ciepło gdzieś w okolicach podbrzusza. Dziś wydarzyło się coś strasznego, a później coś dobrego. Niech nadejdzie już nowy dzień. Chcę znowu spojrzeć w oczy mojego wybawiciela. W nich schowam się przed złem, które mnie dopadło i zadało mi potworny ból.

Rozdział 3

Budzę się rano cała odrętwiała. Warga wciąż boli, mam jednak wrażenie, że jest odrobinę lepiej. Pamiętam, że Arek zlecił podanie mi jakiegoś zastrzyku obkurczającego. Może to pomogło?

Wychodzę z pokoju i pierwszy raz zbieram się na odwagę, by spojrzeć w lustro, które stoi przy drzwiach. Oddycham z ulgą. Powieka jest czerwona, ale nie nachodzi już na oko, zresztą widzę na nie dużo lepiej niż wczoraj. Górną wargę mam jeszcze obrzmiałą i ciemniejszą niż dolną, ale różnica nie jest aż tak kolosalna. Moje ciało się regeneruje.

Z drugiego pokoju wychodzi siostra. Też ma spuchniętą twarz, ale u niej wynika to z nadmiaru alkoholu. Znowu mnie męczy, zadaje pytania o wczorajszy wieczór. Kłamię, że zostałam napadnięta w drodze z pracy. Nie, nie wiem, kto to był. Było ciemno, a ja tak się przestraszyłam, że nie wiem nawet, czy to mężczyzna, czy kobieta. Nie zabrał mi pieniędzy. Uderzył mnie dwa razy.

Słucha wszystkiego z przestraszonym spojrzeniem, naciągając przykrótką koszulkę na fałdkę tłuszczu wylewającą się znad paska jeansów. Mam ponure wrażenie, że gdzieś w środku cieszy się z mojego nieszczęścia.

Jakąś godzinę po naszej rozmowie słyszę, że powtarza wszystko swojemu narzeczonemu i kwituje słowami:

– Łazi wszędzie w krótkich spódniczkach, odsłania nogi i tak wraca sama nocami do domu. Nic dziwnego, że ktoś ją w końcu zaatakował.

Mówi to bez przekonania, jakby nie wierzyła w moją opowieść. Chcąc nie chcąc, przypominam sobie słowa kobiety wsiadającej wczoraj rano do vana: „Myślę, że Justyna za bardzo się odsłaniała. Krótkie spódniczki nawet zimą” i później: „To się mogło komuś nie spodobać albo spodobać aż nadto”.

Między komentarzami mojej siostry i dalekiej sąsiadki dostrzegam uderzające podobieństwo. Jakby każda zadbana kobieta była sama sobie winna, gdy stanie się jej jakaś krzywda. Jedno wiem na pewno: nie mogę liczyć na swoją rodzinę nawet w tak trudnej chwili. Arek, którego nie widziałam tyle lat, jest dla mnie dużo bardziej przychylny. Matka w ogóle nie zauważa moich siniaków. Rozpoczyna dzień od wypicia puszki piwa, później bierze prysznic i wychodzi z domu.

Zanurzam się w wyniszczających mnie wspomnieniach wczorajszego wieczoru. Mimowolnie zaczynam się czuć winna, że chodzę tak ubrana po naszej ulicy. Czy to naprawdę może się komuś nie podobać? Ale czy luźne, kwieciste szorty są aż tak wyzywające?

Gdy wchodzę do pokoju, mój telefon wibruje, informując o nowej wiadomości. Otwieram ją. To Arek.

„Jak się czujesz?”

Odpisuję:

„Dużo lepiej niż wczoraj, dziękuję”.

„Obrzęk mniejszy czy większy?”

Zapomniałam, że mam do czynienia z lekarzem. Kiedy pyta, jak się czuję, oczekuje merytorycznej odpowiedzi, faktycznej oceny stanu zdrowia. Odpisuję więc:

„Obrzęk zdecydowanie mniejszy, mogę już w miarę normalnie mówić”.

„Oszczędzaj się mimo wszystko. Kiedy opuchlizna schodzi, pojawia się nowy ból. Będę u ciebie za kwadrans”.

Zamiast odpoczywać po nocnym dyżurze, przyjedzie do mnie. To spostrzeżenie dodaje mi sił.

Otwieram szafę i przebieram się w getry i obcisłą czarną bluzkę. W tej chorej sytuacji chcę wyglądać porządnie, nie odstraszać go swoim żałosnym wyglądem. Wczoraj obudził we mnie dawne demony, zresztą one nigdy nie zasnęły.

Siostra wychodzi gdzieś z narzeczonym. Zostaję sama. Po kilkunastu minutach rozlega się pukanie do drzwi. Otwieram.

Arek stoi przede mną w tej samej kurtce, którą miał wczoraj, i z wilgotnymi włosami wystającymi spod grafitowej czapki. Trzyma małą foliówkę.

– O, zdecydowanie lepiej – mówi bez przywitania, przyglądając się mojej twarzy. – Obrzęk ustępuje.

– Wejdź, proszę. – Robię krok do tyłu i się odwracam, zerkając na wyłożony boazerią przedpokój. Oceniam go szybko oczami przyjaciela. Chyba dawno nie był w tak skromnym wnętrzu.

On jednak nie zwraca uwagi na otoczenie, tylko wciąż przygląda się moim oczom i ustom. Powtarzam sobie w duchu, że to rutynowa czynność, że każdy lekarz na jego miejscu tak by robił, jednak nie mogę się oprzeć wrażeniu, że w jego wzroku kryje się coś więcej.

– Na powiece tworzy się krwiak, ale płytki, usta dochodzą do siebie – mówi, nachylając się lekko nade mną.

Jest dużo wyższy, a różnica we wzroście się powiększa, gdy stoję boso, tak jak teraz.

– Masz jeszcze zawroty głowy? – pyta.

– Lekkie.

– Nawadniasz się?

– Tak, piję wodę, jeśli o to ci chodzi.

– Tu są leki. – Unosi foliówkę. – Na opakowaniach napisałem, co i jak powinnaś brać.

– Dziękuję. Ile mam ci oddać?

– Daj spokój, nic nie trzeba. – Unosi drugą dłoń. – Wczoraj spotkało cię coś strasznego. – Urywa nagle.

Mam wrażenie, że chciał coś dodać.

– To prawda – przyznaję słabo.

Stoimy w tym samym miejscu. Chciałabym go zaprosić do siebie, nie był w moim pokoju od tylu lat. Zresztą nawet gdy się przyjaźniliśmy, rzadko mnie odwiedzał. Częściej to ja siedziałam u niego, w jego pięknym domu pełnym ciepłego światła, dobrej muzyki i regałów z książkami w twardych oprawach.

– Może wejdziesz? – proponuję. – Napijemy się herbaty.

Atmosfera między nami się zagęszcza. Robi się niezręcznie, duszno. Nasza przyjaźń przed laty skończyła się nagle i dwuznacznie tuż po tym, gdy przeobraziła się w damsko-męską zażyłość, gdy zrozumieliśmy, że łączy nas coś więcej niż tylko wspólne spędzanie czasu. Że siebie pragniemy. Wczoraj nie miałam czasu o tym myśleć – byłam w szoku, on chyba zresztą też. Mimo że wciąż prześladuje mnie widmo poprzedniego wieczoru, teraz stoję tu przed nim i się czerwienię, mając nadzieję, że dzięki opuchliźnie tego nie widać. Zadziwiające, jak szybko przetasowują się znaczenia poszczególnych doświadczeń.

– Nie wejdę.

Jego kategoryczna odpowiedź wbija mnie w podłogę.

– Ubierz się, proszę, i pojedziemy na komisariat. Musisz złożyć zeznania – dodaje.

Kiwam głową. Znowu czuję się jak wczoraj. Przez chwilę mam nawet wrażenie, że nie mogę mówić, że górna warga mi puchnie, choć to przecież niemożliwe.

Gdy niechętnie wsuwam na stopy buty przed lustrem, zauważam, że Arek śledzi wzrokiem każdy mój ruch. Patrzy na moje włosy, gdy wyciągam je spod kołnierza płaszcza, zerka na dłoń, gdy sięgam po torebkę. Zastanawiam się, o czym myśli. Nie chcę jeszcze skupiać się na ostatnim wieczorze, to dla mnie zbyt duże wyzwanie. Wolę skoncentrować się na nim. Na jego błękitnych oczach spoglądających na mnie spod długich, gęstych rzęs.

Rozdział 4

Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej

Spis treści:
Okładka
Karta tytułowa
Rozdział 1
Rozdział 2
Rozdział 3
Rozdział 4
Rozdział 5
Rozdział 6
Rozdział 7
Rozdział 8
Rozdział 9
Rozdział 10
Rozdział 11
Rozdział 12
Rozdział 13
Rozdział 14
Rozdział 15
Rozdział 16
Rozdział 17
Rozdział 18
Rozdział 19
Rozdział 20
Rozdział 21
Rozdział 22
Rozdział 23
Rozdział 24
Rozdział 25
Rozdział 26
Rozdział 27
Rozdział 28

Redaktor prowadząca: Ewelina Sokalska

Wydawca: Monika Rossiter

Redakcja: Zyszczak.pl Paulina Zyszczak

Korekta: Ewa Popielarz

Projekt okładki: Mariusz Banachowicz

Zdjęcie na okładce: © Miguel Sobreira / Trevillion Images

Copyright © 2020 by Alicja Sinicka

Copyright © 2020 for the Polish edition by Wydawnictwo Kobiece Łukasz Kierus

Wszelkie prawa do polskiego przekładu i publikacji zastrzeżone. Powielanie i rozpowszechnianie z wykorzystaniem jakiejkolwiek techniki całości bądź fragmentów niniejszego dzieła bez uprzedniego uzyskania pisemnej zgody posiadacza tych praw jest zabronione.

Wydanie elektroniczne

Białystok 2020

ISBN 978-83-66611-16-0

Bądź na bieżąco i śledź nasze wydawnictwo na Facebooku:

www.facebook.com/kobiece

Wydawnictwo Kobiece

E-mail: [email protected]

Pełna oferta wydawnictwa jest dostępna na stronie

www.wydawnictwokobiece.pl

Na zlecenie Woblink

woblink.com

plik przygotowała Katarzyna Rek