Wydawca: Agencja Edytorska EZOP Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2017

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 60000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
14 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 437

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Zabezpieczenie: watermark

Opis ebooka Obserwator - Evald Flisar

Simon Bebler, podający się za Bartona Finka, 22-letni student filozofii i początkujący dramaturg, żyjący w wyimaginowanym świecie literatury i filmu, dowiaduje się, że jest śmiertelnie chory, podobnie jak bohater jego debiutanckiej sztuki. Jak przeżyć ostatni rok życia? Oto pytanie, na które musi sobie odpowiedzieć. Włócząc się po ulicach Lublany, spotyka tajemniczego kloszarda, który proponuje mu bilet do Nowego Jorku w zamian za drobną przysługę, dostarczenie pewnej przesyłki. Simon/Barton przyjmuje zaproszenie, nie przeczuwając, że w tym momencie traci kontrolę nad wszystkim. Zostaje wciągnięty w sensacyjną intrygę pełną trupów, zagadkowych pustych pudełek, FBI, sobowtórów i kochanków. A jaką rolę w tym ogólnoświatowym spisku pełnią gwiazdy kina: Al Pacino, Bruce Willis, Woody Allen czy Uma Thurman?
Historia miłosna? Metafizyczny thriller? Powieść szpiegowska? A może kryminał rodem z książek Paula Austera? Evald Flisar wciąga czytelnika w przewrotną grę, żonglując tożsamościami bohaterów, mieszając gatunki literackie, prowokując. Nie ucieka przy tym od trudnych egzystencjalnych problemów bliskich każdemu z nas. Jak zmienia się człowiek w obliczu śmierci, w konfrontacji z nieznanym światem, samotnością? Co to znaczy być wolnym? Jakie są granice wolności? Co daje nam bogactwo, a co zabiera? Jakie są nasze najskrytsze pragnienia? Jak znaleźć w sobie odwagę?
Obserwator został przetłumaczony na język angielski, bułgarski, rumuński, malajalam, amharski i arabski. W 2010 r. otrzymał nominację do nagrody Kresnik (słoweński Booker) za najlepszą słoweńską powieść roku.

Opinie o ebooku Obserwator - Evald Flisar

Fragment ebooka Obserwator - Evald Flisar

tytuł oryginału OPAZOVALEC

copyright © by Evald Flisar 2009

copyright © for Polish edition by Wydawnictwo Ezop Sp. z o.o. 2017 copyright © for Polish translation by Marlena Gruda 2017

projekt okładki i stron tytułowych / Rafał Kucharczuk

redakcja i korekta / Elżbieta Cichy skład i łamanie / Mariola Cichy

Wydawnictwo Ezop Sp. z o.o.

01-829 Warszawa, Al. Zjednoczenia 1/226 tel. 22 834 17 56, e-mail:2ezop@wp.pl www.ezop.com.pl

ISBN 978-83-65230-21-8

Zapraszamy do sklepu internetowego www.ezop.com.pl.

Ten projekt został zrealizowany przy wsparciu finansowym Komisji Europejskiej. Projekt lub publikacja odzwierciedlają jedynie stanowisko ich autora i Komisja Europejska nie ponosi odpowiedzialności za umieszczoną w nich zawartość merytoryczną.

Przekład wsparty finansowo przez Słoweńską Agencję Książki.

Skład wersji elektronicznej:

konwersja.virtualo.pl

So much to do

If I only had time, if I only had time Dreams to pursue

If I only had time, they’d be mine

John Rowles

1.CO DRAMATURG POWIEDZIAŁ AKTORCE

Barton Fink stoi za kulisami sceny teatralnej i śledzi przedstawienie z bocznego korytarza. Ma na sobie czarną marynarkę i szkarłatną różę w ręce. Niedługo przedstawienie się skończy i kurtyna opadnie. Barton Fink jest młody, około dwudziestodwuletni, blady i chudy, na pierwszy rzut oka nawet zdrowy, z okularami bez oprawek. Wygląda jak student. Okulary nie są korekcyjne; zakłada je od czasu do czasu, żeby wyglądać bardziej inteligentnie, bo czasami wydaje się być niezbyt przekonujący. Za nim stoi oparty o ścianę pracownik teatru z papierosem między krzywymi zębami. W ręce trzyma dolny koniec grubej liny. On też wie, że za chwilę kurtyna opadnie; próbuje sobie przypomnieć, po którym zdaniu.

Ze sceny słychać słowa aktorów.

— Zdmuchnie mnie — mówi Aktor śpiewnym głosem — naprawdę, zdmuchnie mnie z tego świata na zawsze. Nigdy nie byłem przesądny, ale właśnie dzisiaj, trzynastego, dowiedziałem się, że został mi jeszcze rok życia. Pożegnam się ze światem w wieku dwudziestu lat, jak jakiś poeta gruźlik w minionym stuleciu!

— Och, Barton, jakie to romantyczne! — wzdycha Aktorka. — Muszę przyznać, że i tak jesteś niesamowicie spokojny.

— Nie ma sensu tego roztrząsać. Zamiast mnie będą żyli inni: dwudziestolatków z zapewnioną przyszłością jest co niemiara.

— Ależ Barton! — woła Aktorka. — To oznacza…

— Tak, to oznacza, że nigdy nie będę tym, kim mógłbym być. Nie zrobię tego, o czym marzę. Nie wpłynę na świat, by był bardziej przyjazny, ani wobec mnie, ani wobec innych. Nic z tego.

Barton Fink nerwowo drepcze w miejscu. Oblewa go fala zimna i gorąca. Słowa brzmią inaczej niż wtedy, gdy je pisał. Nie ma odwagi przyznać, że robi mu się głupio, jednak przeczucie, że ośmieszy się swoim najnowszym kawałkiem, jest coraz silniejsze.

— Innymi słowy, wydarzy się Nic — mówi ponuro Aktorka.

— To nieprawda, Audrey — odpowiada przekornie Aktor. — W nadchodzącym roku musi się wydarzyć co najmniej tyle, ile mogłoby się wydarzyć przez następne sto lat, jeślibym żył. Niech los obejdzie się smakiem. Nie pozwolę mu obrabować się z życia.

— To oznacza, że będziesz się musiał spieszyć żyć. Ja na twoim miejscu bym opadła z sił i umarła.

— Najpierw życie. Rozbierz się.

— Dlaczego? — dziwi się Aktorka.

— Masz rację — mówi Aktor po dłuższym milczeniu.

— Po co w ogóle cokolwiek?

Ostatnie słowa Barton Fink wypowiada razem z Aktorem. Przedstawienie kończy się w momencie, gdy pracownik teatru zapala nowego papierosa. Barton szturcha go łokciem. Mężczyzna rzuca papierosa na ziemię i przydeptuje. Następnie obiema rękami chwyta długą linę i ciągnie. Kurtyna powoli zasłania scenę, Barton Fink ma wrażenie, że trwa to całą wieczność. Z sali dochodzi mdłe klaskanie, kilka gwizdów i drwiący śmiech.

Aktorka zbiega ze sceny do garderoby. Barton wręcza jej szkarłatną różę.

— Czekam na ciebie w kawiarni po drugiej stronie ulicy — puszcza jej oczko.

Aktorka patrzy na różę, jakby nie wiedziała, co ma z nią zrobić. Zabiera ją i ucieka. Za nią tłoczy się siedmiu innych aktorów, pięciu mężczyzn, dwie kobiety, żadne z nich nie ma więcej niż trzydzieści lat. Z pochylonymi głowami przechodzą obok Bartona, nawet na niego nie spoglądając. Oprócz jednej małej rudej, która pokazuje mu język. Ruchy Bartona oscylują między zakłopotaniem i niezadowoleniem. Zza kulis wychodzi krótko ostrzyżony chłopak z kolczykiem w uchu i zmierza w jego kierunku.

— Wypiąłeś się na moje rady i teraz masz.

— I co — mówi Barton.

— Mogłoby wyjść z tego coś całkiem porządnego. Kilka skreśleń, prostszy język, trochę mniej melodramatu i nadal stalibyśmy na scenie i kłanialibyśmy się.

— Komu? Amatorskiej publiczności, która przyszła obejrzeć amatorskie przedstawienie amatorskiego reżysera? Już nie będziesz reżyserował moich tekstów.

— Masz to jak w banku.

Chłopak z kolczykiem w uchu odwraca się na pięcie i znika w ciemności za kulisami.

Po pięciu minutach wychodzi pracownik teatru, który opuścił kurtynę.

— Zamykamy.

Aktorka siedzi w kącie małej kawiarni i ogląda różę leżącą naprzeciwko niej obok filiżanki kawy. Również ona jest młoda, mniej więcej w podobnym wieku co autor sztuki, w której grała główną rolę, nieszczególnie ładna, jednak nie bez seksapilu (przy braku klasycznej urody ten jest jeszcze bardziej wyrazisty), ze zmysłowymi ustami, które w półmroku niejeden mógłby pomylić z ustami Angeliny Jolie, z nogami, których nie powstydziłaby się Uma Thurman, z brązowymi włosami, spiętymi w ogon, który przerzucony przez ramię spoczywa na obficie zaokrąglonej piersi. Jej postawa na pierwszy rzut oka wskazuje na przekorność, dopiero po przyjrzeniu się widać smutek.

W drzwiach kawiarenki, w której oprócz kelnera i Aktorki nie ma nikogo innego, zarysowuje się chuda sylwetka Bartona Finka. Zatrzymuje się przy barze i zamawia po jednym malibu, cointreau i tia maria. Do tego zamawia jeszcze większy, pusty kieliszek. Następnie idzie do stolika Aktorki, odsuwa jeden z czterech foteli i siada w nim.

— Wpakowałeś mnie w kłopoty, nie wybaczę ci tego — Aktorka natychmiast na niego naskakuje. — Wiesz, ilu ludzi się teraz ze mnie śmieje? Wszyscy moi przyjaciele, a jutro całe miasto.

— Nie przesadzaj — odpowiada spokojnie Barton.

— Wiesz dobrze, że nie jestem aktorką. Tak jak ty nigdy nie będziesz dramaturgiem.

Kelner przynosi trzy pełne kieliszki oraz jeden pusty, większy, i stawia je na stoliku. Odchodząc, niespodziewanie się odwraca, aby zobaczyć, co Barton Fink zrobi z trunkami. Zauważa, że Aktorka śledzi go wzrokiem, jakim ocenia się potencjalnego partnera seksualnego. Widzi to nawet Barton Fink, oblewa go lekki rumieniec i przesiada się, jakby go ta myśl zdenerwowała. Aktorka dostrzega, że Barton jest podenerwowany, dlatego wysyła kelnerowi lekki uśmiech. Kelner odwzajemnia uśmiech, jednak gdy widzi, że Barton Fink go obserwuje, poważnieje, nawet chmurzy się i odchodzi za bar. Stamtąd patrzy, jak Barton zlewa do większego kieliszka trzy różne likiery, jeden za drugim. Potrząsa mieszanką i wypija duszkiem.

— Zapomniałaś, co robiliśmy z tymi likierami?

— My? — atakuje go Aktorka. — Ciebie w ogóle tam nie było!

— Jeszcze jak byłem! Wszystko przeżywałem dużo intensywniej niż ty, mimo że narzędziem naszej namiętności był nieznajomy. I nie mów, że cierpiałaś. Ani za pierwszym, ani za drugim, ani za trzecim razem. A gdy zrobimy to czwarty raz, będziesz jeszcze bardziej zadowolona. Typowe dla uzależnienia jest to, że narasta.

— Znajdź sobie taką, która będzie się dawała wykorzystywać z większą radością.

— Zapomniałaś, jaka namiętność przepływała między nami? Za każdym razem tuż przed orgazmem wyciągałaś do mnie rękę, jakbyś potrzebowała pomocy. Ściskałem ją, a ty kurczowo ściskałaś moją, do ostatniego dreszczu namiętności. I cały czas patrzyliśmy na siebie. Ani razu nie spojrzałaś na niego.

— Jak to nazwać? — Aktorka spogląda mu w oczy.

— Miłość?

Barton kieruje wzrok za okno na pustą ulicę. Mżawka przechodzi w deszcz, który porwany przez wiatr raz na jakiś czas pluska o obdrapaną ścianę domu po drugiej stronie lub o okno kawiarenki; krople ściekają po szybie jak drobne przezroczyste pająki.

— Myślisz, że kiedyś przestanie? — odwraca się z powrotem w stronę Aktorki.

— O tym myślisz?

— Zdmuchnie mnie, Audrey, naprawdę, zdmuchnie mnie z tego świata na zawsze. Nigdy nie byłem przesądny, ale właśnie dzisiaj, trzynastego, dowiedziałem się, że został mi jeszcze rok życia. Pożegnam się ze światem w wieku dwudziestu dwóch lat, jak jakiś poeta gruźlik w minionym stuleciu.

Aktorka odchyla się w fotelu i wciska się w oparcie, jakby próbowała zwiększyć odległość między sobą i Bartonem, najbardziej jak to możliwe.

— Widać, że jest ci to obojętne.

— Co, Barton, co mi jest obojętne? — prawie wyje. — Że powtarzasz bezsensowne dialogi ze swojej bezsensownej sztuki?

— Że jestem śmiertelnie chory. Dzisiaj postawiono mi diagnozę.

— I co to za choroba, że nie można jej wyleczyć?

— Rak śledziony.

— Tak jak bohater w twojej sztuce?

— Wiem, trudno w to uwierzyć. Ale czegoś takiego nie mówi się dla żartów. Nie jestem naiwny.

— To ja jestem naiwna, bo we wszystko wierzę. Tym razem zrobię wyjątek.

Barton wbija wzrok w ziemię, wygląda na bardzo skruszonego.

— Nigdy cię nie okłamałem.

— Kłamstwo jeszcze mogłabym zrozumieć. Ale ty fabularyzujesz. Bierzesz kawałek rzeczywistości, może trzy, cztery kawałki i układasz je w coś dziesiątego. Oglądasz za dużo filmów, czytasz za dużo książek. Opuściłeś ten świat i żyjesz w tym, który sobie wyobraziłeś. Wierzę, że jest bardziej interesujący, ale ja nie mogę pozwolić, żebyś mnie w niego wciągnął.

— Przesadzasz.

— Zawsze jesteśmy w tym lub innym filmie albo książce. Zmieniasz nam imiona. Byłam Anną Kareniną, ty byłeś Wrońskim. I potem zaczęliśmy niszczyć tę piękną historię miłosną. Raz jesteś Indianą Jonesem, innym razem Terminatorem. Ja za każdym razem jestem jedną z twoich kobiet. Dlaczego od dłuższego czasu ty jesteś Bartonem Finkiem, a ja Audrey Taylor, to jest dla mnie zupełnie niezrozumiałe. A jeszcze mniej to, dlaczego za każdym razem ci ustępuję.

— Bo lubisz grę?

— Może kiedyś lubiłam. Ale teraz to już koniec. Nie zapominaj, że nie jesteś Barton Fink, tylko Simon. A ja Violeta.

Jak to zwykle w chwilach napięcia bywa, po tych słowach nastaje cisza. Trzeba zebrać myśli i wypracować strategię następnego ruchu. Barton (niech tymczasowo zostanie Barton) odwraca się i woła do kelnera:

— Jeszcze raz to samo! I kawę.

Kelner natychmiast zabiera się do pracy.

— Wygląda na uczynnego — mówi Barton. — Odpowiadałby ci?

— Nie skomentuję.

— Patrz, Violeta. Nigdy nie żyjemy tylko w rzeczywistości, lecz także w złudzeniach, które są częścią tej rzeczywistości. To, co przeczytamy, zobaczymy w telewizji lub w kinie, jest składnikiem samoczynnie wbudowującym się w strukturę iluzji, którą nazywamy ja. Jesteśmy zrobieni z materii teraźniejszości i historii, indywidualnej i zbiorowej.

— Oszczędź mi.

— Ja tylko ten naturalny proces przejścia z rzeczywistości do fikcji, która jest jedyną właściwą rzeczywistością, popchnąłem o krok do przodu. Tam, gdzie mogę sobie wyobrażać, że oprócz tego, czym rzeczywiście jestem, jestem też bohaterem wszystkich książek, wszystkich filmów.

— Studiowanie literatury cię skrzywiło.

— Już wiele razy udowodniłaś, że potrafisz być oryginalna. Skąd ta regresja, to zejście w niziny przeciętności? W blasku wiszącego nad nimi światła Bartonowi wydaje się, że Aktorka się zarumieniła. Przeszywa go myśl, że powinien ubrać swoje słowa w nieco miększe obuwie. Ale teraz jest już za późno.

— Dziękuję, Simon, lubię przeciętność…

— Nie Simon, Barton.

— Nie Barton, Simon. Odeszłam z gry. I nie próbuj mnie przekonywać, bo za chwilę mogłabym bez skrupułów uznać, że nie chcę cię już widzieć. Może byłabym zainteresowana, jeśli potrafiłbyś być przynajmniej odrobinę łaskawy i dał mi czasami możliwość wyboru. Miałabym wtedy poczucie, że współpracuję, że żyję, a nie jestem tylko twoją zabawką.

— Przecież zawsze sama decydujesz! I to dopiero wtedy, gdy rzecz cię zainteresuje.

— Wtedy mnie nie zainteresowała. Teraz posunąłeś się za daleko. Z tym szantażem, że umrzesz, bla, bla, bla.

— Daj się przekonać z tych samych powodów, co za pierwszym, drugim i trzecim razem, nie z litości.

Aktorka pochyla się i opiera łokciami o kolana. Wygląda na podekscytowaną i niezakłopotaną odpowiedzią, której miałaby udzielić.

Mimo to postanawia poczekać, bowiem między stolikami i fotelami toruje sobie drogę zmierzający w ich kierunku kelner z tacą. Już i tak słyszał za dużo, widziała, jak nadstawia ucha za barem, nieskutecznie imitując opłukiwanie szklanek.

Kelner stawia na stoliku trzy kieliszki z likierem i umieszcza je przed Bartonem w rzędzie. Pusty, większy kieliszek stawia po jego lewej stronie; wyraźnie zależy mu na tym, aby Barton miał jak najmniej kłopotów podczas zlewania likierów. Następnie stawia filiżankę kawy na podstawce przed Aktorką, delikatnie odsuwając przy tym szkarłatną różę leżącą na stoliku; bardzo delikatnie, aby jej nie uszkodzić. Barton ma wrażenie, że subtelność, wyważenie i rytm jego ruchów świadczą o niezwykłym wyczuciu znaczenia ich wzajemnych zależności i kolejności. Jeśli potrafi te zdolności wykorzystać w łóżku, byłby niewątpliwie idealnym panem Czwarty Raz.

Spontanicznie sięga po różę i wręcza ją kelnerowi. Ten przyjmuje ją, nie wiedząc, dlaczego to zrobił. Może przeszkadza gościowi, może gość sobie życzy, by ją odniósł i wyrzucił do kosza.

— Moja dziewczyna w wyrazie podziwu daje panu w prezencie różę.

Obdarzony odpowiada ze zdziwieniem.

— Mi? Dlaczego?

— Wie pan, co oznaczają trzy likiery, które mi pan przyniósł?

— Ciągle próbuję zgadnąć.

— Malibu trzeba jej wylać na łechtaczkę i ssać, dopóki nie zacznie wrzeszczeć. Cointreau posmaruje panu penisa i będzie go ssała, dopóki cała sperma, która jej wytryśnie w usta nie będzie miała zapachu cointreau. Połknie ją z wyrazem ukojenia. Potem weźmie łyk tia maria, aby wypłukać usta. W trakcie całowania, tia maria z jej ust przeniesie się do pana ust i z powrotem do jej. Będzie pikantnie-słodko, od początku do końca. I potem jeszcze raz. I jeszcze raz. Do białego rana. Najlepiej, jak weźmie pan od razu trzy kieliszki. Ja będę nalewał. Potem pójdziemy spać. Po tym, jak nas pochowają, martwych.

Zmieszany kelner spogląda raz na nią, raz na niego. Widać, że nigdy wcześniej nie był tak zakłopotany.

Aktorka wykorzystuje moment.

— Mój przyjaciel za dużo wypił i wygaduje głupoty. Ta mieszanka wyjątkowo wzmaga potencję. Jeśli wypije jeszcze jedną, wyląduje pod stołem. Gdy tak się stanie, będziemy musieli wyprowadzić go na deszcz, żeby wytrzeźwiał. Tam na pewno się przeziębi i umrze, co byłoby straszne w jego wieku. Chyba pan się zgadza, prawda? Świadczę mu usługi, dlatego tutaj jestem, i wyświadczę mu jeszcze jedną. Ale tym razem naprawdę ostatnią.

Sięga po pusty kieliszek i stawia go przed sobą. Spogląda na kelnera.

— Może mi pan wlać te trzy likiery do kieliszka i dobrze wymieszać?

Kelner wykonuje polecenie jak zamroczony. Barton śledzi jego poczynania z błogim uśmiechem na twarzy. Jest pewien, że Aktorka swoim niespodziewanym pomysłem, będącym rozwinięciem jego żartu, uruchomi ciąg wydarzeń, które nie mogą skończyć się inaczej niż rozpustną nocą w jej pokoju. Spogląda na nią, próbując znaleźć potwierdzenie swojego przeczucia w jej tajemniczym wyrazie twarzy. Znajduje go w kokieteryjnym uśmieszku, przesłanym wdzięcznie kelnerowi. Następnie Aktorka bierze kieliszek i wypija mieszankę duszkiem. Wytrzeszcza oczy i nieruchomieje. Robi głęboki wydech i się rozluźnia. Wręcza pusty kieliszek kelnerowi, starając się dotknąć palcami jego ręki.

— Tak, to była gra wstępna — mówi Barton — a teraz idziemy dalej.

Skrzypienie drzwi. Wszyscy troje odwracają się w stronę wejścia i zauważają nowego gościa; jest niczym zjawa po tym, jak tyle czasu byli sami. Przybysz jest przysadzistym mężczyzną pod pięćdziesiątkę, ma wyprostowaną sylwetkę, typową dla oficerów wojskowych, krok twardy, swobodny. Nie widać oznak rychłego łysienia, lecz wręcz przeciwnie — brązową czuprynę, której kilka siwych promieni dodaje uroku. W ciemnym garniturze, pod krawatem, w klasycznie skrojonym płaszczu do kolan i z czarną aktówką w ręku wygląda na biznesmena lub urzędnika państwowego. W każdym razie na kogoś, kto ma relatywnie wysoki dochód, zapewniający mu byt do emerytury i jeszcze dłużej. Ogląda się w kierunku trójcy i władczym, niemal dudniącym głosem mówi: „Dobry wieczór”.

Kelner, Aktorka i Barton Fink przytakują. Wszyscy są lekko zdziwieni, czego nie ukrywają: co u diabła takiego porządnego mężczyznę, który sądząc po wyglądzie, bardziej pasowałby do kawiarni na głównej ulicy, sprowadza do tak obskurnej części miasta? Ale przybysz, wbrew pozorom zachowuje się tak, jakby był u siebie: podchodzi do najbliższego stołu, wprawnym ruchem rzuca aktówkę na jeden z czterech foteli, ostrożnie przewiesza płaszcz przez oparcie drugiego i łagodnie zapada się w trzecim. Ogląda się jeszcze na czwarty, jakby się zastanawiał, jak i ten sobie przywłaszczyć, jednak spojrzenie na skromną liczbę gości mówi mu, że nie ma obawy, aby ktoś się przysiadł. Spogląda na kelnera i głębokim głosem zamawia kieliszek merlota.

— Sto czy dwieście mililitrów?

— Dwieście — odpowiada mężczyzna. Nagle spogląda na zegarek na ręce, jakby coś sobie przypomniał, lekko marszczy czoło, jak to robią panowie ważący pro et contra, i w chwili, gdy trójka obecnych jest już pewna, że się zastanowił, mówi:

— Dwieście.

Kelner, wyraźnie ucieszony, że został uratowany, kładzie różę z powrotem na stole, stawia puste kieliszki na tacy i odchodzi za bar. Barton, który nie widzi już sensu wpatrywania się ze skręconą szyją w mężczyznę siedzącego z tyłu, odwraca się w kierunku Aktorki. I zauważa, że dokładnie w tym momencie tych dwoje wymieniło za jego plecami coś w rodzaju wymownego spojrzenia. To mu nie przeszkadza: zawsze była kokieteryjna i jego to ekscytowało.

Mimo to wydaje mu się, że zauważył w jej oczach coś więcej niż tylko kokieterię. Jakieś zamierzone, jakby autentyczne zainteresowanie. Postanawia iść do toalety i zobaczyć mężczyznę z bliska.

Ale akurat w chwili, gdy przechodzi obok, mężczyzna zakrywa połowę twarzy telefonem, przez co nie może go obejrzeć tak dokładnie, jak by chciał. Zauważa tylko, że ma wyraźne rysy twarzy, głębokie ciemne oczy, mocno zarysowane brwi i wgłębienie w brodzie. Barton bez problemu widzi go w roli szeryfa w jakimś westernie. Rozmawia przez telefon z kimś bliskim, może z żoną.

— Przykro mi, coś mi wypadło — mówi. — Nie, trudno powiedzieć, kiedy będę. Przecież znasz te sprawy. Zadzwonię.

Barton, choć nie wypił dużo, zostaje w toalecie dłużej, niż zamierzał, wylewając takie ilości moczu, że aż trudno uwierzyć, aby mogły zebrać się w jego pęcherzu, nie rozsadzając go. Poprawia się jeszcze przed lustrem, obserwując swoją twarz. Nie jest szczególnie urodziwy. Przypomina aktora, który w filmie Barton Fink grał rolę Bartona Finka. Próbuje poprawić sterczące na wszystkie strony niesforne włosy. Następnie myje ręce.

Gdy wraca do kawiarni, początkowo wydaje mu się, że wszedł do złego pomieszczenia. W tym samym miejscu są dwie kawiarnie, które mają jedną toaletę? Dwie podobne, z takimi samymi stołami i fotelami, nawet z podobnym widokiem na ulicę? Ale ta jest zła, bo nie ma w niej żywej duszy. Zanim Barton się obróci, zauważa kelnera za barem. Nawet kelnerzy w obu kawiarniach są do siebie podobni.

Barton jest zmieszany. Kelner spogląda na niego i mówi:

— Rachunek jest już uregulowany.

Barton instynktownie się odwraca, żeby zobaczyć, czy jeszcze ktoś za nim stoi, przecież te słowa nie mogą być skierowane do niego. Zmieszanie przeradza się w strach. Wychodzi na korytarz przez drzwi wahadłowe; rozgląda się w lewo i w prawo w poszukiwaniu drzwi do właściwej kawiarni. Ale po prawej jest ściana z umywalką i stłuczonym lustrem, a po lewej wyjście ewakuacyjne, zamknięte. Przed nim jest dwoje drzwi, na jednych jest napisane K, a na drugich M. I to wszystko.

Podchodzi do umywalki, odkręca kran i kilka razy ochlapuje twarz zimną wodą. W głowie mu się coś poprzestawiało? Bierze głęboki wdech i jeszcze raz otwiera drzwi kawiarni.

Wszystko jest takie jak wcześniej, brak żywej duszy, nie ma już nawet kelnera za barem.

Nagle jego uwagę przyciąga szara wiatrówka, przewieszona przez oparcie jednego z foteli. Bardzo jest podobna do jego wiatrówki. Właściwie mogłaby być jego. Wchodzi po schodkach i udaje się w jej kierunku. Wtem zauważa jeszcze coś: na stoliku leży szkarłatna róża, którą kupił, żeby wręczyć ją Aktorce po przedstawieniu. Tak jakby wszedł przez jakąś błonę, a teraz wraca do świata rzeczywistego. Tylko gdzie jest Aktorka, gdzie jest mężczyzna?

Za barem zjawia się kelner. Barton podchodzi do niego.

— Co się dzieje?

— Pan i pani zapłacili i wyszli. Prawdę mówiąc, zapłacił pan. Za całą trójkę.

— Nie było mnie tylko minutę, co najwyżej dwie!

— Powiedziałbym pięć.

— Tylko… przecież w ogóle się nie znają.

— Rzeczywiście, nie zamienili ani słowa. Tylko wstali jednocześnie, ubrali się, pan zapłacił i już byli przy drzwiach.

Barton spogląda na oświetloną ulicę. Wiatr się nasilił, deszcz jeszcze nie ustał.

— Pan był bez parasola.

— Ona miała parasol. Nieduży, ale podniosła go wysoko i pan się do niej przyłączył. Idąc ciasno razem, niemal w objęciu, zniknęli, jakby chcieli uciec.

Z ciężarem w nogach, jakiego nie czuł już dawno, Barton zapada się z powrotem w fotelu. Paraliżuje go poczucie, że stracił kontrolę nad wydarzeniami.

Niedługo potem, bo już pół godziny później, wspina się po schodach bloku, w którym Aktorka wynajmuje garsonierę na piątym piętrze. Schody są zimne i wąskie, ściany nie były malowane już wiele lat. Pachnie od nich wilgocią. Mimo to Aktorka jest przeszczęśliwa, że nie musi dzielić mieszkania z innymi; prywatność daje jej największą satysfakcję. Po rozłożeniu kanapy prawie w ogóle nie można się ruszyć, lecz jej to nie przeszkadza. Wiele razy powtarzała, że lubi mieszkać w legowisku; im mniejsze pomieszczenie, tym bezpieczniej się czuje.

W chwili, gdy Barton podnosi rękę, by nacisnąć na dzwonek, w drzwiach zgrzyta klucz. Słyszała jego kroki, widziała go przez wizjer?

Nic z tych rzeczy: gdy drzwi się otwierają, w ogóle go nie widzi, bo w przedpokoju, ubrana tylko w niebieski szlafrok całuje się na pożegnanie z przysadzistym, już w płaszczu i z aktówką w ręce, panem szeryfem, którego plecy są nad wyraz, wręcz niebezpiecznie zgarbione, inaczej nie dosięgnąłby jej ust, znajdujących się o głowę niżej; jej język liże jego twarz jak język wdzięcznego pieska.

Barton powstrzymuje się od chęci zwymiotowania na progu. Na jego widok oboje jednocześnie instynktownie odsuwają się od siebie; szok na ich twarzach jest tak zabawny, że wydaje się być udawany.

Zanim się otrząsną, Barton uśmiecha się i mówi:

— Spóźniłem się na pierwszą kolejkę, może macie czas na jeszcze jedną?

Pan jako pierwszy ocenia, że rzecz nie oznacza końca świata. Wyraźnie przywykł do delikatnych spraw, w jego wieku zapewne zebrało się ich sporo. Niezręczna sytuacja, nie ma co ukrywać, ale takie jest życie.

Barton przesuwa się, by pan, wychodząc z mieszkania, go nie stratował; sądząc po gwałtownym pierwszym kroku, byłby to w stanie zrobić. Z wartą pozazdroszczenia godnością schodzi po schodach i znika za pierwszym zakrętem; dźwięk jego butów na zimnym betonie powoli cichnie i urywa się, gdy dużo niżej drzwi wejściowe otwierają się i z trzaskiem zamykają. Aktorka przekornie czeka, aż Barton zasypie ją oskarżeniami.

— Mogę do środka?

— Pospiesz się, zimno mi.

— Jak miałoby ci nie być, skoro nic nie masz pod szlafrokiem, który kupiłem ci, może jeszcze pamiętasz, na dwudzieste pierwsze urodziny. Jesteś goła i rozpalona tym, co zrobiłaś za moimi plecami, mimo że obiecałaś mi, że nie będziesz uprawiała seksu pod moją nieobecność.

— Jesteś chory, Simon.

— Jeszcze jestem Barton. Jako Simon chyba bym już zwariował i cię udusił, jako Barton mogę sobie pozwolić na tępą obojętność swojego współimiennika.

Wchodzi do środka, Aktorka zamyka drzwi. Barton zatrzymuje się na progu pokoju dziennego/sypialni i widzi rozłożoną kanapę, na której leży wygniecione i przesiąknięte potem jasnoniebieskie prześcieradło, przykrycie zmięte po jednej stronie spania, podgłówek wciśnięty w kąt między bokiem a oparciem kanapy. Rozgardiasz po dzikim wysiłku fizycznym.

A z tyłu, w kącie, przed stolikiem komputerowym, stoi krzesło biurowe, na którym Barton zawsze siedział, obserwując Aktorkę w skurczach i pozycjach nieopanowanej namiętności w objęciach nieznajomych. Wprawdzie tylko trzech, lecz z każdym rzecz powtórzyła się z dwadzieścia razy, z trzecim może nawet więcej. I za każdym razem Aktorka dzwoniła, gdy miała ochotę na zabawę, a on dzwonił po performera, gdyż tylko on miał numery do wszystkich trzech.

A teraz to.

Barton przepycha się koło kanapy, odwraca krzesło biurowe i siada na nim. Aktorka zostaje przy drzwiach, opierając się o futrynę.

— Dlaczego to zrobiłaś?

— Nie masz prawa stawiać mi pytań, nie jestem ci nic winna.

— Dlaczego tak perfidnie zerwałaś naszą umowę?

Aktorka robi krok w przód i podchodzi do spania, siada na rogu i opada na plecy. Wyciąga się na całej długości i kładzie ręce pod głowę. Szlafrok zsuwa jej się z nóg i odkrywa udo. Nie stara się go ponownie zakryć: mało tego, zgina nogę w kolanie i odkrywa udo aż do biodra.

— Chodź i weź w końcu to, co już dawno jest twoje. Dopiero potem będziesz mógł zapytać dlaczego. I dopiero potem będę ci winna odpowiedź.

Barton niezręcznie przemieszcza się na krześle obrotowym. Oczekiwał sprzeciwów, kłótni, kłamstw, wyjaśnień. Może przeprosin, dlaczego nie. Ale nie spodziewał się tak wyzywającej, nieodpowiedniej do sytuacji propozycji. Bezwstydnej, zawstydzającej propozycji, której przez wzgląd na okoliczności, w jakich go nią zaatakowała, nie mógłby przyjąć, nawet jeśli nie wchodziłyby w grę inne powody jej odrzucenia.

— Ledwo wylazłaś spod jednego i już właziłabyś pod innego?

Aktorka podnosi się i opiera na łokciu.

— A wtedy, gdy na tym łóżku ćwiczyłam wszystkie pozycje kamasutry, których ode mnie wymagałeś, z typami, których mi przyprowadziłeś? A ty siedziałeś właśnie tam i patrzyłeś – wtedy nie byłam nieczysta?

— Ciało idzie pod prysznic i jest czyste, do duszy nieczystość się przykleja i nie można jej już nigdy zmyć. Wywiązanie się z umowy, dla obustronnej korzyści, jest czyste, bez względu na to, jak bardzo łamie się normy. Nieczyste jest wszystko to, co wynika z kłamstwa, zdrady, także małej rzeczy, a co dopiero czegoś tak podłego, jak ty zrobiłaś.

Aktorka podnosi się, krzyżuje nogi, siada na łóżku.

— A wiesz, dlaczego to zrobiłam? Bo zachowujesz się, jakbym nie miała prawa mieć pragnień i myśli, niezależnych od tego, co ty chcesz. Życie to nie literatura, w której jest ci wygodnie, bo nie musisz grać postaci drugoplanowej w życiu innych. W rzeczywistości, Simon, jesteś postacią drugoplanową w życiu wszystkich ludzi. I od teraz będziesz też w moim. Żaden twój wymysł, a zwłaszcza ten, że za rok umrzesz, mnie nie wzruszy. Jeśli chcesz, bądź od teraz aktorem w moim scenariuszu.

— To niemożliwe.

— Nie, bo jesteś impotentem. Inaczej już byś się do mnie dobierał.

Barton wstaje i przeciska się do drzwi. Aktorka patrzy na niego. Wciąż zadziornie, chociaż, jak Barton wie, nie oznacza to, że i zarozumiale. Może mógłby odpowiednim posunięciem przywrócić rzeczy do poprzedniego stanu. Ale to niemożliwe: Aktorka zalegalizowała nowe zasady.

— Byliście umówieni w tej kawiarni?

— Nie, Simon. To był moment, powiedzmy mechanizm obronny. Podeszłam do niego i zapytałam, czy poszedłby do mnie. Bez słowa ubrał się, zapłacił rachunek i poszliśmy.

— Było w porządku?

— Bardzo. Szkoda, że cię nie było. Dobrze byś się bawił.

2.CO BEZDOMNY POWIEDZIAŁ BARTONOWI FINKOWI

Barton spieszy deszczowymi ulicami do domu, by w schronieniu swojego pokoju zastanowić się, dlaczego szach-mat, który dostał w ostatniej rundzie z Aktorką, napełnia go niewymowną ulgą. Gdzie są uczucia porażki, oszukania, straty, żalu? Jeszcze nigdy w życiu nie czuł się odciążony zakończeniem gry nie przez siebie, lecz przez kogoś innego. Zawsze wszystko musiało się dziać po jego myśli i zawsze, by to osiągnąć, wykorzystywał swój dar manipulowania innymi. Kiedy coś nie poszło zgodnie z planem, cierpiał. Mało tego: ogarniał go strach, że Losowi, jego największemu wrogowi, w końcu udało się zebrać oddziały i ruszyć do kontrataku i że od tej chwili będzie ponosił już tylko porażki.

A teraz nie ma nawet cienia strachu. Przeciwnie: cicha, satysfakcjonująca ulga na myśl, że to nie on będzie musiał kończyć grę.

Bo w końcu przyszedł powiedzieć Aktorce tylko to, że jego dni są policzone i że w ciągu roku go zdmuchnie. Chciał się z nią pożegnać; dlatego przyniósł szkarłatną różę. Nie dlatego, by pogratulować jej wybitnie zagranej roli, którą, szczerze mówiąc, zagrała mizernie, lecz by jej powiedzieć: „Goodbye forever, I’m blowing out of here”. Oczywiście, konsekwentnie, chciał się z nią pożegnać, odgrywając wartką scenę ich dramatu miłosnego. Z miejscami żegnamy się, jeszcze raz je odwiedzając; z ludźmi jeszcze raz ich obejmując; z partnerami seksualnymi jeszcze raz się z nimi kochając.

Bez najmniejszej wątpliwości: była jego partnerką seksualną. Uprawiając seks z innymi, na wyższym, optymalnie intensywniejszym poziomie uprawiała seks z nim. Nie zaprosił jej na kawę z takim zamiarem, lecz widząc, jak uśmiecha się do kelnera, pomyślał, że nie mogą się pożegnać w żaden inny sposób.

Deszcz przybiera na sile, a Barton jest bez parasola. Chowa się pod sklepieniem, prowadzącym do mrocznego podwórka budynku w starej części miasta. Spogląda na zegarek: północ, wszędzie pusto. Gdzieś niedaleko zaczyna bić zegar kościelny. Odczuwa ochotę na papierosa. Przestał palić w wieku dwudziestu lat, dlatego paczka papierosów jest ostatnią rzeczą, jaką mógłby znaleźć w swoich kieszeniach. Trzeba się będzie obyć bez. Kiedy stajesz się towarem z ograniczonym terminem ważności, jest oczywiste, że trzeba się obyć bez wielu rzeczy. Że będziesz musiał przeżyć ten rok inaczej, niż jakbyś miał nadzieję, że czeka cię jeszcze pół wieku. Że trzeba będzie przemyśleć wiele spraw, zrobić redukcję, zrobić listę priorytetów. Przede wszystkim bardzo krótką listę.

Ale z drugiej strony możesz też umieścić na liście wszystko, o czym w ogóle nie pomyślałbyś, gdybyś miał przed sobą jeszcze pół wieku. Tym, którzy muszą umrzeć w młodości, pozwala się na wiele. Pozwala im się doświadczyć także ciemnych stron życia, stać się, przynajmniej na dzień lub dwa, ludźmi, którymi w ciągu normalnego życia nigdy nie odważyliby się stać? Seks z diabłem i Bogiem, bezstronny stosunek do obu? A trzeci człon trójcy, obserwator?

Na ciemnym podwórku ktoś zakasłał. Barton wzdryga się i instynkt prawie popycha go do ucieczki.

Słyszy męski głos.

— Nie jestem niebezpieczny.

Barton się uspokaja, choć serce nadal wali mu jak oszalałe. Kocimi krokami dochodzi do brukowej drogi wzdłuż przejścia podziemnego. Ostrożnie zerka za róg i na drodze, tuż przed sobą, pod szerokim wewnętrznym okapem zauważa zawiniętą w koc postać, jak worek opierający się o ścianę. Kloszard, który schronił się tam przed deszczem.

Górna część worka obraca się w jego kierunku, zamienia się w brodatą głowę pokrytą wełnianą czapką.

— Hej, masz może papierosa?

— Nie, rzuciłem palenie.

— W takim razie będę musiał zapalić jednego ze swoich.

Kloszard szpera pod kocem, wyciąga papierosa i wkłada go między zęby. Rozbłyskuje płomień zapałki i w jej świetle Barton widzi zaniedbaną twarz mężczyzny w trudnym do określenia wieku; dałby mu jakieś pięćdziesiąt kilka lat. Wyciąga się do niego ręka, w której zauważa paczkę.

— Chcesz?

— Jak powiedziałem…

— Dobrze, dobrze. Nie jestem wysłannikiem diabła, który miałby cię z powrotem sprowadzić na złą drogę. Jestem zupełnie zwyczajnym bezdomnym.

— Wydaje mi się, że jest pan dosyć wykształconą osobą.

— A takich nie ma wśród bezdomnych?

— Zwykle nie.

— Mówisz jak człowiek doświadczony, jak na swoje lata.

— Niech pana nie zwiedzie mój wygląd. W rzeczywistości jestem bardzo stary i wkrótce umrę.

— Ja też, choć jestem jeszcze młody.

Barton słyszy śmiech, przy którym przechodzą mu ciarki. Żartuje sobie z niego czy z siebie? Z drugiej strony czuje niepohamowaną chęć, żeby z nim zostać i porozmawiać. Przechodzi przez nogi kloszarda i siada obok na zimnym bruku, opierając się o ścianę.

— Przeziębisz się — mówi kloszard.

— Już nic mnie nie może złamać.

— Ja jestem bardziej kruchy, wilgoć od razu mnie łamie.

Barton zauważa, że kloszard jest nie tylko zawinięty w wełniany koc, lecz pod tyłkiem ma grubą warstwę gazet.

— Ochrona ciała jest naszym pierwszym obowiązkiem. Kiedy ciało jest na chodzie, razem z nim także wszystko inne. Szpera w na wpół pustej torbie, leżącej obok niego, wyciąga jeszcze jedną gazetę i daje Bartonowi. Barton przyjmuje ją z wdzięcznością. Rozkłada i podkłada sobie pod tyłek.

— Dziękuję — mówi.

— Każdy ojciec zatroszczyłby się o swojego syna. I ja mógłbym być twoim ojcem.

— W jakiejś kiepskiej powieści okazałoby się teraz, że to prawda.

— Student? — pyta kloszard. Barton przytakuje.

— Komparatystyki i filozofii.

— Takie przypadki są nie tylko w słabych książkach, ale też w bardzo dobrych sztukach. Jeśli ograniczymy się do Edypa.

— Kim pan był, zanim pan skończył na ulicy?

— Nieważne, kim byliśmy. Ważniejsze jest, kim chcemy zostać. To ma znaczenie zwłaszcza dla ciebie. Ja mogę jedynie jeszcze bardziej zarosnąć.

Barton z przyjemnością wdycha dym wijący się z papierosa kloszarda. Przychodzi mu do głowy niecna myśl, by znowu zacząć palić.

— Nie wiem, kim chciałbym zostać. Czasami marzę o tym, aby być jedną z postaci historycznych. Nie tylko jedną, więcej. Aleksandrem Wielkim, Sokratesem, Tomaszem z Akwinu, Henrykiem VIII, Napoleonem, Dostojewskim. I jeszcze setką innych. Aby żyć wszystkim tym, czym byli. Zwłaszcza tym, czego ludzie o nich nie wiedzą. Aby przeżywać ich skryte myśli, bóle, irytacje i urazy.

— Szybko doszedłbyś do wniosku, że nie przeżywasz niczego, co jest ci obce.

— Mogę panu coś zdradzić? Właśnie dzisiaj, trzynastego, w dniu moich urodzin, lekarze potwierdzili, że mam rzadki rodzaj raka, który mnie sprzątnie z tego świata w ciągu najwyżej roku.

— Szczere wyrazy współczucia, bracie — mówi kloszard po przerwie.

A trzy sekundy później:

— I to jest prawda? Czy tylko ciekawa poza, którą młodzi w twoim wieku tak bardzo lubią się bawić?

— Dlaczego miałbym wymyślać rzeczy, które powodują taki ucisk w sercu, że ledwo oddycham?

Następuje chwila ciszy, w której obaj, kloszard i Barton, zauważają, że przestało padać. Nie ma już powodu, aby chować się pod okapem; mogliby wstać i odejść, każdy w swoją stronę. Przynajmniej Barton. Bo kloszard najprawdopodobniej wolałby przeczekać tam do rana.

Wychodzi na to, że żadnemu z nich się nie spieszy. A najmniej Bartonowi, który zostałby pod dachem także bez gazety pod tyłkiem. Dobrali się. Dwaj, którzy wierzą, że mają sobie coś do powiedzenia. Kloszard grzebie pod kocem, wyciąga paczkę papierosów, otwiera ją i częstuje Bartona. Barton wybiera takiego, którego kloszard jeszcze nie wypalił, i wkłada go sobie między zęby. Przeszywa go uczucie błogości. Jak przyjemnie jest wrócić do nałogu, z którym zerwało się na rok albo dwa! Zapałka trzaska, dwa papierosy zapalają się, przez cztery dziurki od nosa uchodzi dym.

— Nie do końca jest to fajka pokoju — mówi kloszard — jest za to papieros przyjaźni.

— Moim najlepszym przyjacielem jest internet.

— Ja też miałem kiedyś adres elektroniczny. A teraz, o dziwo, w ogóle mi go nie brakuje.

— Mnie internet od siebie uzależnił.

— Wiem, pomaga pracować, szybciej żyć. I spośród odpowiedzi na pytania, które dostajesz, możesz wierzyć tylko w te, które ci pasują.

— Albo w te, które ci nie pasują.

— Na przykład w to, że masz rzadki typ raka i zostaje ci co najwyżej rok życia?

Barton przezwycięża zakłopotanie.

— Rzeczywiście, najpierw diagnozę postawiłem sobie sam, na podstawie objawów. Ale właśnie dzisiaj potwierdzili ją specjaliści na onkologii.

— Jeśli takie choroby byłyby zakaźne, kupiłbym ją za wszystko, co mam. Chociaż nie mam zbyt wiele. Tylko jeszcze jednego papierosa. Nie będziesz zły, jeśli go zatrzymam?

— Możemy się umówić na konkretną godzinę i miejsce, a przyniosę panu jutro pięć paczek.

Barton znów słyszy śmiech i czuje przeszywający go dreszcz: mieszankę radości, drwiny, rozpaczy, uciechy z cudzego nieszczęścia. Śmiech, do którego, przez wzgląd na fakty, powinien być zdolny sam. To naprawdę śmiech kloszarda? Czy na podwórzu jest jeszcze ktoś, kto podsłuchuje rozmowę i ukrywa się w ciemności?

— Co zrobiłby pan na moim miejscu?

— Och, w moim wieku powiedziałbym: do diabła z tym światem, nic z niego nie mam, goodbye, dobrze, że przynajmniej nie ma dowodów na istnienie reinkarnacji. A w twoim… nie wiem. W twoim wieku ta rzecz nie dotknęłaby mnie specjalnie, bo ciemność na tym świecie nie jest gorsza od tej po drugiej stronie. W twoim wieku, kiedy perspektywa życia jest znacznie inna, pewnie próbowałbym coś zrobić.

— Na przykład?

— Dasz mi chwilę na zastanowienie?

Barton przytakuje i poświęca się czerpaniu przyjemności z palenia papierosa. Zamienia to w obrzęd. Nachodzi go myśl, że od tej pory w obrzęd będzie musiała zamienić się każda czynność, nawet ta nieważna. Obrzęd żegnania się z czynnościami, które dotychczas, w kontekście domniemanej wieczności, wydawały mu się tak nieważne, że robił je nieświadomie.

— Wiesz, co ja bym zrobił? — odzywa się kloszard.

— Zrezygnowałbym z szukania szczęścia i satysfakcji. W każdym przypadku to zboczenie, a w twoim byłaby to strata czasu. Już nigdy nie będziesz szczęśliwy, już nigdy nie będziesz zadowolony. Jedyne uczucie szczęścia może ci dać świadomość, że to, co cię spotkało, to coś wyjątkowego. To coś dobrego. Jeśli dotrzesz do tej świadomości, to będzie największe zwycięstwo w twoim życiu. Potem zostanie ci jeszcze tylko pytanie, co robić przez następne dwadzieścia miesięcy.

— Nigdy nie byłem szczególnie szczęśliwy. Tak naprawdę nigdy nie szukałem takich uczuć. Szukałem pobudzenia, przyspieszonego bicia serca, zastrzyku adrenaliny. Miałem frajdę, gdy mogłem sobie wyobrazić, że jestem bohaterem w jakiejś książce, którą czytałem, lub w jakimś filmie, który oglądałem. Wiele razy próbowałem odtwarzać wybrane sceny w swoim życiu. Lubiłem sobie wyobrażać, że jestem kimś innym.

— I teraz chciałbyś z tym skończyć?

— Przeciwnie. Podczas tego roku, który mi został, chciałbym odegrać tysiąc ról. Chciałbym być wieloma postaciami, wpleciony w najbardziej niecodzienne, najbardziej dziwne, najbardziej burzliwe wydarzenia. Do tego worka wrzuciłbym wszystko, co można zrobić, poznać i przeżyć w optymalnie długim życiu. Nie tylko w życiu jednego człowieka, ale dziesięciu.

— Cóż za ambicje, cóż za entuzjazm!

— Dla mnie idealne życie to dramat. Wszystko inne to wegetacja.

— Brakuje ci doświadczeń?

— Różnych doświadczeń. Te muszą być częścią jakiejś całości. Jakiejś historii. Jestem dramaturgiem, powiedzmy, że to zboczenie zawodowe.

— Dramaturg! Teraz mi mówisz.

— Och, nie grają mnie w Teatrze Narodowym, na razie wystawiają mnie tylko amatorzy.

— Od tego trzeba zacząć.

— Na scenach amatorskich też jakoś szczególnie nie odnoszę sukcesu. Może pisanie sztuk jest tylko przedłużeniem chęci, by pokazać swoje życie, umieścić je w kontekście sztuki.

— Wiem, co mi próbujesz powiedzieć.

— A pan? Nie przyszedł czas, żeby mi pan zdradził, co pan robił?

— Nic dramatycznego. Tylko że ja jestem w takim wieku, że banalność codzienności już mi nie przeszkadza. I w takiej sytuacji, że nie mogę sobie pozwolić na to, żeby mi przeszkadzała. Jestem nawet zadowolony z tego, co mam. Ale ty jesteś dramaturgiem, dlatego musisz sobie udramatyzować resztę życia.

— Taki mam plan. Od dawna widzę życie jako glinę, którą można formować w dzieło sztuki.

— Dobrze się ciebie słucha, synu. Jak masz na imię?

— Zależy kiedy. Mniej więcej do północy byłem Bartonem. Teraz jestem Simonem, to imię noszę najczęściej. Kim będę jutro, nie wiem. Ciągle zmieniam się z postaci w postać.

— To znaczy, że robisz to, co powiedziałeś, że chciałbyś robić w ostatnim roku swojego życia.

— To jest dopiero przed-przygotowanie.

— Przydałoby ci się małe ostrzeżenie?

— Na pewno.

— Dobrze jest wierzyć, że jest się gliną w swoich rękach. Wierzyć, że jest się artystą i jednocześnie swoim dziełem. Odwołując się do Szekspira, należy sobie postawić co najmniej jedno pytanie. Wszystkie jego postacie, które uważają się za autorów samych siebie, są albo złe, albo nieustępliwe i ta ich nieustępliwość doprowadza je do tragedii. Wiem, że dopiero co się poznaliśmy, lecz proszę cię, uniknij tego błędu. Ze wszystkich sił staraj się zamienić resztę swojego życia w sztukę, która chcąc nie chcąc będzie też komedią, taki bowiem jest świat. Jednak nie zapominaj nigdy słów lekarza Galena. Primum non nocere. Po pierwsze, nikomu nie szkodzić. Trzymaj się tego. Poza tym wszystko jest dozwolone.

— Czy nie jest tak, że wszystko, co jest dla mnie korzystne, komuś innemu szkodzi?

— A to już zalicza się do wyższych płaszczyzn filozofii, zbyt wysokich dla mnie, ja jestem tylko kloszardem.

— Nie jest pan żadnym kloszardem.

— Myślisz, że pozwalam sobie na podobną grę co ty? Zmianę tożsamości?

— Co najmniej.

— Muszę cię rozczarować. Moja historia, w porównaniu z twoją, jest bardzo zwyczajna. Niestety nie mogę ci powiedzieć nic więcej.

— Dlaczego?

— Z powodów obiektywnych. Uwierz, źle mi z tym, że muszę kilka rzeczy przemilczeć, podczas gdy ty szeroko otworzyłeś przede mną serce. Tak źle, że spróbuję się zrehabilitować małym prezentem.

Simon zauważa, że podsuwa mu pod nos papierosa.

— Powiedział pan, że chciałby go zostawić dla siebie.

— Czyż to nie piękne, że człowiek jest zdolny zapomnieć o sobie i pomyśleć o innych?

— Jeszcze jedna aluzja?

— No, weź, zapalę ci go.

Simon bierze podarowanego papierosa i wciska go między zęby. Zapałka trzaska, płomyczek oświetla cenny ozdobny pierścień na lewej ręce kloszarda. Simon zaciąga się, dym drażni go w gardle.

— Jeszcze o coś chciałbym zapytać, jeśli mogę.

— Do rana daleko — odpowiada kloszard.

— Dzisiaj znajoma, no, powiedziałbym przyjaciółka, zarzuciła mi coś, czego nie mogę zapomnieć. Powiedziała, że dopuszczam do swojego życia innych tak, jakby byli postaciami w sztuce, którą piszę. I że tak się w stosunku do nich zachowuję. Inni muszą nieustannie występować w moim scenariuszu, a ja w ich nie chcę.

— Wszyscy chcą nas jako aktorów w swoich przedstawieniach. I każdy z nas chce, aby inni grali w jego przedstawieniu. Wszyscy staramy się stworzyć sobie życie, przynajmniej z daleka przypominające historię, którą czytalibyśmy z zaciekawieniem. I każdy chce być w swojej historii głównym bohaterem. Chce być autorem, reżyserem, gwiazdą spektaklu, podczas gdy wszyscy inni mieliby być statystami, w razie potrzeby podniesionymi do rangi współgraczy, a potem znowu delegowanymi do armii statystów. Sztuką jest potrafić grać wszystkie trzy role. Głównego bohatera, współgracza, statysty.

— Pan tak potrafi?

Z ust kloszarda znowu wydobywa się śmiech, tak głośny, że Simon instynktownie się odsuwa. Paląca się końcówka papierosa w jego ustach rozbłyskuje, jakby musnął ją poryw wiatru.

— Przepraszam. Wiem, głupio się śmieję. Ale to jest wszystko, na co w ostatnim czasie mogę sobie pozwolić. Nic nie umiem i bardzo mało wiem, drogi Simonie. Jak jest ciemno, macham nożem w powietrzu w nadziei, że w coś trafię. I czasami, raczej rzadko, trafiam. To jest suma moich umiejętności. I mojej mądrości.

— Coraz bardziej wydaje mi się, że nie traktuje mnie pan poważnie.

— Słowem, postanowiłem trochę sobie z ciebie zadrwić. Takie masz wrażenie?

— Tak.

— Mógłbym to zrobić. Mógłbym śmiać się pod nosem ze wszystkiego, co dotychczas powiedziałeś. I kto miałby mi to za złe? W zimną noc pełną rozpaczliwej nudy na opuszczonym podwórku los zsyła mi młodego Simona, który w pół godziny mówi mi więcej zabawnych rzeczy, niż udało mi się usłyszeć w ciągu dziesięciu lat. Ale twoje przeczucie jest zdradliwe. Zazdroszczę ci tego nadchodzącego roku. Wiem, że go wykorzystasz, ja nie zrobiłbym tego nigdy. Chcesz spędzić go w domu? Czy planujesz przynajmniej trochę wyrwać się w świat?

— Dlaczego?

— Bo może będę mógł ci pomóc, jeśli wybierasz się w świat. Bo jeśli zostaniesz w domu, to nie.

— Nie zostanę w domu. To będzie ostatnia okazja, aby zobaczyć trochę świata. Jedynym problemem są pieniądze.

— Banki mają ich tyle, że nie wiedzą, co z nimi zrobić. I wśród milionerów znalazłby się donator. A rodzice?

— Są rozwiedzeni. Mieszkam u ojca. Nie przelewa mu się, a do tego jest jeszcze skąpy.

— Na podróż do Nowego Jorku na pewno by ci dał. Zwłaszcza jeśli powiesz mu o stanie swojego zdrowia.

— Dlaczego Nowy Jork?

— Tam mam znajomego. Przyjaciela. Bardzo zaufanego. Mógłbyś mu zawieźć pozdrowienia. I mały prezent. Już długo go nie widziałem.

— W Nowym Jorku ma pan przyjaciela? — dziwi się Simon.

— Jeśli ojciec nie da ci pieniędzy, ja je zbiorę. Będę żebrał przed kasą na parkingu.

— Nie mogę sobie wyobrazić, że naprawdę zrobiłby to pan.

— To bardzo ważne, żebyś wyjechał do Nowego Jorku.

— Dlaczego?

— Poznasz ciekawych ludzi. Wpleciesz się we wszystkie możliwe dramaty. Komedie, tragedie, farsy. Już w pierwszym miesiącu na własnej skórze przetestujesz całą literaturę światową. Mój przyjaciel wprowadzi cię do kręgów, które specjalizują się w takich sprawach. Będziesz mógł zabijać smoki, walczyć z cyklopami, ratować piękne królewny.

— Jeszcze nie wiem, co zrobię.

— Najpierw musisz sobie poszukać autorytetu. Może twój ojciec? Brat?

— Jestem jedynakiem. I nie potrzebuję autorytetu.

— Wyruszasz w nieznane. Co zrobisz, jak będą cię chcieli oszukać? Jak cię okradną? Jak będziesz rozdarty, czy pomóc komuś czy sobie? Zawsze twoją pierwszą myślą będzie: co w tej sytuacji zrobiłby mój autorytet?

— Zrobię to, co uznam za właściwe.

— Jesteś ciekawym chłopakiem, wiesz? Naprawdę podobasz mi się. Szkoda, że nie mogę jechać z tobą do Ameryki.

— Dlaczego nie? Obrabujmy bank i jedźmy obaj.

— Niestety muszę odpracować swoją karę na ulicach tego miasta. Taka jest umowa.

Kloszard sięga pod koc, przeszukuje kieszenie, wyciąga wizytówkę i daje ją Simonowi. Simon podnosi ją bliżej oczu i w mdłym świetle czyta: Vincent Vega, 867 Fifth Avenue, Manhattan, New York. I obok numer telefonu!

— Wie pan, kim jest Vincent Vega? Dlaczego bawi się pan ze mną?

— Oczywiście, że wiem, kim jest Vincent Vega. Znamy się dwadzieścia lat.

— Vincent Vega jest postacią w filmie Quentina Tarantino Pulp Fiction. Grał go John Travolta. To nie jest rzeczywista osoba.

— Niemożliwe. Mój przyjaciel oszalałby, jakby dowiedział się, że ktoś wykorzystał jego nazwisko. Chyba że to jest przypadek. Nie zdziwiłbym się. Spójrz do książki telefonicznej i przelicz wszystkich Nowaków.

Simon kiwa głową.

— Coś jest nie w porządku.

Podnosi ręce i kładzie je sobie na czole. Wydaje mu się nadzwyczajnie gorące.

Szybko wstaje.

— Proszę mi wybaczyć, ale muszę… wracać do domu.

Skręca w tunel, przechodzi przez plac i przyspiesza kroku.

Bardziej czuje, niż słyszy, że kloszard go śledzi.

— Poczekaj, zadzwonię po taksówkę! — woła za nim.

— Nie możesz iść pieszo, jeśli jesteś śmiertelnie chory.

Simon odwraca się i widzi, że kloszard trzyma w ręku telefon. Jeden z najnowszych modeli, szeroki, płaski, z kolorowym ekranem.

— Nie trzeba — odpowiada, wołając — mieszkam bardzo blisko.

I niewidzialny wiatr niesie go już w kierunku najbliższego rogu; chciałby jak najszybciej zniknąć kloszardowi z oczu. Gdy wygląda zza rogu na plac, widzi, że kloszard dalej stoi w tym samym miejscu. I dzwoni. Z telefonem przy uchu.

— Hi, Vince! What’s the time in New York? Listen, I’m sending you a young man. A very special, potentially very useful young man. He’ll bring you something. Use him, but don’t abuse him. I like the boy. Promise? I’m fine. Sticking to my assignment, as always. You what? Listen, it’s a very bad line, I’ll call you back.

Kloszard wkłada telefon do kieszeni, owija się kocem, zabiera torbę i szybkim krokiem udaje się prosto w kierunku rogu, za którym skrywa się Simon.

Simon ucieka wąską uliczką, skręca w następną, w lewo, i z tej w następną, w prawo, i potem prosto do końca, tam czuje się wystarczająco bezpiecznie, dlatego na chwilę przystaje. Opiera się o ścianę i oddycha głęboko. Kilka razy się ogląda, niemal pewny, że na drugim końcu ulicy ujrzy kloszarda. Do domu jest daleko; ani mu się śni iść piechotą. Co robić? Autobusy nie jeżdżą, na taksówkę nie ma pieniędzy, do tego w telefonie nie ma ani jednego numeru, pod który mógłby zadzwonić i ją zamówić.

Nagle przypomina sobie, że dwie ulice dalej mieszka Soraja. Może jest zajęta, a może nie.

Postanawia spróbować.

Były czasy, kiedy w każdy poniedziałek o dziesiątej wieczorem naciskał na jej dzwonek przed drzwiami wyremontowanego budynku w starej części Lublany, czekał, aż odezwie się w domofonie jej aksamitny głos i zapyta, kto to, mówił hasło, po którym go rozpoznawała, czekał, aż zabrzęczy domofon i będzie mógł wejść, a później, przeskakując po dwa drewniane schody, wbiegał na drugie piętro, gdzie czekała na niego w drzwiach, w niebieskiej jedwabnej koszulce, zawsze z cierpiętniczym uśmiechem na twarzy i smutkiem w oczach. Zapraszała go do ładnie urządzonego mieszkania, niedużego, ale też nieciasnego, składającego się z pokoju dziennego/sypialni, aneksu kuchennego i małej łazienki. Sadzała go w niskim fotelu przed szerokim łóżkiem małżeńskim, proponowała kieliszek wina, który od razu wypijał, brała pusty kieliszek z jego rąk i odnosiła go na stół z napojami, po czym siadała na rogu łóżka i z wyczekiwaniem na niego patrzyła.

Za każdym razem miał do wyboru tylko jedną z trzech wcześniej ustalonych między nimi rozrywek: striptiz przy indyjskiej muzyce, obserwowanie z fotela, jak leżąc naga na łóżku, masuje sobie klitoris, i zabawę wibratorem, której przebieg i czas trwania zawsze określała ona.

Nigdy nie chciał jej dotykać, nigdy nie chciał, aby ona dotykała jego. Obie te rzeczy mu zaproponowała jako jedną z opcji, jednak szybko zauważyła, że nie interesuje go ani jedno, ani drugie, dlatego nie ponawiała propozycji. Nie drążyła też tematu; przyjęła to ze zrozumieniem, uznając, że ma swoje powody. Tak samo jak ze zrozumieniem przyjęła fakt, że za przysługi nie może jej płacić inaczej, jak ucząc angielskiego jej dziesięcioletniego syna. Relacja opierała się na zaufaniu, w które nie wątpił ani on, ani ona; wiedzieli, że obawa przed obustronnym niezachowaniem dyskrecji zburzyłaby nieskomplikowaną naturę działania, z którego oboje, każdy na swój sposób, czerpali przyjemność.

Nigdy nie wymieniali wielu słów. Ona była cicha, a on, mimo że rozmowny, przy niej nie czuł potrzeby jednoczesnego werbalizowania swoich uczuć, myśli, przemyśleń. Podobała mu się jej cisza; jedyne, czego od niej oczekiwał, było to, aby podczas zabawy wibratorem jęknęła, gdy osiągnie orgazm. Kiedy kilka razy nie udało jej się spełnić jego oczekiwań, był rozczarowany, niemal niezadowolony, dlatego później za każdym razem starała się, jak tylko mogła, choć nie bez obawy, że dźwięk przebije ściany i zdenerwuje sąsiadów. Jej syn dostawał coraz lepsze oceny z angielskiego i uraziłoby ją, gdyby ktoś jej zarzucił, że nie potrafi się odwdzięczyć.

Charakter ich relacji uformował się już podczas pierwszego spotkania. Simon opublikował ogłoszenie: „Chłopak szuka pięknej damy do oglądania jej podczas gier z wibratorem. Tylko SMS, na telefony nie odpowiadam”. Dostał osiem wiadomości, w większości od półpiśmiennych, które najdobitniej podsumowało zdanie na końcu ostatniej: „Jak będziesz przy tym sam walił konia, płacisz dodatkowo”. Sprawa przestała go interesować i już prawie o niej zapomniał, gdy przyszła jeszcze jedna wiadomość: „Piękna dama szuka chłopaka, który oglądałby ją podczas zabaw z wibratorem”. Poczuł się, jakby poraził go prąd. Wreszcie jedna piśmienna, wreszcie jedna inteligentna, wreszcie jedna, która może być nawet zabawna! Tylko żeby nie była gruba i brzydka.

Wymienili się kilkoma wiadomościami i umówili się na spotkanie w kawiarni naprzeciwko skupsztiny. Prawie się minęli, bo on szukał pięknej damy, a nie spodziewał się, że będzie aż tak bardzo piękna, podczas gdy ona spodziewała się starszego pana z podwójną brodą i wytrzeszczonymi oczami, przy którym szybko będzie żałowała, że przyszła. Ostatnią rzeczą, jakiej się spodziewała, był chudy młodzieniec w okularach i z rozwianymi włosami, który na jej widok zmieszał się i zaczerwienił jak uczeń przyłapany na gorącym uczynku.

— Naprawdę mi głupio — powiedział Simon.

— Przejdzie.

— Jest pani zbyt piękna. Robi to pani za pieniądze czy dla zabawy?

— Zależy kiedy. Ty pewnie nie masz pieniędzy.

— Na kawę od czasu do czasu.

— Dobrze, zapłacisz mi za kawę.

— Jestem do dyspozycji do innych usług. Mogę pani posprzątać mieszkanie, trochę znam się na prądzie, mogę usunąć wirusa z pani komputera. Czasami daję korepetycje.

— Z angielskiego?

— Chciałaby się pani nauczyć angielskiego?

— Mam syna w szkole. Ma talent, tylko nie do języków.

— Żaden problem. I speak English like a native.

— W takim razie jesteśmy umówieni. Dwa razy w tygodniu korepetycje, raz w tygodniu wypłata.

— Wypłata? — zmieszał się Simon. — A nie mówiła pani…?

— Moja wypłata. Za twoje korepetycje.

Gdy ujrzał ją nagą po raz pierwszy, przeżycie było tak intensywne, że musiał uciec do łazienki i jakiś czas pryskać wodą twarz. Jej dojrzałe, obfite, a jednocześnie zgrabne ciało wprawiło go w stan odurzenia, o którym nie pomyślałby, że jest możliwy. Pomimo swojego apatycznego spokoju, niemalże smutku, wykonywała ruchy erotyczne bez kłopotu: powoli, przemyślanie, w rytmie, w którym miała nadzieję, że będzie dla niego najbardziej podniecający. I cały czas patrzyła mu prosto w oczy. Chodził dawać korepetycje chłopcu do podmiejskiego domu, dużego domu z basenem, w którym nie było wody, tak jak wielu innych rzeczy, które w domu być powinny. Najwyraźniej ojciec chłopca wyjechał bezpowrotnie lub umarł i aby zatrzymać dom musiała uzupełniać brak dochodów pracą, którą wykonywała, jak powiedziała, dla pieniędzy i zabawy. Pewnie bardziej dla pieniędzy. Z wyjątkiem Simona; jego obecność, choć tego nie okazywała, cieszyła ją, kiedykolwiek by się pojawił, czy to w domu, czy na korepetycjach, czy w gnieździe miłosnym w starej Lublanie.

Gdy ustalili, że nie chce uprawiać z nią seksu, zaczęła mu dyskretnie wiercić dziurę w brzuchu, żeby poznać powód. Może nawet – tak wydawało się Simonowi – czuła się lekko odrzucona.

Pamięta dzień, w którym pierwszy raz go zapytała:

— Czy coś jest nie tak, Simon?

— Nie.

— Masturbujesz się?

— Jak tylko o tobie pomyślę.

— A tutaj, przede mną, nie chciałbyś?

— Nie, bo potem nie skończyłoby się na tym. Nie chcę złamać obietnicy, którą dałem sobie wytatuować na brzuchu.

Podniósł sweter i koszulkę i pokazał jej napis nad pępkiem: „No sex till I’m ready”.

Rozśmieszyło ją to; pierwszy raz słyszał, jak się śmieje. Ale śmiech nie trwał długo; jak żywy piasek pochłonął go jej chroniczny smutek.

— Krótko mówiąc, wolisz być obserwatorem niż uczestnikiem. Mam nadzieję, że ta zasada nie dotyczy też innych spraw w życiu.

— A nie jesteśmy wszyscy przeważanie obserwatorami? Czym tak naprawdę jest to, w czym możemy wziąć bezpośredni udział?

— Prawie wszystkim, jeśli mamy okazję i odwagę.

— Sport, wojny, ludobójstwo, wstrząsy, kryzysy gospodarcze dzieją się w telewizji. Siedzimy w fotelach i je obserwujemy. Świat przeniósł się do sieci, siedzimy przed komputerami, wyszukujemy, obserwujemy. Żyjemy w czasach voyerów i jesteśmy do tego przyzwyczajeni, wejście w realny świat wydaje nam się zbyt niebezpieczne.

— Ja żyję w realnym świecie. Jest ciężko, ale dobrze. Nie chciałabym stać z boku i tylko patrzeć.

— Patrzyłabyś na mnie, jeśli masturbowałbym się przed tobą?

— To co innego.

Ale Simonowi zabrakło odwagi i przez jakiś czas się nie spotykali. Syn zaczął wracać ze szkoły z pochwałami, więc powodu do korepetycji już nie było, a co za tym idzie także powodu do jej wypłat. Zadzwonił dwa razy w poniedziałek o umówionej godzinie, lecz nie odebrała. Możliwe, że jej nie było albo, co bardziej prawdopodobne, chciała mu dać do zrozumienia, że ich relacja biznesowa została zakończona.

A teraz Simon stoi przed jej drzwiami o drugiej w nocy i ma nadzieję, że Soraja jest w pracy i że chętnie mu otworzy. Dzwoni i czeka. Na ulicy rozhulany wiatr przetacza obok puszkę piwa. Klonk, klink, klonk, stacza się po zboczu w dół. Simon wodzi za nią wzrokiem i ogarnia go strach, że na dole za rogiem za chwilę pojawi się kloszard. Dzwoni jeszcze raz i czeka. Na pewno jej nie ma. Albo jest zajęta klientem. Simona nigdy nie ciągnęło, aby oglądać ją podczas pracy; choć myśl o tym, że swoje silne, napięte ciało oddaje innym mężczyznom, także obleśnym, sprawiała mu ból graniczący z zazdrością. Z Sorają było inaczej niż z Violetą. Z Violetą razem wybierali partnerów, którzy pasowali im trojgu. Soraja była czysta tylko do momentu, gdy oddawała się jemu. Jak pojawili się inni mężczyźni, szybko wydała mu się nieczysta, zepsuta; czuł się, jakby go zdradzała.

Dzwoni jeszcze trzeci raz i czeka. Najpierw nic, potem zgrzyta domofon i odzywa się zmęczony aksamitny głos:

— Kto tam?

— Simon. Muszę cię zobaczyć. Coś się stało. Żartobliwym tonem:

— Are you ready for sex?

— No, I’m ready to die. I’m going to die, Soraja, please let me in.

Długa cisza. Po chwili drzwi brzęczą. Simon uchyla je i podąża schodami w górę. Minutę później siedzi w fotelu, a ona, zgarbiona i z potarganymi włosami, siedzi na łóżku wśród zmiętej pościeli.

— Przepraszam, Simon. Powinnam być w domu, a zasnęłam po ostatnim kliencie. Starzeję się, nie wyrabiam tyle, co kiedyś. Jestem zbyt zmęczona, żeby…

— Nie. Sprowadza mnie coś innego. Będzie brzmiało nieskładnie, ale proszę, wysłuchaj mnie do końca. I nie myśl od razu, że zwariowałem. Mam możliwość wyjazdu do Nowego Jorku. Pojechałabyś ze mną?

Soraja schodzi z łóżka, wkłada bose stopy do kapci, podchodzi do stojącego pod oknem stolika z napojami, nalewa kieliszek czerwonego wina, wraca i podaje go Simonowi. Potem siada z powrotem na łóżku, podwija nogi i je krzyżuje. Przy tym koszula jej się zsuwa i odkrywa biel majtek między nogami. Simon bierze łyk wina i zamyka oczy. Spojrzenie między nogi Sorai odciąga jego myśli od sprawy, z którą przyszedł, i przekierowuje je na nostalgiczne wspomnienie dni korepetycji i jej kontrusług.

— Pojechałabyś? — powtarza pytanie.

— Tak, Simon. Tylko nie dzisiaj. I nie jutro. I nie w tym roku. Może kiedyś, później.

— Możesz sprzedać dom, Boštjan może jechać z nami, na tyle zna angielski, że od razu może się zapisać do szkoły.

— A na ile jedziesz?

— Najwyżej rok. Pewnie też gdzie indziej, nie tylko do Nowego Jorku. Może dookoła świata. Zależy.

— Miałabym sprzedać dom, zabrać syna ze szkoły i włóczyć się z tobą po świecie?

— Oddaj dom pod wynajem, po roku możesz wrócić. I kontynuować życie, które masz. Wyraźnie jesteś do niego przywiązana, chociaż nie rozumiem dlaczego.