Wydawca: WAB Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2013

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 182 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Obscenariusz - Wojciech Kuczok

Śmiała opowieść erotyczna laureata NIKE!

Zaskakujący zbiór opowiadań Laureata Nagrody NIKE, Wojciecha Kuczoka! W swojej nowej książce przygląda się życiu erotycznemu śląskich celebrytów, dawnych i dzisiejszych, a także sławnym ludziom, którzy przyjeżdżali na Śląsk, by zabawić się bez żadnych zahamowań. Co ciekawe, nie są to tylko historie współczesne. Honoriusz Balzak i Ewelina Hańska, Theodor Kalie, Franz von Winckler i wiele innych… Jednym słowem: kalejdoskop postaci znanych, zapomnianych oraz… fikcyjnych.

Proza naprawdę pikantna!

Opinie o ebooku Obscenariusz - Wojciech Kuczok

Fragment ebooka Obscenariusz - Wojciech Kuczok

Woj­ciech Ku­czok

OB­SCE­NA­RIUSZ

Wy­pi­sy z ksiąg nie­czy­stych

Co­py­ri­ght © by Gru­pa Wy­daw­ni­cza Fok­sal, MMXIII

Wy­da­nie I

War­sza­wa

Przyjdź do mnie

1

Ma­ria Pie­trow­na po­win­na na­pi­sać po­wieść. Wy­daw­ca już prze­stał ją po­na­glać. Mie­siąc po wy­zna­czo­nym ter­mi­nie nie­śmia­ło do­py­ty­wał o książ­kę, pół roku póź­niej py­tał o pół roku śmie­lej, ale po upły­wie dwóch lat od daty fi­gu­ru­ją­cej w umo­wie za­milkł, bo stra­cił na­dzie­ję. Wła­śnie wte­dy z czy­stej prze­ko­ry Ma­ria na­bra­ła ocho­ty do nad­ra­bia­nia za­le­gło­ści, trzep­nąć w mie­siąc choć­by mi­kro­po­wieść, cho­ciaż drob­ną po­wiast­kę; zro­bi­ło jej się przy­kro, za­czę­ło jej bra­ko­wać ma­ili, te­le­fo­nów i ese­me­sów od lu­dzi praw­dzi­wie za­tro­ska­nych jej for­mą li­te­rac­ką. Mil­cze­nie wy­daw­nic­twa było zło­wiesz­cze; przy­szło jej na myśl, że może już o niej de­fi­ni­tyw­nie za­po­mnia­no, po­sta­no­wi­ła więc za­dzwo­nić sama, choć po wy­bra­niu nu­me­ru zo­rien­to­wa­ła się, że nie bar­dzo wie, co ma po­wie­dzieć. Kie­dy ode­bra­ła se­kre­tar­ka, Ma­ria z tru­dem po­wstrzy­ma­ła chęć, by się przed­sta­wić i za­py­tać: „Dzień do­bry, mówi Ma­ria Pie­trow­na Sa­cha­li­na. Wia­do­mo wam coś na te­mat mo­jej po­wie­ści? Kie­dy ją skoń­czę? Czy do­brze mi się pi­sze? Sama mam so­bie za­da­wać te py­ta­nia, do dia­bła? Cze­mu prze­sta­li­ście mnie mo­ty­wo­wać?”. Za­miast tego po­pro­si­ła sze­fa wy­daw­nic­twa i uspo­ko­iła go, mó­wiąc, że jest już na fi­ni­szu, po­trze­bu­je jesz­cze kil­ku ty­go­dni, mu­ro­wa­ny be­st­sel­ler wy­ma­ga tyl­ko osta­tecz­nych po­pra­wek. Tym sa­mym za­ci­snę­ła so­bie pę­tlę na szyi, bo nie na­pi­sa­ła do­tąd ani jed­ne­go zda­nia; ale sło­wo się rze­kło.

Uwie­rzy­ła, że zmia­na miej­sca może jej do­po­móc. Wy­je­cha­ła do swo­je­go domu na wsi, po­śród pól, spro­wa­dzi­ła się na do­brą dro­gę, mię­dzy pa­gó­ra­mi wy­dat­ny­mi o na­zwach swoj­skich, gdzie dzi­czy­zna pod dom pod­cho­dzi, rze­ka spły­wo­wa o rzut be­re­tem, grzy­by pod pło­tem je­sie­nią się ple­nią, wy­star­czy wyjść z no­ży­kiem i wia­drem. Ucie­kła od gło­sów mia­sta w od­gło­sy wiej­skie: psy, cza­sem kro­wy i trak­to­ry, cza­sem jesz­cze ko­gu­ty o świ­cie – in­nym prze­szka­dza­ją­ce, ale ona dźwię­ków or­ga­nicz­nych nie uwa­ża­ła za uciąż­li­we, na­zy­wa­ła je ci­chym ha­ła­sem. W mie­ście jej szło, ale nie dość do­brze; mia­sto jest sie­dli­skiem roz­pro­szeń.

Bo­cian czar­ny ją po­wi­tał, krą­żąc nad da­chem – po­my­śla­ła so­bie, że to zła wróż­ba. Kie­dy pi­sa­nie nie idzie, wróż­by mają zna­cze­nie. Wieś dzia­ła­ła na nią owiew­nie, ta­ra­so­wo, nie­bem ol­brzy­mim roz­po­star­ta nad do­mem, po­lem, la­sem, dro­gą prze­jeż­dża­ną raz na go­dzi­nę przez ja­kieś za­błą­ka­ne auto. Każ­da po­go­da ją tu za­chwy­ca­ła, a i ptac­two pod pa­ra­so­lem ga­łę­zi się chro­nią­ce na jej drze­wach. Mia­ła pi­sać za­raz po przy­jeź­dzie, tyle co wy­pa­ko­wa­ła kom­pu­ter z wa­liz­ki, ale ry­chło za­nad­to się roz­le­ni­wi­ła, roz­ło­ży­ła le­ża­czek i sto­lik pod lipą.

Po­tem obie­ca­ła so­bie pi­sać wie­czo­rem, sko­ro dzień prze­spa­ny, ale kie­dy tyl­ko usia­dła w ci­szy i ciem­no­ści na ta­ra­sie przed do­mem, tak się pod­chmie­li­ła przed­sen­nie tym pa­trze­niem w nic, w ci­szę i ciem­ność swoj­ską, praw­dzi­wą, nie ja­kąś tam miej­ską pod­ró­bę, że na­la­ła so­bie kie­li­sze­czek ar­ma­niacz­ku, a po­tem dru­gi, i tak się roz­są­czy­ła, spo­glą­da­jąc w nie­bo, aż gwiaz­do­zbiór po­my­słów na po­wieść roz­świe­tlił jej umysł. Nie mu­sia­ła ich na­wet no­to­wać, al­bo­wiem wy­da­ło jej się oczy­wi­ste, że cier­pi nie na uwiąd twór­czy, ale na klę­skę uro­dza­ju, je­dy­nym jej pro­ble­mem jest to, by z ta­kiej gę­stwi­ny fa­buł wy­brać tę jed­ną i wart­ko ją spi­sać w kil­ku­ty­go­dnio­wym tran­sie.

Rano zaś przed­ło­ży­ła śnia­da­nie nad pi­sa­nie, a kie­dy wy­szła z kawą na ta­ras i zo­ba­czy­ła, że sta­do in­dy­cząt są­sia­da wła­śnie prze­ci­snę­ło się mię­dzy prę­ta­mi pło­tu i za­szło do ogro­du na mrów­ki, na­gle po­my­śla­ła, że choć po­rzu­ci­ła cy­wi­li­za­cję wiel­ko­miej­ską, to ludz­kie cie­pło jest jej po­trzeb­ne, a za­tem po­win­na pro­wa­dzić dom otwar­ty. Naj­chęt­niej za­pro­si­ła­by ko­goś do sie­bie na wie­czór, za­miast więc za­siąść do pra­cy, za­czę­ła prze­glą­dać książ­kę ad­re­so­wą w te­le­fo­nie i za­sta­na­wiać się, ko­góż by ścią­gnąć do swej wiej­skiej re­zy­den­cji. A kie­dy już do­szła do wnio­sku, że naj­le­piej wszyst­kich, któ­rzy będą mie­li na to ocho­tę, przy­ja­ciół, ko­chan­ków, tak­że tych przy­szłych nie­do­szłych, jak rów­nież prze­szłych do­szłych, włącz­nie z oby­dwo­ma by­ły­mi mę­ża­mi i ich ak­tu­al­ny­mi part­ner­ka­mi, to uzna­ła, że naj­le­piej bę­dzie urzą­dzić duże przy­ję­cie in­au­gu­ru­ją­ce jej przy­jazd ro­bo­czy, pi­sać za­wsze zdą­ży za­cząć, na­le­ży wszak­że uczcić samą de­cy­zję.

Już mia­ła za­cząć za­pra­sza­nie, gdy ktoś za­dzwo­nił z nu­me­ru pry­wat­ne­go.

Ma­ria od­bie­ra, sły­szy głos Wik­to­ra Dar­czen­ki, sły­szy, jak mło­dy dzien­ni­karz nie­spiesz­nie od­dzie­la sy­la­by, jak mówi flir­tow­nie, jak w trze­cim zda­niu wy­po­wie­dzia­nym wzru­sza­ją­co nie­po­praw­nie od­mie­nia sło­wo „dwór”, py­ta­jąc Ma­rię, czy kie­dy jest tak cie­pło, pi­sze na dwo­rzu, czy też uni­ka słoń­ca w swo­jej sa­mot­ni. A po­tem do­da­je, że kil­ka wła­śnie ta­kich mniej wię­cej py­tań bę­dzie jej chciał za­dać i pro­si o zgo­dę na nie­dłu­gi wy­wiad, pro­si przez wzgląd na wier­nych fa­nów, któ­rzy nie mogą się do­cze­kać no­wej po­zy­cji, pro­si oso­bi­ście.

Po wy­wia­dzie Ma­ria Sa­cha­li­na no­tu­je w swo­jej czer­wo­nej agen­dzie, jesz­cze ka­li­gra­fu­jąc, jesz­cze nie­spiesz­nie, ale już wie­dząc, już prze­czu­wa­jąc trzę­sie­nie lę­dź­wi:

Ma dwa­dzie­ścia kil­ka, może trzy­dzie­ści lat – jak wszy­scy; wszy­scy są młod­si ode mnie. Znacz­nie młod­si.

Jego ró­żo­wa­we skar­pet­ki, lek­ko za­ru­mie­nio­ne po­licz­ki, lek­kie onie­śmie­le­nie, lek­ki dow­cip, lek­kie cia­ło, pod któ­rym na­wet nie za­trzesz­cza­ła sta­ra drew­nia­na pod­ło­ga.

Lek­ki zez roz­bież­ny ukry­wa­ny pod lek­ko pod prąd mód do­bra­ny­mi oku­la­ra­mi.

Lek­ko prze­kro­czy­li­śmy czas na­gra­nia. Z uda­wa­ną non­sza­lan­cją lek­ko­du­cha lek­ką ręką wpi­sa­łam mu de­dy­ka­cję w książ­ce; nie bez na­dziei.

Ma­ria Sa­cha­li­na nie mia­ła pod ręką żad­nej ze swo­ich po­wie­ści, na te za­wsze znaj­du­ją się chęt­ni, jej pro­za scho­dzi z księ­garń na pniu; w prze­rwach mię­dzy po­wie­ścia­mi wy­da­je po­ezje, z ich re­no­mą jest znacz­nie go­rzej, wy­daw­ca li­to­ści­wie od­sy­ła jej zwro­ty z księ­garń, nim pój­dą na prze­miał; Ma­ria ma sza­fy za­pcha­ne swo­imi to­mi­ka­mi wier­szy, czę­stu­je nimi przy­god­nych go­ści jak dzie­cia­ki cu­kier­ka­mi na dro­gę.

[de­dy­ka­cja na stro­nie ty­tu­ło­wej tomu Ma­rii Pie­trow­ny Sa­cha­li­ny Kuź­nia śpie­wa­ka]:

Wik­to­rze Da­ni­ło­wi­czu,

się zga­da­ło, się na­gra­ło,

wsza­koż nęka mnie myśl o tym, by gdzieś/ja­koś/kie­dyś się z Pa­nem zna­leźć i roz­mó­wić nie­spiesz­niej. Nęka mnie tak bar­dzo, że jed­nak wpi­su­ję się oto, bez­czel­nie, choć nie be­zec­nie, i zo­sta­wiam swój ad­res, li­cząc na Pana za­list­nie­nie;–)

– Jaka jest?

– Nie­mło­da, ale czas się z nią ob­cho­dzi ła­ska­wie. Tro­chę za­nie­dba­na, ale nie od­py­cha­ją­ca. Bu­dzi in­stynkt opie­kuń­czy. No­si­ła zdep­ta­ne gó­ral­skie kap­cie z dziu­rą w po­de­szwie. Ra­czej nie dla­te­go, żeby pod­kre­ślić swo­ją non­sza­lan­cję. Na­le­ży do tych ko­biet, któ­rym jest wiecz­nie zim­no w sto­py. Wi­dzia­łem, że jej się zro­bi­ło wstyd, pod­kur­czy­ła nogi, chcia­ła za­cho­wać po­wa­gę i re­zon, ale wiesz, ta... skap­cia­nia­łość, ona tak to na­zwa­ła wła­śnie, co mnie na­wet dość ocza­ro­wa­ło, ten ję­zyk, któ­rym po­tra­fi tak zmyśl­nie wy­wi­jać. Ten jej ję­zyk to jest wy­trych, mó­wię ci, kie­dy jej słu­chasz, szyb­ko jest ci obo­jęt­ne, że masz przed sobą wiecz­nie pod­pi­tą star­sza­wą pa­nią z nad­ci­śnie­niem. Ona ma w ję­zy­ku ja­kąś nad­zwy­czaj­ną czu­łość, to nie może być ma­ska, to w niej po pro­stu jest gdzieś głę­bo­ko.

– Sa­cha­li­na uwo­dzi czu­ło­ścią. Kto by po­my­ślał.

– Nie uwio­dła mnie. Na ra­zie mnie roz­czu­li­ła.

– To znacz­nie go­rzej. Tak cię uwio­dła, że­byś my­ślał, że to ty ją uwo­dzisz. Pa­mię­taj, że ona zęby zja­dła na ru­sy­cy­stach i dzien­ni­ka­rzach młod­szych od swo­ich dzie­ci.

– Nie no, zęby ma jesz­cze swo­je. Ale miło, że się o mnie trosz­czysz.

2

Ma­ria Sa­cha­li­na daw­no tak czę­sto nie się­ga­ła po swój czer­wo­ny ze­szyt. Czer­wo­ny ze­szyt jest rap­tu­la­rzem mi­ło­snym, a ona nie pa­mię­ta, kie­dy ostat­nio ko­cha­ła. Pro­wa­dzi co praw­da bi­lans wy­dat­ków na escort girls i ka­fa­ro­wych mło­dzian­ków, wzy­wa­nych cza­sem osob­no, cza­sem zaś wspól­nie; od­no­to­wu­je też swo­je wi­zy­ty w mo­skiew­skich dar­kro­omach, gdzie ob­cią­ga przez glo­ry ho­les ano­ni­mo­we pe­ni­sy wy­sta­ją­ce ze ścian, na­pa­wa­jąc się wy­obraź­nią chłop­ców po dru­giej stro­nie, wi­dzą­cych ją jako szczu­płą do­ra­sta­ją­cą te­ni­sist­kę z do­bre­go domu, co to za­wa­ga­ro­wa­ła w dro­dze na lek­cję re­li­gii – ale mi­ło­wać nie mi­ło­wa­ła ha­nieb­nie daw­no. Tak daw­no, że jej ma­rze­nie o wy­so­kim i trwa­łym wzlo­cie ser­ca, któ­rym mo­gła­by się za­opie­ko­wać ja­kaś czu­ła du­sza, uczy­ni­ło z niej cho­dzą­cą pu­łap­kę fe­ro­mo­no­wą; gdy­by była młod­sza, zła­pał­by się w nią każ­dy, te­raz nie­ste­ty sko­wy­cza­ła w próż­nię – Ma­ria chcia­ła być ko­cha­na jak daw­niej, do sza­leń­stwa, przez zdro­we­go du­cha w cie­le zdro­wym.

Sa­cha­li­na chce być ko­bie­tą czy­nu, czy­ni więc no­tat­ki.

In­dy­ki za­rżnię­te, per­li­sty śmiech dro­biu za­milkł bez­pow­rot­nie, wo­lie­ra są­sia­da opu­sto­sza­ła; wiatr chwie­je dru­cia­nym pło­tem, pies nie ma na kogo szcze­kać. Sa­mot­nia sta­ła się smut­nią. Do­tąd mi się żyło, bez­wied­nie i in­stynk­tow­nie, te­raz po­czu­łam, że mu­szę żyć z mo­zo­łem. Jak gdy­by nig­dy nic nie wyło.

Dom wiej­ski już prze­stał na­le­żeć do mnie – jed­nym zja­wie­niem się, a ra­czej ob­ja­wie­niem, za­własz­czył tę prze­strzeń Wik­tor; nie mogę prze­stać o nim my­śleć.

We­zwa­ła lu­dzi, niby wśród lu­dzi raź­niej, zje­cha­ło się prze­to sta­do szam­pan­sów, od­kor­ko­wa­ło hucz­nie bu­tel­ki, roz­plą­sa­ło się na wszyst­kich pię­trach, roz­pa­sa­ło w ogro­dzie. Rano po­czu­ła się tro­chę jak­by cho­ra­wo. Spoj­rza­ła na śpią­ce szam­pan­se (zmał­pie­ni od szam­pań­skich na­stro­jów za­cho­wa­li in­te­li­gen­cję i oby­cza­jo­wość bo­no­bo) i nie roz­po­zna­ła ni­ko­go, kto by jej po­mógł od­wró­cić uwa­gę od Wik­to­ra Da­ni­ło­wi­cza. Przed śnia­da­niem spraw­dza­ła bu­tel­ki w schow­ku pod scho­da­mi – po stro­nie za­pa­sów już nie zo­sta­ło nic, a za­tem znów roz­czę­sto­wa­ła się, po­stron­ni sko­rzy­sta­li, pa­dły wszyst­kie wina, tak­że te na czar­ną go­dzi­nę. Czar­no jej było w prze­ły­ku, bo wczo­raj gi­gon­da­sy prze­cie­ra­ły pod­nie­bie­nie, su­cho jej było od garb­ni­ków, szam­pan nie spłu­kał ich na­le­ży­cie. Zna­la­zła ja­kąś bu­tel­kę, któ­rej cię­żar obu­dził na­dzie­ję – może ktoś cze­goś nie do­pił. Flasz­ka cią­ży­ła, jak­by była peł­na, wprost zia­ła owo­cem; Ma­ria spró­bo­wa­ła so­bie z niej na­lać; ale nic z tego. Cię­żar bu­te­lek win chi­lij­skich jest nie­zno­śnie zdra­dli­wy – sko­ro wino nie ma cię­ża­ru, musi go mieć szkło. Na nic la­men­ty po­ran­ne­go nie­do­pit­ka – trzy­ma­ła w ręku pu­stą fla­chę, moż­na by na­wet rzec: opu­sto­sza­łą. Wa­ży­ła tyle, że Ma­ria go­to­wa by po­my­śleć o du­szy wina, któ­ra bu­tli nie opu­ści­ła. Jak się po­krze­pić samą du­szą, Sa­cha­li­na do­praw­dy nie wie­dzia­ła.

W koń­cu zbu­dził się By­szew, przy­ja­ciel pi­sarz, któ­ry nig­dy nie za­znał kry­zy­su twór­cze­go, bo miał li­te­rac­kie ADHD, pi­sał na­wet przez sen, kie­sze­nie miał wiecz­nie wy­pcha­ne bru­lio­na­mi i no­te­sa­mi – jak tyl­ko coś po­wie­dział, za­raz to za­pi­sy­wał, żal mu było za­po­mnieć; ten to miał ję­zyk w gę­bie nie od pa­ra­dy.

– Ma­ria, kiep­sko wy­glą­dasz. – By­szew na chwi­lę za­wie­sił głos, jak­by chciał osza­co­wać, czy już pierw­sze sło­wa wy­po­wie­dzia­ne po prze­bu­dze­niu god­ne są za­no­to­wa­nia. – Coś cię tra­pi poza ka­cem? Ale ty prze­cie nie wiesz, co to kac, sta­ra pi­ja­ni­co, mu­sia­ła­byś choć raz po­ło­żyć się spać trzeź­wa, prze­żyć dzień bez al­ko­ho­lu. Zde­cy­do­wa­na po­pra­wa sa­mo­po­czu­cia po od­sta­wie­niu al­ko­ho­lu wła­ści­wie do­pie­ro czwar­te­go dnia przy­cho­dzi, ty­go­dnia zaś po­trze­ba, żeby się or­ga­nizm cał­kiem oczy­ścił. Wte­dy się zno­wu na­pij, wy­chlej tyle, ile przyj­mu­jesz na co dzień – i na­stęp­ne­go ran­ka do­wiesz się, może pierw­szy raz w ży­ciu, co to jest kac.

By­szew na­tych­miast po tej ty­ra­dzie za­jął się no­to­wa­niem, już zu­peł­nie nie zwra­ca­jąc uwa­gi na to, czy Ma­ria w ja­ki­kol­wiek spo­sób się do jego słów od­nie­sie.

– By­szew, By­szew, gdy­byś ty wie­dział... Męka tu z samą sobą... Pi­sa­nie nie idzie... Chy­ba z wami do Mo­skwy wró­cę...

– To­bie nig­dy nie szło, ale ja­kimś cu­dem dzie­sięć ksią­żek pani Sa­cha­li­na na­pi­sa­ła. A jak­że, jedź z nami, weź­miesz od­dech, pój­dzie­my se wie­czo­rem do MChAT-u, Czor­tin ma be­ne­fis, zno­wu Trzy sio­stry zro­bił, dasz wia­rę? W sa­mym Mcha­cie trze­ci raz je wy­sta­wia, ak­to­rzy ci sami co przed laty, zie­je ge­ria­trią, sio­strzycz­ki w su­mie już z dwie­ście lat będą mia­ły; ale nie­waż­ny spek­takl, po­tem ju­bel bę­dzie – nowe twa­rze, nowa płeć...

[Ma­ria Pie­trow­na Sa­cha­li­na do Wik­to­ra Da­ni­ło­wi­cza Dar­czen­ki, e-mail]

Wik­to­rze, myśl po­ran­ną o Panu na­zwa­ła­bym wy­so­ką po­bud­ką.

Pan przy­jaź­ni się z Ju­ri­jem Czor­ti­nem, pew­nie Pan się wy­bie­ra na jego ju­bi­le­uszo­wą pre­mie­rę, pew­nie Pan nie uwie­rzy, że i mnie za­pro­szo­no na nią. Może jed­nak po spek­ta­klu ra­zem nam wy­mknąć się przyj­dzie, znam knajp­kę opo­dal za­uł­ku Briu­so­wa, tam do­bre wino; o wi­nie my­ślę bez kary, o wi­nie z Pa­nem, Wik­to­rze.

– Iść?

– Broń cię pa­nie Boże – pój­dziesz, prze­pa­dłeś. Ona jest ban­krut­ką i do­brze by było, gdy­by tyl­ko mo­ral­ną.

– Ma­ru­dzisz strasz­nie, po­flir­tu­ję z nią tyl­ko, dam się za­pro­sić na wino.

– Wino się roz­wi­nie. To­bie się oczy świe­cą.

– Usią­dę gdzieś da­le­ko, może mnie nie znaj­dzie, może jej nie star­czy od­wa­gi, wy­pi­je za dużo dla ku­ra­żu i przy­śnie gdzieś na ja­skół­ce, a po­tem obu­dzi się w za­mknię­tym te­atrze i bę­dzie mu­sia­ła cze­kać do rana.

– Po co ci to? Po co ci ona aku­rat, ja tego nie ro­zu­miem?

– Do­brze mi się jej słu­cha.

– Też coś. To za­łatw jej sta­ły pro­gram w wa­szej roz­gło­śni, bę­dziesz mógł jej słu­chać przez ra­dio do woli.

– Ma ład­ny za­pach.

– To sprawdź, ja­kie­go dez­odo­ran­tu uży­wa, i go so­bie kup, a po­tem spry­skaj po­ściel.

– Nie uży­wa dez­odo­ran­tów. Jej za­pach jest ład­ny. Chcę, żeby się przy mnie spo­ci­ła.

3

Ma­ria nie może go wy­pa­trzyć w Mcha­cie, ale Wik­tor od­naj­du­je ją zręcz­nie, pod­cho­dzi, do­ty­ka ra­mie­nia Ma­rii (a w tym do­ty­ku jest prąd). Przez cały kon­cert Ma­ria roz­my­śla, jak spraw­nie upro­wa­dzić chłop­ca, jak umknąć spoj­rze­niom stad­nym, któ­re chcia­ły­by wziąć na ję­zy­ki pró­bę ro­man­su sta­rej Sa­cha­li­ny z mło­do­cia­nym ge­jem – Wik­tor zaś pod­da­je się upro­wa­dze­niu ocho­czo. Czor­tin roz­czu­la­ją­co ob­lał się z wra­że­nia wi­nem, kie­dy zo­ba­czył, jak ra­zem wy­cho­dzą z te­atru.

Po dłu­gich go­dzi­nach roz­mo­wy istot­nej, in­tym­nie­ją­cej Ma­ria i Wik­tor prze­ko­ma­rza­ją się wspól­nie, czy war­to prze­cho­dzić ze sobą na ty, czy nie bę­dzie za­cniej zwra­cać się do sie­bie ofi­cjal­nie, aż wresz­cie uzna­ją, że jed­no nie wy­klu­cza dru­gie­go, tak jak prze­szłość nie wy­klu­cza te­raź­niej­szo­ści. Ma­ria my­śli o Wik­to­rze w cza­sie te­raź­niej­szym, te­raz raź­niej się jej my­śli: jak­że się nie uza­leż­nić od tej czu­ło­ści? Wy­cho­dzi z sie­bie, żeby się na nie­go nie rzu­cić tu, na miej­scu, w tym ba­rze opu­sto­sza­łym, zwłasz­cza kie­dy on zdej­mu­je oku­la­ry i pa­trzy na nią z bli­ska, a po­tem, kie­dy Ma­ria nad­sta­wia usta do po­ca­łun­ków, ca­łu­je ją ostroż­nie. Od­pro­wa­dza ją do tak­sów­ki i do­sta­je czkaw­ki.

Wik­tor Da­ni­ło­wicz Dar­czen­ko nie może się do­cze­kać, wła­śnie te­raz, na tyl­nym sie­dze­niu auta, kie­dy wiel­ka ro­syj­ska po­wie­ścio­pi­sar­ka ła­pie go za dłoń i kła­dzie ją so­bie na wiel­kim go­re­ją­cym kro­czu, kie­dy wkła­da mu wiel­ki po­wie­ścio­pi­sar­ski ję­zyk do ust; Wik­tor ca­łu­je ją, ale nie umie prze­stać czkać, ich zęby ude­rza­ją o sie­bie, Ma­ria się śmie­je; Wik­to­ra roz­śmie­sza jej śmiech, więc czkaw­ka jesz­cze się wzma­ga. Do­jeż­dża­ją; Ma­ria chce, żeby po­szedł z nią, do niej; Wik­tor mi­ty­gu­je się, tłu­ma­czy, że nie może, za pół go­dzi­ny ma ostat­ni po­ciąg na przed­mie­ścia, zo­sta­wił nie­na­kar­mio­ne koty w miesz­ka­niu – mówi to tak, żeby Ma­ria nie po­czu­ła się ura­żo­na, od­rzu­co­na.

Nie­do­sy­ce­ni wy­mie­nia­ją się nu­me­ra­mi te­le­fo­nów.

[Ma­ria Pie­trow­na do Wik­to­ra Da­ni­ło­wi­cza, e-mail]

Wik­to­rze Da­ni­ło­wi­czu,

wy­je­cha­łam na od­czyt do Pi­tra, je­cha­ło mi się z tej Mo­skwy i my­śla­ło o Panu; niby czy­ta­ło się, niby się słu­cha­ło dia­lo­gów ba­ro­wych, ale o Panu się my­śla­ło cie­ka­wiej, bar­dziej. Jak naj­bar­dziej.

Mo­skwa, do któ­rej nig­dy czu­ło­ści nie mia­łam, na­gle się ja­koś user­decz­ni­ła – te­raz je­chać mam gdzieś w zim­niej­sze dale, w któ­rych Pan oku­la­rów nie zdej­mu­je. My­śli sfor­ne mnie opusz­cza­ją, dro­gi (Pa­nie) Wik­to­rze, więc my­ślę już zgo­ła nie­zbor­nie, bo nie wiem, jak wol­no mi o Panu my­śleć (my­ślę więc szyb­ko). O nie, mia­ło się tyle ję­zy­ka w gę­bie, a tu onie­mia­ło się. Na­szej roz­mo­wy cią­gów dal­szych wy­pa­tru­ję.

[Wik­tor Da­ni­ło­wicz do Ma­rii Pie­trow­ny, ese­mes]

Bra­ku­je Cię w ka­drze; ro­śnie prze­strzeń po­za­ka­dro­wa.

– Coś taki roz­trze­po­ta­ny? Skup się na pra­cy.

– Nie mogę. Nie dam rady. Bar­dzo jej tu nie ma. Żal mi jej.

– A mó­wi­ło się, ostrze­ga­ło się – Sa­cha­li­na szczwa­na, umie do­ło­żyć do pie­ca. Już cię so­bie sma­ży, już je­steś jej.

– W każ­dym ra­zie nie swój. Roz­cho­ro­wa­łem się od roz­ho­wo­ru. Przej­mu­ję od niej ję­zyk – sły­szysz? Jest moją ję­zy­ko­daw­czy­nią.

– Cho­ro­bli­wie pięk­ne słów­ka. Ale czy za nimi coś stoi?

– Oj tak, mnie na­wet bar­dzo.

– Oszczędź mi szcze­gó­łów.

– Tyl­ko nie rób scen za­zdro­ści. Komu mam się wy­ga­dać, je­śli nie to­bie? Roz­krę­ci­łem się, wiem, ach, ona mnie roz­krę­ci­ła.

– Ra­czej roz­mon­to­wa­ła. Je­steś w ka­wał­kach – mó­wię do cie­bie i wi­dzę, że jed­na część mnie słu­cha, ale dru­ga jest gdzie in­dziej, już mnie to za­czy­na wku­rzać.

– To skup się na pra­cy.

4

W po­rze przed­świ­tu już mia­ła czas na sło­wo: cia­łu się wsta­ło i roz­pi­sa­ło. Ręcz­nie.

Pe­ters­burg świe­ci ciem­no­ścią; szu­kam dla sie­bie miej­sca, ale im bar­dziej go szu­kam, tym sil­niej czu­ję się bez­dom­na. Nie­zno­śna wiot­kość bytu na­pa­wa mnie zgro­zą. Pi­sa­nie nie jest moim spo­so­bem na ży­cie – to spo­sób na uni­ka­nie ży­cia. Przez lata cho­dzi­łam cu­dzy­mi no­ga­mi, mó­wi­łam cu­dzy­mi usta­mi, pra­co­wa­łam cu­dzy­mi dłoń­mi, ży­łam cu­dzym lo­sem, spi­sy­wa­łam to, co za­sły­sza­ne i po­dej­rza­ne, w pierw­szej oso­bie i sprze­da­wa­łam jako swo­je prze­ży­cia, a te­raz czu­ję po­żar (nie tyl­ko w ana­to­mii, na myśl o Wik­to­rze); cały mój do­tych­cza­so­wy do­ro­bek ży­cio­wy jest nie­do­rób­ką i wła­śnie za­czął się pa­lić.

Czu­ję swąd osta­tecz­ny, bo wszyst­ko, co bra­łam za swo­je ży­cio­we osią­gnię­cia, na­gle ob­ja­wi­ło mi się jako ko­ro­wód nie­do­cią­gnięć, stos rze­ko­mych speł­nień sta­nął w ogniu, pło­ną ze szczę­tem wszyst­kie moje książ­ki i na­gro­dy li­te­rac­kie, któ­re za nie do­sta­łam; ogień tra­wi roz­dzia­ły, aka­pi­ty, do­cie­ra do zdań, prze­dzie­ra się do słów, aż wresz­cie spa­la na po­piół każ­dą li­te­rę z osob­na; palą się też moje oby­dwa mał­żeń­stwa, o któ­rych my­śla­łam do­tąd, że były okre­sa­mi czu­łych po­ro­zu­mień, a z obec­nej per­spek­ty­wy mu­szę je uznać za skraj­ne nie­po­ro­zu­mie­nia; pło­ną wszyst­kie zna­jo­mo­ści i przy­jaź­nie, pło­ną wspo­mnie­nia po­dróż­ne, ko­lek­cja win, któ­re mam na su­mie­niu, też pęka w ogniu.

Jej świa­to­po­gląd nie za­jął się ogniem tyl­ko dla­te­go, że uty­tła­na wie­lo­let­nią gnu­śno­ścią, któ­rą bra­ła za pra­co­wi­tość, za­nie­dba­ła swój świa­to­po­gląd aż do sta­nu cał­ko­wi­te­go za­ni­ku – pa­pla­ni­na w de­ba­tach te­le­wi­zyj­nych, któ­rą upra­wia­ła nie­be­zin­te­re­sow­nie, za na­mo­wą swo­je­go spe­ca od wi­ze­run­ku, oka­za­ła się opor­tu­ni­stycz­nym pu­sto­sło­wiem. W pro­gra­mach te­le­wi­zyj­nych od­zy­wa­ła się z rzad­ka; gło­sem peł­nym wy­pie­lę­gno­wa­ne­go zmę­cze­nia pod­kre­śla­jąc swój dy­stans za­rów­no do roz­mów­ców, jak i do przed­mio­tu dys­ku­sji, dba­ła o to, by za­wsze i wszę­dzie być iro­nicz­ną – za­pra­sza­no ją wszak nie dla jej po­glą­dów, ale dla jej szy­der­cze­go uspo­so­bie­nia, re­dak­to­rzy i dzien­ni­ka­rze wie­dzie­li, że obec­ność Ma­rii Sa­cha­li­ny w stu­dio sku­tecz­nie pod­nie­sie oglą­dal­ność pro­gra­mu. Im po­waż­niej­szy był te­mat de­ba­ty, tym bar­dziej ko­niecz­na była obec­ność Sa­cha­li­ny, eta­to­wej tref­ni­si o ka­mien­nej twa­rzy, któ­ra po­tra­fi­ła skru­szyć naj­tward­szy dys­kurs szczyp­tą wy­su­bli­mo­wa­nej drwi­ny. Jej po­pu­lar­ność jako oso­bo­wo­ści te­le­wi­zyj­nej bły­ska­wicz­nie przy­ćmi­ła tę, któ­rą so­bie wy­pra­co­wa­ła jako po­czyt­na au­tor­ka, z cza­sem więc uświa­do­mi­ła so­bie, że pi­sa­ła książ­ki wła­ści­wie tyl­ko po to, by pod­trzy­mać za­sad­ność pod­pi­su pod swo­im na­zwi­skiem na ekra­nie: „Ma­ria Pie­trow­na Sa­cha­li­na – pi­sar­ka”. Książ­ki ku­po­wa­ne dla­te­go, że na okład­kach za­wsze wid­niał jej świe­ży por­tret au­tor­stwa mod­ne­go fo­to­gra­fi­ka, ku­po­wa­ne z po­wo­du ce­le­bryc­ko­ści au­tor­ki, ku­po­wa­ne, lecz nie­czy­ta­ne od daw­na – wier­ni czy­tel­ni­cy Sa­cha­li­ny z cza­sów przed­ce­le­bryc­kich po­czu­li się zdra­dze­ni i prze­sta­li czy­tać jej po­wie­ści, choć prze­cież wca­le nie stra­ci­ły na war­to­ści li­te­rac­kiej, Ma­ria nie prze­sta­ła być mi­strzy­nią bły­sko­tli­wej fra­zy, jej opo­wie­ści nie sta­ły się płyt­sze ani też mniej wy­ra­fi­no­wa­ne ję­zy­ko­wo, ale to nie mia­ło zna­cze­nia – fani od­wró­ci­li się od au­tor­ki tyl­ko dla­te­go, że sta­ła się po­pu­lar­na, nie mo­gli już bły­snąć ory­gi­nal­no­ścią, czy­ta­nie Sa­cha­li­ny stra­ci­ło na war­to­ści jako to­wa­rzy­ski atut, sko­ro czy­ta­li ją i ku­po­wa­li te­raz te­le­wi­dzo­wie; ba, czy­ta­nie Sa­cha­li­ny sta­ło się czyn­no­ścią wsty­dli­wie ukry­wa­ną – zwłasz­cza w śro­do­wi­skach stu­denc­kich, gdzie przy­znać się do lek­tu­ry Sa­cha­li­ny było osta­tecz­ną kom­pro­mi­ta­cją. Prze­to Sa­cha­li­na prze­sta­ła się przy­kła­dać do pi­sa­nia, a z cza­sem po pro­stu prze­sta­ła pi­sać. Te­raz pło­nę­ły tak­że i jej nig­dy nie­na­pi­sa­ne książ­ki – te naj­lep­sze, te, któ­re so­bie ukła­da­ła przy póź­no­wie­czor­nym ar­ma­niacz­ku i za­po­mi­na­ła o nich przez sen lub pod­czas księ­ży­co­wych splo­tów z chłop­ca­mi ulot­ny­mi, wszyst­kie one pło­nę­ły w jed­nym ogniu, po­żo­ga ogar­nia­ła całą jej bio­gra­fię – al­bo­wiem Ma­ria Pie­trow­na Sa­cha­li­na pło­nę­ła ze wsty­du.

Wik­tor uno­si się nad do­pał­ka­mi, Wik­to­ra nie obej­mu­ją te zglisz­cza; Wik­tor Da­ni­ło­wicz, o któ­rym Ma­ria my­śli te­raz w cza­sie przy­szłym. Sa­cha­li­na, któ­ra do­tąd od­ci­na­ła ku­po­ny od prze­szło­ści, uwie­rzy­ła, że jest jesz­cze coś do prze­ży­cia mię­dzy tu i te­raz a cza­sem przy­szłym do­ko­na­nym, czy­li śmier­cią (śmier­ścią – za­wsze wo­la­ła to jej sta­ro­sło­wiań­skie brzmie­nie wło­cha­te). Prze­to czas przy­szły przy­szło jej po­lu­bić, tryb do­mnie­ma­ny; Ma­ria po­lu­bi­ła mnie­ma­nie, że bę­dzie jesz­cze żyła na wiel­ką ska­lę.

Okna w ho­te­lu nie­szczel­ne; za­czę­ły jej prze­szka­dzać kor­ki. Na­tręt­ne, klak­so­no­we, dla jej ucha do­brze wy­kar­mio­ne­go ci­szą wiej­ską nie­zno­śne. Wła­ści­wie ca­ło­do­bo­we, bo ulo­ko­wa­no ją przy jed­nej z głów­nych ar­te­rii mia­sta. Mia­ła od­czyt wie­czo­rem, nie mo­gła usie­dzieć w ho­te­lu, wy­szła przed sie­bie, bo cho­ra była na Da­ni­ło­wi­cza, cho­ra była cho­ra; wszyst­kie dro­gi wio­dły do nie­go, więc na chy­bił tra­fił po­szła za gęst­nie­ją­cym tłu­mem, żeby stłu­mić po­żar, wy­tłu­mić my­ślo­tok, do sta­cji me­tra, gdzie tłum zbił się w ludz­ki ko­rek, drep­czą­cy drob­ny­mi kro­ka­mi jak ciż­ba wy­cho­dzą­ca z cer­kwi po na­bo­żeń­stwie, i w tym ści­sku ludz­kim, w tym wza­jem­nym przy­tu­le­niu ty­sią­ca osób też czu­ła Wik­to­ra, mi­ło­śnie jej było. Zmie­sza­na z tłu­mem, zmie­sza­na tłu­mem dała się we­pchnąć do wa­go­nu i roz­sia­dła bez­prze­dzia­ło­wo, na twar­dej ła­wie, byle je­chać, byle być w ru­chu, byle nie to­nąć w gę­stej tę­sk­no­cie. Po­ciąg pod­miej­ski nig­dzie się nie spie­szył, za to spiesz­no było do tar­gu wa­go­no­krąż­com ze zna­chor­ski­mi elik­si­ra­mi, wie­lo­funk­cyj­ny­mi obie­racz­ka­mi, żab­ka­mi do wo­recz­ków z żyw­no­ścią, książ­ka­mi uzdra­wia­czy i na­pra­wia­czy świa­ta, a tak­że z gi­ta­rą i śpie­wem. Ma­ria ku­po­wa­ła wszyst­ko, każ­de­mu dzięk­czy­niąc za to, że od­wra­ca jej uwa­gę od tę­sk­no­ty za Wik­to­rem; a kie­dy już prze­je­cha­ła tyle sta­cji, że han­dlar­ki i kup­czy­ko­wie roz­po­czę­li dru­gą run­dę, jęła się wsłu­chi­wać w lu­dzi – kie­dyś spi­sy­wa­ła wszyst­kie słu­chy cho­dzą­ce, te­raz wie­dzia­ła, że i tak ni­cze­go już nie na­pi­sze, nie wy­ko­rzy­sta, je­dy­nym jej pra­gnie­niem było pi­sa­nie do Wik­to­ra, pi­sa­nie Wik­to­ra Da­ni­ło­wi­cza, gład­kie­go mło­dzian­ka, któ­ry był le­d­wie na­szki­co­wa­nym je­ste­stwem, któ­ry się jesz­cze ze sobą sam nie zdo­łał utoż­sa­mić, któ­re­go Ma­ria chcia­ła wy­rzeź­bić i oży­wić, by móc się nim ży­wić, by móc się nim żwa­wić, by się od nie­go za­ra­zić ży­ciem. Ko­niec z książ­ka­mi, te­raz przy­szedł czas mi­ło­snej ko­re­spon­den­cji.

Ba­bu­la spod okna, nie­gdyś czer­stwa, ru­mia­na, gru­bo­ły­da, do baby na­prze­ciw­ko, wciąż czer­stwej, ru­mia­nej, gru­bo­ły­dej, mó­wi­ła jak do lu­stra:

– Pani, ja przez sześć­dzie­siąt lat ta­kie den­ka od bu­te­lek no­si­ła, ja bez nich ręki swo­jej nie wi­dzia­ła, a to i tak za sła­be było, cza­su, żeby zmie­nić oku­la­ry, czło­wiek nie miał, szkła się po­ry­so­wa­ły, po­pla­mi­ły, ja my­śla­ła, że wi­dzia­ła z tego świa­ta co, bo się przy­zwy­cza­iła, że taki nie­wy­raź­ny, a tera syn mnie na­kło­nił, mówi: „Mama so­bie zro­bi ope­ra­cję oczu, te­raz to la­se­ro­wo wy­ko­nu­je się, rach-ciach i po spra­wie, mama bę­dzie wi­dzieć bez oku­la­rów, do koń­ca ży­cia zdro­we oczy mieć”. Pani, po co ja się dała mu na­mó­wić, no po co? Wszyst­ko mi tam zro­bi­li jak trze­ba, a jak ja do domu wró­ci­ła, na męża spoj­rza­ła i zo­ba­czy­ła, jaki on szpet­ny, mó­wię mu: „Coś ty ze sobą zro­bił, czy ty cho­ry?”. A on nie wie, o co mi się roz­cho­dzi, mówi: „Babo, nie wierć mi w brzu­chu, bo ja na­stro­ju nie mam, i nie gap się tak na mnie świ­dru­ją­co”. A ja nie mo­gła oczu ode­rwać, ja go wresz­cie zo­ba­czy­ła, jaki on brzyd­ki jest, ta gęba taka na jed­no umy­cie, wło­sy po­tłusz­czo­ne, nos jak kar­to­fel. I już nie mogę ja go znieść od tej pory, wy­cho­dzę z domu, wsia­dam so­bie do ko­lej­ki, ja już za dar­mo jeź­dzić mogę, taka sta­ra je­stem, to so­bie ko­rzy­stam, jeż­dżę, żeby tyl­ko na sta­re­go capa nie pa­trzeć. Po­my­śla­łam: świat so­bie po­oglą­dam, jak on te­raz taki wy­raź­ny, jak w no­wym te­le­wi­zo­rze, no ale jak tak za­czę­łam się przy­pa­try­wać, zo­ba­czy­łam, że brud­ny jest ten świat nasz, bru­du tyle, że do­myć, do­czy­ścić tego nie da rady i za trzy ży­wo­ty. Pani, jak lu­dzie mogą żyć w ta­kiej nie­czy­sto­ści, ja tego nie ro­zu­miem, le­piej mi było już ślep­nąć, żeby tego nie wi­dzieć. Te­raz nie mam ja ży­cia, w domu z tą szpe­to­tą, a i za oknem brud­no, nie mam ja ży­cia, po­wia­dam pani, ja by chcia­ła, żeby oni mi te oczy po­psu­li, tak jak były, ale to nie da się...