Obsada - Danielle Steel - ebook
Opis

Kait Whittier stworzyła własną rubrykę w nowojorskim czasopiśmie. Ma miliony fanek, kocha swoją pracę, uwielbia swoje dorosłe dzieci. Ale po dwóch małżeństwach woli unikać komplikacji, jakie niesie nowa miłość.
Aż poznaje producenta telewizyjnego z Los Angeles – i wszystko się zmienia. Kait, zainspirowana prawdziwą historią swojej niezwykłej babki, pisze scenariusz serialu...
Z dnia na dzień zanurza się w barwnym świecie gwiazd - aktorów i filmowców, którzy przenoszą jej wizję na ekran: od tajemniczej grande dame złotej ery Hollywood po najseksowniejszego „niegrzecznego chłopca” Los Angeles.
Na planie wszyscy zbliżają się do siebie. Obsada staje się dla Kait drugą rodziną. Ale w środku tego cudownego roku Kait musi się zmierzyć z największym wyzwaniem, przed jakim może stanąć matka…

Danielle Steel składa hołd sile kobiety. Kobiety w każdym wieku i jej odwadze w przezwyciężaniu przeciwieństw losu i w dążeniu do spełnienia marzeń.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 329

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Redakcja stylistyczna

Anna Tłuchowska

Korekta

Hanna Lachowska

Halina Lisińska

Renata Kuk

Zdjęcie na okładce

© Tom Hallman

Tytuł oryginału

The Cast

Copyright © 2018 by Danielle Steel

All rights reserved

Wszelkie prawa zastrzeżone.

Żadna część tej publikacji nie może być reprodukowana

ani przekazywana w jakiejkolwiek formie zapisu

bez zgody właściciela praw autorskich.

For the Polish edition

Copyright © 2018 by Wydawnictwo Amber Sp. z o.o.

ISBN 978-83-241-6799-9

Warszawa 2018. Wydanie I

Wydawnictwo AMBER Sp. z o.o.

02-954 Warszawa, ul. Królowej Marysieńki 58

www.wydawnictwoamber.pl

Konwersja

Moim ukochanym, cudownym dzieciom:

Beatie, Trevorowi, Toddowi, Nickowi, Samancie,

Victorii, Vanessie, Maxxowi i Zarze.

Niech Wasze życie będzie pełne nowych przygód, nowych rozdziałów, nowych początków, a każdy rozdział niech będzie lepszy od poprzedniego.

Wspierajcie się, pamiętajcie dobre czasy i korzystajcie z życia!

Przedmowa

Drodzy Przyjaciele,

Seriale telewizyjne dają nam dziś tyle przyjemności i mają tylu widzów – wręcz uzależnionych od nich fanów – że zaintrygował mnie pomysł, żeby o jednym napisać. W miarę jak rozwija się historia Obsady, poznajemy wszystkie ekscytujące etapy pisania i kręcenia hitowego serialu telewizyjnego i wszystkich ludzi, którzy go tworzą. W produkcję zaangażowanych jest wiele osób i niesamowici aktorzy.

Jak zawsze w książce pojawiają się również głębsze i poboczne wątki – jednym z nich jest wyzwanie, z jakim coraz częściej musi się zmierzyć wielu rodziców – puste gniazdo, gdy dzieci zdobywają wymarzoną pracę w innych miastach i wyjeżdżają daleko od domu. Będziesz się czuć bardzo samotna, gdy dzieci się wyprowadzą i nie możesz już spędzać z nimi czasu. Chciałabyś mieszkać blisko nich, ale tak nie jest, a odwiedziny są zbyt rzadkie. A dla samotnego rodzica fakt, że dzieci mieszkają daleko, to prawdziwy dramat. Dobrze im życzymy, ale potwornie za nimi tęsknimy. Zatrzymywanie ich przy sobie byłoby czymś złym, więc ich nie zatrzymujemy. Jednak jako rodzice musimy się zmierzyć z wyzwaniem, jak wypełnić czas i zadbać o to, by nasze życie było ciekawe też w miejscu, gdzie kiedyś mieszkaliśmy z dziećmi i gdzie codziennie je widywaliśmy. Dobrze to wykorzystać to wielka sztuka i prawdziwy sprawdzian.

W pewnym sensie to książka o ponownym odnalezieniu siebie, bez względu na wiek. Bohaterka jest kobietą sukcesu, piszącą dla czasopisma. Po przyjęciu, w którym bierze udział zupełnie przypadkowo, staje przed szansą napisania scenariusza do serialu telewizyjnego, co otwiera w jej życiu nowe drzwi i dostarcza niezwykłych nowych przeżyć, o jakich nigdy nie marzyła. Pustka pozostawiona przez dzieci, które wyjechały i prowadzą własne życie (w San Francisco, Dallas i Londynie, podczas gdy ona mieszka w Nowym Jorku) nie jest już tak dotkliwa, gdy zajmuje się nowym zawodowym wyzwaniem i wszystkim, co się z nim wiąże. Poznaje fascynujących ludzi, nawiązuje nowe przyjaźnie, odkrywa własny talent w nowej dziedzinie i buduje dla siebie zupełnie nowe życie.

Wielu z nas chciałoby dostać taką szansę!

Drzwi do nowego świata otwierają się i przed ludźmi w tej książce, i przed nami. Mam nadzieję, że spodoba się Wam Obsada i wszyscy jej bohaterowie. Życzę Wam wiele radości podczas jej czytania – ja pisałam ją z ogromną przyjemnością!

Uściski

Danielle

1

Przez uchylone drzwi do gabinetu Kait Whittier docierały odgłosy przyjęcia bożonarodzeniowego. Nie zwracała na nie uwagi – siedziała pochylona nad komputerem i starała się dokończyć pracę. Było piątkowe popołudnie, święta wypadały w poniedziałek, a redakcja czasopisma „Woman’s Life” miała być zamknięta aż do Nowego Roku. Kait chciała przed wyjściem oddać swój felieton i miała jeszcze dużo do zrobienia, zanim dwójka jej dzieci przyjedzie do domu w niedzielę rano, żeby spędzić z nią Wigilię i pierwszy dzień świąt.

W tej chwili całkowicie skupiała się na tym, co pisze. Tekst był do marcowego wydania, ale pora roku nie miała znaczenia. Starała się poruszać tematy ważne dla kobiet – trudne sprawy, z jakimi zmagają się w domu, w związkach i małżeństwach, z dziećmi, w pracy. Jej rubryka nosiła tytuł Powiedz Kait i ona sama nie mogła uwierzyć, że pisze do niej już od dziewiętnastu lat. Na niektóre listy, w szczególnie delikatnych sprawach osobistych, odpowiadała bezpośrednio, inne, bardziej ogólne, zamieszczała na łamach czasopisma.

Często cytowano ją jako eksperta, zapraszano na konferencje poświęcone kwestiom kobiet i do programów telewizyjnych największych kanałów. Skończyła licencjackie studia dziennikarskie, a potem zrobiła magisterium na uniwersytecie Columbia. Po kilku latach pisania, żeby mieć większą wiarygodność i większą wiedzę, skończyła psychologię na uniwersytecie w Nowym Jorku, i bardzo jej się to przydawało. Powiedz Kait pojawiała się teraz na pierwszych stronach pisma i wiele kobiet kupowało „Woman’s Life” głównie ze względu na nią. Rubryka, którą z początku na kolegiach redakcyjnych nazywano „kolumną męczarni”, teraz odnosiła sukcesy i traktowana była z szacunkiem i powagą, jak sama Kait. A przede wszystkim Kait kochała to, co robiła i dawało jej to satysfakcję.

W ostatnich latach prowadziła też blog, w którym publikowała fragmenty z łamów czasopisma. Miała tysiące obserwujących na Twitterze i Facebooku i nosiła się z zamiarem napisania książki z poradami, ale jeszcze się do niej nie zabrała. Wiedziała, że musi uważać i nie udzielać delikatnych porad zbyt jednoznacznie, żeby nie narazić redakcji na pozwy sądowe, a siebie samej na zarzut uprawiania terapii bez odpowiednich uprawnień. Jej odpowiedzi były inteligentne, przemyślane, mądre i pełne zdrowego rozsądku, takie, jakie miałoby się nadzieję otrzymać od mądrej, troskliwej matki, którą była w prywatnym życiu dla trojga dorosłych już dzieci. Były bardzo małe, kiedy zaczęła pisać do „Woman’s Life”, traktując to jak furtkę do świata magazynów dla kobiet.

Tak naprawdę chciała pracować dla „Harper’s Bazaar” albo „Vogue’a” i rubrykę z poradami dla kobiet zgodziła się prowadzić czasowo, czekając, aż gdzie indziej pojawi się jakaś atrakcyjna propozycja. Okazało się, że odkryła niszę i własne siły, i zakochała się w tym, co robi. Praca była idealna, w razie potrzeby mogła wykonywać ją w domu, zjawiając się w redakcji na kolegiach redakcyjnych i po to, żeby oddać skończony artykuł. Gdy dzieci były małe, ten tryb pracy pozostawiał jej wiele swobody, mogła się nimi opiekować. Teraz była wolna i mogła spędzać w redakcji więcej czasu, ale pracowała głównie drogą mejlową. Sama zmierzyła się z problemami, o których pisały do niej czytelniczki, miała rzeszę fanek i wydawca szybko uświadomił sobie, że jest dla nich kurą znoszącą złote jajka. W „Woman’s Life” mogła robić, co chce, ufali jej intuicji, która jej do tej pory nie zawiodła.

Kaitlin Whittier pochodziła z arystokratycznej nowojorskiej rodziny z tradycjami, ale się z tym nie obnosiła i nigdy tego nie wykorzystywała. Wychowała się w otoczeniu wyjątkowym, już od najmłodszych lat miała ciekawe spojrzenie na życie. Nieobce jej były problemy rodzinne czy słabości ludzkiej natury, a także rozczarowania i zagrożenia, przed jakimi nie chroni pochodzenie. W wieku pięćdziesięciu czterech lat zachowała olśniewający wygląd – rude włosy, zielone oczy, i choć ubierała się skromnie, miała własny styl. Nie bała się głośno wyrażać opinii, nawet tych niepopularnych, i była gotowa walczyć o to, w co wierzyła. Łączyła w sobie odwagę i spokój, była oddana pracy, ale i pełna poświęcenia dla dzieci, powściągliwa, lecz silna.

W ciągu dziewiętnastu lat przeżyła kilka zmian u sterów czasopisma, nigdy jednak nie angażowała się w personalne rozgrywki, skupiona na swojej rubryce, a to zyskało uznanie zarządu. Była naprawdę wyjątkowa, podobnie jak jej rubryka. Lubiły ją czytać nawet jej koleżanki, zaskoczone, z iloma problemami mogły się utożsamić. Pisała dla wszystkich. Fascynowali ją ludzie i ich relacje, mówiła o tym ze szczyptą humoru, nie obrażając czytelników.

– Jeszcze pracujesz? – Carmen Smith wsunęła głowę w drzwi. Carmen, Latynoska, urodziła się w Nowym Jorku i wcześniej przez kilkanaście lat była wziętą modelką. Była też żoną brytyjskiego fotografa, w którym zakochała się, gdy pozowała mu do zdjęć, ale w czasie burzliwego małżeństwa rozstawali się kilka razy. O parę lat młodsza od Kait prowadziła dział urody. Przyjaźniły się w pracy, choć poza nią nie spotykały się, a ich prywatne życie bardzo się różniło. Carmen obracała się w środowisku artystów. – Czemu mnie to nie dziwi? Domyśliłam się, że cię tu znajdę, kiedy zobaczyłam, że nie wpadasz do wazy z ajerkoniakiem ani ponczem, jak wszyscy.

– Nie mogę sobie pozwolić na picie – powiedziała Kait z uśmiechem, nie odrywając wzroku od napisanej właśnie odpowiedzi kobiecie z Iowa, dręczonej psychicznie przez męża. Kait odpisała jej także prywatnie, bo nie chciała, żeby czytelniczka czekała trzy miesiące, aż porada ukaże się w czasopiśmie. Doradziła jej, żeby poszła do prawnika i lekarza, i szczerze porozmawiała z dorosłymi dziećmi o tym, jak traktuje ją mąż. Znęcanie – to był dla Kait ważny temat i zawsze traktowała je poważnie; tak było i tym razem. – Mam wrażenie, że od czasu tego zabiegu na twarz elektrycznym urządzeniem, które na mnie wypróbowałaś, tracę szare komórki – powiedziała do Carmen. – Musiałam przestać pić, żeby to zrekompensować.

Carmen roześmiała się i spojrzała na nią przepraszająco.

– Tak, wiem, mnie też bolała po nim głowa, miesiąc temu wycofali je ze sprzedaży. Ale warto było spróbować. – Dziesięć lat wcześniej, gdy Carmen skończyła czterdzieści lat, przyrzekły sobie, że nigdy nie poddadzą się operacji plastycznej i na razie trzymały się tego, choć Kait zarzucała Carmen, że oszukuje, bo robiła sobie zastrzyki z botoksu. – Zresztą, ty tego nie potrzebujesz – ciągnęła Carmen. – Nienawidziłabym cię za to, gdybyśmy się nie przyjaźniły. To ja nie powinnam potrzebować żadnej pomocy, z moją oliwkową cerą. A zaczynam wyglądać jak mój dziadek, który ma dziewięćdziesiąt siedem lat, ty za to jesteś jedyną rudą kobietą, jaką znam, z jasną cerą bez zmarszczek, a nie używasz nawet kremu nawilżającego. Jesteś okropna. Chodź, dołączymy do reszty, opijają się ponczem. Artykuł dokończysz później.

– Właśnie skończyłam – powiedziała Kait i wcisnęła „Wyślij”, żeby przesłać tekst do redaktor naczelnej. Obróciła się w fotelu i spojrzała na koleżankę. – Muszę dziś kupić choinkę. W zeszły weekend nie miałam czasu. Muszę ją postawić i ubrać. Dzieci przyjeżdżają w niedzielę. Mam tylko dzisiejszy wieczór i jutro, muszę udekorować dom i zapakować prezenty, nie mogę tkwić przy wazie z ponczem.

– Kto przyjeżdża?

– Tom i Steph.

Carmen nie miała dzieci i nigdy nie chciała ich mieć. Mówiła, że jej mąż zachowuje się jak dziecko i że jedno jej wystarczy, za to dla Kait dzieci stanowiły centrum jej świata, gdy były małe.

Najstarszy syn Kait, Tom, był większym tradycjonalistą niż jego dwie młodsze siostry, a jego celem od najmłodszych lat była kariera w biznesie. Swoją żonę, Maribeth, poznał na studiach ekonomicznych w Wharton, pobrali się młodo. Była córką króla fast foodu z Teksasu, finansowego geniusza, który dorobił się miliardów i był właścicielem największej sieci restauracji na południu i południowym zachodzie. Miał jedną córkę i zawsze marzył o synu, przyjął więc Tommy’ego z otwartymi ramionami i wziął pod swoje skrzydła. Gdy po studiach Tom i Maribeth pobrali się, wciągnął go do biznesu. Maribeth była niezwykle bystra, pracowała w marketingu w cesarstwie ojca, mieli dwie córki – dwa cztero- i sześcioletnie małe aniołki. Młodsza miała rude włosy jak ojciec i babcia i z tej dwójki była bardziej żywiołowa. Starsza wyglądała jak matka, ładna blondynka. Kait rzadko je widywała.

Tom i jego żona byli tak zapracowani, że syn widywał matkę jedynie w czasie noworocznego obiadu, na kolacji, gdy przyjeżdżał do Nowego Jorku w interesach, i w czasie ważniejszych świąt. Należał teraz bardziej do świata żony niż do Kait. Ale widać było, że jest szczęśliwy i sam też zarobił fortunę dzięki okazjom, którymi podzielił się z nim teść. Trudno jej było z tym konkurować, a nawet znaleźć w jego obecnym życiu miejsce dla siebie. Pogodziła się z tym i cieszyła się, że mu się powodzi, choć tęskniła za nim. Kilka razy pojechała odwiedzić go w Dallas, ale zawsze czuła się jak intruz w ich pełnym zajęć życiu. Oprócz pracy w fastfoodowym imperium teścia, Tom i Maribeth angażowali się w działalność charytatywną, wychowanie córek i lokalną społeczność, no a on nieustannie podróżował w interesach. Kochał matkę, ale miał za mało czasu, żeby ją odwiedzać. Zamierzał osiągnąć sukces, a ona była z niego dumna.

Candace, drugie dziecko Kait, miała dwadzieścia dziewięć lat i obrała inną drogę. Jako środkowa z rodzeństwa chciała prawdopodobnie zwrócić na siebie uwagę – zawsze ciągnęły ją ryzykowne przedsięwzięcia i niebezpieczeństwo w różnej postaci. Pierwszy rok studiów spędziła w Londynie i nigdy stamtąd nie wróciła. Dostała pracę w BBC i awansowała tak długo, aż zaczęła produkować dla stacji filmy dokumentalne. Podobnie jak matka zaciekle broniła kobiet zmagających się z wykorzystywaniem. Pracowała nad kilkoma tematami na Środkowym Wschodzie i w krajach Trzeciego Świata w Afryce, przy okazji łapiąc parę chorób, ale mówienie o sytuacji kobiet wydawało jej się tak ważne, że dla tej sprawy gotowa była ryzykować własne życie. Przeżyła bombardowanie hotelu i katastrofę małego samolotu w Afryce, ale zawsze wracała do reportażu. Twierdziła, że nudziłaby ją praca przy biurku w Nowym Jorku. Chciała zostać niezależnym producentem filmów dokumentalnych. Na razie jej praca była satysfakcjonująca i ważna, i Kait z niej także była dumna.

Ze wszystkich dzieci Kait była najbliżej z Candace i miała z nią najwięcej wspólnego, ale rzadko ją widywała. Córka, jak zwykle, nie przyjedzie do domu na święta, kończyła zlecenie w Afryce. Od lat nie udało jej się przyjechać na Boże Narodzenie i zawsze wszystkim jej brakowało. W jej życiu nie było ważnego mężczyzny. Mówiła, że nie ma na to czasu, co wydawało się prawdą. Kait miała nadzieję, że pewnego dnia córka znajdzie tego jedynego. Była młoda i nie musiała się spieszyć. Tak że tym Kait zasadniczo się nie martwiła, bała się raczej miejsc, do których podróżowała córka, niebezpiecznych i bardzo niespokojnych. Candace nie przerażało nic.

Stephanie, najmłodsza córka Kait, była rodzinnym geniuszem komputerowym. Ukończyła prestiżowy Massachusetts Institute of Technology, zdobyła tytuł magistra informatyki na Uniwersytecie Stanforda i zakochała się w San Francisco. Dostała pracę w Google, jak tylko się obroniła, i tam poznała swojego chłopaka. Miała dwadzieścia sześć lat, praca w Google była dla niej idealna, uwielbiała swoje kalifornijskie życie. Rodzeństwo żartowało z niej, że jest maniakiem komputerowym, a Kait rzadko widywała dwoje ludzi, którzy bardziej pasowaliby do siebie niż Stephanie i jej chłopak, Frank. Mieszkali w Mill Valley w hrabstwie Marin, w maleńkim rozpadającym się domku, mimo codziennych długich dojazdów do pracy. Szaleli za sobą nawzajem i kochali swoją pracę. Steph miała przyjechać na Boże Narodzenie, a dwa dni później spotkać się z Frankiem i jego rodziną w Montanie i spędzić z nimi cały tydzień. Kait nie mogła narzekać. Widać było, że córka jest szczęśliwa, a tego dla niej pragnęła, i że świetnie sobie radzi zawodowo. Stephanie też nie miała zamiaru wracać do Nowego Jorku. Po co? Miała wszystko, o czym marzyła, w San Francisco.

Kait zachęcała dzieci, żeby podążały za marzeniami, ale nie spodziewała się, że będą to robić tak daleko od domu, w którym się wychowały, że tak mocno zapuszczą korzenie w innych miejscach i w innym życiu. Nie narzekała, ale brakowało jej ich bliskości. Ale tak to już jest w dzisiejszym świecie – ludzie są bardziej ruchliwi, mniej zakotwiczeni i często wyprowadzają się daleko od swoich rodzin, aby rozwijać się zawodowo. Szanowała za to swoje dzieci i żeby uniknąć roztkliwiania się z powodu ich nieobecności, dbała, by mieć zajęcie. Dużo zajęć. Jej rubryka stała się więc dla niej jeszcze ważniejsza. Wypełniała życie pracą, była sumienna i uwielbiała to, co robi. Satysfakcję dawała jej też świadomość, że udało jej się wpoić dzieciom, żeby ciężką pracą osiągały swoje cele. Wszystkie znalazły dobrą pracę, a dwoje z nich spotkało dobrych ludzi, których kochało, odpowiednich towarzyszy życia.

Sama Kait wychodziła za mąż dwa razy – pierwszy tuż po studiach za ojca jej dzieci. Scott Lindsay był przystojny, czarujący, uwielbiał się bawić i był taki młody. Było im ze sobą wspaniale i dopiero po sześciu latach i trójce dzieci zorientowali się, że nie łączą ich te same wartości i że niewiele mają ze sobą wspólnego poza tym, że oboje pochodzili ze starych nowojorskich rodzin z tradycjami. Scott dysponował ogromnym funduszem powierniczym i Kait w końcu zrozumiała, że mąż nie ma zamiaru podjąć żadnej pracy, bo nie musi tego robić. Chciał się bawić przez całe życie, a Kait uważała, że wszyscy powinni pracować, bez względu na majątek. Wpoiła jej to niezłomna babcia.

Rozeszli się wkrótce po urodzeniu Stephanie, kiedy oznajmił, że chce przeżyć duchowe doświadczenie i zamieszkać na rok u mnichów buddyjskich w Nepalu, następnie rozważał uczestnictwo w wyprawie na Everest i utrzymywał, że mistycznie piękne Indie będą wspaniałym miejscem do wychowywania dzieci, oczywiście jak już zaliczy swoje przygody. Rozwiedli się bez wrogości czy goryczy po jego rocznej nieobecności, on też uważał, że tak będzie lepiej. Przez cztery lata przebywał z dala od domu, po powrocie był już obcy dla dzieci, w końcu przeprowadził się na południowy Pacyfik, poślubił piękną Tahitankę i urodziło mu się troje kolejnych dzieci. Zmarł po krótkiej tropikalnej chorobie, dwanaście lat po rozwodzie z Kait.

Wysyłała do niego dzieci na Tahiti, ale niezbyt się nimi interesował, a i one po kilku takich pobytach nie chciały tam więcej jechać. Po prostu rozpoczął nowe życie. To, dzięki czemu na studiach wydawał się czarujący i pociągający, później działało na jego niekorzyść, szczególnie gdy ona dojrzała, a on nie. Nigdy tak naprawdę nie dorósł i nie chciał tego. Ze względu na dzieci było jej smutno, gdy zmarł, one nie smuciły się tak bardzo. W końcu spędził z nimi niewiele czasu i okazał im niewiele zainteresowania. Właściwie nie czuły się z nim niczym związane. Jego rodzice również zmarli młodo, nie mieli zresztą kontaktu z wnukami. Kait była dla dzieci całym światem i jedynym oparciem. Wpoiła im swoje wartości, wszyscy troje podziwiali jej ciężką pracę, która nie przeszkodziła jej być zawsze przy nich, nawet teraz. Żadne z nich nie potrzebowało już jej pomocy. Szli wybraną przez siebie drogą, ale wiedzieli, że znalazłaby się przy nich w ciągu minuty, gdyby poprosili. Dzieci były dla niej najważniejsze, odkąd pojawiły się na świecie.

Drugie małżeńskie doświadczenie było zupełnie inne, ale nie bardziej udane niż pierwsze. Czekała do czterdziestki, żeby znów wyjść za mąż. Tom wyjechał już wtedy na studia, córki były nastolatkami. Poznała Adriana, gdy zaczęła studiować psychologię na Uniwersytecie Nowojorskim, był o dziesięć lat od niej starszy, robił doktorat z historii, pracował jako kustosz małego, ale znanego muzeum w Europie. Erudyta, utalentowany, fascynujący, inteligentny, otworzył przed nią nowe światy; podróżowali do wielu miast: Amsterdamu, Florencji, Paryża, Berlina, Madrytu, Londynu, Hawany, i zwiedzali muzea.

Z perspektywy czasu zrozumiała, że wyszła za niego zbyt szybko. Martwiła się, że za kilka lat będzie musiała się zmierzyć z pustym gniazdem i bardzo chciała ułożyć sobie życie. Adrian miał nieskończenie wiele planów, które chciał z nią zrealizować, nigdy wcześniej nie był żonaty i nie miał własnych dzieci. Wydawał się jej odpowiednim partnerem, a związek z kimś tak kulturalnym i o tak szerokiej wiedzy był dla niej ekscytujący. Był powściągliwy, ale miły i ciepły, dopiero rok po ślubie wyjawił jej, że ożenił się z nią, próbując przezwyciężyć naturę, ale mimo dobrych chęci zakochał się w młodym mężczyźnie. Przeprosił Kait z całego serca i wyjechał z nim do Wenecji, gdzie żyli szczęśliwie przez ostatnich trzynaście lat, a jej małżeństwo skończyło się rozwodem.

Od tamtej pory bała się poważnych związków i nie ufała swojej ocenie i wyborom. Wiodła przecież takie szczęśliwe i satysfakcjonujące życie. Widywała się z dziećmi, gdy tylko mogła, kiedy miały czas. Miała pracę, którą kochała, i przyjaciół. Cztery lata temu, gdy skończyła pięćdziesiątkę, wmówiła sobie, że nie potrzebuje mężczyzny i od tamtej pory nie spotykała się z nikim. Wydawało jej się, że tak jest prościej. Nie żałowała tego, co być może traciła. Adrian zupełnie ją zaskoczył, nic nie wskazywało na to, że może być gejem. Nie chciała kolejny raz wpaść w pułapkę ani popełnić błędu. Nie chciała przeżyć kolejnego zawodu albo czegoś gorszego.

Choć w swoich artykułach była gorącą zwolenniczką związków, jej samej zaczęły się wydawać zbyt skomplikowane. Twierdziła, że jest szczęśliwa, żyjąc sama, choć przyjaciółki, na przykład Carmen, usiłowały ją namówić, żeby spróbowała raz jeszcze, bo mając pięćdziesiąt cztery lata, jest za młoda na to, żeby rezygnować z miłości. Kait była zdziwiona swoim wiekiem. Nie czuła, że ma tyle lat, ani na nie nie wyglądała, a energii miała więcej niż kiedykolwiek. Lata płynęły. Była zafascynowana nowymi przedsięwzięciami, ludźmi, których poznawała i swoimi dziećmi.

– No to jak, idziesz się z nami upić? – spytała Carmen ze zniecierpliwioną miną. – Kiepsko przy tobie wypadamy, bez przerwy pracujesz. Są święta, Kait!

Kait zerknęła za zegarek, czekało ją kupno choinki, ale miała pół godziny, żeby napić się z kolegami.

Poszła z Carmen i wypiła trochę likieru, który okazał się wyjątkowo mocny. Ten, kto przygotował ów ajerkoniak, miał ciężką rękę. Carmen sączyła drugi kieliszek, gdy Kait wymknęła się, wróciła do gabinetu, wzięła z biurka grubą teczkę pełną listów, na które zamierzała odpowiedzieć na łamach czasopisma, i szkic artykułu, który zgodziła się napisać do „New York Timesa” o tym, czy nadal dochodzi do dyskryminacji kobiet w miejscu pracy, czy to po prostu mit i relikt przeszłości. Jej zdaniem dyskryminacja naprawdę istniała, przybrała jedynie subtelniejszą formę, zależnie od zawodu. Bardzo chciała dokończyć artykuł. Wsadziła teczkę do dużej torby, którą dostała od Stephanie, z logo Google, dyskretnie przeszła obok imprezujących kolegów, pomachała Carmen i wsiadła do windy. Dla niej święta już się zaczęły, teraz musi udekorować mieszkanie dla dzieci, które zjawią się za dwa dni.

Miała zamiar, jak zawsze, upiec na Wigilię indyka i zadbać o ulubione łakocie. Zamówiła już ciasto w cukierni i kupiła świąteczny pudding w angielskim sklepie spożywczym. Dla Toma miała gin Bombay Sapphire, wyśmienite wino dla wszystkich, zaplanowała wegetariańskie dania dla Stephanie i smakołyki oraz płatki śniadaniowe w pastelowych kolorach dla wnuczek. Czekało ją jeszcze pakowanie prezentów. Miała przed sobą dwa pracowite dni. Na myśl o tym uśmiechnęła się i wsiadła do taksówki, żeby pojechać na targ z choinkami w eleganckiej dzielnicy niedaleko jej domu. Zaczynała czuć atmosferę świąt, tym bardziej że zaczął padać śnieg.

Znalazła ładne drzewko, odpowiednio wysokie do jej mieszkania, sprzedawca obiecał dostarczyć je późnym wieczorem, po zamknięciu targowiska. Miała stojak, ozdoby i lampki. Śnieg przylepiał się jej do rudych włosów i rzęs, gdy szła do domu, cztery przecznice dalej. Wszyscy byli w świątecznych nastrojach, szczęśliwi, że Wigilia już za dwa dni. Wybrała wianek na drzwi i kilka gałęzi choinki do ozdoby kominka w salonie. Zdjęła płaszcz i zaczęła rozpakowywać kartony z ozdobami, które wykorzystywała od lat i które dzieci nadal kochały. Niektóre zabawki, te z ich dzieciństwa, były lekko odrapane, ale lubili je najbardziej i gdyby nie powiesiła ich na choince, byliby niezadowoleni. Uwielbiali świąteczne prezenty od najmłodszych lat. To był czas pełen miłości i ciepła.

Mieszkała w tym samym apartamencie, co w czasach ich dzieciństwa. Jak na Nowy Jork mieszkanie miało spore rozmiary i było dla nich wręcz idealne, gdy kupowała je dwadzieścia lat temu. Dwie przyzwoitej wielkości sypialnie, z których jedną zajmowała ona, salon i jadalnia, duża kuchnia w rustykalnym stylu, w której wszyscy się gromadzili, a także – ponieważ budynek był stary – trzy pokoje dla służby od tyłu, które były pokojami dzieci, wówczas wystarczającej dla nich wielkości. Drugi pokój obok jej sypialni służył w razie potrzeby za pokój gościnny i za jej gabinet. Dawniej, gdy dzieci były małe, mieściła się w nim bawialnia. Kait miała zamiar teraz odstąpić swoją sypialnię Tomowi i jego żonie na czas ich krótkiej wizyty. Stephanie zajmie pokój gościnny, a dziewczynki Toma – jedną z dawnych służbówek, w których dorastali ich tata i ciotki. Kait będzie nocować w dawnym pokoju Candace, która nie przyjedzie. Nie przeprowadziła się do mniejszego mieszkania, bo lubiła mieć dość miejsca dla odwiedzających ją dzieci i wnuczek. Od paru lat nie zjeżdżali się wszyscy jednocześnie, ale niewykluczone, że kiedyś tak się stanie. Zresztą kochała to mieszkanie, było jej domem. Dwa razy w tygodniu przychodziła sprzątaczka, w pozostałe dni o porządek dbała sama, sama też dla siebie gotowała albo kupowała coś po drodze do domu.

Pensja z „Woman’s Life” i pieniądze, które zostawiła jej babcia, pozwoliłyby jej na bardziej luksusowe życie, ale pozostała przy tym, co miała. Nie chciała więcej i nigdy nie czuła pokusy, żeby się popisywać. Babcia nauczyła ją, jaką wartość mają pieniądze, co mogą, jak bywają ulotne, i tego, jak ważna jest praca. Constance Whittier była wyjątkową kobietą, wszystkiego, co wiedziała o życiu, Kait nauczyła się od niej, przejęła jej ideały, w które nadal wierzyła i które wpoiła swoim dzieciom, choć samej Constance nie udało się to w stosunku do własnych dzieci, a może miała mniej szczęścia. Uratowała rodzinę przed katastrofą ponad osiemdziesiąt lat temu i w swoich czasach była legendą, dała wszystkim przykład zaradności, odwagi, wyczucia interesów i śmiałości. Stała się jedynym przykładem dla dorastającej Kait.

Constance, pochodząca z szanowanej arystokratycznej rodziny, była świadkiem, jak jej własna rodzina i Whittierowie stracili swoje fortuny w tym samym czasie, podczas krachu w dwudziestym dziewiątym roku. Była młodą mężatką, miała czworo małych dzieci, w tym noworodka Honora, ojca Kait. Wcześniej mieszkali w bajkowym świecie olbrzymich domów, wielkich posiadłości, nieograniczonego bogactwa, pięknych sukien, biżuterii i w otoczeniu armii służących, ale wszystko to obróciło się w proch wraz z krachem, który zniszczył życie wielu osób.

Mąż Constance nie był w stanie zmierzyć się z tym, co nadejdzie, i popełnił samobójstwo, gdy cały jego świat legł w gruzach. Constance została sama z czwórką dzieci i bez pieniędzy. Sprzedała, co mogła, resztę wcześniej stracili, przeprowadziła się z dziećmi do mieszkania w czynszowej kamienicy przy Lower East Side i próbowała znaleźć pracę, żeby je wykarmić. Nikt z jej rodziny ani najbliższego kręgu znajomych nigdy nie pracował, swoje fortuny wszyscy odziedziczyli. Nie miała żadnych zdolności poza tym, że była czarującą gospodynią, piękną młodą kobietą, dobrą matką i oddaną żoną. Pomyślała, że mogłaby zająć się szyciem, ale nie miała do tego zdolności. Więc zajęła się jedyną rzeczą, jaka przyszła jej do głowy i na jakiej się znała. Zaczęła piec ciastka, które tak lubiła piec dla swoich dzieci.

Dawniej miała cały sztab kucharzy, którzy przyrządzali wszelkie delicje, o jakich rodzina zamarzyła, ale Constance lubiła piec ciastka dla dzieci, gdy tylko kucharka wpuszczała ją do kuchni. W dzieciństwie nauczyła się tego od kucharki rodziców i bardzo jej się to przydało. Zaczęła je produkować w mieszkaniu z jedną sypialnią przy Lower East Side. Zabierała ze sobą dzieci i roznosiła ciastka po sklepach spożywczych, w gładkich pudełkach, które podpisywała „Ciasteczka dla dzieci pani Whittier”. Sprzedawała je wszędzie, gdzie chcieli je kupić. Spotkała się z pozytywnym odzewem, nie tylko ze strony dzieci, ale także dorosłych. Sklepy i restauracje zaczęły składać zamówienia. Ledwie nadążała z pieczeniem, ale to, co zarobiła, pomagało utrzymać się jej i dzieciom w nowym życiu, w którym nieustannie martwiła się o przetrwanie i o to, żeby mieć wystarczającą ilość pieniędzy na utrzymanie. Później do ciastek dodała ciasta i zaczęła szukać przepisów, które zapamiętała – z Austrii, Niemiec i Francji, a zamówień było coraz więcej. Odkładała pieniądze i po roku mogła sobie pozwolić na to, żeby wynająć małą piekarnię i realizować zamówienia, których ciągle przybywało.

Jej ciasta były niezwykłe, ciastka podobno najlepsze. Dowiedziano się o niej w restauracjach w eleganckich dzielnicach i wkrótce zaopatrywała w swoje wypieki kilka najlepszych nowojorskich restauracji. Musiała też zatrudnić kobietę do pomocy. Dziesięć lat później miała najlepiej prosperujący interes cukierniczy w Nowym Jorku, a wszystko zaczęło się w maleńkiej kuchni, od rozpaczy, że nie zdoła wykarmić dzieci. Interes rozwinął się szczególnie w czasie wojny, gdy kobiety zaczęły pracować i nie miały czasu piec w domu. Constance miała już wtedy fabrykę, a w tysiąc dziewięćset pięćdziesiątym roku, dwadzieścia lat po rozpoczęciu działalności, sprzedała firmę General Foods za fortunę, która pomogła utrzymać trzy pokolenia jej rodziny i nadal do tego służyła. Fundusz powierniczy, który założyła, zapewnił każdemu pieniądze na start, za które mogli się wykształcić, kupić dom czy zacząć przygodę z biznesem. Stała się dla nich wszystkich przykładem zaradności i niepoddawania się.

Synowie Constance przynieśli jej rozczarowanie, chętnie odcinali kupony od finansowego sukcesu matki, ale sami byli leniwi. Przyznała później, że ich zepsuła, a jeden z nich miał pecha. Najstarszy syn miał słabość do szybkich samochodów i jeszcze szybszych kobiet, zginął w wypadku samochodowym, zanim zdążył się ożenić czy mieć dzieci. Ojciec Kait, Honor, był leniwy, egoistyczny, pił i uprawiał hazard, ożenił się z piękną kobietą, która uciekła z innym mężczyzną, kiedy Kait miała roczek. Matka Kait zaszyła się gdzieś w Europie i nigdy nie dała znaku życia. Honor zmarł rok później, w dość tajemniczy sposób, w jakimś burdelu w czasie podróży po Azji, kiedy Kait miała dwa lata i została z nianiami w Nowym Jorku. Przygarnęła ją i wychowała babcia, uwielbiały się.

Starsza córka Constance była utalentowaną pisarką, odnosiła sukcesy pod pseudonimem Nadane Norris. Zmarła przed trzydziestką na raka mózgu, bezdzietnie i jako panna. Młodsza wyszła za Szkota, wiodła spokojne życie w Glasgow i miała dobre dzieci, które opiekowały się nią aż do jej śmierci w wieku osiemdziesięciu lat. Te dzieci były kuzynami Kait, lubiła ich, ale rzadko widywała. Dumą i radością babki była Kait, przeżyły wiele wspaniałych przygód, kiedy dorastała. Kait miała trzydzieści lat, gdy jej babcia zmarła w wieku dziewięćdziesięciu czterech lat.

Constance Whittier przeżyła wspaniałe życie i dożyła pięknego wieku w pełni władz umysłowych. Nigdy nie patrzyła za siebie z goryczą czy żalem z powodu tego, co straciła, nie żałowała też tego, co musiała zrobić, żeby utrzymać dzieci. Każdy dzień traktowała jak okazję, wyzwanie i dar i dzięki temu Kait łatwiej było w trudnych chwilach lub kiedy spotykały ją rozczarowania. Jej babcia była najodważniejszą kobietą, jaką znała. Kait było przy niej miło i wtedy, gdy była dzieckiem, i wtedy, kiedy babcia miała dziewięćdziesiąt lat. Do samego końca nie brakowało jej zajęć – podróżowała, odwiedzała znajomych, śledziła sprawy gospodarcze, zafascynowana biznesem, i uczyła się nowych rzeczy. Mając osiemdziesiąt lat, nauczyła się płynnie mówić po francusku, a potem zapisała się na lekcje włoskiego i opanowała go całkiem dobrze.

Dzieci Kait pamiętały jeszcze prababcię, choć wspomnienia były mgliste, bo zmarła, gdy były malutkie. Ostatniego wieczoru zjadła kolację z Kait, śmiały się, a później dyskutowały z ożywieniem. Kait ciągle za nią tęskniła i na myśl o niej zawsze się uśmiechała. Lata, które razem przeżyły, były największym darem w jej życiu, nie licząc dzieci.

Gdy ostrożnie rozkładała świąteczne ozdoby na kuchennym stole, dostrzegła kilka zabawek ze swojego dzieciństwa i przypomniała sobie, jak wieszała je z babcią na choince w czasach, kiedy mieszkały razem. Ozdoby były wyblakłe, ale Kait wiedziała, że jej wspomnienia nie zbledną nigdy. Babcia zawsze będzie żyła w miłości i radości, których zaznały razem i które stały się podstawą jej życia. A ciasta i ciastka, które Constance zaczęła wypiekać z konieczności, żeby utrzymać dzieci, stały się bardzo popularne. Ciastka nazywały się po prostu „Dla Dzieci”, a ozdobne torty i wypieki – „Ciasta Pani Whittier” i zapewniały rodzinie godne życie. General Foods podjęło mądrą decyzję i zachowało oryginalne nazwy produktów, które były nadal popularne i świetnie się sprzedawały. Constance Whittier stała się legendą – niezależna, zaradna kobieta, wyprzedzająca swoje czasy. Kait każdego dnia brała z niej przykład.

2

Ponieważ dzieci miały być krótko, chciała, żeby wszystko wypadło idealnie: choinka, dom, dekoracje, potrawy. Chciała, żeby za dwa dni dzieci opuszczały dom przepełnione dobrymi uczuciami i wzajemną życzliwością. Tom czasami lekceważył młodszą siostrę i dokuczał jej. Żyła na innej planecie, w świecie komputerów, Tom uważał jej chłopaka za dziwaka. Frank był miły, ale ciężko się z nim rozmawiało, interesowała go wyłącznie informatyka. Zaliczali się do geniuszy Google i byli typowymi maniakami komputerowymi. Z kolei Stephanie często mówiła do matki na osobności, że może trudno jej pojąć, jak teść jej brata dorobił się fortuny, sprzedając frytki, burgery i skrzydełka kurczaka w sosie barbecue i tajemniczych przyprawach, których nie chciał wyjawić. Ale Hank, ojciec Maribeth, był genialnym biznesmenem i wspaniale traktował Toma, dając mu szanse na udział w jego sukcesie i na to, żeby mógł dorobić się własnego majątku. Hank Starr był człowiekiem szczodrym i Kait była mu wdzięczna za możliwości, jakie stworzył jej synowi. Maribeth zaś była bystrą kobietą i dobrą żoną.

Stephanie odnosiła sukcesy zawodowe i znalazła idealnego partnera. Kait nie mogła prosić o nic więcej. Jedynie życie Candace nadal ją martwiło, przez te niebezpieczne miejsca, do których jeździła kręcić dla BBC filmy dokumentalne. Brat i siostra uważali, że jest szalona, nie wiedzieli, co nią kieruje. Kait trochę bardziej rozumiała swoje dziecko. Wobec olbrzymiego sukcesu finansowego brata, który stał się następcą tronu w królestwie teścia i genialnego umysłu młodszej siostry, Candace wybrała drogę, która zrobiła z niej gwiazdę jedyną w swoim rodzaju i zaskarbiła jej uwagę i szacunek ludzi. Głęboka troska Kait o los kobiet zainspirowała Candace, żeby stać się ich głosem. Zwracała na nie uwagę swoimi specjalnymi programami dokumentalnymi, nie bacząc na to, na co musiała się zdobyć, żeby je nakręcić. To, co robiła Kait, wydawało się przy tym banalne – po prostu odpisywanie na listy nieszczęśliwych kobiet i udzielanie im porad, jak rozwiązywać zwykłe, codzienne problemy i walczyć o lepsze życie. Ale Kait dawała im nadzieję, odwagę i poczucie, że komuś na nich zależy. Nie było to nieistotne osiągnięcie i wpłynęło na sukces, jaki jej rubryka odnosiła przez dwie dekady.

Kait nie była typem wojownika jak jej średnia córka czy babcia – ona zamieniła tsunami, które niemal ją zmiotło, w falę niosącą ich wszystkich przez wiele lat. Babcia była prekursorką kobiet pracujących, w jej czasach było to rzadkie. Udowodniła, że kobieta bez wykształcenia i szczególnych zdolności, nienauczona absolutnie niczego poza tym, żeby pięknie wyglądać i dotrzymywać towarzystwa mężowi, może odnieść sukces, dysponując ograniczonymi środkami. Dzieci na całym świecie nadal uwielbiały jej ciastka „Dla Dzieci”. Kait też je lubiła, chociaż te produkowane masowo nie były tak dobre jak te, które wychodziły z piekarnika babci, gdy była mała. Mimo to nadal były pyszne i dobrze się sprzedawały. Od czasu do czasu wykorzystywała któryś ze starych przepisów babci na uroczyste ciasto, w dzieciństwie szczególnie lubiła wiedeński tort Sachera, choć nie uważała, że ma szczególny talent do pieczenia czy gotowania. Miała za to inne zdolności, czego dowodem była jej rubryka w „Woman’s Life”.

Choinkę zaczęła ubierać już po północy. Najładniejsze, nowsze ozdoby powiesiła bliżej czubka, żeby mogli je podziwiać dorośli, cenne sentymentalne pamiątki z czasów dzieciństwa swojego i dzieci – na niższych gałęziach, żeby mogły się nimi cieszyć wnuczki. O trzeciej nad ranem skończyła i położyła się spać z długą listą rzeczy do załatwienia następnego dnia.

O ósmej była już na nogach, późnym popołudniem w sobotę dom wyglądał idealnie. Pojechała do supermarketu kupić resztę rzeczy, których potrzebowała. Nakryła stół, sprawdziła sypialnie, wieczór spędziła na pakowaniu prezentów przy odcinku Downton Abbey, swojego ulubionego serialu, odtwarzanego z płyty DVD. Serial zniknął z anteny kilka lat temu, ale jej nadal się podobał i miała wrażenie, że jego bohaterowie to jej starzy przyjaciele. Miło było słyszeć czyjeś głosy w pokoju, tak jakby ktoś z nią był. Oglądała go tak często, że wiele dialogów znała na pamięć. Dzieci żartowały z niej, ale ona to lubiła. Była to saga rodzinna, której akcja rozgrywa się w Wielkiej Brytanii, z brytyjską obsadą, w drugim roku nadawania zyskała ogromną popularność w Stanach. Babcia filmowa czasami przypominała jej własną babkę.

Prezenty wybrane dla rodziny były tak różnorodne, jak jej członkowie. Tomowi kupiła piękną skórzaną kurtkę, wystarczająco odlotową jak na teksański styl życia, do noszenia w weekendy. Dla Maribeth znalazła torebkę i ciężki złoty naszyjnik od modnej projektantki, wiedziała, że Maribeth ją uwielbia. Stephanie i Frankowi podarowała dżinsowe kurtki podbite kożuszkiem i sprzęt trekkingowy, bo chodzili wyłącznie w dżinsach i nosili wysokie buty do wspinaczki albo adidasy do biegania. Stephanie z przerażeniem patrzyła na wysokie szpilki bratowej. Dla wszystkich były też książki i płyty, i lalki American Girl dla obu wnuczek, odpowiednie do ich wieku, ze wszystkimi akcesoriami.

Miała niezłą zabawę, kiedy kupowała lalki miesiąc wcześniej i widziała, jak dzieci w wieku jej wnuczek błagają o nie rodziców, kiedy je wybrała. Maribeth dostarczyła jej wskazówek, które okazały się pomocne. Kait od początku dobrze rozumiała się z synową, choć były zupełnie różne. Kait zdawała sobie sprawę z tego, że Maribeth włożyła wiele wysiłku w to, żeby zamienić Tommy’ego w Teksańczyka. W Dallas nosił kowbojskie kapelusze i szyte na miarę buty, które dostawał od teścia, z każdego możliwego gatunku egzotycznej skóry, od aligatora po jaszczurkę. Tommy doskonale dostosował się do swojego nowego świata, zresztą trudno byłoby mu się oprzeć, biorąc pod uwagę profity, jakie mu przynosił. Kochał żonę i dzieci tak, jak jego matka kochała jego i jego siostry, gdy byli mali i teraz. Kait czasami potwornie tęskniła za nimi wszystkimi, ale nie pozwalała sobie na smętne rozmyślania. Byli szczęśliwi, ona zresztą też miała dobre życie. Idąc za przykładem babci, cieszyła się z tego, co ma, i nigdy nie narzekała z powodu tego, czego jej brakowało.

W wigilijny poranek otworzyła oczy, pełna radosnego wyczekiwania, przejęta, że za kilka godzin ich zobaczy. Usiłowała zadzwonić na komórkę do Candace, ale nie mogła się dodzwonić. Wzięła prysznic, włożyła czarne dżinsy, czerwony sweter i baleriny, jeszcze raz sprawdziła mieszkanie i włączyła lampki na choince. Była gotowa. Tommy z rodziną przylatywali wczesnym popołudniem samolotem jego teścia, w świąteczny wieczór mieli dołączyć do niego w olbrzymiej posiadłości, którą wynajął na Bahamach, i spędzić z nim resztę ferii. Spędzali z nim przerwę świąteczną co roku, ale odkąd się pobrali siedem lat temu, dzień Bożego Narodzenia spędzali z Kait. Stało się to tradycją.

Kait, zbyt podniecona, żeby zjeść obiad, przeczytała parę listów, na które musiała odpisać. Później zaktualizowała blog, który cieszył się ogromną popularnością. Dla Meredith i Lucie Anne nastawiła kolędy dziecięce w odtwarzaczu. Lucie Anne, podobna do ojca i babki, była na wskroś jedną z Whittierów. Wyglądała jak mała kula ognia z wielkimi zielonymi oczami, rudymi włosami i piegami, grzeczna, ale śmiała wobec dorosłych, zadawała niesamowicie inteligentne pytania jak na czterolatkę. Meredith, Merrie, była nieśmiała, ostrożna, cichsza i miała południowy charakter jak jej matka. Uwielbiała rysować i pisać wiersze do szkoły. Obie były bystrymi, ciekawymi dziećmi i Kait marzyła, żeby móc spędzić z nimi więcej czasu i lepiej je poznać, ale życie dzieci było tak wypełnione szkołą i zajęciami pozaszkolnymi, że nawet gdy przyjeżdżała z wizytą, dziewczynki prawie nie miały dla niej wolnej chwili. Kilka wizyt w Teksasie w ciągu roku, wciśniętych w szalony grafik ich rodziców, i coroczna wizyta świąteczna nigdy jej nie wystarczały.

Stephanie wyleciała już z San Francisco i miała dotrzeć do mieszkania przed trzecią po południu. Nie wykazywała najmniejszego zainteresowania zamążpójściem i dziećmi i Kait zastanawiała się, czy to się kiedyś zmieni. Jej córka uważała, że małżeństwo to przestarzała instytucja, która straciła rację bytu, a wizja posiadania dzieci nigdy jej nie pociągała. Wolała towarzystwo dorosłych o podobnych zainteresowaniach, a Frank się z nią zgadzał. Byli zakochani w swojej pracy i w sobie nawzajem i w ich życiu nie było miejsca dla dzieci. A Candace lata świetlne dzieliły od związku z kimkolwiek, biorąc pod uwagę jej pracę dla BBC i ambicje zawodowe.

Kait słuchała, jak znajome opowiadały o tym, że spędzają czas z wnukami i ile radości im to sprawia, ale może nie było jej to pisane. Żałowała, że nie ma takiej więzi z wnuczkami, jaką miała jej babcia, zbyt rzadko i zbyt krótko je widywała, żeby się z nimi mocniej związać. Mogła je jedynie troszkę rozpieszczać i starać się je poznać. Zajęta prowadzeniem swojej rubryki i własnym życiem, miała czasami wrażenie, że wnuczki to obce dzieci.

Gdy o drugiej zadzwonił dzwonek, była już gotowa. Syn, w garniturze, uściskał ją i zdecydowanie wszedł do salonu, Maribeth nie mogła przestać się zachwycać piękną choinką i dekoracjami, a Merrie i Lucie Anne weszły do środka, tańcząc jak małe wróżki. Lucie miała na sobie ulubioną tiulową spódniczkę pod czerwonym płaszczykiem i od razu poinformowała Kait o lekcjach baletu i występie, który odbędzie się w czerwcu. Kait wyciągnęła kanapki i ciastka, dla dorosłych miała świąteczny ajerkoniak, a dla dzieci gorącą czekoladę z bitą śmietaną i ptasim mleczkiem, i wszyscy rozmawiali z przejęciem, a Kait promieniała, szczęśliwa, że dzieci były w domu.

Stephanie dotarła godzinę później, w dżinsach, butach do pieszych wędrówek i ciężkiej kraciastej wełnianej marynarce Franka, którą pożyczyła od niego na wyjazd. Ucieszyła się na widok brata, który ją uściskał, a dziewczynki były wniebowzięte spotkaniem z ciotką, z którą zawsze była świetna zabawa i psoty. Gdy tylko postawiła walizkę w małym pokoju za kuchnią, wpadły i zaczęły skakać na jej łóżku, a ona im na to pozwoliła.

To było cudownie ciepłe, miłe popołudnie, które wszystkim sprawiło ogromną przyjemność. Wieczorem elegancko ubrali się do kolacji. Dziewczynki miały na sobie marszczone wyjściowe sukienki, które kiedyś przysłała im Kait, podobne do tych, jakie nosiły ich ciotki, gdy były w ich wieku. Maribeth wystąpiła w seksownej czarnej koktajlowej sukience, a Stephanie w białym swetrze do dżinsów, nie zdjęła jednak butów wspinaczkowych, w których przyjechała, bo zapomniała wziąć innych, jak zawsze. Tom był ubrany jak należy, w garniturze i pod krawatem. Kait miała na sobie czarne jedwabne spodnie i koronkową bluzkę i małe diamentowe kolczyki, jej ulubione, które kiedyś należały do jej babci.