Obrus, który został zaproszony na obiad - Lidia Amejko - ebook

Obrus, który został zaproszony na obiad ebook

Lidia Amejko

0,0
29,87 zł

lub
Opis

Urodziłam się w Mieście Przypadkiem Znalezionym.
Moi przodkowie znaleźli je, choć wcale nie szukali.
Niechcący nadepnęli, a wtedy brudna maź z ognia i dymu wylała się spomiędzy ulic.
Nie wiedzą, dlaczego je wybrali.
Może z nudów, bo pociąg stał za długo?
Nie znali celu podróży, więc wzięli, co było pod ręką.
Miasto było towarem od wojennego pasera – poprzedni właściciel miał kryminalną przeszłość i odszedł w niesławie, więc starali się pamiętać, że w każdej chwili może wrócić i odebrać im Miasto.
W Mieście Przypadkiem Znalezionym zastali same „obce słowa“, na wpół spalone, roztrzaskane, niezrozumiałe, więc to, co jeszcze zostało, związali „gramatyką“, którą przywieźli ze sobą z daleka.
Tak powstała Kreolia.
Ci, którzy znaleźli Miasto, nosili w sobie ostrą krawędź między „TU“ i „TAM“ – wiedzieli, że nigdy nie przestanie ich uwierać. Tęsknili za Miastem Utraconym, bo tylko tam wszystko było prawdziwe: prawdziwe powietrze, prawdziwe zimy, prawdziwe życie! I oni sami też byli prawdziwi.
Jednak ich dzieci i wnuki, te które urodziły się w Kreolii – to już całkiem odmienna historia! Oderwani i przywiązani RODOWICI OBCY – nasza tożsamość pełna jest sprzeczności. Wiemy, że taki właśnie jest świat: absurdalny, niedopasowany i wyszczerbiony.
Jestem z Kreolii.
Tutaj nie muszę wiedzieć, co jest „prawdziwe“ a co nie; co moje, a co obce. Niczego sobie nie przywłaszczam, za niczym nie tęsknię, a moje korzenie… no cóż, moje korzenie dopiero urosną.
– Fragment eseju opublikowanego w Neue Zürcher Zeitung i Gazecie Wyborczej

W poszukiwaniu formy wyrazu najwierniejszej intencjom Autorka połączyła elementy dramatu scenicznego z powieścią, nadając Obrusowi, który został zaproszony na obiad postać powieści scenicznej. Podążając za Jej wizją, naruszyliśmy żelazne reguły składu, świadomie mieszając te właściwe klasycznym, „książkowym”, by treść mogła oddziaływać na Czytelnika dobitniej, by czytając, jednocześnie zajął On miejsce w pierwszym rzędzie pośród teatralnej widowni.
- Liberum Verbum

"...gdyby krawcy pisali historię świata, wierz mi, wiele spraw wyglądałoby zupełnie inaczej!"
"...życie to skrzyżowanie włókien, które biegną w przeciwnych kierunkach: śmierć i zmartwychwstanie, pustka i pełnia, uniesienie, a potem upadek – ciągle ten sam ukryty deseń!"
- fragmenty książki


Lidia Amejko – urodziła się i mieszka we Wrocławiu. Jest autorką sztuk teatralnych, telewizyjnych i radiowych, prozy i esejów. tłumaczonych na angielski, francuski, hiszpański, węgierski, czeski, chorwacki i rosyjski. „Głośne historie“ i „Żywoty świętych osiedlowych“ były nominowane do nagrody Nike. Dramaty doczekały się realizacji w Polsce i wielu krajach Europy.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 275




Copyright © 2019 Lidia Amejko

Wrocław 2019

ISBN:978-83-66358-18-8

Skład i korekta: Liberum Verbum

Redakcja: Zbigniew Zebar

Projekt okładki: Michał Hrisulidis

Autor pracy i zdjęcia wykorzystanego na okładce: Michał Hrisulidis

Realizacja okładki: Zbigniew Zebar

Liberum Verbum

50-078 Wrocław

ul. Leszczyńskiego 4

www.liberumverbum.com.pl

liberum-verbum.sklepy.pasejo.pl

[email protected]

LIDIA AMEJKO – urodziła się i mieszka we Wrocławiu. Jest autorką sztuk teatralnych, telewizyjnych i radiowych, prozyi esejów, tłumaczonych na angielski, francuski, hiszpański, węgierski, czeski,chorwackii rosyjski. „Głośne historie“ i „Żywoty świętych osiedlowych“ były nominowane do nagrody Nike. Dramaty doczekały się realizacji w Polscei wielu krajach Europy.

Urodziłam się w Mieście Przypadkiem Znalezionym.

Moi przodkowie znaleźli je, choć wcale nie szukali.

Niechcący nadepnęli, a wtedy brudna maź z ogniai dymu wylała się spomiędzy ulic.

Nie wiedzą, dlaczego je wybrali.

Może z nudów, bo pociąg stał za długo?

Nie znali celu podróży, więc wzięli, co było pod ręką.

Miasto było towarem od wojennego pasera – poprzedni właściciel miał kryminalną przeszłość i odszedł w niesławie, więc starali się pamiętać, że w każdej chwili może wrócić i odebrać im Miasto.

W Mieście Przypadkiem Znalezionym zastali same „obce słowa“, na wpół spalone, roztrzaskane, niezrozumiałe, więc to, co jeszcze zostało, związali „gramatyką“, którą przywieźli ze sobą z daleka.

Tak powstała Kreolia.

Ci, którzy znaleźli Miasto, nosiliw sobie ostrą krawędź między „TU“ i „TAM“ – wiedzieli, że nigdy nie przestanie ich uwierać. Tęsknili za Miastem Utraconym, bo tylko tam wszystko było prawdziwe: prawdziwe powietrze, prawdziwe zimy, prawdziwe życie! I oni sami też byli prawdziwi.

Jednak ich dzieci i wnuki, te które urodziły się w Kreolii – to już całkiem odmienna historia! Oderwani i przywiązani RODOWICI OBCY – nasza tożsamość pełna jest sprzeczności. Wiemy, że taki właśnie jest świat: absurdalny, niedopasowany i wyszczerbiony.

Jestemz Kreolii.

Tutaj nie muszę wiedzieć, co jest „prawdziwe“ a co nie; co moje, a co obce. Niczego sobie nie przywłaszczam, za niczym nie tęsknię, a moje korzenie… no cóż, moje korzenie dopiero urosną.

– fragment eseju opublikowanego wNeue Zürcher Zeitung iGazecie Wyborczej

W poszukiwaniu formy wyrazu najwierniejszej intencjom Autorka połączyła elementy dramatu scenicznego z powieścią, nadając Obrusowi, który został zaproszony na obiad postać powieści scenicznej. Podążając za Jej wizją, naruszyliśmy żelazne reguły składu, świadomie mieszając te właściwe klasycznym, „książkowym”, by treść mogła oddziaływać na Czytelnika dobitniej, by czytając, jednocześnie zajął On miejsce w pierwszym rzędzie pośród teatralnej widowni.

- Liberum Verbum

...gdyby krawcy pisali historię świata, wierz mi, wiele spraw wyglądałoby zupełnie inaczej!

...życie to skrzyżowanie włókien, które biegną w przeciwnych kierunkach: śmierć i zmartwychwstanie, pustkai pełnia, uniesienie, a potem upadek – ciągle ten sam ukryty deseń!

- fragmenty książki

Julii Amejko,

mojejneszama jetera, mojej duszy zapasowej i odświętnej.

Słowa mnie rozdzierają.

W słowach.

Tym, co mnie rozdziera.

To niepamięć moich słów.

Edmond Jabès

Byliśmy partyturą, sprężystą i dotykalną.

Cisza, rozciągnięta wzdłuż naszych ciał, była osnową – dobrze napiętą i obciążoną ołowiem, aby mogła utrzymać wątek.

Chłopiec ukryty we wnętrzu krosien, mały, jak na swój wiek, lecz silny i zręczny, na znak swojego mistrza unosił lub opuszczał wybrane struny, żeby dźwięk mógł zanurzyć się w ciszy albo wypłynąć na powierzchnię.

Ruchliwość ciszy objawiała wątek.

Dźwięki spływały powoli, w równym tempie i – nieruchomiały!

Zamieniały się w przestrzeń.

Z każdą sekundą przybywało przestrzeni, splecionej z wątków, fraz i tematów o dotykalnej teksturze.

Wątki, frazy i tematy o dotykalnej teksturze:

Cajg, Cwelich, Drelich – proleci z najniższej półki. Od urodzenia gorsza służebna materia.

Ponowoczesny Poliamid – ustępliwy, nie stawia oporu, nie wymusza kształtu. Odbija rzeczywistość, ale jej nie męczy.

Kroje bitewne:

 – zasadzka w Lesie Teutoburskim – wzór męskiej marynarki

 – szarża lekkiej brygady pod wodzą FitzRoya Jamesa Henry’ego Somerseta, pierwszego barona Raglan – koncepcja rękawa typu raglan

 – bitwa pod Marengo – wykrój spodni

 – rzeź pod Austerlitz – wykrój palta

 – manewr okrążający von Schlieffena – bez znaczenia dla krawiectwa.

Szmu – to, co nigdy nie zaistniało. Inaczej: ścinki.

Ciąć czy drapować? – krawieckieunde malum.

Hugo Boss w poszukiwaniu czerni absolutnej.

„Czarny Partenon” – mundur SS.

Kiedy mundury tracą pamięć?

Ciałowędrowanie Leonida B-jcewa, czyli wojenny transwestytyzm.

Krojenieversus dzianie – inaczej: Krawiec Sześciodniowy kontra Wieczny Dziewiarz. Inaczej: Dziergane Genesis.

Dopinana Pasmanteryjna Tożsamość.

Literacka Taksydermia: inaczej wypychanie faktów. Inaczej: realizm.

Dlaczego„nie strzela się do garnituru za dwa tysiące dolarów”?

„Tylko płaszcze i kapelusze!” (Kartezjusz).

KALANDER – walec parowy do wyciskania wzorów na społecznej tkaninie. Inaczej: dyktator.

Szyto-kryto – sposób szycia, dominujący w pewnych okresach historycznych.

Teza-antyteza-prążkowana synteza – zmaterializowany postęp dziejowy.

Kamizelka – ta trzecia. Znana również jako „karlica NEP”.

Ortalion, czyli kosmopolityzm.

Obrus, który został zaproszony na obiad.

Przeniknął przez ściany ognia, zlekceważył pogróżki, zignorował hasła:

„Mamy zaszczyt zaprosić Pana/Panią…”

Nareszcie!

Łzy?

O, tak!

A razem ze łzami spływa na mnie słodycz spełnienia.

„Pan/Pani” – cudowny skos rozdzierający i splatający na nowo w migotliwą jedność to, co męskie i żeńskie!

„Pan/Pani” – ukośne rozcięcie, które zwykle poleca każdemu z członów wykluczyć się wzajemnie („niepotrzebne skreślić”) – tu jednak odmawia bycia arbitrem! Akceptuje każdą ze swoich stron. Niczego nie wyklucza!

Nigdy wcześniej nie zwrócono się do mnie z tak subtelną precyzją.

NIGDY.

Albowiem Rodzice nie przymusili mnie do żadnej płci.

Ani kolorem (różowy/niebieski).

Ani imieniem (nie posiadam imienia).

Ani żadnym językowym imadłem, które – jak wiadomo – miażdży wszystko, co delikatne i pozbawione konturów.

:

Język zastawia na nas zamaskowane wnyki, a wdepnąwszy w nie – od razu stajemy się kobietą lub mężczyzną. Co za wyuzdanie! – mówili z odrazą.

I dodawali:

:

Nic tak nie kaleczy, jak język!

Kochaliśmy bezokoliczniki. Przychodziły z nieruchomej wieczności, żeby opisać ruch, lecz nie wlokły za sobą czasu „ani żadnej rzeczy, która jego jest”. Nie zastawiały wnyków.

Kochaliśmy bezokoliczniki, ich tolerancyjną miękkość, z tym uroczym „-ć” na końcu, jak całus na pożegnanie.

Najbardziej dziwaczne: „przyprzeć”, „niechać” „zezuć” lub „czniać” przynosiliśmy do domu jak zwierzęta z przetrąconymi kończynami i ogrzewaliśmy własnym oddechem, karmiliśmy opowieściami, a kiedy nabrały sił – mogły odejść.

Niektóre zostawały z nami na zawsze, bo nie było już dla nich miejsca w świecie – kto by jeszcze chciał przygarnąć mową te zapomniane i nikomu niepotrzebne: „cierlić”, „czmuchać” czy „kurdawieć”?

„Mamy zaszyt zaprosić Pana/Panią na konferencję poświęconą przyszłości książki jako medium opowieści”.

Bom

bom

bom!

Tak wygląda mój zachwyt, kiedy opada z hukiem.

„Medium opowieści”? Co to, do cholery, może znaczyć?

Dalej jest jeszcze gorzej:

„Wśród zaproszonych uczestników Konferencji znajdą się wydawcy, księgarze i bankierzy…”

Nie uprawiam żadnego z wymienionych zawodów. Mój związek z książkami jest, mówiąc szczerze – żaden.

N’chyba że…

Zaraz!

„Wszechświatowy komputer biblioteczny wytypował Pana/Panią do udziału w naszej Konferencji jako czytelnika/czytelniczkę wszech czasów”.

N’to akurat może być prawda!

Wypożyczam około dwustu książek tygodniowo. I zawsze oddaję na czas. A nawet wcześniej, kiedy czytelnik umrze przed terminem zwrotu.

Odkąd w naszym szpitalu zlikwidowano bibliotekę, wypożyczam książki dla pacjentów w bibliotece miejskiej w B/W.

Na swoje konto, żeby było prościej. Wszyscy o tym wiedzą.

Wszechświatowy komputer również.

Ale i tak nie pojadę!

Źle bym się czu…

(O-ho! Proszę! Czas przyszły właśnie próbował mnie dopaść i zajrzeć mi do majtek, ale robię unik i zwinnie go omijam).

Chcę powiedzieć, że pośród tych wszystkich wydawców i bankierów nie ominęłoby mnie złe samopoczucie (wiem, brzmi koślawo, ale wiadomo, co chcę powiedzieć, c’nie?).

Jeszcze rzut oka na adres.

„Konferencja odbędzie się w P-h. Gwarantujemy nocleg i pełne wyżywienie. Bilet w obie strony – w załączniku”.

Waham się.

Właściwie…

N’co mi szkodzi?

Przejadę się.

Nic mnie to nie będzie kosztować. A poza tym: nikt/nigdzie/nigdy mnie nie zapraszał! Od kiedy pamiętam.

Szukam na mapie. P-h to wioska w Himalajach, tak mała, że nawet satelita nie zawraca sobie nią głowy.

Może być fajnie.

Muszę tylko napisać podanie do Pana Dyrektora, że mnie zapraszają, że w Himalaje, że razem z bankierami będę dyskutować o czymś, co nazwano „medium opowieści”, i chociaż chwilowo nie wiem, co to jest – na pewno dowiem się na miejscu.

I dodam, że wybrał mnie komputer.

Wszechświatowy!

Pan Dyrektor, jak zawsze, uśmiechnie się i pokiwa głową.

Wykręcam mopa i…

J-a-a! J-a-a!

Dę!

Jaa-dę! Jaaadę!

Dę-dę-dę!

Di-dą-dę!

Ę!

Wbiegam do kuchni, wiem, że już tam są i czekają na mnie ubrani w poranną chwilę, całkiem nową i całkiem świeżą. Czy istnieją chwile, które nie są nowe i świeże? Czy komuś przytrafiają się czerstwe poranki zalatujące stęchlizną? Możliwe – ale nie nam. Nie w naszym domu.

W domu moich Rodziców każdy poranek to prezent-niespodzianka.

Stoję i patrzę z zachwytem.

Mgła za oknem krzyżuje się z zapachem kawy i kardamonu i z jakimś hormonalnym ekscesem ciała, i uporczywą myślą, która od wczoraj nie daje im spokoju, i dwoma taktami piosenki, która wychynęła ze snu i nie chce się odczepić – ludzie, których nazywam „Rodzicami”, ciągle od nowa stają się splotem tego wszystkiego.

Jak nić przewlekana przez osnowę – tkają radośnie samych siebie w najrozmaitszych kształtach i wzorach.

Biegam dookoła stołu, próbuję chwycić ich zmieniający się kształt, a oni pękają ze śmiechu w moich rękach, jak wielkie mydlane bańki.

Ż’kurwa!

Co mnie podkusiło, żeby jechać?

Darmowy bilet i żarcie?

Zgadza się: darmowy bilet i żarcie.

Zamknięci w sali słuchamy nudnych referatów o wędrujących opowieściach-nomadach, które od tysięcy lat snują się po świecie, szukając czegoś, w czym mogłyby zamieszkać.

Krótki szkic historyczny: nasza szwendalska najpierw utknęła w kamiennych tablicach, papirusach, kawałkach gliny, a nawet zasupłała się w prekolumbijskich sznurkach kipu.

Przez chwilę pogmerała jeszcze w skórzanych pergaminach, by ostatecznie, „jak królowa, wjechać na inkunabułach do drukarni Gutenberga”.

Nie wiem, co to inkunabuły, ale podejrzewam, że chodzi o słonie.

Kiedy jakiejś opowieści uda się znaleźć coś odpowiedniego, rozsiada się wygodnie, jakby była u siebie.

Żyje sobie w tym czymś przez setki lat, ale „wydawcy, księgarze i bankierzy” muszą być czujni, bo świat ciągle się zmienia i powieść-nomada za chwilę opuści swój dom i wyruszy na poszukiwanie następnego.

Musimy wiedzieć jako pierwsi, gdzie teraz osiedli się opowieść, w jakiej dziwacznej „muszli” się zagnieździ, albo, jak mówi pewien anarhipster z literackiego tygodnika:

:

Jakie medium zeskłotuje tym razem!

Słucham bełkotu ovirtual glasses, kindlach i czytnikach.

Anarhipster, który akurat zna się na grach komputerowych, bąknął, że powieść będzie teraz grą, a taki na przykład książę Myszkin będzie „grywalną postacią”.

:

Czytelnik będzie mógł sobie „chodzić” Myszkinem, albo powiedzmy, kapitanem Ahabem – choć w tym wypadku słowo „chodzić” nie jest akurat najszczęśliwsze, bo Ahab, jak wiadomo, pływał statkiem wielorybniczym, a na dodatek nie miał jednej nogi.

:

Bzdura! (syczy Redaktorka z Nowego Jorku) Czy któryś z panów chciałby „chodzić” Anną Kareniną? Albo Lolitą? Chociaż, słowo „chodzić” w tym wypadku też nie jest precyzyjne, bo Lolita głównie leżała w łóżku, a Karenina rzuciła się pod pociąg! Jacyś chętni?

O dziwo, chętnych nie brakuje. Mam ochotę zgłosić się do tej Anny Kareniny, ale w porę przypominam sobie, że pani F-n z oddziału urologicznego strasznie płakała, czytając tę książkę – więc się powstrzymuję. I dalej umieram z nudów. Narwany Nerd z Syberii mówi, że można by łapać wszystkich braci Karamazow jak Pokemony. A Smierdiakowa – jako bonus.

:

Młodzież byłaby wdzięczna! ( dodał Nerd)

Wpadam w stan uporczywej bezsilności, jak wtedy, gdy wata cukrowa przykleja mi się do czoła, a ja próbuję zlizać ją – językiem!

Jednak czwartego dnia Konferencji coś się wydarzyło.

Nieważne: bankier, redaktor czy szpitalne popychadło – wszyscy poczuliśmy to samo.

Nasza wyobraźnia eksplodowała!

Podejrzenie

padło

na

hrabiego

Monte

Christo.

Zielony napój o tej nazwie serwują w bufecie przez całą dobę, w ilościach – nieograniczonych!

I oto nagle leżymy wszyscy u stóp wielkiej góry, na kamienistym dnie wyschłego potoku, a ta ogromna skała, na którą właśnie patrzymy – to przecież my sami, zanim życie nie ociosało nas z wyobraźni. Zanim oszlifowani przez rzeczywistość nie staliśmy się brukową kostką! A teraz…

O rany, ależ jesteśmy wielcy!

U stóp wielkiej góry, na dnie potoku odnaleźliśmy siebie.

I nic nas nie dziwi, bo przecież jesteśmy zbiegami. Zbiegami z Château d’If zdrowego rozsądku!

:

Niechać baranka! – ryknął lew. – Pokonam oczywistość siłą absurdu!

:

Pewnie! – odpowiedziało jagnię, układając się do snu między łapami lwa. Niechać ją! Niechać rzeczywistość! Zezuć sens! Czniać rozsądek!

Bankier z Tel-Avivu tuli się do palestyńskiego drukarza w arafatce (który jest tu zupełnie przypadkiem, bo jedyne, co drukuje, to fałszywe paszporty) i mruczy z przekonaniem (bo nagle wszyscy nabraliśmy profetycznej pewności, co, jak mi się zdaje, było skutkiem ubocznym zielonego „hrabiego”).

:

Będziemy ją połykać! Tak! Będziemy połykać kapsułę-fabułę, aż wszystkie, powtarzam – wszystkie! nawet te najdrobniejsze, nigdy nie zauważane składniki – fraza, rytm, onomatopeje i synekdochy – dotrą do naszych trzewi, gdzie zostaną wchłonięte. I słowo stanie się ciałem.

:

Dziękuję za synekdochy! (mruczy jak kot redaktorka z Gallimarda) Zawsze mam po nich gazy! Nie! Powieść będzie implantem wszczepionym pod skórę. Miesiącami będzie uwalniać metafory wprost do naczyń krwionośnych, aż wejdą nam w krew cudowne Proustowskie frazy. O, proszę, choćby ta: „Jak wąż, który połknął wołu, czułem się wzdęty długim kredensem, który mój wzrok musiał strawić”. Piękne, nespa?

:

Ne! Nespa! (bankier z Tel-Avivu, jak się zdaje, wyraził sprzeciw) Mnie wzdyma od metafor! Rosną w człowieku i rosną, nigdy nie wiadomo, gdzie koniec, gdzie początek. Ja tam wolę, żeby było konkretnie i jasno: kredens mi się nie podoba!

:

A ja wiem na pewno (mlaszcze gruby wydawca z Kataru, który bez przerwy coś je, i cały aż klei się od tych swoich specjałów) że powieść będzie słodkim chrupiącym qatayef, który powoli rozpuszcza się na języku! Oczywiście, zawsze znajdą się czytelnicy o wilczych zębach, którzy niecierpliwie przegryzą kruchy styl cyzelowany przez autora miesiącami, żeby od razu dobrać się do miękkiego środka! Jednak my, potomkowie Szeherezady, przez tysiąc i jedną noc smakować będziemy subtelne odcienie opowieści, czekając na moment, aż rozleje się w nas jej słodka puenta.

:

Hell, no! Nienawidzę słodyczy! (bankier z Edynburga chwyta się za usta) I zaraz rzygnę treścią… żołądka.

:

A ja słyszałam, że bankierzy wciągają fabułę nosem (zainteresowała się piękna czarnoskóra bibliotekarka z Wybrzeża Kości Słoniowej)

:

Wciągać nosem? Zaraz! To jest myśl! Jak mogłam tego nie przewidzieć! (Redaktorka z Nowego Jorku szybko robi notatkę na swoim iPadzie)

Epika zapachowa! TO będzie następne wcielenie opowieści! Czysta esencja strachu i nienawiści ominie ludzki intelekt, w sumie: głupi i niepotrzebny, i PRZEZ NOS trafi wprost do naszego gadziego mózgu!

Muszę natychmiast zadzwonić do Nowego Jorku!

:

Tu nie ma zasięgu, kochana! (Nerd wsuwa jej rękę pod spódnicę)

Ale Redaktorka już wpadła w marketingowy trans:

:

Dizajnerskie flakony w księgarniach! „Lśnienie” by Stephen King! Groza w czystej postaci! Aaaaaa! Pełna edycja zapachowa Lovecrafta… i miniaturki Edgara Poe do kupienia na każdej stacji benzynowej!

I te wielkie reklamy na Times Square:

CZYTELNIKU! TERAZ SAM REGULUJESZ NATĘŻENIE STRACHU! CHCESZ WIĘCEJ – PSIKASZ WIĘCEJ!

Psik!

Psik!

Psiiiiiiiik!

Redaktorka ma pierwszy prawdziwy orgazm od piętnastu lat – to chyba również skutek uboczny zielonego eliksiru.

O, „hrabio”!

Czarna skała, na którą patrzę, coś mi przypomina. Nie wiem – co?

Nie pamiętam.

Pamięć zawsze coś przede mną ukrywa, bo pamięć to najlepsze miejsce, żeby schować coś naprawdę ważnego, ale zamierzam pokruszyć zdrewniałą łodygę, zadziorną, niedotykalną. Wiem: mogę się poranić – trudno! Tak długo będę cierlić twarde drzazgi, aż wyłuskam z pamięci łykowate wspomnienie…

Nadszedł dzień, kiedy moi Rodzice nie ustalili się w żadnej widzialnej formie.

Uważnie przyglądam się wzorom na tapecie, bo „Matka” często lubiła zamieniać się w jeden z nich, ten o nazwie rocaille, a potem, nieoczekiwanie, ze śmiechem, wyskakiwała ze ściany, krzycząc:

:

A ja tu!

Jednak tym razem tapeta jest tylko tapetą.

Idę do kuchni, sprawdzam naczynia, widelce i noże – zdarzyło się raz, że „Ojciec” zamienił się w nóż i zranił „Matkę”, ale wszystko dobrze się skończyło, bo natychmiast stał się Wielkim Kojącym Plastrem.

Aaa, dobra myśl, muszę zajrzeć do szafki z lekarstwami!

Ale szafka jest pusta.

To dla mnie nowość, bo zwykle pełno tu syropów w brązowych butelkach z napisem Morphini sulfas, plastrów i sprejów do nosa o nazwie unoszącej się w powietrzu jak motyl – fentanyl.

Zniknęły również tabletki z oxycodonem, potworem pokrytym srebrzystą łuską, którego jednak wcale się nie boję, bo uwięziony jest w plastikowych bąblach i nie może się z nich wydostać.

Zostały tylko okruchy codziennej marihuany.

Zaglądam jeszcze do pudła z butami.

„Matka” lubiła się tam chować jako czerwony mokasyn, a ja obok niej – sznurowany dziecięcy półbucik. Byliśmy od pary, więc łatwo było ją znaleźć. Nie tym razem.

Zaczynam się niepokoić.

Byli w szafie z ubraniami. Złączeni skośną teksturą czarnego płaszcza z gabardyny, jak zawsze nierozdzielni – wystarczyło jedno dotknięcie dłoni, żeby ich rozpoznać.

:

Jesteście! (wzdycham z ulgą)

Wtulam się w nich, a oni obejmują mnie rękawami. Zapinam guziki, rozpływam się w czerni i – zasypiam.

Znalazł mnie Pan Dyrektor i zabrał do Szpitala.

Nigdy nie ustalono moich urzędowych parametrów nazywanych, nie wiadomo czemu: „danymi osobowymi”. Rodzice uważali je za dziwaczne i niepotrzebne – nienawidzili „danych”, szczególnie tych nadanych przez kogoś bez pytania.

Najpierw długo leżę w łóżku, no i – proszę! Mam „dane”! Moje własne! Wiszą na poręczy łóżka zapisane na kartce.

To są „dane” ze Środka.

Nikt mi nigdy nie powiedział, że mam jakiś środek! N’le, kiedy wpychają w ciebie rurki, igły i kamery – zaczynasz się domyślać, że jednak – coś tam jest!

Boję się swojego Środka, bo po pierwsze: tam jest to, od czego mogę umrzeć! To nie przypadek, że Środek i Śmierć zaczynają się na tę samą literę.

Poza tym Środek jest niewidzialny, a człowiek najbardziej boi się tego, czego nie widać. Na przykład w filmach: coś się skrada w ciemnościach, schody trzeszczą, słychać kroki – wtedy boisz się najbardziej!

Mój Środek też się skrada. Skrada się i chce mnie zabić. Ale najpierw pisze do mnie list. Wiadomości na małych karteczkach. Lekarz wchodzi do pokoju i czyta, co mój Środek ma mi do powiedzenia. Czasami Środek mówi mi coś miłego, a czasami doktor marszczy brwi i już wiem, że Środek jest na mnie wściekły!

Kiedy nikt się po mnie nie zgłosił, Pan Dyrektor powiedział, że mogę zostać. W Szpitalu mam swój pokój, właściwie to tylko schowek na wiadra i mopy, ale jest tam wszystko, czego mi potrzeba – łóżko i szafa. W zamian za wycieranie podłóg i wypożyczanie książek dla pacjentów Pan Dyrektor pozwala mi w tym schowku mieszkać.

Na wszelki wypadek – nie mówię! Nie chcę kaleczyć świata językiem.

I bez mojego gadania poraniony jest do krwi.

Ale czasem czuję potrzebę wyrażenia siebie w sposób widzialny.

Wtedy piszę: >/<

Tak właśnie wyglądam. Na piśmie.

Powrót z Himalajów nie utrwalił się w mojej pamięci.

Budzę się w schowku na wiadra i mopy, na stojaku obok mojego łóżka wisi plastikowe serce i w równym rytmie kap-kap-kap, pompuje do moich żył przezroczysty płyn.

Wiem – chce zmusić Hrabiego Monte Christo do opuszczenia mojego ciała. Niedoczekanie! Trzymaj się, Dantesie, moja krew jest ciągle zielona!

Podpierając się stojakiem jak pastorałem, podchodzę do szafy, otwieram i…

Jest!

Sobowtór opowieści, jej czarny awatar, zmaterializowana fabuła.

Czekał na mnie cierpliwie. Czekał na chwilę, kiedy go rozpoznam, ubiorę i wypełnię sobą.

Ostrożnie zanurzam lewą dłoń – rękaw nęci gładkością podszewki, łatwo się pośliznąć i wpaść do mrocznego tunelu!

Waham się. Nie wiem, czy chcę powierzyć tej ciemności kawałek siebie.

Jak to jest poczuć czyjąś opowieść na własnej skórze?

N’dobra! Brnę dalej. Niektóre fragmenty pasują jak ulał, moje ciało dobrze je rozumie, jakby specjalnie uszyte były dla mnie.

Inne odstają, obce i martwe.

Spinam poły. Jeden guzik jest za duży, nie pasuje do reszty – niedopatrzenie? A może… świadomy zabieg fabularny?

Wisi na mnie i czeka – płaszcz, partytura sprężysta i dotykalna, niema kopia głosu.

Czeka, aż uniosę ręce jak dyrygent, a wtedy zagrzmi cała połać tej czerni, od ramion, po widnokrąg falujący wokół moich kolan! Aż odezwą się jednocześnie wszystkie sploty okoliczności i tajne uwikłania, i przyczyny strzępiące się milionem włókien – bo taki właśnie jest początek wszystkiego!

W ciszy przed wybuchem fabuły moja skóra drży jak membrana. Nawet palec u nogi wibruje ciszą!

Stoję z opuszczonymi rękami. Wiem: opowieść, która jest płaszczem, nigdy tak się nie zacznie!

To niemożliwe, bo kiedy mówisz, najpierw pierwszą sylabę, jak zakrzywiony szpikulec, wbijasz tam, gdzie czas przecina się z miejscem, w jeden punkt – nie masz pojęcia, dlaczego akurat ten, ale trudno, musisz coś wybrać!

Szarpiesz, ciągniesz, rozrywasz wiązanie i – nazywasz to początkiem. Potem wypruwasz słowa, jedno po drugim – linearny terror szarga sens, zostawia prześwit w czarnej materii, wywleka nicość, ale masz to w dupie, i mówisz dalej, dalej snujesz tę pustkę, dalej ciągniesz wątek, jedną, jedyną nić, bo z jakiegoś powodu, którego właściwie nie rozumiesz, obowiązuje cię jednokierunkowy zamordyzm opowiadania.

Nie mam wyjścia: wbijam, zadzierzgam, szarpię, tu, gdzie sierpniowy dzień przecina się ze sklepem bławatnym Mojżesza H-nna. Każda opowieść to skaza, materia świata marszczy się złowrogo, nie chce się poddać, nie chce oddać pełni, broczy początkiem #########################################################Dzień dłuższy o łokieć

budził Farendyny i Jedwabie.

W maju wracały batysty i kolorową chmarą zlatywały wprost na ladę.

Letni świt wstawał mglistym krepdeszynem, a ciężkie falandysze i marengi, kosmate lodeny i multony chowały się przed promieniami słońca w najciemniejszych zakamarkach Sklepu.

Jesienią dni filcowały się, kurczyły, ciemniały – opadały na sklepową ladę wełnami z Manchesteru i Bielska.

W solidnym wszechświecie z dębowych półek pory roku toczyły się kolistym wirem, wywyższając jednych, poniżając innych, żeby za chwilę odwrócić wszystko.

Śmierć nie istniała – był tylko sen i przebudzenie.

Aż utraciliśmy raj.

Odtąd Nasz Pan z totalitarnym okrucieństwem ogłaszał swoje wyroki w dziale mody „Mojej Przyjaciółki”.

Już nie liczyła się długość dnia, lub połyskliwa tekstura powietrza. Sklepowe półki zamieniły się w obozowe prycze. Każdego dnia na porannym apelu subiekt K-z stawał pośrodku Sklepu, stukał drewnianym metrem o blat lady i wyczytywał z kartki nasze imiona:

Szagryn,

Welur,

Trypa,

Perkal.

Ktoś, kto był tutaj od zawsze, nagle znikał, nie wiadomo – gdzie?!

Na jego miejscu pojawiali się pupile dyktatorów, sezonowi komisarze, jakaś Kasha z kóz tybetańskich, szorstka Bureta czy ten obrzydliwie cuchnący, nagumowany Burberry!

Nikt nie wiedział, na kogo dzisiaj wypadnie.

Czasem wystarczył kolor, aby uczynić kogoś królem. Pamiętam, jak pewnego wiosennego dnia właściciel Sklepu Mojżesz H-nn, pochylony nad gazetą krzyczał:

:

To koniec! Wojna! Jestem zamordowany!

Wojnę kolorom w naszym sklepie wypowiedziała niejaka Elsa Schiaparelli, wszechświatowa dyktatorka mody.

Masakry w ciągu jednej nocy dokonali jej najbardziej osławieni generałowie: Wściekły Róż, Żółć Siarkowa i Szmaragdowa Zieleń. Trwał terror kolorów, padały szarości i brązy, beże i biele – bele wywożono na wózku jak zwłoki i pakowano do samochodów. Co się z nimi stało? Nikt z nas tego nie wiedział.

Kiedy na polu walki pojawił się Metaliczny Złoty, H-nn ze łzami w oczach ogłosił kapitulację. Nigdy nie zapomnę tej sceny – oto Dobry Pasterz trzyma w ramionach kupon białej jagnięcej wełny i razem z niechcianym stadem odchodzi na wygnanie.

>/<

Czemu?

////

A czemu zwężają się klapy i opada talia? Czemu czerwony, a nie pomarańczowy? Czemu Flausz, a nie Moleskin?

Czemu… dymna wstążka Abla, ta z ofiarnego tłuszczu, a nie wonne smugi ziół, które uprawiał Kain?

NIGDY NICZEGO NIE WYJAŚNIAJ!

Taki jest Boski fason!

Abraham dobrze poznał ten sznyt, kiedy układał syna na całopalnym stosie. Abraham o nic nie pytał, bo miał wyczucie stylu Pana Naszego. Za to Kain ciągle marudził:

:

Czemu, czemu, Panie mój?

////

No i zapragnął Kain tej siwej wstążki, która strzela prosto w niebo – wstążki Abla. Chciał tego, co ma Abel, chciał być jak Abel, jego brat, którego imię znaczy „pustka”, „czczość”.

Kain był pierwszą ofiarą mody.

Trwali od wieków na najniższych półkach.

Nie obawiali się żadnych „wojen” ani „rewolucji”, żadnych „królów sezonu”, „très chic” czy „absolutnie-musisz-to-mieć”.

Stworzeni tylko do pracy, potrzebni wszystkim i przez wszystkich pogardzani, niewidzialni, omijani wzrokiem – Barchany, Trypy, Felpy, o imionach szorstkich i brzydkich, jak one same.

Cajg, Cwelich, Drelich – od urodzenia gorsza służebna materia, zawsze na wysokości butów, zszarzali i zakurzeni, bo Subiekt K-z rzadko omiatał ich szczotką. „Proleci”, „plebejusze”, „lumpy” trzymali się razem, czekając na swój czas: letnie żniwa, jesienne wykopki, wożenie węgla zimą.

Z wierzchu pokryci grzecznym glancem z krochmalu i mydła, w środku wciąż byli twardzi i zadziorni. W łykowatej pamięci nosili ostre drzazgi z kory – zbyt dobrze pamiętali łodygi roślin, którymi kiedyś byli.

Ta nieodległość od natury budziła lęk K-za.

Marzyły mu się aksamitne rewolucje, ale wiedział, że te, które nadchodzą, będą miały twardość konopnego sznura.

Widziałem, jak pewnej nocy przyszedł do Sklepu, pochylił się – a zrobił to tak, jakby się kłaniał czapką do ziemi – ukląkł i z czołem przy podłodze delikatnie wysunął całą tę mroczną grupę z szeregu.

Nie, nie ośmielił się tknąć ich szczotką, tylko nabrał powietrza w płuca i cicho westchnął:

:

Phuuuu!

Za drzwiami, w dostojnym półcieniu skupiła się grupa żałobników – Czarna Bombazyna, Mora, Wdowi Woal.

Kir konfekcyjny niczego się nie obawiał, przynajmniej do czasu, aż śmierć nie wyjdzie z mody. Jednak nie zanosiło się na nieśmiertelność, więc spali spokojnie.

Ich koniec przyszedł nagle.

Zabiła ich śmierć – źle wykończona, o niechlujnym fasonie, łatwo dostępna i tania.

Masowa śmierć krojona na tłumy, seryjna produkcja, karabinowy sznyt, gaz, bomby spadające z nieba.

Zniknęła detaliczna żałoba, jednoosobowe pogrzeby z „przyczyn naturalnych”, karawany ze srebrnymi koronkami, konie ubrane w czerń i pióropusze, kondukty – cała ta czarna klaunada, staroświecki cyrk sunący ulicami.

Przestano pytać o krepy na rękaw, gęste woalki, tiule i gipiury – masowy żal obywa się bez tekstylnych celebransów, więc odeszli.

Subiekt K-z pochował ich gdzieś na zapleczu Sklepu, ale nikt nie wie – gdzie.

O Niej też muszę wspomnieć, choć nie jest jedną z nas.

Klient nigdy nie wymawia jej imienia, tylko zawstydzony wskazuje palcem różową mięsistość i mówi:

:

Proszę kawałek Tej.

Niewymawialna leży samotnie obok atłasów. Nie chce rzucać się w oczy, K-z tnie ją na zapleczu nożem do skór.

„Ta”– Gumelastyka, cielista matka rodu, obsługuje gumowe pasy do pończoch, gorsety, biusthaltery, czasem inne konstrukcje o nieznanym przeznaczeniu.

:

Dobrze trzyma! (krótko mówi K-z)

Jest powściągliwa i twarda, nadaje kształt, modeluje i dręczy. Okrutna dla wszystkiego, co nieforemne i bezbronne, z czasem mięknie, zwykle na starość.

Jej miejscem powinien być pasmanteryjny kramik za rogiem ulicy, pośród tasiemek i haftek, w chaosie drobiazgów, które nie są prawdziwą materią, a jedynie konstrukcyjnym detalem, zawsze dobrze ukrytym pod powierzchnią ubrania. Nie mam pojęcia, co robi w naszym Sklepie.

Nie bywa królową sezonu, moda jej nie dotyczy. Szybko starzeje się i kruszy z powodu swojej podwójnej kauczukowo-nicianej natury.

Nikt z nas nie podejrzewał, że już niedługo Matka Materia wyda na świat bardziej elastyczne pokolenie – Ponowoczesny Poliamid.

Ten ustępliwy jest, nie stawia oporu, nie wymusza kształtu. Odbija rzeczywistość – ale jej nie męczy, nie uwiera, tylko dobrze się naciąga, a potem bez wahania wraca do dawnej formy.

Odtąd znikną wielkie narracje, zewnętrzne rusztowania, niezrozumiałe konstrukcje, które zamiast odbijać rzeczywistość, w istocie tylko ją uciskają.

Świat otrzyma „drugą skórę” bez szwów, giętką i lekką. Wieczną młodość bez zmarszczek.

Ale to wszystko dopiero się wydarzy. Na razie Gumelastyka śpi na półce, śmieszna, staroświecka, ciężarna czasem, o którym nikomu jeszcze się nie śniło.

>/<

A ty? Gdzie ty jesteś?

////

Trzecia półka od góry. Na wprost drzwi.

>/<

Masz jakieś imię?

////

Jasne! Najpiękniejsze z imion: Gabardine.

Ale…

Subiekt zwykle mówi o mnie – ONO.

Kiedy do Sklepu przychodzi klient, K-z wyłuskuje mnie z równego szeregu, rozwija, narzuca sobie na ramię i pozwala zwisać luźno.

:

Proszę tylko spojrzeć, jako ONO pięknie się układa! (mówi)

ONO – sposób, w jaki opieram się dotknięciu, wewnętrzna siła, niewidzialne sedno. Możesz mnie ścisnąć w wilgotnej pięści, policzyć do dziesięciu, a ja, nietknięty, niezmięty rozkwitnę na twojej dłoni.

ONO – to chwyt, charakter, głęboko ukryty, nie mamy o nim pojęcia, dopóki nie nadejdzie czas próby.

O zakazanych walkach krążą legendy, ale na szczęście mało kto w nie wierzy.

:

To szaleństwo! (mówią wszyscy i stukają się w czoło) Kto mógłby robić takie rzeczy?

A jednak!

Kiedy wieje naprawdę mocno, K-z wynosi bele materii na dach Sklepu. To zabronione, H-nn nie może się o tym dowiedzieć, dlatego K-z robi to zawsze nocą.

Zaprasza kilku wybranych subiektów. Robią zakłady, K-z pisze kredą na dachówce nasze imiona. Uderza metrem o blachę rynny – gong

gong

gong!

Najgrubsi z nas długo nabierają powietrza, wahają się. Mięsisty Flausz ściele się po pierwszym ciosie i nie może się podnieść. Subiekci znoszą go z dachu, wiatr szaleje.

Kiedy na ring wchodzą cienkie krepdeszyny – po paru sekundach odlatują rozszarpane na strzępy.

Nawet najbardziej twardzi są bez szans – nie potrafią się odgiąć, zapomnieć, zbyt długo zachowują blizny. Prostolinijne lny nigdy nie odzyskują gładkości. To nie ich wina, tak zostali zrobieni.

W końcu przychodzi moja kolej.

K-z odwija mnie z beli, trzy metry – tyle wystarczy.

Gong

gong

gong!

I zaczyna się walka.

Najpierw badam siłę powietrznej pięści, szukam kierunku, z którego uderzy. Wiatr tańczy wokół mnie, a ja odchylam się na wszystkie strony. Robię uniki, on prześlizguje się po mnie – nie pozwalam się dotknąć!

Kiedy spada na mnie cios z góry, spiralny ruch skręca mnie jak linę. Próbuję się odwinąć, ale następny cios zgina mnie w pół – leżę rozpostarty, wiatr tłucze mną o dachówki. Jak epileptyk podnoszę się i opadam. Zwisam z dachu. Na poddaszu panna W-n patrzy w okno i wzdycha.

:

Znowu ta gabardynowa noc!

K-z oparty o komin pali papierosa, nic nie mówi, ale ja wiem, jak bardzo podziwia moją taktykę.

Pasmo dymu z komina, jak kosmyk szarej owczej wełny, ociera się o mnie z boku – właśnie na to czekałem! Chwytam go mocno. Dym szamocze się, wierzga, chciałby zrzucić mnie z grzbietu. Rozluźniam włókna i roztargniony wiatr wkręca się w mój splot, gubi w skośnych tunelach.

I wtedy robię to, na co czeka K-z: naprężam wiązania! Wiatr próbuje się ze mnie wydostać, ale to niemożliwe – jest we mnie, JEST MNĄ!

Przegrał! Koniec walki!

Gong

gong

gong!

Subiekci biją brawo.

:

Gabardine to prawdziwy szampion! Jak on tańczy w powietrzu! Widzieliście?

:

Jak „Mucha” Szapsel! Prawdziwy Szapsel Rotholc! (zachwyca się subiekt ze sklepu z narzędziami rolniczymi)

K-z kiwa głową.

:

Owszem, Gabardine jest wyjątkowy! Zobaczcie tylko, jak ONO pięknie się układa!

Kiedy zapada szara godzina i…

>/<

Czekaj! Nie tak prędko! Skąd ci się to wzięło, n’wiesz: ONO?

I co to znaczy, że „dobrze się układasz”?

////

W materialnym świecie, wszystko, co istnieje, ma swoje miejsce tam, gdzie wątek przecina się z osnową. Taki jest prawdomówny porządek Kartezjańskiej pajęczyny – niechybny płócienny splot, ścisły i przewidywalny!

Włókna zderzają się ze sobą pod rozsądnie prostym kątem, prostopadła nuda wikła ruch, zaciera kształt, wszystko, co żywe, zamienia w martwy punkt.

Ja jestem inny!

Flandryjscy tkacze od niepamiętnych czasów tkali pochody akordów, nieskończone ronda i kanony, aż któregoś dnia, mistrz włóknistej polifonii zagapił się i – temat uciekł mu spod palców!

Chciał go złapać, związać, mocno ubić grzebieniem, żeby trwał razem z innymi w prostopadłym szyku, ale już było za późno!

Zsunąłem się z pochyłej powierzchni, a potem, jednym susem, podskoczyłem wyżej – chciałem się wyrwać, uwolnić od wzoru, który mnie więził. Gnał mnie duch fugi. Biegłem w górę i biegłem w dół, w każdym miejscu od nowa rozpalałem skośną teksturę i przedrzeźniałem sam siebie.

Już wiedziałem: nie dla mnie prostopadła nuda! Bo ja w tym prostopadłym świecie jestem – skośny.

Ślizgiem mknę na szczyt – lecz zaraz odkrywam, że to nie żaden szczyt, tylko dno czegoś, co jest przede mną, więc pędzę dalej, szczęśliwy, że nigdy nie dotrę do celu!

Wznoszę się i opadam, bo zawsze jest jakieś „niżej” i jakieś „wyżej”.

Bez najmniejszego trudu splatam przeciwieństwa w skośne prążki, a moją bronią jest skos – włócznia wbita w gardziel kąta prostego.

Jestem pełnią gęstą od paradoksów.

Nie mam lewej ani prawej strony, góry ani dołu, powierzchnia i głębia są tym samym. Nawet pory roku nie zostawiły w moim ciele żadnych wskazówek: „ponadczasowy” – tak o mnie mówią.

Może nie jestem szczególnie męski, lecz i nie damski – a to oznacza, że bez problemu spełniam marzenia wszystkich możliwych płci.

A jakie jest moje przeznaczenie?

Żaden pasiasty deseń nie skazuje mnie na los obicia – kanapy czy fotela; żaden kwiatowy tik czy konstelacja kraciastych nawyków, żaden srebrzysty szych lub pasma złotej folii nie mówią mi, kim mam zostać!

Ja nie potrzebuję przeznaczenia – mogę być wszystkim, czym tylko zechcę.

Lecz Gabardyną nikt się nie rodzi.

Nieważne, skąd jesteś i z czego cię zrobiono – możesz być kaszmirską wełną lub najdroższym jedwabiem – to wszystko bez znaczenia, jeśli utkają cię jak Kartezjański wór.

Ale zdarza się, że jesteś nikim – konopną zdzierą, kłakiem niesionym przez wiatr, zgrzebnym wyczesem – jeśli masz polot, skośny splot i dobrze się układasz, zaczynasz rządzić światem!

Kiedyś, nad jeziorem Silvaplana, filozof Nietzsche przypadkiem otarł się o mnie. Miałem akurat kształt gimnazjalnego mundurka. Dotknął mnie i samym dotknięciem pojął od razu! Byłem czymś dawno zapomnianym, PRADESENIEM, o którym śnił w krótkich chwilach wolnych od bólu głowy.

Byłem tym, co poznaje się opuszkami palców. Tak poznawał Tomasz, nazwany Niewiernym, jakże niesłusznie, skoro dotknięcie jest najwyższym sposobem poznania, a wierność, z jaką świat objawia się naszym palcom, nie da się z niczym porównać!

Nietzsche nazwał mnie Zaratustrą, „najwyższym jestestwem”, które, jak powiedział...

:

Dostępne jest wszelkim przeciwieństwom!

Bo gabardyna to sposób bycia.

Najdoskonalszy z możliwych.

>/<

Mhm…

////

Co – „mhm”?

>/<

Nic. Ciągnij dalej, o Doskonały!

Kiedy zapada szara godzina, a klientów nie ma już w sklepie, Subiekt bierze książkę, siada pośrodku Sklepu i przez godzinę lub dwie napawa nas pięknem, żebyśmy przez noc:

:

Nie zeszmacili się zbytnio!

K-z mówi, że książki to są bele materii tkane każda swoim splotem.

:

Opowieści z dziania się biorą!

I tylko my jedni naprawdę dobrze je zrozumiemy.

Różni są tkacze, bo każdy inaczej zadzierzga początek, inaczej rozstawia wątki, inaczej dociska grzebieniem!

Jedni tak gęsto dzieją, że nic nie widać, poza tym, co sami utkali.

Za to inni, specjalnie rzadziznę plotą, żeby im życie prześwitywało.

K-z rozsupłuje czarne, drobne kłaczki, splątane na białym papierze, a one, płynąc przez powietrze, wpadają w nasze sieci.

Rośniemy od tych słów, puchniemy, przez co lepiej widać sploty nasze rodzone, bo, jak mówi K-z, od tego leżenia na półkach robimy się płascy i nie chcą nas kupować.

Pamiętam, jak któregoś wieczora, przed zamknięciem, głosem grubym i szorstkim jak okrętowa lina, rozwinął przed nami zadziwiającą tkaninę.

Z początku zmylił nas jej wzór, bo na powierzchni prości marynarze ścigali wielką rybę. Lecz gdyśmy dobrze się zanurzyli – pod powierzchnią głębia się otwarła, tak niepojęta, że widać było to, czego nikt dotąd nie zobaczył

:

„Oto są krosna czasu, a ja jestem czółenkiem mechanicznie tkającym Przeznaczenie” (mówił Ismael)

Proleci z najniższych półek miękną ze wzruszenia, marząc cicho o swoim własnym „Ismaelu”, który by ich głębią obdarzył, bo płascy są od urodzenia, wzory mają drukowane od sztancy, a nie plecione ręką artysty, farba na drugą stronę im przemaka i rozmazani żyją, bez wyraźnych konturów.

Dla ekscentryków K-z szykował jakiś modny rarytas.

Pamiętam, jak raz stanął przed półką z dwubarwną pepitą i zadzierając głowę, jak Romeo pod balkonem Julii, przeczytał:

:

„…Pepita stała się dla niego symbolem cudu, tęsknił do niej zawsze, jak do utraconego raju. Żył tam wśród krzyżujących się czarnych i szarych pasków jakimś wspaniałym nieznanym życiem”.

I teraz wszyscy zazdroszczą Pepicie!

Patrzą na nią z szacunkiem, choć na tej swojej półce leży od wieków i tylko raz ją kupił jakiś Witkacy, przejazdem będąc w Miasteczku. Na spodnie. Metr dwadzieścia.

I ja mam swoją materię ze słów. Lubię słuchać o czarnym gabardynowym płaszczu.

Kiedy słyszę:

:

„Burza znowu nadchodzi! Najlepiej, jeśli wpełznę pod jego gabardynę; nie ma tu innego schronienia”.

Wtedy już wiem, kim będę w przyszłości – bo czy nie o to chodzi w tych tkanicach z czarnych kłaczków, że nas przepowiadają?

Oto ja, czarny Kaliban, z błotnej ziemnej materii, czekam, aż moja Miranda stanie przede mną, a ja ochronię ją przed burzą!

Ona nauczy mnie miłości, a potem…

Potem nas rozdzielą.

:

Nice na wierzchu! (krzyczy K-z)

Klienci o tym nie wiedzą, więc pytają:

:

Która strona jest prawa?

:

Lewa strona – to co widać! Kto chce zobaczyć prawdę – musi zajrzeć do środka!

Bo prawda o nas ukryta jest w zagięciu, które biegnie wzdłuż beli.

K-z ze znudzoną miną chwyta brzeg materii, odwija szybko, jak magik – między prawą i lewą stroną nie ma niczego poza ruchem ręki. Furkot kurtyny i rozmyta zielona plama zamienia się w biegnącego psa. Czarne staje białe. Fala jest punktem, pustka pełnią.

Aplauz i zachwyt.

:

Nie do wiary! – krzyczy klient i sam próbuje tej sztuczki.

Najpierw powoli, a potem szybko, wiele razy, macha skrajem materii – chciałby przyłapać skręt nici na oszustwie, zobaczyć trick zmieniający deseń w tło – zobaczyć ukryte pęknięcie, w którym przez ułamek sekundy nicość i wzór są tym samym.

Kiedy jesteś belą materiału w sklepie bławatnym Mojżesza H-nna, dobrze wiesz, że ruch to złudzenie.

Ruch jest kłamstwem powierzchni!

Im bardziej nieruchomo tkwisz na swojej półce, tym więcej w tobie bezkresu, bo tylko w najgłębszym sednie przekracza się granice.

Ściśnięci na dębowych pryczach uwielbiamy dalekie podróże.

:

Dokąd dzisiaj? (pyta K-z.) Miękki tybet w kwiaty, panama czy jersey? A może skośne toledo, albo nankin, żółty od wód Jangcy?

Kiedy pojawia się ktoś nowy, przywieziony przez H-nna z podróży, K-z krzyczy:

:

Uwaga! Trzymać się! Przed nami prążkowany manczester! Pierś królowej Kartimandui strzeże drogi do fortecy Deva Victrix. Na samym czubku piersi płoną ogniska, a wokół nich siedzą mężczyźni, jedzą i piją. Śpiewają o Ilirii i Tracji, o swoim życiu, które kiedyś kłębiło się tysiącem włókien, a teraz cały ich los to dwie nici, skrzyżowane ze sobą włókna – walka i czekanie! Wojenny chiazm.

W planach na ten dzień mamy jeszcze bawełniany oxford na koszule i pościel, oraz tweed, szary jak szkocka rzeka – na jego powierzchni połyskują barwne punkty, jak grzbiety kolorowych ryb.

Do sklepu wchodzi stara pani W-i, żona rzeźnika. Siada w fotelu, bo męczy ją artretyzm. Mówi, że doktor zalecił jej na lato przewiewny milanówek na piaskowym spodzie.

Ça ira! ça ira! ça ira! – drze się kolorowy zgiełk. – Precz z królami! Od dziś królem jest Równość i Powtarzalność!

:

Ça ira! ça ira! ça ira! – syczy para wodna, mechaniczne czółno tłucze do taktu okutym szpicem i – voilà! Spływają na ziemię gotowe melodie – kwiatowe refreny, pasy, kwadraty, romby. Jednakowe i tanie. Hałaśliwy wzór stał się królem.

Rewolucja