Obronić królową - Barbara Kosmowska - ebook + książka

Obronić królową ebook

Barbara Kosmowska

3,9

Opis

Nowa książka Barbary Kosmowskiej, wyróżniona w IV Konkursie im. Astrid Lindgren na współczesną książkę dla dzieci i młodzieży. Czytelnik znajdzie tu ciepło, mądrość życiową, humor i nostalgię, z którymi spotkał się już w innych powieściach tej autorki, takich jak „Buba”, „Pozłacana rybka”, „Panna Foch” czy „Sezon na zielone kasztany”.

Greta przyjeżdża do małego miasteczka, gdzie ma zamieszkać z dawno niewidzianym ojcem i jego nową rodziną. I choć macocha jest chłodna jak zimne ognie, a ojciec rozkojarzony i zagubiony, to już mała Lilka, siostra przyrodnia dziewczyny, okazuje się prawdziwą wymiataczką smutków. No i jest jeszcze Igor. Chłopak inny niż wszyscy, który, tak się dziwnie składa, odkąd poznał Gretę, trzyma pod poduszką parę tomików wierszy… Ale o Igora walczy jak lwica Milena, piękna, inteligentna, dobra i wrażliwa koleżanka z klasy… Pytanie tylko, czy Milena naprawdę jest chodzącym ideałem… i co uczyni z tragiczną tajemnicą Grety. Czy sympatia małego miasteczka wobec „nowej” runie nagle jak domek z kart?

Barbara Kosmowska (1958) – pisarka, literaturoznawczyni, autorka słuchowisk dla dzieci i młodzieży. Choć jej właściwym debiutem (powieściowym) była „Głodna kotka” (2000), za pierwszego recenzenta Barbara Kosmowska uważa własną mamę, która następująco oceniała pisane przez córkę wiersze: „Piękne, bardzo dobre, śliczne”. Za „Teren prywatny” pisarka otrzymała główną nagrodę w konkursie na polską wersję „Dziennika Bridget Jones”. „Pozłacana rybka” została wyróżniona przez IBBY tytułem Książki Roku 2007, a także I miejscem w Konkursie Literackim imienia Astrid Lindgren. Również powieść „Buba” zwyciężyła w ogólnopolskim konkursie na powieść dla dzieci i młodzieży pod hasłem „Uwierz w siłę wyobraźni”. Ostatnio autorka opublikowała „Dziewczynkę z parku” (2012), „Niechcianą” (2013) oraz „Ukrainkę” (2013).

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 199

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




Barbara Kosmowska

Obronić królową Fragment

Wydawnictwo NASZA KSIĘGARNIA

Zajrzyj na strony

Zajrzyj na strony:

www.nk.com.pl

Znajdź nas na Facebookuwww.facebook.com/WydawnictwoNaszaKsiegarnia

Dedykacja

Urodziły się niemal w tym samym momencie. I od tamtej chwili wszystko już robiły razem. Zosia i Hania Orylówny, moje czytelniczki bliźniaczki. Podczas pracy nad Obronić królową wracałam myślami do czasów, gdy rosły razem z moimi książkami. Co to była za frajda! Pisać powieść dla dwóch dziewczynek jednocześnie!

A potem nagle wyrosły. I już nie tak łatwo trafiało się na listę ich lektur. Bogatą, zróżnicowaną i coraz dojrzalszą. Na szczęście dalej łączyła nas przyjaźń i literackie sympatie, choćby do Johna Greena.

Zapragnęłam, by Obronić królową stało się prezentem na sierpniowe urodziny dwóch wspaniałych dziewczyn. I podziękowaniem. Zosiu, Haniu, ta historia nie o Was, ale dla Was moja życzliwość, wdzięczność i pamięć.

Basia Kosmowska

Motto

Jestem zdania, że czas powinien wszystko wybaczyć i zapomnieć albo zapomnieć i wybaczyć. Kolejność nieobowiązkowa, a nawet, śmiem twierdzić, dowolna.

Szalony Kapelusznik w filmie Tima BurtonaAlicja w Krainie Czarów

ROZDZIAŁ PIERWSZY

1

Czekał na córkę i patrzył w okna na pierwszym piętrze. Stary blok z osypującym się tynkiem przywoływał złe wspomnienia. Tomasz Maliński zachodził teraz w głowę, co się stało z tymi dobrymi. Gdzie je pogubił? Dlaczego nie pamiętał, czy był tu w ogóle…

…szczęśliwy? Pewnie był. Dopóki się nie okazało, że do szczęścia nie wystarczą perfumy jaśminowe i odrapany balkon. „Może dostałem za dużo? – pomyślał ze smutkiem. – I nie to, czego pragnąłem…? Choćby dziecko… Zbyt wiele jak na tamten czas. Strasznie spanikowałem. Po czymś takim szczęście kojarzy się wyłącznie z ucieczką…”.

− Tylko tyle? − zapytał, odrywając spojrzenie od zaniedbanego balkonu, gdy stanęła przed nim niemal bezszelestnie. Ogarnął wzrokiem plecak i niewielką walizkę. Dziewczyna lekkim ruchem postawiła swoje rzeczy obok samochodu. Jedynie rumieniec zdradzał, w jakim pośpiechu opuszczała mieszkanie.

Greta. Jego pierwsza córka, której prawie nie znał.

− Naprawdę tylko tyle? − upewnił się z niedowierzaniem.

W jego głosie zabrzmiały jednocześnie zdumienie i ulga. Zdziwił się, że plecak i walizka pomieściły wszystko, czego potrzebuje nastolatka opuszczająca dom na cały rok. I znalazł pocieszenie w skrywanej głęboko myśli, że przeprowadzka córki jest tymczasowa, a rok to tylko dwanaście miesięcy.

Choć nigdy by się z tą myślą przed Gretą nie zdradził.

− O czymś zapomniałam. − Dziewczyna spojrzała na ojca przepraszająco. − Jeszcze moment!

Ruszyła przed siebie i szybko zniknęła w bramie. Wróciła szybciej, niżby się spodziewał. Ze szmacianą, mocno zużytą maskotką. Próbowała ukryć ją w szerokich połach kurtki, ale zauważył.

− Pasażer na gapę − rzuciła, siląc się na żartobliwy ton. I była wdzięczna ojcu za to, że nie drąży tematu.

Oboje byli sobie za to wdzięczni.

Tomasz Maliński przez chwilę się obawiał, że pluszak, który mógł być przecież prezentem od niego (oby nie), posłuży jako pretekst do okropnej rozmowy o zaniedbanych dzieciach i nieobecnych rodzicach. Na szczęście już wcześniej, jak na dobrego prawnika przystało, przedstawił córce wszystkie swoje oczekiwania. Paragraf po paragrafie, punkt po punkcie. Wśród różnych życzeń zgrabnie przemycił prośbę o niepowracanie do uciążliwych wspomnień z przeszłości. A Greta sprawiała wrażenie dość rozsądnej, żeby nie komplikować i tak trudnej sytuacji.

Dla niej temat był jeszcze bardziej niezręczny. Szmacianego osła dostała od babci.

„Zastąpi mnie, kiedy będę daleko” − powiedziała starsza pani, gdy razem pakowały neseser z drobiazgami potrzebnymi w szpitalu. Tymczasowa rozłąka kojarzyła się Grecie z zimnem i zielonym fartuchem. Wtedy, na korytarzu przypominającym raczej wybieg dla szlafroków niż miejsce spacerów dla ludzi, rozmawiała z babcią po raz ostatni. Okazało się, że „daleko” ma wiele znaczeń. A jedno z nich na zawsze zmieniło starannie poukładany świat Grety. To wtedy bury osioł przestał być zwyczajnym pluszakiem i awansował na łącznika pomiędzy opustoszałym dzieciństwem i bliżej nieustalonym nowym adresem babci.

A teraz i ona, Greta, zmieniała adres. Nie z własnej woli − po prostu musiała. W każdym razie osioł rozumiał ją doskonale. I zawsze pachniał jak babcia. Albo mama. O co jego właścicielka zadbała, co jakiś czas rozpylając nad ukochanym zwierzakiem mgiełkę jaśminowych perfum.

Tym razem chyba przesadziła, bo ojciec zmarszczył nos.

− Co, nie lubisz zapachu jaśminów? − Wyglądała na zmartwioną.

− Jaśminów…? − Zwlekał z odpowiedzią, włączając się do ruchu na jednokierunkowej uliczce. − Nie wydaje mi się. Żebym nie lubił − dodał zbyt szybko. − Zapach jak każdy inny − wybrnął. I natychmiast zmienił temat: − Twój pokój już jest gotowy. Obok pokoju Lilki. Anna… moja żona… osobiście się tym zajęła. Mam nadzieję, że jakoś…

Zawiesił głos, jakby wybrał się na poszukiwanie właściwego słowa.

Greta wybawiła go z kłopotu.

− Będzie dobrze − zapewniła, wkładając w to krótkie zdanie cały swój niepewny entuzjazm.

„Mówię jak przed operacją wyrostka!” – skarciła się w duchu.

Spojrzała na ojca spod grzywki, ale wydawał się zadowolony. Usłyszał to, co chciał.

− Lilka… Pójdzie teraz do drugiej klasy? − zapytała.

− Do drugiej… Lubi szkołę… Trochę choruje… Wspominałem ci chyba o tym.

Wspominał, ale o astmie przyrodniej siostry słyszała już wcześniej. Od mamy, która nie omieszkała dodać, że „wszystkie złe uczynki w końcu do nas wracają”. Gretę oburzyły wtedy jej słowa.

„Jak możesz? Przecież to dziecko. I… jednak moja siostra” − zaprotestowała.

Matka zgniotła w sobie niechęć.

„Nawet jej nie znasz, tej twojej siostry” − dorzuciła, ale już bez satysfakcji.

− Trochę czytałam o astmie. Podobno można ją wyleczyć. − Greta wróciła ostrożnie do tematu. Patrzyła przed siebie, ale była pewna, że ojciec omiótł ją uważnym spojrzeniem.

− Czytałaś o astmie…? − Był zaskoczony. − My też jesteśmy dobrej myśli. Rokowania są świetne, a mała dzielnie sobie radzi.

Gdyby mama to słyszała − Greta nie miała żadnych wątpliwości − nie odmówiłaby sobie riposty. Czegoś w stylu, że matka Lilki też nieźle sobie poradziła, rozbijając szczęśliwą rodzinę.

Rozumiała cierpienie i żal mamy. Ale wiedziała, że nikt jej nie pomagał rozbijać szczęśliwej rodziny. Sama sobie z tym poradziła. Z pomocą ojca, oczywiście…

Im Greta była starsza, tym bardziej powątpiewała w mityczną utraconą szczęśliwość. Wyrastała przecież w kiepskim towarzystwie wiecznych pretensji i wzajemnych zarzutów. Lata mijały, a mama wciąż nie potrafiła wybaczyć ojcu tego, że pewnego dnia, po kolejnej awanturze przy obiedzie, odsunął najpierw talerz z zupą, potem krzesło, aż wreszcie żonę stojącą mu na drodze do drzwi.

Ją, małą Gretę, też odsunął, choć wtedy mógł tego nie zauważyć, zaślepiony gniewem, głuchy na krzyk i łzy.

− Wasze mieszkanie trzeba będzie wynająć. − Ojciec nieświadomie przywrócił czas teraźniejszy. − Dałem ogłoszenie… Przez rok uzbiera się trochę pieniędzy… Potem, kiedy już zamieszkasz z ciotką, przydadzą się…

Dopiero teraz, gdy Tomasz Maliński wziął się do porządkowania przyszłości Grety, sprawiał wrażenie zadowolonego. Raz i drugi wydusił nawet z siebie jakiś zdawkowy uśmiech. Jeszcze z nim nie zamieszkała, a już wysyłał w drogę powrotną plecak i walizkę, leżące teraz bezpiecznie w bagażniku. Nabrała pewności, że ojciec marzy o chwili, kiedy będzie mógł odwieźć ją do Warszawy.

„Nie daje mi szansy − pomyślała. − Nie zna mnie, ale zakłada, że to nie może się udać…”.

Dlaczego aż tak zabolało? Przecież jest już prawie dorosła…

„Rozmawiamy jak obcy sobie ludzie”.

Za oknami czerwieniały i żółciły się drzewa. To gwałtowne, pospieszne nadejście jesieni bardzo Gretę zdziwiło. Był jeszcze sierpień, tak, ale niepodobny do wcześniejszych. Kiedyś mogła dłużej spać, czytać do późnego zmroku, a mimo to lato w niej kwitło i dojrzewało opalenizną aż do pierwszego dnia szkoły. Dni miały smak sezonowych owoców, a zieleń traciła gwarancję powoli i z godnością. Tym razem było inaczej. Może to nie wina mijających tygodni? Może ostatnie wydarzenia sprawiły, że przegapiła swoją ulubioną porę roku? Utraciła ją nagle jak stały adres zamieszkania.

„Utracić lato − to brzmi jak tytuł okropnie smutnego filmu” − pomyślała. Przymknęła oczy. Kontury mijanych drzew zlepiały się w mur bez końca i początku.

Mury, gruzy, ruina − to właśnie zostawiała za sobą. Wtuliła nos w osła i poczuła jaśmin. Jakby rozkwitł w futrze maskotki na przekór ponurym myślom. Bo wiadomo − tu Greta zdobyła się na nieśmiały uśmiech − z każdej katastrofy można ocalić coś bezcennego, jeśli się tego bardzo pragnie.

Spojrzała na ojca. Nigdy nie podzieli się z nim tą myślą. Nie zrozumiałby. Nie on.

2

Przyglądam mu się ukradkiem. Jakbym chciała go zapamiętać. Odnowić wyblakłą fotografię, którą trzymałam dotąd w dolnej szufladzie biurka. Wysokie czoło, pierwsza mocna bruzda przecinająca poziomo policzek. Nieskazitelnie niebieska koszula. Wygląda jak…

…amerykański aktor, ale drugoplanowy. Jak ktoś, kto dostał w zastępstwie niechcianą rolę i musi teraz przekonująco zagrać kochającego ojca. Mhm… Kiepski z tego mojego taty udawacz…

Nasza pierwsza wspólna podróż. Ten samochód też jest dopięty na ostatni guzik jak jego kierowca. Sterylna puszka z bezwonnym powietrzem, którego wystarczy na określony czas. Potem można się udusić. Auto ojca bardziej przypomina komisariat, biuro prawnika albo bank. Coś bezdusznego, gdzie czujesz trwogę, choć nic złego nie zrobiłaś. Najgorsza jest panująca w nim czystość. Kiedy ojciec koncentruje się na wyprzedzaniu, z niepokojem sprawdzam, czy z moich trampek nie sypie się piasek na wymuskaną woskiem wycieraczkę.

Sypie się.

Ojciec źle rozumie moje westchnienie.

− Coś nie tak? − pyta, ale nie mnie, tylko przednią szybę i wsteczne lusterko.

− Wszystko tak − zapewniam cicho. Mam ochotę się roześmiać, bo trudno o bardziej nieszczerą odpowiedź. Na szczęście ojca nie obchodzi, co naprawdę myślę.

Najszczęśliwsza byłam zawsze z babcią. Dobrze, że zabierała mnie czasami do siebie, do jaśminowego królestwa… I do apteki. Lubiłam siedzieć na zapleczu, wśród kartonów z lekami. Przy biurku pełnym recept. A najbardziej − na jej kolanach, kiedy babcia porządkowała papiery i uśmiechała się do pani Alinki, swojej pomocnicy.

− I widzisz, Alinko droga − mówiła, mrużąc oczy za szkłami okularów. − Znowu wygrałyśmy z cudzym bólem, a swojego żadną tabletką nie ukoisz.

Tak właśnie mawiała, patrząc na mnie dobrodusznie i przenikliwie. Jakbym nie była tylko małą Grecią, która w zbyt dużym fartuchu udaje panią farmaceutkę.

− Ja zaraz panią wyleczę! − obiecuję babci i na niby odmierzam krople. − Proszę zażyć. Po nich poczuje się pani lepiej.

Śmieją się obie. Babcia jest zachwycona miksturą. Pani Alinka też zamawia krople.

− …ale takie, po których łatwiej znaleźć męża − dodaje, prosząc o podwójną dawkę.

Krzywię się. Nie chcę, żeby pani Alinka miała męża. Narzekam, ile z takim mężem kłopotów. Jak wyjdzie z domu, to nie wróci. I wtedy się długo płacze…

W aptece nie jest już tak wesoło. Nawet babcia gubi uśmiech. Musiał spaść pod biurko, bo szuka go tam i nie podnosi głowy, zanim nie znajdzie.

W domu mdły zapach waleriany zamieniał się w swąd przypalanych kotletów. Mama smażyła je, nie wstając od komputera.

− O co chodzi? − Kwitowała śmiechem moją rozczarowaną minę.

− Są jak z ogniska! − Znów krzywiłam się niemiłosiernie.

− No właśnie! Takie mają być! Przecież jesteśmy na biwaku…

Siadałyśmy na podłodze i śmiejąc się, jadłyśmy palcami te jej nieszczęsne kotlety. Co drugi dzień byłam na biwaku.

3

Miasto? Miasteczko? Greta nie mogła się zdecydować. W każdym razie ciche i senne, co było cudowną odmianą po hałaśliwej Warszawie. Jedna winda w szpitalu, jeden kod pocztowy… Dziewczyna próbowała wyobrazić sobie gwarny ruch na małych uliczkach. Co było trudne, bo miasto właśnie odpoczywało w popołudniowej zadumie. Przypominało makietę, w której ktoś bardzo zadbał o każdy szczegół. A tymczasem ojciec Grety zauważył…

…zauważył jej uśmiech. Chyba lekceważący. Typowy dla mieszczucha, który pewnego dnia odkrywa, że na poboczach autostrad też mieszkają ludzie. Zwolnił, z nadzieją, że ujmie ją zadbany rynek i rząd odnowionych kamienic. Były dumą Wilmowa. Angażowano je nawet do filmów o międzywojniu.

„Stare aktorzyce z nowym makijażem” − myślał czule o kamienicach, codziennie wchodząc do jednej z nich.

− Tam, przy kasztanowcu, jest moje biuro. Na parterze.

Powiedział to z dumą, a Greta wcale się nie zdziwiła.

− Pięknie tu. − Pokiwała z aprobatą głową, wciąż z tym samym uśmiechem.

„A więc nie kpi. Naprawdę jej się podoba” − pomyślał mile zaskoczony.

Jechali w stronę domu stojącego wśród podobnych do siebie willi jednorodzinnych, co jakiś czas zwalniając. Ojciec znał każdy kąt miasteczka i związane z nim historie. W ciągu tych kilku chwil usłyszała więcej słów niż przez całą podróż. Kłaniał się nielicznym przechodniom, którzy witali go skinieniem lub przyjaznym gestem ręki.

− A tam, za płotem, był kiedyś cmentarz żydowski. Teraz zrobiono w tym miejscu zieloną siłownię. Jednak niezręczność. − Westchnął i zamilkł, wyraźnie zdumiony swoim entuzjazmem przewodnika.

− Lubią cię tutaj.

W jej głosie usłyszał uznanie. Uśmiechnął się.

− …bo jestem adwokatem. Moi koledzy, prokurator Zawadzki i komornik Śliwa, raczej nie mogą liczyć na sympatię − zauważył z udawanym współczuciem. Zatrzymał samochód przed okazałym domem strzeżonym przez najeżone igłami świerki. − To tu. Witaj… − zawahał się − …w drugim domu.

Ojciec już nie przypominał wesołego przewodnika sprzed chwili. Greta rozumiała go doskonale. Czekała ich rodzinna prezentacja, niełatwy rytuał, podczas którego żadna ze stron nigdy nie jest do końca sobą.

Dziewczyna, przygotowana na najgorsze, nagle ujrzała, jak w jej stronę zmierza szybki okrągły pocisk w kwiecistych szortach. Z trudem wytrzymała jego serdeczne lądowanie.

− Jestem Lilka! − krzyczała energetyczna kulka, mocno przytulając się do Grety i patrząc na nią z zachwytem. − A ty jesteś ładniejsza od siostry Laury. I od siostry Wiki. I nawet od brata Maćka!

− …ale nie od ciebie − zapewniła ją Greta. − Cześć, Lili − dodała, cmokając dziewczynkę w policzek.

− Lili? Jak ładnie! Moi mili, mówcie do mnie: „Lili”! − zażądała wesoło mała poetka, oglądając się na rodziców.

− Anna. − Żona Tomasza Malińskiego wyciągnęła rękę. − Witaj w domu − dodała nieco sztywno.

− Dzień dobry… Aniu?

Znak zapytania z trudem dźwigał niezręczność całej sytuacji.

− Jasne! − Anna Malińska znalazła cień uśmiechu, tak potrzebnego na tę trudną chwilę. − Tak będzie chyba najlepiej − uznała.

− Najlepiej to będzie zjeść obiad. − Ojciec Grety stanął z bagażami, na które jego żona spojrzała z niedowierzaniem.

− Tylko tyle? − wyraziła zdumienie, gdy znaleźli się oboje w kuchni.

− Uwierzysz? − odpowiedział szeptem. − Też myślałem, że przywiozę najpierw sklep z ciuchami, a potem ich właścicielkę…

− Jest ładna − odszepnęła Anna Malińska. − I chyba miła…

− Córki to moja specjalność. − Wyprężył się z dumą.

Ale ten żart z jakichś powodów nie wydał się Annie Malińskiej szczególnie śmieszny.

4

Dom doskonały. Wszystko, na czym zatrzymywałam wzrok, było absolutnie na swoim miejscu. Wszystko do wszystkiego pasowało. Zaczynałam się obawiać…

…i to bardzo się obawiałam, że ja do niczego nie będę pasować. Nie mogło być tu przecież żadnego miejsca, które zaprojektowano z myślą o mnie. Nie istniałam w planach nowej rodziny taty. Inaczej niż na przykład Lili.

A teraz rozglądam się po moim pokoju urządzonym przez Annę. Dziwne. Nie ma tu ani jednej zbędnej rzeczy, a jednocześnie niczego nie brakuje. Półka z książkami… Skąd wiedziała, że lubię Pratchetta? Niepotrzebnie wypchałam plecak Światem Dysku.

Mamie by się nie spodobało, że ktoś tak jej niemiły jak druga pani Malińska odgadł moje upodobania… Dlatego nie powiem na ten temat ani słowa, gdy się z nią zobaczę. Jestem mistrzynią w mówieniu tego, co moi rodzice chcą usłyszeć. Wciąż muszę być uważna, choć to chyba im zabrakło uważności, kiedy po swojemu urządzali dorosłe życie, zapominając, że jest w nim ktoś jeszcze niedorosły… Cała nadzieja w Lili. Zdaje się, że to jedyna osoba, przy której nie muszę nikogo ani niczego udawać.

Za oknem piękny ogród i domek na drzewie. Ciekawe, czy Lili miała być upragnionym synkiem. Czasami to nawet lepiej, gdy plany dorosłych zawodzą. Mam upragnioną siostrę i to najlepszy prezent powitalny, jaki sobie można wymarzyć.

Obiad. Dobrze, że już za mną tłumaczenie, dlaczego nie jem zwierząt. Ojciec był spięty, pytając, czy to jeden z wymysłów matki. Wyjaśniłam, że to mój własny wybór, że mama nie ma nic przeciwko pałaszowaniu naszych braci (i sióstr) mniejszych. Sytuacja stała się nieco dramatyczna, kiedy Lili odsunęła z obrzydzeniem kawałek wieprzowiny, oznajmiając, że ona również nie będzie jadła przyjaciół. I że najlepiej, aby nikt ich nie jadł, bo pani w szkole mówiła, że trudno o prawdziwą przyjaźń, więc każdą trzeba szanować. „Mądre dziewczynki nie będą jadły świnki” − dokończyła z triumfem i przy stole zapanowała grobowa cisza.

Sporo czasu zajęło mi wyjaśnianie, że z dziećmi jest trochę inaczej. Dopiero gdy zapewniłam Lili, że będzie miała mnóstwo czasu na podjęcie tak ważnej decyzji, mała z westchnieniem powróciła do wzgardzonego dania.

Kiedy Lili z dziecięcą ufnością zrobiła ze mnie przy obiedzie autorytet, wszyscy się trochę przerazili. Ja, bo żaden ze mnie wzór. Ale jej rodzice stanęli przed większym wyzwaniem. Wiedzieli wprawdzie, że dużo czytam i nieźle się uczę. Nie mieli jednak pojęcia, czy przypadkiem nie zasypiam z butelką piwa, nie popalam slimów na balkonie i nie prowadzam się z podejrzanymi typkami ze starszych klas… Tego nie mogli wiedzieć, a mimo wszystko zachowali do końca posiłku grzeczne uśmiechy.

ROZDZIAŁ DRUGI

1

Wiedział, co za chwilę nastąpi, i zżymał się na myśl, że nic na to nie poradzi. Nie ma takiej opcji. Zaraz wejdzie matka i zacznie się zrzędzenie. „A ty wciąż niegotowy, ile razy mam powtarzać, już późno, że też zawsze trzeba cię prosić, włóż tę nową koszulę, człowieku!”.

− Włóż nową koszulę, tę w kratkę. − Brygida Kornel patrzyła na syna z dezaprobatą. − To ja, twoja zła nowina! Ponownie ci przypominam o wizycie u Malińskich.

Siedział w rogu łóżka i niestrudzenie żonglował piłką, podziwiając mamę. Dzielnie ukrywała irytację. Już trzeci raz pukała do jego pokoju, a mimo to Igor wciąż miał na sobie rozwleczony podkoszulek.

− Nie możecie iść beze mnie? − Tym razem starannie przemyślał argumenty. − Dziś jest mecz! Najważniejszy w sezonie! − Wbił w matkę błagalne spojrzenie.

− Przestań. Znasz sytuację. Malińskim bardzo zależy, aby tą ich nową córką, zdaje się, że Gretą, zaopiekował się jakiś rówieśnik. Zresztą pamiętam − dodała pani Brygida z ironicznym uśmiechem − że mecz nie był taki ważny, kiedy ojciec kupował ci nową deskorolkę.

− Kupiona przyjaźń! − W głosie chłopaka zabrzmiał sarkazm.

− Sam określiłeś cenę − przypomniała mu matka, puszczając szelmowsko oko.

− Handlują mną jak żywym towarem − mruczał Igor, z niechęcią wciągając koszulę. Nie przepadał za tymi proszonymi kolacyjkami i grillami, którymi rozpieszczali się wzajemnie jego rodzice i ich sąsiedzi.

„Czemu wszędzie ciągną mnie ze sobą?” − obruszał się chłopak, manipulując przy telewizorze. Nastawił nagrywanie, ale to nie poprawiło mu nastroju. Mecz z drugiej ręki nie był już wydarzeniem. Był odtworzoną przeszłością.

Kolo, jego przyjaciel od zawsze, nie mógł zrozumieć pretensji Igora.

− Kurczę, chłopie! − sapał z przejęciem, gdy rano biegali. – Farciarz z ciebie! Prowadzą cię do nowej kobiety w mieście i jeszcze narzekasz! Ja to bym swoich starych ozłocił, gdyby mi wyżerkę zorganizowali z laską w tle! Ale oni co najwyżej skołują mi nową siostrę albo zgarną na działkę. Do kopania buraków…

Kiedy matka ponownie otworzyła drzwi, Igor już w nich stał. Wyglądał doskonale. Przepełniła ją matczyna duma. Tylko ten wyraz twarzy syna… Zawahała się. Chociaż nie! Było dobrze! Myślący młody człowiek. Pewnie w przyszłości lekarz, jak jego ojciec. Trzeba też dodać − nie miała co do tego żadnych wątpliwości − że najprzystojniejszy przyszły lekarz, jakiego kiedykolwiek urodzono.

A myślący młody człowiek z zadumą na miłej twarzy właśnie rozważał, czy jednak nie wolałby kopać jesienią buraków niż poświęcać wakacyjne popołudnie na nudną domówkę z nestorami.

Tak. Wybrałby kopanie. Buraków, piłki… Obojętnie. Chciałby, żeby choć raz matka i ojciec o nim zapomnieli. Niektórym rodzicom to się przecież udaje. Na przykład taki Kolo… Jego starzy nie mają pojęcia, że go kiedyś spłodzili. Pełen luz. I kto tu jest farciarzem? Westchnął, z żalem opuszczając pokój.

2

Igor patrzył z niedowierzaniem na tę nową ponoć córkę Malińskiego. Żadna drużyna nie zasługiwała na tylu kibiców, co ta długonoga dziewczyna. Mama miała absolutną rację…

− Miałam rację, wyciągając cię tutaj? − Doktorowa Kornel błysnęła swoim nieskazitelnym, nieco kpiącym uśmiechem. W białej sukience wyglądała jak jedna z angielskich księżniczek, młodszych, rzecz jasna, od królowej matki. Ale że była też matką, bezbłędnie wychwyciła zachwyt w oczach syna.

− Wydaje się fajna. − Wzruszył ramionami. Wolałby pozostać choć trochę nieczytelny. Denerwująca była przenikliwość, z jaką Brygida Kornel skanowała myśli jedynaka.

− Rozmawiałam z nią! − Szept pani Brygidy zabrzmiał jak coś z próby kółka teatralnego. − Nie dość, że jest naprawdę ładna, to i mądra z niej dziewczyna. I wydaje się nieco podobna do Mileny, nie sądzisz…?

Milena.

Jak mógł o niej zapomnieć? Ozdoba Wilmowa, prymuska, działaczka na rzecz miliona spraw lokalnych i globalnych. Krótko mówiąc, chodzący ideał. Trochę na wyrost i za szybko uznana za jego dziewczynę. Igor nie był pewien, czy się w ogóle o to starał, ale wszyscy traktowali ich jak parę. Nie protestował. Jak to on.

„Włóż koszulę w kratkę” − wkładał, „chodź z Mileną” − chodził… Dopiero teraz uznał za dziwne, że dotąd zupełnie mu to nie przeszkadzało.

− Cześć. Jestem Greta.

Stanęła przed nim, gdy próbował ustalić, kiedy Milena wraca z Włoch, i uświadomił sobie, że lada dzień.

− Cześć. A ja Igor. Jestem synem tej pani udającej angielski dwór i tego pana z sałatką na koszuli.

Rozśmieszył ją.

− Ucieszyłam się, że przyjdziesz. Nikogo tu nie znam.

− I tego ci zazdroszczę − stwierdził, wodząc wzrokiem po rozplotkowanym towarzystwie.

− Nie wierzę! − zaprzeczyła wesoło. − Wszyscy są sympatyczni…

− Twój ojciec pobił rekord w ukrywaniu cię przed światem.

− To prawda − westchnęła Greta z udawaną goryczą. − Trzymał mnie w jakiejś zatęchłej dziurze. W Warszawie czy gdzieś tam…

− Na szczęście trafiłaś wreszcie na salony. A tak szczerze, dlaczego dopiero teraz?

− Nieciekawy temat. − Greta lekko wzruszyła ramionami. − Ale miejmy to już za sobą. Moi rodzice rozwiedli się, kiedy miałam pięć lat. Ojca widywałam rzadko. Mieszkałam z mamą. Zachorowała, trafiła do szpitala, a ja mam fatalne skłonności przestępcze, więc trzeba mnie pilnować. Uzgodniono, że przez rok pomieszkam pod kuratelą adwokacką.

− Za twoje skłonności przestępcze moi kumple będą przez dwanaście miesięcy dziękować niebiosom − oznajmił Igor.

Greta posłała mu uśmiech, rozbawiona żartem, on jednak wcale nie żartował.

− A ty? Powiedz coś o sobie − poprosiła.

Usiedli w odległym kącie ogrodu.

− To też nie jest dobry pomysł. Powieje nudą.

− Niech wieje. − Machnęła ręką.

− Jestem tak zwyczajny, że aż wstyd. Uświadomiłaś mi to dopiero swoim pytaniem. Wcześniej miałem o sobie lepsze zdanie. − W głosie Igora zabrzmiał zabawny ton skargi i Greta nie miała już wątpliwości, że z tym chłopakiem nie można się nudzić. − A poza tym − ciągnął, drapiąc się za uchem − gram w kosza. Mamy niezłą drużynę. No właśnie… Dziś jest ważny mecz, ale złożyłem go tobie w ofierze.

− A ja tobie! − Greta z niedowierzaniem pokręciła głową. − Dzisiejszy finał, jak się domyślasz, z żalem musiałam odpuścić.

− Oglądasz koszykówkę? Żartujesz, prawda?

− Ależ skąd! Zdradzę ci więcej. Jeśli się okażesz nadętym bufonem, Lili natychmiast dostanie ataku astmy. Wtedy z przykrością zrezygnuję z twojego towarzystwa, żeby zająć się siostrą… i obejrzeć kawałek transmisji.

− Czy ja dobrze słyszę? − Igor zamrugał. – Pierwszy dzień znajomości i już mam konkurować z najlepszymi koszykarzami w tym kraju?

− Właśnie z nimi wygrałeś. − Roześmiała się na widok przerażonej miny chłopaka. − Ale wiesz co? Możemy obejrzeć mecz razem. Lili będzie zachwycona. Od kilku dni uczę ją zasad.

− Rozumiem, że też grasz?

− Już nie. − Uśmiech z twarzy Grety roztopił się jak lody dogorywające w małych pucharkach. Wciągnięci w wir rozmowy zupełnie o nich zapomnieli.

− Dlaczego nie… jeśli można wiedzieć? − dodał szybko.

− Miałam… małą kontuzję. Wypadek samochodowy. Potem te sprawy z mamą… I tak nie chodziłabym na treningi.

− Szkoda, że nie mamy żeńskiej drużyny. Mogłabyś…

− Nic nie szkodzi. Zawsze byłam lepszym kibicem niż graczem. Teraz czas ogarnąć szkołę. Mam spore zaległości. Muszę być bardziej samodzielna. Jeszcze bardziej − dorzuciła w zamyśleniu.

Spochmurniała. Igor patrzył, jak niepostrzeżenie, wręcz niezauważalnie opuszcza go dla jakichś ponurych myśli. Oddaliła się wprawdzie na sekundę, ale to wystarczyło, by poczuł samotność w tłumie życzliwych przecież ludzi.

„Jakby nagle zaszło słońce” − pomyślał ze zdumieniem. Nie próbował jakimś pytaniem wedrzeć się na tę mroczną ścieżkę. Każdy ma takie, na których najlepiej czuje się sam. Był o tym przekonany. Zresztą właśnie stanął na swojej. Niepewnej i drażliwie krętej. Prowadziła na dworzec, na którym wkrótce miała pojawić się Milena…

− Halo! Jest tam kto? − Greta delikatnie zastukała w ławkę.

− Jest, ale mu się przyjrzałem. − Igor znalazł w swoim repertuarze kolejną zbolałą minę. − Niestety to okropny nudziarz i zadufany w sobie głupek.

− Nie zniechęciłeś mnie. − Greta zmrużyła oczy. − Chętnie obejrzę z tym typem mecz. Pod warunkiem że w przypływie sportowych emocji nie uszkodzi kolekcji aniołków Anny, bo to Rosenthal…

− Rosenthal… Nazwisko w sam raz dla niemieckiego napastnika. A wiesz? Gdybym miał zostać światowej sławy piłkarzem, zmieniłbym swoje… Głupio mieć dwa imiona na boisku. Nie byłoby wiadomo, kto wrzucił do kosza: Kornel czy Igor…

3

Idziemy wolno w stronę domu. Ja z tym przystojniakiem. I śmieję się z jego wątpliwości, choć sama dałabym wiele, aby mieć kłopoty w rodzaju „o jedno imię za dużo”. Nie, nie skarżę się. I co ważne − nikogo nie oskarżam. To mój żelazny plan. Osobisty jak zapach jaśminu.

Jaśmin w ogrodzie ojca dawno przekwitł, a ja wciąż czuję, jak unosi się niewidzialną mgłą nad naszymi głowami. Miły ten Igor. Błażej też był miły. Ale gdy tylko pojawiły się w moim życiu kłopoty, zaczął znikać. Najpierw spóźniał się na spotkania, potem zamilkł jego telefon, a na końcu − on sam. Kiedy poprosiłam go o rozmowę, nie miał mi nic do powiedzenia poza tym, że przecież i tak wyjeżdżam, więc „sama rozumiesz, ale na odległość nikt z nikim nie chodzi”. Po czym dodał, śmiejąc się z własnego dowcipu: „Na odległość to chodzą tylko planety i wirtualni”. Usunęłam ten kawałek naszych wspólnych chwil niewidzialnym klawiszem DELETE. Jak to wirtualna dziewczyna, robiąca porządki w pamięci komputera. W ten sam sposób wyczyściłam większość niby-przyjaźni i niby-znajomości. Okazały się mniej prawdziwe niż fejsowi znajomi.

Mhm… Czyżbym się jednak skarżyła…? Nie. To tylko smętne wspominki. Pożegnanie ze złudzeniami, nie z pierwszą miłością. Błażej na szczęście nie ukradł mi serca, tylko wiarę w przyjaźń. To duża strata, ale da się ją odrobić. Mała Lili, która teraz sekunduje szalejącym koszykarzom, świetnie sobie z tym radzi. Wczoraj przyszła do mojego pokoju i z tajemniczą miną odczytała wiersz napisany specjalnie dla mnie.

Nawet jak się zawalą góry, a świat się przewróci nogami do góry i rzeka popłynie pomiędzy nami, i tak będziemy zawsze siostrami.

Góry zawalały się przez „u”, rzeka płynęła przez „ż”. A ja zobaczyłam, że faktycznie żadna przepaść nie może nas rozdzielić. No właśnie… Mała dziewczynka nie boi się przepaści, a mój ojciec i moja matka nie widzą mnie po drugiej stronie, tylko własny strach.

Igor wariuje ze szczęścia. Chyba wygrywamy. Gdyby zapytał teraz o wynik, uznałby, że okłamałam go w kwestii wielbienia koszykówki. Ale nie zapyta. Właśnie krąży po boisku i zdobywa punkty. Nie ma go w salonie Anny i ojca. I, jak sądzę, jest mu najzupełniej obojętne, czy kolejną piłkę włoży przystojny Kornel, czy zwinny i szybki Igor. W końcu obaj celują w marzeniach do tego samego kosza.

4

Anna Malińska, mimo późnej pory i zmęczenia spotkaniem towarzyskim, dłużej niż zwykle nacierała twarz kremem. Za chwilę jej mąż wróci z łazienki i może uda się wreszcie zamienić z nim kilka słów.

„Może przypomni sobie, że ja też tu mieszkam?” − myślała z rozżaleniem, które ostatnio nagle zaczęło jej towarzyszyć. Potrzebowała tej rozmowy.

Czuła zaniepokojenie. Choć przecież od razu polubiła Gretę, zjawiającą się zawsze w porę i z wyczuciem znikającą we właściwej chwili. Pomocną. Zresztą wystarczyło spojrzeć na Lilkę, by uznać Gretę za dar losu. Mała na sam widok przyrodniej siostry promieniała jak nigdy wcześniej. Trzeba by dużo złej woli, aby w nowej konfiguracji rodzinnej doszukać się wad.

Czyżby Anna miała jakiś zapas złej woli? To właśnie zalety dziewczyny niepokoiły ją najbardziej. Łapała się na myśli, że znacznie łatwiej byłoby mieszkać z rozkapryszoną albo źle wychowaną pannicą. Niechby Greta miała jakieś straszne sekrety, niechby nazbyt chętnie korzystała z Anny perfum czy okupowała do późnej nocy domowy komputer. Cokolwiek wydawało się Annie lepsze niż ta idealna obca osoba, bezszelestnie poruszająca się po sercach jej bliskich. Mało tego! Zdobywająca coraz większe zaufanie! A jeśli w ten sposób zbudzi stare, pewnie drzemiące w Tomaszu wyrzuty sumienia…? Anna Malińska doskonale wiedziała, że najbardziej niebezpieczny złodziej to rabuś uczuć. Często mieszkający pod jednym dachem ze swymi ofiarami. I bezkarny.

− Nie śpisz? − Tomasz Maliński wprawdzie skutecznie pozbył się zmęczenia pod prysznicem, ale nie w takim stopniu, by kolejny kawałek umykającej nocy dedykować żonie. A ona wyraźnie na to czekała.

− Pomyślałam, że powinniśmy pomówić…

− Jutro, kochanie, błagam!

Już sam widok pościeli wprowadził Tomasza w błogi stan sennego marzenia. Pragnął jednego: by zgasła nocna lampka i dzień dobiegł końca.

− A jednak musimy porozmawiać.

Nieustępliwość Anny trochę go zaskoczyła.

− Jasne… Więc co chcesz wiedzieć? Czy pamiętam kolor sukienki Kornelowej? Nie pamiętam. − Delikatnie objął żonę, ale zręcznie wywinęła się od pieszczoty.

− Nie żartuj. Chodzi o Gretę.

− O nią? A co się stało? – zadał pytanie już poważnym tonem.

− Od razu stało! Nic się nie stało, ale od kiedy przyjechała, masz dla mnie tak mało czasu…

− Żartujesz chyba. − Tomasz spoważniał i wbił zdumiony wzrok w twarz Anny. − Myślę, że jest odwrotnie. Staram się jeszcze bardziej ci we wszystkim pomagać!

− Niby w jaki sposób? − rozpoczęła zaczepnie. – Przecież…

Przerwał jej:

− Codziennie robię zakupy, wożę dziewczynki do szkoły, zajmuję się ogrodem…

− Nie o taką pomoc mi chodzi!

− A o jaką?

− Myślałam… myślałam, że będę mogła bardziej na ciebie liczyć. No i nie pamiętam na przykład, kiedy byliśmy razem na basenie…

− Jak to? Proponuję ci zawsze, ilekroć jadę…

− …z dziewczynkami, prawda? A ja chciałabym, żebyś poświęcił mi choć połowę tego czasu, który masz dla starszej córki.

− Myślisz o ostatnich czternastu latach?

Strzał był celny.

Tomasz Maliński zamilkł. Wyjął z szafki nocnej papierosa i zrobił coś, czego nie ośmieliłby się zrobić w żadnej innej sytuacji. Zapalił go, nie podchodząc do okna.

Anna wyłączyła lampkę. Spełniały się jej najgorsze przypuszczenia. Nie zdołała ze swoimi obawami dotrzeć do uszu ani serca męża. No i ten papieros. Od czasu choroby Lilki dym nikotynowy na zawsze został skreślony z listy gości w ich domu. A teraz… teraz Tomasz zignorował chorobę swojej młodszej córki!

Wybrał starszą. To dla Anny było bardziej oczywiste niż zmarszczka gniewu, która przecięła jej świeżo pokryte kremem czoło. Ale gdyby Anna Malińska nawet to zauważyła, nie pomyślałaby, że są zmarszczki, których nie wygładzi żadna drogeria.

ROZDZIAŁ TRZECI

1

Milena cieszyła się z powitań, sama też zaczepiała znajomych, zamieniając z nimi kilka słów. Ale pod promiennym uśmiechem skrywała niemiłe zdziwienie, że wśród osób witających pielgrzymów nie ma Igora.

„Musiało coś się stać − prześladowała ją dręcząca myśl. − Coś niedobrego”. − Marszczyła czoło. Bo o jednym była święcie przekonana: Igor nie mógł zapomnieć, że to właśnie dziś się zobaczą po dwutygodniowej przerwie.

Na dworcu panowało małe zamieszanie. Dostrzegła Kola, który dzielnie się uwijał przy plecaku Moniki. Pożałowała go, wiedząc, co wiedziała. Monia, zawsze chętna, by rozdawać czułości na prawo i lewo, przez całą drogę do Rzymu i z powrotem nie spuszczała oczu z Huberta z III b. Znanego w szkole głównie z tego, że jest mało znany. Milena szczerze nie znosiła Kola, ale tym razem gorąco mu współczuła. I pomyśleć, że ten naiwniak będzie teraz dźwigał ciężki plecak Moni przez dwa kilometry!

„Okropne! Ktoś, kto tak wykorzystuje innych, nie powinien jeździć na pielgrzymki” − uznała.

Na dworcu kręciło się jeszcze kilka osób, ale wciąż brakowało tej najważniejszej. Radosny uśmiech Mileny stopniowo zmieniał się w wyraz znużenia. Słowa znajomych wzmagały w niej irytację.

„Niepotrzebnie się uparłam, żeby tatuś nie przyjeżdżał” − myślała ze złością, pozostając jednak na ławce w pozie wyczekującej i lekko nadąsanej narzeczonej.

− Mila, podrzucić cię? − Olek z niższej klasy z finezją wykręcił ósemkę swoim zardzewiałym rowerem. − Albo chociaż plecak ci przewiozę − bąknął, przerażony gniewną miną koleżanki.

Wyjęła telefon. Jeszcze raz sprawdziła, czy nie ma w nim okropnie złych wieści. Na przykład ze szpitala, w którym mógł wylądować Igor. Na samą myśl, że leży blady, spowity białą pościelą, w wężowym splocie kroplówek, chciało jej się płakać. Ale powstrzymała łzy, bo telefon, jak na złość, całkiem się rozładował i żadnych nekrologów z Igorem w roli bohatera nie znalazła.

− Cześć, Olek. − Krążący wokół ławki kolega kojarzył jej się z uprzykrzoną muchą, ale posłała mu czarujący uśmiech. − Skocz do banku, do mojego taty. Powiedz, że tu na niego czekam, dobrze?

− Zrobi się! − Olkowi pojaśniały oczy, zanim nabrał prędkości i pomknął, chrobocząc łańcuchami.

„Gdyby tylko Igor to zobaczył! − rozmarzyła się, przymykając oczy. − Czy na pewno wie, że inni chłopcy są gotowi pędzić na złamanie karku, aby okazać mi swoje uczucia?”.

Z tą myślą napoczęła paczkę pysznych włoskich ciasteczek. Przecież nie ofiaruje ich Igorowi. Trudno się dzielić z kimś, kogo nie ma…

2

W czasie gdy wilmowski dworzec pustoszał, a włoskie ciasteczka znikały, nerwowo rozgryzane przez naburmuszoną podróżniczkę, Igor przytaszczył stos albumów, które teraz rozkładał na tarasie.

− Nie mam żadnych ciastek do herbaty, ale uraczę cię prawdziwym rarytasem − obiecał, otwierając wielką księgę z wysypującymi się zdjęciami.

− Aż tyle? − Gretę nieco przeraziła wizja kronikarskiego maratonu. Chciała zobaczyć przyszłe koleżanki i kolegów, ale… − To potrwa do matury! − jęknęła.

− Wyluzuj. − Igor zbagatelizował jej przerażenie. − Lubię robić fotki, ale pokażę ci tylko tych ludzi, których poznasz we wrześniu.

W każdym albumie honorowe miejsce zajmowała Milena. Chłopak wolał nie zagłębiać się w łączące ich relacje (no właśnie, jakie?), jednak zwyczajna uczciwość podpowiadała, że trzeba szczerze. Czy są parą, czy nie, to osobna sprawa. Jego prywatna. A prawda była taka, że bez Mileny nie istniała ani reszta klasy, ani cała szkoła. Skoro chciał Grecie przedstawić nowych znajomych, Mila musiała być pierwsza na liście.

− Niezłe te zdjęcia − pochwaliła go dziewczyna, pochylając się z uwagą nad albumem.

− Te są z wycieczki do Krakowa. Kolo i Michał udają smoki wawelskie…

− A to chyba twoja osobista modelka? − Greta stuknęła palcem w fotkę przedstawiającą Milenę triumfującą nad uległymi jaszczurami.

− A… Milena… Żadna modelka! Od jakiegoś czasu bardziej się przyjaźnimy…

Igor nie rezygnował z uśmiechu, ale nie mógł zrozumieć, dlaczego rozmowa o Milenie sprawia mu trudność. I wcale nie chodziło o Gretę! Po prostu zawsze pragnął, żeby z Mili, szkolnej gwiazdy i chluby miasteczka, opadły choć raz te wszystkie achy i ochy. Robiła bardzo dużo dobrego, świetnie się uczyła, to fakt, ale czy zawsze musiała być „naj”? Podzielił się z Gretą swoimi wątpliwościami.

− Przepraszam, jeśli to było niezręczne pytanie. – Nowa koleżanka wyglądała na zakłopotaną. − Ale każda rozmowa w tym mieście zaczyna się od Mileny. Nawet sprzedawczyni w warzywniaku zapomniała zważyć mi ziemniaki, taka była ciekawa, czy już się zaprzyjaźniłyśmy…

Igor głośno się roześmiał, co Gretę zbiło z tropu.

− Jutro ją poznasz − oświadczył tak uroczyście, jakby obiecywał dziewczynie audiencję u papieża. − Milena wraca z pielgrzymki. Jeśli chcesz, wybierzemy się razem na pizzę.

− Jutro powinno należeć wyłącznie do was. Ale jasne! Przy najbliższej okazji wyskoczmy gdzieś razem. A to kto? − Greta wróciła do porzuconych fotografii.

− Wojtek! Matematyczny geniusz. Nigdy nie wie, jaki dzień, jaki miesiąc. Chodzi zimą w trampkach. Wczoraj go widziałem nad rzeką. Ludzie się kąpią, a on w grubej wełnianej czapie siedzi na plaży i coś liczy. Polubisz go.

− A ten obok geniusza?

− Kolo… Chyba najbardziej lubiany chłopak w szkole. No i wiadomo, totalny nygus! Przyjaźnię się z nim od przedszkola… Obaj sobie zazdrościmy życia. On mnie moich starych i deskorolki, a ja jemu jego starych, którzy nigdy nie wiedzą, gdzie Kolo aktualnie przebywa i w jakim celu. Bo z rodziców Kola są… takie wolne ptaki. Chyba bociany, bo wciąż robią biedakowi nowe rodzeństwo. Kolo jakoś sobie z tym radzi, ale łatwo mu nie jest.

− Fajnie. Ja też miałam kiedyś bliskiego kolegę Błażeja… − Greta zawahała się, ale oczy Igora patrzyły na nią tak przyjaźnie, że dokończyła zdanie − no więc Błażeja. Rodzice, znani warszawscy architekci, apartament na najdroższym osiedlu, te sprawy… Ale Błażej wydawał się całkiem w porządku. Tylko… Tylko potem była taka sytuacja, że się na nim zawiodłam…

− Zostawił cię?

− Tak jakby. Można powiedzieć, że schował się przed kłopotem pod dizajnerskim stołem z drewna kauri. Już nie pasowałam ani do jego stylu życia, ani do formatu dziewczyny-księżniczki. Wiesz, o czym mówię?

− Wiem. Zobacz. To jest Tymoteusz. O nim mówisz. Od czasu gdy jego ojciec został burmistrzem, całkiem mu odbiło. Zachowuje się tak, jakby sam rządził miastem. Każe się wozić służbowym samochodem i zerwał z dawną paczką. A na urodziny zaprosił tylko trzech kolesi, którzy spełniają kryteria. Czyli mają albo nie swoje pieniądze, albo nie swoje układy.

− Oczywiście byłeś na liście zaproszonych?

− Oczywiście zachorowałem na anginę. Ojciec wystawił mi usprawiedliwienie. Nieważne. Widzisz tę niepozorną dziewczynę, tu, w ostatnim rzędzie…? To Nitka. Właściwie Nina, ale Nitka, bo taka drobna. Drobna wcale nie znaczy, że cienka! Bardzo ją lubię. Świetnie gra w szachy. I nigdy się tym nie pochwaliła. Dopiero jak przyłożyła jakimś arcymistrzom, to się o niej zrobiło głośno. A ta z lewej to Becia. Świetna koleżanka. Rozrywkowa i wesoła. Nie wiem, jak ona to robi, ale imprezuje, gdzie się tylko da, a na świadectwie aż wstyd, takie dobre oceny…

− Co to za dźwięk? Twój telefon?

− Aaa. No tak. Przepraszam na chwilę.

Igor odszedł w stronę pochyłych świerków tak szybko, że Greta nie miała żadnych wątpliwości. „Stęskniony anioł przekroczył granicę − pomyślała i natychmiast zawstydziła się swojej nieuzasadnionej uszczypliwości. − Nigdy więcej oceniania innych” − przyrzekła solennie tarasowym tujom, które szczerzyły w jej stronę wrogie igły.

− Kurczę. − Igor stanął przy stole z niewyraźną miną. − Zawaliłem − wyznał trochę nieswoim głosem. − Dzwoniła Milena. Właśnie je kolację. Dziś przyjechała…

Greta poderwała się z krzesła, jakby jej nagłe zniknięcie mogło cokolwiek zmienić.

− Przepraszam − rzuciła pospiesznie. − Sam widzisz. − Uśmiechnęła się z jakąś delikatną bezradnością. − Tylko się pojawiam i już kłopoty…

− Nie żartuj! To moja wina! Byłem święcie przekonany, że jutro…

− Skoro święcie, a Milena wróciła z Rzymu, to pewnie dostaniesz rozgrzeszenie? Będę się o nie modlić – zapewniła go i zdecydowanym ruchem odsunęła filiżankę z herbatą.

− Na pewno zrozumie! − Igor próbował zbagatelizować kłopot machnięciem ręki i wymuszonym uśmiechem, ale tylko próbował.

Pożegnał Gretę zbyt szybko. Domyśliła się, że ta krótka rozmowa z Mileną nie należała do miłych. Przecinała trawnik z niezrozumiałym poczuciem winy. Kątem oka dostrzegła Igora. Wsiadał na zaparkowaną w cieniu dębu wyścigówkę. I choć zlekceważył jej współudział w niezręcznej sytuacji, poczucie winy dalej uwierało. Bo z jakichś nieznanych powodów chętnie spędziłaby kolejną godzinę na tarasie. A przecież nie należał do niej ani ten taras, ani chłopak…

3

Leżąc w hamaku, mogę na dłużej zatrzymać ostatnie sierpniowe słońce, łebki wdzięczących się resztką sił dalii, obraz siostry próbującej okiełznać pierwszego w życiu rumaka − rowerek bez dodatkowych kółek. Z pozycji hamaka świat wydaje się stabilny, choć jesteś raz na górze, a raz na dole. Ale czy uda mi się na dłużej zatrzymać poczucie przynależności do tego świata? Czy on jest naprawdę mój…?

Myślę, że trochę mój. Tak jak siostra jest trochę moja. I tata. Anna ma chyba większy problem z wklejeniem mnie do rodzinnego albumu. Pewnie wklei, jak wyjadę. Czasem trudno mi odgadnąć, o co jej chodzi. Wczoraj ugotowałam kapuśniak, ten, którego mistrzynią była babcia. Przepis znalazłam kilka lat temu na jakiejś starej recepcie, w kopercie z moim imieniem. Uznałam, że to zupa przywracająca życie, bo jednak na receptę. Gotuję ją tylko w chwilach wielkiego wzruszenia. Czuję się wtedy wspaniale. Jakbym podawała na talerzu moje najlepsze chęci. Lili trochę się krzywiła przy nadmiernej ilości koperku, ale tata… Tata kilka razy prosił o dokładkę. Pamiętał ten kapuśniak! I nawet wspomniał babcię, mówiąc, że była niezwykłą kobietą. Ale potem, gdy Anna zbyt głośno znosiła naczynia i szurała nimi na cały dom, przestał prosić o dokładki i mówić. Patrzyłam, jak te moje najlepsze chęci leżące na jej talerzu powoli stygną.

Wieczorem starała się być w porządku. Obie wiedziałyśmy, ile w to wkłada energii. Szkoda, że czasami nie można być w porządku bez męczarni i poświęceń. Tak po prostu.

Pomyślałam, że na takich sprawach zna się Aga, bo od niedawna mieszka z macochą. Jej adres mailowy szczęśliwie przetrwał moje osobiste trzęsienie ziemi. Po tym jak innych znajomych, nawet bliższych, wymiotło.

„To chyba norma − odpisała. − Też tak mam. Nowa żona jest zazdrosna o ojca. Ja ją rozumiem, no bo ja też jestem o niego zazdrosna. A poza tym się lubimy”.

Przeraziło mnie słowo „zazdrosna”. Wcześniej nie pomyślałam, że ktoś tak życzliwy jak Anna może ulec zazdrości.

Nie, Aga się myli. Sądzę, że żona taty jest raczej pełna wątpliwości i strachu przed przeszłością. W dodatku to na niej najbardziej ciąży obecność intruza. Zrozumiałam, że mogę być nie wiadomo jak strojnym bibelotem, ale nie ona go kupiła. I nie ona postawiła na swojej półce. Szanuję to, że w ogóle na jej półce stoję i że jeszcze mnie czasami odkurza.

Ale, ale. Moja przyszła klasa zaprosiła mnie na imprezę! Cieszę się, choć niczego sobie nie obiecuję. Nie takie znajomości rozpłynęły się jak statki we mgle. Nitka zaproponowała, że razem usiądziemy, Kolo gwizdał na mój widok jak zapomniany przez ludzkość czajnik, a Milena nie odstępowała na krok Igora, demonstrując nie takie znowuż skomplikowane prawa własności. Byłam dla niej szczególnie miła. Miałam powody, bo malutki kornik niechęci gryzł mnie, zanim jeszcze uścisnęłam jej rękę. Szkoda, że kwas się rozlał przed samym końcem spotkania, kiedy wyjęła z włoskiej torebki plik jakichś papierów. Oczekiwała, że je podpiszę, wstępując tym samym do pięciu szkolnych stowarzyszeń i wspierając chyba z dziesięć różnych inicjatyw, o których nie mam pojęcia.

− Przeczytam to wszystko i pomyślę – obiecałam. – Ale nie mogę złożyć podpisu pod czymś, o czym nic jeszcze nie wiem, w dodatku na kartonie po pizzy.

Nie zrozumiała. Jeszcze bardziej ją zaskoczyłam, mówiąc, że lubię pomagać, ale bez list obecności.

No i stało się. Milena spiorunowała mnie wzrokiem. W jej oczach od teraz jestem siłą nieczystą. Widocznie taka rola czekała na mnie w Wilmowie. A gdy wróciłam do domu, na szczęście czekał na mnie również hamak, z którego świat wydaje się dużo piękniejszy, niż jest w rzeczywistości…

4

Greta lubiła deszcz. Mogła godzinami śledzić bezbarwne krople, które przybywały z wysoka i zapisywały na szybach tajemnice chmur. Dlatego marzyła o jesiennych mżawkach i pożegnalnym szeleście liści. Tęskniła już za jesienią. Może wrzesień przyniesie upragnione szarugi?

Wrzesień rzeczywiście rozpoczął się szarugą i wierszem Lili, wygłoszonym przez nią po powrocie ze szkoły.

O ja chromolę, byłam dzisiaj w szkole i byłeś ze mną ty, matole. Mówię w tym miejscu o Miłoszu, który odnalazł swe trampki w koszu. Pani pytała, czy to zrobiłam, to się zgodziłam, bo je tam wsadziłam…

− No ślicznie! − zachwycił się przedwcześnie Tomasz Maliński. Chciał już zacząć klaskać, lecz powstrzymały go spojrzenia żony i starszej córki. − Co jest nie tak? − Zamrugał.

− Lilciu, czy to zdarzyło się naprawdę? Czy to… prawdziwy wierszyk? − Anna Malińska doskonale wiedziała, co jest nie tak.

− Najbardziej prawdziwy i rymowy − potwierdziła mała, wygarniając z półmiska makaron z pesto.

− Wyrzuciłaś trampki Miłosza? − Greta udała ogromne zdziwienie. − Przecież go lubisz. Mieliście dzisiaj razem malować domek dla Barbie…

− Już go nie lubię. − Loki Lilki rozsypały się dookoła jej głowy w rytm słowa „nie”.

− Dokuczył ci? − Tomasz Maliński domyślił się, że wysłuchał poezji bez zrozumienia.

− Jest głupi − padła krótka odpowiedź. − Jak but. I dlatego wywaliłam jego trampki do kosza.

Sprawa okazała się w sam raz dla adwokata. Poza poematem Lili przyniosła ze szkoły zawiadomienie o swoim nagannym zachowaniu, czyli bójce z kolegą i „niszczeniu jego mienia sportowego”. Greta pomyślała, że brzmi to tak, jakby Lili wysadziła w powietrze Miłoszowy stadion i spuściła wodę z jego basenu.

A wszystko przez nią, przez Gretę. Kiedy odprowadziła małą do szkoły, Lili na klasowej giełdzie „kto ma najfajniej” natychmiast pochwaliła się nową siostrą. Najładniejszą, najlepszą i najstarszą. Nikt jej nie przebił, bo zwyczajowo trudno doczekać się nowej siostry tak dorosłej jak Greta. Miłosz, młodszy syn burmistrza, natychmiast zepsuł Lili newsa, oznajmiając, że Greta jest siostrą zaledwie do połowy, o czym wie od Tymoteusza, który jest jego najlepszym, najmądrzejszym i najstarszym bratem, więc to on, Miłosz, wygrywa. Lili nie wyraziła zgody na rezygnację z niespodziewanie zdobytego rodzeństwa. Dlatego Miłosz został uszczypnięty, a jego trampki wylądowały w koszu.

* * *

− Jeszcze się Lilce przyda ten domek na drzewie − powiedział z uśmiechem Tomasz Maliński, śledząc wieczorem powtórki najlepszych momentów meczu. − Będzie z niej niezły rozrabiaka.

− Żartujesz, prawda? − Anna Malińska nerwowo strzepnęła niewidoczny okruch z blatu białego stołu. − Ale skoro o tym mowa, dotąd Lilka nigdy nie była agresywna…

− Agresywna? Bez przesady, przecież dziecko wystąpiło w obronie własnej siostry.

− Własnej? − Brwi Anny uniosły się wysoko. − Lepiej by było nie przyzwyczajać Lilki do myśli, że ma siostrę. Greta, jej przyrodnia siostra – Anna powiedziała to z naciskiem na „przyrodnia” – nie zostanie tu na zawsze. A Lilka „własnej” siostry nie ma, bo jej tata nie był gotowy na kolejne dziec…

− Przestań − przerwał jej Tomasz Maliński. − To, co mówisz, jest wręcz nieprzyzwoite.

Stracił zainteresowanie dla akcji pod bramką, choć takiej właśnie sytuacji wypatrywał od początku meczu. Nie spojrzał na żonę. Nie zauważył nowej sukienki, pospiesznie wciągniętej po kolacji. Wzrok Tomasza powędrował w stronę okna i zatrzymał się na plecach Grety. Siedziała na tarasie, pochylona nad książką.

Anna Malińska nie miała żadnych wątpliwości. W meczu toczącym się w jej głowie właśnie przegrywała z tą dziewczyną. Która przyjechała do Wilmowa chyba tylko po to, by wszystko zepsuć. Gdyby ktoś zapytał Annę, co znaczy „wszystko”, nie umiałaby odpowiedzieć. Ale rozbudzona do bólu niepewność podpowiadała, że gdyby nie Greta, życie w podmiejskiej willi toczyłoby się spokojnie i bez przeszkód. I to za tamtym czasem Anna Malińska tęskniła najbardziej. Kupiła nawet kalendarz kuchenny z wyrywanymi kartkami. Każdy dzień, który trafiał do kosza, przynosił jej trochę ulgi…

ROZDZIAŁ CZWARTY

1

Szkoła, stojąca z dala od gwaru wilmowskich ulic, była masywna i straszyła ponurym frontem. Kolejne remonty nie pozostawiały na niej zauważalnych śladów. Jakby była surową przedwojenną nauczycielką, pragnącą siać grozę, a nie wzbudzać zachwyt. Greta wcale się nie zdziwiła, gdy ojciec wspomniał, że kiedyś było tu więzienie.

− Wiesz, że kiedyś trzymano tu więźniów? Pewnie gwałcicieli i morderców. − Magda wzdrygnęła się przed wejściem do budynku, patrząc, jakie wrażenie robią na Grecie te rewelacje.

− Wiem. − Greta uśmiechnęła się do nowej koleżanki. − Mam nadzieję, że my dostaniemy niższy wymiar kary.

− Co sugerujesz? − zaniepokoiła się Magda. Słynęła z tego, że jest piękna i raczej wolno myśląca.

− No wiesz, że nie spędzimy po parę lat w jednej klasie.

Na szczęście obcas Magdy utknął w metalowej kracie starej wycieraczki i wybawił Gretę od dalszych wyjaśnień.

„Tłumaczyć żart to skazać go na śmierć” − stwierdziła w duchu, pomagając koleżance uporać się z butem.

Lekcja plastyki prowadzona przez kolorową jak rajski ptak Hipi była niczym przerwa na sprawy osobiste. Pod pędzlem Grety ożywała przekornie martwa natura, a ona mogła w tym czasie bezkarnie myśleć o sprawach odległych i nowych. O więzieniu dla jej własnych myśli, które stawało się coraz bardziej ciasne, bo myśli przybywało, ale metraż się nie zmieniał.

Patrzyła na pochylone nad kartkami głowy, zastanawiając się, komu mogłaby zaufać. Igorowi? Pewnie tak. Ale polubić kogoś wcale nie oznaczało: zaufać. O czym boleśnie przekonała się już w Warszawie.

Nitka? Rozumiały się doskonale. Od pierwszego „cześć” wiedziały, że jest im ze sobą po drodze. Nawet albumy Metalliki dublowały się na ich półkach, a Pratchetta obie mogły cytować przez sen. Jednak z powodu paskudnych zdolności szachowych życie Nitki zostało oddane w ręce jakiegoś supertrenera, który cudem pozwalał jej w ogóle chodzić do szkoły. Pozostały czas musiała dzielić z gambitami i roszadami. Na szkolną przyjaźń czasu już brakowało.

Milenie, zerkającej teraz spod długich rzęs w stronę Grety, nie można było odmówić koleżeńskiego wdzięku. To wybłagała sekretarkę o pieczątkę w czyjejś legitymacji, to przełożyła termin testu z fizyki. Potrafiła sprawić, że w tym roku to II a układała kalendarz imprez, a nie trzeciaki, jak nakazywał panujący zwyczaj. I choć dotąd nie udało jej się skłonić Grety do działania w żadnym z kół czy klubów, nie rezygnowała. Jej chęć uszczęśliwienia nowej koleżanki była tak wielka, że nawet Igor został zaangażowany w nawracanie „niewiernej”.

− Właściwie dlaczego nie chcesz pojechać z nami w niedzielę do domu starców? − zapytał chłopak, niby od niechcenia, gdy wybrali się razem nad rzekę.

Boruja toczyła mętną wodę z delikatnym pluskiem. Już jesienna i chłodna, nie zważała na spóźnionych plażowiczów.

− Ty mnie o to pytasz czy Milena? − W jasnym spojrzeniu Grety czaił się uśmiech.

Igor milczał. Nie znosił kłamstw ani niedomówień.

− Nie mogę w niedzielę. Powiedz Mili, że mam już inne plany.

− No trudno… − Igor wzruszył ramionami. − Nie uważasz, że robimy coś dobrego?

− Przeciwnie. Uważam, że robicie coś bardzo dobrego. Ale… niektórzy chodzą własnymi ścieżkami. I te ścieżki nie muszą być gorsze. Rozumiesz?

− No… rozumiem − zgodził się, choć wiedziała, że wciąż nie rozumie.

− Jak będę gotowa, zgłoszę się na ochotnika. − Mrugnęła wesoło, otrzepując spódnicę z zeschłych traw i liści.

Dostrzegła kątem oka jego rozczarowaną minę.

− Igor, ja naprawdę muszę być w niedzielę w innym miejscu − dodała. Z powagą, aby to zdanie nie zabrzmiało jak pospiesznie wymyślone usprawiedliwienie.

Milena zrozumiała wtedy, że skoro nawet Igor, jej Igor, nie skłonił tej nowej do okazania potrzebującym odrobiny miłosierdzia, to może oznaczać tylko jedno. Że są na świecie ludzie pozbawieni serca. O czym nie omieszkała z prawdziwym współczuciem poinformować Igora.

Jak to dobrze, że Greta sama się skompromitowała. Zwolniła ją z przykrego obowiązku mówienia tych wszystkich niemiłych rzeczy, które każdy chłopak musi usłyszeć od swojej dziewczyny na temat innych dziewczyn.

− No, no! − Milena stanęła nad pracą Grety, śledząc ze znawstwem akwarelowy melanż. − Przynajmniej z martwej natury jesteś niezła.

− Przynajmniej − usłyszała w odpowiedzi. Ale nawet gdyby dzwonek nie przerwał im rozmowy, uczyniłaby to sama Greta. Bo właśnie w tej chwili postawiła niewidoczną gołym okiem kropkę.

2

Wspólne powroty do domu stały się dla Grety i Nitki niemal tradycją. Greta zadarła głowę. Stare klony strzegące obrzeży szkoły, jeszcze niedawno zielone, teraz szumiały nad ich głowami paletą rdzewiejącej żółci. Wrzesień wahał się, stał niezdecydowany pomiędzy latem a jesienią. Z jakichś powodów Nitka najbardziej lubiła tę porę roku.

− Szkoda, że już koniec września − westchnęła, biorąc Gretę pod rękę. − Koniec dłuższych dni i suchych liści w parku.

− …i szansy na wagary − mruknęła Greta. Doskonale rozumiała Nitkę. Też była dziewczyną spod znaku babiego lata.

− W klasie mówią, że jesteś tajemnicza. Nie żeby to była złośliwość, tylko tak mówią.

Nitka przerzuciła plecak na drugie ramię. Nosiła w nim oprócz książek całą szachową biblioteczkę, co oznaczało, że miała ciężkie życie nie tylko w przenośni.

− Tajemnicza? − Greta się zamyśliła. − Nieee… Raczej… mało wylewna − uznała.

− Czyli taka jak ja.

Nitce nie przyszłoby do głowy, żeby tę ich bliźniaczą cechę ganić lub chwalić. Wykonała tylko swój słowny szach-mat i zamknęła temat.

− Lody? − Greta poznała już słabość damskiej nadziei na Kasparowa. Wyłącznie lody mogły Nitkę powstrzymać przed powrotem do ćwiczeń nad kilkoma szachownicami, które już czekały w małym mieszkaniu na osiedlu Zgoda. − Wybieraj. Białe czy czarne?

− No nieeeeee wiem… − Nitka próbowała oprzeć się pokusie, ale wizja pucharka z czekoladowymi kulkami zwyciężyła. − Dobra. Czarne, ale dzisiaj ja zapraszam − uparła się, skręcając w stronę pobliskiego kawiarnianego ogródka.

Zakątek Stu Smaków, który stał na drodze powracającej z lekcji młodzieży, zdawał się ściśle współpracować ze szkołą. Szerokimi ramionami parasoli obejmował kolejne grupy wysypujące się z bramy gimnazjum. Nauczyciele byliby zdumieni, widząc, jak apatyczni, niemrawi na ich lekcjach uczniowie, zakały klas, wagarowicze i cwaniacy, stają się w Stu Smakach żonglerami słów i autorami błyskotliwych przemów. A grzeczne, dobrze wychowane panienki nagle zrzucają maski niewinnych pensjonarek, tak że mogłyby z powodzeniem założyć frakcję wilmowskich kiboli.

Greta i Nitka miały ważniejsze sprawy na głowie niż towarzyskie metamorfozy. Skupiały się wyłącznie na swojej własnej szachownicy: pochylone nad porcjami śmietankowych i czekoladowych lodów.

Wspólną ucztę zwykle zaczynały od pytania Grety, która postanowiła poznać szachy, choćby na tyle, by móc kiedyś stoczyć z Nitką bezwzględny mecz.

− Pytasz o królową? − Nitka potarła nos. − Dzisiejsza lekcja jest krótka. Zapamiętaj, że królowa jest silniejsza w pozycjach otwartych, a niestety słabsza w zamkniętych.

− To by się zgadzało… − Myśli Grety na chwilę teleportowały ją do Wrocławia. Pomyślała o mamie. Wątłej i pozbawionej chęci do jakiejkolwiek walki.

− Mój ruch, więc zapytam. − Nitka stukała już łyżeczką o dno naczynia. − Czy tu jest nudniej niż w Warszawie?

− Inaczej − odpowiedziała Greta po dłuższym zastanowieniu. – Ale mnie się podoba.

Dopóki była na uboczu, czuła się bezpieczna. Znała cenę niechcianej popularności. Jadąc z ojcem do Wilmowa, obiecała sobie, a w myślach także jemu, że przetrwa ten czas na swoich warunkach. Życie za nią decydowało o zbyt wielu rzeczach. O tym, jaką Gretę zapamiętają w mieście jej ojca, postanowiła zadecydować sama.

− Pewnie mieszkańcy Wilmowa wydają ci się trochę zahukani. − Pucharek Nitki, jeszcze zmrożony, lśnił już tylko resztkami czekolady. − Może się mylę, ale ludzie z dużych miast są jednak… no, bardziej odważni…? − Dziewczyna zawiesiła na Grecie wyczekujące spojrzenie.

− Czy ja wiem? Jest trochę jak w twoich szachach. − Greta się zamyśliła. – Tu znasz przeciwników i wiesz, jaki zrobić ruch. Jeśli przegrasz, wszyscy się dowiedzą. A w Warszawie można ukryć swoją przegraną w wielkim tłumie. Co jednak nie znaczy, że się wygrało. − Uśmiechnęła się ze smutkiem. Chyba zbyt czytelnym, bo Nitka spojrzała na Gretę pytająco.

Ale jej nowa koleżanka milczała, nagle daleka, na pewno przegrywająca właśnie jakieś rozdanie. I choć Nitka była obok, mogłaby podszepnąć, gdzie uciec z królową, jak ją obronić, było na to za późno. Nitka doskonale wiedziała, że są partie, których nie można wygrać. Ale można je przegrać, jak przystało na mistrza, czyli z uśmiechem. Tego jednak również na głos nie powiedziała.

Taktownie chrząknęła, wskazując swój pusty pucharek.

− Dziś jestem przy kasie. Możesz poszaleć. − Zrobiła minę łaskawej sponsorki. − Jeszcze jedno rozstawienie czy pozycja patowa?

− Dzięki! − Greta komicznie złapała się za brzuch. − Pozycja patowa. W szachach i jedzeniu lodów nie zamierzam z tobą konkurować. Ale następnym razem musisz dać mi fory. Ja cię zapraszam.

Wracały ulubioną uliczką Grety. Należała do tych małych i zapomnianych, dzięki czemu była prawdziwsza od reszty miasta. Za maglem, do którego już dawno nikt nie zaglądał, mieścił się mały sklepik z najbardziej niepotrzebnymi ludziom rzeczami.

Przystawały przy zakurzonej witrynie, wypatrując nowych dekoracji. W tym tygodniu wystawa straszyła wypchanym lisem, lekko wyszczerbionymi filiżankami i przybrudzonym szkłem oprawionym w wyblakłą od słońca skórę. Zastanawiały się chwilę, kto może potrzebować biednego lisa albo wyszczerbionych filiżanek. I jeszcze nad tym, jakie inne, mniej wystawne skarby pan Mietek, właściciel tego sezamu, oferuje klientom.

Po obu stronach uliczki wygodny port znalazły małe ciucholandy. Nie mogły pomieścić asortymentu w ciasnych wnętrzach, więc kiedy nie padał deszcz, ubrania na pokiereszowanych manekinach wychodziły naprzeciw przemykającym od sklepu do sklepu kobietom. To stąd pochodził kapelusik Grety – zupełnie jak ten zaprojektowany dla Madonny przez Eugenię Kim. Tyle że kosztował trzy pięćdziesiąt. Apaszkę w papugi dla Nitki znalazły w bliźniaczym second-handzie, którego właścicielka, poza całkiem fajnymi szmatkami, miała kok wielkości weselnego tortu. A u wylotu ulicy rozpierał się na parterze podniszczonej kamieniczki stary antykwariat. Buszowanie po nim trwało w nieskończoność i kładło kres dalszej wspólnej wędrówce. To stąd Nitka skręcała na plac Zwycięstwa, a Greta omijała go łukiem, ruszając w stronę podmiejskiego osiedla malowniczo wpisanego w wilmowski las.

Kiedy myślała: „Idę do siebie”, uśmiechała się nieco drwiąco pod nosem. Chciałaby tak się właśnie czuć, ale nie tylko od niej zależało, czy wraca do siebie, czy po prostu − idzie do domu.

3

Milena nie zajmowała się sprawami oczywistymi. A do spraw oczywistych należało wyznanie Igora, wypisane ponad pół roku wcześniej czerwonym mazakiem na kartce walentynkowej.

Zdanie było krótkie. Brzmiało: „Ktoś o Tobie czule myśli”. I jak to na walentynce, nie zdradzało imienia śmiałka, który ją w tajemnicy wysłał. Ale przecież zakochana dziewczyna doskonale wie, który z licznych adoratorów odważył się napisać te najbardziej zobowiązujące słowa.

Co prawda kartkę mogli także wysłać Maciek albo Kolo. Obaj ukrywają przed nią swoje prawdziwe uczucia. Szczególnie Kolo. Bywa nawet czasami niemiły. Jednak w obu tych przypadkach wspomniane zdanie zawierałoby jakiś błąd ortograficzny. „A Igor nigdy nie pozwala sobie na błędy” − pomyślała Milena z dumą, chowając swój skarb w pięknym pudle po landrynkach.

Uczyniła to w samą porę, bo z pokoju rodziców znowu zaczęły nadciągać odgłosy rodzinnej burzy. Nie, nie mogła pozwolić, aby choć jedno słowo awantury dobiegającej z salonu odebrało jej tę cenną chwilę.

Starym zwyczajem mocno naciągnęła kołdrę na głowę. Czasem to wystarczało, aby głos pijanej matki nie docierał do jej pokoju. Zatrzymywał się przy drzwiach dzielnie strzeżonych przez plakat z Janiną Ochojską.

Jednak nie tym razem.

W tym wielkim domu dwa głosy dopiero rozpoczynały swoją beznadziejną wojnę, która mogła doprowadzić do kolejnego nieszczęścia. Jak ostatnio, gdy matka omal nie rozbiła na głowie ojca ślubnego wazonu, a on ją odepchnął, tak że prawie skończyło się ostrym dyżurem. Głosy wciąż przybierały na sile, a Ochojska, niewzruszona tym, co działo się parę metrów dalej, zapewniała Milenę pełnym dobroci uśmiechem, że trzeba wierzyć. Trzeba wierzyć w drugiego człowieka. Każdy może się zmienić w najmniej spodziewanym momencie.

„Trzeba wierzyć − ufnie powtarzała w myślach Milena, planując temat jutrzejszego spotkania z zuchami z zaprzyjaźnionej podstawówki. − Wiara… I może wierność? Wierność w rodzinie, wierność ojczyźnie. I oczywiście wierność zasadom! Ideałom. Tylko one są warte każdego wysiłku. Taki będzie temat zbiórki”.

Odetchnęła z ulgą, zadowolona, że znalazła tak ważną kwestię do omówienia. Ale im dłużej myślała z rozrzewnieniem o dzieciakach, które mówiły do niej z miłością: „Druhno”, tym bardziej krzyki matki i ojca docierały do jej uszu. Po chwili dołączył do nich brzęk bitej porcelany i tłuczonego szkła.

„Tak. Zdecydowanie wierność musi być szczegółowo omówiona” − doszła do bolesnego wniosku. Gdyby jej rodzice mieli szczęście być kiedyś na takiej zbiórce, teraz ich życie wyglądałoby zupełnie inaczej.

Z westchnieniem przestawiła budzik w telefonie na wcześniejszą godzinę. Rano czekało ją wielkie sprzątanie. Tego jednego była pewna. I może jeszcze tego, że raczej się nie wyśpi.

4

Gdy ma się taką siostrę jak Lili, dyskretną i mądrą, nie trzeba pisać pamiętnika. Mówię jej o wszystkim, poza sprawami objętymi klauzulą tajności. A ona, w przeciwieństwie do innych, słyszy więcej, niż próbuję powiedzieć. I jak prawdziwa przyjaciółka zamartwia się moim smutkiem, gdy przyłapuje mnie z nietęgą miną.

Taka mina towarzyszy mi jak wierny pies, gdy wracam od mamy. Zwykle przywożę małej jakiś drobiazg, ale tym razem z trudem zdążyłam na ostatni pociąg. Dlatego wczoraj nadałam Lili honorowy tytuł wymiataczki smutków i zaprosiłam ją na naleśniki z owocami.

Siedziałyśmy w Stu Smakach. Ja programowo uśmiechnięta, Lili udająca gimnazjalistkę. Mądra minka, świdrowanie wzrokiem urzędujących nieopodal chłopców z mojej szkoły i starannie dobierane słowa. Oto jak dziecko postrzega dorosłość starszej siostry! Na szczęście jej apetyt miał w dalszym ciągu siedem lat. Doszłam do wniosku, że to najlepsza pora w życiu na pałaszowanie naleśników.

− Udajesz nastolatkę, Lila? − zapytałam ją szeptem.

− Tak! − odpowiedziała. − A co, nie wolno? Ty też udajesz!

− Niby co ja udaję? − zdziwiłam się.

− Że ci dobrze − odparła z pełną buzią.

− Od czasu kiedy mam siostrę, jest mi bardzo dobrze − powiedziałam nieco urażona.

− To za mało. − Lili uśmiechnęła się wyrozumiale. − Może powinnaś mieć męża?

− Męża? − wybąkałam zdumiona. − Skąd ten pomysł, że mąż uszczęśliwia?

− Nie wiem, ale lubię Igora. − Lili z trudem przełknęła truskawkową papkę.

− Igor ma dziewczynę…

− No − przerwała mi ponownie, ciamkając. − Naszą druhnę Milenę. Ale ona ciągle mówi o samych trudnych rzeczach. Wczoraj na zbiórce prosiła, żeby wszyscy byli wierni. Czy to znaczy, że wszyscy muszą chodzić do kościoła? Bo Gutek nie chodzi.

− Chyba myślała o jakiejś innej wierności − zapewniłam Lili. Wyglądała na stroskaną losem Gutka.

− Widzisz? − zatriumfowała. − Nawet ty jej nie rozumiesz! Po co Igorowi żona, której się nie rozumie…?

Patrzyłam na Lilkę pałaszującą ostatniego naleśnika i czułam, że dzięki niej przestaję być smutna. Nie byłam już tamtą dziewczynką odradzającą pani Alinie męża na receptę. Może właśnie w Stu Smakach zrozumiałam, że chciałabym być bardziej jak moja babcia? Dawać ludziom wokół tabletki dobroci, które uśmierzają te wszystkie małe, ale przykre bóle? Codziennie robimy wiele rzeczy, nawet głupich, aby uciec od strachu, który w nas mieszka. Ale kiedy przestajemy się bać, kiedy potrafimy zatrzymać nasz strach, nagle odkrywamy, że nie jesteśmy sami ze swoim przerażeniem. To też zrozumiałam, zanim Lili połknęła ostatnią truskawkę i podziękowała za deser głośnym całusem.

Otaczały mnie stare i nowe strachy. Strach mojej mamy, która, gdyby mogła, odprowadziłaby mnie na dworzec, ale musiała zostać tam, gdzie jest, by dalej szukać w sobie odwagi, niezbędnej przecież do życia. Strach pani Alinki… Swoją drogą ciekawe, czy wyszła za mąż…? Strach Anny. Jakiś lęk, który kradnie jej uśmiech.

I ja też się boję. Znalazłam w sobie kilka nowych uczuć. Pasują na mnie jak ulał, niczym wymarzone sukienki, ale czy zachowam je na dłużej? Czy ponoszę? Oczywiście, bardzo tego chcę, bo wiem, że mi w nich do twarzy.

A wieczorem, przed snem, przyszło mi do głowy, że może Milena też się czegoś okropnie boi. I dlatego robi wokół siebie tyle szumu. W szumie nie słychać własnych obaw.

5

Ogród zachowywał się tak, jakby zapomniał o przyzwoitym jesiennym obumieraniu. Wciąż imponował trwałością późnych kwiatów. Ocieniony zielonymi świerkami, udawał pełnię sezonu. Temu kłamstwu ulegali wszyscy. I nie trzeba było szczególnej spostrzegawczości, by dostrzec, że życie Malińskich na dobre przeniosło się do ogrodu.

Z kilku przyczyn. Zachęcały do tego piękna pogoda, baśniowość miejsca i pierwsze tęsknoty za mijającym latem. Ale dla Tomasza Malińskiego inny powód był najważniejszy.

Dawno nie widział Lilki tak rozradowanej. Od chwili gdy Greta nauczyła ją wdrapywać się do domku na drzewie i zmajstrowała tacę na linie, którą wjeżdżały na górę herbatki i łakocie, Lila nie opuszczała swojej kryjówki. Znikała na całe popołudnia, coraz częściej w towarzystwie kolegów ze szkoły.

Jej ojciec pękał z dumy.

− Dziczeje nam. − Anna zgasiła uśmiech męża, próbującego wśród przekwitłych liści wypatrzyć nową lokatorkę domku.

− To chyba dobrze?

Nie śmiał wyznać, że zawsze marzył o takim domku i najchętniej dołączyłby do szalejących dzieciaków.

Anna milczała. Gdzieś w głębi ducha i ją cieszyło nagłe ożywienie córki. Jej dobry humor i częstszy niż wcześniej śmiech. Od miesiąca mała ani razu nie miała gorączki i chętniej brała leki. Wystarczyło, że Greta od niechcenia wspomniała o jakichś planach wspólnych wypraw, które wymagały końskiego zdrowia, a znienawidzone lekarstwa nagle znikały jak landrynki. Ale myśl, że to Greta tak odmieniła Lilkę, była nieznośna.

− Obawiam się, czy Greta nie za bardzo przywiązuje małą do siebie. Przecież ona stąd wyjedzie. Co wtedy? Zobaczysz, będziemy mieli kłopot.

Anna skupiła spojrzenie na drzewie. Tak było bezpieczniej.

Tymczasem Tomasz Maliński nieco zbyt głośno odstawił kubek z kawą na tarasowy stół.

− Ich przyjaźń jest najlepszą rzeczą, jaka nas spotkała. Wyobrażasz sobie rok spędzony z dwiema nieznoszącymi się dziewczynkami? Zresztą Greta… Jestem bardzo mile zaskoczony… Nie mam pojęcia, jak się Marcie udało…

− No oczywiście! Chwal swoją pierwszą żonę! − Anna skrzywiła twarz w złym uśmiechu. − Może powinnam się od niej uczyć, jak wychowywać córkę… Jak żyć!

− Daj spokój − przerwał jej Tomasz Maliński. − Co się z tobą dzieje? Przecież…

Anna nie czekała na koniec zdania. I tak nie zamierzała ciągnąć tematu. Niepotrzebnie zaufała swej intuicji, sądząc, że mąż zrozumie jej obawy. Tak rzadko dzieliła się z nim wątpliwościami. Kiedyś ich nie miała. Pojawiły się razem z Gretą. A teraz o mało nie wpadła na pasierbicę w tarasowych drzwiach. I choć to Greta była nieostrożna i odcięta słuchawkami od świata, pewnie Annę obarczono by winą, gdyby doszło do stłuczki.

Tak ją rozgniewała ta myśl i tak zraniła niesprawiedliwość męża, że zapomniała o najważniejszym.

O tym, że żadnej stłuczki nie było.

ROZDZIAŁ PIĄTY

1

Październik rozpoczął się szpetnie. Od przymrozków, wysypu sprawdzianów i ospy, której ofiarą padła Lili. Dziewczynka wyglądała jak cętkowane nieszczęście i trzeba było sporo cierpliwości, by poprawić jej nastrój. Tak. Bywają choroby, które pojawiają się w najgorszym z możliwych momentów. Wprawdzie pediatrzy uważali, że ospa Lilki wybrała sobie najlepszy czas, skąd jednak mogli wiedzieć, że jest inaczej…?

− Dlaczego teraz to mam? − pytała zrozpaczonym głosem Gretę. − Akurat kiedy się pierwszy raz zakochałam na zabój?

O tym, że jest zakochana na zabój, Lili dowiedziała się od starszej siostry.

− Myślisz o Gutku przez cały czas? − ustalała Greta, gdy kilka dni wcześniej siostra powierzyła jej największy sekret.

− Tak − potwierdziła Lili.

− Śmiejesz się bez powodu i masz ochotę sprzątać swój pokój?

− Tak. − Ponowne kiwnięcie głową.

− Patrzysz częściej w lustro?

− Bez przerwy. To znaczy kiedy nie sprzątam pokoju.

− I chcesz, żeby wszyscy byli szczęśliwi?

− Chcę. Nawet Lara, ta, co też kocha Gutka, a nasza klasa mówi o niej „Larwa”, bo Larwa plotkuje.

− Mhmmm. − Greta zrobiła bardzo poważną minę, bacznie przyglądając się Lili.