Obok niej - Liliana Fabisińska - ebook

24 osoby właśnie czytają

Opis

Kinga jest świetną matką, doskonałą żoną, (prawie) perfekcyjną panią domu i pracownikiem miesiąca.
Wszystko zmienia się w chwili, kiedy jedzie na 20-lecie swojej studniówki i nawiązuje romans z dawnym kolegą ze szkoły. Sekretne spotkania szybko przestają im wystarczać. Kochanek namawia, by odeszła od męża i zaczęła z nim nowe życie. Kinga się zgadza... i wtedy wszystko nagle się komplikuje.

Życie kobiety, zamiast w romantyczną bajkę, zamienia się w koszmar.

Zdruzgotana Kinga na oślep szuka wyjaśnienia. Trafia na informacje, które mrożą jej krew w żyłach. Zaczyna rozumieć, że sprowadziła śmiertelne niebezpieczeństwo na siebie i na tych, których kocha. Może zrobić tylko jedno. To, czego nie chce najbardziej na świecie. Nie ma jednak wyboru – bo utrata miłości, pieniędzy, pracy, a nawet więzienna cela, wydają się niską ceną w walce, którą przyjdzie jej stoczyć.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 367

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


 

 

 

 

 

Było inaczej niż w filmie. Bez pancernej szyby i zdezelowanych słuchawek telefonicznych, które trzeba podnieść, żeby porozmawiać z osobą po drugiej stronie.

Więzienna sala spotkań przypominała raczej dużą stołówkę w jakiejś fabryce czy ośrodku kolonijnym. Kilkanaście odrapanych stolików, krzywe krzesła. O dziwo, w rogu pod oknem znajdował się bufet, obsługiwany przez kruchą starszą panią w błękitnym fartuszku. W powietrzu unosił się zapach kawy ze stawianych przez nią co chwilę na ladzie pękatych filiżanek. Przy co drugim stole jacyś ludzie, zatopieni w rozmowie, trzymali się za ręce i patrzyli sobie w oczy.

Nie trzeba było podnosić słuchawek. Wystarczyło otworzyć usta.

Nie otwierałyśmy ich jednak, ani ja, ani ona. Może bałyśmy się zacząć?

Siedziałyśmy ze wzrokiem wbitym w stół. Rysowałam na nim wymyślne wzorki. Oczywiście – palcem. Długopis przecież już mi odebrano. Tak jak komórkę, słuchawki, ładowarkę i pilnik do paznokci.

Nagle jej dłoń delikatnie dotknęła mojej.

Podniosłam wzrok.

– Trzy minuty do końca widzenia, proszę się żegnać! – zawołał w tym momencie znudzony strażnik, oparty o ścianę przy drzwiach.

Spojrzała mi w oczy, po raz pierwszy od tamtej chwili.

– Dlaczego?

 

 

 

 

 

 

CZĘŚĆ I

 

 

 

ROMANS

 

 

 

 

 

 

Rozdział 1

 

 

 

Nagła zmiana planów

 

 

 

 

 

Dlaczego zdecydowała, że jednak tam pojedzie? Kinga zastanawiała się nad tym setki razy. Dlaczego postanowiła pojechać, mimo że od lat twierdziła, że nienawidzi takich imprez? Odpowiedź tak bardzo nie pasowała do niej i do wszystkiego, co sama o sobie myślała, a przy tym była tak prosta i banalna, że za nic nie wypowiedziałaby jej na głos: „Pojechałam, bo chciałam zobaczyć Waldka. Przekonać się, czy zostało w nim coś z tamtego chłopaka z gitarą, dla którego kompletnie straciłam głowę. mając siedemnaście lat. Zobaczyć, czy jeszcze robi na mnie wrażenie. I… No dobra, tak… I zrobić wrażenie na nim”.

Dlatego kupiła sukienkę, krótszą niż zwykle, z dekoltem większym niż wszystkie, które nosiła do tej pory. I bieliznę. Nie, nie planowała skoku w bok ze swoją pierwszą miłością. Nic z tych rzeczy. Po prostu w pewnym wieku… dwadzieścia lat po maturze… żeby zrobić na kimś wrażenie, trzeba zatuszować pod sukienką to i owo. A inne to i owo nieco podnieść do góry. Bielizna, którą kupiła, miała spełnić obie te funkcje. I dlatego wydała na nią znacznie więcej, niż planowała.

Gdyby opowiedziała o tym psychoterapeutce, do której chodziła przez kilka miesięcy dziesięć lat wcześniej, usłyszałaby pewnie, że robi to, żeby domknąć jakąś figurę. Zakończyć niezakończone. Gdyby opowiedziała swojej przyjaciółce Beatce, usłyszałaby, że zemsta najlepiej smakuje na zimno. I że świetnie robi, próbując pokazać Waldkowi, ile stracił… Beatka na jej miejscu w czasie tej imprezy zwabiłaby go w jakiś ciemny kąt, rozpaliła do czerwoności, rozebrała i wypuściła na środek sali w samych skarpetkach. A potem upajałaby się śmiechem kolegów i nauczycieli, siedząc gdzieś za drzwiami, niewidoczna dla zawianego już tłumu.

Kinga nie miała takich planów. Chciała po prostu zobaczyć podziw w jego oczach. Wiedziała, że to absurdalne, złościła się sama na siebie, że tego potrzebuje, a jednak nie umiała się powstrzymać.

Był jeszcze drugi – mniej istotny – powód, dla którego zdecydowała się przejechać trzysta kilometrów. Od dawna chciały z Beatką zobaczyć Aśkę, stanąć z nią twarzą w twarz. Teraz nadarzała się doskonała okazja.

Aśka jako jedyna z ich klasy trafiła na okładki kolorowych gazet. Nie, to nie był żaden „Twój Styl”, „Vogue” czy „Elle”. Raczej drukowane (na kiepskim papierze!) wersje Pudelków, z krzyczącymi tytułami o tym, kto kogo i z kim zdradza, kto kogo porzuca i co zrobił, by dostać nową rolę. Aśka nie robiła chyba zbyt wiele… Albo robiła, ale nieumiejętnie. Od jej głośnego debiutu, obsypanego nagrodami na festiwalach i w plebiscytach dla widzów, minęło czternaście lat. Grała ogony w telenowelach, prowadziła tandetne „wielkie gale” z okazji otwarcia nowego centrum handlowego i pokazywała się na ściankach z coraz większym i coraz bardziej sterczącym biustem – i z coraz młodszymi kochankami.

Kinga chciała zobaczyć to na własne oczy. Chciała się przekonać, jak klasa, która wyśmiewała na każdym kroku dziwny styl Aśki, jej swetry po starszej siostrze i wtrącanie w każde zdanie francuskich słówek, przyjmie ją we wcieleniu seksbomby. Jak zachowają się Artur, Łukasz i Misiek, którzy zamieniali jej życie w piekło, dzień po dniu, przez całe cztery lata.

I dlatego spakowała najmniejszą walizkę, jaką miała w domu, i w mroźny styczniowy poranek, jeszcze przed świtem, wyruszyła przez pół Polski na dwudziestolecie swojej studniówki.

Gdyby wiedziała, dokąd ją to doprowadzi, na pewno zostałaby w domu. I, jak w każdą sobotę, zrobiłaby górę francuskich tostów na śniadanie. Jednostajne buczenie wyciskarki do cytrusów obudziłoby Majkę, która zeszłaby po schodach, rozczochrana, w za dużej kraciastej piżamie, potwornie ziewając… jak w każdą sobotę. A potem podeszłaby do stołu i duszkiem wychyliła wielką szklankę soku pomarańczowego. Kinga, oczywiście, byłaby na to przygotowana. Miałaby dla niej drugą. Jak w każdą sobotę.

 

* * *

 

– Co robisz w życiu? – zapytała blondynka ze spalonymi prostownicą włosami.

Kinga popatrzyła na nią niepewnie. Gośka? Czy Madzia? Szlag by to trafił, myliła je nawet przed maturą. Identycznie chichoczące blondynki z trwałą, która przyprawiła ich wychowawczynię prawie o zawał, i ze zbyt mocnymi czarnymi kreskami wokół oczu.

Teraz nie było ani trwałej, ani kresek. Pozostał chichot. I zbyt jasny tleniony blond.

– Miałaś same piątki, pamiętam. – W ustach blondynki zabrzmiało to jak obelga. – Pewnie skończyłaś studia?

Kinga pokiwała głową.

– Jak chyba większość naszej klasy.

– Ja nie. – Blondynka wyprostowała się z dumą. – Najpierw miałam jakąś durną pracę jako sekretarka. Totalne odmóżdżenie! Na szczęście zaraz potem wyszłam za mąż. Półtora roku po maturze. I to wcale nie dlatego, że byłam w ciąży! Po prostu mój mąż oszalał z miłości. Od razu kupił mi gabinet kosmetyczny. I wiesz, teraz zatrudniam trzy manikiurzystki, dwie fryzjerki, dwie kosmetyczki i specjalistkę od zdejmowania uroków.

– Słucham?! – Kinga nie zdołała chyba zapanować nad wyrazem twarzy.

Madzia (bądź Gosia) wyglądała na urażoną.

– Nie ma się z czego śmiać! Czy ty wiesz, ilu ludzi cierpi dlatego, że ktoś rzucił na nich klątwę? Myślą, że po prostu mają pecha, ale można tę negatywną energię zneutralizować, jeśli tylko…

– Kinga? – Czyjaś szczupła dłoń nagle dotknęła jej ramienia.

Odwróciła się szybko, z nadzieją, że ktoś – wszystko jedno kto – uratuje ją i zabierze jak najdalej od specjalistki do spraw klątw i uroków… jeśli w ogóle jest między nimi jakakolwiek różnica.

Męska twarz była sympatyczna, uśmiechnięta, nienagannie ogolona – i kompletnie jej obca. Nie miała pojęcia, skąd miałaby znać tego faceta. Ale nie zamierzała się do tego przyznać. To oznaczałoby przecież pozostanie w towarzystwie Gośko-Madzi na Bóg wie jak długo… A Kinga za nic nie chciała rozmawiać z nią o tym, która z nich szybciej i lepiej wyszła za mąż i z jakiego powodu. Nie zamierzała też porównywać swojego życia zawodowego z życiem właścicielki salonu kosmetycznego.

– No hej! – zawołała z przesadnym chyba entuzjazmem. – Nareszcie jesteś!

Niewiele myśląc, odwróciła się tyłem do miłośniczki ezoteryki, pocałowała blondyna o niesamowitych, niemal fiołkowych oczach nieco teatralnie w oba policzki, wzięła go pod rękę i ruszyła w stronę drzwi tak szybko, jak tylko pozwalały jej upiorne szpilki.

– Nie spodziewałem się takiego entuzjazmu. – W głosie blondyna zabrzmiały wesołe nuty.

Spojrzała mu w oczy. Też były roześmiane.

– Przepraszam – westchnęła. – Nie mogłam z nią wytrzymać.

– Magda potrafi być męcząca. – Pokiwał głową ze zrozumieniem.

A więc jednak Magda, nie Gośka. Przynajmniej to jedno już się wyjaśniło.

Stali teraz przy ścianie, mierząc się spojrzeniami.

Kim on był, do cholery? Na pewno nie chodził do jej klasy. Ale w takim razie do której? Do mat-fizu, z Kaśką i Jagą? Czy do tej z rozszerzonym niemieckim? Pewnie tak… Ale dlaczego pamiętał jej imię? Ona przez te cztery lata z żadnym z germanistów nie zamieniła chyba ani słowa.

Myślała, że ten zjazd w rocznicę studniówki był tylko dla ich klasy. Ale najwyraźniej coś źle zrozumiała i w hotelu pojawili się wszyscy: humanistyczna, biol-chem, mat-fiz, rozszerzony niemiecki i artystyczna.

A Kinga nie potrafiła przypisać błękitnookiego do żadnej z nich.

Musiała powiedzieć mu prawdę.

– Muszę powiedzieć ci prawdę – westchnął blondyn, pochylając się w jej stronę i zniżając głos do szeptu. – W ogóle cię nie poznałem, kiedy weszłaś na salę. Dopiero Misiek uświadomił mi, że to ty… Klasowa prymuska, dzięki której w komplecie zdaliśmy maturę.

Uśmiechnęła się niepewnie i wzięła głęboki oddech.

– Prawdę mówiąc, ja też wcale cię…

Nie zdążyła dokończyć zdania.

– Ho, ho, gang bystrzaków! – Misiek, który dla odmiany wyglądał identycznie jak dwadzieścia lat temu, mocno klepnął blondyna w plecy. – Dwa największe mózgi naszej klasy coś razem knują? Będzie z tego pewnie jakiś Nobel z fizyki lub z chemii...

Mózgi? Oprócz niej była tylko jedna osoba, którą mógł tak nazwać.

– Maksio? – zapytała, wpatrując się z niedowierzaniem w przystojnego blondyna.

Maksio. Mały, pryszczaty, ulizany, zawsze schowany za wymiętym zbiorem zadań z matmy. Wybierał się na politechnikę i nie interesowało go nic innego. Ani dziewczyny, ani muzyka, ani wypad pod namioty po ostatnim egzaminie ustnym. Kinga nie poświęciła mu przez cztery lata ani jednej dłuższej myśli. I najwyraźniej skutecznie wyparła go z pamięci.

Teraz próbowała odnaleźć na tej gładkiej, spokojnej, uśmiechniętej twarzy ślad szczurzej, nerwowej, usianej trądzikiem buźki Maksia z klasy maturalnej. Bez skutku.

– Sorry, nie poznałam cię bez... – Uśmiechnęła się niepewnie, gryząc się w język. „Bez tych pryszczy” nie brzmiałoby chyba zbyt miło? – …bez książki do matmy – dokończyła z ulgą.

– A ja ciebie bez Beatki przy boku – odparował bez wahania.

– Beatka ma ospę – westchnęła. – Dowiedziałam się o tym w pociągu… w połowie drogi.

Bez niej w ogóle nie zdecydowałaby się na tę całą rocznicową imprezę. Becia skutecznie namówiła ją na wyjazd, a potem przysłała SMS: Zabijesz mnie. Nie dotrę. Dzieciaki zaraziły mnie ospą. Wyglądam jak muchomor, tylko na odwrót.

Kinga potrzebowała dłuższej chwili, żeby zrozumieć tę metaforę.

Znowu jakieś paskudne zmiany skórne! Jak nie pryszcze Maksia, to ospa Beci… Kinga poczuła przemożną chęć podrapania się po twarzy. Z trudem powstrzymała lewą dłoń, zaciskając ją na torebce.

Maks swoimi błękitnymi oczami wpatrywał się w jej twarz nieco zbyt intensywnie. Tak, przypomniała sobie nagle ten przenikliwy błękit. Becia powiedziała kiedyś, chyba w drugiej klasie: „Co za kolor! Gdyby Maksio składał się tylko z oczu, mogłabym się w nim zakochać”. Śmiały się wtedy jak szalone. Zakochać się w pryszczatym? Doprawdy, chory pomysł!

– To ja już pójdę – powiedziała, zastanawiając się, w którym kierunku ruszyć. Z jednej blondynka opowiadająca o odczynianiu uroków. Z drugiej Misiek, który najwyraźniej nie wyrósł z licealnego stylu bycia. Z trzeciej… czy to możliwe?

– Profesor Dębska? – Kinga otworzyła szerzej oczy, wpatrując się w drobniutką sylwetkę pod oknem. – Ona jeszcze żyje?!

Nauczycielka geografii już dwadzieścia lat temu, przynajmniej zdaniem uczniów, powinna być na zasłużonej emeryturze. Nikt nie wiedział, ile ma lat – i jakim cudem porusza się o własnych siłach. Była postrachem kolejnych roczników. Do historii przeszły puste mapy z konturami krajów czy rejonów, z zaznaczonymi kropką miastami w Azji, maleńkimi wyspami na Pacyfiku... Rozdawała je i kazała opisywać. Nie tolerowała żadnych pomyłek. A teraz stała przy oknie, otoczona grupką byłych uczennic, patrzących na nią z zachwytem.

– Idziesz się przywitać? – Maksio najwyraźniej nie zamierzał zostawić Kingi samej.

Pokręciła głową.

– Dziękuję, nie skorzystam. Przez Dębską chciałam popełnić samobójstwo.

– Każdy chciał. – Maks lekceważąco machnął ręką.

– Wy tylko o tym gadaliście. Ja miałam konkretny plan. Ostry nóż do tapet, którym zamierzałam podciąć sobie żyły, papeteria w różyczki do napisania listu pożegnalnego i zielony długopis Bic, taki sam jak te, którymi oceniała nam klasówki. Chciałam to zrobić za kotłownią, na którą wychodziły okna pracowni geograficznej. Tak, żeby zobaczyła moje ciało przez szybę, zaczynając rano lekcję w naszej klasie.

– Ciągle masz traumę? Po tylu latach? – Maks patrzył na nią ze szczerym zainteresowaniem, jak na rzadki okaz tarantuli z terrarium w ogrodzie zoologicznym.

Wzruszyła ramionami.

– Nie znoszę Dębskiej i tyle. Nie chce mi się z nią gadać.

Wypadła z sali i popędziła szerokimi schodami na parter.

Oczywiście, cholera. Prosto na Waldka.

To dla niego kupiła tę sukienkę, wbiła się w modelującą halkę i koszmarny, przypominający zbroję stanik. Oraz w szpilki, przez które już trzy razy z trudem ratowała się przed upadkiem ze schodów. Waldek miał zemdleć z zachwytu i szepnąć, że nic się nie zmieniła.

Nie szepnął. I w dodatku… no jasne… nie był sam.

Szedł pod rękę z młodziutką dziewczyną z burzą rudych loków i ciążowym brzuszkiem, wyraźnie rysującym się pod błękitną, nieco nadmiernie wydekoltowaną sukienką.

Kinga chciała schować się w mysią dziurę. I zakryć czymś swój dekolt, jeszcze głębszy niż ten, na który właśnie patrzyła.

– Waldi, cześć. – Podjęła rozpaczliwą próbę przejęcia kontroli nad sytuacją. – To twoja córka?

– Bardzo śmieszne. – Waldek omiótł ją wzrokiem, a w jego spojrzeniu nie było ani śladu aprobaty. – To Andżela, moja żona.

– Która z kolei? – Kinga nie umiała się powstrzymać. – Piąta? Szósta? Uważaj… chyba jest niepełnoletnia.

Waldek prychnął jak urażony kot, ciasno objął swoją ciężarną ukochaną i ruszył z nią schodami na piętro, gdzie była już większość klasy.

Kinga oparła się o parapet i wyjrzała na ciemną ulicę. Co ją podkusiło, żeby tutaj przyjechać? I to w tym stroju, który krzyczał: „Chodźmy do samochodu i zróbmy to tak, jak dwadzieścia lat temu”! Dlaczego, do diabła, nie wyskoczyła z pociągu i nie wsiadła w drugi, jadący z powrotem do Kołobrzegu, gdy tylko przyszedł SMS od Beatki?

– Nie wzięłaś ze sobą męża? – Blondyna od zdejmowania uroków zmaterializowała się nagle tuż obok. – Bo chyba masz jakiegoś męża, co?

– Mam, owszem – jęknęła Kinga.

I od razu uśmiechnęła się pod nosem, wyobrażając sobie minę Nikodema, wpuszczonego do tego hoteliku, w sam środek niemrawo rozkręcającej się imprezy.

Jej mąż nie znosił imprez. Żadnego typu. Zawsze próbował się wymigać ze służbowych bankietów i z niezobowiązujących grilli u znajomych, nawet tych najbliższych.

– Jestem nietowarzyskim gburem – mówił, słysząc propozycję wspólnego wyjścia. – Kiedy to w końcu zrozumiesz?

– Nigdy – śmiała się, całując go w policzek. – Bo wcale nie jesteś gburem. Wszyscy uwielbiają twoje poczucie humoru, a koleżanki zazdroszczą mi takiego męża.

– Które koleżanki? – Przyciągał ją do siebie i szybko, mocno całował w usta. Po czym zostawał w domu.

– Nie wychodzicie z tatusiem razem, tak jak rodzice Oli. – Majka zauważyła to, kiedy miała pięć albo sześć lat. – Dlaczego?

– Bo jedno z nas musi być przy tobie, kiedy zasypiasz – odpowiadała Kinga. Wtedy to chyba była prawda. Nie lubili zostawiać Majki samej. Mała często miała złe sny, budziła się z płaczem, zwłaszcza od czasu, kiedy wyprowadzili się z Radomia. Źle przyjęła nowe mieszkanie, nowe przedszkole, nowych sąsiadów. Tęskniła za koleżankami i za swoją nianią Lusią, która często zostawała z nią po południu. Ale nawet najlepsza niania nie utuli szlochającego przedszkolaka tak jak rodzic… albo dziadek. Na dziadków jednak, niestety, liczyć nie mogli. Przynajmniej nie wtedy. A więc niemal nigdy nie wychodzili razem, szczególnie wieczorami.

Dziś Majka nie potrzebowała opieki. Cieszyłaby się, gdyby zostawili ją samą w domu, choć na jeden wieczór. Pewnie zaprosiłaby koleżanki, zrobiłyby sobie kolorowe maseczki, leżałyby przed telewizorem i oglądały do świtu straszne filmy, objadając się zamówioną pizzą prosto z pudełek. Maja była kilka razy na takich nocowankach u dziewczyn ze swojej klasy. Wracała w niedzielę w południe, zielona z niewyspania, objedzona fast foodem – i bardzo zadowolona.

Teoretycznie mogliby więc wyjechać do spa. Na całym zachodnim wybrzeżu było mnóstwo wspaniałych hoteli z basenami. Wzięliby rowery, siedzieliby w jacuzzi… No dobrze, Nikodem nie lubił jacuzzi, sauny i siłowni z widokiem na plażę. Za jazdą na rowerze też nie przepadał. Mogliby więc wyskoczyć w odwiedziny do jego brata. Właściwie już dawno powinni to zrobić. Brat zbudował z żoną mały domek nad jeziorem, był z niego bardzo dumny i zapraszał ich na weekend już chyba ze sto razy.

Rozmawiała o tym z Nikodemem. Obiecywał, że kiedyś na pewno się wybiorą, wezmą Majkę, popływają łódką... Ciągle jednak coś stało mu na przeszkodzie.

Ostatnio przestała już nawet prosić, żeby wybrał termin. Jego brat też jakoś rzadziej dzwonił z tą propozycją. Może poczuł się urażony ciągłymi odmowami?

Podniosła wzrok, przypominając sobie o Waldku i jego prawie nieletniej ciężarnej narzeczonej. I o nieszczęsnej miłośniczce czarów, która zapytała o jej męża.

„Czy to możliwe, że tak po prostu wyłączyłam się z rozmowy i zaczęłam rozmyślać o swoim małżeństwie?” – pomyślała spłoszona.

Najwyraźniej to uczyniła, i to dość skutecznie. Platynowa blondyna, nie doczekawszy się odpowiedzi, pożeglowała szerokimi schodami w górę, tam, gdzie przed chwilą zniknął Waldek z ukochaną.

Kinga poczuła, że zobaczyła już wszystko, co chciała. A nawet trochę więcej. Nagle przestało ją interesować spotkanie z Aśką – gwiazdą filmową trzeciej kategorii. I to, że Becia będzie bardzo rozczarowana, kiedy usłyszy, że Kinga nie sprawdziła, czy czoło Aśki jest nieruchome od botoksu i czy dawna koleżanka ma naprawdę nadmuchane usta i podciągnięte policzki, tak jak donosiły gazety…

– Trudno, moja droga – szepnęła Kinga w ciemność za szybą. – Ja też jestem rozczarowana tym, że nie przyjechałaś i zostawiłaś mnie tu samą. Obejrzymy Aśkę razem, przy innej okazji. Teraz muszę spadać.

– Kinga…

Obok niej zmaterializował się Maksio. Drgnęła, słysząc jego głos.

– Oj, sorki, nie wiedziałem, że z kimś rozmawiasz... – Patrzył na nią zdumiony. – Rozmawiasz, tak? Gdzie masz słuchawkę? – Nagle podniósł jej kosmyk włosów, żeby zobaczyć ucho, i zaraz opuścił rękę. – Przepraszam, naprawdę…

Roześmiała się, widząc, jak bardzo się speszył.

– Gadałam do Beci… Nie przez Bluetooth, tylko tak po prostu… w przestrzeń – wyjaśniła, a on najwyraźniej przestał już cokolwiek rozumieć.

– Do Beci? W przestrzeń? – powtórzył.

Pokiwała głową.

– Wystawiła mnie… więc spadam. Znudziła mi się ta impreza, wiesz?

– Jeszcze się nie zaczęła – powiedział bez przekonania.

Wzruszyła ramionami.

– Okazało się, że wcale nie jestem ciekawa tych ludzi, nie chce mi się z nimi gadać. A przecież nie będę tu siedzieć wbrew sobie. Życie jest na to za krótkie.

Uśmiechnął się bez słowa. Nie wiedziała, czy to oznacza, że podziela jej zdanie, czy raczej, że ma ją za ekscentryczną wariatkę.

– No to cześć, Maksiu. Miło było cię spotkać.

Podała mu rękę, a potem, bez zastanowienia, cmoknęła go w policzek. Gładziutki, bez najmniejszego pryszcza.

„Dziwne, że nie zostały mu blizny po tym koszmarnym trądziku” – pomyślała.

I szybko cmoknęła go z drugiej strony. Z uśmiechem, nieco przesadnym, bo zza pleców Maksia wyłonił się właśnie Waldek, wciąż przyspawany do swojej ciężarnej ukochanej. Schodzili ze schodów jak para królewska. Nie zdziwiłaby się, gdyby nagle rozległy się brawa wiwatującego na ich cześć tłumu.

Zdecydowanie powinna stąd wyjść, i to jak najszybciej.

– No to cześć – mruknęła do Maksia jeszcze raz.

Nie zareagował. Ciągle nie puszczał jej dłoni, patrzył intensywnie gdzieś między jej ucho a klamkę okna.

– Coś się stało? – Odruchowo odwróciła się, żeby sprawdzić, co tam zobaczył.

– Odprowadzę cię na dworzec – powiedział nagle z dziwną determinacją.

 

* * *

 

Regulamin więzienny wciąż ma przede mną mnóstwo tajemnic. Ot, choćby środki higieniczne, na przykład podpaski. Okazuje się, że nie ma żadnego magazynu, z którego pobiera się je wtedy, kiedy trzeba – i tyle, ile trzeba. Żeby dostać podpaski, trzeba postarać się o talon.

Talon wydaje wychowawca.

A na oddziale damskim zazwyczaj wychowawczyni.

Jeśli ktoś jej podpadnie, talonu może nie dać. Albo powiedzieć, że da jutro czy pojutrze.

A kiedy już da… to, jak się okazuje, jest dopiero początek.

Talon trzeba przekazać rodzinie w czasie widzenia albo wysłać pocztą.

I czekać, aż rodzina zrobi paczkę.

Może ją nadać na poczcie albo po prostu osobiście przynieść do więzienia.

Nie, nie na widzenie, ależ skąd. Paczki zostawia się w specjalnym okienku. Tam są prześwietlane, otwierane, kontrolowane. Sprawdza się, czy ich zawartość zgadza się z tym, co zapisano na talonie. Jeżeli talon obejmuje ubrania, podpasek do paczki włożyć nie wolno. Jeśli na talonie jest pięć par majtek i dwa biustonosze, nie można włożyć trzech biustonoszy i trzech par majtek. Talon rzecz święta.

A paczka z okienka trafia do magazynu.

Może w nim spędzić kilka godzin albo kilka tygodni. Wszystko zależy od tego, czy strażnicy cię lubią, czy wprost przeciwnie.

Jeśli wprost przeciwnie, to masz przesrane.

Zwłaszcza jeżeli w paczce, która przypadkiem gdzieś się zawieruszyła między półkami, znajdują się twoje podpaski.

Tylko kobiety po menopauzie i, oczywiście, mężczyźni są wolni od tego stresu.

 

* * *

 

– Cześć, Maksiu! – Pomachała mu jeszcze raz, zatrzaskując przybrudzone drzwi skody.

Wyglądał na rozczarowanego, kiedy powiedziała, że nie musi jej nigdzie odprowadzać, bo zamówiła taksówkę.

Wtedy jeszcze tak naprawdę wcale jej nie zamówiła. Zrobiła to chwilę później, oparta o lustro w toalecie. Uciekła tam, żeby nie rozmawiać już z Waldkiem. Ani, tym bardziej, z Maksem. Nie mogła znieść myśli o spacerze przez ciemne miasto w jego towarzystwie i o kurtuazyjnej rozmowie o dawnych znajomych.

Musiała zostać sama, już, teraz, natychmiast.

Atakujące z każdej strony wspomnienia z liceum, spotkanie z Waldkiem i rudowłosą dziewczyną z brzuszkiem, wpatrzoną w niego jak w obraz, słowa Magdy (nie Gośki, prawda?), widok profesor Dębskiej, wciąż stojącej mocno na własnych nogach – to wszystko wyprowadziło ją z równowagi znacznie bardziej, niż przypuszczała.

– Becia, dlaczego mnie rzuciłaś w tę paszczę lwa? – jęknęła, podnosząc komórkę bliżej twarzy i klikając w ikonkę „Zamów taxi teraz”.

Dziesięć minut później siedziała już w samochodzie, bezpieczna, oddzielona zaparowaną szybą od tego wszystkiego, od czego chciała uciec.

Tylko dlaczego ten Maks wciąż tam stał i patrzył w jej kierunku?

Musiało mu być cholernie zimno w samej marynarce. Z nieba zaczynał właśnie sypać delikatny śnieg, a on chyba w ogóle tego nie zauważył. Oparł dłoń o szybę taksówki, zupełnie jakby byli kochankami, rozstającymi się po wyjątkowo udanej randce, i wbijał wzrok w Kingę.

Zamiast powiedzieć „Spadaj”, podniosła otwartą dłoń do ust i posłała mu całusa.

Uśmiechnęła się do siebie. Niewinny żarcik. Mogła sobie na to pozwolić, w końcu nigdy już go nie zobaczy. Albo zobaczy… na trzydziestoleciu studniówki. O ile da się namówić Beatce na udział w tym żałosnym wydarzeniu.

– Dokąd jedziemy? – zapytał taksówkarz.

– Na dworzec – powiedziała. – Ale najpierw do hotelu Słoneczne Wzgórze, dosłownie na momencik.

Nie mogła przecież wracać do domu w tej wydekoltowanej sukience, za to bez walizki, którą zostawiła w pokoju z widokiem na las kilka godzin temu.

– Poczeka pan na mnie?

Chciała po prostu szybko się spakować, zapłacić rachunek i złapać ostatni pociąg do domu.

Ale właściwie… po co? Czy naprawdę musi tłuc się nocnym osobowym w towarzystwie podpitych żołnierzy? Mogła sobie bez trudu wyobrazić awarię ogrzewania i sprośne piosenki wyśpiewywane przez wracających do jednostki szeregowców. Po co miałaby tak się poświęcać? Nikodem i Majka nawet nie zauważą, że wróciła pół dnia wcześniej, niż zapowiadała. Może nawet popsuje im jakieś plany? Pewnie wybierają się w niedzielę rano na łyżwy albo do kina...

Gdy tylko dowiedziały się z Beatką o tej imprezie, zarezerwowały pokój w Słonecznym Wzgórzu, kawałek za miastem. Żadna z nich nie miała już rodziny w okolicy liceum, a nocleg w nieremontowanym od ich matury Pensjonacie Centralnym przy rynku, razem z resztą klasy, zupełnie ich nie nęcił. Zamierzały spokojnie poplotkować, wypić wino, iść do sauny i na basen, a rano zjeść leniwe śniadanie. Hotelik pod lasem dostał nawet jakąś nagrodę za bufet śniadaniowy, złożony z samych lokalnych produktów...

Zmieniła zdanie.

– Niech pan na mnie nie czeka, nie jadę jeszcze na dworzec – powiedziała, wręczając taksówkarzowi dwudziestozłotówkę.

 

* * *

 

Dwie godziny później padła na wielkie łóżko, owinięta mięciutkim, białym hotelowym szlafrokiem, za dużym o dwa rozmiary. Sięgnęła po komórkę, żeby zrobić selfie i wysłać Beatce. O tak, i jeszcze jedno, z szerszym uśmiechem. Niech żałuje, że jej tu nie ma.

Miałam basen tylko dla siebie. Saunę też. Żyć nie umierać! – napisała.

Zwiałaś z imprezy? – odpisała Becia natychmiast.

Bez Ciebie impreza nie miała sensu :) – odklikała.

Żadnych ploteczek? – dopytywała przyjaciółka, najwyraźniej znudzona leżeniem w domu ze swędzącą wysypką.

Kinga postanowiła wykazać odrobinę współczucia.

Zamówię coś do jedzenia, a potem zadzwonię i wszystko Ci opowiem – napisała szybko i sięgnęła po leżące na biureczku menu.

– Niestety, room service dziś już nie dostarcza zamówionych dań do pokoi – odpowiedział zakatarzony głos w słuchawce, zanim zdążyła zapytać, co kryje się pod enigmatycznymi nazwami: sałatka szefa, lepniaki i pieczeń po żydowsku.

– Żadnych dań? – zapytała, chyba niezbyt inteligentnie.

– Żadnych. – Dziewczyna w słuchawce pociągnęła nosem. – Mamy trzech pracowników na zwolnieniu z powodu grypy i studniówkę na sto dwadzieścia osób w należącym do naszego hotelu pawilonie za lasem. Wszyscy kelnerzy tam dziś pracują.

Studniówkę, no jasne. Przez dwadzieścia lat zmieniło się wiele rzeczy, ale terminy studniówek pozostały wciąż takie same. I właśnie zaczął się na nie sezon. Beatka, bardziej zaangażowana w rocznicowe przygotowania, wspominała nawet coś o trudnościach z rezerwacją sali.

– Dwadzieścia lat temu tańczyliśmy poloneza na sali gimnastycznej, w sukienkach szytych przez mamę lub ciocię – westchnęła Kinga. – A teraz rozwydrzone osiemnastolatki bawią się w hotelach, ubrane jak na wesele. A ja przez to nie mogę zjeść kolacji!

– Zapraszamy jutro – mruknęła dziewczyna w słuchawce, najwyraźniej chcąc się rozłączyć.

„Hotelowi powinno się zabrać jedną gwiazdkę za takie podejście” – pomyślała Kinga, zirytowana. Głośno zapytała jednak tylko:

– Kucharza też dziś nie macie?

– Ależ mamy – roześmiała się zakatarzona. – Można zjeść wszystko, co mamy w menu. Tylko trzeba zejść na dół.

Niech to szlag! Kinga po wyjściu z sauny i basenu zamierzała przesiedzieć resztę wieczoru w szlafroku, popijając zamówione przez telefon wino, rozmawiając z Beatką i oglądając w wiszącym nad biurkiem telewizorze jakąś komedię, najchętniej niezupełnie romantyczną. Głód nie pozostawił jej jednak wyboru. Zamiast sukienki z dekoltem, którą miała powalić Waldka na łopatki, wciągnęła dżinsy i turkusowy golf, w których rano jechała pociągiem. Przeczesała szybko szczotką wilgotne włosy i wyszła, posyłając tęskne spojrzenie frottowemu szlafrokowi, rzuconemu niedbale na łóżko.

– Wrócę do ciebie najszybciej, jak się da – obiecała, trzaskając drzwiami.

W hotelowej restauracji było niemal pusto i stanowczo za zimno dla jej rozgrzanego sauną ciała i niedosuszonych włosów. Usiadła przy samym grzejniku. Przywarła do niego bokiem. Niewiele to jednak pomogło.

Może trochę zbyt pochopnie zrezygnowała z tej klasowej imprezy? W Centralnym było przynajmniej ciepło… No i zapłaciła przecież za catering, podobno całkiem przyzwoity.

Niestety, nie była w stanie zmusić się do przebywania w tym samym pomieszczeniu co profesor Dębska. I Waldek z ukochaną. Nie przypuszczała, że widok jego uśmiechniętej twarzy tak ją zszokuje. I ta dziewczyna… Nie jest chyba wiele starsza niż oni wtedy, kiedy się rozstali? Najwyraźniej nie zmieniał zainteresowań – wciąż tak samo podobały mu się osiemnastolatki…

– Czy mogę przyjąć zamówienie? – Kelner chrząknął znacząco. Czyżby stał koło niej, czekając, już od dłuższej chwili?

Zebrała się w sobie, przebiegła wzrokiem menu i zamówiła półmisek pierogów regionalnych oraz szklankę barszczu – kelner obiecał, że będą gotowe za siedem minut. Po namyśle dorzuciła do zamówienia jeszcze butelkę wina na wynos.

– Proszę je od razu otworzyć, w pokoju chyba nie ma korkociągu – zawołała do pleców kelnera, a potem szybko wystukała na komórce:

Miałaś przywieźć wino! Przez Ciebie sama będę piła w łóżku kalifornijskiego sikacza za siedem dych!

Beatka znowu odpisała błyskawicznie. Kinga nie zdążyła jednak przeczytać jej obietnicy (Jak tylko wyzdrowieję, będę cię poić przez cały weekend najlepszym shirazem z Nowej Zelandii), bo nagle smukła męska dłoń oparła się o krzesło po drugiej stronie stolika.

Znała tę dłoń!

– Maks? – Patrzyła na niego z niedowierzaniem. – Co ty tutaj robisz?

– Uciekł ci pociąg? – odpowiedział pytaniem na pytanie.

Roześmiali się obydwoje, nieco zakłopotani.

– Mogę się przysiąść? – zapytał po chwili milczenia.

Pokiwała głową, przeklinając w myślach swój pomysł, żeby włożyć nieświeży golf, w którym podróżowała przez pół Polski. Bo taki miękki, wygodny… a ona i tak nikogo już dzisiaj nie miała spotkać.

Zaraz jednak przywołała się do porządku. To przecież tylko Maksio. Pryszczaty kujon z pierwszej ławki pod oknem. Nie musi mu się podobać. Właściwie to nawet nie powinna…

No ale śmierdzieć mu pod nosem też chyba nie? Zdecydowanie zrobiła błąd, wkładając ten golf!

– Nie pojechałaś do domu? – zapytał znad otwartego menu, ignorując zniecierpliwionego kelnera, który czekał ze swoim notesem, by przyjąć zamówienie.

– Nie mieszkasz w Centralnym, ze wszystkimi? – Tym razem to ona odpowiedziała pytaniem na pytanie.

– Coś nam nie wychodzi ta rozmowa. – Maks uśmiechnął się lekko, pochylając się w jej stronę. – Może wyszliśmy z wprawy?

– Z jakiej wprawy? – Zmarszczyła brwi. – O ile dobrze pamiętam, przez te cztery lata nigdy zbyt wiele ze sobą nie rozmawialiśmy…

Zaczerwienił się, jakby powiedziała coś obraźliwego. Szybko jednak zebrał się w sobie i odpowiedział lekko:

– Pora nadrobić zaległości. Opowiedz mi, co porabiasz w życiu, ile masz dzieci, psów i tytułów naukowych. Chyba że wolisz jednak wrócić na imprezę w Centralnym?

 

 

 

 

 

 

Rozdział 2

 

 

 

Dwadzieścia cztery lata

 

 

 

 

Kelner po raz kolejny wymownie spojrzał na zegarek.

– Chyba chce zamykać – powiedziała Kinga, prostując się na krześle i pociągając z kieliszka ostatni łyk wina.

Nie doniosła na górę butelki, którą zamówiła na wynos. Wypili ją razem w pustej restauracji. Tę i ponad połowę kolejnej. Kalifornijski sikacz okazał się, wbrew jej obawom, całkiem przyzwoity. A Maks, ku jej gigantycznemu zaskoczeniu, był fantastycznym rozmówcą. Zabawnym, uważnie słuchającym, nienarzucającym swojego zdania… Gdyby nie te pryszcze, w liceum pewnie byłby duszą towarzystwa. Z takim dowcipem i erudycją! I z tymi błękitnymi oczami, którymi wpatrywał się w rozmówcę, chłonąc każde słowo, które padało z jego ust.

– Poszukamy jakiegoś baru? – zapytał, prosząc gestem o rachunek.

Kelner podbiegł w podskokach. Najwyraźniej czekał na tę chwilę już od dłuższego czasu.

– Muszę wziąć portfel – szepnął Maks przepraszająco.

Kinga nie zrozumiała, co ma na myśli.

– Portfel… z kieszeni…

– A, jasne. – Zsunęła z ramion jego marynarkę, którą otulił ją szarmancko jeszcze przy pierogach, gdy tylko zauważył, że marznie.

– Zapłaćmy po połowie, bardzo cię proszę – zaproponowała natychmiast.

Maks nie zwrócił na to uwagi i szybkim ruchem zbliżył kartę do trzymanego przez kelnera terminala, który zasłaniał ramieniem tak, żeby nie mogła odczytać kwoty.

– Maks, tak nie można – jęknęła. – Nie ma żadnego powodu…

– Ty jesteś powodem. – Uśmiechnął się, pochylając się do niej bardziej, niż wymagała tego sytuacja. – Weźmiesz płaszcz i poszukamy jakiegoś baru?

Kelner najwyraźniej usłyszał jego ostatnie słowa.

– Na Słowackiego – mruknął, odchodząc z terminalem w stronę kuchni. Po drodze ostentacyjnie wyłączył rząd kinkietów na ścianie z oknami.

– Słowackiego? To druga strona miasta. – Kinga wcale nie miała ochoty na taką wyprawę. Nie chciała wychodzić na mróz. Wino przyjemnie szumiało jej w głowie. Komórka na stoliku co chwilę wibrowała kolejnymi wiadomościami od zniecierpliwionej Beatki.

– Odpiszę, przepraszam. – Sięgnęła po telefon.

– Mąż? – zapytał Maks, patrząc na nią z napięciem.

Nie odpowiedziała. Nie miała przecież obowiązku niczego mu tłumaczyć. Fakt, że świetnie się z nim rozmawiało i że zapłacił za kolację, niezbyt zresztą wyszukaną, nie uprawniał go do żadnych pytań. Zaraz się pożegnają i nie zobaczą już nigdy więcej.

Nie będzie szła do żadnego baru.

– Nie chcę nigdzie wychodzić – powiedziała, chowając komórkę do kieszeni.

– Ja też nie – zgodził się natychmiast Maks.

To nie zabrzmiało jak pożegnanie. Raczej jak obietnica. Albo prośba.

W powietrzu nagle zawisło jakieś napięcie. Kinga poczuła, że drży. Tym razem chyba nie z zimna.

– Weźmiemy butelkę na górę? – zapytał.

„Nie rób tego!” – pomyślała.

I zaraz upomniała samą siebie: to po prostu kolega z liceum, spotkany po tylu latach. Świetnie im się rozmawiało, złapali jakiś nieoczekiwany kontakt. No ale kelner chce zamykać i wreszcie iść spać. Dlaczego więc nie mieliby usiąść w pokoju, u niego lub u niej, i pogadać jeszcze przez chwilę? Wspominanie wagarów z okazji pierwszego dnia wiosny i legendarnego meczu przeciw chłopakom z technikum po drugiej stronie torów nie jest chyba karalne?

Maks nie czekał na jej odpowiedź. Po prostu zabrał ze stołu niedopite wino, dokupił jeszcze jedną butelkę u kelnera, ustawiającego na stolikach filiżanki i talerze, by były gotowe na śniadanie, a potem ruszył w stronę przeszklonych drzwi.

Dopiero kiedy czekali na windę, powiedział cicho, jakby usprawiedliwiając wcześniejszą propozycję:

– Nie miałem na myśli nic złego… Przepraszam, jeśli zabrzmiało to dwuznacznie.

– Nie, no co ty. Nie pomyślałam przecież o niczym takim – roześmiała się nerwowo.

Obydwoje wiedzieli, że kłamią. Wszystko, co powiedzieli, brzmiało dwuznacznie. I każde z nich miało przez moment na myśli rzeczy, których nie powiedziałoby na głos.

– A więc: wypijemy to wino razem? – zapytał, stając w otwartych drzwiach windy i patrząc jej w oczy. – Opowiem ci, co usłyszałem o Miśku przy szatni tam, w Centralnym.

Znowu przeszył ją dreszcz. I pokiwała głową, choć doskonale wiedziała, że nie będą rozmawiali o żadnym Miśku.

Wszystko nagle zaczęło zmierzać w jednym kierunku. Powinna to przerwać, i to jak najszybciej.

Powinna zaproponować, żeby usiedli na kanapie w hotelowym korytarzu. Lub naprawdę zabrać z pokoju płaszcz i szalik i po prostu pojechać z Maksem do tego baru na Słowackiego na kolejną butelkę wina.

A przede wszystkim stanowczo powinna pomyśleć o Nikodemie.

Nie pomyślała. Zastanawiała się tylko, jak to będzie, kiedy wejdą do pokoju, Maks odstawi butelki na stół i weźmie ją w ramiona.

 

* * *

 

W hotelowej windzie jej myśli pędziły z prędkością światła.

Dlaczego zostawiła w pokoju taki bałagan? Szlafrok rzucony na łóżko, sukienka leżąca byle jak na krześle, stanik… cholera jasna, gdzie może być ten potwornie niewygodny, sztywny jak zbroja stanik, dzięki któremu jej piersi miały się unieść i stworzyć apetyczną szparkę w dekolcie sukienki? Po saunie i basenie nawet nie pomyślała, żeby go znowu włożyć. Bezkształtny golf równie dobrze leżał na rozciągniętej koszulce, jak na pancernym push-upie, dobranym starannie przez brafitterkę.

Może powinna poprosić Maksa, żeby przyszedł za dziesięć minut? Mogłaby szybko posprzątać, umyć zęby, zmienić majtki i wbić się znowu w ten upiorny biustonosz…

Tak, zdecydowanie musi to zaproponować!

Znowu próbowała przekonać samą siebie, że nie ma na myśli niczego zdrożnego: „Nie chcę przyjmować go w bałaganie. To zupełnie normalne. Kto wie, może jutro spotka się z Miśkiem, Łukaszem albo nawet z Waldkiem i opowie im, że jestem fleją, która zostawia na wierzchu brudne majtki? Nie mogę na to pozwolić. Powiem mu, żeby poczekał chwilę na korytarzu. Albo żeby przyniósł coś ze swojego pokoju… Tylko co by to mogło być?”.

Spojrzała na niego, szukając odpowiednich słów.

Najwyraźniej błędnie zrozumiał jej minę. Odsunął się o krok, odwrócił wzrok i zaczął z napięciem wpatrywać się w guziki z numerami pięter.

„Nie zabieraj go do pokoju – powtarzała sobie w myślach. – Nie jesteś jedną z tych desperatek, rzucających się w ramiona byle kogo, kiedy tylko wyrwą się na jedną noc z domu. Nie możesz tego zrobić. Nie możesz”.

Ale… właściwie dlaczego?

Na zjazdach klasowych, dziesięć, dwadzieścia czy trzydzieści lat po maturze, zawsze dzieją się takie rzeczy, prawda?

Byłaby hipokrytką, udając, że w ogóle nie brała pod uwagę takiego rozwoju sytuacji. Niby dlaczego kupiła tę bieliznę?

Tyle tylko, że to miał być Waldek. Miała go zachwycić, całować się z nim gdzieś w ciemnym korytarzu, a potem zostawić go rozpalonego i rozczarowanego jej nagłym zniknięciem. Chciała, żeby cierpiał… i żeby jej pożądał.

Waldek miał jednak na głowie zupełnie inne sprawy.

A ona… teraz już też.

Oparła się o ścianę windy, zastanawiając się, czy naprawdę jest gotowa to zrobić. To – czyli co? Skok w bok, bez znaczenia? Taki, po którym wraca się do domu, do swojej codzienności, i żyje się dalej, jakby nic się nie stało?

Czy będzie tak umiała?

Wino przyjemnie szumiało jej w głowie, nie pomagało jednak zebrać myśli i zastanowić się, jak zamierza spędzić tę noc. Próbowała przywołać się do porządku, poczuć wyrzuty sumienia, wyobrazić sobie twarz Nikodema, patrzącego na nią z rozczarowaniem. Nie potrafiła. Na pewno przez to wino.

„Takie decyzje powinno się podejmować na trzeźwo” – przypomniała sobie słowa Beatki. Oglądały wtedy jakiś film o dziewczynie, która wypiła o kilka drinków za dużo i wdała się w romans, zakończony katastrofą.

Nie chciała iść jej śladem.

Ale przede wszystkim nie chciała wracać sama do pokoju. Jeszcze nie teraz.

Maks zrobił krok w jej kierunku.

Jedna z butelek, które trzymał w dłoni, stuknęła lekko o lustro.

Winda zatrzymała się gwałtownie.

Odsunęli się od siebie speszeni i wyszli na korytarz.

„Teraz albo nigdy” – pomyślała, wyciągając z kieszeni klucz do pokoju numer czterysta sześć.

 

* * *

 

Jasnowłosa policjantka wyraźnie nie wierzyła w ani jedno moje słowo.

Byłam pewna, że dokładnie wie, co się tutaj stało. Że zaraz powie to głośno.

Skuje mnie kajdankami i wyprowadzi do radiowozu.

Przez chwilę mierzyłyśmy się wzrokiem. Przegrałam. Pierwsza odwróciłam spojrzenie.

– Zaraz przyjedzie prokurator– powiedziała cicho. - Niech pani z nim lepiej nie rozmawia bez adwokata.

 

* * *

 

Kinga obracała w palcach klucz i oddychała powoli, zdziwiona tym, co czuje.

Jak to możliwe, że nie miała żadnych wyrzutów sumienia? Żadnych wątpliwości? Po prostu chciała tej nocy na chwilę zapomnieć o wszystkim, co zostało w domu. I o młodej piękności z brzuszkiem u boku Waldka, i o jego zdegustowanym spojrzeniu prześlizgującym się po jej twarzy… I wreszcie o słowach Magdy, które dotknęły ją mocniej, niż przypuszczała.

Nie chciała myśleć. Chciała otworzyć te drzwi, wejść z nim do pokoju… Teraz, natychmiast, zanim ogarnie ją strach i postanowi się wycofać.

Wejść i przekonać się, dokąd ich to zaprowadzi.

Może czasami warto przeżyć taką noc, tylko po to, żeby mieć co wspominać do końca życia? Jedną noc, bez ciągu dalszego?

Nigdy nie zdradziła Nikodema. Prawdę mówiąc, nigdy, nawet przez moment, nie czuła pokusy, żeby to zrobić. Nie dlatego, że była taka szczęśliwa, spełniona i zaspokojona pod każdym względem. Nikodem miał wiele wad, słowa „czułość” i „namiętność” dawno wyparowały z jego słownika, a Beatka już kilka razy namawiała ją na zakup wibratora. Kto wie, może gdyby to zrobiła, nie przyszłoby jej do głowy zaproszenie Maksa do swojego pokoju? Może dała się wciągnąć w ten niebezpieczny flirt właśnie dlatego, że całymi latami żyła prawie jak mniszka u boku męża zainteresowanego bardziej wiadomościami z sejmu niż nią?

Wibratory jednak nie miały takich błękitnych oczu i nie patrzyły na nią z taką uwagą i napięciem.

Może to tylko nadmiar wina, a może naprawdę powietrze wokół nich nagle zgęstniało i stało się lepkie?

Wzięła głęboki oddech i szybko przekręciła klucz w drzwiach z numerem czterysta sześć.

Cholerny push-up wisiał na klamce niedomkniętych drzwi do łazienki.

Maks chyba tego nie zauważył. Odstawił wino na biurko i wbił wzrok w Kingę.

– Jesteś pewna, że nie będę ci przeszkadzał? – zapytał. – Nie chcesz się już położyć?

Pokręciła głową, myśląc: „Chcę się położyć, ale z tobą, kretynie!”.

Była pewna, że Maks rzuci się na nią, gdy tylko wejdą do pokoju.

„Zrób to! Już!” – krzyczała każda komórka jej ciała.

Ale on nie dotykał jej, nie całował. Nie próbował też rozebrać – ani siebie, ani jej. Po prostu stał i patrzył jej w oczy z tym dziwnym półuśmiechem na ustach.

– Mogę usiąść? – zapytał w końcu.

Rozczarowanie uderzyło ją z taką siłą, że na moment przestała oddychać. Miała nadzieję, że tego nie zauważył. Zamrugała szybko powiekami, usiłując powstrzymać łzy. Jeszcze tylko tego brakowało, żeby się tu rozryczała ze smutku, że pryszczaty… no, ekspryszczaty… nie chce jej przelecieć! Najpierw Waldek, który patrzył na nią jak na trędowatą, obnosząc się po sali ze swoim rudowłosym trofeum, a teraz on? Czy naprawdę już nikt na jej widok nie straci głowy i nie zechce po prostu spędzić z nią nocy?

Poczuła beznadziejny smutek. Była brzydka, niewidzialna, a może po prostu stara? Ale dlaczego tak szybko, jeszcze przed czterdziestką?

Przygryzła wargę, żeby się nie rozpłakać, i zrzuciła na podłogę wilgotny ręcznik. Maks usiadł, wyjął z kieszeni garnituru szwajcarski scyzoryk z tuzinem ostrzy i w skupieniu zaczął otwierać nową butelkę wina przyniesioną z restauracji.

– Mamy jeszcze to, niedopite – przypomniała, stukając palcem w niemal pustą butelkę, którą zabrali z dołu. A potem podsunęła mu dwa plastikowe kubeczki, które podarował im w drzwiach przezorny kelner.

Maks nalał po równo, odstawił butelkę i szybko otworzył drugą. A potem uśmiechnął się do niej szeroko.

– Opowiadaj, co robisz, jak potoczyło się twoje życie… Jestem taki ciekawy wszystkiego na twój temat.

 

* * *

 

– Przepraszam, że tak się wprosiłem na to wino… i zasiedziałem, wręcz skandalicznie. – Rzucił spojrzenie w stronę okna, za którym właśnie podnosił się świt.

– To była jedna z najlepszych nocy w moim życiu – odparła Kinga, zanim zdążyła się zastanowić, czy to nie zabrzmi dwuznacznie.

Zresztą miała w nosie, jak to zabrzmi.

Mówiła prawdę.

Przestawienie się z trybu „szalona przygoda na jedną noc” z powrotem na tryb „kumpelska rozmowa bez podtekstów” zajęło jej tylko chwilę. Rozczarowanie, że nie zasypał jej od razu w progu namiętnymi pocałunkami, zniknęło. Dała się wciągnąć w wir rozmowy, zaskakującej nawet dla niej samej. Nigdy nie rozmawiała w taki sposób z mężczyzną. Właściwie chyba nigdy z nikim, może poza Beatką, nie przegadała całej nocy tak po prostu, o życiu. Bez żadnych podtekstów. O muzyce, filmach, o licealnych marzeniach, o tym, ile z nich zostało, i o związkach, które nie wyglądają tak dobrze, jak się zapowiadały kiedyś, kilkanaście lat temu.

Nawet Becia nie słuchała jej tak uważnie, wręcz zachłannie, jak Maks. Nieważne, czy mówiła o koncercie Stonesów, na który pojechała do Londynu z maleńką Majką, czy o noclegu w hotelu dla kibiców, w którym wylądowała w czasie bardzo ważnego wyjazdu służbowego, bo ktoś pomylił jej rezerwację, czy też o swoim małżeństwie. Właściwie mówiła głównie o swoim małżeństwie. Diabli wiedzą dlaczego. Po raz pierwszy otworzyła się tak bardzo przed kimś poza Becią i wyszła poza wyświechtane formułki: „Wspieramy się wzajemnie”, „Wiadomo, że w małżeństwie z takim długim stażem są wzloty i upadki, ale nie mam wątpliwości, że gramy z Nikodemem do tej samej bramki”. Miewała wątpliwości… i odważyła się powiedzieć o tym głośno. A Maks nie zbagatelizował jej problemów, nie wyśmiał, nie zmienił tematu. Naprawdę czuła, że jej słucha i stara się zrozumieć.

– Fajnie się z tobą gadało, stary. – Chciała, żeby zabrzmiało to licealnie, po kumpelsku… Chociaż chyba w czasach licealnych nigdy do nikogo nie powiedziała „stary”.

Uśmiechnął się, najwyraźniej czytając jej w myślach.

– Z tobą też… młoda. – Patrzył na nią tak intensywnie, jakby chciał ją prześwietlić.

Zaczerwieniła się pod tym spojrzeniem.

Wtedy on nagle spoważniał i odsunął się o krok. A kiedy odezwał się znowu, jego głos brzmiał zupełnie inaczej. Od razu zrozumiała, że powie coś ważnego. Coś, co zmieni nieodwracalnie wszystko między nimi.

Na pewno jednak nie spodziewała się, że usłyszy:

– Czekałem na ten moment od dwudziestu czterech lat, wiesz? Od chwili, kiedy cię zobaczyłem po raz pierwszy w tej głupiej spódniczce z falbanami, z wielkim strupem na lewym kolanie…

– Z jakim stru… – Nagle przypomniała sobie tamte wakacje między podstawówką a liceum. Jeździły z Beatą na rowerach jak wariatki, po lesie, nad rzeką… Wracały do domu, kiedy się ściemniało. Zawsze główną drogą. Jedyną, przy której stały latarnie. Któregoś dnia nagle zza zakrętu wyjechał TIR. Zabiłby ją, gdyby nie zjechała do rowu.

– Pamiętasz, że miałam odrapane kolano? – Pokręciła głową z niedowierzaniem.

– Trójkątny strupek. I drugi, mniejszy, przypominający kształtem kroplę wody. Pamiętam wszystko. Grzywkę, która wchodziła ci do oczu, i czerwoną kredkę, którą notowałaś plan lekcji. Wszyscy mieli długopisy, a ty jedna kredkę, nie wiadomo dlaczego.

Nie pamiętała tej kredki. Nie pamiętała Maksa. W ogóle prawie nic nie pamiętała z rozpoczęcia roku w pierwszej klasie liceum.

– Jakim cudem… – zaczęła. – Jesteś cyborgiem? Masz fotograficzną pamięć?

Wzruszył ramionami.

– Wybiórczo fotograficzną, tak bym ją określił. Pamiętam wszystko na twój temat. I niewiele więcej. Byłem w tobie zakochany przez całe liceum. Nie zorientowałaś się, naprawdę? Ani przez moment niczego nie podejrzewałaś?

Pokręciła bezradnie głową.

– Dlaczego nigdy mi nie powiedziałeś? Nie próbowałeś ze mną porozmawiać, umówić się albo…

Nie musiał odpowiadać. Był wtedy bez szans. U niej i u każdej innej dziewczyny. Trądzik, zamieniający jego twarz w chropowaty, księżycowy krajobraz pełen kraterów, z których w każdej chwili mogła trysnąć ropa, skutecznie zniechęcał nawet największe desperatki, gotowe iść na randkę z każdym frajerem. Maksio był kimś gorszym niż frajer. Był Pryszczatym. Najbardziej odrażającą istotą na Ziemi. Nawet przepoczwarzający się Obcy – ósmy pasażer Nostromo – i Seth zmutowany z owadem w filmie Mucha przegrywali wtedy z Maksiem i jego twarzą, pokrytą ropnymi kraterami.

Teraz kraterów nie było. A jego niebieskie oczy wpatrywały się w Kingę z wielkim napięciem.

 

* * *

 

Jest tylko jedna sytuacja gorsza od tej, w którą można się wpakować, podpadając w więzieniu wychowawcy albo strażnikowi. Ta sytuacja to brak odwiedzających. Brak kogokolwiek, komu można byłoby wysłać talon na majtki, podpaski, książki i nowy grzebień. Brak kogokolwiek, kto wpłaciłby na konto więźnia kilkadziesiąt złotych na zakupy w kantynie, czyli więziennym sklepiku.

Nawet najwięksi twardziele czekają na odwiedziny z zewnątrz jak na zbawienie.

I choćby mówili, że mają to w dupie, to kiedy przypada dzień odwiedzin, siedzą napięci jak struna w nadziei, że strażnik odczyta ich nazwisko i zabierze ich do sali nazywanej eufemistycznie kawiarenką.

I tak naprawdę nie chodzi ani o nowe majtki, ani o książki czy długopisy, ani o wiadomości o tym, co wydarzyło się w Polsce i na świecie od ostatniego widzenia.

Chodzi o tę wątłą nić, o poczucie, że wciąż jest się częścią tego świata na zewnątrz, że kiedyś się do niego wróci i zajmie znowu swoje miejsce, jak gdyby nigdy nic. Nawet jeżeli ma się wyrok piętnastu czy dwudziestu pięciu lat.

Chodzi o przynależność do czegoś poza więziennymi murami.

Z każdym tygodniem rozumiałam to coraz lepiej.

 

* * *

 

Maks wyszedł, tak po prostu.

Najpierw wygasił po mistrzowsku całe to napięcie, które powstało między nimi w windzie. Przekonał ją, że nie ma dwuznacznych zamiarów, przegadał z nią po kumpelsku całą noc, bez najmniejszych aluzji czy prób flirtu, choćby zupełnie niewinnego. A potem, tuż przed wschodem słońca, nieoczekiwanie wyznał, że kochał się w niej jak wariat przez całe liceum. Popatrzył na nią jeszcze raz tymi niebieskimi oczyma – i wyszedł bez pożegnania.

A może rzucił jakieś „cześć”, już stojąc na korytarzu? Nie była pewna, nie pamiętała… i to doprowadzało ją do szału. Zupełnie jakby jego zdawkowe „cześć” mogło cokolwiek zmienić.

W pierwszej chwili nawet chciała za nim pobiec. Ale po co? O co by zapytała, stojąc naprzeciwko niego przy windzie?

„Słuchaj, stary, czy już ci minęło to uczucie? Jak się poczułeś, widząc mnie dzisiaj znowu, po tylu latach? Muszę wiedzieć, czy ciągle szalejesz na moim punkcie…”

Właściwie dlaczego niby musi? Co się stanie, jeśli się nie dowie?

Poczuła, że zaraz zwariuje od tych wszystkich myśli, które kłębiły się jej w głowie.

Nie pobiegła za nim nie tylko dlatego, że nie bardzo wiedziała, o co powinna zapytać, gdy już go dopadnie.

Nie pobiegła, bo nagle przestraszyła się samej siebie.

Szybki numerek, skok w boku na dwudziestoleciu studniówki, mógłby być – przynajmniej teoretycznie – czymś niemalże bez znaczenia. Małą odskocznią od codzienności, od domowej rutyny i Nikodema, przewidywalnego aż do bólu, z tym swoim temperamentem emeryta.

Tak, owszem, brała to pod uwagę, myśląc o rocznicowym spotkaniu z Waldkiem. Ale spędzenie nocy z kimś, kto bujał się w tobie przez cztery lata… kto znał na pamięć twoje strupki, czerwone kredki i spinki do włosów… kto być może nigdy się nie uwolnił od tej miłości… to już nie były żarty.

Poczuła, że jeśli zawoła Maksa… jeśli nie da mu wsiąść do windy… przestawi nagle zwrotnicę i całe jej życie potoczy się zupełnie inaczej. To już nie będzie przygoda na jedną noc. To będzie coś potężnego, jak tsunami.

Zadrżała, gdy zrozumiała, że ma na to cholerną ochotę.

Słowa Maksa: „Czekałem na tę chwilę od dwudziestu czterech lat”, były jak narkotyk. Powtarzała je w myślach raz za razem, wpatrując się w pusty hotelowy korytarz.

Nie miała pojęcia, w którym pokoju mieszka Maks.

Zamknęła drzwi, przekręcając od wewnątrz klucz, odłożyła do szafy swój stanik i powiesiła starannie biały szlafrok.

A potem nagle zmieniła zdanie.

Cholera jasna, nie może pozwolić mu tak po prostu zniknąć. Nie po tym jak, w gruncie rzeczy, wyznał jej miłość. Taką miłość, jakiej pragnęła przez całe życie. I jaka zawsze była poza jej zasięgiem.

 

* * *

 

– Nie mogę pani pomóc – ziewnęła recepcjonistka, wyrwana z drzemki za kontuarem. – RODO, rozumie pani? Nie wolno nam podawać takich informacji.

– Rozumiem. – Kiwnęła głową i ruszyła z powrotem do windy.

Nagle jednak – który to raz tej nocy? – znowu zmieniła zdanie. Może trafi na jego ślad, idąc po schodach? I spacerując po hotelowych korytarzach? Może Maks siedzi gdzieś na półpiętrze, czekając, aż Kinga go odszuka?

Piętnaście minut później wróciła do pokoju czterysta sześć. Na żadnym półpiętrze i na żadnym korytarzu nie spotkała Maksa. Nie było sekretnej informacji przyczepionej na ścianie ani uchylonych drzwi do jednego z pokoi.

Nie pozostało już nic do zrobienia. Mogła tylko wrócić do siebie, wypić do końca wino i zasnąć.

Albo odpowiedzieć na siedemdziesiąt dwie wiadomości i nieodebrane połączenia od Beatki.

Ostatni SMS, wysłany kwadrans po pierwszej, krzyczał: CZY COŚ SIĘ STAŁO? NIE ZASNĘ, DOPÓKI SIĘ NIE ODEZWIESZ.

Odpisała krótko: Śpisz?

Pięć sekund później zabrzęczał telefon.

 

* * *

 

Becia, zgodnie z przewidywaniami Kingi, była przerażona.

– On mógł cię zamordować, wiesz? Na litość boską, co ci strzeliło do głowy, żeby go zabrać do pokoju?

– To nie był obcy facet, zgarnięty z ulicy, tylko pryszczaty Maksio. Nasz kolega z klasy – przypomniała jej.

– I co z tego? Nigdy z nim nie gadałaś, nic o nim nie wiesz…

– Kocha mnie – powiedziała Kinga cicho, czując, że brzmi to naprawdę bardzo dziwacznie. – Wariuje na moim punkcie. Przyjechał na ten zjazd specjalnie dla mnie.

– Tym gorzej – orzekła Beata natychmiast. – Ten facet jest świrem, nie widzisz tego?

Kinga doskonale wiedziała, że przyjaciółka ma rację. Zachowanie Maksa nie było normalne. Zaprotestowała jednak dla porządku: