Wydawca: Wielka Litera Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 353 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Obok Julii - Eustachy Rylski

Upalne lato roku 1963. Baza samochodowa na południowo-zachodnich krańcach Polski. Małe "poniemieckie" miasteczko w cieniu wznoszącego się na wzgórzu zamku Kynast.

"Przypominający Alaina Delona i być może na niego upozowany", przezywany przez szoferów "hrabią", 20-letni Janek Ruczaj spotyka po latach swoją niegdysiejszą nauczycielkę i młodzieńczą miłość, niepokojącą, piękna Julię Neider.

Wkrótce okazuje się, ze Julia pojawiła się tylko po to, by zniknąć. I to zniknąć przy pomocy Janka. Za tę pomoc zapłacą oboje gorzka cenę.

Janek zafascynowany jest Hemingwayem (tę fascynację podzielał tez niegdyś Rylski) i przychodzi mu żyć w iście hemingwayowskim otoczeniu twardych mężczyzn. Staje się jednak uczestnikiem obcej mu gry, która go niszczy. Chce czy nie chce, musi wydać wojnę absurdowi istnienia.

Opowieść rozpięta jest między rokiem 1948 a współczesnością.

Opowieść, jak zawsze u Rylskiego, smakowita, pełna wirtuozerii języka i ukrytych sensów. Historia miłości. Historia powojennej Polski. Historia tęsknoty za tym, co nie może się ziścić.

Opinie o ebooku Obok Julii - Eustachy Rylski

Fragment ebooka Obok Julii - Eustachy Rylski

Eustachy Rylski

Obok Julii

Fragment

Część pierwsza Poranek

1

Życie nas wycenia. Jeżeli w skali od jednego do dziesięciu dostaniemy pięć, możemy być zadowoleni. Ja dostałem więcej i będę musiał za to zapłacić, gdyż życie wyceniło mnie ponad moją wartość.

Chociaż jako mędrzec czuję się niedoceniony, to w pozostałych wymiarach istnienia, a nie jest ich mało, życie wyniosło mnie do poziomu, jaki mi się nie należy i do jakiego nie aspiruję.

Gdy spoglądam na siebie z boku, jak zawsze z czułością, w połączeniu miłości i trwogi, ale bez taryfy ulgowej, nie mogę się nadziwić, że tylu lepszych ode mnie ma się gorzej. Jestem tym, a mówiąc ściślej, bywam, zakłopotany.

Nie mówię, że chciałbym się znaleźć w ich sytuacji, ale gdybym się w niej znalazł, to nie miałbym dojmującego wrażenia, że zasiadłem do obiadu, na który mnie nie stać.

Znam wielu mówiących: nie martw się rachunkiem, bo nim ci go przedstawią, przeminiesz. Zestarzejesz się, stracisz wszystkie apetyty, zdrowie, urodę, wdzięk, wszelką łatwość, każdą okazję, znajomych, przyjaciół, jeżeli ich kiedykolwiek miałeś, ludzi, z którymi było ci dobrze, zwierzęta, choć tak bardzo cię wyróżniały, uparcie przywoływane nastroje. Anachroniczny i groteskowy mościć się będziesz we wspomnieniach, ale one nie będą chciały się do ciebie przyznać.

Bo co łączy tego omszałego, wychudzonego, przedwczesnego starca z pięknem, zdrowiem i młodością, które tak uporczywie wabi? Jakie ma do nich prawo?

Nawet jeśli dwudziestolatek zanurzony w życiu, przypominający Alaina Delona i być może na niego upozowany, który wychodzi właśnie z zielonego stawu, zwracając uwagę wianuszka naprawdę prześlicznych dziewcząt z każdego brzegu, ma coś wspólnego z tobą, to treści tego wspomnienia nie uwiarygodnia żadna sprawa, która mogłaby was teraz łączyć.

Wspomnienia nie biorą się znikąd. Coś je wywołuje. Moje wspomnienia wywołuje rozpanoszona we mnie nostalgia, która tak łatwo ześlizguje się w stronę dwuznacznych okoliczności. Co mam na myśli?

Nigdy w pełni niezaspokojony apetyt na przyjemności, który powinien zostać już zaspokojony. Jak długo można naciągać życie?

Jak długo przekonywać je można, że przyjemności są należnym mi ekwiwalentem za dobrowolną rezygnację z tego, co inni nazywają szczęściem?

Z losem zawarłem deal. Oddaję mu pożytki małżeństwa, rozkosze ojcostwa, przewagi wykształcenia, sprawiedliwą władzę nad bliźnimi i ich nieustający szacunek, pewność drogi, jaką kroczę, i celu u jej końca, wiarę w Boga i przeczucie wyróżnienia, jakim zostanę za nią wynagrodzony, wielopokoleniowe wigilie, wielkanocne śniadania przy suto zastawionym stole, chrzciny, śluby, pogrzeby, rodzinne zjazdy i bale, i wszystkie inne uroczystości, do których przepustką jest zawsze bezawaryjne podłączenie do życia; oddaję to wszystko za zdolność odczuwania przyjemności w każdych okolicznościach i z byle powodu.

Kontrakt został zawarty i wykonany. Moje późne dzieciństwo i wczesna młodość stały się nieustającą, zmysłową – a tylko takie są coś warte – przyjemnością.

Mimo wrodzonego pesymizmu, niewiary w sens istnienia i metafizycznego lęku, jakim podszyty byłem, od kiedy pamiętam, każdy kontakt z materią mój umysł przerabiał natychmiast na przyjemność.

Przywołuję więc długie, upalne lato 1963 roku i sierpniowy dzień, kiedy rozkosz istnienia osiągnęła apogeum.

Już świt zapowiedział wszystko, co najlepsze. Nie miałem zwyczaju budzić się wcześniej, niż to było konieczne, i z wielu osaczających mnie deficytów deficyt snu był najuporczywszy, ale tego sierpniowego dnia obudziłem się przed piątą nie po to, by znów zasnąć.

Nie potrafię opisać piękna, jakie ujrzałem, zbyt mnie wzrusza, gdy je sobie przypominam. W każdym razie przez otwarte w połowie mansardowe okno z odpadającą farbą zobaczyłem przed sobą jak na dłoni ruiny raubritterskiego zamku na szczycie zalesionej góry, z której poumykała już szarość świtu. Słońce wydobyło odcień upalnego letniego dnia, za który oddam wszystkie barwy ziemi, a krystaliczna przejrzystość powietrza, niezwiastująca w naszych starych, niewysokich górach niczego dobrego na resztę dnia, nie budziła obaw, gdyż impet tego niezapomnianego i nigdy niepowtórzonego lata unieważnił wszystkie dotychczasowe reguły.

Nie odmówiłem sobie naturalnie przyjemności zerknięcia na swoje dwudziestoletnie ciało, które tak niewiele potrzebowało słońca, by się ozłocić, zatrzymane jeszcze w chłopięcości, drobne i kształtne, niepokojąco kształtne, jeśli przykładać do niego miarę męskości, wyrażającą się zawsze w pewnym złamaniu zasad proporcji i umiaru.

Czerpałem z niego wszelkie możliwe korzyści. Silne i sprawne, było jednocześnie otwarte na zmysłowość, od której męskość stroni.

Trzeba było mojego szczęścia, by to zręczne ciało uzupełniła twarz niebudząca wątpliwości, z kim się ma do czynienia. Niezapowiadająca niczego dobrego na przyszłość, choć wtedy tego nie podejrzewałem, rozkapryszona, miękka, zmysłowa w najgorszym stylu, przykuwała uwagę dziewcząt i młodych kobiet, na których mi zależało. Twarz na młodość, lato, upał, prowincję, małe przygody, jednodniowe nadzieje, niepełne iluminacje, na zazdrość rówieśników, zalotność, rzewność, najtańsze sentymenty i na cały ten egzystencjalny chłam, któremu przydajemy znaczeń, jakich nie ma.

Chciałbym powiedzieć, że o tym wtedy nie wiedziałem, ale to by nie była prawda. Oszukiwałem się jak inni. Mawiałem sobie w duchu, że na prawdę, na zimną, bezlitosną, niekarmiącą się nawet strzępem złudzenia prawdę o istnieniu, to ja mam jeszcze czas. Bo wiedziałem więcej niż trzeba.

Szósta rano to koszmarna godzina od października do kwietnia; sierpniowego dnia, który nie ma w planach żadnego załamania, żadnej zdrady w postaci deszczu lub trwałego zachmurzenia, jest równie przyjemna jak pozostałe.

I tylko dziewiąta wieczór, kiedy dzień przechodzi w zmierzch, a zmierzch w noc, upał już nie dokucza, ale i chłód nie zniechęca, gdy papierosy smakują najlepiej spalane na ławeczce przed domem, tylko dziewiąta wieczór ma prawo czuć się nieco lepsza od pozostałych.

Do dziewiątej dojdziemy w swoim czasie, bo na razie jesteśmy przy szóstej lub kilka minut później.

Zeskakiwałem przed bramą bazy transportowej z roweru, jak wszystko inne poniemieckiego, gdy nocny dozorca placu, nikczemny typ, któremu od roku zamierzałem przyłożyć, powiadomił mnie, że Julia Neider wróciła i zatrzymała się w starej szkole.

Benio nie miał powodu, by mnie oszukiwać, ale ponieważ nie wierzyłem ani jednemu jego słowu, jeśli nie dotyczyło podstępu, nielojalności, chamstwa lub bestialstwa, to uznałem, że informacja nie ma żadnego związku z moją piękną nauczycielką i że cokolwiek mogłoby się do niej odnosić, nie może pochodzić od tego pokracznego, silnego jak małpa gnoma biorącego noc za nocą w urządzonej po swojemu portierni, jakby dni go onieśmielały.

– Idź do diabła, Beniu – powiedziałem mu pół roku wcześniej w kanciapie nad wulkanizatornią, gdy przedstawił mi kaźń, jakiej poddaje swoje konie. Kupował je za bezcen, już do niczego się nienadające, i wykańczał w ciągu miesiąca przy zrywce drzew w górach.

I Benio sobie poszedł, a na jego w połowie sparaliżowanej twarzy nie pokazał się żaden grymas, mimo że ta niesparaliżowana połowa była do niego zdolna.

Wtedy zakiełkowała we mnie myśl, że powinienem skuć mu mordę, że to jest wykonalne, z moralnego punktu widzenia słuszne i że nie muszę się spieszyć, gdyż mam na to całą młodość, lecz sprowokowany do tego przez opatrzność, nie będę się ociągać.

Pomyślałem sobie, że poczuję się dzisiaj jeszcze lepiej, jeżeli swój plan urzeczywistnię, że powrót Julii Neider nie ma związku z tym zamiarem, choćby dlatego, że jest nieprawdopodobny, ale mogę go użyć jako pretekstu.

Obudziła się we mnie ochota na bójkę, jakby to było sobotnie popołudnie w gospodzie Nad Wrzosówką po ćwiartce wódki i godzinnej, rozkosznej rozmowie o niczym z przygodnymi kumplami.

Znamy to usprawiedliwione, a częściej nieusprawiedliwione natręctwo, gdy na dobrym rauszu, ale jeszcze nie pijani, toczymy wzrokiem po sali, wstajemy od stołu pozalewanego oranżadą i powstrzymywani obłudnie przez kompanów ruszamy w zadymioną i rozwrzeszczaną otchłań z nadzieją znalezienia tam swej ofiary, a potrzeba gwałtu krąży nam w żyłach wraz z alkoholem i sokami młodości.

Nie potrafimy oprzeć się tej pokusie, a ona odwzajemnia się nam subtelnym pięknem. I nic nie wiemy o bólu, kalectwie, śmierci, bo i ta pokusa nic o nich nie wie, bo nie jest ani trochę dojrzalsza od nas.

Jeżeli mamy szczęście, trafia się nam jakiś niemłody safanduła lub ostateczny flek, jeżeli szczęście obdarzy nas swymi względami umiarkowanie, biesiadnicy schodzą nam z drogi jedni ze strachu, inni dla świętego spokoju, jeżeli szczęście odwraca się do nas plecami, giniemy.

Nie przesłyszeliście się. Cios na odlew rozjuszonego ładowacza w kwiecie męskości zabija lub nieodwracalnie okalecza. My jednak, ruszając w głąb gospody sobotnim popołudniem, nic nie wiemy o ogniu, z którym rozpoczęliśmy igraszkę. I dobrze, bo cóż warta by była nasza młodość, gdybyśmy wiedzieli.

Prowokując więc w sobie ten apetyt przed szóstą rano na wybetonowanym placu bazy transportowej i warsztatów, którymi pod nieobecność mych szefów w praktyce zarządzałem, zabrałem się do przestawiania potężnej tatry łomoczącej żelastwem z miejsca, w którym ustawiłem ją wczorajszego popołudnia, na miejsce, w którym parkowała przedwczoraj rano.

Wykonywała ten kontredans po tragicznej śmierci brygadzisty Romanowskiego – inne w naszej firmie się nie zdarzały. Przesąd, że unieruchomiona ładowałaby się emocjami, hodowała zemstę, utwierdzała się w przekonaniu o swej przewadze nad ludźmi, zasmakowałaby w pewności, że jest czymś więcej niż ciężarówką zabierającą kilkutonowe dłużyce z lasu, ten przesąd trzymał się uporczywie placu.

Tatrę niepokoiłem dwa razy dziennie bezsensownymi manewrami.

Byłem na początku swoich doświadczeń z mechanizmami, lecz już wtedy nie miałem wątpliwości, że trzymać je trzeba krótko. Wszelki respekt, jaki wzbudzały, obracał się w końcu przeciwko temu, kto go odczuwał. Śruba zrugana jak należy, żeby nie wiem jak się zapiekła, puszczała; traktowana z respektem stawiała niedopuszczalny opór nawet najzawziętszemu kluczowi.

Lubiłem grzechot ciężarówki przysposobionej do zwożenia świerków wielkich jak sekwoje, jęk lin i łańcuchów, którymi była omotana, i rzężenie ustawionych na sztorc rozwór, gdy miotałem nią w przód i w tył.

Przestawiając ją o kilkanaście metrów w tę lub tamtą stronę, na więcej nie było miejsca, gasiłem w niej złudzenia jakiejkolwiek autonomii.

Zaczął się ruch na placu, gdy z papierośnicy udającej srebrną wyłuskałem sporta z radomskich dziesiątek. Wysechł jak wszystko tego lata na pieprz. Obróciłem go kilkakrotnie w palcach, wyczuwając wiotkość, ale i charakter. Rozejrzałem się za ruską zapalniczką na benzynę, zrobioną z karabinowej łuski, którą ze względu na ciężar zawsze gdzieś odkładałem.

Trzymałem się zasady, by nie palić na czczo, lecz bywały dni, kiedy ją unieważniałem. Zdarzało się to wtedy, gdy zadowolenie z istnienia domagało się jeszcze jednej przyjemności, która nic nie kosztuje.

Nie pamiętam, czy zastanawiałem się w tych odległych latach nad tajemnicą, z jaką nas wiążą papierosy, ale chyba tak, skoro podejrzewałem, że wszystko, co robimy, pozbawione zwieńczenia w postaci papierosa, więdnie. Że ten rozkoszny nałóg, biorący nas w posiadanie kilkadziesiąt razy dziennie, wynagradza nudę i bezsens codziennej krzątaniny. Że najwyszukańsza nawet rozmowa, do której zresztą młodość mnie nie skłaniała, bez tytoniowej asysty traci na rzecz ordynarnego bełkotu korzystającego z nikotynowej łaski i wszystkich jej rytuałów. Że seks zwieńczony, ozdobiony lub, jak kto woli, znieczulony papierosem, wygasza w nas podejrzenie, że zajęliśmy się w istocie czymś nieporadnym, śmiesznym, co nam nie przystoi, na co nie bylibyśmy w stanie spojrzeć z boku bez wstydu.

Tracimy czas. Przeciekają nam przez palce minuty, godziny, dni, czasami lata. Reagujemy na to niepokojem, jaki nie był mi już obcy, a później trwogą, której wtedy jeszcze nie znałem. Papieros jej nie zmniejsza, lecz trzyma na odległość.

Więc mimo zasady, że nie palę na czczo, tego poranka zapaliłem, bo rozpoczynający się sierpniowy dzień tego upalnego, niepowtarzalnego lata 1963 roku mnie do tego skłonił. Przy sobie, jak zwykle, miałem dwa gatunki papierosów – niedobre i dobre.

Pierwsze to były giewonty. Napełnione drobno zmielonym tytoniem tak gęsto, że rozsadzał bibułkę, były jednocześnie miękkie i nigdy niedosuszone, niby lekkie, ale jednocześnie gorzkie, w zależności od pory roku kwaśne lub słone, pozbawione charakteru. Palone w ostateczności lub przez znanych mi skądinąd rówieśników, którzy nie odróżniali kobiety ładnej od brzydkiej, upału od zimna, ciszy od zgiełku, szczęścia od nieszczęścia, życia od jego pozorów i nie mieli na nic apetytu, bo wszystko, co czynili, nie brało się z potrzeb, lecz z przyzwyczajeń. Dla nich miałem giewonty, jak również dla wszystkich pozostałych niezdolnych do ukształtowania sobie o mnie jakiejkolwiek opinii.

Lewe kieszenie natomiast zamieszkiwały radomskie sporty w dziesiątkach, do których dzięki swojej zmysłowej urodzie i prowincjonalnemu, fryzjerskiemu wdziękowi miałem dostęp.

Wysuszone na słońcu, na piecu lub w kloszach lamp, przechowywane w papierośnicach i unieruchomione w nich białą gumką jak od majtek, przetoczone między palcami przed paleniem, by zwiotczały, oddawały te niewielkie w końcu starania z taką hojnością, że ich renoma nie była przesadzona.

Powiedziałbym, że jak na swoje zalety były niedocenione, ich lokalna sława nie dorównywała tej, jaką cieszyły się gorsze, ruskie biełomory lub równe im francuskie guluazy bez filtra i żitany, które poznałem kilkanaście lat później.

Na ławeczce pod rowerową wiatą przysiadł się do mnie Sulga. Przez chwilę w milczeniu przypatrywaliśmy się monterom i ich pomocnikom, którzy, zwykle spóźnieni, podczas tych upałów stawiali się do pracy pół godziny przed czasem.

Prawdę mówiąc, nie było czego obserwować, gdyż warsztatowy ludek w przeciwieństwie do szoferów i ich załóg niczym się nie wyróżniał.

Monterzy zbliżali się do czterdziestki, ich pomocnicy byli dziesięć lat młodsi. Praca, jaką wykonywali, nie stawiała im celów nie do osiągnięcia. Ciężarówki, i te nowe, i te z amerykańskiego demobilu, nie wymagały, w zasadzie, niczego poza zdrowiem. Trzeba było umieć szarpnąć śrubę i mieć odporność na smary i lejące się zewsząd oleje. Robota była brudna i, poza regulacją pomp wtryskowych mających swoich dwóch bezczelnych kapłanów, nie wymagała praktyki ani umiejętności.

Obydwaj z Sulgą mieliśmy prawo do pewnej wyższości nad monterami, którą ja ukrywałem, a on demonstrował przy każdej okazji.

Lubiłem go, choć na to nie zasługiwał. Miał talent do unikania niebezpieczeństw, po wielkopańsku je ignorował. Naprawdę nazywał się Fabian Sulgowski. Jego próba przekonania placu, że jest dobrze urodzony, jednak się nie powiodła. Zdemistyfikował go ojciec zimą 1959 roku, przyjeżdżając na bazę gdzieś spod Żagania i rozpytując o syna w sposób, który demaskuje ponurych debili, figury w sferach wyższych niespotykane, bo skryte w gorsecie nienagannego wychowania. Sulga po nieprzewidzianej wizycie ojca się zaciął, trwale spochmurniał, odgrodził od bliźnich, dla których nie miał litości. Pogardzał każdym poza swoim wujem, pilotem RAF-u, ale w tego wuja nikt już nie wierzył, bo plac oszukać można było tylko raz. Mnie wyróżniał nienawiścią lub uczuciem bardzo do niej zbliżonym. Schlebiało mi to, bo nienawiść wyklucza pogardę.

Prawdę mówiąc, nie byłem w bazie nawet obiektem niechęci, jeżeli już, to pokpiwano ze mnie, słusznie zresztą, bo nie reprezentowałem żadnego gatunku, jaki dałoby się rozpoznać. Nienawiść Sulgi mnie nobilitowała, a kto nie lubi tych, którzy nas nobilitują?

Po kilku minutach milczenia, kiedy rozdeptałem na betonie już drugiego peta, Sulga zapytał, czy nie wypisałbym mu automatu do świateł. Odpowiedziałem, że tylko wtedy, jeżeli przyniesie zużyty, co go nie zmartwiło, bo wiedziałem, że nie o automat chodzi.

– Dostaje w kość, jak żadna – rzekłem niby od niechcenia. – W przyszłym tygodniu złamię jej kark. Będzie jak jagnię.

– O kim mowa? – zapytał Sulga, oglądając się za jednym z monterów.

– O tatrze po brygadziście Romanowskim – odpowiedziałem. – W przyszłym tygodniu będzie jak jagnię. Mógłbyś wyprawiać się nią na czeską stronę i zabierać świerki z pogromu. Jest tam tego cały czas od cholery podobno.

Ale Sulga stanowczo odmówił. Stwierdził, że jak zna życie, to na tatrę po Romanowskim nie znajdę amatora ani na tej, ani na żadnej innej bazie, żeby nie wiem ile dała zarobić przy dłużycy czy czymkolwiek innym, że inżynierowi też się to nie uda, jak już wróci z urlopu, bo na pierwszy rzut oka widać, że nie spokorniała.

Próbowałem wyjaśnić temu dwudziestoletniemu młodzieńcowi, który nie przesadzał z intelektem, że tatra po Romanowskim jest gotowa na pojednanie, bo już wie, że niezgoda dla niezgody to prosta droga na złom.

Sulga zaprzeczył ruchem głowy i wiedziałem, że nie da się przekonać. Wiedziałem też, że inżynier, jak wróci z urlopu, to mi tego nie daruje, bo i jemu nie darują ze względu na wiosenny pogrom świerków po południowej stronie gór.

Nic nie było do wynegocjowania w tej sprawie, więc po trzecim sporcie zapytałem, o co chodzi z tą Julią Neider, a on mi odpowiedział, że nie wie, o kim mówię, i że nie zna suki.

Czemu zaraz suka, jęknąłem, a Sulga warknął, że każda z nich warta jest pozostałych i wszystkie są takie same.

Dochodziła siódma i w bazie odezwała się praca; łoskot żelaza ciskanego o beton, młoty, kowadła i przekleństwa. Żaden mechanizm jeszcze nikogo na serio nie rozjuszył, ale kto by się układał z piórem od resora, felgą czy kołowrotem.

Upał się ustalił. Tego lata od połowy czerwca o siódmej rano nie zostawał w powietrzu już nawet ślad po rześkości świtu i nawet w najgłębszym cieniu się nie kołatał. Wszystko było jak w kowalskich cęgach rozżarzonych do czerwoności.

– Dobrze, Sulga – powiedziałem, nie mając ochoty ruszać do przegrzanej kanciapy nad wulkanizatornią. – Wypiszę ci automat bez zdawania zużytego, a ty to zapamiętasz.

– Niby co? – zapytał szofer, zrozumiałe, że podejrzliwie.

– Normalnie, Sulga. Wyświadczę ci przysługę, za którą będziesz mi wdzięczny. Nie mówię, że masz mi ją okazywać z byle okazji, ale jeśli zażądam rewanżu, to go znajdę.

– Obejdzie się – skwitował szofer i wstał lekko z ławeczki.

Wysoki, bardzo szczupły, o małej, rasowej głowie, nie miał w sobie nic dupiastego, co trzyma przy ziemi. Jeśli dodać, że nosił się czysto i pachniał mieszanką amphory i prince’ a alberta, to podejrzenie, że tymi zaletami kamuflował prostactwo, nie przychodziło łatwo. Na pierwszy rzut oka budził sympatię, a nawet zaufanie. I naprawdę nastarać się musiał, by od siebie odstręczać. A jednak, odstręczał, jakby bał się zobowiązań, jakie nakłada na nas przyzwoitość. Dlatego nie zaskoczył mnie, gdy na odchodne rzekł:

– Nie wygląda dobrze.

– Kto? Nauczycielka?

– O niej mówię. Mój pomocnik widział, jak szła z kartonową walizką od PKS-u do starej szkoły. Tego, który przyjeżdża przed piątą. Wlokła się raczej z twarzą skrytą pod kapeluszem i zaraz zauważył, że ta suka nie wygląda dobrze.

– Jeździsz ciągle z tymi dwoma pajacami, Sulga?

– Nie lubię, kiedy tak mówisz o moich chłopakach. Pytasz w związku z czym?

– W związku z Julią.

– A co ona ma z nimi wspólnego?

Rozłożyłem ręce. Bocian wrócił do gniazda na kominie kotłowni znad niedalekich łąk, które po raz pierwszy od objęcia tych ziem przez przybyszów ze wschodu wyschły do cna.

– Była piąta?

– Coś koło tego – odpowiedział Sulga. – Bez urazy, Ruczaj. Jeden z moich chłopaków widział, jak wlokła się od PKS-u do starej szkoły, w kapeluszu nasuniętym na twarz, i nie wyglądała dobrze. Tylko tyle.

– Julia Neider – rzekłem z przekonaniem, też wstając z ławki – nie może wyglądać źle. Nie znasz jej, nic o niej nie wiesz, opowiadasz głupstwa. Nie ma nawet trzydziestki. Co mogłoby się jej stać, żeby wyglądała tak, jak mówi jeden z twoich pajaców?

– No właśnie, Ruczaj. – Sulga uśmiechnął się cierpko i oddalił.

Świt również. A jego miejsce już dawno zajął poranek, jak wszystkie tego lata, z prezentami.

2

Poranek to nie jest dobra pora na śmierć. Choć nic o śmierci nie wiemy, to dajemy jej prawo do pewnych pór roku, miesięcy, dni, a nawet godzin.

Śmierć w listopadzie jest do przyjęcia, wobec śmierci w maju, czerwcu lub lipcu podnosimy bunt.

Śmierć po południu, wieczorem lub w nocy jest w stanie wynegocjować naszą zgodę, grudniowy, przejmujący zimnem, ciemnością i najgorszymi myślami świt, kiedy do dnia jest tak bardzo daleko, znieczula w nas żal za życiem depresyjnością i brakiem perspektyw.

Ale jeśli dożyjemy poranka, to chcemy się dowiedzieć, w co on ma zamiar przejść i jaki będzie dzień, który nam szykuje. Godzimy się na śmierć, ale nie na jej kaprysy. Skoro nie wykończyła nas noc i nie zabił świt, który ze swej natury to lubi, to czemu miałby skończyć z nami poranek mało mający wspólnego z tą robotą.

O poranku się nie umiera. Chyba że się jest młodym mężczyzną z rodziny mego ojca. Trzeba wam wiedzieć, że byli to ludzie o wdzięku, urodzie i seksapilu, do jakich nawet się nie zbliżyłem.

Kobiety i mężczyźni z rodziny lub spoza niej, pamiętający mego rozstrzelanego o poranku ojca, obserwując mnie, mawiali: jesteś do ojca podobny, by dodać po chwili na stronie albo i nie: lecz tylko pozornie. Mieli rację, bywali w tym niedelikatni, obcesowi, czasami wręcz grubiańscy, mieli jednak rację.

Wystarczyło spojrzeć na fotografie z dawnych lat, których mieliśmy dzięki przytomności mej dzielnej babki cały kuferek, by się zorientować, jaka przepaść nas dzieliła. Jak nic w tych mężczyznach nie było z kelnera, fryzjera, apasza, panicza z dworu, lalusia, jak bardzo jednolici byli w swej wytworności przy wszelkich różnicach, jakie wymusiły na nich czasy i okoliczności.

Męska szlachetność biorąca się z odwagi, zdrowia, tężyzny, skłonności do przygód, zgody na ostateczność, hojności, pogardy dla życia i pewności, że się jest ponad nawet w najgorszej opresji, ta skłonność do wyboru wszelkiej wyższości nad niższością, nawet jeżeli sytuacja podpowiadałaby w tym względzie ostrożność, ta męska szlachetność naznaczała w tym samym stopniu mego ojca, jego brata, dziadka i jego trzech braci, pradziadka i wszystkich, którzy się na nich przez kilka pokoleń poskładali.

Wiedli dobre życie, co nie zdarza się często, a jednak wybierali śmierć, tę bladź wychudzoną, która nie rozwiązuje tajemnic, nie jest bramą do lepszego lub innego świata, nie obiecuje żadnych łask ani przygód.

Bałem się śmierci. Myśl o niej trzymała się mnie tym uporczywiej, im głębiej zanurzałem się w uroki życia. Śmierć jednak lub prowadzące do niej kalectwo były w firmie nieustającą możliwością, jej mroczną sygnaturą. Chcąc nie chcąc, dużo się rozmawiało o śmierci w robocie, w domu, knajpie, jej cień padał na każdy blask, mocował się z nim, nie przestawał się czaić.

Młoda męska śmierć nieróżniąca się fizjologicznie od żadnej innej, a przecież wyróżniona jakimś podejrzanym sensem, usprawiedliwiona kanonem męskiego życia, brawurą, która to życie wynosi do znaczenia, jakiego nie ma i nigdy nie miało.

Byłem obok tego. Bałem się tej religii i, co ważniejsze, za grosz jej nie wierzyłem – nawet wtedy, gdy jako sługa Kima Sewastopola z Antibes sprawdziłem, jakim pięknościom ona służy – lecz ani teraz, ani wtedy nie umiałem się radykalnie od niej oddalić. Jakbym miał wobec niej jakieś zobowiązania.

Niespodziewany powrót Julii Neider, którego naturalnie nie miałem obowiązku przyjąć do wiadomości, to był zły omen.

Julia, jaką zapamiętałem – urodziwa, bardzo młoda, impulsywna, apodyktyczna, żywiołowa, wszechstronnie utalentowana i uwodzicielska – nieopuszczająca, jestem tego pewien, najsubtelniejszych i najplugawszych męskich marzeń, nie stawiała śmierci szlabanu ze swej dziewczęcości.

Śmierć sumienia nie ma, ale ma poczucie formy; jeżeli nie musi, to się nie czepia.

Julia przy wszystkich swoich zasługach dla życia sprzedawała śmierć. Najprzyjaźniejszym jej żywiołem była ekstaza, od której do śmierci, a wiem to dopiero teraz, jest niebezpiecznie blisko. Śmierć dopada nas wszędzie. Nie ma miejsc od niej wolnych, ale powiedzmy, że szkoła należy do najmniej podejrzanych o związki z tą nieuchronnością.

Ciąg dalszy w wersji pełnej

3

Dostępne w wersji pełnej

4

Dostępne w wersji pełnej

5

Dostępne w wersji pełnej

6

Dostępne w wersji pełnej

7

Dostępne w wersji pełnej

8

Dostępne w wersji pełnej

9

Dostępne w wersji pełnej

10

Dostępne w wersji pełnej

11

Dostępne w wersji pełnej

12

Dostępne w wersji pełnej

13

Dostępne w wersji pełnej

14

Dostępne w wersji pełnej

15

Dostępne w wersji pełnej

16

Dostępne w wersji pełnej

17

Dostępne w wersji pełnej

18

Dostępne w wersji pełnej

19

Dostępne w wersji pełnej

20

Dostępne w wersji pełnej

21

Dostępne w wersji pełnej

22

Dostępne w wersji pełnej

23

Dostępne w wersji pełnej

Część druga Południe i reszta dni

24

Dostępne w wersji pełnej

25

Dostępne w wersji pełnej

26

Dostępne w wersji pełnej

27

Dostępne w wersji pełnej

28

Dostępne w wersji pełnej

29

Dostępne w wersji pełnej

30

Dostępne w wersji pełnej

31

Dostępne w wersji pełnej

32

Dostępne w wersji pełnej

33

Dostępne w wersji pełnej

34

Dostępne w wersji pełnej

35

Dostępne w wersji pełnej

36

Dostępne w wersji pełnej

37

Dostępne w wersji pełnej

38

Dostępne w wersji pełnej

39

Dostępne w wersji pełnej

40

Dostępne w wersji pełnej

41

Dostępne w wersji pełnej

42

Dostępne w wersji pełnej

43

Dostępne w wersji pełnej

44

Dostępne w wersji pełnej

45

Dostępne w wersji pełnej

46

Dostępne w wersji pełnej

47

Dostępne w wersji pełnej

48

Dostępne w wersji pełnej

49

Dostępne w wersji pełnej

50

Dostępne w wersji pełnej

51

Dostępne w wersji pełnej

52

Dostępne w wersji pełnej

53

Dostępne w wersji pełnej

54

Dostępne w wersji pełnej

55

Dostępne w wersji pełnej

56

Dostępne w wersji pełnej

57

Dostępne w wersji pełnej

58

Dostępne w wersji pełnej

W serii CZYTELNIA POLSKA

Dostępne w wersji pełnej

Redakcja

Katarzyna Krawczyk

Korekta

Elżbieta Jaroszuk

Agnieszka Trzeszkowska-Bereza

Projekt serii

WKDesign

Zdjęcie na okładce

Margie Hurwich/ARCANGEL IMAGES

Zdjęcie autora

Robert Wolański

Copyright © by Eustachy Rylski 2013

Copyright © by Wielka Litera Sp. z o.o., Warszawa 2013

Wielka Litera Sp. z o.o.

02-953 Warszawa

ul. Kosiarzy 37/53

ISBN 978-83-63387-90-7

Plik ePub przygotowała firma eLib.pl

al. Szucha 8, 00-582 Warszawa

e-mail: kontakt@elib.pl

www.eLib.pl