Oblubienica morza - Michelle Cohen Corasanti, Jamal Kanj - ebook

Oblubienica morza ebook

Michelle Cohen Corasanti, Jamal Kanj

4,3

Opis

Długo wyczekiwana powieść autorki bestselleru „Drzewo migdałowe”.

Cztery różne osoby. Jedna historia o ojczyźnie i miłości ponad podziałami.

Sara zostaje wypędzona z Rosji z powodu żydowskiego pochodzenia. Próbuje ułożyć sobie nowe życie w Palestynie. Pracując jako pielęgniarka, poznaje lekarza, Yousefa. Na drodze ich miłości stają różnice w pochodzeniu i narastający konflikt palestyńsko-izraelski.

Ameer mieszka w obozie dla uchodźców w Libanie. Udaje mu się wyjechać do USA, gdzie rozpoczyna nowe życie jako naukowiec. Wciąż jednak ścigają go echa przeszłości.

Rebeka, osiemnastoletnia Żydówka, sprzeciwia się złemu traktowaniu arabskich społeczności przez jej rodaków. Zrywa ze swoim despotycznym narzeczonym. Nie spodziewa się jednak, jak straszne mogą być tego konsekwencje.

Ich losy łączą się, tworząc przejmującą opowieść – podróż przez pokolenia i kontynenty, historię o tej samej ziemi po obu stronach konfliktu.

Sara i Yousef, Rebeka i Ameer rozumieją, że na ich oczach tworzy się historia ich narodów, traum i nadziei wspólnoty. Mają jednak wybór. Bezpieczeństwo i szczęście nie pochodzi z grodzenia się, z lęku, ale jedynie z otwarcia się, odwagi rozumienia. Nie ma ziemi niczyjej, ale nikt nie ma też jej na własność. Jedyny sposób, żeby przestać się ranić podziałami społecznymi, to podzielenie się – zarówno ziemią, jak i uczuciem.

Karolina Sulej, pisarka i dziennikarka Wysokich Obcasów

Serdecznie polecam tę pełną nieoczywistych treści książkę wszystkim, którzy jak ja lubią cieszyć się popołudniami spędzonymi na niespiesznej i uważnej lekturze.

Magdalena Kuydowicz, TVN Style

 

BIOGRAM

 

Michelle Cohen Corasanti – urodzona w USA w 1966 roku, w konserwatywnej rodzinie żydowskiej, jest absolwentką studiów bliskowschodnich na uniwersytetach w Jerozolimie i Harvardzie. Prawniczka specjalizująca się w prawie międzynarodowym i prawach człowieka. Mieszkała we Francji, Hiszpanii, Wielkiej Brytanii, Egipcie i Izraelu. Drzewo migdałowe z 2012 roku to jej pisarski debiut.

 

Jamal Kanj – urodził się w palestyńskim obozie dla uchodźców w Libanie, dziesięć lat po utworzeniu państwa Izrael. Przeprowadził się do USA, gdzie został inżynierem. W 2010 roku opublikował powieść pod tytułem Children of Catastrophe, która zawiera elementy autobiograficzne.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 398

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




Miłością obdarzaj nawet swoich wrogów.

Jeśli dotrzesz do ich serc, jak myślisz, co się stanie?

Rumi

CZĘŚĆ PIERWSZA

ROZDZIAŁ 1

ZSRR

kwiecień 1932

SARA

Kiedy usłyszałam z dołu walenie do drzwi, zamarłam. Zaraz po nim rozległ się głośny łomot, a ja aż podskoczyłam.

– Czego chcecie? – W holu rozbrzmiał piskliwy głos matki.

Żołnierze. Rzuciłam się w stronę szafy i wyciągnęłam z niej pluszowego misia, w którym krył się naładowany rewolwer. Wuj Izaak na to nalegał, „na wszelki wypadek”. Rozdarłam maskotkę i wyjęłam z niej broń.

W głowie miałam mętlik. Z rewolwerem w ręce cicho otworzyłam drzwi swojego pokoju i ukradkiem przemknęłam przez korytarz, przytulając się do ściany. Dwóch żołnierzy celowało z broni w matkę. Brakowało mi tchu. Skup się. Musiałam zastrzelić ich obu, nim któryś z nich zabije ją.

– Gdzie macie broń? – Prawy policzek żołnierza, który zadał to pytanie, przecinała gruba, czerwona blizna. Na oko miał dwadzieścia kilka lat, tak jak ja. Chwycił matkę za włosy i pociągnął.

– Nie mamy żadnej broni. – Głos miała tak wysoki, że ledwo go poznawałam. – Proszę, nie róbcie mi krzywdy.

– Nie kłam. – Żołnierz ponownie pociągnął ją za włosy.

– Nie kłamię. – Zapłakała. Na próżno próbowała uwolnić swoje wychudłe ciało. Spanikowana, patrzyłam, jak kopie i krzyczy. Musiałam podejść bliżej.

Matka zapiszczała, kiedy żołnierz przystawił jej broń do czoła.

– Na drzwi. – Drugą ręką pchnął ją do tyłu. Uderzyła głową w deski. Żołnierz nie przestawał celować w jej czoło. Zwrócił się do swojego towarzysza: – Sasza, przeszukaj dom, a ja ją tu przytrzymam. Najpierw sprawdź sypialnię i pod deskami w szafach.

Trzymałam broń w obu dłoniach, gotowa do skoku. Zastrzel jednego, kiedy wejdzie po schodach, a potem zabij drugiego. O stopnie uderzały podeszwy wojskowych butów.

– Na górze nic nie ma – wyrzekła matka zduszonym, pełnym emocji głosem.

Jak jej przekazać, że mam plan?

– Proszę, niech pan zejdzie.

Ścisnął mi się żołądek. Nie, matko.

– Mówiłaś, że nie wiesz o żadnej broni – oświadczył żołnierz. – Na pewno jest na górze, Sasza.

– Nie! – zawołała matka. – Jest w gabinecie mojego męża. Proszę zejść, pokażę.

O nie.

– Jeśli kłamiesz, zabiję cię. – Po tych słowach Sasza odwrócił się i zszedł po schodach. – I nic się nie martw – dorzucił drwiąco. – To, co chowasz na górze, też znajdziemy.

Żołnierz chwycił matkę za ramię i wepchnął do gabinetu ojca.

– Gdzie broń?! – wrzasnął.

– Nie powiem, dopóki twój towarzysz też tu nie wejdzie. – Wypowiedziała te słowa na tyle głośno, żebym je usłyszała.

Zakradłam się za Saszą, pozostając poza zasięgiem jego wzroku, jednocześnie nie spuszczając go ze swojego.

Sasza wparował do gabinetu. Mama zaczęła krzyczeć. Co oni jej robili? Serce waliło mi jak młotem. Może krzyczała, żebym ja mogła uciec? W życiu nie zrobiłabym tego bez niej.

Przemknęłam ku gabinetowi ojca, krzyki matki zatuszowały odgłos moich kroków. Ostrożnie zajrzałam do środka. Ze zdenerwowania kręciło mi się w głowie.

– Pod dywanem – powiedziała matka.

Sasza odsunął go i otworzył właz do schowka. Zerknął do niego, a potem obrzucił matkę groźnym spojrzeniem. Wydawała się taka krucha; drżało jej całe ciało. Drugi żołnierz zrobił krok do przodu, żeby także zajrzeć do schowka.

– Wygląda na to, że ktoś kłamał i zasłużył na karę – oświadczył Sasza. – Do kogo należy ta broń?

Matka złożyła dłonie palcami ku niebu i spojrzała błagalnie na Saszę.

– Proszę, miejcie nade mną litość.

– Właśnie tak, błagaj, Żydówko. – Wycelował w nią. – Mów, skąd to masz, albo cię zabiję!

Drugi żołnierz stał jakiś metr dalej, także celując w matkę. Gdybym go zabiła, Sasza zastrzeliłby ją. Ale gdybym nic nie zrobiła, i tak pewnie by ją zabili. Musiałam działać. Musiałam zaryzykować.

Drżąc, wycelowałam w głowę Saszy. Strzelanie ćwiczyłam niezliczoną ilość razy, ale nigdy nie oddałam strzału w innego człowieka. Choć ręka mi się trzęsła, pociągnęłam za spust. Rozległ się wystrzał, a zaraz po nim drugi. Krzyknęłam. Sasza upadł. Matka osunęła się na podłogę, a drugi żołnierz odwrócił się w moją stronę. Nacisnęłam spust sekundę szybciej od niego. Kula trafiła go w głowę, przewrócił się do tyłu, na matkę.

Zapiszczałam.

– Uciekaj, Saro! – Matka trzymała się za brzuch. – Będzie ich więcej i jak cię znajdą, to cię zabiją. – Walczyła o oddech.

– Mama! – Podbiegłam do niej.

– Nie! – Uniosła drżącą rękę, próbując protestować.

Krew zdążyła się już przesączyć przez białą bluzkę nad jej brzuchem. Za dużo krwi. Kula trafiła w główną arterię, a może w śledzionę. Pragnęłam zatamować krwawienie, wiedziałam jednak, że nie dam rady. Przycisnęłam dłoń do jej brzucha i skrzywiłam się, słysząc jęk.

– Idź stąd. – Głos matki zmienił się w szept, twarz jej zszarzała.

Wolną ręką dotknęłam jej policzka.

– Nie zostawię cię.

– Idź – powtórzyła. – Dla mnie. – Jej spojrzenie stawało się szkliste, głos coraz cichszy. – Kocham cię.

– Ja ciebie bardziej. – Gra z czasów mojego dzieciństwa. Matka zapewniła, że ona kocha mnie najbardziej. Jej ciepła krew nieprzerwanie przelewała mi się przez dłoń.

– Bądź silna – szepnęła.

Kiwnęłam głową i mokrą od łez twarz przycisnęłam do jej policzka.

– Opiekuj się ojcem.

– Dobrze. Kocham cię, mamo.

Nic już nie powiedziała. Po raz ostatni zadrżała, a potem jej klatka piersiowa znieruchomiała. Kiedy ją tuliłam, z mojego gardła wydobywał się rozdzierający szloch.

*

– Saro. Chodź tutaj, Saro.

Wyciągnęłam rękę w stronę dłoni mojej matki, ale zamiast gładkiej skóry poczułam jedynie szorstkie deski. Z głośnym okrzykiem cofnęłam rękę, ale drzazgi zdążyły już poranić mi palce.

Matka zniknęła. Kiedy otworzyłam oczy, natrafiłam na otaczającą mnie ciemność – pode mną, nade mną. Śniła mi się matka – czy rzeczywiście? Miałam wrażenie, że ściany beczki napierają na mnie. Być może śmierć była blisko. Ponownie zacisnęłam powieki, pragnąc, aby matka wróciła i zabrała mnie stąd.

Było strasznie duszno. Miałam za mało powietrza. W nogach czułam bolesne pulsowanie od długiego podkurczania. Nie było miejsca, żebym rękami mogła objąć nogi, trzymałam je więc w górze, nad głową, i strasznie bolały mnie ramiona. W gardle miałam tak sucho, że przełykanie stało się niemal niemożliwe. Przez gorąco i duchotę z bólu pękała mi głowa.

A ojciec? Miał metr osiemdziesiąt, był wyższy ode mnie o trzynaście centymetrów i o niemal trzydzieści kilo cięższy. Miałam nadzieję, że trafił do większej beczki, ale nie śmiałam się odzywać. Ktoś mógłby nas przyłapać.

Od jak dawna tkwiliśmy w tych beczkach? Czy w ogóle opuściliśmy już wody terytorialne Związku Radzieckiego? A jeśli Rosjanie zatrzymają łódź, zanim zdążymy zbiec? Świeże wspomnienie o tym, jak żołnierze Stalina próbowali wyśledzić ojca i mnie, ukrywających się w lesie, wirowało mi w głowie. Zacisnęłam mocno powieki, przypomniawszy sobie ostatnie chwile życia matki. Dlaczego pozwoliliśmy, aby wuj Izaak przechowywał swoją broń w naszym domu? Teraz ojciec i ja byliśmy w pełni od niego zależni. Dzięki swoim koneksjom pomagał nam uciec z ZSRR, pomoże nam także zacząć od nowa w Palestynie.

Aby się uspokoić, próbowałam myśleć o wszystkich znanych nam ludziach, z którymi może się spotkamy, jeśli przeżyjemy. Przez ostatnie półtorej dekady wuj rozwinął swoją sieć żydowskich bojowników w całej Europie, aż do Palestyny. Wiedziałam, że zastaniemy tam całe mnóstwo członków jego Żydowskiej Ligi Obronnej. Od czasu, kiedy Wielka Brytania skolonizowała Palestynę, udało mu się nawet zwerbować paru żydowsko-brytyjskich oficerów.

Usłyszałam kroki i wpadłam w panikę. Żołnierze Stalina albo…

Dobiegły mnie odgłosy zdejmowanej pokrywy. Kiedy do środka zaczęło się sączyć światło, czułam wibracje w każdej tkance pod skórą. W uszach dudniła mi krew. Wieko beczki usunięto, ale jasne światło uniemożliwiało odróżnienie, czy stoi nade mną przyjaciel, czy radziecki żołnierz.

– Przysłał mnie twój wuj Izaak – odezwał się mężczyzna. – Jestem Gideon.

– Dzięki Bogu. – Mało brakowało, a bym zemdlała.

– Już cię wyciągam – powiedział Gideon i pomógł mi się wydostać z beczki.

Mężczyzna miał na sobie mundur marynarza, podniósł mnie, tak jakbym nie ważyła więcej niż zwój lin. Kiedy w końcu stanęłam na własnych nogach, miałam wrażenie, że stąpam po setkach ostrych igiełek. Pocierałam ręce i nogi, próbując przywrócić im krążenie. Przed oczami latały mi mroczki. Gideon zabrał się już za zdejmowanie pokrywy z drugiej beczki.

– Przytrzymaj się, ojcze. – Próbowałam pomóc marynarzowi w wyciągnięciu taty.

– Proszę się mnie chwycić – rzucił Gideon. Młody, umięś-niony mężczyzna z ciemnymi, kręconymi włosami wyciąg-nął dłoń.

Dał nam obojgu po kromce ciemnego chleba. Trzęsła mi się dłoń kiedy piłam wodę z kubka. Spierzchnięte usta wracały do życia i w końcu wgryzłam się w chleb.

Spojrzałam na ojca, do którego niegdyś należało największe zbożowe imperium w Europie Wschodniej. Siedział skulony na pokładzie. Jego twarz – poorana latami trosk – stanowiła odzwierciedlenie sytuacji, w jakiej się znalazł: stracił wszystko. Teraz byliśmy dwiema słabymi duszami żującymi czerstwy chleb, uciekającymi prawu.

Zorientowawszy się, jak bardzo jesteśmy brudni, marynarz przyniósł nam jakieś stare mundury, żebyśmy mogli je założyć na czas prania naszych ubrań. Kiedy ponownie odziałam się w czysty uniform pielęgniarki, plama krwi mojej matki była ledwie widoczna. Naderwałam lewą kieszeń, tak jak wymagano od córki. Pamiętałam, że matka zrobiła tak po śmierci swojego ojca, kiedy jego ciało dokładnie umyto, aby oczyścić go przed pochówkiem, który nastąpił w ciągu doby od śmierci. Ale ciała mojej matki nie odprowadzi na miejsce ostatecznego spoczynku procesja kochających krewnych.

Ojciec patrzył, jak rozrywam kieszeń.

– Pamiętałaś? – zapytał.

Kiwnęłam głową. Zasłoniliśmy także wszystkie lustra w domu, dopilnowując, aby nikt w okresie żałoby nie skupiał się na zaspokajaniu próżności. Wiedziałam, że powinno się wtedy myśleć wyłącznie o zmarłym.

Ojciec w hołdzie oddanym żonie naderwał prawą połę koszuli.

– Chcę uczcić pamięć matki – powiedziałam.

Ojciec zasznurował usta, po czym odmówił kadisz, modlitwę za zmarłych. Zdjęliśmy skarpetki i buty, aby pokazać, że jesteśmy pełni pokory wobec jej śmierci. Pierwszy oficer, też Żyd, przygotował dla nas soczewicę. Jej okrągły kształt symbolizował toczące się życie. Zgodnie z tradycją podczas akurat tego okresu żałoby nie wolno nam opuszczać domu, my jednak nie mieliśmy wyboru. Nie mieliśmy wyboru w żadnej kwestii. Byliśmy uciekinierami bez grosza przy duszy, podróżującymi do obcego kraju. Spojrzałam na silnego niegdyś ojca, który w czasie bankietów wirował z moją piękną matką po parkiecie w sali balowej. Teraz stanowił niewiele więcej niż worek kości, szkielet człowieka, którym był kiedyś. Jak my sobie damy radę?

*

Dziewięć dni później ojciec i ja staliśmy na pokładzie i wpatrywaliśmy się w Jafę, gdy marynarze cumowali statek na głębokiej wodzie. Nie mogłam uwierzyć, że w końcu dotarliśmy do Palestyny. Zaczynałam czuć, że rzeczywiście udało nam się zostawić za sobą Rosję i całe związane z nią niebezpieczeństwo.

Gideon przewiózł nas łodzią do dużego portu – mnie w wyblakłym, podniszczonym uniformie pielęgniarki i ojca w sfatygowanym stroju roboczym. Duże okręty stały na kotwicach znacznie dalej. Do portu nieustannie wpływało i wypływało z niego wiele mniejszych statków towarowych i pasażerskich. Kiedy zbliżyliśmy się do brzegu, dostrzeg-łam, że budynki w Jafie zbudowano z pięknego kamienia. Do portu prowadziła bocznica kolejowa. Pirsy pełne były dobijających targu rybaków. To miejsce nie wygląda jak pustynia, o której mówił wuj Izaak.

– Zawiozę was do Tel Awiwu – wyjaśnił Gideon. – Tam dostaniecie namiot, trochę pieniędzy i pracę.

Ojciec kiwnął głową. Przyjmiemy wszystko, co tylko otrzymamy.

ROZDZIAŁ 2

Palestyna

lipiec 1932

SARA

Ojciec wczołgał się do naszego namiotu. Śródziemnomorskie słońce pomalowało jego twarz na gniewną, intensywną czerwień, a jasne włosy przemieniło w siwe jak u staruszka. Strój roboczy, jaki otrzymał po przyjeździe, był cały brudny. Głęboko w oczodołach kryły się przekrwione oczy. Usiadł obok mnie.

– Pozwól, że cię obmyję. – Próbując poprawić mu humor, przywołałam na twarz wymuszony uśmiech; kąciki ust ojca pozostały jednak skierowane ku dołowi. Nalałam z puszki wody na trzymaną w ręce szmatkę. Delikatnie umyłam mu twarz. W paru miejscach od słońca zaczęły się tworzyć pęcherze. Kiedy skończyłam, posmarowałam podrażnioną skórę znalezionym niedaleko plaży aloesem. – Szkoda, że nie pracujesz pod zadaszeniem – rzekłam, przyglądając się poparzeniom.

– Już i tak wiele otrzymałem dzięki temu, że jestem bratem Izaaka. Nie chcę prosić o więcej, Saro – mruknął ojciec i pokręcił głową. – Poza tym rozpaczliwie potrzebuję pieniędzy. Nie mam wyboru.

Przez te dwa miesiące, które minęły od ucieczki z Odessy, mój ojciec postarzał się o dziesięć lat. Borykał się nie tylko z trudnościami, w jakie obfitowało nasze nowe życie, ale też wyglądało na to, że opuściła go cała wcześniejsza duma.

– Jak to się wszystko mogło stać? – zapytał po raz tysięczny. Zatoczył pokrytą pęcherzami dłonią po naszym małym namiocie. – Spójrz tylko, w jakich warunkach mieszkamy. W Odessie wiedliśmy królewskie życie. Mieliśmy rezydencję. Nie pamiętasz?

– Oczywiście, papo, pamiętam każdy pokój. – Miałam nadzieję, że nie zacznie od nowa opisywać wszystkich pomieszczeń. Zawsze, kiedy opowiadał o sali balowej, gdzie on i moja matka organizowali gale dla elity Odessy, nie potrafił powstrzymać łez. Cierpienie ojca łamało mi serce. Kochał nasz piękny dom i wygody, jakie zapewniała nasza sytuacja finansowa. Nie wiedziałam, jak go przekonać, że to akurat w ogóle nie ma znaczenia. Najbardziej tęskniłam za matką.

– Żyjemy, ojcze. Mamy siebie. Jesteś jeszcze młody. Możesz zacząć od nowa. Teraz jesteśmy w Palestynie. – Próbowałam się uśmiechnąć, kiedy zmywałam mu z lewej, posiniaczonej dłoni krew i brud. Wzięłam głęboki wdech. – Musimy cię umyć. Chodźmy pod prysznice.

– Nie chcę nikogo widzieć. – Zwiesił głowę. – Zżera mnie wstyd z powodu tego, kim się stałem.

– Proszę, papo. Ciężko pracowałeś w słońcu. Woda cię schłodzi – dodałam, nie chcąc mu mówić wprost, że potrzebuje kąpieli.

Niechętnie wyszedł za mną z namiotu. Zarzuciłam sobie rękę ojca na ramię, aby mógł się o mnie oprzeć, i razem szliśmy zygzakiem między namiotami. Dzieci ganiały się przed nami, a odziani w ciemne wełniane stroje dorośli rozmawiali w grupkach. W powietrzu unosił się dym ze wspólnych palenisk. Szliśmy w stronę pryszniców znajdujących się obok dużych koryt i linek zarezerwowanych na suszenie prania.

Podałam ojcu mały kawałek mydła. Kiedy się mył, ja siedziałam przy suszących się ubraniach i obserwowałam, jak kołyszą się na wietrze. Ten wiatr przypominał mi lasy w okolicy Odessy, gdzie dawniej spacerowaliśmy we trójkę. Ojciec opowiadał nam wtedy o portach na całym świecie, do których wysyłał swoje zboże. Choć sam rzadko wyjeżdżał poza Rosję, raczył matkę i mnie opowieściami o krajach i firmach, z którymi handlował. Ciekawe, czy do Palestyny także sprzedawał zboże.

Kiedy wracaliśmy do namiotu, szedł ze spuszczoną głową, próbowałam poprawić mu nastrój.

– Właśnie sobie wspominałam, jak opowiadałeś kiedyś matce i mnie o firmach, z którymi robiłeś interesy w przeróżnych zakątkach świata.

Na jego twarzy malowała się konsternacja, dopóki nie zapytałam go, czy w przeszłości handlował z kimś tutaj, w Palestynie. No bo któż miałby wiedzieć więcej o jego zdolnościach biznesowych niż osoba, z którą miał okazję prowadzić interesy?

– Też o tym myślałem, ale nie wiem, jak miałbym się przemóc, aby poprosić Palestyńczyka o pracę. – Ojciec pokręcił głową.

Choć nie należał do zagorzałych orędowników ligi obronnej swojego brata, popierał utworzenie Eretz Yisrael jako państwa żydowskiego, w którym Żydzi pracowaliby ramię w ramię. Mimo to nie rozumiałam, dlaczego żywił niechęć wobec pracy na rzecz Palestyńczyka – zwłaszcza takiego, z którym przez lata współpracował.

– A masz inny wybór? Naprawdę myślisz, że długo dasz radę tak ciężko pracować w słońcu i upale? – Nie chciałam mu mówić, że sama próbowałam wszystkiego, aby znaleźć pracę, bezskutecznie. Nikt nie chciał mnie zatrudnić.

Ojciec przechylił głowę i zdawał się rozważać moje słowa.

– Może i masz rację, Saro. Omar Sultan, do którego należy Jaffa Orange, zawsze był dobrym kontrahentem. Być może mógłbym dla niego pracować. – Patrzył przed siebie i choć się nie uśmiechał, przynajmniej nie marszczył już czoła. Po raz pierwszy, odkąd tu przypłynęliśmy, w jego spojrzeniu dostrzegłam coś na kształt ostrożnej nadziei.

ROZDZIAŁ 3

Palestyna

lipiec 1932

SARA

– Czy zastałem pana Omara Sultana? – zapytał ojciec po angielsku, kiedy weszliśmy do siedziby Jaffa Orange. Z Tel Awiwu dotarliśmy tu pieszo; to tylko kilka kilometrów, ale z powodu osłabienia papy musieliśmy zrobić po drodze kilka postojów.

Zza biurka przyglądał nam się arystokratycznie wyglądający mężczyzna w białym, trzyczęściowym, eleganckim garniturze, okularach w metalowych oprawkach i z wypielęgnowanymi wąsami.

– We własnej osobie. – Uśmiechnął się.

– Jestem Avraham Jeziernicky. Byłem właścicielem Odessa Grain. – Ojciec wyciągnął stwardniałą dłoń.

Omar opuścił głowę i zerknął sponad okularów, jakby nie mógł uwierzyć, że stojący przed nim obszarpany człowiek to ta sama osoba, z którą przez dziesiątki lat robił interesy.

– Avraham? – zapytał i uścisnął dłoń ojca. – To ja, Omar. Nie wiedziałem, że wybierasz się do Jafy. Witaj!

– Musieliśmy uciec z kraju, inaczej byśmy zginęli – wyjaśnił ojciec. – To moja córka, Sara.

– Miło panią poznać. – Skinął głową, a ja odpowiedziałam tym samym.

Staliśmy w pełnej skrępowania ciszy.

– Znajdziecie czas na lunch? – zapytał w końcu Omar.

Jestem pewna, że po prostu nie przyszło mu do głowy nic innego. Mój ojciec nie wykazywał najmniejszej chęci opuszczenia biura.

– Oczywiście. – Uśmiechnął się wreszcie.

– Wspaniale. – W głosie Omara nie było entuzjazmu. – Zapraszam w takim razie do mojego domu.

Wyszliśmy za nim z budynku. Ja usiadłam na tylnej kanapie czarnego bentleya, ojciec zaś zajął miejsce z przodu, obok Omara.

Odgłos rozbijających się o brzeg fal i otaczające nas zewsząd piękno choć na chwilę pozwoliły mi zapomnieć, że jesteśmy bezdomnymi uciekinierami. Siedzieliśmy w milczeniu, a Omar wiózł nas przez tętniące życiem ulice Jafy. Ojciec był jedną z pierwszych osób w Odessie, która miała samochód. Wszędzie woził go – nas – kierowca. W tamtym czasie brałam to wszystko za pewnik; ależ byłam naiwna.

Kiedy podjechaliśmy pod dom Omara, ojciec i ja wciąż pozostawaliśmy pod wrażeniem, tego, co zobaczyliśmy po drodze.

– Cóż za niezwykłe miasto. – Ojciec uśmiechnął się z przymusem.

– Jafa to Oblubienica Morza – oświadczył Omar z dumą w głosie.

Z jego dużej posiadłości rozciągał się widok na Morze Śródziemne, a w oddali widać było gaje pomarańczowe. Omar, papa i ja weszliśmy przez duże drzwi z ciemnego drewna do wybudowanej z wapienia rezydencji. W środku sufity były wysokie, podłogi kamienne, światło wpadało tam przez ogromne okna i łukowate drzwi. Pomieszczenia przestronne i jasne, a umeblowanie iście królewskie. Udaliśmy się za Omarem na taras na tyłach domu, a tam usiedliśmy pod treliażami z bugenwillami. Zaniedbani, odziani w to, w czym uciekliśmy z Rosji, wyraźnie nie pasowaliśmy do tej wspaniałej scenerii.

Służąca przyniosła tacę z dzbankiem i trzy szklanki.

– Dziękuję, Yasmine – rzekł Omar, kiedy kobieta nalewała nam herbatę. – Porzuciłeś swój biznes w Rosji, aby przybyć do Palestyny? Mam nadzieję, że nie jesteś jednym z tych syjonistów, Avrahamie. – Omar zasznurował usta.

– Nie jestem syjonistą – odparł szybko ojciec. Zaczęłam się bać. Wuj Izaak ostrzegał nas, że Arabowie są niebezpieczni i nie wolno im ufać, ale w sumie nie zwracaliśmy większej uwagi na jego słowa, bo przecież nie mieliśmy w planach wyjazdu z Odessy. Czy Omar zwabił nas do swojego domu, aby pozbawić nas życia? Od razu zrozumiałam, jak niemądra była ta myśl. Ojciec znał go od dwudziestu lat i widział w nim człowieka sprawiedliwego, uczciwego. – Przybyliśmy tu dlatego, że komuniści zamordowali mi żonę i ogołocili nas z całego dobytku. – Oczy ojca zwilgotniały. – Nie wyobrażasz sobie, jak strasznym przeżyciem była dla nas śmierć mojej pięknej Olgi. Ból nadal pozostaje nie do zniesienia. Potrzebny był nam nowy początek.

– Tak mi przykro z powodu tego, przez co musiałeś przejść, Avrahamie. Życie potrafi być dojmująco trudne, prawda? – Do oczu Omara także napłynęły łzy, odwrócił się.

Spojrzeliśmy po sobie. Czemu Omar tak się wzruszył?

Wyjął chusteczkę.

– Moja żona, Fatima, jest bardzo chora – powiedział, nie patrząc na nas. – To już terminalne stadium raka. Nic więcej nie da się zrobić.

– Tak bardzo mi przykro, Omarze.

Mężczyźnie lekko zadrżała dolna warga. Wzrok miał utkwiony w ogród.

– Nasza córka, Layla, opiekuje się matką od września. Layla za parę miesięcy poślubi wspaniałego mężczyznę. Mam szczerą nadzieję, że Fatima dożyje ślubu córki. – Omar napił się herbaty. – Mój syn jest lekarzem. Po studiach w Anglii porzucił tamtejszą praktykę i kilka miesięcy temu wrócił do domu, aby być bliżej matki. Pracuje w Szpitalu Francuskim w Jafie.

– Z pewnością czerpiesz pociechę z tego, że masz przy sobie dzieci, zwłaszcza że syn jest lekarzem.

Ciekawe, czy istniała szansa na znalezienie pracy w tym Szpitalu Francuskim. Czy moje rosyjskie wykształcenie zostałoby zaakceptowane?

– To prawda – odparł ze smutkiem Omar.

– Moja córka jest pielęgniarką.

– Powiedz, jak długo zamierzacie zostać w Palestynie? – zapytał Omar.

Ojciec odetchnął głęboko.

– Szczerze? – Pokręcił głową. – Nie wiemy, czy w ogóle wrócimy jeszcze do Rosji. – Dosłownie ugięłam się pod ciężarem tych słów. Uścisnęłam dłoń ojca. – Kiedy do władzy doszli czerwoni, nie tylko odebrali mi firmę, ale wręcz wybebeszyli nasz dom. I choć wiedzieliśmy, że jest źle, kiedy przywództwo partii objął Stalin, sprawy przybrały jeszcze gorszy obrót. Kolektywizacja rolnictwa okazała się katastrofą, w kraju było za mało jedzenia. – Spojrzał na Yasmine, zajętą zastawianiem dużego stołu pod treliażami. – Ludzie zostali zmuszeni, by jeść psy i koty. – Ojciec pominął historię o broni wuja Izaaka. Pewnie i dobrze, zważywszy na towarzystwo, w jakim obecnie przebywaliśmy. Tata może nie był prawdziwym syjonistą, ale wuj z pewnością. Westchnął. – Spójrz na moją piękną córkę. – Wskazał na mnie ręką. – Wyobraź ją sobie żyjącą pod stalinowskim jarzmem.

Byłam pewna, że według Omara to szaleństwo ze strony ojca nazywanie mnie piękną w tym zszarganym stroju pielęgniarki. Oczy mu błyszczały i widać było, że z trudem powstrzymuje łzy.

– Skonfiskowali nam wszystko, co wartościowe, a potem zabili mi żonę. – Ojciec, który nie potrafił dłużej się kontrolować, wybuchnął płaczem.

Omar otworzył szerzej oczy.

– To oburzające – oświadczył z mocą.

Po twarzy ojca płynęły łzy.

– Są zaślepieni niegodziwą, niedopuszczającą dyskusji ideologią. Wierzą, że ona daje im prawo zabijać ludzi i odbierać im cały dorobek życia. Zarekwirowali moją firmę, skonfiskowali ziemię, ot tak. – Ojciec pstryknął palcami. – Nawet sobie nie wyobrażasz, ile straciliśmy. – Głos mu drżał. – Tutaj zaczynamy od zera. Mieszkamy w namiocie, a ja pracuję na budowie. – Ukrył twarz w dłoniach, ramiona zadrżały mu z wielkiego żalu.

Przyglądanie się temu łamało mi serce. Omar wydawał się zagubiony. Widok mężczyzny w takim stanie wprawiał go w zakłopotanie. Odwrócił głowę w moją stronę, jakby dopiero teraz mnie dostrzegł.

– Więc jesteś pielęgniarką? – W jego głosie wyczułam desperację.

Kiwnęłam głową, obrzucając spojrzeniem swój spłowiały strój.

– Tak, przez cztery lata pracowałam w szpitalu w Odessie.

– Jako że do ślubu Layli zostało tylko kilka miesięcy, potrzebna mi pielęgniarka, która pomoże w opiece nad chorą żoną. Byłabyś zainteresowana pracą tutaj? – zapytał, zerkając na ojca.

Wiedziałam, że wyszedł z tą propozycją wyłącznie z litości; płacz mojego ojca go krępował.

– Oczywiście – odparłam bez uprzedniej konsultacji z papą.

– Mamy domek dla gości. – Omar wskazał na kamienny budynek w głębi ogrodu. – Moglibyście tam mieszkać, dzięki czemu byłabyś blisko mojej żony.

– Oczywiście. – Przyjęłam tę propozycję w imieniu ojca, a do oczu napłynęły mi łzy wdzięczności. – Pańska hojność jest niewiarygodna.

– Jutro możecie się wprowadzić. – Omar otarł chusteczką czoło. – Służąca wszystko przygotuje.

Zerknęłam w stronę domku, żałując, że nie możemy się wprowadzić jeszcze dziś.

– Nie wiem, jak ci się odpłacimy, Omarze. – Głos ojca był zachrypnięty z żalu.

– Wystarczy, że Sara pomoże Fatimie – zapewnił go Omar. – Moja żona się martwi, że opieka nad nią to dla naszej córki zbyt wielkie obciążenie. To Layla siedzi z nią w domu i się nią zajmuje. Obecność Sary uspokoi Fatimę. I jeśli mam być szczery, przydałby mi się do pomocy człowiek twojego pokroju, Avrahamie. Chciałbym rozszerzyć sprzedaż na rynku lokalnym, a ci nowi żydowscy imigranci prowadzą interesy tylko z innymi Żydami. Zająłbyś się penetracją tych rynków i jestem przekonany, że mogłoby nam to pomóc w dotarciu do innych rynków w ich dawnych ojczyznach. – Na twarzy ojca pojawił się cień uśmiechu. – Obecnie, z powodu obowiązków służbowych, nie jestem w stanie spędzać z Fatimą tyle czasu, ile pragnę. Twoja pomoc odciążyłaby mnie.

– Byłoby naprawdę wspaniale. – Na czerwonej od płaczu twarzy ojca wykwitł szczery uśmiech.

Byłam tak wzruszona życzliwością Omara, że miałam ochotę go uściskać.

Pojawiła się służąca z tacą zastawioną niewielkimi miskami z sałatkami. Dla mnie wyglądało to jak uczta.

ROZDZIAŁ 4

Palestyna

lipiec 1932

SARA

Zapukaliśmy. Drzwi otworzył Omar.

– Witajcie – rzekł. – Wejdźcie, proszę.

U jego boku stała młoda kobieta. Na nasz widok otworzyła usta i przycisnęła dłoń do klatki piersiowej. Jak się domyśliłam, to córka Omara, Layla. Ubrana była w długą, niebieską, plisowaną spódnicę i białą bluzkę, a na jej plecy opadała kaskada błyszczących czarnych włosów. Oczy miała niesamowicie szmaragdowe.

– Laylo, to Avraham i jego córka Sara.

– Miło panią poznać – powiedzieliśmy z ojcem jednym głosem, tymczasem Layla stała z wyrazem oszołomienia na twarzy, jakby nie mogła uwierzyć, że jej baba zatrudnił takich zaniedbanych ludzi.

– Avrahamie. – Omar delikatnie pchnął mojego ojca. – Jedźmy do biura, żeby Layla mogła w spokoju wprowadzić Sarę w jej obowiązki. – Z tonu jego głosu wnioskowałam, że niemal próbuje w ten sposób uciec.

– Panno Sultan? – zapytałam, pamiętając o brytyjskim akcencie, jakiego uczyła mnie w dzieciństwie angielska niania. Layla skinęła głową i patrzyła na mnie, tak jakby nie wierzyła własnym oczom. – Jestem Sara Jeziernicky. Pani ojciec zatrudnił mnie do pomocy przy opiece nad matką. – Starałam się, aby mój ton wyrażał pełen profesjonalizm. Zajmowanie się jedną pacjentką okaże się proste w porównaniu z dwudziestoma albo i większą liczbą, za jaką byłam odpowiedzialna w szpitalu w Odessie.

– Mówiłam ojcu, że nie potrzebujemy nikogo do pomocy – powiedziała Layla. Szok ustąpił, zastąpił go wyraźny chłód.

Błagam, dla dobra mojego ojca, daj mi szansę.Nasza sytuacja była tragiczna i gdyby Layla miała mi nie pozwolić pracować, byłam gotowa błagać.

– Rozumiem. – Spojrzałam na nią błagalnie. – Być może dzisiaj mogłabym jedynie poznać pani matkę i sprawdzić jej parametry życiowe. Potem podejmie pani decyzję, czy chce, abym wróciła. – Tak bardzo pragnęłam utrzymać tę posadę.

Layla stała z rękami skrzyżowanymi na piersi. Nie zamierzała mnie dopuścić w pobliże swojej matki.

– To miłe z pani strony, panno Jeziernicky, ale naprawdę nie potrzebujemy pomocy. – Położyła rękę na drzwiach, jakby się szykowała do zamknięcia ich za mną.

– Przekonajmy się, jak mi dzisiaj pójdzie, a potem pani zdecyduje – nalegałam najdelikatniej, jak potrafiłam. – I proszę mówić mi po imieniu.

Nasze spojrzenia się spotkały. W jej oczach dostrzegłam smutek. Twarz Layli złagodniała i dotarło do mnie, że ona także zajrzała w głąb moich oczu.

Wypuściła głośno powietrze.

– Dobrze – rzekła w końcu, a ja poczułam nagle wielką wdzięczność.

Razem weszłyśmy do pokoju jej matki. Fatima przyglądała się właśnie ogrodowi. Wyglądała niewiarygodnie krucho. Pokój okazał się piękny: wypełniały go książki, obrazy, a z okien rozciągał się widok na wypielęgnowany ogród.

– Mamo, to pielęgniarka, którą baba zatrudnił do pomocy. – Layla wypowiedziała te słowa cicho, jakby krępowało ją to, co zrobił ojciec. – Ma na imię Sara. – Jej ton dawał jasno do zrozumienia, że ma mnie za śmiecia.

Fatima uśmiechnęła się do mnie.

– Mąż opowiedział mi o tobie – rzekła. – Bardzo mi przykro z powodu tego, co przyszło wam stracić. Musi wam być potwornie trudno. Mam nadzieję, że tobie i twojemu ojcu będzie wygodnie w domku dla gości.

Jej słowa były niczym balsam dla mojej duszy. Ta kobieta leżała na łożu śmierci, a mimo to martwiła się o mnie.

– Dziękuję, pani Sultan. – Spojrzałam na Laylę, która utrzymywała chłodny wyraz twarzy. – Moją rolą jest jedynie pomoc pani córce i monitorowanie pani parametrów życiowych. – Chciałam, aby Layla wiedziała, że wiem, gdzie jest moje miejsce.

– Yousefie – rzekła Layla do kogoś stojącego za mną.

Odwróciłam się i moim oczom ukazał się najpiękniejszy mężczyzna, jakiego dane mi było widzieć – faliste kruczoczarne włosy, szmaragdowe oczy i cudowna oliwkowa cera. W tej jednak chwili musiałam się skupić wyłącznie na zdobyciu tej pracy. Uroda nieznajomego nie miała dla mnie znaczenia.

– To jest Sara. – Fatima ujęła moją dłoń i ją uścisnęła. – A to mój syn, Yousef.

Pochyliłam głowę.

– Miło pana poznać, sir.

– Chciałbym przejść z Sarą do drugiego pokoju i omówić z nią kilka spraw, o ile nie macie nic przeciwko – zwrócił się oficjalnie Yousef do Layli i ich matki.

W kwestii mojego doświadczenia w zawodzie Omar zadał mi w zasadzie tylko jedno pytanie. Syn lekarz z całą pewnością wykaże większą dbałość odnośnie do tego, kto się zajmuje jego umierającą matką.

– Oczywiście. – Layla wyraźnie się ożywiła. Jak nic miała pewność, że jej brat mnie odprawi.

Kiedy wchodziłam za nim do ogromnej kuchni, rozmyślałam, w jaki sposób go przekonać, że jestem właściwą osobą na to stanowisko. Gestem pokazał, abym usiadła przy stole, a kiedy nalewał do dwóch szklanek świeżo wyciśnięty sok z pomarańczy, rozejrzałam się. Zza stołu przygotowanego na osiem osób rozciągał się widok na ogród. Podłoga była marmurowa, a intensywnie żółte ściany zdobiły obrazy. Yousef otworzył lodówkę i wyjął kilka małych talerzy z wędlinami, serem i oliwkami, po czym postawił je na stole.

W gardle miałam tak sucho, że sok mogłabym wypić duszkiem, pohamowałam się jednak, żeby nie zobaczył mojej desperacji. Napój okazał się przepyszny, słodki; od lat nie miałam w ustach niczego tak dobrego. W normalnych okolicznościach zbyt bym się denerwowała, aby jeść podczas ważnej rozmowy, byłam jednak tak głodna, że wszystko inne zeszło na dalszy plan. Poczęstowałam się kawałkiem sera, przeżuwałam go najwolniej, jak tylko zdołałam.

– Proszę, jedz, ile tylko masz ochotę – powiedział Yousef. – W mojej kulturze pozostawienie jedzenia na talerzu stanowi obrazę dla gospodarza.

Cóż, w żadnym razie nie chciałam go obrazić.

– Dziękuję – rzekłam cicho, pełna wdzięczności. Wyczuł mój głód i pragnienie, czy dlatego przyprowadził mnie do kuchni? Już go lubiłam. Sprawiał wrażenie człowieka pełnego empatii.

– Gdzie w Rosji pracowałaś jako pielęgniarka? – zapytał.

– W szpitalu w Odessie.

– Specjalizowałaś się w czymś?

– Niestety. – Przełknęłam kęs sera. – Wykonywaliśmy wiele amputacji. – Byłam doświadczoną pielęgniarką. Jedyne, co musiałam zrobić, to powiedzieć mu prawdę. – Kiedy nasze miasto zostało przejęte przez komunistów, sytuacja ekonomiczna uległa pogorszeniu do tego stopnia, że wielu ludzi nie miało za co ogrzewać zimą swoich domów. Dodatkowo swoje zrobili Stalin i głód. Było mnóstwo przypadków odmrożeń, które doprowadziły do gangreny. Na sali operacyjnej mieliśmy trzy stanowiska i bywało, że amputowaliśmy kończyny przez cały dzień. – Nie kontrolując się, wzięłam z talerza jeszcze jeden kawałek sera.

Yousef uniósł brwi.

– Ja też musiałem dokonać sporej liczby amputacji.

Proszę, coś nas łączy. Oboje odcięliśmy wiele rąk i nóg.

– Na czym konkretnie polegała twoja rola podczas tego typu operacji? – zapytał Yousef, nachylając się w moją stronę.

Zaczerpnęłam tchu.

– Znieczulałam pacjenta chloroformem. Zakładałam krępulec. Kiedy lekarz przystępował do amputacji, powiedzmy, nogi poniżej kolana, ja uciskałam arterię udową pacjenta, a drugą ręką asekurowałam jego ciało. – W gardle mi zaschło, upiłam łyk soku. – Lekarze, którym asystowałam, wykonywali koliste nacięcia w skórze, przecinali ścięg-na i docierali do mięśni. Następnie podwiązywałam tętnice, które lekarz oddzielał od mięśni.

Yousef nie spuszczał ze mnie wzroku. Wydawał się autentycznie zainteresowany tym, co mam do powiedzenia.

– Po amputowaniu kończyny to ja najczęściej zasłaniałam ranę płatami skóry i zakładałam szwy.

Kiwał głową, kiedy omawiałam każdą część operacji, jakby odhaczał kolejne punkty.

– Twój opis jest wręcz podręcznikowy. – Następnie zapytał o moje wykształcenie i przedstawił różne scenariusze, jakie mogły mieć miejsce w czasie opieki nad jego matką. Po każdej mojej odpowiedzi kiwał głową i widziałam, że jest zadowolony.

– Doktorze Sultan, do swoich obowiązków jako pielęgniarki podchodzę bardzo poważnie, bez względu na to, kto jest moim pacjentem. Zapewnię pańskiej matce najlepszą opiekę, jaką tylko jestem w stanie – oświadczyłam.

– Moja matka jest dla mnie całym światem. Opieki nad nią nie powierzyłbym byle komu. – Oczy mu błyszczały. – Z rozmowy z tobą wynika, że jesteś osobą z odpowiednim doświadczeniem. Miałem okazję poznać wiele pielęgniarek. Przypominasz mi jedną, którą znałem w Anglii. Darcy pasjonowała się medycyną i cechowała ją ogromna empatia. Intuicja mi mówi, że jesteś do niej podobna. Moja matka ma szczęście, że tu trafiłaś, i uwierz mi, to największy komplement, jakim mógłbym cię obdarzyć.

Uśmiechnął się, a ja się rozluźniłam. Siedzieliśmy i gawędziliśmy o Anglii i Rosji, a w międzyczasie zjadłam resztę wędlin i sera. Czułam się tysiąc razy lepiej. Potem wróciliśmy razem do pokoju Fatimy. Yousef podszedł do matki i ucałował jej dłoń.

– Baba znalazł ci wspaniałą pielęgniarkę. – Fatima mocno go przytuliła. – Laylo, możemy na chwilę wyjść? – zapytał, kiedy matka w końcu go puściła.

Siostra powiedziała do niego coś po arabsku.

– Laylo! – Ton głosu Fatimy był karcący.

Udali się na korytarz, a ja podeszłam do chorej.

– Czy mogę coś dla pani zrobić? – zapytałam. – Chciałaby pani, abym później ją wykąpała?

Odetchnęła z ulgą.

– Byłoby cudownie. Przez tę potworną chorobę mam ciało niczym pomarszczony owoc i nie znoszę, kiedy Layla ogląda mnie w takim stanie.

– Ma pani problem z jedzeniem?

Zadrżała jej broda.

– Trudno mi połykać – wyznała.

– Czemu nic nie powiedziałaś, kiedy cię o to pytałam? – Za nami rozbrzmiał głos Layli.

Fatima uśmiechnęła się blado do córki.

– Już i tak wiele dla mnie robisz. Nie chciałam jeszcze bardziej cię obciążać.

– Mogę rozgniatać pani jedzenie – zaproponowałam.

– Za słabo widzę, żeby czytać – westchnęła Fatima.

Uradowana popatrzyłam na półki z książkami. Od zawsze uwielbiałam czytać.

– Z przyjemnością pani poczytam – rzekłam.

– Laylo – Fatima spojrzała na córkę – odpocznij trochę w czasie, kiedy Sara będzie mi czytać.

Layla otworzyła usta, żeby zaprotestować, ale ubiegł ją Yousef.

– Świetny pomysł.

Dziewczyna po raz kolejny otworzyła usta, ale tym razem brat pogroził jej palcem za plecami matki, a potem wyprowadził ją na korytarz.

Fatima wskazała na leżącą przy łóżku książkę. Otworzyłam na stronie zaznaczonej zakładką.

– Yousef czytał mi jeden ze swoich ulubionych wierszy. – Uśmiechnęła się.

Więc Yousef lubi poezję.

– To piękny wiersz zatytułowany Biała róża, autorstwa Johna Boyle’a O’Reilly’ego – wyjaśniła Fatima.

Zaczęłam czytać.

Czerwona róża szepcze o pasji,

Biała zaś o miłości;

Pierwsza to szybujący sokół,

Druga – łagodna gołębica.

Tobie wysyłam biały pączek róży,

Oblany delikatnym rumieńcem;

Bo miłość najczystsza i najsłodsza

Składa na ustach pocałunek gorący.

ROZDZIAŁ 5

Palestyna

lipiec 1932

SARA

W nagrzanej łazience unosiła się para. Stałam pod strumieniem gorącej wody, rozkoszując się ciepłem. Minęło tyle czasu, odkąd w naszym domu w Odessie mieliśmy prąd i ogrzewanie. Moje myśli pomknęły ku zimowym dniom, kiedy razem z ojcem kuliliśmy się w ciepłych okryciach przy kominku, próbując się rozgrzać, i tym wieczorom, kiedy chodziliśmy spać bez kolacji, bo choć pracowaliśmy, często brakowało jedzenia. Oczywiście nie różniliśmy się tym od większości Rosjan po rewolucji, ale ta świadomość wcale nie czyniła okoliczności łatwiejszymi do zniesienia.

Podczas gdy ciepła woda pieściła mi ciało, dumałam nad zmianami, jakie zaszły w naszym życiu. Omar i jego żona powitali nas w swoim domu z otwartymi ramionami. W spojrzeniu Layli wyczuwałam dezaprobatę, ale jej brat okazał się prawdziwym dżentelmenem. Doktor Yousef Sultan był mężczyzną wysokim, o wyrazistych rysach twarzy, miał atletyczną budowę i szerokie ramiona. Ekspresyjne oczy wypełniał ogień, a szeroki uśmiech świadczył o pewności siebie. Gdyby do naszego spotkania doszło w czasach, kiedy mieszkaliśmy w Rosji, z chęcią poznałabym go bliżej. Co nie znaczy, że on choć trochę się mną interesował. Pomyślałam o swoim stroju pielęgniarki i tym, jaki jest wyświechtany. Wyglądałam, jakbym mieszkała na ulicy.

Kiedy się wycierałam, przypomniałam sobie o spojrzeniu Layli, wciąż patrzyła na mnie z góry. Na jej miejscu zachowywałabym się pewnie tak samo. Jej brat wydawał się inny. Bardziej wyrozumiały i mniej powierzchowny. Kiedy opisywałam kolejne etapy amputacji, uważnie mnie słuchał. Widziałam, jak bardzo kocha matkę, jak załamany jest jej rychłym odejściem. Bardzo mnie to wzruszało. Sama straciłam matkę tak niedawno. Doskonale rozumiałam jego uczucia.

Podeszłam do kufra z ubraniami i dodatkami, który rankiem przyniesiono mi na polecenie Fatimy. Założyłam żółtą sukienkę. Pasowała idealnie. Przejrzałam się w lustrze i na widok swojej transformacji głośno wciągnęłam powietrze. Długie jasne włosy były wreszcie czyste i lśniące. Muśnięta słońcem cera podkreślała błękit oczu, a w sukience wyglądałam elegancko, nawet wytwornie. Czy to naprawdę ja? Kiedy szłam przez ogród do nowej pracy, czułam się jak zupełnie inna osoba.

Fatima leżała w łóżku, a przy niej siedział Omar. W wazonie na biurku stały świeżo ścięte róże. Z ogrodu?

– Mam zaczekać na korytarzu? – zapytałam, nie chcąc przeszkadzać.

– Nie – odparła Fatima. – Omar wybiera się do pracy.

– W rzeczy samej, moja kochana, ale zobaczymy się wieczorem na kolacji razem z dziećmi. – Pocałował ją delikatnie i wstał. – Dziękuję, Saro, że opiekujesz się moim drogocennym klejnotem.

– Dziękuję, że powierzył pan mojej opiece taką wyjątkową osobę – oświadczyłam szczerze.

Usiadłam na miejscu zwolnionym przez Omara.

– O rety, wyglądasz jak promyk słońca – orzekła Fatima.

– Nie znam słów, którymi potrafiłabym wyrazić swoją wdzięczność. Te rzeczy są wprost piękne. Od lat nie miałam na sobie czegoś takiego. Dziękuję pani. – Głos mi zadrżał.

Fatima zdawała się nie słyszeć moich słów. Twarz miała ściągniętą, trzymała się za bok.

– Coś się stało? – zapytałam.

Z kącików jej oczu popłynęły łzy.

– Moje plecy. – Głos jej się łamał. – Ból przychodzi i odchodzi. Yasmine ogrzewa dla mnie butelkę z wodą. Zechciałabyś ją przynieść?

Wyszłam z pokoju i udałam się szybkim krokiem do kuchni. Yasmine wręczyła mi butelkę. Wróciwszy do Fatimy, delikatnie pomogłam jej się przekręcić na bok i umieściłam pod nią butelkę.

Kiedy ciepło zaczęło docierać do jej pleców, odrobinę się rozluźniła.

– Znacznie lepiej.

*

– Yousef – odezwała się Fatima, a ja się odwróciłam. Do kuchni wszedł jej syn.

Nasze spojrzenia na chwilę się skrzyżowały. W jego oczach dostrzegłam zaskoczenie i sprawiło mi to przyjemność. Odwrócił wzrok, ale jakaś iskra i tak zdążyła przeskoczyć między nami – a może tylko to sobie wyobraziłam?

– Dzień dobry – powiedziałam, uśmiechając się ciepło. – Doskonałe wyczucie czasu. Posiłek pańskiej matki jest prawie gotowy. – Wskazałam na trzymaną w ręce miskę, chcąc, aby wiedział, że nie mam nic przeciwko wykonywaniu dodatkowych czynności, byle tylko jego matka czuła, że jest pod dobrą opieką.

– Wygląda apetycznie – zażartował, rzuciwszy okiem na rozgniecione warzywa. – Ale ja pozostanę przy tradycyjnie przygotowanych daniach. – Podszedł do matki, ujął jej dłoń i ucałował. – Dobrą dziś byłaś pacjentką?

– Najlepszą – odpowiedziałam za nią.

– Jakbyś musiał o to pytać – zbeształa Yousefa. – Ty z kolei zawsze byłeś skłonny do psot.

Kiedy się wyprostował i zerknął na mnie, na jego twarzy błąkał się półuśmiech.

– A kto mówi, że już nie jestem?

Postawiłam miskę na stole i cofnęłam się, licząc, że nie dostrzeże mojego rumieńca. To niemożliwe, żeby ze mną flirtował – nie w sytuacji, kiedy poznaliśmy się zaledwie wczoraj, nie w sytuacji, kiedy byłam opiekunką jego matki. I przede wszystkim dlatego, że należeliśmy do dwóch różnych światów: palestyński lekarz i rosyjska żydówka, w dodatku uchodźczyni. To nie było możliwe.

Przez chwilę żałowałam, że nie jest inaczej.

CZĘŚĆ DRUGA

ROZDZIAŁ 6

Obóz Nahr al-Bared, Liban

zima 1981

AMEER

Blaszane drzwi otworzyły się z takim impetem, że wbiły się w ceglaną ścianę. Kawałeczki gliny fruwały w powietrzu jak konfetti, kiedy do naszej chaty wparował Tamir.

– Musimy już iść – oświadczył mój brat bliźniak, omiatając wzrokiem babę, siedzącego na podłodze obok naszego radia na baterie, dziadka i mnie. – Wszyscy czekają, żeby życzyć Ameerowi powodzenia.

Wyprostowałem się; z powodu dzisiejszej okazji, najważniejszej w moim życiu, zamiast na słomianej macie wolno mi było siedzieć na poduszce.

– No to jedziemy po wygraną – rzucił do mnie dziadek. Dopił małą, parzoną po arabsku kawę i postawił filiżankę na podłodze.

Zerwałem się i pomogłem dziadkowi wstać.

Mama, która stała obok kuchenki naftowej, schyliła się i ostrożnie podniosła moją baterię w specjalnej skrzynce, którą wcześniej postawiła obok worka z ryżem z emblematem ONZ. Spojrzałem na arkusz blachy, służący nam za dach, i zdjąłem worek, w którym trzymałem żarówkę. Tamir podszedł szybko do przymocowanych do ściany plakatu i ładowarki, nad którymi wisiała lampa naftowa. Ostrożnie zdjął plakat, pracowałem nad nim cały tydzień – wyjaśniał on mój wynalazek, czyli baterię słoneczną. Dyrektor Orabi pozwolił mi korzystać ze wszystkich pomocy, jakie znalazłem w obozowej pracowni plastycznej. Skończyłem dziesięcioletnią szkołę w obozie i w tej chwili byłem uczniem ostatniej klasy liceum w Trypolisie, ale my postrzegaliśmy to tak, że reprezentuję nasz obóz i wszystkich innych palestyńskich uchodźców w Libanie.

Z drugiej izby wyszły moje siostry, Dalal i Manar. Miały na sobie piękne suknie uszyte ze skrawków kupionych przez mamę na pchlim targu.

Stanęły po obu stronach dziadka, wzięły go pod ramię i pomogły przejść po nierównej betonowej płycie, która służyła nam za podłogę.

Baba z uśmiechem niósł baterię w drewnianej skrzynce, z taką samą ostrożnością, z jaką niósłby własne dziecko. Obok naszego ojca szedł wyprostowany Tamir, dzierżąc plakat i podstawę pod ładowarkę. Wyszedłem za nimi, trzymając pudełko, w którym umieściłem żarówkę, szkło i przewody. Jako pierwszy palestyński uchodźca, który nie tylko wziął udział w konkursie, ale zakwalifikował się do finału Państwowego Konkursu Naukowego, byłem wniebowzięty.

– Powodzenia, Ameer! – zawołał ojciec Barakata. Stał przed swoją chatą razem z żoną, Zuhairą, i dwójką dzieci. – Wygraj dla Barakata – dodał drżącym głosem, przypominając, jak bardzo brakuje mi najlepszego przyjaciela, którego dziewięć lat temu zabił izraelski pocisk.

Mama im pomachała. Manar i Dalal szły po obu stronach naszego niewidomego dziadka, a on wspierał się na nich jak na lasce.

W drodze do taksówki towarzyszyła nam połowa obozu dla uchodźców. Szliśmy wyboistą asfaltową drogą, równoległą do morza. W drzwiach swoich domów stały całe rodziny, pokazując znak zwycięstwa i klaszcząc.

– Z drogi! – zawołał Tamir do biegnących przed nami dzieci, kiedy dotarliśmy do mostu, na którym czekała taksówka. Kierowca otworzył bagażnik i baba ostrożnie umieścił w nim skrzynkę z baterią. Obok niej postawił wzięte ode mnie pudełko, następnie zdjął marynarkę, okrył nią skrzynkę i pudełko, a na niej z kolei umieścił podstawę do ładowania. Stałem z wysoko uniesioną głową, kiedy baba na samej górze położył plakat. Niesamowicie podobały mi się duże litery i przejrzyste, kolorowe, ale nie przesadnie uproszczone schematy, które narysowałem z ogromną dbałością o szczegóły.

Dziadek usiadł z przodu, obok kierowcy, ja w drugim rzędzie, między rodzicami, a tylną kanapę zajęło moje rodzeństwo. Wokół samochodu stali ludzie pokazujący znaki zwycięstwa i skandujący moje imię. Taksówkarz zatrąbił. Kiedy wyjeżdżaliśmy z obozu, dzieci biegły za samochodem. Czułem się jak bohater. Mama nieprzerwanie machała wszystkim przez szybę i uśmiechała się od ucha do ucha. Babie błyszczały oczy. A ja jeszcze nigdy nie czułem się taki wysoki, wielki i silny. Otoczony rodziną i wspierany przez rodaków, wierzyłem, że jestem w stanie podbić świat.

Tuż za granicą obozu znajdował się punkt kontrolny. Na ulicy stał z uniesioną ręką libański żołnierz, na oko trzydziestoparoletni. Libański taksówkarz zatrzymał się i opuścił szybę.

– Dokumenty – zażądał żołnierz od kierowcy, zaglądając z groźną miną do wnętrza taksówki.

Zamieszkujący obóz ludzie nienawidzili tego punktu kontrolnego. Nim nasi przywódcy utworzyli MTF, organizację pomagającą nam przetrwać, która przejęła ochronę nad obozem, ci żołnierze co rusz nachodzili mieszkańców w ich domach. Teraz znajdowali się przynajmniej poza granicą obozu. Sprawdzali podróżujących, tak jakby ci udawali się do innego kraju.

Cały skuliłem się w sobie, kiedy napotkałem zimne spojrzenie żołnierza. Jego górna warga się podwinęła. Wszyscy podaliśmy kierowcy nasze papiery uchodźców. Obecność żołnierza wywarła natychmiastowy wpływ na każdego z nas – dziadek i rodzice wyglądali na przybitych. Żołnierz przejrzał po kolei dokumenty, krzywiąc się na widok kolejnych zdjęć. Kiedy skończył, wrzucił je przez opuszczoną szybę. Upadły na kolana kierowcy, a ten szybko je pozbierał.

– Wyjdź i otwórz bagażnik! – polecił żołnierz taksówkarzowi.

– Lepiej też wyjdę – powiedział baba i sięgnął do klamki.

– Zostać w samochodzie! – warknął do niego żołnierz.

Baba zesztywniał. Przez chwilę siedział z uniesioną ręką, w końcu ją opuścił. Mamie zadrżały usta. Ściskało mnie mocno w żołądku. Miałem wrażenie, że samochód się skurczył i jego ściany na mnie napierają.

Otworzyli bagażnik.

– Co to? – Usłyszałem, jak żołnierz pyta kierowcę.

– Rzeczy należące do pasażerów – wyjaśnił taksówkarz.

Żołnierz podszedł do szyby od strony mojego ojca i pokazał mu plakat.

– Co to jest? – warknął.

– Mój syn bierze udział w libańskim konkursie naukowym – odparł baba drżącym głosem i otarł dłonią czoło.

– Pozwalają uchodźcom brać w nim udział? – W głosie żołnierza pobrzmiewała drwina.

– To pierwszy rok. – Baba przełknął ślinę.

Żołnierz wbił bagnet w środek mojego plakatu. Następnie rzucił go na ziemię i zaczął po nim deptać podbitymi metalem wojskowymi butami, rozrywając go na kawałki. Cofnął się do bagażnika i wyjął podstawę, podszedł z nią do szyby od strony baby i rzucił ją na ziemię. I także zdeptał. Baba zamknął oczy. Mama zakwiliła. Ktoś jęknął. Miałem wrażenie, że na moją klatkę piersiową napiera ogromny ciężar.

Żołnierz ponownie cofnął się do bagażnika i chwilę potem wrócił z dwiema skrzynkami. Jedną postawił na dachu taksówki, a drugą odwrócił do góry dnem. Wypadła z niej bateria, którą szybko kopnął. Zobaczyłem, jak żarówka, przewody i kawałki szkła rozbijają się o ziemię. Myślałem, że eksploduję. Usłyszałem chrzęst szkła, kiedy żołnierz dopilnowywał, aby wszystko zostało zniszczone.

Otworzył drzwi i rzucił do baby:

– Zabierajcie swoje śmieci i wynocha.

Baba wysiadł ze spuszczoną głową i zaczął zbierać do pudełka fragmenty baterii i kawałki szkła.

– Ruchy! – zawołał żołnierz.

– Mogę mu pomóc? – zapytała błagalnie mama.

– Tak, i to szybko. Nie będę na was tracił całego dnia.

Mama i baba zbierali wszystko i wkładali do skrzynki. W oczach ojca widziałem gniew. Wiele fragmentów musieli wygrzebywać na klęczkach z piachu. Mama wycierała każdy kawałek szkła skrajem swojej chustki na głowę. Baba zebrał przewody i próbował złożyć podstawę pod ładowarkę. Z oczu moich przerażonych sióstr płynęły łzy. Tamir siedział z dłońmi zaciśniętymi w pięści.

Poprosiliśmy kierowcę, by nas zawiózł do pobliskiego obozu, abyśmy przed dalszą drogą do Bejrutu mogli poskładać ładowarkę i baterię. Jako że Tamir pracował dla MTF, udaliśmy się do ich biura w obozie i mój brat wyjaśnił, co się stało na wojskowym punkcie kontrolnym. Natychmiast połączono się przez radio z Old Manem, jak zwano Abu Ammara, przywódcę MTF. Nakazał zapewnić pojazd, który zawiezie nas do centrum kongresowego w Bejrucie, i obiecał, że znajdzie się inna żarówka w miejsce tej potłuczonej.

Kiedy podjechał van, szybko zapakowaliśmy się do środka i ruszyliśmy w drogę.

– Teraz to już na pewno nie wygram. – Westchnąłem.

Dziadek chwycił mnie za ramię. Spojrzałem na niego zaskoczony.

– Nie zamierzam cię okłamywać, Ameerze – oświadczył tonem, jakiego nigdy u niego nie słyszałem. – Nie zamierzam upiększać rzeczywistości. Świat bywa okrutny. Życie potrafi zadać ciosy tak silne, że człowiekowi się wydaje, iż nigdy się po nich nie podniesie. Ale ten twój projekt przywrócił mi nadzieję, przypomniał, że nasze umysły potrafią nas uwalniać, bez względu na to, w jakim tkwimy więzieniu.

Do tej pory serce waliło mi jak młotem, ale nagle zatrzepotało. Przywróciłem mu nadzieję.

Dziadek uścisnął mi ramię.

– Życie wdepcze cię w ziemię, jeśli mu na to pozwolisz. Ale musisz się nauczyć podnosić po każdym ciosie. Tak właśnie robią zwycięzcy. Nie poddawaj się. Jesteś na to zbyt silny. Masz naszą miłość i wsparcie, jednak nie odniesiesz sukcesu, jeśli nie zdecydujesz się powstawać po każdym nokaucie.

– Ale ten żołnierz zepsuł mój projekt – jęknąłem. Dziadek był ślepy i nie mógł widzieć ogromu zniszczeń.

– Dopóki jesteś w stanie zapalić tę żarówkę, nie odpadasz z gry. Liczy się pomyślunek stojący za projektem, a nie to, jak ładnie się on prezentuje. Musisz wierzyć w swoją pracę, swoją pomysłowość i swoje umiejętności jako wynalazcy. Zrobisz to, co trzeba, aby wygrać?

Uścisnąłem jego dłoń. Zacząłem się zastanawiać, jak zaraz po dotarciu na miejsce zrobić nowy plakat. Tamir i baba mogli poskładać ładowarkę. Mój plakat nie byłby już taki kolorowy, ale w jasny i przejrzysty sposób przedstawiłbym budowę ładowarki oraz potencjał energii słonecznej. Kiedy dotarliśmy na obrzeża miasta, wiedziałem już, jak odtworzyć obudowę.

Wyglądałem przez szybę. To moja pierwsza wizyta w libańskiej stolicy. Wokół wznosiły się wysokie budynki z kamienia i betonu z wielkimi oknami. Wzdłuż drogi ciągnął się sznur samochodów, trąbiących na pojazdy przed sobą. Ludzie na chodnikach szli w takim pośpiechu, jakby już byli spóźnieni; na rogach ulic stali sprzedawcy gazet; handlarze głośnym wołaniem zwracali na siebie uwagę przechodniów. Przy stolikach rozstawionych przed kawiarniami i bistrami siedzieli ludzie w wymyślnych strojach. W witrynach sklepowych prezentowały się wyglądające na drogie ubrania. Po mieście rozrzucone były banki, hotele, parki i skwery. Brukowanymi ulicami jeździły błyszczące samochody. Nadmorską promenadą spacerowali piękni ludzie. Nigdy dotąd nie widziałem czegoś takiego, ale moją uwagę przykuły przede wszystkim migające neony oraz światło w sklepach.

– Czemu ktoś miałby się zainteresować moją małą żarówką, skoro całe miasto pełne jest światła? – zapytałem, czując się jak zużyty papierowy kubek, który trzeba wyrzucić. W obozie światło mieliśmy tylko w przychodni.

– Żaden z tych neonów nie jest napędzany energią słoneczną – rzekł Dziadek. – Ty wykorzystałeś inne źródło energii. I to właśnie jest genialne. Umiejętność dostrzeżenia tego, czego nie widzą inni. Ty ją posiadasz. Nie zaprzepaść jej. Weź się w garść i zrób, co trzeba. Przyjechaliśmy do Bejrutu po zwycięstwo.

Wyrzuciwszy nas pod centrum kongresowym, kierowca udał się do siedziby głównej MTF po zastępczą żarówkę. Choć mój projekt był popsuty i brudny, to kiedy wysiadłem z samochodu, próbowałem obudzić w sobie ducha zwycięzcy, otoczonego przez swój zespół.