Wydawca: Filia Kategoria: Kryminał Język: polski Rok wydania: 2018

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 623 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Oblicze śmierci - Cody McFadyen

 

Czasami śmierć to nie najgorsze, co może cię spotkać… Co kiedy prawdziwe cierpienie dotyka ocalałych?

Agentka specjalna FBI Smoky Barrett na tropie psychopatycznego mordercy, który wymyka się ludzkiemu pojęciu.

Szesnastoletnia Sarah zostaje odnaleziona na miejscu makabrycznego potrójnego morderstwa. Przyciska do skroni broń, twierdząc że jej adopcyjna rodzina padła ofiarą Obcego. Tego samego, który od lat podąża jej tropem, zabijając wszystkich, których dziewczyna pokocha.

Agentka specjalna Smoky Barrett jest szefową jednostki specjalnej - wydziału FBI ścigającego najbrutalniejszych seryjnych morderców, istne bestie w ludzkiej skórze. Jego członkowie zostali wyselekcjonowani spośród najlepszych, stanowią elitę. Niezmordowani i dręczeni obsesjami, niemal jak ci, których ścigają. Kolejna brutalna zbrodnia naprowadza ich na ślad mrocznej krucjaty mordercy, pełnej śmierci i cierpienia. To zwyrodnialec pełen chorych, artystycznych wizji. Chce uczynić z Sarah ofiarę doskonałą i zarazem swą ostateczną broń. Smoky Barrett ma jednak inny, bardziej osobisty powód, dla którego chce schwytać Obcego: adoptowaną córkę i nowe życie, które warto chronić za wszelką cenę.

Kolejny tom z agentką specjalną FBI Smoky Barrett!

Opinie o ebooku Oblicze śmierci - Cody McFadyen

Fragment ebooka Oblicze śmierci - Cody McFadyen

Dla Brieanny, mojej „Małej B”

Podziękowania

Jak zwykle dziękuję Lizie i Havisowi Dawsonom za ogromne wsparcie, rady, zachętę i za reprezentowanie mnie. Danielle Perez i Nickowi Sayersowi, moim redaktorom odpowiednio w Bantam i w Hodder; to była trudna książka, a oni nie pozwolili mi postawić ostatniej kropki, dopóki wszystko nie zostało zapięte na ostatni guzik. Chandler Crawford za to, że tak wspaniale reprezentuje mnie za granicą. Wreszcie mojej rodzinie i przyjaciołom za to, że tak cierpliwie mnie znosili, gdy pisałem tę książkę. Nie wiem, czy jestem wyjątkiem od reguły, ale zdecydowanie trudno ze mną wytrzymać, zwłaszcza kiedy napotykam trudności w pisaniu.

I

WODOPÓJ(GDZIEGASZĄPRAGNIENIEMROCZNEBESTIE)

1

Widzę we śnie oblicze śmierci.

Nigdy nie jest takie samo, zawsze się zmienia. U tak wielu jej rysy pojawiają się w nieodpowiednim czasie, chociaż koniec końców wszyscy przybierają jej twarz. Ja spoglądam w oblicze śmierci raz za razem.

To twoja praca, idiotko, mówi głos w moim śnie.

Głos ma racę. Pracuję w wydziale FBI w Los Angeles i jestem odpowiedzialna za ściganie najgorszych zbrodniarzy pod słońcem: dzieciobójców, seryjnych morderców, mężczyzn (a czasem również kobiety) pozbawionych sumienia, wszelkiego umiaru i skrupułów. Zajmuję się tym już od ponad dziesięciu lat i jeśli jeszcze nie widziałam wszystkiego, to z pewnością napotkałam śmierć pod wieloma postaciami. Jest nieskończona i wyniszczająca. Jej niczym nieskrępowana maska ciąży na duszy człowieka.

Dziś w nocy jej oblicze zmienia się jak błysk lampy stroboskopowej we mgle. Przybiera rysy osób, które kiedyś znałam. Mąż, córka, przyjaciółka. Matt, Alexa, Annie.

Martwy, martwa, martwa.

Spoglądam w lustro, które niczego nie odbija. Śmieje się ze mnie. Rży ze śmiechu jak osioł, ryczy jak krowa. Uderzam je pięścią i lustro rozpada się na kawałki. Na moim policzku wykwita purpurowy siniak, niczym róża. Jest cudny, czuję to.

W odłamkach lustra pojawia się moja twarz.

I znów ten głos: Złamane rzeczy nadal potrafią odbijać światło.

Budzę się i otwieram oczy. To bardzo dziwne uczucie, przeskoczyć w mgnieniu oka z głębokiego snu w stan pełnej świadomości. Cóż, przynajmniej nie budzę się już z wrzaskiem.

Nie mogę powiedzieć tego samego o Bonnie. Odwracam się na bok, żeby na nią spojrzeć – ostrożnie, aby przypadkiem jej nie szturchnąć. Okazuje się, że już nie śpi. Wpatruje mi się w oczy.

– Obudziłam cię, kochanie? – pytam

Potrząsa głową. Nie, mówi.

Jest późno i sen nadal wisi nad nami. Gdybyśmy chciały, mógłby nas znów pociągnąć za sobą. Wyciągam ramiona. Moja adoptowana córka przysuwa się do mnie bliżej. Przytulam ją mocno, ale nie przesadnie. Wdycham słodki zapach jej włosów i ciemność znów nas ogarnia z szeptem fal oceanu.

Po przebudzeniu czuję się wspaniale – naprawdę wypoczęta, co nie zdarzyło mi się od bardzo długiego czasu. Sen sprawił, że czuję się oczyszczona. Delikatnie oskrobana z brudu.

Nie czuję pośpiechu, tylko spokój i zamyślenie. Nie muszę się martwić o nic szczególnego, co jest dziwne; zmartwienie jest dla mnie niczym amputowana kończyna. Mam wrażenie, jakbym była zamknięta w bańce mydlanej albo w łonie. Nie wzbraniam się, poddaję się temu uczuciu, unosząc się przez chwilę w nicości i wsłuchując w mój własny biały szum. To właśnie jest sobotni poranek, nie tylko z nazwy, ale w całej swojej istocie.

Spoglądam tam, gdzie powinna leżeć Bonnie, i widzę tylko skotłowaną pościel. Nadstawiam ucha i dobiega mnie ciche plaskanie dziecięcych stóp po podłodze domu. Posiadanie dziesięcioletniej córki jest niczym mieszkanie z elfem – czysta magia.

Przeciągam się z rozkoszą. Czuję się jak kocica. Brakuje mi tylko jednej rzeczy, by ten poranek stał się idealny. Łapię w nozdrza delikatny zapach.

Kawa.

Wyskakuję z łóżka i schodzę na dół, do kuchni. Z zadowoleniem odnotowuję, że mam na sobie tylko stary podkoszulek, wygodną parę „babcinych” majtek i niemożliwie wręcz puchate kapcie w kształcie słoni. Moje włosy wyglądają jak po ataku huraganu, ale nic mnie to nie obchodzi, ponieważ jest sobota i w domu nie ma nikogo poza nami dwiema. Tylko dziewczyny.

Bonnie wita mnie u stóp schodów z kubkiem pełnym kawy.

– Dzięki, maleństwo. – Upijam łyk. – Wspaniała. – Kiwam głową. Mówię prawdę.

Siadam przy stole, popijając kawę. Bonnie raczy się mlekiem. Spoglądamy na siebie w bardzo przyjemnym, niekrępującym milczeniu. Uśmiecham się szeroko.

– Wspaniały poranek, prawda?

W odpowiedzi również się uśmiecha, a ja znów rozczulam się na ten widok. Nic nowego. Bonnie kiwa głową.

Nie mówi. Nie wynika to z żadnej fizycznej wady, lecz z tego, że musiała obserwować, jak jej matka jest zarzynana w okropny sposób, oraz z tego, że morderca przywiązał następnie biedne dziecko do trupa jej mamy, twarzą w twarz. Bonnie przetrwała w takim stanie trzy dni. Od tamtej chwili nie powiedziała ani słowa.

Annie, jej matka, była moją najlepszą przyjaciółką. Morderca obrał ją sobie za cel po to, żeby mnie skrzywdzić. Czasem zdaję sobie sprawę z tego, że Annie umarła, dlatego że była moją przyjaciółką. Przez większość czasu to jednak do mnie nie dociera. Udaję, że nie istnieje: to coś zbyt wielkiego, mrocznego, przytłaczającego, rzucającego cień wielkości wieloryba. Gdybym miała pamiętać o tym zbyt często, załamałabym się.

Kiedyś, gdy miałam sześć lat, z jakiegoś powodu rozgniewałam się na mamę. Nie pamiętam dlaczego. Miałam kociaka, którego nazwałam Pan Mitenka. Podszedł do mnie z empatią typową dla zwierząt, wiedząc, że jestem zdenerwowana. Ofiarował mi bezwarunkową miłość, a moją odpowiedzią był lekki kopniak.

Nie zrobiłam mu krzywdy – nie na stałe ani nawet nie przejściowo. Pan Mitenka od tamtej chwili przestał być kociakiem. Kiedy chciałam go pogłaskać, zawsze najpierw się odsuwał i kurczył w sobie. Do dzisiejszego dnia, kiedy myślę o Panu Mitence, dręczą mnie wyrzuty sumienia – autentyczne poczucie potworności, której byłam autorką – niszczące duszę. To była podłość z mojej strony. Skrzywdziłam bezpowrotnie coś niewinnego. Nigdy nikomu nie powiedziałam, co zrobiłam Panu Mitence. Jest to tajemnica, którą planuję zabrać ze sobą do grobu – grzech, za który wolę pójść do piekła, niż się z niego wyspowiadać.

Rozmyślanie o Annie sprawia, że czuję się tak, jakbym skopała Pana Mitenkę na śmierć. Dlatego jest mi o wiele lepiej, kiedy nie dopuszczam do siebie tych myśli.

Annie powierzyła mi Bonnie pod opiekę. To moja pokuta. Oczywiście to niezbyt sprawiedliwe, ponieważ mała jest cudowna, magiczna i jest moim słońcem. Pokuta powinna oznaczać cierpienie – Bonnie sprawia, że jestem szczęśliwa.

Myślę o tym wszystkim w tej jednej chwili, kiedy na nią spoglądam. Myśli są bardzo szybkie.

– Może polenimy się przez kilka godzin, a potem pojedziemy na zakupy?

Bonnie zastanawia się przez chwilę nad moją propozycją. To jedna z jej cech: nie reaguje niefrasobliwie; zawsze się nad wszystkim zastanawia i upewnia się, że jej odpowiedź jest rzetelna. Nie wiem, czy to wynik jej przejść, czy też cecha charakteru. Oznajmia mi swoją decyzję uśmiechem i skinięciem głowy.

– Super. Chcesz śniadanie?

To akurat nie wymaga przemyśleń. Jedzenie jest bodaj jedynym odstępstwem od jej dziwactwa. Potwierdzenie następuje natychmiast, ze zwyczajowym entuzjazmem.

Zaczynam się krzątać w kuchni, smażę boczek i jajka, szykuję grzanki. Kiedy zabieramy się do jedzenia, postanawiam poruszyć temat nadchodzącego tygodnia.

– Pamiętasz, jak powiedziałam ci, że wzięłam urlop na kilka tygodni?

Bonnie kiwa głową.

– Zrobiłam to z wielu powodów, ale jeden był najważniejszy. Chciałam o tym z tobą porozmawiać, ponieważ… cóż, myślę, że to będzie dla nas dobre, ale jednocześnie trochę trudne. To znaczy dla mnie.

Nachyla się ku mnie, obserwując mnie z niezmienną, cierpliwą intensywnością.

Upijam nieco kawy.

– Uznałam, że przyszedł czas, żeby pozbyć się pewnych rzeczy, jak na przykład ubrań Matta, jego kosmetyków, niektórych zabawek Alexy. Nie mówię o zdjęciach ani tym podobnych. Nie chodzi o wymazanie ich z mojego życia, tylko… – Szukam właściwych słów i znajduję je w postaci bardzo prostego zdania: – Oni już tutaj nie mieszkają.

Treściwe, logiczne stwierdzenie, wypełnione tak wielkim znaczeniem i wiedzą, miłością i strachem, nadzieją i rozpaczą. Słowa wypowiedziane po przejściu niezmierzonej pustyni ciemności.

Pracuję jako koordynator jednostki operacyjnej w Los Angeles zajmującej się brutalnymi przestępstwami. Jestem naprawdę dobra w tym, co robię. Cholernie dobra. Mam do dyspozycji trzyosobowy zespół ludzi, wybranych przeze mnie osobiście. Wszyscy są znakomitymi specjalistami w zakresie ochrony prawa. Pewnie mogłabym być skromniejsza, ale wtedy po prostu bym skłamała. Prawda jest taka, że absolutnie nie chcielibyście być psycholem, którego ściga mój zespół.

Rok temu tropiliśmy niejakiego Josepha Sandsa. Był uprzejmym sąsiadem, kochającym ojcem dwojga dzieci i miał tylko jedną wadę: był pusty w środku. Jemu to raczej nie przeszkadzało, czego z pewnością nie można powiedzieć o młodych kobietach, które torturował i mordował.

Śledztwo szło świetnie i byliśmy blisko zidentyfikowania go jako naszego sprawcy, kiedy Sands nagle przewrócił do góry nogami całe moje życie. Pewnej nocy włamał się do mojego domu, gdzie za pomocą sznura i noża myśliwskiego na zawsze zmienił mój wszechświat. Na moich oczach zabił mojego męża Matta. Mnie zgwałcił i okaleczył. Zasłonił się moją córką, Alexą, która w efekcie zginęła od kuli przeznaczonej dla niego.

Odpłaciłam się mu za to, pakując w niego cały magazynek kul, a potem przeładowując broń i kontynuując. Przez kolejne sześć miesięcy zastanawiałam się, czy żyć dalej, czy też palnąć sobie w łeb.

A potem Annie została zamordowana, na horyzoncie pojawiła się nagle Bonnie i gdzieś po drodze życie dało mi pozytywnego kopniaka w tyłek.

Większość ludzi nie potrafi sobie wyobrazić, jak to jest znaleźć się w punkcie, gdy śmierć wydaje się lepsza od bytu. Życie jest potężną siłą. Trzyma cię w garści na wiele różnych sposobów: od bicia serca, poprzez pieszczotę promieni słońca na twarzy, po dotyk ziemi pod stopami. Trzyma cię mocno.

Moje pragnienie życia wisiało na nitce – na pojedynczej pajęczej, jedwabnej nici – nad przepaścią nieskończoności. A potem pojawiła się kolejna nić, a potem pięć. W końcu nić zmieniła się w linę, przepaść zaczęła się zmniejszać i w którymś momencie zdałam sobie sprawę, że życie znów chwyciło mnie mocno w garść. Wciągnęło mnie z powrotem w nieskończone chwile nabierania powietrza w płuca i pompowania krwi – i znów zaczęło mi na tym wszystkim zależeć. Przepaść zniknęła, zastąpiona przez horyzont.

– Przyszedł czas, żeby to miejsce znów stało się prawdziwym domem, kochanie. Rozumiesz?

Bonnie kiwa głową i widzę, że rozumie mnie pod każdym względem.

– I tutaj docieramy do części, która może ci przypaść do gustu. – Uśmiecham się lekko. – Ciocia Callie też wzięła sobie urlop. Zostanie tu z nami i pomoże nam. – Moje oświadczenie wywołuje uśmiech pełny szczęścia. – Elaina też będzie nas odwiedzała, żeby pomóc.

Oczy Bonnie rozjaśniają się z radości. Jej uśmiech jest oślepiający. To zdecydowana aprobata. Uśmiecham się szeroko.

– Cieszę się, że jesteś zadowolona.

Kiwa głową i wraca do jedzenia. Zaczynam myśleć o niebieskich migdałach, kiedy nagle zdaję sobie sprawę, że Bonnie przygląda mi się uważnie, przekrzywiając głowę na bok. Na jej twarzy maluje się łagodne pytanie.

– Zastanawiasz się, dlaczego je tu ściągnęłam?

Kiwa głową.

– Dlatego, że… – Wzdycham. Czas na kolejne proste oświadczenie. – Ponieważ nie potrafię tego zrobić sama.

Postanowiłam, że czas znów zacząć żyć, ale trochę się tego boję. Tak wiele czasu spędziłam na granicy szaleństwa, że ten wybuch stabilności w moim życiu wydaje mi się nieco podejrzany. Chcę, żeby moi przyjaciele byli w pobliżu, gotowi wesprzeć mnie, jeśli się zachwieję.

Bonnie wstaje z krzesła i podchodzi do mnie. Czuję w niej niezwykłą łagodność i dobroć. Jeżeli w moich snach widzę oblicze śmierci, to twarz Bonnie jest z kolei obrazem miłości. Delikatnie gładzi blizny pokrywające lewą część mojej twarzy. Połamane kawałki. Jestem lustrem.

Moje serce wypełnia się i opróżnia. Wypełnia się i opróżnia.

– Ja też cię kocham, słoneczko.

Szybki uścisk o tysiącu znaczeń i Bonnie wraca do przerwanego śniadania. Kończymy i wzdycham z zadowoleniem. Bonnie beka, głośno i długo. Zapada pełna zaskoczenia cisza, a potem obie wybuchamy szczerym, serdecznym śmiechem. Płaczemy ze śmiechu, potem chichoczemy, a wreszcie już tylko się uśmiechamy.

– Chcesz pooglądać kreskówki, maleństwo?

Jej uśmiech jest niczym słońce oświetlające pole róż.

To chyba najlepszy dzień tego roku. Naprawdę najlepszy.

2

Jesteśmy z Bonnie w Glendale Galleria – bodaj największym centrum handlowym świata. Dzień z minuty na minutę robi się coraz lepszy. Zajrzałyśmy do Sama Goody’ego, żeby przejrzeć kolekcję płyt. Ja nabyłam zestaw CD z najlepszymi przebojami z lat osiemdziesiątych, a Bonnie – najnowszą płytę Jewel. Jej aktualne zainteresowania muzyczne zdają się pasować idealnie do jej osobowości: są pełne piękna i głębokiej myśli, ani szczęśliwe, ani smutne. Nie mogę się doczekać dnia, w którym poprosi mnie, żebym kupiła jej coś, przy czym nogi same rwałyby się jej do tańca, ale dzisiaj nie zamierzam się tym przejmować. Bonnie jest szczęśliwa – i to wszystko, co się liczy.

Kupujemy gigantyczne precle z solą i przysiadamy na ławce, jedząc je i obserwując ludzi. Mija nas para nastolatków niedostrzegająca niczego poza sobą. Dziewczyna ma może piętnaście lat, jest sympatyczną brunetką, szczupłą w ramionach, lecz rozwiniętą w dolnych partiach. Ma na sobie dżinsy biodrówki i trykotową bluzeczkę bez pleców. Chłopak jest mniej więcej w tym samym wieku i wygląda uroczo niemodnie. Jest wysoki, szczupły, wręcz tyczkowaty, ma okulary z grubymi szkłami, trądzik młodzieńczy i włosy do ramion. Trzyma dłoń wsuniętą w tylną kieszeń dżinsów dziewczyny, a ona obejmuje go w talii. Oboje wyglądają tak młodo i dziwacznie – zwariowani i szczęśliwi. Dwa oryginały. Wywołują u mnie uśmiech.

Dostrzegam mężczyznę w średnim wieku gapiącego się na piękną dwudziestoparolatkę. Kobieta przypomina mi dzikiego rumaka, jest pełna naturalnej żywotności. Jej idealne czarne włosy opadają na plecy aż do talii, ma śliczną, czystą, opaloną skórę, radosny uśmiech, zadarty nosek, jędrne ciało, jest pełna pewności siebie i zmysłowości, wrodzonej raczej niż wyuczonej. Przechodzi obok nieznajomego, który nadal przygląda się jej, łapiąc muchy w otwartą buzię. Kobieta w ogóle go nie zauważa. Tak to już jest na tym świecie.

Czy ja też kiedyś taka byłam? Wystarczająco piękna, aby obniżać współczynnik inteligencji u płci przeciwnej? Pewnie tak, ale czasy się zmieniają.

Teraz też przyciągam wzrok, to prawda, ale nie są to spojrzenia pełne pożądania – wahają się między ciekawością a odrazą. Trudno za to winić gapiów. Sands odwalił kawał dobrej roboty, okaleczając mi twarz.

Prawa strona jest idealna i nietknięta. Cała brzydota koncentruje się po lewej. Blizna zaczyna się u nasady włosów na środku czoła. Schodzi prosto w dół między brwiami, a potem odchyla się w lewo niemal pod idealnie prostym kątem. Nie mam lewej brwi: zastępuje ją blizna. Wypukła ścieżka martwej tkanki ciągnie się poprzez moją skroń, zakręca leniwie w kierunku policzka i nosa, przecina jego grzbiet i natychmiast zawraca poprzez lewe nozdrze w kierunku żuchwy i wzdłuż szyi, kończąc się na obojczyku.

Kolejna blizna, prosta i idealna, biegnie spod mojego lewego oka w dół, do kącika moich ust. Jest nowsza niż inne; człowiek, który zabił Annie, zmusił mnie do okaleczenia samej siebie, obserwując to z pożądliwością. Uwielbiał patrzeć, jak krwawię. Widziałam uniesienie w jego oczach. To ostatnia rzecz, jaką poczuł, zanim mój strzał rozbryzgał jego mózg na ścianie.

To tylko te blizny, które widać. Poniżej linii dekoltu bluzek, które noszę, znajdują się inne, wykonane ostrzem noża i rozżarzonym czubkiem cygara.

Przez długi czas wstydziłam się swojego wyglądu. Nosiłam rozpuszczone włosy, zasłaniając lewą stronę twarzy i to, co zrobił mi Joseph Sands. Potem życie postawiło mnie z powrotem do pionu i zmieniłam poglądy na moje szramy. Teraz nosiłam włosy ciasno upięte w kucyk, prowokując cały świat, żeby się im przyglądał.

Nie mogę narzekać na całą resztę. Jestem niska, mam sto czterdzieści siedem centymetrów wzrostu i to, co Matt zwykł nazywać „jędrnymi cyckami”. Nie jestem chuda, ale utrzymuję się w formie. Mam dość spory tyłek, który Matt absolutnie uwielbiał. Czasem, kiedy stałam przed lustrem pełnej wysokości, padał na kolana, chwytał moją pupę i spoglądał na mnie, mrucząc „mój sssskarrrrb” najlepszym golumowym głosem, jaki potrafił z siebie wydobyć.

Zawsze wywoływał tym we mnie atak śmiechu.

Bonnie wyrywa mnie z zamyślenia, pociągając mnie za rękaw. Spoglądam w stronę, w którą wskazuje palcem.

– Chcesz iść do Claire’s?

Kiwa głową.

– Nie ma sprawy, maleństwo.

Claire’s jest jednym z tych sklepów, które zaprojektowano z myślą o matkach i córkach. Można tam znaleźć tanią, choć stylową biżuterię dla starszych i młodszych, gumki do włosów i szczotki zdobione brokatem.

Wchodzimy do środka. Jedna ze sprzedawczyń, dwudziestoparolatka, podchodzi do nas z opatentowanym detalicznym uśmiechem, gotowa do pomocy i wyciągnięcia od nas pieniędzy. Przygląda mi się uważniej i jej oczy robią się okrągłe, uśmiech blednie, a potem całkiem znika.

– Jakiś problem? – Unoszę brew, spoglądając na nią.

– Nie, ja… – Nie przestaje wpatrywać się w moje blizny, przerażona i zmieszana. Niemal jej współczuję. Uroda jest jej bożyszczem, więc moja twarz musi jej się wydawać ostatecznym triumfem szatana.

– Barbara, idź i pomóż tamtym dziewczynkom. – Słyszę ostry głos, niczym uderzenie w twarz. Spoglądam nad ramieniem dwudziestolatki i widzę czterdziestoparoletnią kobietę o niezwykłej, dojrzałej urodzie. Ma ciemne, przetykane siwizną włosy i uderzająco niebieskie oczy.

– Barbara – powtarza.

Dwudziestolatka otrząsa się z szoku.

– Tak, proszę pani – mamrocze i oddala się od nas tak szybko, jak pozwalają jej na to idealnie wypielęgnowane stópki.

– Nie przejmuj się nią, moja droga – mówi starsza kobieta. – Umie się ładnie uśmiechać, ale w głowie ma niewiele – dodaje łagodnym, miłym głosem. Otwieram usta, żeby odpowiedzieć, kiedy zdaję sobie sprawę, że nie zwraca się do mnie, lecz do Bonnie.

Spoglądam na małą i widzę, że wpatruje się morderczym wzrokiem w dwudziestoparolatkę. Bonnie jest bardzo opiekuńcza wobec mnie. Reaguje na głos starszej kobiety, spoglądając na nią uważnie, oceniająco. Uśmiecha się lekko. Polubiła nieznajomą z włosami przetykanymi siwizną.

– Mam na imię Judith i ten mały sklepik należy do mnie. Czy mogę wam w czymś pomóc, moje panie? – Teraz zwraca się do mnie. Lustruję ją spojrzeniem i nie dostrzegam fałszu. Jej dobrotliwość jest niewymuszona, prawdziwa, wrodzona.

– Dlaczego nie zareagowałaś tak jak tamta dziewczyna, Judith? – Sama nie wiem, dlaczego pytam, po prostu słowa wypływają z moich ust, zanim zdołam się zorientować.

Judith spogląda na mnie tymi swoimi przenikliwymi oczami i uśmiecha się łagodnie.

– Kochana, w zeszłym roku zakończyłam walkę z rakiem. Wymagało to podwójnej mastektomii. Kiedy mój mąż zobaczył po raz pierwszy wyniki operacji, nawet nie drgnął. Powiedział mi tylko, że mnie kocha. Uroda jest wysoce przecenianym towarem. – Puszcza do mnie oczko. –Zatem czy mogę w czymś pomóc…?

– Smoky – odpowiadam. – Smoky Barrett. A to jest Bonnie. Chciałyśmy się tylko rozejrzeć, a ty już nam bardzo pomogłaś.

– W takim razie miłego rozglądania. Zawołajcie mnie, jeśli będziecie potrzebować pomocy. – Ostatni uśmiech na pożegnanie i Judith odchodzi, unosząc ze sobą aurę dobroci niczym anielski pył.

Spędzamy w sklepie dobre dwadzieścia minut, zaopatrując się w tony drobiazgów. Połowy z nich nie będziemy używać, ale kupowanie ich jest przednią zabawą. Judith rejestruje sprzedaż w kasie, żegnamy się i wychodzimy z naszymi zdobyczami. Już na zewnątrz spoglądam na zegarek.

– Powinnyśmy wracać do domu, mała. Ciocia Callie ma przyjechać za godzinę lub dwie.

Bonnie uśmiecha się i kiwa głową, a potem bierze mnie za rękę. Wychodzimy z centrum handlowego w środek pięknego, słonecznego kalifornijskiego dnia; zupełnie jakbyśmy znalazły się na pocztówce. Myślę o Judith i zerkam na Bonnie. Nie widzi tego. Wydaje się beztroska, tak jak powinno być każde dziecko.

Zakładam okulary przeciwsłoneczne i znów myślę, że to wspaniały dzień. Najlepszy od długiego czasu. Może to dobry znak? Zamierzam uprzątnąć z mojego domu duchy, życie robi się coraz lepsze. Jestem pewna, że robię coś właściwego.

Wiem, że kiedy wrócę do pracy, przypomnę sobie, że gdzieś tam po świecie krążą drapieżcy, gwałciciele, mordercy i jeszcze gorsze szumowiny. Spacerują pomiędzy nami pod tym samym błękitnym niebem, wygrzewają się w promieniach tego samego złotego słońca, zawsze czujni, zawsze obserwując, czekając, prześlizgując się obok reszty z nas, ocierając się o człowieczeństwo z drżeniem, wibrując niczym mroczne kamertony.

Póki co jednak słońce może być tylko słońcem. Tak jak to powiedział głos w moim śnie:złamane rzeczy nadal potrafią odbijać światło.

3

Jasnobeżowa kanapa w dużym pokoju otula nas miękko, odprężająco. Jest już nieco zużyta, miejscami przybrudzona starymi plamami z jedzenia i wina, których nie byłam w stanie wywabić. Nasze sklepowe skarby czekają sobie spokojnie w torebkach na stoliku kawowym, również nie pierwszej już młodości. Kiedy kupiliśmy go z Mattem, jego orzechowy blat lśnił nowością; teraz jest porysowany i zmatowiały.

Powinnam wymienić jedno i drugie, ale jeszcze nie jestem na to gotowa. Zawsze były lojalnymi i wygodnymi meblami i nie potrafię ich tak po prostu odesłać do meblowego nieba.

– Chcę z tobą o czymś porozmawiać, kochanie – mówię do Bonnie.

Spogląda na mnie z pełną uwagą. Wyczuwa w moim głosie wahanie, konflikt wewnętrzny. Powiedz mi, mówi jej spojrzenie. Zrozumiem.

To kolejna sprawa, którą mam nadzieję kiedyś zmienić. Bonnie zbyt często mnie pokrzepia. To ja powinnam być dla niej przykładem siły, a nie odwrotnie.

– Chcę z tobą porozmawiać o niemówieniu.

Jej spojrzenie zmienia się z rozumiejącego na zaniepokojone.

Nie. Nie chcę o tym rozmawiać, mówi.

– Kochanie. – Dotykam jej ramienia. – Ja po prostu się martwię, okej? Rozmawiałam z kilkoma lekarzami. Twierdzą, że jeśli zbyt długo będziesz milczała, możesz na stałe stracić zdolność mówienia. Niemą czy nie, ja nadal będę cię kochała, ale nie oznacza to, że tego właśnie dla ciebie chcę.

Bonnie zakłada ramiona na piersi. Widzę, że walczy z myślami, ale nie jestem pewna z jakimi. A potem nagle do mnie dociera.

– Próbujesz znaleźć sposób, żeby coś mi przekazać? – pytam.

Kiwa głową.

Tak.

Wpatruje się we mnie skoncentrowana. Wskazuje na swoje usta i wzrusza ramionami. I znów to robi: wskazuje na usta i wzrusza ramionami. Zastanawiam się nad tym przez chwilę.

– Nie wiesz, dlaczego nie mówisz?

Kiwa głową.

Tak.

Unosi palec. Wiem już, że to oznacza „ale” lub „zaczekaj”.

– Słucham.

Wskazuje na swoją głowę i udaje, że intensywnie nad czymś myśli.

I znów domyślam się dopiero po kilku chwilach.

– Nie wiesz, dlaczego nie mówisz, ale zastanawiasz się nad tym? Usiłujesz odnaleźć przyczynę?

Po uldze na jej twarzy domyślam się, że trafiłam w dziesiątkę. Teraz moja kolej na niepokój.

– Ale, kochanie… nie chcesz, żeby ktoś ci z tym pomógł? Mogłybyśmy znaleźć ci terapeutę…

Bonnie zrywa się zdenerwowana z kanapy i macha gwałtownie rękami.

Nie ma mowy, o nie, co to, to nie.

Ten gest nie wymaga wyjaśnień. Rozumiem natychmiast.

– Dobrze, w porządku, żadnych terapeutów. – Kładę dłoń na sercu. – Obiecuję.

To kolejny powód do nienawiści w stosunku do człowieka – martwego czy nie – który zamordował matkę Bonnie. Był terapeutą i Bonnie o tym wie. Przyglądała się, jak zabijał jej matkę i wraz z nią unicestwił wszelkie zaufanie dziewczyny do jego profesji i pracujących w niej ludzi.

Przyciągam Bonnie do siebie – niezgrabnie i sztywno, ale się nie opiera.

– Przepraszam, mała. Ja po prostu… martwię się o ciebie. Kocham cię i boję się, że nigdy już nie będziesz mówić.

Bonnie pokazuje na siebie i kiwa głową.

Ja też, mówi.

Wskazuje na swoją głowę.

Ale pracuję nad tym.

Wzdycham.

– Dobrze, na razie sobie odpuścimy.

Bonnie przytula mnie, demonstrując w ten sposób, że wszystko jest w porządku, że nic się nie stało i nasza rozmowa nie zrujnowała całego dnia. Kolejna dawka pokrzepienia.

Zaakceptuj to. Jest w tej chwili szczęśliwa. Pozwól jej po prostu być.

– No dobra, co powiesz na przejrzenie naszych fajowskich nabytków?

Szeroki uśmiech i entuzjastyczne kiwnięcie głową.

Jasne.

Pięć minut później ozdóbki pozwalają jej całkiem zapomnieć o naszej niedawnej rozmowie. Ze mną nie idzie tak łatwo. Jestem dorosła i moich zmartwień nie da się zamalować lakierem do paznokci.

Są sprawy dotyczące mojego dwutygodniowego urlopu, o których nie powiedziałam Bonnie. Pominęłam je, a nie skłamałam. To prawo rodziców. Nie wspominamy o pewnych rzeczach, żeby nasze dzieci mogły być dziećmi. Wkrótce przecież dorosną i nieuchronnie przejmą ciężar dorosłości na swoje własne barki.

Muszę podjąć kilka ważnych decyzji dotyczących mojego życia. Mam dwa tygodnie, żeby zdecydować, co robić dalej. Sama narzuciłam sobie ten nieprzekraczalny termin. Muszę podjąć decyzję nie tylko ze względu na siebie, ale również na Bonnie. Obie potrzebujemy stabilności, pewności, rutyny.

Wszystko to dlatego, że dziesięć dni temu zostałam wezwana do gabinetu zastępcy dyrektora FBI.

Jonesa znałam przez cały czas mojej służby w FBI. Był moim pierwszym mentorem i karierowym rabbim. Teraz jest moim szefem. Nie znalazł się na swoim obecnym stanowisku poprzez politykowanie; wspiął się po szczeblach kariery, dlatego że był niesamowitym agentem. Innymi słowy, jest jednym z nas, a nie jakimś tam urzędasem. Szanuję go.

Biuro zastępcy dyrektora było surowe i pozbawione okien. Mógł wybrać narożny gabinet z fantastycznym widokiem, ale kiedy pewnego dnia zapytałam go o to, odparł coś w stylu: „Dobry szef tak czy siak nie powinien spędzać zbyt wiele czasu w swoim gabinecie”.

Jones siedział za biurkiem, masywnym, metalowo-szarym anachronizmem, którego używał, od kiedy pamiętałam. Podobnie jak siedzący za nim człowiek mebel wydawał się mówić: „Nie naprawiaj czegoś, co nie jest zepsute”. Na blacie biurka leżały jak zwykle sterty akt spraw i innych dokumentów. Zniszczona tabliczka z drewna i mosiądzu oznajmiała jego tytuł i nazwisko. Na ścianach nie wisiały żadne nagrody ani dyplomy, chociaż wiedziałam doskonale, że otrzymał ich wiele.

– Siadaj. – Wskazał na jeden z dwóch skórzanych foteli, które zawsze tu stały.

Zastępca dyrektora Jones przekroczył już pięćdziesiątkę. Pracował w FBI od tysiąc dziewięćset siedemdziesiątego siódmego roku. Zaczynał właśnie tutaj, w Kalifornii, i stopniowo awansował coraz wyżej. Był dwukrotnie żonaty i raz rozwiedziony. To przystojny mężczyzna o dość surowej, twardej urodzie. Zazwyczaj bywa oschły, gburowaty i nigdy nie przeprasza. Jest również doskonałym detektywem. Miałam szczęście, że mogłam z nim pracować niemal od początku swojej kariery.

– O co chodzi, sir? – spytałam.

Nie odpowiadał przez chwilę.

– Nie słynę z wielkiego taktu, Smoky, więc wyłożę kawę na ławę. Zaoferowano ci pozycję instruktora w Quantico. Nie musisz jej przyjmować, ale jestem zobowiązany cię o niej poinformować.

Byłam totalnie zaskoczona. Zadałam oczywiste pytanie:

– Dlaczego?

– Ponieważ jesteś najlepsza.

Coś w jego zachowaniu powiedziało mi, że chodzi o więcej.

– Ale?

Westchnął.

– Nie ma żadnego „ale”. Jest „i”. Jesteś najlepsza. Masz świetne kwalifikacje i bardziej niż zasługujesz na tę pozycję.

– A gdzie jest to „i”?

– Niektórzy ludzie z samej góry FBI, włączając w to dyrektora, uważają, że ci się to należy.

– Należy?

– Ze względu na to, co poświęciłaś, Smoky – powiedział cicho. – Poświęciłaś dla FBI swoją rodzinę. – Dotknął policzka. Nie miałam pojęcia, czy był to nieświadomy gest, czy też aluzja do moich blizn. – Wiele przeszłaś z powodu swojej pracy.

– I co z tego? – spytałam gniewnie. – Postanowili się nade mną użalić? A może boją się, że gdzieś po drodze się załamię?

Zaskoczył mnie, uśmiechając się szeroko.

– W normalnych okolicznościach zgodziłbym się z tą linią rozumowania, ale nie tym razem. Osobiście rozmawiałem z dyrektorem i bardzo wyraźnie dał mi do zrozumienia, że to nie jest żadna upolityczniona rekompensata. To nagroda. – Spojrzał na mnie taksująco. – Spotkałaś kiedyś dyrektora Rathbuna?

– Raz. Wydawał się porządnym facetem.

– Bo jest. Twardy i uczciwy, na tyle, na ile pozwala mu jego stanowisko. Mówi wprost. Uważa, że byłabyś idealna do tej roboty. Dostałabyś lepszą pensję, zyskałabyś stabilizację dla Bonnie i trzymałabyś się z dala od linii ognia. –Przerwał. – Problem w tym, że według dyrektora to najlepsze, co FBI mogłoby dla ciebie zrobić.

– Nie bardzo rozumiem, co to znaczy.

– W pewnym momencie rozważano twoją kandydaturę na zastępcę dyrektora. Moją posadę.

– Tak, wiem.

– Teraz już ci tego nie zaoferują.

Wstrząsnęła mną ta informacja.

– Dlaczego? Bo po śmierci Matta i Alexy doznałam szoku?

– Nie, nie, nic z tych rzeczy. To byłyby zbyt głębokie powody. Myśl bardziej powierzchownie.

Zrobiłam to i spłynęło na mnie zrozumienie. Z jednej strony nie mogłam w to uwierzyć, z drugiej – tak właśnie działało FBI, od początku do końca.

– Chodzi o moją twarz, prawda? Problem wizerunku?

W spojrzeniu Jonesa zapłonęła mieszanina bólu i gniewu, po chwili zastąpiona zmęczeniem.

– Powiedziałem ci, że dyrektor nie owija w bawełnę. Żyjemy w wieku zdominowanym przez media, Smoky. Możesz dalej prowadzić swój zespół, wyglądając tak, jak wyglądasz. – Uśmiechnął się ironicznie. – Najwyraźniej jednak okazuje się, że nie byłoby to odpowiednie na stanowisku dyrektorskim. Romantyczny wygląd, jeśli jesteś łowcą, ale niedobry dla rekrutacji, jeśli jesteś dyrektorem lub zastępcą dyrektora. Osobiście podobnie jak dyrektor uważam, że to bzdury, ale jest jak jest.

Szukałam w sobie oburzenia, którego się spodziewałam, ale ku swojemu zaskoczeniu nie znalazłam go. Mogłam jedynie przywołać obojętność.

Kiedyś byłam równie ambitna jak każdy agent federalny. Rozmawialiśmy o tym z Mattem, planowaliśmy życie wokół mojej kariery. Założyliśmy, że mój awans jest wyłącznie kwestią czasu. Wszystko się jednak zmieniło.

Częściowo wypływało to z pragmatyzmu. Pomijając własne uczucia, ludzie kierujący FBI się nie mylili. Nie byłam już dłużej fizycznie zdolna do zostania twarzą administracji firmy. Nadawałam się na żołnierza, poranionego i przerażającego. Nadawałam się do trenowania innych jako zaprawiona w bojach weteranka. Zdjęcia z prezydentem? Nie ma takiej możliwości.

Drugą sprawą były perspektywy. Pozycja instruktora w Quantico była ciepłą posadką, do której aspirowało wielu ludzi. Wiązała się z niezgorszą pensją, regularnymi godzinami pracy i o wiele mniejszym stresem. Studencizazwyczaj do ciebie nie strzelali, nie włamywali się do twojego domu i nie zabijali ci rodziny.

O wszystkim tym pomyślałam w ciągu ułamka sekundy.

– Ile mam na decyzję? – spytałam.

– Miesiąc. Jeżeli się zgodzisz, damy ci mnóstwo czasu na przeniesienie. Sześć miesięcy czy coś w tej okolicy.

Miesiąc, pomyślałam. Mnóstwo czasu i zarazem niewystarczająco dużo.

– Jak pan sądzi, sir, co powinnam zrobić?

Mój mentor nie zawahał się ani na sekundę.

– Jesteś najlepszą agentką, z jaką kiedykolwiek pracowałem, Smoky. Trudno kogoś takiego zastąpić. Ale ty powinnaś zrobić to, co jest najlepsze dla ciebie.

Wracając do chwili obecnej, spoglądam na Bonnie, pochłoniętą oglądaniem kreskówek. Myślę o dzisiejszym dniu, o spokojnych porankach, śniadaniowym bekaniu i wycieczkach do Claire’s.

Co jest najlepsze dla mnie? Co jest najlepsze dla Bonnie? Czy powinnam ją o to zapytać?

Tak, powinnam, ale nie teraz.

W tej chwili zamierzam nadal realizować swój obecny plan. Spakuję rzeczy Matta i Alexy. Odeszli, ale na zawsze pozostaną w moich myślach.

Zobaczymy, jak wszystko będzie wyglądało po skończeniu tej misji.

Nie czułam presji, żeby podjąć decyzję. Miałam wybór. Wybór oznaczał zaś przyszłość.

Przyszłość tutaj, przyszłość w Quantico – tak czy owak, poruszałam się do przodu, a ruch oznaczał życie. Wszystko to było znacznie lepsze niż to, co się stało sześć miesięcy temu.

Cały czas to sobie powtarzasz, ale to nie takie proste i dobrze o tym wiesz. Za tą twoją obojętnością coś się czai, coś mrocznego, wstrętnego, z paszczą pełną jadowitych kłów.

Nie masz naprawdę o czym myśleć? – karcę się w myślach.

Odsuwam to od siebie (a przynajmniej próbuję) i przysiadam się bliżej do Bonnie. Niech sobota znów stanie się sobotą.

– Kreskówki są super, prawda, mała?

Bonnie kiwa głową, nie odrywając wzroku od telewizora.

Tak, zgadza się. Są super.

Zupełnie bezzębne.

4

– Wyglądacie jak dwa bardzo z siebie zadowolone lenie – mówi Callie.

Stoi w kuchni w wystudiowanej pozie, stukając pomalowanymi na bordowo paznokciami w blat wyspy kuchennej. Jej miedziane włosy odcinają się mocno na tle szafek z białego dębu za jej plecami. Unosi z dezaprobatą jedną, idealnie ukształtowaną brew.

Bonnie i ja uśmiechamy się do siebie promiennie.

Jeżeli istniałby ktoś taki jak święta patronka wzgardy, byłaby nią Callie. Jest ordynarna, ma cięty język i zwyczaj nazywania wszystkich „kochaneczkami”. Krążą plotki, że dostała nawet pisemną naganę za określenie tym mianem dyrektora FBI. Nie wątpię w to: byłoby to dla Callie bardzo typowe.

Jest również piękna w stopniu godnym pozazdroszczenia nawet przez dwudziestolatki – jej uroda jest niezniszczalna, nietknięta wiekiem, niczym u gwiazdy filmowej. Widziałam zdjęcia dwudziestoletniej Callie i z ręką na sercu mogę powiedzieć, że jako trzydziestoośmiolatka jest jeszcze piękniejsza. Ma płomiennie rude włosy, pełne usta, długie nogi i mogłaby być modelką. Ona jednak zamiast szczotki do włosów nosi w torebce pistolet. Jedną z rzeczy, które dodają jej urody – jeżeli to w ogóle możliwe – jest moim zdaniem jej absolutny brak zainteresowania swoim własnym fizycznym pięknem. Nie chodzi o to, że nie zdaje sobie sprawy ze swojej atrakcyjności (daleko jej do tego), tylko o to, że nie postrzega tej zalety jako czegoś istotnego.

Callie jest twarda jak skała, mądrzejsza niż naukowcy z NASA i potrafi być najbardziej lojalną przyjaciółką, jakiej mógłby sobie ktokolwiek życzyć. Oczywiście wcale tego nie widać na pierwszy rzut oka. Callie nie jest wylewna. Nigdy nie dostałam od niej prezentu ani nawet kartki na urodziny. Jej miłość przejawia się w uczynkach.

To Callie znalazła mnie po rozgrywce z Josephem Sandsem. To ona wyjęła mi z rąk broń, chociaż celowałam w nią i nawet pociągnęłam za spust, strzelając bez nabojów, klik-klik-klik.

Callie jest członkiem mojego zespołu. Pracujemy razem od dziesięciu lat. Jest magistrem w dziedzinie medycyny sądowej, co uzupełnia jej potencjał do wykonywania naszej pracy. Callie ma w sobie swego rodzaju okrucieństwo, jeśli chodzi o dochodzenie. Dowody i prawda są jej religią. Jeżeli wskazują na ciebie, zwróci się przeciwko tobie i zniszczy cię bez względu na wasze dotychczasowe dobre układy. Nie będzie się również czuła winna z tego powodu. Najlepiej po prostu nie być kryminalistą. Wtedy wszystko między wami będzie się układało doskonale.

Callie nie jest ideałem, po prostu ukrywa swoje sińce i blizny lepiej niż reszta z nas. W wieku piętnastu lat zaszła w ciążę i rodzice zmusili ją, aby oddała swoje dziecko do adopcji. Ukrywała ten sekret przed wszystkimi, włączając w to mnie. Dopiero sześć miesięcy temu ścigany przez nas zabójca sprawił, że informacja ta ujrzała światło dzienne. Ludzie zazdrościli jej urody, ale Callie sporo się nacierpiała i ciężko pracowała, żeby stać się taką osobą, jaką była.

– Owszem, jesteśmy zadowolone – odpowiadam z uśmiechem. – Dzięki, że przyjechałaś.

Macha ręką zbywająco.

– Jestem tu dla darmowej wyżerki. – Spogląda na mnie surowo. – Bo będzie darmowa wyżerka, prawda?

Bonnie wyręcza mnie w odpowiedzi. Podchodzi do lodówki, otwiera ją i wyjmuje ulubioną przekąskę Callie: pudełko pełne czekoladowych pączków.

Callie ociera udawaną łzę z oka.

– Niech cię Bóg błogosławi. – Uśmiecha się do Bonnie. – Chcesz mi pomóc?

Bonnie również uśmiecha się szeroko – kolejna porcja słońca i kwiatów. Wyciągają mleko – ważny składnik wyżerki. Przyglądam się, jak pochłaniają kilka pączków, i myślę sobie, że ta prosta chwila wywołuje u mnie niemal doskonałą radość. Przyjaciele, pączki i uśmiechnięte córki; eliksir śmiechu i życia.

– Nie, kochaneczko – mówi Callie. – Nigdy nie jedz bez zamaczania. No chyba że mleko jest niedostępne, ponieważ to pierwsza życiowa zasada: nigdy nie zapominaj, że pączki zawsze biją na głowę mleko.

Spoglądam na moją przyjaciółkę z podziwem. Nie ma o tym pojęcia, pochłonięta wygłaszaniem swych pączkowych mądrości. To właśnie jedna z rzeczy, która sprawia, że Callie jest jedną z moich faworytek: jej chęć do zabawy, do natychmiastowego zerwania – bez najmniejszych skrupułów – apetycznego owocu radości.

– Za chwileczkę wracam – mówię.

Wspinam się po wyłożonych dywanem schodach do mojej sypialni i rozglądam się dookoła. Żaluzje można ustawić tak, aby wpuszczały do środka światło słoneczne częściowo lub całkowicie. Ściany są pomalowane w odcieniu przełamanej bieli, a pościel stanowi w tym wszystkim jaskrawą wyspę niebieskości. Dominującym elementem jest tutaj łóżko, ponadprzeciętnego rozmiaru, z czterema narożnymi słupkami i jednym z najlepszych, niebiańskich materacy. Leży na nim tona poduszek, cała ich sterta. Uwielbiam poduszki.

W pokoju stoją również dwie komody od kompletu – jedna dla Matta, jedna dla mnie, obie w kolorze ciemnej wiśni. Wiatrak na suficie kręci się, szumiąc cicho. To mój stary, dobry towarzysz snu.

Przysiadam na łóżku i rozglądam się, ogarniając wzrokiem całość. Potrzebuję chwilki, zanim wszystko się zacznie. Jednej minuty, żeby zobaczyć, jak to wszystko wyglądało, a nie w co się zmieni.

Na tym łóżku wydarzyły się rzeczy wielkie i banalne, cudowne i potworne. Wspomnienia opadają na mnie niczym krople deszczu na liście drzew. Słyszę ciche dudnienie ulewy o dach mojego świata.

Wspomnienia koniec końców tracą ostrość, przestają ranić do krwi, kaleczyć do żywego i zaczynają wywoływać poruszenie. Był czas, kiedy myśl o Matcie lub Alexie sprawiała, że kuliłam się z bólu. Teraz potrafię ich wspominać z uśmiechem.

Postępy, mała, postępy.

Matt nadal czasem się do mnie odzywa. Był moim najlepszym przyjacielem i nie jestem gotowa, aby przestać słyszeć jego głos w mojej głowie.

Zamykam oczy i przypominam sobie, jak wnosiliśmy to łóżko do sypialni, po kupieniu go w jakimś małym lokalnym sklepiku z meblami. Był to nasz pierwszy dom. Wyczyściliśmy oba nasze konta na depozyt i modliliśmy się o wyrozumiałego pożyczkodawcę. Wybraliśmy okolicę Pasadeny, której popularność zaczęła już wtedy rosnąć. Kupiliśmy jeden z nowszych domów, bo w życiu nie byłoby nas stać na jedną z wybudowanych tam stuletnich rezydencji w stylu Craftsman[1], chociaż tęsknie na nie spoglądaliśmy. Dom znajdował się dość daleko od pracy, ale żadne z nas nie chciało mieszkać w obrębie centralnego Los Angeles. Chcieliśmy założyć rodzinę. Pasadena była bezpieczniejsza. Owszem, nasz dom wyglądał jak wszystkie inne w okolicy, nie miał swojego charakteru, ale był nasz.

– To jest nasze rodzinne gniazdo – powiedział Matt, stojąc w ogródku przed wejściem i obejmując mnie od tyłu. Oboje przyglądaliśmy się budowli. – Będziemy tu żyć. Myślę, że nowe łóżko doskonale spełni rolę symbolu tego wszystkiego.

Było to naiwne i ckliwe. I oczywiście się zgodziłam. Kupiliśmy łóżko i sami wtaszczyliśmy je na górę. Pocąc się jak mopsy, skręciliśmy zagłówek, listwę i ramę, a potem, stękając, wciągnęliśmy na nią podkładkę ze sprężynami oraz materac. Usiedliśmy na podłodze, zasapani.

Matt spojrzał na mnie z uśmiechem i poruszył kilkakrotnie brwiami.

– Może zarzucimy jakieś prześcieradełko czy dwa i zatańczymy sobie małe horyzontalne mambo?

Zachichotałam na jego obcesowość.

– Ty to wiesz, jak oczarować dziewczynę.

Udał, że jest bardzo poważny. Położył dłoń na sercu, unosząc drugą jak do przysięgi.

– Mój ojciec nauczył mnie zasad, jak kłaść się z dziewuchami. Obiecuję zawsze ich przestrzegać.

– Przypomnij mi, jakie to zasady.

– Nigdy nie noś skarpetek, uprawiając seks. Znaj położenie łechtaczki. Utul kobietę do snu, zanim sam zaczniesz chrapać. I nie pierdź w łóżku.

Pokiwałam głową z poważną miną.

– Twój ojciec był zaiste mądrym człowiekiem. Przystaję na twoje warunki.

Tańczyliśmy mambo przez całe popołudnie aż do późnego wieczora.

Spoglądam na łóżko, bardziej je czując, niż widząc.

Na nim została poczęta Alexa, w jakimś zroszonym potem, czułym momencie, a może podczas bardziej szalonego, akrobatycznego numerku, kto wie? Matt i ja zaczęliśmy jako dwoje, a skończyliśmy jako troje. Dodatkowa radość, boski dodatek.

Spędziłam w tym łóżku niezliczone bezsenne noce przy nadziei, ze spuchniętymi kostkami i obolałym krzyżem. Winiłam Matta za wszystko. Winiłam go z goryczą, którą można osiągnąć jedynie o trzeciej nad ranem w dwieście dziesiątym dniu ciąży. Jednocześnie kochałam go za wszystko, głębią miłości, która stanowiła mieszankę prawdziwej radości i szalonej burzy hormonalnej.

Większość ludzi pobiera się, będąc nadal zbyt wielkimi egoistami. Ciąża szybko ich tego oducza.

Dzień po przyniesieniu Alexy do domu umieściliśmy ją na tym łóżku, po czym sami ułożyliśmy się po jej bokach i podziwialiśmy fakt jej istnienia.

Alexa została tu stworzona. Płakała tu czasem, śmiała się i gniewała. O ile pamiętam, nawet raz tu wymiotowała po tym, jak Matt pozwolił jej zjeść za dużo lodów. Ja wyczyściłam łóżko, a Matt spał tej nocy na kanapie.

Nauczyłam się wielu rzeczy na tym łóżku. Kiedyś uprawialiśmy z Mattem miłość. Nie seks, miłość. Cały proceder poprzedzony był winem i świeczkami. Z odtwarzacza płynęła idealna muzyka, wystarczająco głośna, aby stworzyć atmosferę, ale na tyle cicha, żeby nie przeszkadzała. Na niebie stał srebrny księżyc i wiała lekka nocna bryza. Byliśmy tylko na tyle spoceni, żeby wyglądać seksownie, ale nie przylepiać się do siebie. Wcielenie zmysłowości.

I nagle puściłam bąka.

Było to bardzo kobiece ciche pruknięcie, ale jednak pruknięcie. Oboje zamarliśmy. Wszystko zdawało się zastygnąć w tej jednej, długiej, żenującej, koszmarnej chwili.

A potem zaczęliśmy chichotać. Śmiać się do rozpuku. Wyć ze śmiechu, co usiłowaliśmy stłumić za pomocą poduszek, dopóki nie przypomnieliśmy sobie, że Alexa została na noc u koleżanki. Na końcu wróciliśmy do uprawiania seksu – innego, nie jak z bajki, ale bardziej czułego i prawdziwego.

Można być dumnym i można kochać, ale nie zawsze da się zachować jedno i drugie naraz. W tym łóżku nauczyłam się, że miłość jest lepsza.

Nie wszystko było pierdzeniem i zabawą. Walczyliśmy z Mattem w tym łóżku. Boże, to dopiero były dobre awantury! Tak je nazywaliśmy – dobre awantury. Byliśmy przekonani, że zdrowe małżeństwo wymaga od czasu do czasu porządnej walki i wywlekania na wierzch wszystkich brudów. Byliśmy niezwykle dumni ze swoich „konstruktywnych wysiłków” – oczywiście dumni w retrospektywie.

W tym łóżku zostałam również zgwałcona. Przywiązana do niego, przyglądałam się, jak Matt umiera. To były złe rzeczy.

Oddycham głęboko. Krople deszczu opadają na liście drzew, miękko, lecz nieubłaganie. To jedna z podstawowych prawd: w deszczu wszystko moknie. Nie ma od tego ucieczki.

Zastanawiam się nad łóżkiem i przyszłością; nad wszystkimi dobrymi rzeczami, które mogłyby się jeszcze na nim wydarzyć, jeżeli zdecyduję się je tu zostawić. Nie było już Matta ani Alexy, ale miałam Bonnie i siebie samą.

Życie, jakim je znałam, było jak mleko. Ale egzystencja w najszerszym znaczeniu – to czekoladowy pączek. A pączki zawsze biją na głowę mleko.

– Ach, więc to tutaj odbywa się cała magia? – Głos Callie wyrywa mnie z zamyślenia.

Stoi w progu, spoglądając na mnie pytająco.

– Hej – mówię. – Dzięki, że przyjechałaś, i dzięki za pomoc z tym wszystkim.

Callie, rozglądając się, wchodzi do środka.

– Cóż, miałam do wyboru albo to, albo ponowny seans Aniołków Charliego. Poza tym Bonnie mnie dokarmia.

Uśmiecham się szeroko.

– Jak złapać dziką Callie? Za pomocą bardzo dużej pułapki na myszy i czekoladowych pączków.

Podchodzi bliżej i przysiada na łóżku, podskakując parę razy.

– Bardzo przyjemne – ocenia.

– Mam stąd wiele dobrych wspomnień.

– Zawsze się zastanawiałam… – waha się.

– Nad czym?

– Dlaczego je zachowałaś? To przecież to samo łóżko, prawda? Gdzie wszystko się zdarzyło?

– Dokładnie to samo. – Przesuwam dłonią po narzucie. – Rozważałam, czy się go nie pozbyć. Przez pierwszych kilka tygodni po powrocie do domu nie mogłam w nim spać. Kimałam na kanapie. Kiedy wreszcie zebrałam się na odwagę i spróbowałam, okazało się, że nie mogę znieść spania gdziekolwiek indziej. Zdarzyła się tu jedna potworna rzecz. Nie powinna przeważyć nad wszystkimi dobrymi. Kochałam tutaj ludzi. Moich ludzi. Nie pozwolę, żeby Sands mi to odebrał.

Nie mogę rozszyfrować jej spojrzenia. Czy to smutek? Poczucie winy? Odrobina tęsknoty?

– No widzisz? I to jest właśnie różnica między nami, Smoky. Ja przechodzę przez jedną złą historię w dzieciństwie, uprawiam seks z niewłaściwym chłopakiem, zachodzę w ciążę i rezygnuję z własnego dziecka, a potem upewniam się, że już nigdy więcej nie zaangażuję się w żaden poważny związek. Ty zostajesz zgwałcona we własnym łóżku, ale dla ciebie silniejsze okazują się wspomnienia chwil spędzonych tu z Mattem i Alexą. Podziwiam twój optymizm. Naprawdę. – Uśmiecha się niemal melancholijnie, a potem krzywi usta w autoironii. – Jeśli chodzi o mnie, mój kielich jest opróżniony.

Nie odpowiadam, bo dobrze znam moją przyjaciółkę. Dzieli się ze mną swoimi przemyśleniami, ale to wszystko, do czego jest zdolna. Słowa pocieszenia byłyby dla niej żenujące – niemal jak zdrada. Jestem tutaj, więc może mi to wszystko powiedzieć ze świadomością, że ktoś jej wysłuchał. Nie chce niczego więcej.

Uśmiecha się.

– Wiesz, za czym tęsknię? – pyta. – Za taco produkcji Matta.

Spoglądam na nią zaskoczona, a potem też się uśmiecham.

– Było wspaniałe, prawda?

– Czasem o nim śnię – odpowiada z tęsknotą.

Za nic na świecie nie potrafię gotować. Jak to się mówi, potrafiłabym przypalić nawet wodę. Matt jak zwykle, we wszystkich aspektach, był pod tym względem uzdolniony. Kupował książki kucharskie i eksperymentował – dziewięć razy na dziesięć z doskonałym skutkiem.

Nauczył się robić taco od zera. Nie pamiętam, kto podał mu recepturę. W każdym razie wychodziły mu nie paskudne kleiste sklepowe muszelki, ale takie, które z elastycznej tortilli zmieniały się w mgnieniu oka w twarde, chrupiące, przepyszne półksiężyce. Dodawał też do mięsa jakichś przypraw, przez które dosłownie ślinka napływała mi do ust.

Wygląda na to, że Callie również. Uwielbiała jedzenie i wpraszała się do nas na obiady trzy lub cztery razy w miesiącu. Widzę ją we wspomnieniach, jak pochłania taco, przeżuwa jedzenie i mówi jedną stroną ust coś, co rozśmiesza Alexę do tego stopnia, że krztusi się mlekiem i wydmuchuje je nosem. Oczywiście był to kolejny powód do radości. Alexa ze śmiechu zaczęła się klepać po udach.

– Dziękuję – mówię.

Callie wie, o co mi chodzi. Dziękuję za wspomnienie, ten zapomniany gorzko-słodki okruch, ten cios w żołądek, który jednocześnie boli i wywołuje cudowne uczucie rozkoszy.

To właśnie cała Callie: zbliża się na moment, żeby przytulić moją duszę, i czym prędzej się oddala, aby odzyskać wygodny dystans.

Wstaje i rusza w stronę drzwi. Ogląda się na mnie i uśmiecha sprytnie.

– A tak przy okazji, wiesz, że nie potrzeba pułapki na myszy. Wystarczy, jeśli dosypiesz czegoś do pączków. Ja zawsze zjem pączki.

[1] Styl amerykańskiego budownictwa jednorodzinnego, które było połączeniem rzemiosła artystycznego z fascynacją prostą, drewnianą architekturą Chin i Japonii. Domy takie najczęściej budowane były z drewna lub kamienia, ich cechy charakterystyczne to szerokie okapy, często w kształcie trójkątów, ganki z grubymi kwadratowymi lub okrągłymi kolumnami, wiele okien, niskie spadowe dachy. (Wszystkie przypisy pochodzą od tłumaczki).

5

– Jak się czujesz, Smoky? – pyta Elaina. Przyjechała jakieś dwadzieścia minut temu i po wyściskaniu się z Bonnie wyciągnęła mnie do dużego pokoju. Spogląda na mnie szczerze i z dobrocią. Jej brązowe oczy, lśniące jak neonówki, prześwietlają mnie jak rentgen. Żadnych głupot i wymówek, mówią.

– Przeważnie dobrze, czasem niezbyt – odpowiadam z wahaniem. Nigdy nie przychodzi mi do głowy oszukiwać Elainy. Jest jedną z tych nielicznych ludzi jednocześnie dobrych i silnych.

Jej wzrok łagodnieje.

– Opowiedz mi o złych chwilach.

Spoglądam na nią, usiłując znaleźć słowa opisujące mojego nowego demona; zło, które atakuje mnie w czasie snu. Kiedyś był nim Joseph Sands – chichotał i rechotał, gwałcił mnie raz po raz, zabijał moją rodzinę z uśmiechem, puszczając do mnie oczko. Sands wyblakł i najnowsze koszmary koncentrują się wokół Bonnie. Widzę ją siedzącą na kolanach szaleńca, który przykłada jej nóż do gardła. Widzę ją leżącą na białym prześcieradle z dziurą po kuli w czole i krwią rozlewającą się pod nią niczym skrzydła szkarłatnego anioła.

– Strach. To strach.

– Czego się boisz?

– Boję się o Bonnie.

Jej czoło się wygładza.

– Ach, obawiasz się, że coś się jej stanie?

– Jestem przerażona. Tym, że nigdy już nie będzie mówić i w końcu oszaleje. Tym, że nie będzie mnie przy niej, kiedy mnie będzie potrzebować.

– I? – Elaina drąży dalej, zmusza mnie do wydobycia najgorszego strachu, który czai się na samym dnie ciemności; do ubrania go w słowa.

– I tym, że umrze. Zadowolona? – odpowiadam obcesowo i zaraz tego żałuję. – Przepraszam.

Uśmiecha się, pokazując, że nie ma mi tego za złe.

– Zważywszy na wszystko, co się wydarzyło, twoje obawy są logiczne, Smoky. Straciłaś dziecko. Wiesz, że coś takiego może się zdarzyć. Na miłość boską, Bonnie prawie umarła na twoich oczach. – Dotyka lekko mojej dłoni. – Twój strach jest sensowny.

– Ale przez to czuję się bezbronna – odpowiadam żałośnie. – Strach jest słabością, a ja powinnam być silna dla Bonnie.

Sypiam z naładowanym pistoletem na szafce nocnej. Alarm w domu jest włączony, czujniki są wszędzie, dom jest nimi naszpikowany po brzegi, a zamka ryglowego w drzwiach wejściowych nie da się sforsować bez godzinnego nawiercania dziur. Wszystko to pomaga, ale nie rozwiewa obaw.

Elaina spogląda na mnie ostro i potrząsa głową, tylko raz.

– Nie. Bonnie potrzebuje twojej obecności. Tego, żebyś ją kochała. Potrzebuje matki, a nie superbohaterki. Prawdziwi ludzie są skomplikowani, pełni wad i generalnie niezbyt doskonali, ale przynajmniej są na miejscu, Smoky.

Elaina jest żoną jednego z członków mojego zespołu, Alana. To śliczna Latynoska o kobiecych kształtach i oczach poety. Jej prawdziwe piękno wywodzi się z serca; ma w sobie tę niezwykłą dobroć i delikatność, która mówi: „mama”, „bezpieczeństwo” i „miłość”. Nie jest głupiutką Polianną – dobroć Elainy to nie miód z mlekiem. Jest nieustępliwa, niezaprzeczalna i niezmożona.

W zeszłym roku u Elainy zdiagnozowano drugie stadium raka jelita grubego. Musiała przejść operację, a potem chemioterapię i radioterapię. Dobrze sobie radzi, ale straciła włosy, które zawsze były grube i nieposkromione. Znosi tę niedogodność i upokorzenie w ten sam sposób, w jaki ja nauczyłam się znosić moje blizny: nie ukrywa tego i pokazuje to wszystkim. Jest ogolona na łyso i nie okrywa głowy żadną chustką czy kapeluszem. Zastanawiam się, czy ta strata czasem nie uderza w nią boleśnie, znienacka, podobnie jak kiedyś mnie uderzał brak Matta i Alexy.

Prawdopodobnie nie. Dla Elainy utrata włosów nijak nie równa się z radością przeżycia; ten rodzaj prostoty celu jest częścią jej siły.

Elaina przyszła mnie odwiedzić po tym, jak Sands odebrał mi rodzinę. Wtargnęła do mojego pokoju szpitalnego, odsunęła na bok pielęgniarkę i ruszyła ku mnie z otwartymi ramionami, które chwyciły mnie i owinęły niczym skrzydła anioła. Rozpadłam się wewnątrz ich kokonu, wypłakując rzeki na jej piersi przez – zdałoby się –całą wieczność. W tamtej chwili była moją matką i zawsze będę ją za to kochała.

Ściska mnie za rękę.

– Twoje uczucia mają sens, Smoky. Mogłabyś całkowicie uwolnić się od strachu tylko i wyłącznie wtedy, gdybyś przestała kochać Bonnie tak, jak ją kochasz. A ja myślę, że trochę już na to za późno.

Ściska mnie w gardle i oczy pieką mnie od łez. Elaina zawsze potrafi dotrzeć do podstawowych prawd – takich, które pomagają, dają człowiekowi wolność, ale mają swoją cenę: nie można o nich zapomnieć. Ta prawda jest okropna, piękna i nieunikniona: nigdy nie pozbędę się swojego strachu, ponieważ kocham Bonnie. Żeby się odstresować, musiałabym „tylko” przestać ją kochać.

To się nie stanie.

– Ale czy to kiedyś przestanie być takie wyczerpujące? –pytam ze sfrustrowanym westchnieniem. – Nie chcę jej skrzywić psychicznie.

Elaina chwyta mnie za obie ręce i spogląda na mnie stanowczo.

– Czy wiesz, że jestem sierotą, Smoky?

Spoglądam na nią zaskoczona.

– Nie, nie wiedziałam tego.

– Jestem. – Kiwa głową. – Ja i mój brat, Manuel. Po tym, jak nasi rodzice zginęli w wypadku samochodowym, wychowywała nas abuela, nasza babcia. Wielka kobieta. Mam na myśli: wspaniała. Nigdy nie narzekała. Nigdy. – Uśmiecha się tęsknie. – A Manuel, och, był takim cudownym chłopcem, Smoky. Miał wielkie serce, był dobry, ale bardzo wrażliwy. Nie cierpiał na żadną konkretną dolegliwość, ale zawsze łapał wszystkie choróbska, które krążyły w powietrzu, i zdrowiał jako ostatni. Pewnego letniego dnia abuela zabrała nas na plażę w Santa Monica. Manuela pochwycił prąd morski. Umarł.

Jej słowa są proste, wypowiedziane bez emocji, ale czuję skrywający się za nimi ból. Cichy smutek.

– Straciłam rodziców bez żadnego powodu – ciągnie. –Tamtego pięknego dnia straciłam również brata, którego jedyną przewiną było to, że nie potrafił pływać na tyle dobrze, aby wrócić do brzegu. – Wzrusza ramionami. –Rzecz w tym, Smoky, że ja wiem, co to strach, obawa przed utratą ukochanej osoby. – Cofa ręce i się uśmiecha. –I co zrobiłam? Zakochałam się we wspaniałym mężczyźnie, który wykonuje niebezpieczny zawód, i owszem, niejedną bezsenną noc spędziłam, martwiąc się i bojąc na śmierć. Czasem wyżywałam się za to na Alanie. Niesprawiedliwie.

– Naprawdę? – Trudno mi to pogodzić z moim wizerunkiem Elainy, którą stawiam wysoko na piedestale. Nie potrafię sobie jej wyobrazić jako kogoś niedoskonałego.

– Naprawdę. Czasem mijają całe lata bez problemów. Nie myślę nawet o tym, że mogę go stracić, i śpię spokojnie. Ale strach zawsze powraca. Odpowiadając więc na twoje pytanie: nie. W moim przypadku strach nigdy nie mija, ale tak, nadal wolę kochać Alana, bez względu na obawy i wszystko inne.

– Elaina, dlaczego nigdy mi tego nie powiedziałaś? O tym, że byłaś sierotą? O twoim bracie?

Wzrusza ramionami, tak po prostu, niemal definitywnie.

– Nie wiem. Przypuszczam, że bardzo się staram, aby mnie to nie zdefiniowało, i z tego wszystkiego zapomniałam opowiedzieć ci mojej historii, kiedy powinnam. Myślałam o tym raz, kiedy byłaś w szpitalu, ale postanowiłam wtedy przemilczeć sprawę.

– Dlaczego?

– Kochasz mnie, Smoky, a tą opowieścią sprawiłabym ci więcej bólu, niż mogłabym pomóc.

Zdaję sobie sprawę, że ma rację.

Elaina uśmiecha się wielobarwnym uśmiechem żony, która zdaje sobie sprawę z tego, jak wielkie ma szczęście, posiadając męża, którego naprawdę kocha; uśmiechem matki, która nigdy nie miała własnego dziecka; uśmiechem łysej Roszpunki, która cieszy się z tego, że żyje.

Pojawia się Callie z Bonnie u boku. Obie przyglądają mi się uważnie. Zapewne szukają nowych pęknięć w mojej skorupie.

– No to co? Jesteśmy gotowe, żeby zacząć ten show? –pyta Callie.

Zmuszam się do uśmiechu.

– Na tyle gotowe, na ile można.

– Wyjaśnij mi, co takiego właściwie mamy zrobić – prosi Elaina.

Biorę się w garść i polecam jej, żeby nie wypuszczała nawet najbardziej rozedrganych, śliskich części mojej duszy.

– Od śmierci Matta i Alexy minął rok. Wiele się od tego czasu wydarzyło. – Spoglądam na Bonnie z uśmiechem. – Nie tylko w moim życiu. Nadal za nimi tęsknię i wiem, że już zawsze tak będzie, ale… – Używam tych samych słów, które wypowiedziałam wcześniej w rozmowie z Bonnie. – Oni już tutaj nie mieszkają. Nie mówię o wymazywaniu wspomnień. Zamierzam zachować wszystkie zdjęcia i domowe filmy. Chodzi o praktyczne rzeczy, które są już bezużyteczne. Ubrania. Płyn po goleniu. Kije golfowe. Rzeczy, które przydałyby się, tylko jeśli obydwoje by tu byli.

Bonnie spogląda na mnie bez wahania czy niepewności. Uśmiecham się do niej i przykrywam jej dłoń moją dłonią.

– Jesteśmy tu, żeby ci pomóc – mówi Elaina. – Po prostu powiedz nam, co mamy robić. Dzielimy się pokojami czy chcesz, żebyśmy wszystkie zajęły się każdym z nich razem?

– Chyba wolę razem.

– W porządku. – Milknie na chwilę. – Od którego zaczynamy?

Mam wrażenie, że jestem przyklejona do kanapy. Elaina z pewnością to wyczuwa, dlatego daje mi mentalnego kuksańca, zmusza mnie do ruchu, mówi mi, żebym wstała, zrobiła coś. Irytuje mnie to i niemal natychmiast czuję się z tego powodu winna. Nigdy w życiu nie żywiłam takich uczuć wobec Elainy i z pewnością nie zasługuje na nie w tej chwili.

Wstaję zdecydowanie. Czuję się, jakbym bez rozmysłu skoczyła z wysokiej trampoliny.

– Zacznijmy od sypialni.

Wypełniłyśmy kilka pudeł w kakofonii dźwięków rozdzieranej taśmy klejącej i chrobotania tektury. Teraz znów zapadła cisza. Razem z Mattem mieliśmy osobne szafy w głównej sypialni. Spoglądam na jego drzwi i czuję, jak powietrze gęstnieje.

– Och, na litość boską! – mówi Callie. – Zrobiło się zdecydowanie za poważnie.

Podchodzi do okien i otwiera żaluzje, jedną po drugiej. Do pokoju wpadają promienie słońca, niczym powódź złota. Callie otwiera okna zdecydowanymi, niemal brutalnymi ruchami. Po chwili do środka wpada chłodna bryza, a za nią hałas świata.

– Zaczekajcie tutaj – rozkazuje surowo Callie, ruszając w kierunku wyjścia z sypialni.

Elaina unosi brwi. Wzruszam ramionami. Słyszymy, jak Callie zbiega na dół, a potem robi coś w kuchni. Po chwili, tupiąc, wraca na górę. Trzyma w ręku mały odtwarzacz kompaktowy. Włącza go do gniazdka, wkłada CD i wciska przycisk odtwarzania. Słyszymy wciągający rytm perkusji wymieszany z riffem elektrycznej gitary, chwytliwym i jakby znajomym. To jedna z naszych piosenek. Nie pamiętam jej tytułu, ale słyszałam ją tysiące razy i zawsze mam ochotę przy niej tańczyć.

– Przeboje z lat siedemdziesiątych, osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych – mówi. – Nie mają ważnego przekazu, ale są zdecydowanie fajne.

W przeciągu zaledwie trzech minut Callie zdołała zmienić ten pokój z pełnego cieni i ponurego w jasny i frywolny. Jedna więcej zwyczajna sypialnia w piękny dzień. Zastanawiam się nad tym, co powiedziała wcześniej: o jej niezdolności do zaangażowania się. Okazuje się, że unikanie powagi w osobistym życiu ma przynajmniej jedną dobrą stronę: Callie wie, jak się bawić i żyć chwilą.

Spoglądam na Bonnie i unoszę brwi.

– Sądzisz, że możemy przetańczyć tę robotę, mała?

Uśmiecha się szeroko i kiwa głową.

– Też tak myślę – odpowiadam. Oddycham głęboko, podchodzę do szafy i otwieram drzwi.

6

Muzyka i światło słoneczne podziałały, przynajmniej w sypialni. Przejrzałyśmy szafę Matta i wcale tak bardzo nie posmutniałam.

Spakowałyśmy jego koszule i spodnie, swetry i buty. Jego zapach, jego duch był wszędzie, zupełnie jakby z każdym ubiorem wiązało się jakieś wspomnienie. Uśmiechał się, zakładając ten krawat. Płakał na pogrzebie dziadka w tym garniturze. Alexa zostawiła na tej koszuli odcisk rączki ubrudzonej dżemem. Wszystkie te wspomnienia okazały się o wiele mniej bolesne, niż się spodziewałam – bardziej intensywne, niż zasmucające.

Dobrze sobie radzisz, mała, pochwalił mnie Matt w mojej głowie.

Nie odpowiedziałam, ale uśmiechnęłam się do siebie.

Pomyślałam o Quantico i o posadzie instruktora. Może dobrze by mi to zrobiło, zostawić wszystko za sobą?

Jeżeli tak postanowię, musi być to wybór, a nie ucieczka. Muszę zmierzyć się z moimi duchami i odłożyć je do lamusa, inaczej będą za mną podążały wszędzie, gdzie się udam. To właśnie robią duchy.

Przejrzałyśmy szafę, resztę sypialni i łazienkę. Ból był obecny, ale do zniesienia. Jakoś to przetrwałam. Słodko-gorzki, panie kelnerze, z naciskiem na słodycz.

Zniosłyśmy razem wszystkie pudła po schodach, przeniosłyśmy do garażu, a potem na strych nad garażem. Porzuciłyśmy je tam, wpychając w najdalsze kąty. Wiedziałam, że będą tam zalegały w ciemnościach, zbierając kurz.

Przepraszam, Matt, pomyślałam.

To tylko przedmioty, mała, odparł. Serce nie pokrywa się kurzem.

Pewnie masz rację.

Tak przy okazji, co z 1forUtwo4me[2]?, pyta znienacka Matt.

Nie odpowiadam. Stoję na drabinie, od pasa w górę schowana na strychu.

– Smoky? – woła Callie z wejścia do garażu.

– Zaraz przychodzę.

Dokładnie, myślę. Co z 1forUtwo4me? Jaki jest plan?

W mojej pracy nauczyłam się, że porządni ludzie również mają tajemnice. Dobrzy mężowie i żony potrafią się mimo wszystko zdradzać albo ukrywać jakieś wady. Czasem okazuje się, że wcale nie byli takimi dobrymi ludźmi. Dowiedziałam się, że wszystko to wychodzi na jaw po śmierci – bo wtedy inni mogą szperać w twoim życiu dowolnie długo i głęboko, a ty nie możesz nic na to poradzić.

Co znów prowadzi do 1forUtwo4me. To hasło. Matt wyjaśnił mi kiedyś koncepcję bezpiecznych haseł, kiedy ktoś włamał się do naszej rodzinnej skrzynki e-mailowej.

– Powinnaś używać numerów i liter. Im dłuższe hasło, tym lepsze oczywiście, ale trzeba wybrać coś, co łatwo zapamiętać i czego nie będziesz musiała zapisać. Coś mnemonicznego, jak… – pstryknął palcami – „one for you, two for me”. To fraza, która utkwiła mi w głowie. Zmienię ją nieco, dodając liczby, i wychodzi mi „1forUtwo4me”. Może głupie, ale zapamiętam to, a obcej osobie trudno będzie zgadnąć tę frazę przez przypadek.

Miał rację. To hasło było niczym guma do żucia przyklejona do podeszwy. 1forUtwo4me. Nigdy nie musiałam jej zapisywać. Zawsze była w moich myślach.

Kilka miesięcy po śmierci Matta siedziałam przy jego komputerze. Mieliśmy w domu biuro i każde z nas posiadało własny komputer. Czułam się odrętwiała i szukałam czegoś, co wyrwałoby mnie z tego stanu, rozbudziło we mnie emocje. Przejrzałam jego e-maile i pliki. Trafiłam na folder oznaczony jako „prywatny”. Kiedy chciałam go otworzyć, okazało się, że jest zabezpieczony hasłem.

1forUtwo4me. Pojawiło się w mojej głowie, zanim zdołałam się porządnie nad tym zastanowić. Moje palce wyciągnęły się w kierunku klawiatury i właśnie zamierzałam je wpisać, kiedy zastygłam, przerażona.

A co, jeżeli „prywatne” naprawdę oznacza prywatne? W sensie: nieprzeznaczone dla moich oczu?

Sama myśl była odrażająca i potworna. Moja wyobraźnia się rozszalała.

Utrzymanka? Porno? Kochał kogoś innego?

Po tych myślach przyszło poczucie winy.

Jak mogłaś coś takiego pomyśleć? Przecież to Matt. Twój Matt.

Wyszłam z gabinetu, schowałam 1forUtwo4me w najgłębszym zakamarku umysłu i usiłowałam o tym nie myśleć. Od czasu do czasu jednak hasło dawało o sobie znać. Tak jak teraz.

I co? Wolimy prawdę czy udajemy, że nie ma problemu?

– Smoky? – woła znowu Callie.

Nadal czuję obecność Matta.

Czeka.

1forUtwo4me.

Przychodzi mi do głowy, że zrywanie z przeszłością jest dość skomplikowaną sprawą.

Stoimy w progu pokoju Alexy. Czuję się bardzo niekomfortowo. Ból odzywa się tu mocniej, ale nadal jest do zniesienia.

– Ładny pokój – mruczy Elaina.

– Alexa lubiła dziewczęce rzeczy – odpowiadam z uśmiechem.

To wymarzony pokój dla małej dziewczynki. Stoi w nim duże łóżko z baldachimem, okryte różem we wszystkich możliwych odcieniach. Narzuta i poduszki są grube, mięciutkie i zapraszające. „Połóżcie się na nas i wypocznijcie”, mówią.

Jedna czwarta podłogi pokryta jest kolekcją pluszowych zwierzaków Alexy. Tycie, małe, duże i olbrzymie, od niezidentyfikowanych do tych całkiem fantastycznych.

– Lwy, wygrysy i dziedźwiedzie, o rany! – żartował sobie Matt.

Przyglądam się wszystkiemu i przychodzi mi do głowy coś, nad czym nigdy przedtem się nie zastanawiałam.

Bonnie spała ze mną od chwili, gdy przywiozłam ją do domu. Nie sądzę, żeby kiedykolwiek odwiedziła ten pokój.

Bądźmy szczerzy. To ty jej nigdy tu nie przyprowadziłaś, karcę się w myślach. Taka jest prawda. Nigdy jej nie zapytałaś, czy nie chciałaby odziedziczyć całej góry wypchanych zwierzątek i różowego wulkanu pościeli i koców.

Przyszedł czas, żeby to naprawić. Przyklękam obok Bonnie.

– Chcesz zostawić sobie coś z tego pokoju?

Spogląda na mnie pytająco.

– Możesz wziąć, co tylko chcesz. – Ściskam jej dłoń. – Naprawdę. Możesz mieć cały pokój.

Potrząsa głową. Nie, dziękuję, mówi.

Skończyłam z dziecinnymi rzeczami, mówi jej spojrzenie.

–