Wydawca: Edipresse Książki Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2018

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 185 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Obłęd. Singielka i Otello - Hanna Bakuła

Obłęd. Singielka i Otello to przygody atrakcyjnej, niezależnej Molly, znanej malarki, która irracjonalnie zakochuje się w nieciekawym i zakompleksionym naukowcu. Ogromnym wysiłkiem robi z niego eleganckiego mężczyznę. Jednak od początku do siebie nie pasują. Niby spokojny Docent, specjalista od jodłowania w Tyrolu, góral z pochodzenia, staje się coraz bardziej zazdrosny i zaczyna prześladować artystkę. Znajomi są przerażeni, pomagają jej zachować zdrowy rozsądek i ukrywają przed Otellem. Ten coraz częściej pije, ma objawy choroby dwubiegunowej i zaczyna zagrażać Molly.

Wszystkie perypetie opisane są dowcipnym i złośliwym językiem charakterystycznym dla Hanny Bakuły, autorki wielu bestsellerów, głównie dotyczących trudnych spraw męsko-damskich i seksu. Książka jest opowieścią pełną przygód, coraz bardziej niebezpiecznych dla lekkomyślnej artystki, która jak zaczarowana tkwi w chorym układzie. Na szczęście do czasu. A w tle Warszawa z jej luzem towarzyskim i wspaniały Nowy Jork z początku XXI wieku.

Opinie o ebooku Obłęd. Singielka i Otello - Hanna Bakuła

Fragment ebooka Obłęd. Singielka i Otello - Hanna Bakuła

Jakiekolwiek podobieństwo bohaterów powieści do istniejących osób jest przypadkowe.

Stevenowi S.

POLECAMY KSIĄŻKI HANNY BAKUŁY

Singielka i Otello na zakręcie

Seks. Teoria i praktyka

Świat Hani Bani

Jak być ogierem do końca życia

Jak jest z seksem?

Z seksem jest jak z grą na fortepianie. Są wirtuozi, którzy mają dar, są świetni pianiści, którzy mają sukcesy, osoby, które grają nieźle, ale by mogły sobie darować, i głuszce patałachy, do tego przepadające za popisywaniem się.

Molly z autopsji i zwierzeń koleżanek znała wszystkie rodzaje, a wirtuozów wyczuwała nieomylnie. Amatorów pozbawionych talentu i praktyki – również. Seksuolodzy twierdzą, że można popracować nad związkiem i jeśli osoby są zdrowe fizycznie, można dojść, z przeproszeniem, do consensusu. Można, ale po co? Nie nauczy się starego psa nowych sztuczek, jak mawiają Anglicy.

Edukację seksualną powinno się zaczynać w szkołach podstawowych i zdawać z niej maturę. Dlaczego uczy się ludzi jedzenia nożem i widelcem, żeby było wygodnie i miło, a nie nauczy teorii i praktyki podstawowej czynności, za którą wszyscy przepadają bez względu na kwalifikacje? Można zaryzykować tezę, że nie mają one wpływu na samozadowolenie łamagi seksualnego, który myli uprawianie dobrego seksu z prymitywną biologią.

Bycie singlem

Bycie singlem jest w krajach niecywilizowanych czymś takim jak bycie gejem. Zwraca uwagę, powoduje komentarze, wzbudza podejrzenia i działa jak płachta na byka. Granica między normalnością a nienormalnością jest bardzo wyraźna i każdy grubas wie, co wyczyniają te szykowne indywidua kręcące dupkami. Dlatego mają się na baczności, bo a nuż by ich dopadli i zrobili swoje. Tacy są. Nikomu nie przepuszczą, byle był chłopaczek, wiek i waga obojętne. Z tym nie bardzo się zgadzają zainteresowani.

Bycie singlem wzbudza podejrzenia o jakiś defekt, szczególnie dotyczy to kobiet. Wiadomo, że jak jest sama, to dlatego, że nikt jej nie chce albo ma jakiś poważny odstraszający przy bliższym poznaniu defekt, a może ten najgorszy, czyli brak miejsca najświętszego – jest lesbą albo transwestytą. W prowincjonalnej krainie, gdzie można bić rodzinę, każde odstępstwo od normy katolickiego szczęścia domowego karane jest ostracyzmem normalnych obywateli, których tradycja nauczyła, że baba jest do rodzenia, a chłop… No właśnie! Nie pomogą na to korporacje, bo stołeczne mieszczaństwo zostało zasilone przez mieszczaństwo prowincjonalne i wiejskie zwane słoikami. Dużo bardziej zacofane niż ich trzydziestoletni koledzy ze stolicy. Słoiki mają to do siebie, że nie poprzestają na jednym pięćset plus. Chcą minimum tysiąc pięćset miesięcznie na spłacenie kredytów wziętych na wszystko. Słoik stoi w mieszkaniu należącym do banku i jeździ bryką należącą do banku. Słoik nie bywa singlem, bo to się nie opłaca ani kredytowo, ani podatkowo. Słoik haruje, jęcząc prostuje zasiedziane kosteczki, zwykle łysieje od klimatyzacji i niezdrowego jedzenia. Słoik miewa zawały w wieku trzydziestu pięciu lat i w tym samym wieku leczy impotencję lub pożera preparaty bez recepty, powiększające libido. Słowem: król życia.

Cierpienia Molly

Molly, która była singielką z założenia i od dziecka, przeszła wszystkie męki bycia wyrzutkiem banalnego społeczeństwa. Od wczesnej młodości wzbudzała lęk u matek kolegów ze szkoły, a potem kolejnych teściowych, które na klęczkach błagały synów, żeby się z nią nie zadawali. Żaden nie posłuchał i miał ciekawe życie.

Cierpienia Molly, związane z niekonwencjonalnym zachowaniami, były niczym w porównaniu z jej nagłym i wlokącym się od lat związkiem z Docentem. To pełne rozstań i awantur panopticum idealnie uspokajało jej Matkę i Ojczyma. Córka miała opokę z niedużą kasą, ale jednak, no i wiadomo – kolejnym etapem będzie profesura. Molly będzie profesorową, żoną specjalisty od jodłowania w Alpach i twórcy wydziału tyrolistyki na uniwersytecie. Będzie słuchała dźwięku krowich dzwonków nagranych przez ofiarnych studentów, bo Docent wolał pić w domowych pieleszach lub w letnich rezydencjach, a to ukochanego Profesora zajmującego się Tacytem, a to Matki Molly.

Na swojej zrujnowanej i zapyziałej działeczce z bida-domkiem nie bywał, bo życie z Molly nauczyło go korzystać z rozkoszy posiadanych przez jej bogatych przyjaciół, paradnych letnich rezydencji, acz snobem był umiarkowanym i kochał działkę pod Radzyminem, gdzie pykał niemodną fajkę i pił piwo pomiędzy posiłkami z półproduktów. Matka była w ósmym niebie. Nareszcie córka, znowu, po raz piąty, będzie mogła zasiadać w gronie mężatek, właścicielek zirytowanych brzuchaczy ze sfatygowaną prostatą. Nareszcie zwiędnie i zbrzydnie, nareszcie kupi sobie niedrogą sukienkę za kolano i pantofelki na gumie udającej skórę, ergo będzie normalna. To od dziecka było marzeniem skrajnie normalnej, całej w beżach rodzicielki i nadgryzionego zębem czasu, starszego od niej o siedemnaście lat męża, zainteresowanego wyłącznie drugą wojną światową, w której uczestniczył po właściwej stronie i był powstańcem pierwszej wody. Siedział w dawnym pokoiku Molly i oglądał filmy wojenne. Buch, piii, łubuduuu! Jebuduuu! – niosło się po mieszkanku, bo głuchawy staruszek słuchał na maksa.

Erozja erotyczna

Niebo poróżowiało z prawej strony, ale za chwilę zmieniło zdanie i stało się pomarańczowe. Za oknem majaczyły łąki wilanowskie, na których pojawiły się dźwigi. To był koniec tego miejsca pełnego kuropatw, królików i bażantów. Mamona wjeżdżała w płuca Warszawy, które sprawiały, że nie było smogu w śródmieściu. Molly, a właściwie to, co z niej zostało, stała przed wielkim lustrem w gobelinowej ramie, z którego, patrzyła na nią osoba bardzo podobna, ale pokryta kurzem nudy. Jej oczy arabskiego konia stały się czujniejsze i jakby zmalały. Zaczepność i czupurność trafił szlag po latach pokracznego związku, który nagle zrywała prawie bez powodu, a potem dawała się ubłagać i wracała również bez powodu.

Siedziała na karuzeli opinii znajomych, rodziców, romantycznych błazenad Docenta i stałej jego kontroli. Nauczyła się bezbłędnie ranić krążącego, jak wielka mucha, niekochanego już ukochanego. Sama miała doskonale opanowaną technikę godną Bruce’a Lee. Nie sposób jej było trafić. Coś, co dawno zdechło, nagle ożywało i merdało ogonem. Molly prowadziła dwa życia, była jak amerykański komiwojażer. Miała cudownych przyjaciół, z którymi bankietowała i wyjeżdżała, a czasami dawała się złowić w sidła Docenta, który po kolejnej awanturze zakończonej zerwaniem stawał się Petrarką i Liskiem Chytruskiem. Pisał listy miłosne, uruchamiał swoich zwolenników i krążył dookoła domu, w którym mieszkała zabarykadowana Molly, chroniona przez sąsiadów. Umęczona, zapominała, że go po prostu nie lubi, ale pomoc przy różnych komputerowych kłopotach była nie bez znaczenia.

Ponieważ nie była w nikim zakochana, ani nic się nie kroiło, w miarę uczciwie rozpoczynała kolejny etap katorgi. Słowo „katorga” doskonale odzwierciedlało jej sytuację. Takie same dni w jej lub jego mieszkaniu. Wieczory z winem w nadmiarze. Rutynowy seks, przed którym ostrzegała koleżanki tkwiące ze strachu we flanelowych piernatach małżeńskich.

Coś się z nią działo, traciła kontur i połysk. Nadal miała spore powodzenie, pomimo podeszłego – w swoim pojęciu – wieku. Starszy sporo Docent zaczynał flaczeć psychicznie i fizycznie. Ratowała go prawie codzienna jazda na rowerze, którą narzucała Molly. Kiedy się rozstawali, Docent ośmielał się przyjeżdżać na jej wilanowską ścieżkę. Kiedyś go przyłapała, jak wyjmował składak z auta dwieście metrów od jej domu. Udała, że go nie widzi, a on przykucnął za maską. Był wszędzie i czuła się jak na harcerskich podchodach. Istniała możliwość, że druh Docent zwariował.

Kobieta kalafior

Nawet po roku od niefortunnej masakry, której dokonał pod pretekstem liftingu i „lekkiego zeszlifowania noska” konował Gómka bez specjalizacji chirurga plastyka, Molly wyglądała jak kalafior. Poliki były gruzłowate, nos purpurowy, a bóle nie ustępowały. Podobno gronkowiec, którym ją zakaził lekarz na skutek nieprzestrzegania podstawowych norm i z brudu, jest nie do końca usuwalny. Molly czasami miała wrażenie, że jej twarz płonie i stawała się coraz słabsza. Zdarzało się, że wjeżdżała autem na chodnik i drzemała przez chwilę, założywszy ciemne okulary, że niby tak sobie siedzi po nic.

Przyjaciele poradzili autotransfuzje z witaminą C u najlepszego internisty i irydologa na świecie, który wiele osób uratował. Molly jeździła do uroczego lekarza Macieja, który kiwał głową i wcale jej nie pocieszał. Po pół roku wizyt na dalekiej Woli Molly poczuła się lepiej, ale poskręcane sinawe policzki bolały szczególnie, gdy było ciepło. Znajomi trzymali mrożonki, które przykładała w czasie wizyt. Najlepszy, bo płaski, był rozdrobniony szpinak. Brukselka wykluczona.

Pogniewany o jej wyjazd z kolegami do Portugalii, po którym o mało nie umarła, Docent po jej ucieczce przed nim ze szpitala i zamieszkaniu przez Molly u przyjaciół zniknął, choć jego wielka zwolenniczka Matka i ponaddziewięćdziesięcioletni fan Ojczym mieli niewyraźne miny. Świadczyło to o tym, że Docent wpada na wczorajsze mielone i razem coś kombinują. Molly za dobrze znała pokrętną góralską duszę Docenta. Zamiast jodłowaniem mógł się zająć pismem węzełkowym, bo zamiast zwojów miał ewidentnie zdrewniałe supły. Trzeba go było dobrze znać, żeby nie uwierzyć w jego minkę słodkiej Jadziuni katechetki, która by chomika nie skrzywdziła.

Docent chomika przypominał na początku znajomości, zanim schudł od wygibasów seksualnych, a potem ciut pterodaktyla, bo po latach owisł mu owal zatroskanej buzi. Już na początku płomiennego romansu, w którym przez pierwsze lata wiosłowała Molly, „chomikami” – dusząc się ze śmiechu – nazwał kiedyś przy jej znajomych socjologach z Nowego Jorku pedałów, czyli gejów. Znajomi następnego dnia zadzwonili z prośbą, żeby nie narażała ich na takie sytuacje. Kiedy zwróciła Docentowi uwagę, obraził się i powiedział, że nazwa „chomik” jest milsza od „homek”, a tak się powszechnie mówi o pedałach, kto i gdzie nie chciał powiedzieć. Może na uniwersytecie?

Kiedy skończyła się seria transfuzji i codziennych zagranicznych zastrzyków, a Molly nadal nie mogła przebywać w cieple, ktoś podał jej adres bioenergoterapeuty, który nie był Mongołem, Chińczykiem, Ukraińcem, Rosjaninem czy też wonnym szyszkowym dziadkiem specjalistą z Borów Tucholskich, który pod skorupą brudnej flanelowej koszuliny w kratę i kudłatej brody ma pięćdziesiąt lat i jest nader czynnym seksualnie hipisem. O dziwo, był warszawiakiem i przyjmował w centrum.

Weszła do stalinowskiego bloku z lastrykowymi schodami, a na podeście czwartego piętra stał napakowany osiłek o aparycji dyskotekowego wykidajły. Jak to wykidajło, buzię miał gładką i szczere spojrzenie, ale patrzył trochę jak waran. Był dokładnie ogolony na łyso i jak większość ogolonych wyglądał na zadowolonego z siebie. Dresowe spodnie opinały wielkie globusy pośladków, a rękawy bluzy rozsadzały wałki od kanapy typu Magda lub Jola. Ewidentnie leciał na sterydach. Zawrócić nie było jak i po co. To wszystko było bez sensu, ale nie można zasypiać na stojąco jak koń i nie mieć siły wstać z łóżka.

Waran – cyborg wielkości szafy zaprosił ją do mieszkania widma z lat sześćdziesiątych. Zielone ściany, kratki, w których konały z nudów paprotki, i paskudne liście zwane dowcipnie „szczęściem małżeńskim”. Na krzesłach siedzieli, na oko, martwi pacjenci w kolorze cementu z wodą. Jednego wyrwała z transu chuda dziewczynina z rozpaczą w oczach, w dresie takim jak szef i zaprosiła do drugiego pokoju. Powlókł się za nią apatycznie.

Waran usiadł naprzeciwko Molly, która mała nie będąc, nagle przypominała kolibra z dinozaurem i patrzyła w okno. W oczy nie lubiła, a obcym wcale, chyba że w sytuacjach intymnych, wtedy – to bardzo. Waran, o nic nie pytając, zaczął machać łapami nad kalafiorowatymi policzkami. Mach i strzepnięcie, mach i strzepnięcie. Patrzył na nią obojętnie i sobie machał bez jednej myśli w oku. Molly apatycznie gapiła się na wydeptane przez wojska tatarskie boisko i okolice. Bramka była skręcona na osi. Mógł to zrobić tylko jej oprawca. Machu, machu i po Stachu, co za nuda.

Zwyciężyła jednak ciekawość i Molly zapytała, skąd dar, ale waran, imieniem pan Janek, wzruszył ramionami i machał jak lądujący gołąb. Nagle stupor, jakby przestawił jakąś dźwignię w mózgu i popłynęła historia o tym, że tak właściwie zajmuje się łowieniem astrali. Kiedy wybałuszyła oczy, powiedział, że nawet tu w pokoju jest mała ich kolejka. To te dusze, które zmarły nagle, zupełnie nieprzygotowane i nie mają dokąd pójść. Reszta ma.

Mówił jakby z piecyka z rurą i dość niewyraźnie, ale bez akcentu, z minimalnym niemym L:

– Astraly nie sposób polyczyć, ale nie ma takiej konieczności.

Astrale to również dusze, które wracają do swoich domów i nie zamierzają ich opuszczać. Ich obecność jest dla bliskich wyczuwalna i wzbudza niepokój. Wtedy przychodzi pan Janek i tłumaczy astralom, że już muszą sobie pójść na drugą stronę Styksu. Przeważnie się udaje, tak jakby miał zaziemskie biuro podróży. Opowiadał o tym, machając łapskami.

Po godzinie Molly szła do samochodu i rozmyślała o niewygodach związanych z nagłą śmiercią, starając się nie wpadać na astrale. Kiedy dojechała do domu bez podsypiania i pełna energii, zrozumiała, że pan Janek pomógł i postanowiła wrócić następnego dnia zgodnie z jego poleceniem. Szybko policzyła, że miesięczna kuracja to równowartość wycieczki do Kenii. Co też taki nieskomplikowany pan Janek robi z kasą? Na sterydy za dużo.

Budowa

Lato się powoli szykowało do odlotu tęczowym samolotem. Niektóre liście traciły zieleń, pewnie z powodu globalnego ocieplenia. Coś fruwało w powietrzu, ale jeszcze do jesieni było daleko. Molly jechała na czarnym, składanym dahonie w kierunku Powsina, patrząc na pojedyncze listki lip, które jako pierwsze zżółkły i spadły zdziwione, że to już koniec. Złociły się następne.

Bardzo lubiła być prawie sama na ścieżce, co było możliwe tylko poza weekendami. Już w sobotę rano pojawiał się tłum szaleńców o niezwykłej różnorodności. Dziadziadzidzie o starych napiętych buziach, w obcisłych lateksach i przypominających ptasie główki kaskach, na rowerkach z cienkich rureczek. Masywne, młode, zadziaste cudzoziemki na wielkich, przeważnie różowych damkach. Tatusiowie z przyczepkami ze skołowanymi bobasami, widocznymi przez plastikowe siatki, mamusie z krzesełeczkiem z tyłu, na którym chwiał się zdziwiony maluch w kasku. Deskorolkarze ze słuchawkami w uszach, rolkarze obojga płci, z których połowa rozkraczona walczyła o życie, starając się utrzymać równowagę, i ich ogromni, napakowani konkurenci ze słuchawkami i w goglach, pędzący jak czołgi. Do tego panienki z yorkami na długich smyczkach w poprzek ścieżki, nianie w różnym wieku, uczące chodzić dwuletnie maleństwa, oraz osiedlowe mateczki z wózkami, ze słuchawkami podłączonymi do komórki. Bardzo groźne, bo w otumaniających krasnalskich czapkach i czarnych okularach bez względu na porę roku. Zwykle występujące parami.

Molly właśnie odwiedziła swoją koleżankę, sąsiadkę, wybitną Reżyserkę i naradzały się w sprawie budowy naprzeciwko ich okien wielkiego apartamentowca, którą udawało im się powstrzymywać przez cztery lata. Niestety do władzy doszły oszołomy pełne zapiekłej złości i zabrały się do niszczenia wszystkiego i wszystkich, którzy nie byli po ich stronie. W ramach zemsty na socjalistycznych emerytach właśnie wjechały ogromne dźwigi. Zmieniła się opcja polityczna i ich osiedle stało się symbolem wszelkiego zła, a mieszkańcy zostali skazani na poniesienie konsekwencji bycia „czerwonymi świniami”. Molly była zdecydowanie za chuda na świnię, kolor czerwony kojarzył jej się tylko z ulubioną szminką i choć bardzo interesowała się polityką, czerwona ani zielona nie była. A z pewnością nie była czarna, co wyniosła z deistycznego domu z dziadkiem działaczem przedwojennego PPS-u.

Kiedy prawie zupełnie zapadł się barak, grzęznący przed oknem Molly jak porzucona arka Noego, zmieniła się władza i znowu „czerwone świnie” można było ukarać. Zadzwoniła do przyjaciela z lat studenckich, obecnie radnego, który pomagał w jej ucieczce ze szpitala po szaleństwie lekarza rzeźnika i przygarnął na kilka dni, gdy Docent krążył po Wilanowie jak czołg z demobilu. Bardzo ją wtedy wspierał i pomimo jego średniowiecznych poglądów razem śmiali się ze wszystkiego. Kiedy Docent na moment zniknął z jej podwórka, o czym doniosła telefonicznie sąsiadka wciągnięta w jej pełne ucieczek życie, Molly rozglądając się jak wariatka, wróciła do domu.

Przyjaciela poprosiła o pomoc w zatrzymaniu budowy molocha, a on, niegdyś normalny kolega acz po uniwersytecie katolickim, powiedział, że „świnie” muszą być ukarane. Zanosiło się na horror. Ewidentnie zwariował, bo ufarbował się na zielono-szpinakowo przy pomocy swojej żony czarnuli, rodem z najtańszej drogerii. Nagle w przyjaciołach zaszła jakaś zmiana i szybko podzielili świat na ich – kościółkowy i jej – czerwony, popierany przez żydokomunę Gazety. Było to o tyle zabawne, że Molly gazet nie czytała nigdy i żadnych. Wszędzie miała radia nastawione na różne stacje. Tak mają malarze pokojowi, a w końcu była malarką.

Wpływowi znajomi popularnej Reżyserki zostali zwolnieni w czasie weekendu. Znikąd pomocy, bo poprzedniego dnia o siódmej rano zachrobotało, zadudniło, rozległ się chrzęst i pod oknem Molly zaparkowała ogromna machina, a za nią jechała jeszcze większa koparka. To był drugi wjazd dźwigu. Pierwszy – tydzień po sprowadzeniu się zachwyconej Molly. Wszyscy mieszkańcy ruszyli do boju, ona biegała po sądach, wzywała biegłych, robiła linię światła, które zabierał im wyższy, nowy budynek. W końcu znana, uwielbiana przez naród koleżanka Reżyserka i inni lokatorzy użyli swoich kontaktów i dźwigi wyjechały. Po prostu działka nie nadawała się na wjazd ciężkiego sprzętu, a pięćdziesięciometrowy potwór swoje waży. Baraczek dla robotników ustawiony lata temu powoli zapadał się w błoto. Codziennie biegła rano i radośnie patrzyła, jak znika. Byli uratowani i nadal mieli jeden z najpiękniejszych widoków w Warszawie.

Molly była osobą bardzo emocjonalną i typowym raptusem, więc często albo nie słyszała, albo nie chciała słyszeć i robiła po swojemu. Kiedy zapytała, co będzie pod oknem, zmurszałą, znaną od lat, niby-koleżankę diwę, sprzedającą jej mieszkanie z widokiem na pola wilanowskie dyszące letnimi zapachami, ta odpowiedziała:

– Jakiś skwerek.

Ola radziła pójść do magistratu i zapytać. Molly obiecała i nie poszła, choć Ola miała łeb jak sklep, w przeciwieństwie do swojej zmarłej niedawno matki Poetki, najbliższej przyjaciółki Molly. Po prostu Molly chciała już mieszkać w Wilanowie pachnącym jak polny bukiet, uciec z pokrytej ciekami wodnymi Saskiej Kępy i z mieszkania, które kojarzyło się jej z awanturującym Docentem. Matka też nie była za zmianą, w swoim mieszkała ponad czterdzieści lat i tylko raz przestawiła meble i dostawiła Ojczyma, który zajął stałe miejsce na kanapie w pokoju Molly. Póki co rady matki się nie sprawdzały.

Kiedy dowiedziała się, że Molly nie zabiera ze sobą Docenta, zapłakała, ale za chwilę przestała, bo przypomniała sobie, że płacz nie robił na wyrodnej córce wrażenia. Nici z bycia teściową wybitnego naukowca. Artystyczna kariera Molly wydawała się jej taka sobie, choć córka utrzymywała się na wysokim poziomie, również w Nowym Jorku. Co to za zajęcie malowanie? Dobre i owszem dla mężatek, ale nie dla singielki bez stałych dochodów. Gdy wszyscy chwalili obrazy i akwarelki Molly, była mile zdziwiona, jak matka rudego dziecka, którym się ktoś zachwyca. Docent ewidentnie skradł jej przedziwne słodko-kwaśne serce i nie było sensu z tym polemizować. Byliby cudowną parą, układni, jezuskowaci, konwencjonalni minimaliści.

Molly podeszła do okna wychodzącego na stalinowski plac. Hamujący pod oknem autobus zawył, zaskowyczał i psyknął. Z kiosku Ruchu stojącego na rogu wysunęła się ręka i podała babie piec w burej jesionce opiętej na zadzie gazetę. Domy pokryte piaskowcem były brudne i pozaciekane zielonym syfem. Molly pamiętała z dzieciństwa, że były piękne i czyste.

Tylko Matka się nie zmieniała i w swoich beżach i perełkach była bez wieku. Molly miała nadzieję, że odziedziczy dobre geny. Na razie też wyglądała młodo, tyle że miała poczucie straty połowy energii, którą przez sześć lat z ogromnymi przerwami wysysał z niej Docent. Była tak umęczona ciągłymi kłótniami o bzdety, maglowymi pyskówkami i uporem małego bacy, że kiedy udawało się jej umknąć, choćby na kilka miesięcy, nie posiadała się z radości. Patrząc na pełen staruszków oraz inwalidów o kulach i balkonikach paskudny plac, miała pewność, że Docenta nie kocha. Gorzej było z tym, że nie kochała nikogo.

Copyright for the Polish Edition © 2018 Edipresse Polska SA

Copyright for text and drawings © 2018 Hanna Bakuła

Edipresse Polska SA

ul. Wiejska 19

00-480 Warszawa

Dyrektor ds. książek: Iga Rembiszewska

Redaktor inicjujący: Natalia Gowin

Produkcja: Klaudia Lis

Marketing i promocja: Renata Bogiel-Mikołajczyk, Beata Gontarska

Digital i projekty specjalne: Katarzyna Domańska

Dystrybucja i sprzedaż: Izabela Łazicka (tel. 22 584 23 51),

Barbara Tekiel (tel. 22 584 25 73),

Andrzej Kosiński (tel. 22 584 24 43)

Rysunki: Hanna Bakuła

Redakcja: Iwona Mielczarek

Projekt okładki i stron tytułowych, skład i łamanie:

Olga Bołdok-Banasikowska

Konsultacje: Hanna Bakuła

Biuro Obsługi Klienta

www.hitsalonik.pl

mail: bok@edipresse.pl

tel.: 22 584 22 22

(pon.-pt. w godz. 8:00-17:00)

www.facebook.com/edipresseksiazki

www.instagram.com/edipresseksiazki

ISBN 978-83-8117-657-6

Wszelkie prawa zastrzeżone. Reprodukowanie, kodowanie w urządzeniach przetwarzania danych, odtwarzanie w jakiejkolwiek formie oraz wykorzystywanie w wystąpieniach publicznychw całości lub w części tylko za wyłącznym zezwoleniem właściciela praw autorskich.