Wydawca: Ole Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2014

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 375 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Obietnice po zmierzchu - Sadie Matthews

Czy można ocalić zdruzgotaną miłość?

“Po rozstaniu z Dominikiem jestem zupełnie rozbita. W naszych sercach i ciałach płonęła namiętność, lecz jedno nieporozumienie sprawiło, że ten piękny świat z trzaskiem runął w gruzy. Teraz niczym cień podążają za mną ból i smutek i nie potrafię wybrać właściwej ścieżki. Jednak wystarczy spędzona z nim chwila, aby na nowo obudzić żar w mojej krwi, jego dotyk rozpala ogień, którego moje ciało nigdy nie zapomni.”

Opinie o ebooku Obietnice po zmierzchu - Sadie Matthews

Fragment ebooka Obietnice po zmierzchu - Sadie Matthews

Sa­die Mat­thews

Obiet­ni­ce po zmierz­chu

Z an­giel­skie­go przełożyła Pa­try­cja Za­raw­ska

Tytuł ory­gi­nału: Pro­mi­ses After Dark

Co­py­ri­ght © Sa­die Mat­thews, 2013

First pu­bli­shed in Gre­at Bri­ta­in in 2013 by Hod­der & Sto­ugh­ton An Ha­chet­te UK Com­pa­ny

Co­py­ri­ght © for the Po­lish edi­tion by Gru­pa Wy­daw­ni­cza Fok­sal sp. z o.o., War­sza­wa 2013

All ri­ghts re­se­rved

Tłuma­cze­nie: Pa­try­cja Za­raw­ska/Ter­ka

Re­dak­tor pro­wadzący: Małgo­rza­ta Du­dek/Ha­chet­te Pol­ska

Re­dak­cja: Ewa Ko­si­ba/Ter­ka

Ko­rek­ta: Jo­an­na Łago­da/Ter­ka

Skład i łama­nie: Re­mi­giusz Dąbrow­ski/Ter­ka

Wy­daw­ca:

Gru­pa Wy­daw­ni­cza Fok­sal sp. z o.o.

ul. Fok­sal 17, 00-372 War­sza­wa

tel. 22 828 02 82, 22 380 18 01

e-mail:biu­ro@gwfok­sal.pl

www.gwfok­sal.pl

ISBN 978-83-7881-320-0

Skład wer­sji elek­tro­nicz­nej: Mi­chał Olew­nik / Gru­pa Wy­daw­ni­cza Fok­sal sp. z o.o.

i Anna Ku­der / Vir­tu­alo sp. z o.o.

Dla

J.T.

Roz­dział pierw­szy

Siedzę w błyszczącym, luk­su­so­wym ben­tleyu, opie­rając się o czarną skórzaną ta­pi­cerkę, i przez przy­ciem­nioną szybę spoglądam na zaśnieżone uli­ce Pe­ters­bur­ga. Z przo­du jadą kie­row­ca i zwa­li­sty ochro­niarz, obaj o sze­ro­kich kar­kach, krótko ostrzyżeni na jeża. Drzwi sa­mo­cho­du są za­mknięte i za­bez­pie­czo­ne blo­kadą, gu­zik pod oknem tkwi zagłębio­ny w czar­nym skórza­nym obi­ciu. Przez chwilę wy­obrażam so­bie, że próbuję wyciągnąć go na siłę pa­znok­cia­mi, ale wiem, że to nie jest możliwe. Nie ma dla mnie uciecz­ki. Gdy­bym się na­wet wy­do­stała z wozu, dokąd pójdę? Nie znam tego mia­sta, nie mówię po ro­syj­sku i nie mam pie­niędzy. Na­wet mój pasz­port za­mknięto w ho­te­lo­wym sej­fie. Po­nad­to ostrzeżono mnie, że to miej­sce jest nie­bez­piecz­ne, że ze względu na za­grożenia, dla mo­je­go własne­go do­bra poza ho­te­lem nie wol­no mi się nig­dzie ru­szać sa­mej. Mam wpraw­dzie komórkę, ale nie wiem, do kogo mogłabym za­dzwo­nić. Ro­dzi­ce są da­le­ko, w An­glii. Całym ser­cem pragnę być tam te­raz z nimi, wejść do na­szej przy­tul­nej kuch­ni, gdzie tato czy­ta ga­zetę przy filiżance her­ba­ty, a mama krząta się, usiłując robić sześć rze­czy na­raz, i prze­ga­nia tatę, żeby jej nie za­wa­dzał. Na ga­zie go­tu­je się coś sma­ko­wi­te­go, a ra­dio na­da­je jakiś kon­cert mu­zy­ki kla­sycz­nej. Ob­raz jest tak wy­ra­zi­sty, że nie­mal czuję za­pach po­traw­ki, słyszę dźwięki mu­zy­ki. Chcę pod­biec do ro­dziców, uści­skać ich i po­wie­dzieć, żeby się nie mar­twi­li. Ale oni się prze­cież nie mar­twią. Wiedzą, gdzie je­stem. Są prze­ko­na­ni, że za­dba­no o moje bez­pie­czeństwo. I to praw­da. Je­stem bar­dzo do­brze strzeżona. Zbyt do­brze? Sta­ram się stłumić drżenie, które lada chwi­la może wstrząsnąć moim ciałem.

In­ten­syw­nie nie­bie­skie oczy. Wiem, że są we mnie utkwio­ne, nie muszę na­wet zer­kać na siedzącego obok człowie­ka. Czuję, jak jego la­se­ro­we spoj­rze­nie pali mi skórę, i je­stem aż nad­to świa­do­ma obec­ności jego ciała, od którego od­dzie­la mnie sze­ro­kość środ­ko­we­go sie­dze­nia. Nie chcę, żeby się do­wie­dział o moim prze­rażeniu.

„Znów two­ja buj­na wy­obraźnia!” – stro­fuję sama sie­bie. – „Kie­dyś cię zgu­bi. Ab­so­lut­nie nic ci nie gro­zi. Nie za­trzy­ma­my się tu­taj długo. Wyjeżdżamy po­ju­trze”.

Ta wy­ciecz­ka po­win­na być dla mnie spełnie­niem ma­rzeń. Je­stem tu, po­nie­waż mój szef Mark za­cho­ro­wał i nie może sam zająć się spra­wa­mi w Pe­ters­bur­gu. Mimo smut­nych oko­licz­ności, dla kogoś ta­kie­go jak ja to nie­sa­mo­wi­ta oka­zja. Za­wsze pragnęłam zwie­dzić Er­mi­taż, zna­leźć się w tej ogrom­nej skarb­ni­cy dzieł sztu­ki. I oto właśnie tam jadę, na­wet nie do sal wy­sta­wo­wych, tyl­ko do sa­me­go ser­ca ga­le­rii, na spo­tka­nie z jed­nym z jej eks­pertów. Tu, w Er­mi­tażu, dokład­nie zba­da­no za­gi­nio­ne i ostat­nio od­na­le­zio­ne ma­lo­widło Fra An­ge­li­ca, które za­ku­pił An­driej Du­brow­ski. Za­raz mamy się do­wie­dzieć, czy dzieło jest au­ten­ty­kiem. Taka wy­ciecz­ka zda­rza się raz na całe życie, po­win­nam więc być pod­eks­cy­to­wa­na, upo­jo­na szczęściem.

„Nie bać się”.

Próbuję przy­ga­sić słowa, za­nim mi za­brzmią w głowie. Nie boję się. Cze­go miałabym się oba­wiać? A jed­nak…

Wylądo­wa­liśmy zeszłej nocy po podróży od­by­tej pry­wat­nym od­rzu­tow­cem Du­brow­skie­go. Jak zwy­kle for­mal­ności na lot­ni­sku załatwio­no szyb­ko i po­uf­nie. Za­sta­na­wiałam się, jak­by to było, gdy­bym mu­siała wy­stać się w ko­lej­kach do kon­tro­li do­ku­mentów i od­pra­wy bagażowej oraz wędro­wać da­le­ko w po­szu­ki­wa­niu bram­ki swo­je­go lotu. Tym­cza­sem je­stem trak­to­wa­na jak VIP i jeśli nie będę na sie­bie uważać, za­tracę kon­takt z nor­mal­nym świa­tem. Pro­sto z sa­mo­lo­tu prze­szliśmy do ogrom­nej czar­nej li­mu­zy­ny – nie­co bar­dziej krzy­kli­wej niż spo­dzie­wałabym się, znając gust Du­brow­skie­go, ale może w Ro­sji spra­wy wyglądają in­a­czej – i po­mknęliśmy drogą szyb­kie­go ru­chu do Pe­ters­bur­ga.

– Jak ci się po­do­ba Ro­sja? – za­gadnął An­driej, kie­dy wóz pędził, spraw­nie wy­mi­jając inne sa­mo­cho­dy na szo­sie.

Wbiłam wzrok w okno, ale nie było za bar­dzo nic widać. Da­le­ko z przo­du ciem­ność wy­da­wała się za­bar­wio­na po­ma­rańczo­wym od­cie­niem – na noc­nym nie­bie kładła się łuna świa­teł wiel­kie­go mia­sta.

– Trud­no po­wie­dzieć – od­parłam. – Rano będę miała ja­kieś zda­nie.

An­driej roześmiał się.

– Wiem, co wte­dy po­wiesz. Że jest okrop­nie zim­no. Uwierz mi, w porówna­niu z Pe­ters­bur­giem Lon­dyn wyda ci się tro­pi­kal­nym ra­jem.

Od­po­wie­działam śmie­chem i miałam na­dzieję, że za­brzmiał on prze­ko­nująco. Już pod­czas lotu w moje emo­cje wkradł się zamęt. An­driej, dla którego pra­cuję od kil­ku ty­go­dni, wy­ja­wił, że wie o moim związku z Do­mi­ni­kiem oraz o na­szym roz­sta­niu. Mimo to nie zadał so­bie tru­du, by oszczędzić mi przy­krości, i po­in­for­mo­wał, że jeżeli o nie­go cho­dzi, Do­mi­nic jest te­raz jego wro­giem. A po­tem dodał te trzy słowa, które przewróciły mój świat do góry no­ga­mi.

„Ko­niec z po­gry­wa­niem”.

Dokład­nie to samo po­wie­dział do mnie mężczy­zna, z którym ko­chałam się namiętnie w ciem­ności pod­czas im­pre­zy w ka­ta­kum­bach. Wte­dy myślałam, że to Do­mi­nic, lecz odkąd usłyszałam iden­tycz­ne słowa w sa­mo­lo­cie, zaczęłam się oba­wiać, że byłam tam jed­nak z An­drie­jem. Wspo­mnie­nia są nie­ja­sne, po­nie­waż nie­mal na pew­no wcześniej na im­pre­zie zo­stałam po­trak­to­wa­na ja­kimś nar­ko­ty­kiem. Naj­praw­do­po­dob­niej do­sy­pała mi go do drin­ka Anna, obec­nie była pra­cow­ni­ca i eksko­chanka An­drie­ja, której za­bor­cze uczu­cia względem Do­mi­nica spra­wiły nam wie­le kłopotów.

Na samą myśl o tam­tej dziw­nej pod­ziem­nej im­pre­zie czuję, jak mi się coś prze­wra­ca w żołądku.

„Jeżeli ko­chałam się wte­dy z An­drie­jem, nie byłam wier­na Do­mi­ni­co­wi, świa­do­mie czy nie. A jeśli An­driej za­li­cza się do tego ro­dza­ju mężczyzn, którzy po­tra­fią wy­ko­rzy­stać ko­bietę, pod­czas gdy ona nie jest sobą, do cze­go jesz­cze będzie zdol­ny?”.

Zer­kam szyb­ko na nie­go. Na chwilę od­ry­wa ode mnie wzrok, po­chy­la się do przo­du i mru­czy coś po ro­syj­sku do ochro­nia­rza. W jego atrak­cyj­nym wyglądzie kry­je się coś groźnego, pod ciem­nym płasz­czem ry­sują się sze­ro­kie ra­mio­na, ręce są duże i sil­ne. Ide­al­nie skro­jo­ny czar­ny wełnia­ny gar­ni­tur nie jest w sta­nie za­tu­szo­wać cha­rak­te­ru mu­sku­lar­ne­go twar­dzie­la. W po­brużdżonej twa­rzy lśnią prze­szy­wająco nie­bie­skie oczy, po­zba­wio­ne uśmie­chu usta i lek­ko wy­stająca dol­na war­ga świadczą o upo­rze. Mimo że ko­cham Do­mi­ni­ca, nie­raz zda­rza mi się po­czuć bijącą od An­drie­ja ma­gne­tyczną siłę przy­ciąga­nia. Nie­na­widzę sie­bie za to, ale nie mogę nic po­ra­dzić. Za­pew­ne dla­te­go taką udrękę spra­wia mi przy­pusz­cze­nie, że to być może z nim ko­chałam się tak namiętnie, opar­ta o zimną ka­mienną ścianę ja­ski­ni – jakaś część mo­jej podświa­do­mości wie­działa, że tego pragnę, choć próbowałam to so­bie wy­per­swa­do­wać.

Gdy­by to była praw­da, nie mogłabym po­wie­dzieć, że działał wbrew moim życze­niom. Za­py­tał, czy tego chcę, a ja nie­mal błagałam go, żeby mnie pie­przył jak naj­moc­niej. Seks zde­cy­do­wa­nie odbył się za obopólną zgodą.

„Z wyjątkiem jed­ne­go, drob­ne­go szczegółu: jego tożsamości. Czy wie­dział, że wzięłam go za Do­mi­ni­ca?”.

Nie wyjaśnię tego w żaden sposób, jak tyl­ko py­tając go wprost, a na ta­kie py­ta­nia jesz­cze nie mam od­wa­gi.

– Co jest, Beth? – Szorst­ki, nie­mal ochrypły głos An­drie­ja wdzie­ra się w moje myśli. Wzdry­gam się za­sko­czo­na. Nie zda­wałam so­bie spra­wy z tego, że wciąż na nie­go patrzę, w mo­jej głowie kłębią się ode­rwa­ne, nie całkiem ja­sne wspo­mnie­nia ostat­nich wy­da­rzeń.

– N-nic – od­po­wia­dam z zająknięciem. Jak naj­szyb­ciej sta­ram się od­zy­skać równo­wagę. – Czy już dojeżdżamy?

Za­uważam, że zwol­ni­liśmy i od kil­ku mi­nut wle­cze­my się w śli­ma­czym tem­pie.

– Pe­ters­bur­skie kor­ki – mówi krótko An­driej. – Tak się u nas jeździ, zwłasz­cza gdy spad­nie śnieg, czy­li, jak so­bie możesz wy­obra­zić, całkiem często. Ale rze­czy­wiście je­steśmy już bli­sko.

Nie ma jesz­cze południa, lecz aura spra­wia wrażenie zmierz­chu – z ni­sko wiszących sza­rych chmur sy­pie się gęsty śnieg. Wyglądam przez okno i widzę, że dojeżdżamy do sze­ro­kiej rze­ki, wzdłuż której, na dru­gim brze­gu, bie­gnie w dal ciąg nie­wia­ry­god­nych bu­dynków. Ba­ro­ko­we fa­sa­dy spoglądają set­ka­mi połysk­li­wych okien, cisną się jed­na obok dru­giej, każda inna, a jed­nak tworzą do­pa­so­waną grupę. Do­mi­nu­je wśród nich pałac tak wiel­ki i bo­ga­to zdo­bio­ny, że wygląda, jak­by po­cho­dził z baśni albo fil­mu.

– Er­mi­taż – in­for­mu­je z dumą An­driej. – Naj­piękniej­sze mu­zeum na świe­cie. Do­stoj­ny, oka­zały, wspa­niały. – Wska­zu­je naj­większą z bu­dow­li, naj­bar­dziej ba­ro­kową, z rzędami białych ko­lumn o złoco­nych ka­pi­te­lach od­ci­nającymi się na tle zie­lon­ka­wych ścian. – Mieści się w Pałacu Zi­mo­wym. Tu miesz­ka­li ca­ro­wie Ro­sji i stąd rządzi­li swo­im im­pe­rium, zaj­mującym jedną szóstą po­wierzch­ni lądów Zie­mi i za­miesz­ka­nym przez sto dwa­dzieścia pięć mi­lionów dusz. Robi wrażenie, praw­da?

Ma rację, wi­dok jest im­po­nujący. Przez chwilę wy­obrażam so­bie, że ni­czym Ka­ta­rzy­na Wiel­ka zmie­rzam we wspa­niałym po­wo­zie do swo­jej oka­załej re­zy­den­cji pełnej nie­zwykłych dzieł sztu­ki, które ko­lek­cjo­nuję, do­ko­nując za­kupów w całej Eu­ro­pie. Wtem przy­po­mi­nam so­bie, jak mu­siał żyć zwy­czaj­ny Ro­sja­nin, nie­mający praw do luk­susów czy złoceń, a je­dy­nie do tego, by tru­dzić się przy wzno­sze­niu zna­ko­mi­tych bu­dow­li i płacić po­dat­ki, z których władcy ku­po­wa­li ob­ra­zy czy rzeźby nie­prze­zna­czo­ne dla oczu pospólstwa.

Lecz cza­sy się zmie­niły. Pałace są te­raz bu­dyn­ka­mi pu­blicz­ny­mi, wszy­scy mają do nich dostęp. Każdy może po­dzi­wiać piękno i skar­by za­mknięte w ich wnętrzu.

– Jak ci się po­do­ba? – An­driej na­ci­ska na od­po­wiedź.

– Nie­sa­mo­wi­te. – Tyl­ko tyle po­tra­fię po­wie­dzieć, tak je­stem przytłoczo­na wrażenia­mi.

Prze­jeżdżamy po moście i na­brzeżem zbliżamy się do Pałacu Zi­mo­we­go, po czym za­trzy­mu­je­my przed za­mkniętą bramą z ku­te­go żela­za. Chwilę później pod­bie­ga do niej jakiś człowiek, otwie­ra i ma­cha na nas, żebyśmy wje­cha­li. Wta­cza­my się na pałaco­wy dzie­dzi­niec ze skwe­rem pośrod­ku. Te­raz wszyst­ko po­kry­wa śnieg, bez­list­ne drze­wa wyciągają białe gałęzie. Bra­ma zo­sta­je za nami za­mknięta.

– Kie­dyś bawiły się tu­taj córki Mikołaja II – mówi An­driej, pod­czas gdy sa­mochód okrąża skwer i za­trzy­mu­je się przed ozdob­ny­mi fron­to­wy­mi drzwia­mi. – Wy­obraź so­bie czte­ry księżnicz­ki, jak bie­gają, śmieją się, rzu­cają śnieżkami w ochra­niających je żołnie­rzy, nie wiedząc, jaki nieszczęsny los je cze­ka.

Kie­row­ca już wy­siadł i te­raz otwie­ra drzwi po stro­nie An­drie­ja. Do ciepłego wnętrza wpa­da mroźne po­wie­trze i drżę zarówno z zim­na, jak i z przejęcia na myśl o śmier­ci car­skich dzie­ci.

Wkładam czapkę i ręka­wicz­ki, a tym­cza­sem kie­row­ca pod­cho­dzi z dru­giej stro­ny i otwie­ra moje drzwi. Po­ma­ga mi wyjść na ob­lo­dzoną dróżkę, po czym pro­wa­dzi mnie do miej­sca, gdzie cze­ka An­driej.

– Pry­wat­ne wejście – oznaj­mia i na jego ustach po­ja­wia się ślad uśmie­chu. Śmie­je się tak rzad­ko, lecz na­wet taka nie­znacz­na próba nie­co łago­dzi jego ostre rysy i chłód lo­do­wa­te­go spoj­rze­nia. – Te rze­czy da się załatwić.

„Za­tem pałac nie jest taki zno­wu dostępny dla wszyst­kich. Pie­niądze wciąż otwie­rają drzwi, które dla in­nych po­zo­stają za­mknięte”.

Przez główne wejście wy­cho­dzi do nas mężczy­zna w śred­nim wie­ku. Jest ubra­ny w długi czar­ny płaszcz, fu­trzaną czapkę i wy­so­kie buty. Uśmie­cha się, mrużąc małe oczy za grubą czarną oprawą oku­larów. Śpie­szy w stronę An­drie­ja i wita go wy­lew­nie po ro­syj­sku. Roz­ma­wiają przez chwilę, a ja próbuję ukryć fakt, że mimo ciepłego okry­cia drżę z zim­na. Zer­kam za­zdrośnie na kie­rowcę, który zdążył już wrócić do ciepłego sa­mo­cho­du.

An­driej na­gle prze­cho­dzi na an­giel­ski i, wska­zując mnie ge­stem, mówi:

– A to jest Beth, do­ra­dza mi w spra­wach sztu­ki. Była przy tym, kie­dy kupiłem ten ob­raz. – Nie kłopo­cze się przed­sta­wia­niem swo­je­go rozmówcy, ale domyślam się, że to ktoś ważny w tym mu­zeum.

– Ma­dam Beth – od­zy­wa się tam­ten po an­giel­sku z ro­syj­skim ak­cen­tem i składa mi po­wi­tal­ny ukłon. – Proszę do środ­ka. Widzę, że pani zim­no.

Wcho­dzi­my za nim do pałacu. Na­tych­miast mam ochotę na głośne ochy i achy. Nikt oprócz mnie nie zwra­ca naj­mniej­szej uwa­gi na ota­czający nas splen­dor, obaj pa­no­wie są naj­wy­raźniej do nie­go przy­zwy­cza­je­ni, ja jed­nak je­stem oszołomio­na bo­gac­twem wy­stro­ju. Mar­mu­ro­we po­sadz­ki, złoco­ne lam­py z krysz­tałowy­mi klo­sza­mi, ozdob­ne zwier­ciadła, przy­ku­wające wzrok ob­ra­zy w pozłaca­nych ra­mach – wszyst­ko lśni, błysz­czy, pysz­ni się ko­lo­ra­mi aż do prze­sa­dy.

Idący przede mną mężczyźni znów roz­ma­wiają po ro­syj­sku, a ja podążam za nimi, na­pa­wając się pięknem oto­cze­nia. Oto je­stem w Pałacu Zi­mo­wym w Pe­ters­bur­gu. Dokoła nie ma żywej du­szy, za­tem znaj­du­je­my się za­pew­ne w po­miesz­cze­niach nie­dostępnych dla zwykłych zwie­dzających. Co za uśmiech losu… A jed­nak bez wyraźnego po­wo­du wciąż je­stem pełna obaw. Tra­fiłam w dziw­ne miej­sce, do ogrom­ne­go pałacu, i nie wiem, dokąd zmie­rzam. To­wa­rzysz An­drie­ja od­wra­ca się do mnie z uśmie­chem.

– To pani pierw­sza wi­zy­ta u nas, ma­dam Beth?

Ki­wam głową. Wolałabym, żeby po­minął zbędne uprzej­mości, ale nie mam pojęcia, jak o to po­pro­sić, nie narażając się na nie­takt.

– Pałac jest duży, bez­sprzecz­nie. Ma tysiąc pięćset po­koi oraz sto sie­dem­naście kla­tek scho­do­wych. Proszę się nie zgu­bić, nie byłoby łatwo panią zna­leźć! – Śmie­je się i znów zwra­ca się do An­drie­ja.

Per­spek­ty­wa zabłądze­nia w tym la­bi­ryn­cie jakoś nie wy­da­je mi się tak za­baw­na jak jemu.

Idzie­my da­lej. Pa­no­wie po­ru­szają się szyb­kim kro­kiem, nie mam więc zbyt­nio cza­su, aby na­cie­szyć wzrok mi­ja­ny­mi piękny­mi ob­ra­za­mi i in­ny­mi przed­mio­ta­mi. Sze­ro­kie, ciem­ne dębowe scho­dy pro­wadzą nas na piętro, gdzie prze­mie­rza­my jesz­cze kil­ka ko­ry­ta­rzy, aż wresz­cie do­cie­ra­my do celu, to jest do dużych drzwi z po­le­ro­wa­ne­go drew­na, ozdo­bio­nych tarczą her­bową. Nasz prze­wod­nik sięga do wymyślnej mosiężnej klam­ki i za­ma­szy­stym ge­stem za­pra­sza nas do środ­ka.

– Proszę wejść!

Wcho­dzi­my do re­pre­zen­ta­cyj­nej sali, w której pro­ste me­ble biu­ro­we dziw­nie kon­tra­stują ze złoco­nym su­fi­tem, potężnym żyran­do­lem i wiel­ki­mi okna­mi. Na obi­tych czer­wo­nym je­dwa­biem ścia­nach wiszą ogrom­ne ma­lo­widła w złoco­nych ra­mach, do­sko­na­le wy­eks­po­no­wa­ne na ta­kim tle. W kącie do­strze­gam duże szta­lu­gi, a na nich ob­raz zasłonięty kawałkiem zwykłej tka­ni­ny.

Nasz przy­ja­ciel za­czy­na mówić po ro­syj­sku, lecz An­driej uno­si rękę i, potrząsając głową, mówi:

– Nie, Nikołaj, po an­giel­sku, proszę, dla mo­jej do­rad­czy­ni.

– Oczy­wiście, oczy­wiście! – Nikołaj uśmie­cha się do mnie, naj­wy­raźniej chcąc się przy­po­do­bać. – Po­win­no być po an­giel­sku. – Zachęca ge­stem, żebyśmy usie­dli na pro­stych czar­nych krzesłach usta­wio­nych przed sza­rym la­mi­no­wa­nym biur­kiem. – Proszę, roz­gośćcie się.

– Nie je­steśmy tu­taj w ce­lach to­wa­rzy­skich – prze­ry­wa mu oschle An­driej. – Wiesz, cze­go chcę.

Ku­stosz wol­no zdej­mu­je swoją fu­trzaną czapkę, uka­zując lśniącą łysinkę na czub­ku głowy. Kładzie pa­pachę na biur­ku i za­czy­na roz­pi­nać płaszcz, lek­ko marszcząc czoło. Ściągając okry­cie, oznaj­mia:

– Nie ukry­wam, An­driej: to je­den z naj­bar­dziej skom­pli­ko­wa­nych przy­padków, z ja­ki­mi miałem do czy­nie­nia. Moi eks­per­ci wyjątko­wo sta­ran­nie prze­pro­wa­dzi­li ana­li­zy.

– I? – wtrąca Du­brow­ski z ogrom­nym spo­ko­jem.

Zer­kam na jego twarz. Usta ma moc­no zaciśnięte, dol­na war­ga wy­su­wa się w wy­ra­zie upo­ru, a oczy płoną in­ten­syw­nym, zim­nym ogniem. Wiem, jak bar­dzo chce usłyszeć właściwą od­po­wiedź. To ma­lo­widło wzbu­dziło już wie­le emo­cji. Sama się nie­po­koję, ser­ce bije mi głośno, chwi­la­mi tracę od­dech. Uświa­da­miam so­bie, że kur­czo­wo za­ci­skam dłonie w kie­sze­niach płasz­cza.

Nikołaj naj­wy­raźniej lubi po­trzy­mać słucha­czy w pełnej napięcia nie­pew­ności. Po­wo­li wie­sza swo­je okry­cie na opar­ciu krzesła, po czym prze­cho­dzi przez pokój do szta­lug. Chwy­ta za róg tka­ni­ny okry­wającej stojący tam ob­raz, za­sty­ga na mo­ment, po czym pociąga ma­te­riał, tak że ten wol­no opa­da na bok. I oto w całej kra­sie uka­zu­je się nam lśniąca od złotej far­by, cu­dow­na sce­na, którą ostat­nio wi­działam w chor­wac­kim klasz­to­rze. Nie­biańsko piękna Ma­don­na sie­dzi w swo­im wspa­niałym ogro­dzie z Dzie­ciątkiem na ko­la­nach, a wokół niej stoją pogrążeni w roz­mo­wie święci i za­kon­ni­cy. Ob­raz jest zna­ko­mi­ty i w mo­men­cie gdy widzę go po raz dru­gi, po­now­nie ożywa we mnie wia­ra w jego au­ten­tycz­ność. „Nie jest podróbką. Na pew­no. Czy byłby taki cu­dow­ny, gdy­by nie wy­szedł spod pędzla wiel­kie­go mi­strza?”.

Wtem ze zdzi­wie­niem czuję nie­ocze­ki­wa­ny przypływ smut­ku. Bu­dzi się we mnie dogłębny żal na wspo­mnie­nie tego, co się zda­rzyło w tam­tym klasz­to­rze – po długiej rozłące spo­tkałam Do­mi­ni­ca i przy­pieczęto­wa­liśmy to we wspa­niały sposób. Wte­dy wie­działam, że to, co nas łączy, zapłonęło na nowo, z jesz­cze większą mocą. Te­raz zno­wu je­steśmy roz­dzie­le­ni i tym ra­zem, oba­wiam się, nig­dy nie po­ko­na­my prze­paści, która wy­rosła między nami.

Wciąż mam go przed oczy­ma – ta­kie­go, jaki był pod­czas na­sze­go ostat­nie­go spo­tka­nia. Wi­zja jest tak wyraźna i żywa, że biorę ostry, wstrzy­my­wa­ny wdech. Lecz na jego pięknej twa­rzy ma­lują się gniew i strach, oczy mu płoną. Znów słyszę tam­te słowa: „Chcę, żebyś uro­czyście przy­sięgła, że między tobą a Du­brow­skim nic się nie zda­rzyło. No, da­lej, Beth, przy­sięgnij”.

A ja nie mogłam przy­siąc. Nie miałam pew­ności. I to nas roz­dzie­liło, a ra­czej roz­darło, znisz­czyło bez­cen­ne wza­jem­ne za­ufa­nie. Czy na za­wsze?

„Nie, na to nie po­zwolę. Zro­bię, co w mo­jej mocy”.

Do teraźniej­szości przy­wra­ca mnie głos An­drie­ja, szorst­ki i nie­mal zgrzy­tli­wy. Prze­pełnia mnie roz­pacz­li­wa tęskno­ta za Do­mi­ni­kiem, pragnę być z nim, a nie tu­taj, w tym dziw­nym kra­ju, z człowie­kiem, który spro­wa­dził na nas kłopo­ty. To czy­ste sza­leństwo.

– Daj spokój, Nikołaj. Jak brzmi od­po­wiedź?

Ku­stosz zakłada oku­la­ry i bacz­nie przygląda się ma­lo­widłu z bli­ska, ci­cho kli­kając języ­kiem. W końcu za­bie­ra głos:

– Pociągnięcia pędzlem zna­ko­mi­te, dobór od­cie­ni ab­so­lut­nie mi­strzow­ski. Pa­sują dokład­nie do tego, cze­go spo­dzie­wa­li­byśmy się po ge­niu­szu Fra An­ge­li­ca. Wszyst­ko: kom­po­zy­cja, per­spek­ty­wa li­ne­ar­na, styl… Nie­mal do­sko­nałe dzieło.

– Nie­mal? – wtrąca An­driej.

Nikołaj ze smut­kiem kiwa głową.

– Do­sko­nały z jed­nym wyjątkiem. Ana­li­za pig­mentów i sa­me­go płótna wska­zu­je na to, że ma­lo­widło li­czy nie więcej niż dwieście lat. To bar­dzo uda­ny, za­chwy­cający, nie­zwy­kle eks­cy­tujący pa­stisz. Cu­dow­ne dzieło kogoś o wiel­kim ta­len­cie, ale nie Fra An­ge­li­ca. – Spogląda wprost na Du­brow­skie­go, który stoi sztyw­no ni­czym posąg, z po­bladłą twarzą. – Przy­kro mi, An­driej, ale nie ma co do tego wątpli­wości. Twój ob­raz to fal­sy­fi­kat.

Roz­dział dru­gi

Nie­omal biegnę przez Pałac Zi­mo­wy, próbując do­go­nić An­drie­ja, który od­da­la się szyb­ko wiel­ki­mi kro­ka­mi. Mam na­dzieję, że zna drogę do wyjścia, po­nie­waż ja zupełnie nie wiem, gdzie je­stem. Prze­mie­rza­my nie­skończe­nie długie ko­ry­ta­rze i już co naj­mniej raz scho­dzi­liśmy po scho­dach. „Tysiąc pięćset po­koi. Jeśli on nie pamięta dro­gi, będzie­my długo bie­gać po tym la­bi­ryn­cie, za­nim znajdzie­my wyjście”.

Lecz An­driej naj­wy­raźniej wie, którędy się kie­ro­wać, po­nie­waż idzie pew­nie. Nie zwal­nia przy tym zabójcze­go kro­ku, aż do­cie­ra­my do drzwi, którymi we­szliśmy do środ­ka. Sięga do klam­ki.

– An­driej, proszę! – dyszę. – Za­cze­kaj!

Za­trzy­mu­je się i od­wra­ca. Ma strasz­ny wy­raz twa­rzy. Nig­dy dotąd nie wi­działam, by gniew wyrył się w czy­ichś ry­sach tak głęboko, a oczy ci­skały błyska­wi­ce.

– Ja… no… Przy­kro mi! – uda­je mi się wy­krztu­sić. Wciąż walczę o od­dech. – Wiem, ile ten ob­raz dla cie­bie zna­czył…

Jego usta wy­krzy­wia nie­przy­jem­ny gry­mas.

– Ty i twój przy­ja­ciel na­ra­zi­liście mnie na koszt dwóch mi­lionów funtów – rzu­ca opry­skli­wie głosem bar­dziej szorst­kim niż kie­dy­kol­wiek przed­tem. Dotąd nie zwra­całam uwa­gi na jego ak­cent; jeżeli brzmiał obco, to ra­czej z ame­ry­kańską nutą. Lecz te­raz słowa zo­stały wymówio­ne z ro­syj­skim brzmie­niem, jak gdy­by dla pod­kreśle­nia tego wszyst­kie­go, co nas dzie­li. – Chcesz to so­bie prze­myśleć, co?

Aż się co­fam z wrażenia.

– Co masz na myśli?

– Je­steście mo­imi ar­ty­stycz­ny­mi do­rad­ca­mi, tak? Ty i Mark, ra­zem, nie? Po­le­cie­liście ze mną do Chor­wa­cji, żeby mi do­ra­dzić przy za­ku­pie Fra An­ge­li­ca i to za waszą na­mową kupiłem ten cho­ler­ny ob­raz! Tyle, jeśli cho­dzi o waszą wiedzę.

Wstrząs na chwilę od­bie­ra mi mowę. To jaw­na nie­spra­wie­dli­wość. Przed oczy­ma sta­je mi nie­za­do­wo­lo­na mina Mar­ka. Nie chciał się wy­po­wie­dzieć w spra­wie au­ten­tycz­ności ma­lo­widła, po­trze­bo­wał cza­su do oce­ny dzieła, ale An­driej upie­rał się i na­ci­skał. Mark ra­dził, żeby po­cze­kać z za­ku­pem, aż do­ko­na pełnej eks­per­ty­zy, ale Du­brow­ski nie słuchał. Znów słyszę, jak Mark wyraża obawę o swoją za­wo­dową re­pu­tację, w ra­zie gdy­by ob­raz oka­zał się podróbką. „O Boże, Mark, to zruj­nu­je two­je do­bre imię!”.

Na­ra­sta we mnie wiel­ki gniew. An­driej nie może ro­ze­grać tego w ten sposób. Kupił ten ob­raz wbrew ra­dom Mar­ka, nie po­wi­nien te­raz uda­wać, że było in­a­czej.

– Wiesz, że to nie­praw­da! – krzyczę. Go­tująca się we mnie wściekłość spra­wia, że głos mam moc­ny, pełen obu­rze­nia. – Nie po­zwolę, żebyś ob­wi­niał o to Mar­ka! Ostrze­gał cię, mówił, że le­piej się wstrzy­mać, ale go nie słuchałeś. Nie chciał, żebyś ku­po­wał to ma­lo­widło, lecz to­bie się śpie­szyło. Był wo­bec cie­bie taki lo­jal­ny, jak śmiesz zrzu­cać na nie­go winę?

An­driej nie od­po­wia­da. Bled­nie tyl­ko bar­dziej niż zwy­kle, brwi zle­wają mu się w jedną linię, gdy upo­rczy­wie wbi­ja we mnie wzrok.

Je­stem te­raz jesz­cze bar­dziej roz­ognio­na, mimo że gdzieś w głębi od­zy­wa się głos rozsądku, pod­po­wia­dający, żeby za­cho­wać ostrożność.

– To two­ja wina, wiesz o tym. Chciałeś wie­rzyć, że ob­raz jest au­ten­ty­kiem, więc postąpiłeś dokład­nie według własnych życzeń. Tak właśnie działasz? Rzu­casz lu­dzi na pożar­cie lwom, za­miast po­nieść kon­se­kwen­cje swo­ich de­cy­zji? Miałam o to­bie inne zda­nie. Ale za­czy­nam so­bie uświa­da­miać, że się co do cie­bie myliłam, i to w nie­jed­nym punk­cie.

Sama nie mogę uwie­rzyć, że to mówię. Żołądek skręca mi się ze stra­chu. „O, nie, po­sunęłam się za da­le­ko”.

An­driej za­ci­ska zęby. Widać to po napięciu mięśni szczęki i pul­so­wa­niu po­liczków. Wygląda, jak­by chciał mnie zabić. Mija chwi­la dręczącej nie­pew­ności i rzu­ca krótko:

– Wsia­daj do wozu. Już. – I wy­cho­dzi, nie oglądając się, by spraw­dzić, czy posłucham.

Idąc za nim przez śnieg, prze­kli­nam własną po­chop­ność. Je­stem prze­cież zupełnie zda­na na jego łaskę. Nie pora na to, by mieć tego człowie­ka prze­ciw so­bie. Jed­nak nie mogłam się po­wstrzy­mać. Jeżeli od­po­wie­dzial­ność za tę sy­tu­ację spad­nie na Mar­ka i mnie, na­sze za­wo­do­we sto­sun­ki z bo­ga­tym Ro­sja­ni­nem i tak do­biegną końca. Ale co wte­dy, jeśli dane mi będzie po­znać inne ob­li­cze An­drie­ja Du­brow­skie­go? Wi­działam go kul­tu­ral­ne­go i układ­ne­go, tak­tow­ne­go, a na­wet uwo­dzi­ciel­skie­go, wiem prze­cież jed­nak, że pod maską świa­tow­ca kry­je się chłopak z mo­skiew­skich ciem­nych uli­czek, wy­cho­wa­ny w sie­ro­cińcu, za­har­to­wa­ny dzięki własnej de­ter­mi­na­cji i twar­de­mu po­dejściu do rze­czy­wi­stości, dążący do celu bez względu na kosz­ty.

„Do cze­go on z ko­lei może się po­sunąć, jeśli za­pra­gnie ze­msty?”.

Kie­row­ca stoi obok sa­mo­cho­du i przy­trzy­mu­je dla mnie otwar­te drzwi. Wsia­dam, za­sta­na­wiając się, co mnie te­raz cze­ka. An­driej sie­dzi obok. Nic nie mówi, ale wy­czu­wam jątrzący się w nim gniew. In­stynkt pod­po­wia­da mi, żeby sie­dzieć ci­cho, nie py­tam więc na­wet, dokąd je­dzie­my. Roz­pacz­li­wie chcę zna­leźć się z po­wro­tem w swo­im po­ko­ju ho­te­lo­wym. Po­trze­buję chwi­li sa­mot­ności, żeby wszyst­ko prze­myśleć.

Sa­mochód ru­sza, wy­ta­cza się przez bramę i zno­wu su­nie wzdłuż rze­ki. Je­steśmy na New­skim Pro­spek­cie, głównej ar­te­rii Pe­ters­bur­ga. Poru­szamy się wol­no po za­kor­ko­wa­nej jezd­ni, z boków prze­su­wają się wiel­kie okna wy­sta­wo­we, usy­pa­ne kup­ki śnie­gu i ciepło oku­ta­ni prze­chod­nie. Mi­ja­my ozdob­ne domy to­wa­ro­we, ja­sno oświe­tlo­ne ga­le­rie han­dlo­we, ogrom­ne kościoły i piękne za­byt­ki. Po­win­nam czuć dresz­czyk emo­cji, a tym­cza­sem prze­ciw­nie – je­stem zde­ner­wo­wa­na i nieszczęśliwa, a moje myśli krążą tyl­ko wokół tego, co się te­raz może wy­da­rzyć.

An­driej nie od­zy­wa się przez całą drogę do ho­te­lu. Po­tem, kie­dy idzie­my przez mar­mu­ro­wy hol oświe­tlo­ny ogrom­ny­mi krysz­tałowy­mi lam­pa­mi, oznaj­mia:

– Będę w swo­im po­ko­ju. Zamów so­bie na lunch, co ze­chcesz. Bądź go­to­wa do wyjścia o dru­giej.

– Wra­ca­my do domu? – ośmie­lam się spy­tać.

Rzu­ca mi szyb­kie, prze­ni­kli­we spoj­rze­nie. Chy­ba do­strze­ga w mo­jej twa­rzy coś, co każe mu się wstrzy­mać od ostrych słów.

– Jesz­cze nie – od­po­wia­da nie­co łagod­niej­szym to­nem. – Wie­czo­rem. Tym­cza­sem mam jesz­cze jedną rzecz do załatwie­nia. – Przez chwilę od­noszę wrażenie, że chce coś dodać, ale uściśla tyl­ko su­cho: – O dru­giej. Punk­tu­al­nie.

Wra­cam do po­ko­ju wdzięczna lo­so­wi, że będę miała szansę otrząsnąć się trochę po po­ran­nym dra­ma­cie. Za­my­kam za sobą drzwi, opie­ram się o nie i wzdy­cham z ulgą. Po­tem zdej­muję buty, rzu­cam się na łóżko i patrzę w su­fit.

– A więc ob­raz jest podróbką – mówię głośno. – Nie mogę uwie­rzyć. Po tym wszyst­kim.

Za­sta­na­wiam się, co te­raz zro­bi An­driej. Nie chciałabym być na miej­scu opa­ta z tam­te­go klasz­to­ru, kie­dy od­bie­rze te­le­fon od Du­brow­skie­go. Ale sama też muszę za­dzwo­nić. Po­win­nam po­wia­do­mić Mar­ka o eks­per­ty­zie spe­cja­listów z Er­mi­tażu. Przy­po­mi­nam oso­bie ostat­ni raz, kie­dy go wi­działam, tuż przed wy­lo­tem do Ro­sji. Poszłam do nie­go, żeby zo­ba­czyć, jak się mie­wa, i ode­brać ostat­nie wskazówki, a za­stałam ener­giczną blon­dynkę, która przejęła do­wo­dze­nie w domu w Bel­gra­vii.

– To moja sio­stra Ca­ro­li­ne – przed­sta­wił ją Mark głosem słab­szym niż kie­dy­kol­wiek dotąd. – Za­trzy­ma się tu­taj i zaj­mie się do­mem.

– A ty? – spy­tałam, patrząc, jak Ca­ro­li­ne spra­wu­je rządy. Stu­kając ob­ca­sa­mi, wyszła na zewnątrz, by wydać in­struk­cje pra­cującym tam ro­bot­ni­kom, a jej donośny, pa­try­cju­szow­ski głos odbił się echem od ścian. To hałaśliwe, pew­ne sie­bie za­cho­wa­nie sil­nie kon­tra­sto­wało ze spo­kojną, sto­no­waną ele­gancją Mar­ka, aż trud­no było uwie­rzyć, że te dwie oso­by są ro­dzeństwem. – Czy o cie­bie też za­dba? – za­py­tałam. Wciąż nie mogłam się po­go­dzić z wia­do­mością o jego cho­ro­bie. Nie wie­działam na­wet, na ile jest ona poważna, po­nie­waż nie chciał mi zdra­dzić dia­gno­zy.

– Oczy­wiście, że tak. Będę miał dobrą opiekę. Ca­ro­li­ne zna­ko­mi­cie się na tym zna. – Mark uśmiechnął się i na ten wi­dok za­chciało mi się płakać. Uśmiech miał być ra­do­sny, ale wąskie usta roz­ciągnęły się nie­na­tu­ral­nie, a kości­sta twarz zda­wała się za­stygła w dziw­nym gry­ma­sie. Uświa­do­miłam so­bie, że jego zęby i oczy wy­dają się te­raz nie­nor­mal­nie, cho­ro­bli­wie duże.

„Jest na­prawdę cho­ry” – pomyślałam z nie­ja­kim zdzi­wie­niem. Oczy­wiście, wie­działam o jego cho­ro­bie, lecz prze­cież lu­dzie wy­chodzą z różnych do­le­gli­wości. Zda­rza się jed­nak, że stan pa­cjen­ta po­gar­sza się i po­gar­sza, aż…

– Wiesz, Beth – ode­zwał się Mark i zro­bił ruch, jak­by się chciał na­chy­lić ku mnie w po­uf­ny sposób, ale nie zna­lazł na to siły. – Czy ci mówiłem, że ju­tro mam ope­rację?

Pokręciłam głową, mając na­dzieję, że nie zo­ba­czy łez, które mi się zbie­rały w oczach.

– O, tak. Pierw­szy w ko­lej­ce do te­atru zwa­ne­go salą ope­ra­cyjną i osiem go­dzin na sce­nie na­zy­wa­nej stołem. Śpiesz­no im, bo je­stem bli­ski śmier­ci, a jesz­cze nie mar­twy. Cóż, obym tyl­ko nie za­grał w tej sztu­ce nie­bosz­czy­ka, nie o to cho­dzi w każdym ra­zie. – Za­krztu­sił się, chi­chocząc ze swo­je­go małego żartu. – Za­tem gdy będziesz pa­ra­do­wać po Pe­ters­bur­gu, pomyśl cza­sem o tym, jak wra­cam do zdro­wia w szpi­tal­nym łóżku. Ale nie martw się, Ca­ro­li­ne za­dba o moją opiekę.

Roz­myślając o Mar­ku, wpa­truję się w su­fit nad łóżkiem i na­gle przyłapuję się na tym, że wciąż od nowa liczę lamp­ki ha­lo­ge­no­we. Ope­ro­wa­no go za­pew­ne wczo­raj. Cho­dziło chy­ba o gardło, nie je­stem więc pew­na, czy będzie w sta­nie mówić, choćby dać sy­gnał, jak się czu­je. „O Boże, mam na­dzieję, że ope­ra­cja się udała”. Zdążyłam bar­dzo po­lu­bić Mar­ka, jest dla mnie kimś znacz­nie więcej niż tyl­ko pra­co­dawcą, trak­tuję go jak przy­ja­cie­la i men­to­ra, który in­spi­ru­je do piękniej­sze­go życia.

Biorę komórkę i mój kciuk za­trzy­mu­je się przez chwilę nad kla­wia­turą. Po­tem odkładam te­le­fon na bok. Nie będę do nie­go dzwo­nić z tą wia­do­mością. Nie ma miłego spo­so­bu, żeby prze­ka­zać no­winę o tym, że An­driej za­mie­rza go pchnąć pod pociąg. A może jesz­cze uda mi się załago­dzić sy­tu­ację. W końcu mamy przed sobą ta­jem­niczą sprawę do załatwie­nia; po­sta­ram się przy tej oka­zji wy­wrzeć na An­drieja jakiś po­zy­tyw­ny wpływ.

„Tak, zde­cy­do­wa­nie muszę tego spróbować. Zro­bię, co w mo­jej mocy, żeby odwołać się do jego życz­li­wości. Na pew­no nie jest jej całkiem po­zba­wio­ny. I za­nim co­kol­wiek prze­każę Mar­ko­wi, naj­pierw do­wiem się, jak się mie­wa”.

Z tym po­sta­no­wie­niem sia­dam i za­bie­ram się do za­ma­wia­nia lun­chu, żeby z nim zdążyć przed drugą.

Na wszel­ki wy­pa­dek sta­wiam się w holu ho­te­lo­wym dzie­sięć mi­nut przed cza­sem. Pięć mi­nut po mnie z win­dy wy­cho­dzi An­driej ubra­ny w ciem­no­nie­bie­ski płaszcz. Wszy­scy od razu go spo­strze­gają, jed­ni zer­kają cie­ka­wie, inni się gapią otwar­cie. Jego ener­gia pro­mie­niu­je na oto­cze­nie i przy­ciąga uwagę. Poza tym przy­jem­nie się na nie­go pa­trzy – jest wy­so­ki, do­brze zbu­do­wa­ny i nie­mal przy­stoj­ny. Po­brużdżona twarz o ciężkich, twar­dych ry­sach, z usta­mi zdra­dzającymi upór, ma w so­bie coś nie­zwykłego dzięki płonącym nie­bie­skim oczom.

Dziw­nie jest przy­po­mnieć so­bie, że wi­działam go, jak spogląda miękko oczy­ma za­snu­ty­mi mgiełką ni­czym let­nie nie­bo, że te świadczące o za­wziętości usta uśmie­chały się tyl­ko dla mnie. Jego szorst­ki głos słyszałam w zupełnie in­nych, łagod­nych to­nach, snujący obiet­ni­ce i prze­wi­dy­wa­nia, które po­ru­szały we mnie nie­zna­ne stru­ny na­wet wte­dy, kie­dy od nie­go stro­niłam.

– Je­steś. Do­brze – rzu­ca jak wark­nięcie.

„Też miło cię wi­dzieć!”.

Właści­wie wolę tego An­drie­ja. Umiem so­bie po­ra­dzić z wy­bu­cho­wym, ego­istycz­nym, roz­pusz­czo­nym sa­mo­lu­bem. Znacz­nie trud­niej jest mi prze­sta­wać z jego czułą, wrażliwą, bar­dziej ludzką wersją.

„Prze­stań. Na­wet tego nie próbuj. Na­wet nie myśl”.

W tym mo­men­cie spo­strze­gam, że nie jest sam. Tuż za nim idzie jakaś ko­bie­ta ubra­na w długi czar­ny płaszcz i okrągłą fu­trzaną czapkę – taką, jaką wi­działam tu­taj u wie­lu lu­dzi. Spod ciem­ne­go fu­tra wy­my­kają się ja­sne ko­smy­ki włosów, twarz jest bla­da, po­zba­wio­na wy­ra­zu. Ko­bie­ta pod­trzy­mu­je ręką dużą skórzaną torbę, którą ma prze­wie­szoną na pa­sku przez ramię. Za­uważam, że jest nie­co wyższa ode mnie.

„Nie idzie­my sami?”. Ser­ce we mnie za­mie­ra. To będzie prze­szko­da w mo­ich pla­nach po­roz­ma­wia­nia o Mar­ku. An­driej wska­zu­je ge­stem swoją to­wa­rzyszkę.

– Beth, to jest Ma­ria. Dzi­siaj moja asy­stent­ka. Chodź ze mną, już wy­cho­dzi­my.

Idę posłusznie za Marią, a ona za An­drie­jem. W ta­kim porządku wy­cho­dzi­my z ho­te­lu, sta­no­wiąc za­pew­ne co­kol­wiek ko­micz­ny wi­dok, gdy tak kro­czy­my od naj­wyższe­go do naj­niższej. Sa­mochód cze­ka przed wejściem i po chwi­li sie­dzi­my w jego ciepłym wnętrzu. Drżę na­wet po tym krótkim po­by­cie na zewnątrz. Nie wy­da­je mi się, żebym kie­dy­kol­wiek w życiu była w równie zim­nym miej­scu jak Pe­ters­burg. Wy­pa­da się cie­szyć, że An­driej nie pomyślał o wy­ciecz­ce na Sy­be­rię.

Ru­sza­my. An­driej i Ma­ria za­czy­nają roz­ma­wiać i nie prze­stają przez całą półto­ra­go­dzinną jazdę – cały czas po ro­syj­sku, tak że ni­cze­go nie ro­zu­miem. Przez chwilę próbuję się sku­piać w na­dziei, że zo­rien­tuję się, o co cho­dzi, ale to bez­ce­lo­we. Asy­stent­ka wyjęła ze swo­jej po­jem­nej tor­by duży no­tes i pośpiesz­nie zapełnia jego stro­ny no­tat­ka­mi, które dla mnie są niezgłębio­nym szy­frem.

Opusz­cza­my re­pre­zen­ta­cyjną część Pe­ters­bur­ga i sce­ne­ria zmie­nia się, jak­by przy­gasły światła. Za­pa­da zmierzch, na­gle czuję się bar­dzo zmęczo­na. Opie­ram głowę o skórza­ny zagłówek i nie po­tra­fię wal­czyć z na­ra­stającym znużeniem. Po­wie­ki mi ciążą, wnętrze za­pa­da się w nieświa­do­mość. Sta­ram się nie zasnąć, ale po pro­stu nie mogę.

Bu­dzi mnie jakiś ruch. Widzę, że za­trzy­ma­liśmy się na małym par­kin­gu przed dużym, sza­rym bu­dyn­kiem wyglądającym, jak­by mieścił jakąś in­sty­tucję.

– Chodź, śpio­chu – mówi An­driej, jak zwy­kle szorst­ko, ale bez nie­uprzej­mości. – Je­steśmy na miej­scu. Nie martw się, to, co usłyszysz w środ­ku, na pew­no cię obu­dzi.

Trochę oszołomio­na potrząsam głową, by się po­zbyć sen­ności. Chwilę temu błądziłam w re­ali­stycz­nym śnie: byłam w domu i kłóciłam się o coś z mamą. O co? A, tak, kazała mi wra­cać. „Wy­star­czająco długo cię nie ma” – mówiła su­ro­wo. – „Nie po­do­ba mi się to, Beth!”. A ja z roz­drażnie­niem próbowałam wyjaśnić, że nie mogę tak so­bie po pro­stu wrócić, muszę cze­kać na pry­wat­ny sa­mo­lot An­drie­ja i…

– Wy­chodź, Beth! – rzu­ca ostro An­driej.

Kie­row­ca przy­trzy­mu­je otwar­te drzwi, wy­sia­dam więc, owi­jając się w płaszcz naj­le­piej, jak się da. Zim­no jest tu okrut­ne, wdzie­ra się pod wierzch­nie okry­cie i ubra­nie, jak­bym nic nie miała na so­bie. Muszę jak naj­szyb­ciej wy­nieść się z tego mro­zu; sto­py mam już zdrętwiałe od lo­do­wa­te­go podłoża, ciało, po­kry­te gęsią skórką, pro­te­stu­je przed postępującą utratą ciepła.

An­driej zmie­rza ścieżką do drzwi fron­to­wych, a Ma­ria i ja podążamy za nim, uważając, żeby się nie pośliznąć na ob­lo­dzo­nej po­wierzch­ni, śli­skiej mimo że ją wy­sy­pa­no pia­skiem. Z per­spek­ty­wy główne­go wejścia bu­dow­la wygląda jesz­cze bar­dziej po­nu­ro niż z par­kin­gu – nad na­szy­mi głowa­mi wznoszą się czte­ry sza­re kon­dy­gna­cje, okien­ni­ce są za­mknięte i nig­dzie nie ma zna­ku życia.

– Gdzie my je­steśmy? – nie po­tra­fię po­wstrzy­mać się od py­ta­nia.

– Zo­ba­czysz – od­po­wia­da krótko An­driej. Przy­ci­ska gu­zik z boku drzwi.

Zda­je się, że zza gru­bych drzwi do­bie­ga jakiś dźwięk, coś jak­by pi­skli­we za­wo­dze­nie. Chwilę później drzwi się otwie­rają i sta­je w nich krępa, si­wowłosa ko­bie­ta w śred­nim wie­ku. Jej po­stać w pro­stej spódni­cy i swe­trze ry­su­je się wyraźnie na tle wypełnio­ne­go światłem pro­stokątne­go wejścia. Na wi­dok An­drie­ja wy­ry­wa jej się okrzyk za­sko­cze­nia, oczy się roz­sze­rzają, a na ustach po­ja­wia się sze­ro­ki uśmiech. Za­raz po­tem ko­bie­ta wy­mie­nia z An­drie­jem kil­ka ożywio­nych zdań po ro­syj­sku, a następnie – ku mo­je­mu zdu­mie­niu – obej­mu­je go mimo jego gru­be­go płasz­cza i ści­ska ser­decz­nie.

Z głębi bu­dyn­ku do­bie­gają pi­skli­we głosy i inne dźwięki: pośpiesz­na pa­pla­ni­na, kro­ki małych stóp, szu­ra­nie krze­seł, tu­pot na scho­dach. Przy­szliśmy z wi­zytą do szkoły albo do…

Wcho­dzi­my do środ­ka. Si­wowłosa ko­bie­ta wypuściła An­drie­ja z uści­sku i te­raz ciągnie go za rękę, a jed­no­cześnie nawołuje głośno do lu­dzi w bu­dyn­ku. Ma­ria stoi obok mnie, jej bladą, szpi­czastą twarz roz­jaśnia uśmiech. Te­raz za­czy­nam się domyślać, gdzie je­steśmy. W dużym, ja­sno oświe­tlo­nym holu, cu­dow­nie ciepłym w porówna­niu z mro­zem pa­nującym na zewnątrz, wiem już na pew­no, co to za miej­sce.

U stóp schodów zgro­ma­dziło się około sześćdzie­sięcior­ga dzie­ci. Wiercą się, mam­roczą, szepczą do sie­bie, ale gdy się przy nich za­trzy­mu­je­my, za­pa­da ci­sza i sześćdzie­siąt par oczu wpa­tru­je się w inną ko­bietę, stojącą przed nimi. Ta uno­si ręce, od­li­cza i za­czy­na dy­ry­go­wać, pod­czas gdy dzie­cięce głosy śpie­wają pieśń.

Nie roz­po­znaję me­lo­dii ani nie ro­zu­miem słów, lecz brzmie­nie jest prze­piękne. Wy­da­je mi się, że ten śpiew ma coś wspólne­go z Bożym Na­ro­dze­niem, może to dla­te­go, że ko­ry­tarz i poręcz schodów są ozdo­bio­ne do­mo­wej ro­bo­ty łańcu­cha­mi z błyszczącego pa­pie­ru. No ja­sne. Zbliżają się święta… Już gru­dzień.

Dzie­ci mają na so­bie zno­szo­ne, pod­nisz­czo­ne ubra­nia, ale ich twa­rzycz­ki są ja­sne i czy­ste. Patrzę na najmłod­szych – tych, którzy chy­ba nie do końca poj­mują słowa, ale śpie­wają naj­le­piej, jak po­tra­fią. Po­tem spoglądam na star­szych, tych z pu­sty­mi miej­sca­mi po zębach mlecz­nych. Jed­ni sku­piają się i z po­wagą wpa­trują w na­uczy­cielkę, in­nych roz­pra­sza łokieć ko­le­gi albo opadły ko­niec pa­pie­ro­we­go łańcu­cha. Dzie­ci są najróżniej­sze: dziew­czyn­ki z my­si­mi ogon­ka­mi albo z błyszczącymi spin­ka­mi w roz­pusz­czo­nych włosach, dziew­czyn­ki w gru­bych oku­la­rach, dziew­czyn­ki w spodniach i dziew­czyn­ki w su­kien­kach. Chłopcy ostrzyżeni na jeża, chłopcy z ku­cy­kiem i chłopcy z fry­zurą „cze­ski me­tal”. Chłopcy wyglądający jak aniołki i chłopcy z si­nia­ka­mi i za­dra­pa­nia­mi. Pucołowa­te gru­ba­ski i chu­de tycz­ki o kości­stych po­licz­kach. Wszy­scy śpie­wają.

Zer­kam na An­drie­ja i je­stem zdu­mio­na. Uśmie­cha się w sposób, ja­kie­go nig­dy u nie­go nie wi­działam: sze­ro­ko, otwar­cie, z radością i dumą. Stoi, trzy­mając dłonie ra­zem, i w takt pio­sen­ki lek­ko uno­si się na pal­cach w przód i w tył. Wygląda jak za­do­wo­lo­ny oj­ciec, którego dzie­ci właśnie dają kon­cert kolęd.

Więc to jest sie­ro­ci­niec An­drie­ja. Wspo­mniał mi w sa­mo­lo­cie, że spon­so­ru­je dom dziec­ka i chce, aby to miej­sce było ko­lo­ro­we, pełne radości, a nie ta­kie po­nu­re jak in­sty­tu­cja, w której sam do­ra­stał. Rozglądam się dys­kret­nie. Tak, mimo funk­cjo­nal­nej sza­rości jest tu­taj wie­le ko­lorów. Mnóstwo. Na ścia­nach zdjęcia i inne ob­raz­ki, na krzesłach wesołe po­dusz­ki, na podłodze bez­barw­ne li­no­leum kry­je się pod wzo­rzy­sty­mi dy­wa­ni­ka­mi. Miej­sce jest ra­dos­ne, mimo że at­mos­fe­ra nie spra­wia wrażenia do­mo­wej.

Zno­wu patrzę na dzie­ci. Które z nich naj­bar­dziej przy­po­mi­nałoby małego An­drie­ja? Ten nie­bie­sko­oki chłopczyk o okrągłej twa­rzy, wkładający w swój śpiew całe ser­ce? Wtem do­strze­gam chłopa­ka stojącego zupełnie z tyłu. Ma około dzie­sięciu lat i jest wyższy od po­zo­stałych, może więc dla­te­go usta­wia się tak, by nie rzu­cać się w oczy. Próbuje ukryć swój wzrost czy nie lubi śpie­wać? Le­d­wie po­ru­sza usta­mi, jak­by robił to pod przy­mu­sem. Twarz ma pociągłą, może z po­wo­du szyb­kie­go do­ra­sta­nia, a minę nie­określoną, trudną do przej­rze­nia. W pew­nym mo­men­cie jego spoj­rze­nie wędru­je na An­drie­ja i na twa­rzy chłopca ma­lu­je się bez­gra­nicz­ne uwiel­bie­nie dla bo­ha­te­ra.

Pieśń do­bie­ga końca, dzie­ci zwra­cają ku An­drie­jo­wi przejęte twa­rze, a ja mru­gam, żeby roz­pro­szyć napływające do oczu łzy. On za to wy­bu­cha grom­kim śmie­chem i klasz­cze, mimo że jesz­cze nie zdjął gru­bych zi­mo­wych ręka­wic. Mówi coś po ro­syj­sku, co wywołuje uśmiech dzie­ci – za­pew­ne je po­chwa­lił. Następnie, zdej­mując ręka­wice, coś ogłasza. Pod­opiecz­ni sie­ro­cińca re­agują na to ra­dos­nym zdzi­wie­niem i ożywio­ny­mi roz­mo­wa­mi. Włącza się si­wowłosa ko­bie­ta, która nam otwo­rzyła drzwi. Głośno wy­da­je po­le­ce­nie i w ciągu kil­ku mi­nut dzie­ciaki siedzą grzecz­niut­ko na podłodze, a An­driej za­bie­ra głos. Nie wiem, co ma im do prze­ka­za­nia, widzę tyl­ko, że cza­sa­mi się śmieją albo zgłaszają do od­po­wie­dzi. W miarę jak prze­ma­wia, twa­rzycz­ki im się roz­jaśniają i ma­lu­je się na nich co­raz więcej szczęścia. W pew­nym mo­men­cie słyszę: „Ooooch” i wszyst­kie spoj­rze­nia kie­rują się na drzwi wejścio­we. Te otwie­rają się, wpusz­czając ogromną, już przy­stro­joną cho­inkę. Wnoszą ją ostrożnie dwaj mężczyźni w kom­bi­ne­zo­nach ro­bo­czych.

Dzie­ci śmieją się i klaszczą, a drzew­ko tym­cza­sem su­nie przez ko­ry­tarz i tra­fia na ho­no­ro­we miej­sce. Ktoś wkłada wtyczkę do kon­tak­tu, za­pa­lają się mi­go­tli­we świa­tełka i dzie­ci wzdy­chają z za­chwy­tu. Cho­in­ka wygląda pięknie – zwieńczo­na złotą gwiazdą, ob­wie­szo­na bomb­ka­mi i cze­ko­lad­ka­mi.

An­driej sia­da na pod­su­niętym krześle i za­raz inny ro­bot­nik wno­si ogrom­ny wo­rek. Ma­ria pod­po­wia­da, żeby go po­sta­wić obok An­drieja. Ja wy­co­fuję się pod ścianę, gdzie sia­dam na wol­nym krześle i przyglądam się z boku. To piękny czas, wspa­niała sce­na do po­dzi­wia­nia. An­driej wywołuje dzie­ci po ko­lei i za każdym ra­zem mały człowiek z przejęciem zry­wa się na równe nogi, by po­dejść do nie­go i otrzy­mać pre­zent. Ze­bra­ni w holu wkrótce dzielą się na tych, którzy kur­czo­wo za­ci­skają dłonie na po­dar­kach, i tych, którzy pełni napięcia cze­kają na wywołanie. Każdy, od naj­mniej­sze­go pulch­ne­go trzy­lat­ka po naj­chud­sze­go dzie­sięcio­lat­ka, przed wręcze­niem pre­zentu zo­sta­je o coś za­py­ta­ny i za­mie­nia z An­driejem kil­ka słów. Chłopak, który pod­czas śpie­wa­nia wpa­try­wał się w nie­go z uwiel­bie­niem, te­raz, kie­dy przy­cho­dzi jego ko­lej, le­d­wie umie wy­krztu­sić z sie­bie od­po­wiedź, tak jest onieśmie­lo­ny. An­driej ści­ska mu dłoń po męsku, kle­pie go po ple­cach i odsyła uszczęśli­wio­ne­go na miej­sce.

„A więc tym się zaj­mu­je. Do pew­ne­go stop­nia zastępuje im ojca. Kogoś, kogo mogą ko­chać, uwiel­biać, dla kogo war­to się sta­rać”.

Nig­dy wcześniej nie wi­działam An­drie­ja w ta­kim wcie­le­niu. Uśmie­cha się już od po­nad go­dzi­ny, to jakiś re­kord. Roz­kwi­ta w to­wa­rzy­stwie tych po­zba­wio­nych ro­dzin dzie­ci. Zna je i ro­zu­mie, po­nie­waż sam był kie­dyś kimś ta­kim.

Ma­ria za­zna­cza na liście ob­da­ro­wa­ne dzie­ci i znów coś no­tu­je. Po roz­da­niu pre­zentów dzie­ci zo­stają odesłane na górę, gdzie przy­pusz­czal­nie będą mogły roz­pa­ko­wać swo­je skar­by. An­driej, Ma­ria i ja prze­cho­dzi­my da­lej pro­wa­dze­ni przez ko­bietę, która za­pew­ne jest kie­row­niczką sie­ro­cińca. Sia­da­my w przy­jem­nym sa­lo­ni­ku z ogniem na ko­min­ku i do­sta­je­my do pi­cia słodką her­batę w ozdob­nych szklan­kach.

Są tu również inni pra­cow­ni­cy tego domu. Wszy­scy bar­dzo grzecz­ni, uśmie­chają się, kie­dy na­po­ty­kają mój wzrok, pro­po­nują więcej her­ba­ty, częstują pie­go­wa­ty­mi cia­stecz­ka­mi. To­czy się miła roz­mo­wa, z której nie ro­zu­miem ani słowa. Widzę jed­nak, ile życz­li­wości i au­ten­tycz­ne­go ciepła ota­cza An­drie­ja, a przy tym czuję, że ja też – mimo wcześniej­szych przeżyć – czer­pię praw­dziwą przy­jem­ność z tego spo­tka­nia. Na po­gawędce mija mniej więcej pół go­dzi­ny, po czym An­driej wsta­je, a ze­bra­ne to­wa­rzy­stwo idzie w jego ślady. Kie­row­nicz­ka wygłasza krótką mowę i całuje do­bro­czyńcę w oba po­licz­ki. On z ko­lei do­da­je kil­ka słów od sie­bie i po chwi­li idą ramię w ramię do fron­to­wych drzwi, w dru­giej pa­rze Ma­ria ze mną, a za nami cała resz­ta.

Na zewnątrz pa­nują egip­skie ciem­ności. Tyl­ko gwiaz­dy błyszczą na ide­al­nie czar­nym nie­bie. Ostat­nie słowa pożegna­nia i płynący skądś łatwo roz­po­zna­wal­ny za­pach szkol­ne­go obia­du. Więc w Ro­sji jest tak samo jak u nas. Wy­obrażam so­bie, jak wszyst­kie te dzie­ci za­sia­dają w sali ja­dal­nej do obia­du, cze­kając na gu­lasz z klu­ska­mi czy inną stołówkową po­trawę, a każde ma przed ocza­mi wspa­niały pre­zent, który cze­ka na nie na górze. Po­tem idę za An­drie­jem ścieżką do sa­mo­cho­du.

W dro­dze po­wrot­nej Ma­ria sie­dzi z przo­du obok kie­row­cy, od­dzie­lo­na od nas szklaną prze­grodą.

– I jak? – pyta An­driej, gdy je­dzie­my z po­wro­tem do Pe­ters­bur­ga.

Uśmie­cham się.

– To było uro­cze! Te wszyst­kie dzie­ci… Dałeś im tyle szczęścia!

– Od­wie­dzam je, kie­dy mogę. Nie­zbyt często. Za­wsze je­stem w roz­jaz­dach i nie mam cza­su.

– To były bożona­ro­dze­nio­we pre­zen­ty?

– No, nie­zu­pełnie. Tu z Bożym Na­ro­dze­niem jest in­a­czej niż u was. Kie­dy byłem mały, w cza­sach so­wiec­kich, Boże Na­ro­dze­nie było za­ka­za­ne, ale na­wet na­sza władza zro­zu­miała war­tość ko­lo­ro­we­go święta przy­pa­dającego w środ­ku ciem­nej zimy, dla­te­go prze­nie­sio­no ob­cho­dy na Nowy Rok. I to właśnie wte­dy do dzie­ci przy­cho­dzi Dzia­dek Mróz, od­po­wied­nik wa­sze­go Świętego Mikołaja. Mamy cho­inkę i wręcza­my so­bie pre­zen­ty. Po­wie­działem dzie­ciom, że tym ra­zem urządzi­my so­bie Nowy Rok trochę wcześniej, to wszyst­ko.

– Więc nie ob­cho­dzi­cie Bożego Na­ro­dze­nia dwu­dzie­ste­go piątego grud­nia? – py­tam za­sko­czo­na. Wiem oczy­wiście, że na świe­cie są różne świątecz­ne tra­dy­cje, ale trud­no mi so­bie wy­obra­zić, żeby święto­wa­no w in­nym dniu.

– Ob­cho­dzi­my Boże Na­ro­dze­nie – An­driej uśmie­cha się, gdy to mówi – tyl­ko że dwu­dzie­sty piąty grud­nia wy­pa­da u nas siódme­go stycz­nia, po­nie­waż Cer­kiew pra­wosławna trzy­ma się ka­len­da­rza ju­liańskie­go.

– Och, ro­zu­miem – od­po­wia­dam, choć nadal je­stem nie­co skołowa­na. Przy­po­mi­nam so­bie jed­nak radość ma­lującą się na twa­rzycz­kach sie­rot. – Te dzie­ci dużo ci za­wdzięczają – za­uważam.

Jego nie­bie­skie oczy, mniej ogni­ste niż zwy­kle, krzyżują spoj­rze­nie z mo­imi.

– Tyl­ko tyle mogę zro­bić. Mam mnóstwo pie­niędzy, ale je­stem bez dzie­ci. To słuszne i właściwe, żeby dać coś tym ma­lu­chom, które jak ja stra­ciły ro­dziców.

Czuję, że z gardła za­raz wy­rwie mi się szloch. Mi­mo­wol­nie przy­po­mi­nam so­bie własny ciepły, pełen miłości dom, jego bałaga­niarską przy­tul­ność, cha­otycz­nie prze­mie­sza­ne rze­czy moje i mo­ich bra­ci. Nie wy­obrażam so­bie życia bez mamy, do której za­wsze mogę się zwrócić, ani bez wspar­cia taty. Nie wiem, jak­bym się czuła ani kim byłabym bez ich bez­wa­run­ko­wej miłości, za­wsze obec­nej w życiu. Mam przed ocza­mi ja­sne twa­rzycz­ki śpie­wających dzie­ci, szcze­re i nie­win­ne, i nie po­tra­fię znieść myśli, że nikt ich nie tuli do snu, nie całuje w po­licz­ki ani nie mówi, że je ko­cha. Czuję w no­sie pie­cze­nie i mro­wie­nie, a w oczach wzbie­rające łzy, przez które nie­wie­le widzę.

– W porządku? – pyta An­driej miękko.

– Tak – od­po­wia­dam zdu­szo­nym głosem i mam na­dzieję, że nie będzie mnie da­lej wy­py­ty­wał, bo mogłabym się roz­kleić zupełnie. Czuję jego dłoń na swo­jej, prze­ka­zu­je mi lek­ki uścisk.

– Nie smuć się – po­cie­sza mnie spo­koj­nie. – Na­prawdę dzie­ci są tam szczęśliwe. Wi­działem dziś wie­le no­wych twa­rzy. To ozna­cza, że zwol­niły się miej­sca, czy­li dużo dzie­ci odeszło do ro­dzin zastępczych albo zo­stało ad­op­to­wa­nych. Właśnie tym się zaj­mu­je­my: szu­ka­my dla nich od­po­wied­nich, wy­god­nych domów, w których będą ko­cha­ne. Tym­cza­sem kształcimy je i wy­cho­wu­je­my.

Jego duża, ciepła dłoń spo­czy­wa na mo­jej. Zdu­mie­wające, jak szyb­ko i nie­ustan­nie zmie­niam opi­nię o tym człowie­ku. Rano sądziłam, że po­ka­zał mi swo­je praw­dzi­we ob­li­cze, ob­wi­niając Mar­ka i mnie o za­kup fal­sy­fi­ka­tu. Te­raz myślę, że wi­działam praw­dzi­wego An­drie­ja, małego chłopca kryjącego się w cie­le do­rosłego mężczy­zny. Życz­liwą duszę, która ni­cze­go in­ne­go nie pra­gnie, jak tyl­ko wcie­lać się w Świętego Mikołaja i dawać sie­ro­tom coś od sie­bie.

– Beth?

Pod­noszę na nie­go wzrok. W półmro­ku trud­no od­gadnąć, co myśli. Oczy mu błyszczą, kie­dy na mnie pa­trzy, i mimo że się nie uśmie­cha, rysy twa­rzy wy­dają się miękkie, nie­mal łagod­ne.

– Tak?

– Cieszę się, że byłaś tam dzi­siaj. Wie­działem, że zro­zu­miesz.

Nie od­po­wia­dam, tyl­ko od­wra­cam wzrok i wbi­jam go w ciem­ny kra­jo­braz za oknem, ciągnący się ku od­ległym światłom Pe­ters­bur­ga.

Roz­dział trze­ci

W ho­te­lu mam mało cza­su, żeby po­zbie­rać swo­je rze­czy, po­nie­waż za­raz ru­sza­my na lot­ni­sko.

Ma­ria nie po­ja­wia się po­now­nie, toteż oprócz kie­row­cy sie­dzi­my w sa­mo­cho­dzie tyl­ko An­driej i ja. Czuję, że to ostat­nia oka­zja, bym po­wie­działa coś o pod­ro­bio­nym ob­ra­zie, ale nie je­stem pew­na, jak do tego po­dejść. Tak się cieszę z po­wro­tu do domu, że nie chcę spra­wiać żad­nych kłopotów. Coś mi pod­po­wia­da, że po­win­nam te­raz sie­dzieć ci­cho i po­zwo­lić, żeby spra­wy to­czyły się włas­nym to­rem. Za­raz jed­nak widzę wy­mi­ze­ro­waną twarz Mar­ka, jego oczy wyrażające za­ufa­nie, ja­kie pokłada we mnie i w An­drieju. Nie zniosę myśli, że mogłabym go za­wieść.

Gdy tak du­mam w roz­ter­ce, dojeżdżamy na lot­ni­sko i nie ma już oka­zji do na­mysłu. Ktoś nas pro­wa­dzi do od­rzu­tow­ca An­drie­ja i po krótkiej chwi­li wcho­dzi­my na pokład. Przy­jem­nie jest zna­leźć się na powrót w tym luk­su­so­wym wnętrzu. Śmieję się w du­chu, uzmysławiając so­bie, że ostat­nie trzy razy, kie­dy podróżowałam sa­mo­lo­tem, była to pry­wat­na i bar­dzo dro­ga ma­szy­na.

„Beth Vil­liers, da­jesz się roz­piesz­czać!”.

Wiem jed­nak, że następną pod­niebną podróż odbędę ta­ni­mi li­nia­mi lot­ni­czy­mi, wciśnięta w wąski fo­tel, i jak po­zo­sta­li pasażero­wie, będę po­pi­jać kiepską kawę. War­to więc cie­szyć się luk­su­sem, póki mogę.

Kie­dy sa­mo­lot od­ry­wa się od zie­mi, je­stem wręcz upo­jo­na. Wra­ca­my do domu. Tęsknię do nor­mal­ności, do tego, by się wy­rwać z dziw­nej at­mos­fe­ry, jaka po­wstała między An­drie­jem a mną. Przed­tem, w dro­dze do Pe­ters­bur­ga, bałam się, że on będzie próbował jakoś się do mnie zbliżyć, ale nie zro­bił tego. Te­raz przy­pusz­czam, że po­nie­waż jest wściekły o ten fal­sy­fi­kat, zbliżenia w ogóle nie wchodzą w grę. Za­pew­ne nie chce mieć ze mną więcej nic wspólne­go.

„Cze­mu więc zadał so­bie trud, żeby mnie za­brać do sie­ro­cińca? Jak gdy­by wciąż chciał wy­wie­rać na mnie wrażenie. Może po pro­stu nie umie się po­wstrzy­mać, musi się po­pi­sy­wać, a ja, chcąc nie chcąc, stałam się wi­dow­nią”.

Zer­kam na nie­go. Przez całą drogę z mia­sta na lot­ni­sko roz­ma­wiał przez te­le­fon, wyłączył go do­pie­ro tuż przed star­tem sa­mo­lo­tu. Te­raz wpa­tru­je się we mnie nie­prze­nik­nio­nym wzro­kiem spod przy­mkniętych po­wiek. „Od jak daw­na tak pa­trzy?”.

Wiem, że mam nie­for­tunną cechę – wszyst­ko, o czym myślę, od razu ma­lu­je się na mo­jej twa­rzy. Ta­jem­ni­czość nie jest moją mocną stroną.

– W porządku, Beth? – pyta An­driej. – Niedługo po­dadzą obiad, a za kil­ka go­dzin będzie­my w Lon­dy­nie.

– A co po­tem? – ośmie­lam się za­py­tać. – Po po­wro­cie?

– Co masz na myśli?

Wle­piam w nie­go wzrok, nie bar­dzo wiedząc, jak zacząć. Nie chciałabym na­sta­wić go wro­go, chcę przemówić do jego ser­ca, a nie wzbu­dzić w nim gniew.

– Nie­sa­mo­wi­te było wi­dzieć cię dziś wśród tych dzie­ci – za­czy­nam. – Byłeś tak inną osobą… Oka­zy­wałeś do­broć, łagod­ność.

Le­ciut­ko uno­si brew.

– Chy­ba nie­wie­lu lu­dzi ma szansę oglądać cię od tej stro­ny – do­daję.

– Masz rację – mru­czy. – Bar­dzo nie­wie­lu.

– To mi przy­po­mniało o two­jej pełnej współczu­cia na­tu­rze i dla­te­go chciałam po­roz­ma­wiać z tobą o Mar­ku. – Prze­ry­wam, z tru­dem przełykam ślinę, a po­tem mówię szyb­ko, żeby nie stra­cić wątku. – Po­wie­działam ci, że Mark jest cho­ry, a ty od­niosłeś się do tego bar­dzo życz­li­wie. Chciałeś zna­leźć mu naj­lep­szych le­ka­rzy, opłacić le­cze­nie, zro­bić, co w two­jej mocy.

An­driej wciąż pa­trzy na mnie milcząco.

– Wte­dy jed­nak nie zda­wałam so­bie spra­wy z tego, jak ciężki jest jego stan. Wi­działam się z nim tuż przed wy­jaz­dem i zo­ba­czyłam, że to na­prawdę poważna cho­ro­ba. Nie po­wie­dział mi dokład­nie, co u nie­go wy­kry­to, ale domyślam się, że to rak gardła albo w każdym ra­zie usy­tu­owa­ny w szyi, to stamtąd usu­wa­li mu jakiś guz. Po­szedł do szpi­ta­la dzień przed na­szym przy­jaz­dem do Pe­ters­bur­ga.

An­driej nadal pa­trzy bez słowa. Nie mam pojęcia, czy moja prze­mo­wa w ogóle co­kol­wiek osiągnie. Ale zaczęłam, pociągnę więc da­lej. Pamiętam uśmiech­niętego, roześmia­ne­go An­drieja z sie­ro­cińca. Muszę uwie­rzyć, że to ten sam człowiek, do którego zwra­cam się te­raz. Biorę głęboki wdech.