Obietnica mroku - Maxime Chattam - ebook + audiobook
Opis

Znużony życiem małżeńskim nowojorski dziennikarz, Brady O’Donnel, spotyka się za namową przyjaciela z gwiazdką filmów porno. Wywiad z kobietą ma być inspiracją do napisania kolejnego reportażu, jednak sprawy przyjmują zupełnie nieoczekiwany obrót… Kiedy Brady odrzuca dwuznaczne propozycje dziewczyny, ta strzela sobie w twarz. Spanikowany mężczyzna ucieka z miejsca zdarzenia, ale nie może przestać myśleć o samobójstwie kobiety. Próbując rozwikłać zagadkę jej śmierci, trafia do miejsca, o którego istnieniu nie wiedział – do podziemi Nowego Jorku Podczas ryzykownych wędrówek po krainie odrzuconych odkrywa odrębne prawa i odmiennych ludzi, nad głowami których żyje Megalopolis. Tylko niewielu na górze wie, że to rezerwuar wypaczeń i zła, że ci z góry sięgają po tych z dołu, żeby kreować wampiryzm i nagrywać najohydniejsze filmy, które wcale nie są fikcją…

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 483

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 15 godz. 0 min

Lektor: Adam Szyszkowski

Popularność


Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Tytuł oryginału:

LA PROMESSE DES TÉNÈBRES

Copyright © Editions Albin Michel — Paris 2009

Copyright © 2012 for the Polish edition by Wydawnictwo Sonia Draga

Copyright © 2011 for the Polish translation by Wydawnictwo Sonia Draga

Projekt okładki: Wydawnictwo Sonia Draga

Wykonanie okładki: DT Studio s.c.

Zdjęcie na okładce: CORBIS

Redakcja: Jacek Ring

Korekta: Magdalena Bargłowska, Aneta Iwan

ISBN: 978-83-7508-594-5

ISBN: 978-83-7508-586-0

WYDAWNICTWO SONIA DRAGA Sp. z o. o.

Pl. Grunwaldzki 8-10, 40-127 Katowice

tel. 32 782 64 77, fax. 32 253 77 28

e-mail:[email protected]

www.soniadraga.pl

E-wydanie 2012.

Publikację elektroniczną przygotował: iFormat

Od Autora

Trudno zamknąć się pod kloszem, który lepiej niż muzyka chroni przed rzeczywistością i pozwala zanurzyć się w słowach, wspomnę więc tu o niektórych melodiach towarzyszących mi najczęściej w tej podróży. Oby i na was miały tak magiczny wpływ, jeśli zechcecie tego doświadczyć:

— Existenz Howarda Shore

— Milczenie owiec Howarda Shore

— The Hours Philipa Glassa.

Dedykacja

Do ludzi-kretów

Motto

Są rzeczy, których człowiek woli o sobie nie wiedzieć, musiałby bowiem pozbyć się wszystkich luster świata.

Stein Harden

CZĘŚĆ PIERWSZA. STUDNIA

CZĘŚĆ PIERWSZA

STUDNIA

... tak czy inaczej, nie mam nic wspólnego z tymi wynurzeniami, to mogłaby być inna, nawet nie kurwa, ale uduchowiona laleczka, cząstka skrystalizowanego obrazu, ślina cieknąca z ust, które otwierają się pod wpływem rozkosznego wyobrażenia o tym, co daje im rozkosz...

Nelly Arcan

Kurwa

1

1

Koniec będzie gwałtowny.

Brutalny.

Właśnie tak Brady O’Donnel myślał o swoich ostatnich chwilach. Od dziecka był przekonany, że umrze młodo i w bólu. Na ogół takie przeświadczenia znikają w wieku dojrzewania, jednak u niego przetrwało, a nawet się nasiliło.

Pojawiało się od czasu do czasu, często po filmie, kiedy rozbrzmiewały dźwięki muzyki, a pierwsze białe nazwiska przewijały się na czarnym tle.

Brady należał do wrażliwych kinomanów, na których długi metraż potrafił wywrzeć wpływ, a których duszę taśma filmowa czyniła plastyczną. Ileż razy wyszedł po seansie zelektryzowany albo wręcz przeciwnie — zbulwersowany?

Tego dnia znów obejrzał Casablankę. Fascynujący kochankowie, miłość bez jutra. Pożegnanie na mostku i to ostatnie zdanie, godne panteonu końcowych scen wielkiego kina, na równi z Obywatelem Kane’em. Niemal mistyczne doznanie, które ożywiało w nim stare przekonanie:

Umrę młodo i to będzie brutalny koniec.

Skąd brały się takie myśli?

Z pewnością melancholijne zakończenie filmu ma niezwykły wpływ na duszę. Zauważył to wiele razy i wystarczyło iść na któregoś Jamesa Bonda, żeby stwierdzić, że wychodzący mężczyźni wypinali torsy, albo na film z Meg Ryan, żeby zobaczyć ten blask w oczach kobiet i charakterystyczny uśmiech na ich ustach, wyrażający stan pośredni między nadzieją a rezygnacją; natomiast dobry Woody Allen wprawia w doskonały humor i skłania przyjaciół do ożywionych rozmów.

Ale z nim teraz było inaczej, nie miał już czasu biegać na filmy, a poza tym multipleksy, mnożące się kosztem urokliwych kin blisko domu, stopniowo wygoniły go z mrocznych sal.

Urządził sobie własną jaskinię.

W przestronnej pracowni na Brooklynie Brady wygospodarował część przestrzeni na prywatne kino. Zajmował całe ostatnie piętro w starym magazynie, złożonym z długich, szerokich pomieszczeń z wysoko umieszczonymi, półokrągłymi oknami. Trzeba było tylko podnieść ciężką kratę windy towarowej, żeby dostać się do jego królestwa. Od progu witała go ogromna pracownia, gdzie każdy krok odbijał się głośnym echem, a noszenie swetra, nawet wiosną i jesienią, stanowiło konieczność, bo ogrzanie takiej kubatury było niemożliwe.

Mimo to uważał to miejsce za idealne, cenił sobie tę przestrzeń i jej funkcjonalność.

O takiej kwaterze głównej marzył chyba każdy reporter pracujący jako wolny strzelec.

Jego biuro zajmowało centralną część pomieszczenia — długa deska na kozłach wystarczała, by rozłożyć mapy, notatki i książki, obok stała deska kreślarska, dalej znajdował się kącik fotograficzny i sprzęt informatyczny — komputery, skanery, drukarki i inne mruczące aparaty. Całości dopełniały długie rzędy półek pełnych szpargałów. W rogu urządził sobie kącik wypoczynkowy, gdzie spędził wiele nocy: fotel, sofa, dalej maleńka kuchnia i wreszcie, niczym królowa na tronie — gitara elektryczna. Przy takiej akustyce Brady ustawiał wzmacniacze i godzinami grał, a naturalne echo doskonale zastępowało mu efekt wah-wah.

W samym końcu, pomiędzy dużymi plakatami filmowymi, znajdowały się czarne drzwi do pozbawionego okien pomieszczenia o ścianach obitych fioletową tkaniną, gdzie stały rzędy odrapanych, poplamionych foteli, które zdobył po zamknięciu ulubionego kina. Biały, ponadtrzymetrowy ekran znajdował się na ścianie w głębi, a kilka zawieszonych pod sufitem niby-kurtyn dopełniało wystroju. To prawda, że nie był koneserem obrazu cyfrowego — czystego, ale zimnego, brakowało mu magii celuloidu, ale taką cenę trzeba zapłacić za komfort posiadania kina w domu.

W czwartek w południe wyłączył projektor, który mruczał pod sufitem, i zamknął za sobą drzwi. Chłód panujący w pracowni zdołał wyrwać go ze stanu kinowej hipnozy. Odłożył płytę DVD między stos encyklopedii i starych kaset VHS i podszedł do jednego z okien.

Z kaloryfera dobywały się burczenia i mokre bulgotania.

Silne zimowe mrozy nadeszły tego roku wcześniej niż zwykle. Śnieg jeszcze nie zaczął padać, ale to była już tylko kwestia dni. W grudniu 2000 roku Nowy Jork przetrwał przełom tysiącleci wbrew obłąkańczym przepowiedniom profetów z Time Square, ale pory roku nadchodziły z pewnym przesunięciem, co sugerowało, że świat nie przekroczył tego progu zupełnie bezkarnie.

Twarz Brady’ego odbiła się w szybach okiennych.

W aureoli manhattańskiej Skyline z chińskich cieni jego oczy tworzyły dwie czarne dziury otoczone ciemnymi kręgami, jak kratery po uderzeniu meteorytów. Nie odzwierciedlały żadnych emocji, jakby wszystko działo się gdzie indziej, głęboko wewnątrz, w sanktuarium podziemnego świata, którego powierzchnia niczego nie zdradzała. Wąskie usta, pokryte świeżym zarostem delikatne dołeczki na policzkach, włosy długie i ciemne — wedle kryteriów estetycznych, wyznaczonych przez kolorowe pisma Wielkiego Jabłka, Brady nie był przystojnym mężczyzną, roztaczał jednak niepokojącą, a zarazem pociągającą aurę pewności siebie. Był jednym z tych facetów, którzy trzymają się prosto, nie skradają się nieśmiało, ledwie dotykając ziemi, ale chodzą po niej jak zdobywcy, każdym krokiem potwierdzając doskonałą zdolność utrzymania równowagi, swoją obecność zmuszającą tłum, by się rozstąpił, gdyż ludzie wolą zejść z drogi, niż trącić kogoś takiego.

Odkąd ukończył czterdzieści lat, cisza zapadała, kiedy tylko zabierał głos, a przyjaciele często powtarzali mu, że ją narzuca.

„Sprawiasz wrażenie pewnego siebie! — mówili mu. — Nie, nie jesteś wyniosły, raczej taki superzen, którego nie da się zastraszyć. Wydaje się, że nigdy niczego się nie boisz”.

Wrażenie.

W pewnym sensie Brady nie kwestionował takiego wizerunku: z upływem lat zyskał pozorną pewność siebie. To, co czuł naprawdę, kryło się pod skórą twardą niczym maska, którą zmarszczki czyniły jeszcze bardziej hermetyczną. To, co działo się pod spodem, było wyłącznie jego sprawą. Nadwrażliwość. Nadwrażliwość na „sztuczne” emocje.

Te filmowe, a w pewnym uproszczeniu — te zrodzone z gry ludzi, którzy jakby dla zabawy obnażają się, okłamują, manipulują sobą nawzajem.

Na co dzień Brady czuł niewiele, nie należał do tych, którzy wykrzykują: „O mój Boże!”, kiedy tylko usłyszą, że znowu zamordowano jakieś dziecko. Serce nie biło mu szybciej, gdy funkcjonariusz policji zatrzymywał go na ulicy i legitymował; to wszystko stanowiło jedynie informacyjną papkę, którą jego mózg analizował, nie pozwalając jej jednak przeniknąć przez filtr afektów. To, co naprawdę go dotykało, było efektem swoistej lekkomyślności.

Już za studenckich czasów zaczął postrzegać istoty ludzkie jako gatunek na niskim szczeblu rozwoju, odgrywający komedię opartą na ścisłych, jednorodnych regułach. Dobre maniery, poprawność polityczna, hipokryzja w relacjach z innymi, pacyfizm, wierność, małżeństwo, konieczność płodzenia dzieci czy wreszcie religia. Odrzucał cały ten balast.

Uczyniło to z niego szczególnego ucznia, przez większość niezbyt lubianego, podziwianego przez mniejszość. Mówił zawsze to, co myślał, nigdy nie przebierał w słowach, chyba że czemuś to służyło, podrywał dziewczyny, które mu się podobały, i nie liczył się z faktem, że jest już zaangażowany w inny związek, bo zresztą twierdził, że słowo „kochać” odmienia się niezmiennie w liczbie mnogiej. Był do głębi ateistą, flegmatykiem, któremu zdarzały się bójki, kiedy uznał, że musi się do tego posunąć. Uważał przemoc za zawór bezpieczeństwa życia społecznego. Nadmiar miernych ego nie mógł żyć w harmonii bez sporej dawki przemocy w ustalaniu pozycji jednostki w stadzie. Przemocy kontrolowanej, która ograniczała się do poniżenia zdominowanego.

Żyjąc pośród tej nieczystej walki i spekulacji, Brady fascynował się komedią. Pasjonowały go zajęcia teatralne, które zaszczycał swą jakże dostrzegalną obecnością, by bezlitośnie drwić z amatorszczyzny i tropić nieliczne talenty.

Kiedy spotykał osobników umiejących grać w relacjach z innymi, ulegał im. Tak było z jego pierwszą miłością do kobiety, o której nie sposób było powiedzieć, czy jest szczera, czy też gra komedię. Urzekła go tak złożona osobowość, więc był jej wiernym chłopakiem przez kilka miesięcy — aż talent jego amantki się wypalił, gruba warstwa makijażu spłynęła, a naga prawda okazała się taka, że wolał się wycofać.

Z biegiem lat się zmienił, stał się bardziej powściągliwy — dojrzał i łatwiej dopasowywał się do przyjętych schematów, jednak zachował wiele dawnych cech. Spoglądał na swą młodość z uśmieszkiem na ustach, ale nie odżegnywał się od niej, chociaż się ożenił, przysiągł wierność, przyswoił sobie hipokryzję swego środowiska zawodowego — pierwsze przykazanie dla tych, którzy chcieli przetrwać w Nowym Jorku. Nadal jednak odróżniał człowieczą farsę — ową codzienność toczącą się wedle absurdalnych reguł — i pyszną komedię, którą potrafił uczynić z niej człowiek. Uwielbiał spotykać tych, którzy odgrywali rolę, ukrywając swą osobowość pod kolejnymi warstwami kostiumów — uwodziciela, kpiarza, manipulanta. Skupiał na nich uwagę jak koneser i wzmagał czujność. Tacy ludzie bawili go i ciekawili, przy nich czuł, że żyje. Pełnią życia.

— Trzeba pomyśleć o porządnej psychoanalizie — szepnął do swojego odbicia.

Podszedł do biurka i sięgnął po kartonik pokryty zaschniętą krwią — prawo jazdy. Dawało się na nim jeszcze zobaczyć zdjęcie ładnej, młodej kobiety.

Brunatna skorupa oderwała się od plastiku i upadła na skórzaną podkładkę.

To przez nią rozmyślał, kim był kiedyś.

Żeby uciec od tego, co się stało.

Czyżby, koniec końców, miał sumienie?

Brady przełknął ślinę — nie potrafił się zdecydować.

Oddać się w ręce policji?

Wziął głęboki oddech.

Ona nie żyje.

Przymknął powieki, żeby wyrwać się z tego pokoju, z tej rzeczywistości, wejść w siebie, bardzo głęboko, tam, gdzie nie dociera ani odrobina światła i panuje niosący ukojenie mrok.

Jego mrok.

2

2

Trzy dni wcześniej.

Brady kończył reportaż o architekturze Gaudiego po miesiącu przygotowań i dwóch tygodniach pracy w Hiszpanii. „National Geographic” już kupiło wyłączność na osiem stron. Brady jako wolny strzelec sam wybierał tematy, sprzedawał je z góry swojej sieci, a następnie realizował. Pisał tekst i dostarczał materiał zdjęciowy, uznając za niedopuszczalne, by nie wykonać wszystkiego osobiście. Jeśli zdjęcie było tylko ilustracją do tekstu, to na próżno marnowano papier na druk reportażu. Musiało być jego wysublimowanym dopełnieniem, nie tylko go wzbogacać, ale też dodawać mu głębi. Zwiedzanie tropem słów. I o ile słowa były odzwierciedleniem duszy, o tyle fotografia stanowiła o emocjonalnej wartości materiału.

W tę podróż wprowadzały słowa Hiszpana: „Architektura jest uporządkowaniem światła”. I główne wejście do Pałacu Güell w zwierciadlanym odbiciu na sąsiedniej stronie. Promienie słońca padły na biała fasadę, migocąc na kutym żelazie potężnych drzwi, otwartych na dwie czarne paszcze, dwie piekielne czeluści. Zachęcały czytelnika, by odważył się w nie zapuścić.

Brady odłożył wydruki z drukarki laserowej na biurko i pokiwał głową. Udało się. Goście z redakcji będą zadowoleni.

Przeciągnął się, mrucząc, i poszedł odgrzać sobie kawę w małej kuchence przy pracowni.

A teraz?

Tym razem wytrzymał do końca pracy, zanim zaczął się martwić o to, co dalej. Co zrobić teraz? Jaki wybrać temat? Zwykle miał w planach dwa albo trzy, żeby je oswoić, dać im czas na mentalne dojrzewanie, obmyśleć, a dopiero potem zdecydować, jak je ująć i wreszcie — w pełni się im poświęcić.

Tym razem nic, co wpadało mu do głowy, nie poruszało go. Brady funkcjonował zgodnie z podszeptami swojej woli — brał się do reportażu tylko wtedy, gdy temat go wciągał.

Już ostatnio, zanim wybrał Gaudiego, długo się wahał i dał sobie dwa tygodnie na namysł. Taka sytuacja powtarzała się coraz częściej. Czyżby ogarniało go znużenie?

Nie, to tylko znudzenie łatwizną. Pracowałem nad projektami, które nie były oryginalne ani wyjątkowe, nie pociągały za sobą ryzyka, nie dostarczały adrenaliny. Taka jest prawda...

Musiał zająć się czymś bardziej pasjonującym. Zadziwić samego siebie.

Dać sobie trochę czasu na wybór tematu. Mógł sobie na to pozwolić, zarabiał doskonale.

— Co tym razem? — myślał na głos. — Nowojorskie gangi? Pokątny handel bronią w kraju? Nowe narkotyki?

Nie... to już było.

Zwrócił uwagę, że instynktownie zaczyna się skłaniać ku problemom przemocy i zbrodni. Czy tego mi trzeba? Zła i krwi... — mlasnął w duchu. Nic dziwnego, biorąc pod uwagę pracę Annabel, jego żony — policjantki z Brooklynu. Małżeńskie zboczenie, które dotknęło jego i odbiło się na jego inspiracjach.

Przez kwadrans zastanawiał się nad tym, popijając kawę, a potem odstawił filiżankę do zlewu i krzyknął:

— Na dziś wystarczy. Poddaję się.

Wyszedł z pracowni, opatulony w polar kryty wytartą skórą, i dotarł do ulic Dumbo.

Wtulona między Brooklyn i most Manhattan maleńka dzielnica Dumbo zajmowała teren jeszcze przed stuleciem typowo przemysłowy, po którym pozostały ogromne składy i wysokie lokale handlowe, przejęte obecnie przez artystów na lofty i galerie sztuki. Ciasne, brudne uliczki pełne były klubów dla wtajemniczonych, a za odrapanymi fasadami kryły się zarówno atrakcyjne, przestronne mieszkania, jak ruiny przeżarte przez rdzę i skazane na dewastację. I w dzień, i w nocy Dumbo jednych urzekała, innych odstręczała. Zamknięty pośród olbrzymów z kamienia i stali, zgiełk samochodów i napowietrznego metra nie ustawał o żadnej porze. Brady uczynił z tego hałasu ekran między światem a własnym terytorium. Opuszczenie Dumbo, powrót do cichego szmeru miejskiego — to było jak wyjście spod prysznica i rozstanie z ciepłym, pieszczącym strumieniem wody.

Brady postanowił nacieszyć oczy przygasającym światłem późnego popołudnia i wrócić piechotą do Heights, gdzie mieszkał wraz z Annabel. Tu nie było już zaaranżowanych hangarów, ale ładne, przytulone do siebie kamieniczki zwrócone ku morzu. Z ich okien roztaczał się wspaniały widok na Manhattan, na wyspy w zatoce i długą promenadę.

W mieszkaniu panowała cisza, Annabel jeszcze nie wróciła. Nie potrafił przywyknąć do jej zmiennych godzin pracy. Służba nocna, poranna, w środku dnia — brała wszystko, żeby tylko skutecznie prowadzić śledztwo. Annabel była pasjonatką, a dotyczyło to zarówno jej hobby, jak zawodu. Niczego nie robiła byle jak.

Smuga światła delikatnie przesuwała się po szklanej kopule nad salonem. Brady nie włączył jeszcze lamp, delektując się tym niezwykłym nastrojem. Pokój zdobiły rzeczy przywożone przez niego z podróży, a także ze spędzanych z żoną wakacji — drewniane rzeźby i antyki.

Światło — delikatny błękit — otulało meble i bibeloty, które zdawały się w nim ożywać.

Brady wcisnął przełącznik i blask żarówek przegnał wszystkie te cienie.

Annabel wróciła wczesnym wieczorem. Odpięła kaburę i położyła broń na stoliku, a potem weszła do kuchni przywitać się z mężem. Właśnie obsmażał pokrojone w paseczki mięso kurczaka z cebulą i przyprawami.

Kobieta, młodsza od niego o dziesięć lat, próbowała związać gumką gęstwę cienkich warkoczyków, splecionych tuż u nasady włosów. Metyska o sylwetce biegaczki promieniowała wiarą w siebie i dynamiką. Spotkali się osiem lat temu. Od razu urzekł go buntowniczy charakter studentki akademii policyjnej.

— Cholerny dzień — rzuciła, całując go. — Mieliśmy napad na sklep, kasjer zginął, prawie nic nie wiemy, sprawa pewnie się pociągnie. Chłopak pracował, żeby opłacać studia.

— Paskudna sprawa — stwierdził beznamiętnie Brady.

— Normalka.

Annabel oparła się o lodówkę i przetarła twarz dłońmi.

— Skończyłem Gaudiego — powiedział Brady.

— Genialnie. „National” to weźmie?

— Już podpisałem umowę.

— Co teraz będziesz robił?

Brady uniósł patelnię:

— Kolację.

W początkowym okresie ich wspólnego życia Brady często prosił żonę, żeby powiedziała mu, co sądzi o wybranym przez niego temacie. Z biegiem lat stawał się coraz bardziej pewny siebie, natomiast odpowiedzi Annabel były coraz bardziej lakoniczne, więc teraz sam dokonywał wyboru. Nie miał już ochoty słuchać kolejnych „super, bierz to”, w których pobrzmiewał wymuszony entuzjazm. Annabel od czasu do czasu wspominała, jakby urażona, że przestał już jej mówić o swoich projektach, że ogólnie rzadziej ze sobą rozmawiają, a on ogranicza się do „tak uważasz?”, co oszczędza mu bezsensownych dyskusji, niezmiennie prowadzących do frustracji i cierpienia. Życie w związku nauczyło go jednego: miłość może przetrwać tylko wtedy, gdy ma swój tajemniczy ogród z małym cmentarzykiem pod murem, by było gdzie grzebać codzienne urazy — te, które potrafią zniszczyć uczucie. A potem trzeba pilnować, żeby ten cmentarz nie ogarnął całego obszaru.

Zjedli kolację, prowadząc banalną rozmowę o wydarzeniach mijającego dnia, a potem Brady zaproponował, żeby poszli wypożyczyć jakiś film, jednak Annabel wolała zająć się lekturą. Przez chwilę przeglądała stos powieści, które gromadziła w różnych zakątkach mieszkania, wybrała coś i przeniosła się w świat fikcji.

Położyli się wcześnie, otarli się o siebie, Brady poczuł ciepło jędrnego i delikatnego ciała, zrodził się erotyzm, jego wyobraźnia rozpaliła się i zaczął pieścić żonę. Najpierw obojętna, pogrążona w lekturze, wkrótce dała się wciągnąć w tę grę i jej zmysły także się rozpaliły.

Pieszczoty stawały się coraz bardziej namiętne, ale płomień nie buchnął, tlące się zarzewie wydało tylko długą, miłą smugę dymu.

Ich oddechy szybko się uspokoiły, a Annabel wymknęła się do łazienki.

Brady znalazł się w takim dziwnym momencie swego życia.

Czterdzieści dwa lata, bezdzietny, ponieważ żadne z nich nie miało instynktu rodzicielskiego, a kochali się od pierwszej chwili z egoizmem typowym dla namiętności, która może łączyć tylko dwoje ludzi.

Ożeniwszy się z piękną kobietą, z którą wiele go łączyło, z którą rozmawiał o wszystkim i którą bardzo kochał, myślał teraz, że każdy związek ma kapitał słów, kapitał topniejący z czasem. Annabel i on wypowiedzieli ich już tak wiele, że teraz coraz bardziej im ich brakowało, zapasy — nierozważnie trawione — wyczerpały się i nie mieli już dla siebie wiele poza tymi oczywistymi gestami, które je zastępowały.

Tak wyglądało życie Brady’ego. I jego żony.

Musiał działać szybko. Był tego świadom. Zbyt często odsuwał na później konieczność wzięcia się w garść, wyłożenia kart na stół, powiedzenia sobie wszystkiego, podjęcia dialogu, który mógł naprawić sytuację i otworzyć drogę do new dealu, jeśli miłość była plastyczna. Przecież uczucia były podobne do ciała — podróż w czasie je wyniszczała. Czy w tej nowoczesnej erze, gdy wszystko można było naprawić, odmłodzić, dawało się to zrobić także ze związkami?

To byłoby sztuczne, wiedział o tym.

Żeby przywrócić plastyczność, wstrzykiwano czasem ciało obce. Czy to dlatego większość mężczyzn, z którymi się stykał, szukała kochanek, aby uczcić czterdziestkę?

Wstrzykiwali sobie ciało obce.

Do diabła! Wsłuchaj się we własne myśli!

I zrozumiał, że znalazł się pod ścianą.

Przyszła pora, by podjąć walkę, jeśli chciał uratować małżeństwo.

3

3

Pearl Street, na południowym krańcu Manhattanu.

Wąska, biegnąca łukiem ulica, którą zamykał niekończący się ciąg budynków o fasadach białych i czarnych. Tu architektura gotycka sąsiadowała z nowoczesną.

Tłum przemierzających ją dzień w dzień przechodniów, którzy mijali się na wąskich chodnikach, wypełniał ją, a światło wczesnego ranka z trudem przedzierało się przecznicami.

Brady pchnął drzwi do budynku z czerwonej cegły i wbiegł na drugie piętro do odnowionego loftu.

Wielka żółta kanapa zajmowała środek przestronnego pomieszczenia, a oryginalny obraz Roya Lichtensteina — znaczną część ściany na wprost okien. Mężczyzna wyglądał na ulicę, niemal dotykając nosem szyby. Ręce trzymał w kieszeniach spodni. Otyły, o twarzy porośniętej siwiejącą brodą, w berecie na mocno przerzedzonych włosach, oddychał ciężko, jakby jego serce dusiło się pod nadmiarem tłuszczu.

— Cześć, Pierre — rzucił Brady, stając obok niego.

— Bonjour — odpowiedział brodacz.

— Wypatrujesz ładnych chłopców?

Pierre miał smutne oczy. Jego nalana twarz maskowała emocje tak skutecznie, że nie można było odgadnąć, czy jest nieszczęśliwy, zadowolony czy rozgniewany, dopóki nie zdradziły go oczy albo głos.

— Obserwuję, jak rak rozrasta się w organizmie — rzucił ze swym śpiewnym akcentem.

Brady spojrzał uważnie na przyjaciela. Wiedział, że Pierre jest chory, że to wyrok. Wszyscy znajomi zadawali sobie pytanie, czy ta albo następna wizyta nie będzie ostatnią, czy potem ujrzą go już zaintubowanego, w szpitalnym łóżku.

— Rak to ci ludzie, tam, na dole — podjął. — Nie wszyscy, jeszcze nie, ale niektórzy. I będą się mnożyć, jak robią, odkąd istnieje rodzaj ludzki.

— Aż tak bardzo nas nienawidzisz?

— Stwierdzam fakt. Bez opamiętania eksploatujemy zasoby naturalne, bierzemy wszystko, co się da, już myśląc o następnej planecie, którą będziemy musieli skolonizować, żeby przetrwać. Na szczęście choroba tkwi tu, w nas, dokonujemy autodestrukcji. Usiłujemy wprawdzie wypełniać szczeliny, ale przemocy nie da się skanalizować, wojny wybuchają z byle iskry. To dzięki przemocy wznieśliśmy się na szczyt, na niej budowaliśmy strukturę, ona była siłą sprawczą ewolucji, naszej dominacji, a teraz chcemy uwierzyć, że mamy nad nią kontrolę. Że nad nią panujemy. To brednie. Nienawiść i agresja są rakiem, który w nas drzemie. To okrutny paradoks: bez nich zniknęlibyśmy gdzieś w prahistorii, a jednak nas zżerają, potrzebują coraz większej przestrzeni, to ich racja bytu — wrzenie, narastanie, eksplozje. Zarażamy się tym rakiem, szerzymy go z pokolenia na pokolenie, przekazujemy własnym dzieciom. Pozostaje tylko mieć nadzieję, że się uogólni, że bardzo szybko się pozabijamy — zanim opuścimy Ziemię, zanim rozsiejemy tę epidemię w kosmosie.

Brady milczał. Pierre był jego powiernikiem. Wspólna kolacja, śmiech, żarty, urwane zdania, które nazajutrz chodzą po głowie, dwie osobowości, które się spotkały. Nie rozstawali się od dziesięciu lat. Brady’emu podobała się szczerość Francuza. Mówili sobie o wielu rzeczach, także o tym, czego nie mógł wyznać żonie. O niektórych swoich fantazjach, o wątpliwościach co do życia małżeńskiego i seksualnej monotonii. Pierre wiedział o ich łóżkowych problemach, odkąd się pojawiły, i śledził ich narastanie. To, że był homoseksualistą, ułatwiało takie rozmowy — nie osądzał, a czasem wyrażał swój odmienny pogląd, wnosił nowe spojrzenie.

Brady położył mu rękę na ramieniu.

— Dowiedziałeś się od lekarzy czegoś nowego? — zapytał półgłosem.

— Owszem. To paskudztwo nauczyło mnie przynajmniej jednego: mamy takiego raka, na jakiego sobie zasłużyliśmy. Zawsze na wszystko szczałem, żeby oznaczać swoje terytorium, deptałem gnojków, którzy stanęli mi na drodze, rżnąłem, kogo się dało, a teraz zabije mnie prostata. Zabawne, że mój ojciec był facetem bardzo dyskretnym, miał ambicje, ale nigdy nie potrafił wyrazić samego siebie, brakowało mu odwagi, siły przebicia, tchu w piersi, jeśli rozumiesz, co mam na myśli. I umarł na raka płuc — ironia losu, co? W zeszłym roku to draństwo dopadło moją sąsiadkę. Rak złapał ją za gardło. Nic dziwnego, ciągle się wydzierała. Żeby tak Fred Phelps1 wykitował na raka odbytu...

Brady wiedział, że Pierre nic więcej nie powie, znał go. Pierre nie miał żadnych zahamowań, kiedy opowiadał o swoich seksualnych wyczynach i przygodnych kochankach, natomiast kiedy sprawa dotyczyła jego wrażliwości, emocji — zasklepiał się jak ostryga.

— Powiedz mi — podjął, poprawiając beret — czy jesteś szczęśliwym człowiekiem?

— Nie mogę narzekać!

— A Annabel?

Brady milczał przez dłuższą chwilę, myśląc o minionej nocy i potrzebie zadbania o ich związek.

— W pracy wciąż musi radzić sobie z silną presją, więc ma się całkiem dobrze.

Pierre rzucił okiem na przyjaciela.

— Nie najlepiej się wam układa?

— Mam to wypisane na czole?

— Milczenie jest czasem bardzo wymowne.

— Masz rację, nie układa się nam za dobrze. A ja patrzę, jak zdycha nasza codzienność, i boli mnie to.

— To typowo męskie — wyczuwasz problemy, ale je ignorujesz, a kiedy wszystko zaczyna się walić, widzisz, że nie potrafisz nad niczym zapanować!

— Nie przejmuj się, wszystko będzie dobrze, tylko muszę to wyjaśnić i... prawdopodobnie inaczej podejść do małżeństwa.

— A co ona o tym myśli?

— Nie mam pojęcia, nie rozmawialiśmy o tym. Prawdę mówiąc, nie wie, przez co przechodzę.

— Nie rozśmieszaj mnie! Twoja żona doskonale o tym wiedziała, zanim cokolwiek do ciebie dotarło!

— Annabel to na pół facet, przynajmniej w tych sprawach. Woli odsuwać od siebie to, co jest dla niej kłopotliwe. Jak przypuszczam, czuje, że coś jest między nami nie tak, ale nie wie, że jest aż tak źle. W każdym razie z mojego punktu widzenia. Wiesz, jak to jest — chcesz odnaleźć tę czułość, jaka była na początku, zrozumienie, starasz się uciszyć obawy...

— Przestań pleść te bzdury! Od lat rżniesz jedną dupę! Znudziło ci się! To się zrobiło mechaniczne, znacie się na wylot, wszystko jest wiadome, a seks bez tajemnic i bez pikanterii jest jak higiena codzienna, i tyle! Wiesz równie dobrze jak ja, że u mężczyzn namiętność zależy od orgazmu; monotonny seks staruszków równa się miłości staruszków. Powinniście znaleźć sobie kochanków — i ty, i ona.

Brady odrzucił tę propozycję machnięciem ręki.

— Nie funkcjonujemy tak jak ty, Pierre.

— A powinniście. Mężczyzna nie jest stworzony do tego, żeby przeżyć całe życie z jedną partnerką, mówię tu o uwarunkowaniach czysto biologicznych, zmuszasz swoją naturę do zniewolenia. To źle! Potraktuj to jako działanie korzystne dla twojego małżeństwa! Zaszalej na boku, żeby rozwinąć skrzydła, a kiedy wrócisz do domu, będziesz taki wyluzowany, że uda ci się uszczęśliwić żonę. Wtedy będziecie mieli szansę kończyć dzień razem, wolni od tej okropnej manii wiernych małżonków, którzy się nienawidzą, jakby za to, że życie jest gówno warte, odpowiadał ich partner!

— Dziękuję przyjacielu, ale widzisz... Annabel i ja jesteśmy z tych zazdrosnych...

— Co z tego? Zabawny jesteś! Nie trzeba mówić mężowi czy żonie, że się jego czy ją zdradza, każdy się tego domyśla, ale przynajmniej wzmaga czujność i stara się coś zrobić, żeby cię zatrzymać! A poza tym, jeśli dzięki temu stajesz się lepszy na co dzień... Ale dość tego, nie zamierzam dalej grać roli diabła. Jak leci w pracy? Co planujesz?

— Nic. Właśnie skończyłem reportaż. A co, masz może jakiś pomysł?

Pierre, jako syn bogatego bankiera, nigdy nie musiał pracować, toteż zabijał nudę, mnożąc spotkania, kolacje i obiady najróżniejszego rodzaju. Z biegiem lat jego osobowość i szerokie znajomości uczyniły z niego jedną z najpopularniejszych osób w Nowym Jorku. Wiedział wszystko o wszystkich i wszędzie miał dojścia. Gościł na obiadach u burmistrza, palił cygara z miliarderami, przyjaźnił się z właścicielami galerii sztuki, wiele godzin miesięcznie poświęcał pracy w schroniskach dla bezdomnych, narkomanów i ubogich. Dla Brady’ego był niezawodnym pomysłodawcą i pomocnikiem. Wystarczyło, że wspomniał o zamiarze zajęcia się takim czy innym problemem, a Pierre sięgał po telefon, zdobywał cenne informacje, umawiał spotkania.

— Porno. Powinieneś skupić się na przemyśle pornograficznym.

Brady prychnął i gorzko się zaśmiał.

— Żaden magazyn, z którym współpracuję, nie kupi takiego tematu, a szczerze mówiąc, można na pewno znaleźć coś znacznie bardziej oryginalnego.

— Mylisz się! Seks zawsze się sprzedaje! Telewizje są zbyt tchórzliwe, żeby zapuszczać się za kulisy tego imperium, ale ty mógłbyś tam dotrzeć, opisać to, czego się nie pokazuje, przełamać tabu.

— Dlaczego chcesz mnie w to pchnąć? Czyżby twój ostatni efeb był aktorem porno?

Pierre odwrócił się od okna, żeby spojrzeć mu prosto w twarz. Wyglądał na wyczerpanego, zranionego przez chorobę.

— Porno krystalizuje wszystko, czego nie chce przyjąć do wiadomości nasze społeczeństwo, całą tę prawdę o nas, której nie opowiada żadna książka. Gdyby historia człowieka była domem, to pornografię nazwałbym jego strychem. A przecież nie za bardzo lubimy schodzić do piwnicy, żeby uporządkować całe to gówno, które gromadzimy tam na przestrzeni lat, a już wspinać się na samą górę, w ten kurz, pajęczyny i ciemności, żeby odgrzebać jakieś stare rodzinne tajemnice... O nie, co to, to nie! Często zapominamy nawet, gdzie jest wejście na ten strych! Powiedzmy, że w ten sposób pomagam ci odnaleźć właz, a na dodatek drabinę, która do niego prowadzi.

— Nie czuję tego, Pierre. Ten rodzaj reportażu, babranie się w brudach, to nie moja działka.

— Drwisz ze mnie? Pamiętam czasy, kiedy jeździłeś do Bośni, żeby uczestniczyć w odkrywaniu zbiorowych grobów!

— Towarzyszyłem wysłanym tam anatomopatologom, to nie to samo.

Pierre wzruszył ramionami.

— Jak chcesz, ale jeśli się zdecydujesz, mam dla ciebie kontakt. Dziewczyna ma na imię Rubis, jest gotowa wszystko powiedzieć, a sądzę, że jeżeli nad nią popracujesz, przedstawi ci parę osób.

— Gdzie ją poznałeś?

— Na imprezie. Spotkaliśmy się w toalecie, oboje poszliśmy przypudrować nosek.

— Daj spokój, to jakaś ćpunka...

— Uważaj, co mówisz o snifferach, pamiętaj, że to mnie dotyka.

— Dla ciebie koka to lekarstwo.

— Zejdź na ziemię. Dobra, przyznaję — to ćpunka i to nieźle nawalona, w każdym razie — tamtego wieczoru. Ale pamiętaj, że w tym środowisku znajdziesz niewiele dziewiczych nosków i niepokłutych rączek.

— Dzięki za kontakt, ale nie sądzę, żebym tym razem z niego skorzystał.

Pierre ciężko westchnął, kiwając głową.

— Decyzja należy do ciebie. Zresztą, jeżeli między tobą a Annabel panuje chłód, to może faktycznie nie powinieneś akurat teraz wchodzić w porno. Trzeba czuć pewny grunt pod nogami i być psychicznie przygotowanym na zetknięcie z tym światkiem.

Wypili kawę, pogawędzili o paru wspólnych znajomych. Brady, zdając sobie sprawę, że każda spędzona z przyjacielem minuta jest cenna, przedłużał to spotkanie. W końcu jednak musieli się rozstać.

Gdy już stał w progu, Pierre zatrzymał go gestem i poszedł po ulotkę, którą mu podał.

— Masz, weź to na wszelki wypadek. Jeśli wykituję w nocy, będziesz mógł się jeszcze zastanowić.

Brady wziął ulotkę, a właściwie zdjęcie z numerem telefonu i adresem strony internetowej. Spojrzał na młodą, najwyżej dwudziestoletnią blondynkę, której niebieskie źrenice natychmiast przyciągały uwagę. Jej tajemniczy uśmiech bardzo mu się spodobał.

Wsunął ulotkę do kieszeni.

— Pierre, jesteś wcieleniem zła.

Po powrocie do pracowni Brady postawił na biurku latte frappé w firmowym kubku Starbucksa i włączył laptopa. Sprawdził pocztę, przejrzał rozmaite fora, na których bywał, a potem z nudów sprawdził najnowsze wiadomości sportowe.

Kręcił się w kółko.

Wczoraj ukończyłem reportaż, więc chyba mogę pozwolić sobie na dwa dni wolnego?

Natychmiast jednak uświadomił sobie prawdę o swojej sytuacji — nie potrzebował wypoczynku, tylko tematu. Zwykle miał pod ręką kilka dojrzewających i czekających. To była jego obsesja podczas podróży do Hiszpanii. Wieczorami, w hotelu w Barcelonie, szedł do baru na piwo i oglądał mecze piłki nożnej, żeby o tym nie myśleć, ale dobrze wiedział, że nie ma żadnych planów. I niczego nie szukał.

To zawsze przychodziło samo, nie muszę być nadaktywny, to nie mój styl. Moje reportaże robią się same. Taka jest prawda! Tym razem nic nie przychodzi mi do głowy. Wyjałowiłem się. Wypaliłem.

Czy to był brak pomysłów, czy chęci? Nurtowało go to pytanie. Błądził po Internecie, żeby się czymś zająć, otępić zmysły, żeby przeczekać czas, mając nadzieję, że wreszcie jakiś pomysł zaświta mu w głowie.

Porywy wiatru uderzały o szyby, a on bębnił palcami w klawiaturę, zastanawiając się, co napisać. Nawet w Internecie nie mógł się na nic zdecydować — nie wiedział, co robić, co przejrzeć.

Nazwa strony ze zdjęcia Rubis przemknęła mu przez głowę. Cóż miałbym z tym zrobić? Pierre i te jego obsesje...

Ale nie zdołał wykasować adresu z własnej pamięci. Właściwie przypominał go sobie tylko częściowo i to go drażniło. Co to ma być?

Westchnął, odpychając się nogą, żeby przesunąć krzesło o trzy metry i podjechać na nim do wieszaka. Wyciągnął fotkę z kieszeni i wyszukał stronę www.intherubisclub.net.

Sprawa była jednak jasna — nie zamierzał robić reportażu z kręgów porno, to go nie interesowało, nie należało do jego dziedziny. Za to dziewczyna go intrygowała. Jej uroda była pociągająca, ale poza wyglądem spodobała mu się także postawa — odrobinę wyzywająca, do tego żywe spojrzenie i wyrachowany uśmiech. Samo ujęcie było świetne.

Brady uważnie przyjrzał się twarzy dziewczyny, potem odłożył zdjęcie.

Reportaż o niej? Jak zostaje się aktorką porno? I komu by to sprzedał? Tydzień pracy, żeby skończyć w jakimś tabloidzie, który drukuje na papierze toaletowym! Nie, tak nisko jeszcze nie upadł!

Wklepał adres jej strony i wcisnął ENTER.

Cóż, zajmie mu to najwyżej dziesięć minut.

Pojawiła się czerwona kurtyna. Ledwie musnął ją kursor myszy, a już rozsunęła się, ukazując scenę. Internautę proszono o potwierdzenie, że jest pełnoletni.

— Robi się ciekawie...

Dopełnił formalności i przeszedł na czarną stronę — jedyne dostępne wideo, żadnego wyboru. Brady włączył filmik i zrobił trochę głośniej.

Co to było? Prawdopodobnie urywek najnowszego filmu młodej aktoreczki. Brady nie wyobrażał sobie, żeby mogła prowadzić dziennik intymny w necie.

Obraz był kiepskiej jakości, dźwięk o niskiej czystości, kamera przesuwała się po czymś, co wyglądało na izbę w opuszczonym domu albo jakimś hangarze. Fatalnie sfilmowane, uznał kinoman, kompletny brak stabilności, samowyzwalacz automatycznie ustawia czystość, a nawet trajektoria planu jest rozchwiana. Pojawiła się kobieta ubrana w szarą sukienkę, grube czarne rajstopy i kozaczki na futrze. U stóp leżał jej płaszcz. Brady zauważył, że miała nie tylko zasłonięte oczy, ale w dodatku jej uniesione ręce były przykute łańcuchami do sufitu.

— Lenny, dość tych wygłupów, mnie to już nie bawi — rzuciła dziewczyna.

To była Rubis, ponad wszelką wątpliwość. Kamera wolno się zbliżała, aż Brady rozpoznał jej charakterystyczną twarz.

— No już, zdejmij mi tę opaskę i odwiąż mnie. Rusz się — ponaglała.

Poruszył go autentyzm jej tonu. To było tak dalekie od typowych produkcji pornograficznych, że w umyśle reportera natychmiast zapaliła się lampka alarmowa.

W dłoni kamerzysty pojawił się metalowy przedmiot, miękki ruch nadgarstka wystarczył, żeby coś, co wyglądało jak cylinder, wydłużyło się, To była teleskopowa pałka. Obrócił ją w powietrzu, a potem obniżył, do rąbka sukienki, którą zaczął unosić.

— No nie! Daj spokój! — krzyknęła Rubis. — Nie czas na to, twoje kretyńskie zabawy zaczynają mnie wkurzać. Wystarczy już, odwiąż mnie.

Pałka dalej unosiła sukienkę.

Rubis cofnęła się, gwałtownie poruszając biodrami. Łańcuchy przykute do sufitu pozostawiały jej niewielkie pole manewru.

— Dość! — zdenerwowała się. — Kończymy, rezygnuję.

Jej głos brzmiał gniewnie. Brady poczuł się dziwnie. W pewnej chwili chciał już zamknąć tę stronę, ale ciekawość kazała mu zostać.

Znów pojawiła się ręka, tym razem bez pałki. Wsunęła się pod sukienkę, żeby chwycić rajstopy i zerwać je z zaskakującą brutalnością. Rubis wrzeszczała:

— Kurwa! Odbiło ci czy co? Co cię napadło? Powiedziałam, żebyś mnie odwiązał!

Podarte rajstopy zwisały jej z ud razem z zawiniętymi w nie majtkami.

— Czasami potworny z ciebie dupek!

Głos rozgniewanej dziewczyny drżał, Brady rozpoznał w nim nutkę paniki. Jak na scenę filmową było to bardzo dobrze zagrane. Za dobrze, powtarzał sobie.

Ale przecież to fikcja, nie oglądam w internecie prawdziwej agresji! I co to mogłoby robić na jej własnej stronie?

Po prostu — scenki dla podglądaczy. Taka gra między nią i jej chłopakiem.

Ale i tak to była cholernie dobrze zagrana scena.

Rubis pociągnęła nosem. Szlochała?

Ręka powróciła i tym razem brutalnie, wiele razy, coraz mocniej i mocniej szarpała sukienkę. Materiał ciągnął Rubis w tył, musiała wyprężyć ramiona, wciąż uwięziona. Wyła, ale teraz już ogarnięta prawdziwą paniką.

— Kurwa, co cię napadło?! — krzyczała załamującym się głosem.

Ręka pastwiła się nad ubraniem, przy każdym szarpnięciu ciało Rubis odginało się, a ona jęczała bardziej ze strachu niż z bólu, aż nagle tył sukienki rozdarł się, obnażając dół pleców i pośladki.

Kamera odsunęła się, żeby zrobić szersze ujęcie. Rubis szlochała.

— Lenny, wystarczy, przestań — błagała coraz łagodniej. — Proszę cię, przestań.

Pałka znów pojawiła się w polu widzenia.

I rozbrzmiał głos kamerzysty, tuż przy mikrofonie, znacznie wyraźniejszy od innych dźwięków. Wyszeptał cicho, niemal ckliwie:

— Nie jestem Lenny.

Brady zobaczył, jak Rubis się wypręża. Zacisnęła pośladki i gwałtownie się wyprostowała.

Dłoń dotknęła jej pośladka, zaczęła go pieścić. Rubis odskoczyła do przodu, żeby się od niej uwolnić. Na tyle, na ile pozwalały łańcuchy.

Pałka zatoczyła łuk i uderzyła o pośladki. Ciało plasnęło. Rubis wyła na całe gardło.

— Możesz sobie wrzeszczeć, nikogo tu nie ma — powiedział z satysfakcją mężczyzna.

Pałka wsunęła się między jej uda, musnęła srom. Przerażona Rubis znowu krzyknęła, próbując uciec przed niebezpieczeństwem.

Pałka znów ją uderzyła, zostawiając czerwoną pręgę na skórze. Potem mężczyzna podszedł bliżej, rozpiął spodnie i wbił członek w ciało kobiety.

Koncert krzyków, dudnienia pięści walących ją po żebrach — to było niczym w porównaniu z bestialstwem penetracji. Kamera drgała, ale napastnik filmował gwałt, którego się dopuścił, usiłując nie pominąć żadnego szczegółu.

Brady oniemiał i patrzył w osłupieniu na to nieokiełznane zezwierzęcenie.

Po minucie Rubis przestała się poruszać, była jednak przytomna, bo mikrofon rejestrował jej płacz.

A mężczyzna szczytował, przeciągły, odrażający jęk towarzyszył kamerze skierowanej na jego tkwiący w ofierze członek.

Dziennikarz wciąż wpatrywał się w ekran, kiedy ten zastygł, gotów do powrotu do początkowych scen, do kolejnego odtworzenia wideo.

Gwałt.

Co to robi na stronie Rubis? Przecież sama chybaby tego nie zamieściła!

A może to nie jej strona?

Przecież to było na jej zdjęciu!

Dała to Pierre’owi, nigdy nie utrzymywałaby strony, gdyby jakiś zbir podrobił jej ulotkę!

Brady głośno westchnął i uniósł do ust kubek z ledwie ciepłą latte. Gdy poczuł na języku ciecz, zrobiło mu się niedobrze — cisnął kubek do śmietnika.

Fikcja... Ale te uderzenia były prawdziwe! I krzyki też brzmiały autentycznie.

Brady nie mógł się otrząsnąć, to wszystko miało realną siłę wyrazu... Nagle uświadomił sobie, co go najbardziej dręczy.

Nie potrafił się powściągnąć — czuł pewne podniecenie.

Mrowienie w podbrzuszu trwało, dopóki film się nie skończył.

Poderwał się z miejsca i podbiegł do kranu, żeby napić się wody. Nie mógł się pozbyć gorzkiego smaku kawy z mlekiem. Zwilżył twarz.

Kurewska fikcja...

Trzeba być jakiś pieprzonym świrem, żeby filmować takie rzeczy!

I jeszcze większym zboczeńcem, żeby się na to gapić, co? Czasami wychodzi ze mnie potworny kretyn!

Zamknął okno i wszedł do historii przeglądanych stron, żeby zniszczyć wszystkie ślady tej sesji. Poczułby się lepiej, gdyby wymazał to z pamięci.

Z której? Peceta czy mojej?

— Billu Gates, zostaniesz prawdziwym geniuszem, kiedy zrobisz Windowsy dla ludzkiego mózgu — powiedział głośno.

Upewnił się, że w komputerze nic nie przetrwało i rozsiadł się wygodnie na krześle.

— Geniuszem zła — uzupełnił.

Wieczorem, siedząc wygodnie na kanapie, Brady jadł kolację, wybierając kąski z kilku różnych pudełek z daniami z chińskiej restauracji. Annabel, otulona kolorowym andyjskim pledem, już skończyła, a teraz grzała dłonie, trzymając w nich filiżankę gorącej herbaty.

— Chyba zrobię sobie parę dni wolnego, żeby trochę odetchnąć, podładować akumulatory i pomyśleć nad następnym reportażem — powiedział Brady. — Mogłabyś poprosić o urlop? Wynajęlibyśmy domek w Catskills? Dobrze by nam to zrobiło.

— Nie, teraz to wykluczone. Niedługo zaczynają się wakacje, Woodbine by mnie zamordował, gdybym teraz wyjechała.

Brady pokiwał głową na znak, że rozumie.

— Coś nowego w sprawie napadu na sklep?

— Nic. Taśma wideo do niczego się nie nadaje, nie ma świadków, czekam na wyniki z laboratorium, może odciski coś wyjaśnią, ale to raczej marzenie ściętej głowy. Utknęłam w ślepej uliczce.

Kiedy unosiła filiżankę do ust, kilka warkoczyków opadło, zasłaniając jej twarz. Brady patrzył, jak odsuwa je za uszy.

Była piękną kobietą o wspaniałej figurze. Lubił jej charakter, szczerość, determinację. Dlaczego w takim razie czuł się czasem obco? Bo znał ją na pamięć, bo potrafił przewidzieć jej reakcje, uprzedzić każdą uwagę? Przypomniał sobie rozmowę z Pierre’em i w uszach zabrzmiały mu słowa przyjaciela o wizji dziejów ludzkości jako historii podboju.

Dlatego, że moja żona nie jest nowym lądem, dlatego, że to ziemia zdobyta, a ja sporządziłem dokładną mapę jej zasobów i mój gadzi mózg zwraca się już od dawna ku nowym terytoriom? Co za horror...

Zupełnie nie podobała mu się ta myśl — wizja mężczyzn jako niegodnych i nienasyconych konkwistadorów.

— Dobrze się czujesz? — zapytała Annanel. — Dziwnie wyglądasz!

— Może, myślałem o... Pierze — skłamał tylko w połowie. — Wpadłem do niego dziś rano. Niedobrze z nim.

— Ale nie chce powiedzieć nic bliższego?

— To cały on. Ale był podłamany. Wydaje mi się, że schudł, a to znaczy...

— To straszne. Mam nadzieję, że nie odejdzie w ten sposób: nie po długiej chorobie. To coś, czego najbardziej boję się w śmierci...

Brady objął ją ramieniem i przytulił.

Tej nocy miał szokujący koszmar. Uprawiał seks z kobietą bez twarzy, a kiedy czuł zbliżający się orgazm, miał wrażenie, że miriady obcych organizmów pędzą z jego podbrzusza aż do penisa. Nie tylko je czuł, ale też słyszał, jak się śmieją, jak chichoczą demonicznym, perwersyjnym śmiechem.

Zrozumiał, że kobieta się broniła, że tego nie chciała, ale nie przerywał. Rozkosz była silniejsza. Seks — tylko to się liczyło. Wilgotne, niosące zaspokojenie spółkowanie. To był klucz do przetrwania.

Klucz do równowagi mężczyzny.

Zaspokajać żądzę. Znowu i znowu. Uprawiać miłość albo gwałcić, byle ją zaspokoić. I zawsze odczuwać rozkosz z tą samą siłą.

Ta obsesja kieruje i będzie kierować mężczyzną. Zawsze. Wiedział o tym. Cały jego sen przenikała ta wiedza. I wiedział, że przyczyna jego wad, perwersyjnych skłonności, a nawet małżeńskich trosk tkwi w rozkoszy. Ten strumień szczęścia, który rozlewał się w drugiej osobie...

Przekazać jej to życie. I tę obsesję.

Zło drzemiące w mężczyźnie, to było jego nasienie. I chciał rozlewać je wszędzie, znowu i znowu.

Brady obudził się, zlany potem, z członkiem naprężonym aż do bólu.

Ostatni obraz majaczył jeszcze na granicy snu.

Doznał w tej kobiecie niewypowiedzianej rozkoszy.

To była Rubis. A ten obraz — to sceny z filmu w Internecie.

Brady poczuł, jak jego sperma tryska na pościel.

4

4

Prawdy nocy są niewzruszone.

Po tym erotycznym koszmarze Brady wiedział już, że nawiąże kontakt z Rubis. Musiał ją o to zapytać. Musiał wiedzieć. Leżąc w łóżku z szeroko otwartymi oczyma, zrozumiał późną nocą, że oglądając to wideo, które wzbudziło w nim odrazę, ale i podniecenie, skazał się na zgłębianie prawdy. Chciał zrozumieć. Uspokoić się.

Jeżeli to była fikcja, niesamowicie dobrze odegrana, ale tylko inscenizacja, to mógł zachować resztki poczucia godności. Wszystko inne było kwestią jego fantazji.

Odczekał dziewięć godzin, zanim do niej zadzwonił. Taka dziewczyna jak Rubis z pewnością późno chodziła spać. Podejrzewał nawet, że i tak ją obudzi, ale nie mógł dłużej wytrzymać.

Głos w słuchawce, lekko schrypnięty, świadczył, że faktycznie wyrwał ją ze snu.

— Dzień dobry, nazywam się Brady, jestem przyjacielem Pierre’a, nie przeszkadzam?

— Czyim? Pierre’a? A tak, grubego...

Nie spała. Mówiła półgłosem, tonem osoby, którą dręczy melancholia.

— Nie wiem, czy pani o mnie wspomniał — podjął Brady. — Jestem dziennikarzem, wolnym strzelcem.

— Przypominam sobie, owszem. Powiedział mi, że nie jest pan taki jak inni.

— Tak? To dobrze... Ja... chciałbym się z panią spotkać.

Zacisnął palce na słuchawce. Dlaczego nagle zmienia to, co zaplanował? Przecież równie dobrze mógł zadać jej parę pytań przez telefon!

— Chce pan pomówić o porno?

— Między innymi.

Brady porządkował myśli, przygotowywał argumenty, dobierał kluczowe słowa i miał nadzieję, że są przekonujące. Ale nie zdążył ich wykorzystać, bo Rubis zapytała:

— Gdzie pan jest?

— Na Brooklynie. W Heights. Ale mogę podjechać i...

— Dobrze. Spotkajmy się na Furman Street przy rogu Montague. Powiedzmy... dziś o jedenastej rano, może być?

— Oczywiście — odparł.

— Przyjdę dlatego, że nie jest pan taki jak inni i że gruby wydawał się szczery. Do zobaczenia.

Rozłączyła się.

Warkot samochodów pędzących z ogromną prędkością po autostradzie Brooklyn-Queens pasował do rozpościerającego się wokół pustkowia.

Sama ulica, przy której czekał Brady, była posępna, brudna i otoczona przerdzewiałymi bramami wiodącymi do opuszczonych domów. Górą biegła autostrada. Ten przybrzeżny teren, na wprost południowego cypla Manhattanu, nie zyskał na sprzyjającym przecież usytuowaniu.

Dziennikarz czekał od pięciu minut, między ruderami a śmieciami, które przenosił wiatr, gdy w dali pojawiła się kobieca postać. Drobna, jasnowłosa — to mogła być ona.

Kiedy niemal się z nim zrównała, wyszedł jej na spotkanie. Rubis szła z rękami wciśniętymi w kieszenie puchowej kurtki. Patrzyła w dół. Złociste loki wysuwały się spod jej wełnianej czapki.

— To ja jestem Rubis.

— Brady. Dziękuję, że zechciała pani przyjść.

Była tak ładna, jak na zdjęciu. Jej duże, lekko unoszące się ku skroniom oczy zatrzymały się na chwilę na jego twarzy, a potem uciekły ku morzu. A Brady pomyślał o tym, czym promieniowała — to była głęboka melancholia. Miał wrażenie, że ta kobieta nie jest w stanie się uśmiechnąć, poczuć radości. Czy to zimno zmroziło jej twarz?

— Chodźmy — powiedziała, prowadząc go na pustkowie przy drodze. — Łatwiej nam będzie rozmawiać dalej od autostrady.

Szli spękaną asfaltową drogą, która niknęła pośród pożółkłych traw. Brady czekał, aż chlupot starej wody stanie się bardziej słyszalny niż szum samochodów. Potem zapytał:

— Pochodzi pani z Nowego Jorku?

— Skądże. Dorastałam w Ohio.

— Dlaczego pani tu przyjechała?

— Z tego samego powodu co wszyscy — pragnęłam odnieść sukces, zarabiać pieniądze, zobaczyć to miasto.

Mówiła pozbawionym emocji, monotonnym głosem.

— Ale dlaczego Nowy Jork, przecież bliżej było Chicago albo nawet Detroit?

— Naprawdę pan myśli, że marzeniem nastolatki jest harówka w Detroit? I co bym tam robiła? Pracowałabym przy taśmie w fabryce samochodów? Nie, to był Nowy Jork i nic innego.

— Przede wszystkim dziękuję, że zgodziła się pani na to spotkanie. Powiem szczerze — jeszcze nie wiem, co zrobię, może nawet nie powstanie z tego żaden artykuł, to była błyskawiczna decyzja.

— Zobaczy pan. Ja się podporządkuję.

Brady’emu nie spodobała się jej postawa, zbyt potulna, jakby był jednym z jej producentów. To wypaczenie zawodowe, doszedł do wniosku.

— Dlaczego wybrał pan mnie? — zainteresowała się.

— Podszept instynktu.

— A co panu szepnął?

— Że nie jest pani pospolitą dziewczyną, że pani historii warto wysłuchać.

Rubis prychnęła, drwiąc z samej siebie.

— I wystarczyła panu do tego moja fotografia? Niezły pan jest.

Brady z zaskoczeniem stwierdził, że podoba mu się także jej głos, jego łagodność. Tylko znowu uderzył go bijący od dziewczyny smutek.

— Muszę się pani do czegoś przyznać — powiedział. — Oglądałem wideo na pani stronie.

Zatrzymała się i zwróciła na niego oczy. Wpatrywała się w niego bardzo długo, a jej źrenice na mrozie były czyste i zimne jak lód.

— Podobało się panu? — zapytała w końcu.

— Tak bym tego nie ujął.

— Ale na swój sposób się to panu podobało?

Brady nabrał tchu, wyprostował się, usłyszał, jak trzeszczą mu kręgi szyjne.

— Rubis, to była inscenizacja, prawda?

— Koniecznie chce pan to wiedzieć?

— Jestem... to mnie intryguje.

— Nie. To nie inscenizacja.

Powiedziawszy to, ruszyła w kierunku dużej niebieskiej hali wznoszącej się na nabrzeżu. Betonowe słupy, pomiędzy którymi wiał wiatr, podtrzymywały pokrzywiony dach.

Brady chciał pociągnąć ten wątek, ale położyła mu palec na ustach. Ten gest tak bardzo go zbulwersował, że nie śmiał już o nic pytać. Co gorsza, chwyciła go za rękę, wprowadziła do hali i poszła z nim aż na sam koniec budynku, nad brzeg wody. Wszędzie poniewierały się gruzy i butelki po piwie. Lepiej było nie zapuszczać się tu nocą.

Rubis usiadła na betonowym bloku i wskazała Brady’emu miejsce naprzeciwko siebie. Jej szalik zsunął się, częściowo odsłaniając szyję. Dziennikarz zauważył wtedy sporego siniaka i zasinioną skórę. Rubis szybko poprawiła ubranie.

Czyżby stale była narażona na brutalność? Wideo mogło to sugerować.

— Jeżeli to, co widziałem, jest prawdą, to dlaczego zamieściła to pani na swojej stronie? Nie rozumiem...

— Sam pan powiedział, że nie jestem pospolitą dziewczyną, pamięta pan? Seks w każdej postaci — to ja dziś. Bez tabu, bez ograniczeń. Na przykład mogłabym tu i teraz pochylić się i zrobić panu laskę, żeby było miło. To dla mnie drobiazg, jestem narzędziem rozkoszy.

Brady przełknął ślinę i splótł ręce na piersi, nagle skrępowany.

— Może ma pan ochotę? — zapytała.

Brady milczał. On, który nie znosił maskarady sztucznych relacji, dał się pobić własną bronią. Dziewczyna zmusiła go, żeby był ze sobą zupełnie szczery i to zbiło go z tropu.

— To odludzie — przekonywała. — Nikt się nie dowie, przecież to tylko odrobina szczęścia za szczęście, nic więcej. Co z tego, że ledwie się znamy, wejdziesz mi w usta, a potem będzie nam łatwiej wszystko sobie powiedzieć, przełamiemy bariery.

Brady nie miał pojęcia, jak zareagować. Wiedział, że się na to nie zgodzi, a jednak nie potrafił położyć temu kresu twardym „nie”.

Po raz pierwszy od chwili spotkania zobaczył na jej ustach cień uśmiechu. Właściwie był to gorzki grymas rozczarowania, który błyskawicznie znienawidził.

— W ten sposób zwraca się uwagę faceta — mruknęła. — Tak się go fascynuje.

— Jest pani... potrafi pani wytrącić z równowagi.

— Nie, raczej wzbudzić poczucie winy. A to nie to samo. Dziś wieczorem przypomni pan sobie tę chwilę i przez moment będzie to panu chodziło po głowie. Co by się stało, gdyby od razu powiedział pan „tak”? Zamiast prowadzić tę rozmowę, klęczałabym teraz przed panem. Ale pan zaczął się obwiniać. I dalej będzie pan to robił.

Brady poczuł, że dał się wciągnąć na stromą ścieżkę i wcale mu się to nie podobało. Wolał zmienić temat.

— Rubis to nie jest pani prawdziwe imię?

Dziewczyna przyglądała mu się przez dłuższą chwilę. Brady zastanawiał się, co też dzieje się w jej głowie. Była nieprzewidywalna.

Do diabła, jaka ona jest piękna!

Sięgnęła do kieszeni i podała mu prawo jazdy.

Sondra Ann Weaver, przeczytał. Dwadzieścia dwa lata.

I nagle świadomość, że dziewczyna tak niezwykła, pełna czaru, może grać w filmach pornograficznych, przytłoczyła Brady’ego. Gdy wyobraził sobie leżące na niej ciała różnych facetów, aż go skręciło.

— Co panią skłania do grania w pornosach?

Rubis zaśmiała się drwiąco.

— Nie jest pan w stanie wsadzić mi fiuta do ust, za to wcale się pan nie hamuje, kiedy chodzi o wyciąganie ze mnie intymnych zwierzeń.

Brady znów poczuł się bezbronny wobec brutalności jej tonu i odpowiedział może nieco za ostro:

— Jestem tu po to, żeby zadawać pani pytania, od pani zależy, czy na nie odpowiadać, czy nie. Chyba i pani po to tu przyszła, prawda?

— A pan, Brady? Może mi pan powie, dlaczego naprawdę pan tu jest. Żeby się przekonać, czy warto poświęcać czas nędznej aktoreczce porno, czy raczej dlatego, że mój filmik pana ruszył i chciał mnie pan obejrzeć na żywo?

— Nie, to nie to, co pani myśli, nie jestem jednym z tych zboczeńców, którzy...

Nagle coś w niej pękło i łzy popłynęły z jej oczu.

— Brady, i tak pójdę do piekła, więc mam gdzieś, kim pan jest...

— Przykro mi, nie chciałem pani urazić.

— Piekło, raj — wierzy pan w te rzeczy?

Brady wolno pokręcił głową:

— Nie za bardzo.

Ogarnęła spojrzeniem zatokę, zaciskając usta, żeby powstrzymać szloch. Kiedy znów zwróciła na niego oczy, Brady wyczytał z tych dwóch błękitnych jezior, w których mógłby się utopić, przerażenie.

— Robili mi rzeczy, których nie umiałby pan sobie nawet wyobrazić — wyznała szeptem. — Rzeczy, po których nie da się już żyć normalnie.

— Widziałem ten film, Sondro, i mogę...

— To był drobiazg, całkiem przyjemna zabawa w porównaniu z tym, co one mi zrobiły.

— Jakie one?

— Demony. Nigdy w nie nie wierzyłam, dopóki ich nie spotkałam. Demony istnieją, naprawdę, to nie folklor halloweenowy, ale prawdziwi słudzy szatana. Przemierzają nasze ulice, natknęłam się na nie.

Brady pomachał prawem jazdy, które wciąż trzymał w ręku:

— Proszę posłuchać. Proponuję, żebyśmy poszli do mojej pracowni. Napije się pani gorącej kawy i spokojnie pogadamy. Zgoda?

Pokręciła głową.

— Pański kolega się mylił.

Wyciągnęła coś z kieszeni, ale Brady w pierwszej chwili nie zrozumiał.

Kiedy usłyszał metaliczny szczęk, zaalarmowały go wszystkie zmysły, mięśnie się naprężyły. Rubis rzuciła:

— W rzeczywistości jest pan taki jak inni.

I światło rozerwało jej twarz.

5

5

Echo wystrzału unosiło się jeszcze nad zatoką.

Rubis upadła z nogami dziwacznie skrzyżowanymi, jej szczątki leżały u jego stóp w rażąco nienaturalnej pozycji.

Czerwony, gąbczasty ochłap ześlizgnął się po prawie jazdy, które Brady nadal trzymał w wyciągniętej ręce, i plasnął miękko o ziemię. Krew zamazała zdjęcie, tworząc włóknistą maskę. Kobieta, która patrzyła w obiektyw, osoba, której oficjalny dowód istnienia trzymał w dłoni, była już tylko istotą o roztrzaskanej czaszce.

Brady skamieniał.

Zacisnęły mu się szczęki. Ręka zawisła w pół ruchu.

Mózg odmawiał posłuszeństwa, nie chciał przetwarzać docierających do niego informacji.

Niemożliwe.

Musi tylko na chwilę zamknąć oczy i znowu je otworzyć, a ona znowu tu będzie, będzie do niego mówiła, melancholijna i piękna, nienaruszona.

Ale woń prochu drażniła mu nozdrza. Mimo wiatru, mimo odrzucenia.

Chciał wstać, ale nogi się pod nim ugięły i musiał przykucnąć w tym pyle, pośród strzępów ciała. Dopiero wtedy poczuł żelazisty smak w ustach. Rubis plusnęła na niego, chlusnęła mu krwią na podniebienie, na język.

Ścisnęło mu żołądek i ledwie zdążył się odwrócić, żeby zwymiotować to, co zjadł na śniadanie. Potem opadł na plecy i zakrył twarz dłońmi.

Panicznie zbierał myśli, starał się przewinąć film od końca, zapobiec temu, co się stało. Na próżno.

Ona nie żyje. Nie żyje, powtarzał.

Nie mógł tu zostać.

Nie pomyślał o wezwaniu policji, ale o ucieczce. Żeby nie zostać w to zamieszanym. Jak wytłumaczyłby swoją obecność tutaj, z nią?

Bo chodził mi po głowie reportaż o pornografii? Spotkanie na takim odludziu z jakąś gwiazdką, i tylko z nią? Bez agenta, bez asystenta, bez przyjaciela, bez świadka? Nie mam nawet notesu, dyktafonu, aparatu fotograficznego!

Spotkanie wstępne. Żeby wybadać teren.

A jeśli mnie oskarżą o zabójstwo?

To nie była jego broń, nie znaleźliby na niej jego odcisków!

Brady tego nie czuł. Wszystko było podejrzane, to wideo z gwałtem też. Na szczęście usunął wszelkie ślady z komputera.

Wszelkie ślady, czyżby? Przecież nowoczesne narzędzia informatyczne umożliwiają odzyskanie zniszczonych danych!

Oskarżyliby go o nieudzielenie pomocy, o to, że nie przeszkodził jej w oddaniu strzału. A może nawet o nakłonienie jej do pociągnięcia za spust!

Słyszy się historie znacznie bardziej niesamowite od tej!

Podjął decyzję.

Świat wokół niego zaczął wirować. Wstał i postarał się tak ominąć ciało, żeby już na nie nie patrzeć, bo czuł, że to ponad jego siły.

Uciekać, jak najszybciej się da.

Zanim ktoś go zobaczy.

Obserwował zbocze, które wznosiło się za autostradą. Promenada Heights w górze i fasady wszystkich tych tulących się do siebie domów.

Tam mieszkał. Wypatrzył okna swego mieszkania. Odległość była znaczna. Przywołał widok, jaki roztaczał się z jego gniazdka, i przypomniał sobie, że nie mógł zobaczyć wyraźnie człowieka, a zwłaszcza jego twarzy. To był plus.

To miało być dyskretne spotkanie z dziewczyną, która go zafascynowała, a on zgodził się na nie umówić pod własnymi oknami!

Ironia losu, która o mało nie przyprawiła go znowu o wymioty.

Nie mam sobie nic do zarzucenia. Ani do ukrycia! Dlaczego w takim razie uciekał? Teraz dotarło do niego, że ucieka tak, jak parę godzin temu zacierał ślady obecności na stronie Rubis. Żeby oczyścić sumienie, pozbyć się poczucia winy. Bo nawet przed tym spotkaniem w głębi ducha wiedział, że czuje do niej silny pociąg fizyczny.

Świadomie wpakował się w niebezpieczną sytuację, spotykając się z nią.

„Zaczął się pan obwiniać. I nadal będzie się pan obwiniał”, powiedziała.

Brady szybko ruszył w stronę ulicy.

Miał świadomość, że popełnia ogromny błąd.

Ale nie był gotów, by stawić czoło sytuacji.

Kiedy szedł już Montague Street, przystanął i uważnie obejrzał swoje ubranie.

Na swetrze miał drobne plamki. Szybko zapiął kurtkę, żeby je zasłonić.

Nie mógłby teraz wsiąść do metra, już sama myśl o znalezieniu się wśród pasażerów, którzy mogliby go obserwować, przyprawiała go o mdłości. Wracał do dzielnicy Dumbo głównymi ulicami o szerokich chodnikach, gdzie ludzie potrącali się w tłumie, nie zwracając uwagi na nic i na nikogo.

W połowie drogi zauważył budkę telefoniczną i od razu zrozumiał, co musi zrobić.

Przynajmniej tyle był winien Rubis.

Wykręcił 911 i niskim, poważnym głosem poinformował, że widział, jak kobieta strzeliła sobie w głowę. Podał adres miejsca, w którym doszło do tego dramatu. Odłożył, zanim rozmówca zapytał o jego dane. Potem kupił małą butelkę wody w pierwszym automacie, na jaki się natknął. Wypił ją duszkiem, licząc, że zdoła spłukać ten posmak monety, który wciąż czuł na języku. Smak krwi Rubis.

I wreszcie podniósł ciężką kratę w pracowni, ściągnął sweter i zaczął trzeć plamy zwilżonymi chusteczkami, aż czerwień przeszła w brąz, a potem w szarość. Przeglądając się w lustrze, zauważył czerwone plamki na czole. Były raczej drobne i tak nieliczne, że nie powinny zaniepokoić żadnego z przechodniów, których minął na ulicy, ale wystarczająco widoczne, żeby zgiął się wpół nad umywalką i zwymiotował żółcią.

Co zrobił?

To nie ja ją zabiłem! Muszę wbić to sobie do głowy, to nie moja wina!

Mimo to uciekł jak winowajca.

Jego winą było pożądanie, z którym nie umiał się pogodzić.

Ale nie jej samobójstwo, powtarzał sobie.

W kieszeni znalazł prawo jazdy dziewczyny. Nie był w stanie go teraz czyścić, więc tylko rzucił je na biurko, a sam usiadł na sofie.

Co teraz?

Zająć się czymś innym. Nie myśleć już o tym, wymazać z pamięci wszystko, co wiązało się z Rubis — do tego właśnie powinien się zmusić.

Widok ognia buchającego z lufy wciąż stał mu przed oczyma. Zmiótł jej rysy równie łatwo, jak zdmuchuje się świeczkę.

Brady nigdy nie zdoła tego zapomnieć.

Nigdy nie zdoła spokojnie zasnąć.

Na myśl o tym, że wieczorem przyjdzie mu spojrzeć Annabel w oczy, znów go zemdliło. Nie zdoła znieść tego szoku. A ona to wyczuje. Zrozumie, że coś się stało.

Jednak nie powinien jej mówić. Z pewnością nie zdołałaby go zrozumieć. Mógłby jakoś upudrować prawdę, zasłonić się przygotowaniami do reportażu, ale wiedział, że dziś nie zdobędzie się na okłamanie żony i że Annabel była za dobra w takich grach, żeby podjął ryzyko w takim stanie.

Wybrał jej numer komórkowy i odetchnął z ulgą, bo włączyła się poczta głosowa.

— Kochanie, prawdopodobnie nie wrócę na noc — powiedział — a jeśli, to bardzo późno, jeszcze nie wiem, ale z „National” prosili, żebym wprowadził pilnie pewne zmiany, a to zajmie trochę czasu. W najgorszym razie prześpię się tu, całuję.

Kamień spadł mu z serca. Rozłączył się.

Teraz, skoro nie mógł zapomnieć, musiał uwięzić emocje, zepchnąć je za mur, który oddzieli go od tego, co dziś przeżył.

I pogrzebać Rubis na cmentarzu w swoim tajemnym ogrodzie.

Najgłębiej, jak się da.

6

6

Koparka wydobywała ziemię, przygotowując grób.

Para Azjatów tuliła się do siebie, jakby rozpacz była lodowatym podmuchem, któremu nie wolno pozostawić żadnej możliwej do przeniknięcia szczeliny. Zmarł ich jedyny syn i bardzo chcieli zobaczyć jego ostatnie miejsce na tej ziemi.

Annabel złożyła im kondolencje i odeszła między rzędami grobów do swego partnera, Jacka Thayera. Miał czterdziestkę, chociaż głębokie, liczne zmarszczki i siwe włosy powodowały, że wyglądał na starszego o dziesięć lat. Wsunął do kieszeni płaszcza tomik poezji Russella Edsona.

— Pozwól, że zgadnę: zupełnie nic nie wskórałaś?

— Musiałam to zrobić, Jack, musiałam się dowiedzieć, czy miał wrogów.

— Ten dzieciak zginął, bo znalazł się w niewłaściwym czasie w niewłaściwym miejscu. Przyznaję, że to niezwykle tragiczne, ale niestety jego rodzice nie mogą nam pomóc w schwytaniu sprawców.

— To był nasz jedyny trop.

— Nie, to było desperackie chwytanie się nadziei. Nie myl pojęć — trop oznacza, że mamy poważny punkt zaczepienia — dorzucił z lekką ironią nauczyciela, który przyłapał dobrego ucznia na brakach w wiedzy. — Koniec śledztwa, zrobiliśmy, co w naszej mocy, teraz już musiałoby się pojawić coś, co zaliczyłbym do kategorii deus ex machina, w przeciwnym razie akta trafią do archiwum i pójdą w zapomnienie.

— Jack, nie dołuj mnie.

— Rzeczywistość bywa deprymująca. Chodź, zapraszam cię na obiad w drodze powrotnej.

Dotarli do komisariatu dzielnicowego numer 78 w Nowym Jorku wczesnym popołudniem i natychmiast wpadli na czarnoskórego olbrzyma, który tu rządził:

— Wy dwoje, natychmiast do mojego gabinetu!

Czekało tam już dwóch innych gliniarzy w tanich garniturach.

Kapitan Woodbine zatrzasnął drzwi za Annabel i stanął przed podwładnymi. Był tak wysoki, że musiał pochylić głowę, żeby nie trącić wiszącej pod sufitem lampy.

— Co z tym śledztwem w sprawie zabójstwa w sklepie? — zapytał.

— Utknęliśmy — przyznała Annabel.

— Tego się właśnie obawiałem. Dobrze, posterunek osiemdziesiąty czwarty nie daje sobie rady, mają na głowie dwa morderstwa, napad i karambol, który wygląda na próbę samobójczą, a wszystko to dziś od rana, więc ludzie nie wiedzą już, w co włożyć ręce. Potrzebują naszej pomocy. Thayer i O’Donnel, weźmiecie restaurację na Gold Street — bójka, która przybrała fatalny obrót, Lenhart i Collins, mamy niezidentyfikowane zwłoki na Fulton Terminal.

— Pod autostradą Brooklyn-Queens? — zapytała Annabel.

— Owszem.

— A moglibyśmy dostać tę sprawę? Mieszkam naprzeciwko, dobrze znam tę okolicę.

Woodbine zerknął na Lenharta.

— Skoro masz ochotę na niezidentyfikowanego trupa, oddam ci go z przyjemnością! — włączył się ten ostatni, gładząc cienki rudy wąsik.

Woodbine uniósł na znak zgody jedną z łopat, czyli dłoni.

— Ciało wskazał nam anonimowy informator, który do nas zadzwonił — wyjaśnił. — Facet powiedział, że widział, jak strzela sobie w łeb.

— Skąd telefonowano? — zainteresował się Thayer.

— Z budki telefonicznej na Heights. Wiem, że zatrzymał się przy niej jakiś samochód, ale nie zdejmą śladów opon, bo ruch jest tam za duży.

Annabel, już na odchodnym, odwróciła głowę i zapytała:

— Jeszcze jedno, kapitanie... Czy tylko zaczynamy to śledztwo, żeby przekazać je potem tym z osiemdziesiątego czwartego, czy jest nasze?

— Jeżeli coś zaczynasz, to kończysz.

Dwa policyjne wozy z włączonymi kogutami stały pod niebieską ścianą hali.

Chmury miały już barwę ołowiu i były tak ciężkie, jakby deszcz, który mógł lada chwila z nich spaść, miał zatopić ziemię. Zatoka, niczym lustro, przybrała tę samą groźną barwę, targana atlantyckimi falami.

Jack i Annabel zaparkowali. W końcu opuszczonego magazynu dwaj mundurowi kończyli odgradzanie dość rozległego obszaru, opasując żółto-czarną taśmą słupy. Taśma świstała, poruszana przez wiatr.

Annabel pozostawiła partnerowi, który już wyciągnął odznakę, przedstawienie się funkcjonariuszom:

— Detektywi Thayer i O’Donnel z siedemdziesiątego ósmego. Podobno macie nawał pracy?

— Mało powiedziane! — odparł grubszy z dwóch policjantów, wypinając pokaźny brzuch. — Dziewczyna jest tam, uprzedzam — paskudny widok.

Drugi policjant nagle zagrodził im drogę, bezładnie wymachując rękami.

Trzy mewy odfrunęły, pokrzykując.

— Te cholerne ptaszyska wyżerają strzępy mózgu! — zdenerwował się. — To przez rzeźnie i targ mięsny w mieście. Stamtąd wyrzucają do otwartych pojemników kości i mewy przywykły do łatwego żeru.

Annabel podeszła bliżej, żeby się rozejrzeć.

Dziewczyna nie miała twarzy, którą zmasakrował oddany z bliska strzał.

Detektyw głęboko odetchnęła, żeby otrząsnąć się z szoku, jakiego doznała na ten makabryczny widok.

Widziałaś sporo takich rzeczy, bywało gorzej, wyluzuj.

Jednak zwłoki zawsze robiły na niej tak silne wrażenie.

Annabel skupiła uwagę na dłoniach. Nienaruszonych.

Przy odrobinie szczęścia znajdziemy w bazie danych jej odciski. W przeciwnym razie będziemy szukali jej nazwiska po omacku.

Thayer pochylił się nad bronią, którą nadal trzymała.

— Rzadko się zdarza, żeby samobójca trzymał w ręku broń, padając — stwierdził.

— Ale czasami tak bywa — skomentowała Annabel.

Rozmowa dobrze jej robiła.

Trzymaj się faktów, bądź pragmatyczna i jakoś to będzie.

— To smith & wesson, kaliber .44 — uzupełnił policjant, który przegonił mewy. — Model z serii 629, jeśli się nie mylę. Przypomina te sprzedawane w zestawach na niedźwiedzie, 629 ES.

Thayer zerknął na niego zaskoczony:

— Czyżby był pan kumplem Brudnego Harry’ego?

— Lubię broń palną. Zbieram ją, a coś takiego widziałem u kuzyna, który często poluje w lasach Tennessee. Tam trzeba uważać na niedźwiedzie. Nie dziwię się, że dziewczyna oderwała sobie tym pół głowy!

— Dotykaliście jej?

— Nie. Przeszukałem tylko kieszenie, liczyłem, że ma jakieś dokumenty, ale niczego nie przemieściłem.

Annabel zaczęła się zastanawiać nad skuteczną metodą przeczesania terenu i jego dokładnego oznakowania.

— Jeszcze jedno — wtrąciła — dlaczego nie ma tu fotografa, lekarza sądowego, nikogo?

— Dziś mamy istny obłęd — powiedział gruby. — Kapitan wiedział, że nie będzie miał kogo przysłać, więc kazał nam grzecznie czekać, aż się zjawicie. Rozmawialiśmy przez komórkę. Gdybym poprosił dyspozytora o przysłanie ambulansu i całej reszty, zbiegliby się dziennikarze. Chciałem, żebyście mogli pracować, my dostosujemy się do waszych metod.

Annabel skinęła głową. W sumie taki układ był korzystny.

— Są tu wymiociny — stwierdził Thayer. — Dokładnie na wprost denatki.

— Może obleciał ją strach, zanim zdecydowała się strzelić sobie w głowę? — podsunęła Annabel.

Jack Thayer jeszcze raz obejrzał zwłoki kobiety. Głośno wyobrażał sobie tę scenę:

— Przyszła tu, żeby odebrać sobie życie, była już zdecydowana, ale i przerażona, zemdliło ją ze strachu, wyrzygała się, a potem usiadła na tym kamieniu i pociągnęła za spust. Dlaczego nie? Tylko że kobiety bardzo rzadko strzelają sobie prosto w twarz, to raczej charakterystyczne dla facetów. Panie chcą zniszczyć serce, bo to ono przysparza im cierpień. Mężczyźni niszczą to, co jest źródłem ich problemów — mózg, czyli myślenie, osobowość. To dwa charakterystyczne pojęcia w relacji kobiety-mężczyźni.

Annabel przypomniała sobie rozmowę, do której już wielokrotnie powracali, stwierdzając, że kobiety, które odbierają sobie życie z broni palnej, najczęściej celują w klatkę piersiową.

— Z tego, co tu widzę — rzekł Thayer — dziewczyna była bardzo zadbana, miała fantastyczne, zgrabne ciało. Dlaczego miałaby masakrować twarz, na pewno też ładną?

— Może nagle uświadomiła sobie, że to wszystko nic nie znaczy? Może gwałtownie odrzuciła wszystkie iluzje i pozory, którym hołduje nasze społeczeństwo?

Thayer wydął usta.

— A może ktoś upozorował to samobójstwo? — podsunął.

Annabel przecząco pokręciła głową.

— Wiedziałam, że do tego zmierzasz! Ale to samobójstwo — odparła, odrzucając warkoczyki do tyłu.

— Zakładasz się? Ten, kto wygra, zaprasza do teatru i wybiera sztukę.

— A może być komedia muzyczna?

Thayer wskazał wymiociny jedną, a zwłoki drugą ręką — dzieliło je kilka metrów.

— Dlaczego, skoro zamierzała zniszczyć to, co ją najbardziej wyróżniało — rysy twarzy — dlaczego nie wyrzygała się tam, gdzie się zabiła?

— Jack, takie analizy nie mają żadnego sensu ani wartości, mogła włóczyć się przez kwadrans, chodzić tam i z powrotem, zanim wreszcie przeszła do czynu.

— Głowa, Ann, ona strzeliła sobie prosto w twarz! Nie w skroń czy potylicę, ale w środek twarzy, prawdopodobnie od dołu! To gest determinacji, bez chwili wahania; była świadoma skutku tego, co robi, myślała nad tym tak długo, że uwolniła się od rozterek, patrzyła na lufę, patrzyła w oczy własnej śmierci! Nie wierzę, że to ona wymiotowała.

Annabel wytrzeszczyła oczy.

— Więc kto to zrobił?

— Ktoś tu był i zwrócił śniadanie, kiedy już ją zamordował. Emocje były za silne, adrenalina przyprawiła go o chorobę.

— To mógł być świadek — widział, co się wydarzyło, nie wytrzymał tego i odszedł, żeby zwymiotować. Jack, wątpię, żeby w tej chwili doszukiwanie się tego, czego nie ma, mogło nam ułatwić pracę.