Wydawca: Albatros Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski

Obiecaj mi, że będziesz wolny ebook

Jorge Molist

2.33333333333333 (3)

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 847 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Obiecaj mi, że będziesz wolny - Jorge Molist

Akcja książki toczy się w Hiszpanii i we Włoszech na przełomie średniowiecza i renesansu. Nowy porządek ściera się ze starym – chłopi buntują się przeciwko swoim panom, miasta są terroryzowane przez inkwizycję, a w Watykanie rozpoczyna panowanie rodzina Borgiów. Bohater – syn katalońskiego rybaka – uwikłany w intrygi i wojenne konflikty – z wielkim poświęceniem walczy o uratowanie rodziny, odzyskanie ukochanej kobiety oraz dotrzymanie obietnicy złożonej umierającemu ojcu.

Powieść historyczno-przygodowa w klimacie twórczości Kena Folletta i Ildefonsa Falconesa. Bestseller w Hiszpanii.

Opinie o ebooku Obiecaj mi, że będziesz wolny - Jorge Molist

Fragment ebooka Obiecaj mi, że będziesz wolny - Jorge Molist

Wydanie elektroniczne

O książce

Po­wieść hi­sto­rycz­no-przy­go­do­wa w kli­ma­cie twórczości Kena Fol­let­ta i Il­de­fon­sa Fal­co­ne­sa; be­st­sel­ler w Hisz­pa­nii. Ak­cja książki to­czy się w Hisz­pa­nii i we Włoszech na przełomie śre­dnio­wie­cza i re­ne­san­su. Nowy porządek ście­ra się ze sta­rym – chłopi bun­tują się prze­ciw­ko swo­im pa­nom, mia­sta są ter­ro­ry­zo­wa­ne przez in­kwi­zycję, a w Wa­ty­ka­nie roz­po­czy­na pa­no­wa­nie ro­dzi­na Bor­giów. Bo­ha­ter – syn ka­ta­lońskie­go ry­ba­ka – uwikłany w in­try­gi i wo­jen­ne kon­flik­ty – z wiel­kim poświęce­niem wal­czy o ura­to­wa­nie ro­dzi­ny, od­zy­ska­nie uko­cha­nej ko­bie­ty oraz do­trzy­ma­nie obiet­ni­cy złożonej umie­rającemu ojcu.

Ka­ta­lo­nia za rządów Fer­dy­nan­da Ara­gońskie­go i Iza­be­li Ka­sty­lij­skiej, rok 1484. Ga­le­ra sa­ra­ceńskich pi­ratów najeżdża osadę ry­backą Lla­franc nad Mo­rzem Śródziem­nym. W nierównej wal­ce z na­past­ni­ka­mi, bro­niąc ro­dzi­ny, gi­nie Ramón Ser­ra; nie uda­je mu się uchro­nić żony i córki przed upro­wa­dze­niem. Swo­je ostat­nie słowa umie­rający mężczy­zna kie­ru­je do dwu­na­sto­let­nie­go syna Jo­ana: Obie­caj mi, że będziesz wol­nym człowie­kiem. Joan i jego młod­szy brat opusz­czają wioskę z moc­nym po­sta­no­wie­niem: gdy do­rosną, zo­staną żołnie­rza­mi i wspólnie wy­ruszą do kra­iny Maurów, by od­na­leźć matkę i siostrę. I ze­mszczą się na zabójcach ojca. Po do­tar­ciu do Bar­ce­lo­ny, dzięki wsta­wien­nic­twu życz­li­we­go kup­ca, chłopcy otrzy­mują gościnę w klasz­to­rze. Joan zo­sta­je po­moc­ni­kiem w księgar­ni państwa Corró; zgłębia taj­ni­ki sztu­ki in­tro­li­ga­tor­skiej, uczy się pisać. Oka­zu­je się pojętnym uczniem, a przez Corrów jest trak­to­wa­ny jak członek ro­dzi­ny. Za­ko­chu­je się w An­nie, córce zamożnego ju­bi­le­ra. Choć dziew­czy­na od­wza­jem­nia jego uczu­cia, młodzi nie mogą się spo­ty­kać, oj­ciec bo­wiem szu­ka dla niej męża wśród kan­dy­datów o wyższym sta­tu­sie społecz­nym. Mija kil­ka lat, do Bar­ce­lo­ny wkra­cza in­kwi­zy­cja. Wy­da­rze­nie to w dra­ma­tycz­ny sposób od­mie­nia życie Jo­ana. Na­stają cza­sy ter­ro­ru i pa­le­nia lu­dzi na sto­sach. Ro­dzi­na Anny ucie­ka z mia­sta w nie­zna­nym kie­run­ku. Państwo Corró zo­stają oskarżeni o ko­pio­wa­nie za­ka­za­nych ksiąg; giną w płomie­niach. Księgar­nia zo­sta­je zli­kwi­do­wa­na. A Joan przez przy­pa­dek po­zna­je bru­talną prawdę o oko­licz­nościach na­pa­du na ro­dzinną wioskę: nie do­ko­na­li go Mau­ro­wie, lecz prze­bra­ni za nich ma­ry­na­rze flo­ty królew­skiej, do­wo­dzo­nej przez ad­mi­rała de Vi­la­ma­ri. Joan utwier­dza się w swo­ich głównych po­sta­no­wie­niach: zemścić się na zabójcach ojca, odszu­kać po­rwaną ro­dzinę, od­zy­skać uko­chaną Annę i założyć własną księgar­nię – tam, gdzie nie sięgają wpływy in­kwi­zy­cji. Tym­cza­sem, ska­za­ny na dwa lata ciężkich ga­ler za udział w bójce, musi za­ku­ty w kaj­da­ny od­by­wać karę na stat­ku swe­go wro­ga – ad­mi­rała de Vi­la­ma­ri. Ko­lej­ny­mi przy­sta­nia­mi w jego ody­sei będą Sar­dy­nia, Sy­cy­lia, Ne­apol, Rzym i Ge­nua. Uwikłany w działania wo­jen­ne, in­try­gi i zemstę, wal­czy o wypełnie­nie złożone­go ojcu przy­rze­cze­nia…

JOR­GE MO­LIST

Pi­sarz hisz­pański. Dzie­ciństwo spędził w dziel­ni­cy Ra­val w Bar­ce­lo­nie. Pożyczając książki z miej­sco­wej bi­blio­te­ki, od­krył w so­bie pasję pi­sa­nia. Po ukończe­niu stu­diów inżynier­skich na Po­li­tech­ni­ce Bar­ce­lońskiej oraz uzy­ska­niu dy­plo­mu ma­gi­stra zarządza­nia podjął pracę w przed­sta­wi­ciel­stwie Pa­ra­mo­unt Pic­tu­res Home En­ter­ta­in­ment. Z ra­cji swo­ich obo­wiązków za­wo­do­wych przez kil­ka­naście lat miesz­kał w różnych mia­stach Eu­ro­py i USA. Po­zwo­liło mu to le­piej po­znać kul­turę, oby­cza­je oraz hi­sto­rię tych miejsc. Po­zy­skaną wiedzę wy­ko­rzy­stał w książkach. W 2008 zre­zy­gno­wał z pra­cy eta­to­wej i poświęcił się całko­wi­cie działalności li­te­rac­kiej. Jej plo­nem jest sie­dem po­wieści hi­sto­rycz­no-przy­go­do­wych, przełożonych na 21 języków, m.in. Pierścień. Spa­dek po ostat­nim tem­pla­riu­szu, Prze­po­wied­nia, Za­ma­sko­wa­na królowa, Obie­caj mi, że będziesz wol­ny i naj­now­sza Tiem­po de ce­ni­zas.

www.jor­ge­mo­list.com

Tytuł ory­gi­nału: PROMÉTEME QUE SE­RAS LI­BRE

Co­py­ri­ght © Jor­ge Mo­list 2011 All ri­ghts re­se­rved

Po­lish edi­tion co­py­ri­ght © Wy­daw­nic­two Al­ba­tros A. Kuryłowicz 2014

Po­lish trans­la­tion co­py­ri­ght © Le­szek Ługow­ski 2014

Re­dak­cja: Bar­ba­ra No­wak

Ilu­stra­cja na okładce: AKG-Ima­ges/BE & W 

Pro­jekt gra­ficz­ny okładki hisz­pańskiej: Ger­man Car­ril­lo/Edi­to­rial del Gru­po Pla­ne­ta

Pro­jekt gra­ficz­ny okładki pol­skiej: An­drzej Kuryłowicz

ISBN 978-83-7985-016-7

Wydawca

WYDAWNICTWO ALBATROS A. KURYŁOWICZ

Hlonda 2a/25, 02-972 Warszawa

www.wydawnictwoalbatros.com

Niniejszy produkt jest objęty ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że publiczne udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych – jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

Dla Pa­lo­my

Wie­le opi­sa­nych w tej książce osób i zda­rzeń to po­sta­cie i fak­ty hi­sto­rycz­ne, a opo­wieść opie­ra się na za­cho­wa­nych kro­ni­kach owych czasów. Za­in­te­re­so­wa­ny czy­tel­nik znaj­dzie na końcu książki sto­sow­ne wyjaśnie­nia.

CZĘŚĆ PIERW­SZA

1

Lla­franc, ko­niec lata 1484

Joan leżał na porośniętym trawą zbo­czu góry, po­dzi­wiając prze­piękny zachód słońca. Nie wie­dział jesz­cze, że to ostat­ni dzień jego dzie­ciństwa.

– Patrz – po­wie­dział oj­ciec, wyciągając rękę w stronę mo­rza.

Młod­zik spoj­rzał na białe pta­ki, które uno­siły się z krzy­kiem po­nad skałami na rozłożonych skrzydłach, na­wet nimi nie po­ru­szając.

– Mewy?

– Nie, skup się.

Joan nie ro­zu­miał. Po­pa­trzył na ojca. Przyj­rzał się jego twa­rzy, pro­ste­mu, oka­załemu no­so­wi, krza­cza­stym brwiom, kasz­ta­no­wej bro­dzie i włosom, po­tem ko­cim oczom o bar­wie mio­du utkwio­nym w dali. Przy­po­mi­nał lwa. Był najmądrzej­szym i naj­sil­niej­szym mężczyzną w osa­dzie. Joan sta­rał się od­gadnąć, o co mogło mu cho­dzić, ale nie zdołał. Wy­ostrzył więc zmysły.

Fale szem­rały u stóp urwi­ska. Rosnące wokół so­sny pach­niały żywicą. Ob­ser­wo­wał linię ho­ry­zon­tu, obłoczki na nie­bie i niosące bryzę mor­skie bałwany. Nie do­strzegł nic nie­zwykłego. Spoj­rzał na ojca py­tająco.

– Patrz na chmu­ry – po­wie­dział mężczy­zna.

Chłopiec utkwił wzrok w kłębach o wyglądzie nieprzędzio­nej wełny, które po­mi­mo pew­nej sza­rzy­zny skry­wa­nej we wnętrzach lśniły nie­ska­zi­telną bielą.

– Przyj­rzyj się uważnie – na­le­gał Ramón.

Joan wpa­try­wał się w ku­li­ste bryły na nie­bie, które zmie­niały się le­ni­wie; wciąż nie wie­dział, o co cho­dzi.

– Nie wi­dzisz ich?

– Kogo?

– Istot na nie­bie.

Joan nie chciał więcej pytać. Za­milkł.

– Po­patrz. Nie wi­dzisz ich?

– Nie.

– Nie wi­dzisz ko­nia, który uno­si ko­py­ta, szy­kując się do sko­ku? – Wska­zał pal­cem.

Chłopiec wpa­try­wał się w nie­bo, szu­kając zwierzęcia.

– Przyj­rzyj się – na­le­gał oj­ciec.

Po chwi­li Joan uj­rzał grzywę, uszy i roz­chy­lo­ny pysk fan­ta­stycz­ne­go stwo­rze­nia z chmur, unoszącego przed­nie ko­py­ta. Po­ru­szało się z wol­na, prężąc mięśnie.

– Widzę go! – za­krzyknął, po­ka­zując jed­no­cześnie. – Rze­czy­wiście, to koń!

– A tę rybę koło nie­go wi­dzisz? – do­py­ty­wał się mężczy­zna.

– Pew­nie, że widzę! – Przez jakiś czas kon­tem­plo­wał w mil­cze­niu tę nie­wia­ry­godną scenę, by po chwi­li zawołać: – A tam da­lej ol­brzym, a tam jesz­cze pies!

Chmu­ry wędro­wały po­wo­li, lecz nie­stru­dze­nie, przy­bie­rając co­raz to nowe kształty.

Ramón Ser­ra z uśmie­chem spoj­rzał na syna, pełnego życia dwu­na­sto­lat­ka. Odzie­dzi­czył po nim pro­sty nos, sil­ny podbródek i kasz­ta­no­we włosy, a po mat­ce duże ciem­ne oczy o cie­kaw­skim spoj­rze­niu. Z niekłama­nym zapałem od­kry­wał świat, który oj­ciec z przy­jem­nością mu objaśniał. Joan całkiem pochłonięty mie­rzył chmu­ry pal­cem, opi­sując fa­scy­nujące stwo­rze­nia, a mężczy­zna gładził go po głowie z miłością i za­do­wo­le­niem.

Słuchał, wzro­kiem ogar­niając cały kra­jo­braz. W dole, u stóp wzgórza, wy­dając się z góry jesz­cze mniej­sza, leżała jego wio­ska – nie­co po­nad tu­zin uśpio­nych jesz­cze białych domków, zbi­tych w gro­madkę, jak­by miały bro­nić się na­wza­jem. Była nie­dzie­la. Na wprost roz­ciągała się plaża, da­lej zaś sze­ro­ka za­to­ka Lla­franc, gdzie błękit przej­rzy­stych wód mie­szał się z kre­mową barwą pia­sku, bielą mor­skiej pia­ny, sza­rością skał i zie­le­nią so­sen. Każda ze spo­czy­wających na plaży łodzi z osa­dy wy­po­sażona była w dwa wiosła – poza jego Mewą, która miała ich aż osiem. Dziób łodzi zdo­biła wy­ry­ta w nim sce­na, w której Ramón wzno­sił har­pun na wie­lo­ry­ba – dzieło Jo­ana. Chłopiec za­dzi­wiał wszyst­kich zdol­nościa­mi rzeźbiar­ski­mi. Oj­ciec był dum­ny i z syna, i z łodzi.

Na­gle prze­niósł wzrok na bez­kres mo­rza i uj­rzał zbliżający się z południa sta­tek. Wstał, marszcząc brwi, zwinął lewą dłoń w lu­netę i z wysiłkiem mu się przyj­rzał.

– Ga­le­ra! – zawołał, a jego krzyk za­nie­po­koił chłopca. – Bie­gnij­my do wio­ski, Jo­anie, trze­ba wszyst­kich ostrzec.

– Czy oni są źli?

Ramón spoj­rzał na nie­go czu­le i kładąc mu dłoń na ra­mie­niu, rzekł:

– Gdy zo­ba­czysz w le­sie zwierzę, nie cze­kaj, aż się okaże, czy to pies, czy wilk. Szy­kuj się do wal­ki albo do uciecz­ki. W drogę!

Ru­szył w dół stromą ścieżką, a Joan za nim. Nie zdążyli zejść do wio­ski, gdy usłysze­li nie­ustające bi­cie dzwo­nu.

– Ere­mi­ta też ją wi­dział! – krzyknął oj­ciec.

Na szczy­cie wzgórza, z którego roz­ciągał się nie­zwykły wi­dok na mo­rze, wzno­siła się wieża strażni­cza, u której stóp stała ka­pli­ca pa­tro­na wio­ski, świętego Se­ba­stia­na. Miesz­kał tam pu­stel­nik, który poza wy­ko­ny­wa­niem posług re­li­gij­nych ob­ser­wo­wał ho­ry­zont, aby w porę ostrzec miesz­kańców przed napaścią pi­ratów.

Chłopiec nig­dy wcześniej nie słyszał dzwonów bijących na trwogę. Tego dnia po raz pierw­szy po­czuł strach.

Wieśnia­cy wy­le­gli na ulicę. Pa­no­wał zamęt. Dzie­ci płakały, a star­si próbo­wa­li załado­wać naj­cen­niej­szy do­by­tek. Prze­zwy­ciężając za­dyszkę, Ramón wzniósł ra­mio­na:

– To ga­le­ra! – Wszy­scy umil­kli, by go wysłuchać. – Nadpływa z południa, żeglu­je z wia­trem, ale nie płynie tyl­ko pod żaglem. Ga­ler­ni­cy wiosłują.

– Idzie po łup! – zawołał To­mas, ry­bak z pokładu Mewy.

– Tak, in­ne­go stat­ku nie widać – po­wie­dział oj­ciec Jo­ana.

– Płynie na nas! – krzyknął Da­niel, inny ry­bak.

– To bar­dzo możliwe – pod­su­mo­wał Ramón. – Słuchaj­cie, zro­bi­my tak. Ko­bie­ty i dzie­ci ukryją się na górze, w wieży Świętego Se­ba­stia­na. Zo­staw­cie tobołki! Chwy­taj­cie za broń!

Joan był wpa­trzo­ny w ojca z po­dzi­wem. Słucha­li go wszy­scy, nie tyl­ko na łodzi, ale i w wio­sce. Był wy­so­ki, może nie tak, jak jego przy­ja­ciel To­mas, ale za to bar­dziej krzep­ki, i w każdej sy­tu­acji wie­dział, co robić. Chłopiec uj­rzał swą matkę Eu­la­lię w pro­gu domu, prze­stra­szoną, tulącą do wez­bra­nej mle­kiem pier­si kil­ku­mie­sięczną Isa­bel, która płakała nie­utu­le­nie. Obok sta­li Ma­ria, jego o dwa lata star­sza sio­stra, i Ga­briel, dzie­sięcio­let­ni brat. Wszy­scy odzie­dzi­czy­li po ojcu mio­do­we oczy, te­raz sze­ro­ko otwar­te ze stra­chu.

Ramón zbliżył się do gro­mad­ki, pogłaskał po głowie maleństwo i pocałował żonę w po­li­czek.

– Nie martw się, wszyst­ko będzie do­brze – po­wie­dział, patrząc jej w oczy z uśmie­chem.

Eu­la­lia ode­tchnęła po­cie­szo­na i próbowała się uśmiechnąć, a on przy­tu­lił ją wraz z dzie­ciątkiem.

– Ale trze­ba się pośpie­szyć! – popędzał Ramón, nim wszedł do domu.

– Chodźmy, prędko! – zawołała mat­ka. – Jo­anie, za­opie­kuj się Ga­brie­lem!

Ra­zem z Marią i resztą ko­biet, dzie­ci i dwo­ma star­ca­mi uzbro­jo­ny­mi w łuki i strzały ru­szyła drogą do wieży strażni­czej, której dzwon bił wciąż nagląco. Joan pojął, że ga­le­ra rze­czy­wiście płynie do nich, i wziął Ga­brie­la za rękę, ale po kil­ku kro­kach po­wie­dział:

– Idź z mamą i Marią, za­raz cię do­go­nię.

Gdy wszedł do domu, zo­ba­czył ojca w kol­czu­dze i żela­znym hełmie. Na ple­cach miał kuszę ze strzałami, a u pasa miecz. Za­chwy­ciła go wa­lecz­na po­sta­wa ojca, potężne ramię, w którym dzierżył broń – krótką włócznię do mio­ta­nia. Wyglądało na to, że pi­ra­ci do­staną za swo­je. Po­sta­no­wił więc, że nie pójdzie z ko­bie­ta­mi, tyl­ko z oj­cem na bój, żeby choć z da­le­ka na nie­go po­pa­trzeć.

– Joan, idź z matką i Ga­brie­lem!

– Już idę, tato! – I sko­czył po swoją włócznię, za­bawkę.

Gdy wy­szedł, zo­ba­czył idących do lasu mężczyzn do­wo­dzo­nych przez jego ojca, który pełnił straż tylną.

„Mo­rze daje nam życie, z mo­rza śmierć do nas płynie”, ma­wiał często Ramón. Tego dnia mo­rze było aku­rat gład­kie i spo­koj­ne, fan­ta­stycz­ne chmu­ry wciąż wid­niały na nie­bie, a słońce, wznosząc się nad wzgórzem, oświe­tlało szcze­li­ny między skałami w południo­wo-za­chod­niej części za­to­ki. Joan jed­nak nie sku­piał się te­raz na owym pięknie, lecz na wiel­kiej łodzi, strasz­li­wej, najeżonej wiosłami, która wyłaniała się zza skał. Wkrótce, mimo dzielącej ich od­ległości, bry­za przy­niosła od­py­chający odór, mie­sza­ninę potu, ury­ny i eks­kre­mentów. Czując obrzy­dze­nie i trwogę, po­biegł, żeby do­go­nić mężczyzn.

– To wiel­ka ga­le­ra, o trzech ar­ma­tach! – zawołał To­mas. – I ma zie­lo­ne wim­ple. To pi­ra­ci sa­ra­ceńscy!

– Sta­wi­my im czoło przy skałach po pra­wej stro­nie od dro­gi, za wiel­kim za­gaj­ni­kiem – przy­po­mniał im Ramón. – Jeśli do­brze się roz­lo­ku­je­my, zdołamy po­wstrzy­mać ich włócznia­mi i strzałami. Trze­ba tyl­ko dać czas ko­bie­tom na do­tar­cie na wierz­chołek wzgórza.

– Miej­my na­dzieję, że za­do­wolą się splądro­wa­niem wio­ski i zo­sta­wią nas w spo­ko­ju – po­wie­dział ktoś.

– Nie za­trzy­mają się, jeśli my ich nie po­wstrzy­ma­my – od­parł Ramón. – Nie wy­star­czy im żywność, którą cho­wa­my na zimę, i sprzęty z domów. Chcą nie­wol­nic na sprze­daż i ga­ler­ników do wiosłowa­nia, to praw­dzi­we łupy.

Joan do­ga­niał już swo­ich, gdy zo­ba­czył, jak odrażająca ga­le­ra ma­new­ru­je, żeby wpłynąć do małej za­tocz­ki. Do­strzegł tłukące moc­no wiosła, prze­rażające ar­ma­ty i pi­ratów kłębiących się na dzio­bie, żądnych krwi, po­krzy­kujących i wy­wi­jających bro­nią. Byli pod nimi. Bez­pie­czeństwo, które dawała chłopcu jego mała włócznia, ule­ciało mo­men­tal­nie. Rzu­cił się, by do­go­nić młod­sze­go bra­ta Ga­brie­la; był za nie­go od­po­wie­dzial­ny. Po chwi­li mijał ostat­nich spóźnio­nych ucie­ki­nierów, którzy dźwi­ga­li swo­je mie­nie w naprędce skle­co­nych tobołkach albo ciągnęli ze sobą zwierzęta – świnię, kozę czy osiołka – opóźniając ucieczkę. Zi­mo­wy głód zda­wał im się gor­szy od pi­ratów.

Do­go­nił matkę, która z dziec­kiem na rękach i dwoj­giem jego ro­dzeństwa, dysząc ciężko, wspi­nała się zbo­czem. Chwy­cił za rękę Ga­brie­la i wte­dy usłyszał krzy­ki wy­chodzących na plażę pi­ratów.

Minęli pierw­szy wiel­ki za­gaj­nik i do­cie­ra­li do skał, gdzie jak mówił Ramón, mia­no roz­pra­wić się z rozbójni­ka­mi, gdy drogę prze­cięła im gru­pa mężczyzn z dzi­da­mi i ku­sza­mi.

– Sa­ra­ce­ni! – łkając, rzu­ciła jakaś ko­bie­ta. Wieśnia­cy za­trzy­ma­li się, a niektórzy zaczęli się cofać, wpa­dając na po­zo­stałych.

– Odsuńcie się! – Ramón nad­cho­dził, prze­dzie­rając się między ludźmi na cze­le uzbro­jo­nych mężczyzn. – To za­sadz­ka! Cze­ka­li na nas!

Joan zro­zu­miał, że sy­tu­acja jest bez­na­dziej­na. Ci lu­dzie nie po­zwolą im wejść do wieży Świętego Se­ba­stia­na, a biegnący plażą wkrótce wpadną pro­sto na nich. Spoj­rzał na matkę, która zdy­sza­na i str­wożona tuliła do pier­si maleńką Isa­bel płaczącą nie­utu­le­nie, i na siostrę Marię, która łkała ucze­pio­na mat­czy­nej spódni­cy. Zdjęty stra­chem Ga­briel kur­czo­wo trzy­mał go za rękę. Joan po­pa­trzył na ojca z na­dzieją, że on znaj­dzie sposób na ich obronę. Uj­rzał jego zwątpie­nie, wi­dział, jak spoj­rze­nie ojca wędru­je ku żonie i córkom, by zatrzy­mać się na wiel­kich oczach Ga­briela, który pa­trzył nań z prze­rażeniem. Ramón miał czas tyl­ko na to, by się do nich uśmiechnąć i pogładzić głowę Jo­ana, który stał naj­bliżej. Była to za­le­d­wie chwi­la, ale dla chłopca wiecz­ność. Czuł jego miłość, gdy pojął, że oj­ciec podjął de­cyzję.

– Trze­ba ich po­wstrzy­mać – rzekł do mężczyzn. Patrząc zaś na żonę, krzyknął: – Da­lej, do Świętego Se­ba­stia­na, ra­tuj­cie się!

Po­tem, wy­wi­jając włócznią na cze­le wieśniaków, Ramón rzu­cił się na Sa­ra­cenów, pod­czas gdy ko­bie­ty i star­cy ciągnęli dzie­ci w górę ku wieży strażni­czej.

2

Joan, z małą włócznią w dłoni, stanął spa­ra­liżowa­ny za ple­ca­mi mężczyzn, którzy bie­gli na Sa­ra­cenów. Po raz pierw­szy w życiu wi­dział Maurów. Nie byli aż tak czar­ni, jak ich so­bie wy­obrażał. Niektórzy mie­li tur­ba­ny. Znaj­do­wa­li się tak bli­sko, że mógł do­sko­na­le roz­po­znać ich twa­rze.

– Joan, Ga­briel! – usłyszał krzyk mat­ki.

– Idź z nią! – po­wie­dział do bra­ta, po­py­chając go w kie­run­ku ucie­kających.

Ramón wie­dział, że sy­tu­acja jest bez­na­dziej­na. Nie­przy­ja­ciel był przy­go­to­wa­ny, pod­czas gdy oni nie mie­li na­wet cza­su, aby załado­wać łuki i ku­sze. Je­dy­nym wyjściem było ude­rzyć na wro­ga, by wpro­wa­dzić zamęt. I tak zro­bi­li, krzycząc z całych sił.

Idący na przo­dzie Ramón za­trzy­mał się w od­po­wied­nim miej­scu i potężnym ra­mie­niem cisnął broń. Któryś z Sa­ra­cenów wrzasnął, po czym usłysze­li cięciwy kusz wy­rzu­cające strzały. Nie za­trzy­mując się, gdy jego włócznia za­ta­piała się w ra­mie­niu pa­dającego z jękiem Mau­ra, Ramón dobył mie­cza i rzu­cił się na dru­gie­go pi­ra­ta, którego musnęła jed­na ze strzał. Dwaj podążający za nim mężczyźni pa­dli tra­fie­ni. Sa­ra­ceni umy­ka­li przed włócznia­mi wieśniaków, a ci ru­szy­li na nich z mie­czami w dłoni.

Śmiała i mężna po­sta­wa Ramóna dodała od­wa­gi Jo­ano­wi. Oto nik­czem­ni­cy co­fa­li się przed wa­lecz­ny­mi ry­ba­ka­mi. Za­uważył jed­nak, że je­den z pi­ratów nie dobył mie­cza, ale trzy­mając jakiś dziw­ny przed­miot, przykląkł na jed­no ko­la­no. Nig­dy nie za­po­mni twa­rzy tego osob­ni­ka na­zna­czo­nej blizną w pu­stym le­wym oczo­do­le. Spod jego rąk błysnęła smu­ga światła i ogłuszający huk prze­stra­szył Jo­ana. Dziw­na broń Sa­ra­ce­na dymiła.

Ramón wydał jęk, za­trzy­mał się, miecz wy­padł mu z ręki i mężczy­zna na­gle runął. Joan nie mógł uwie­rzyć, że jego oj­ciec upadł. Spoj­rzał na Mau­ra z mie­sza­niną zdu­mie­nia i pa­ni­ki. Widząc uśmiech na jego ob­li­czu, prze­stra­szył się, że oj­ciec już nie wsta­nie. Ry­ba­cy nie słysze­li nig­dy wcześniej po­dob­ne­go grzmo­tu. Stanęli jak wry­ci, a gdy pi­ra­ci ru­szy­li na nich, drąc się ze wszyst­kich sił, w popłochu rzu­ci­li się do uciecz­ki. Ogar­nięty wszechwładną pa­niką Joan uj­rzał nad­ciągających mor­derców i choć bar­dzo pragnął pomóc ojcu, po­czuł się po­ko­na­ny przez strach. Jego ziom­ko­wie ucie­ka­li, aby ra­to­wać własne życie, nikt nie zo­stał, by sta­wić opór, więc i on od­rzu­cił za­baw­kową włócznię i ra­to­wał się wraz z nimi de­spe­racką ucieczką pod górę.

Po chwi­li po­wstało za­mie­sza­nie między goniącymi i go­nio­ny­mi. Chłopiec do­padł mat­ki i ro­dzeństwa nie­mal w tym sa­mym cza­sie, gdy ro­bi­li to Sa­ra­ce­ni. Na­past­ni­cy wy­prze­dzi­li ich, by usa­do­wić się na ścieżce i prze­ciąć im drogę. Ucie­ki­nie­rzy tonęli w bez­mia­rze szlochów i la­mentów. Niektórzy wieśnia­cy zdołali prze­bić się wyżej, ale po­zo­sta­li mu­sie­li się cofnąć przed grożącymi im mężczy­zna­mi, i wte­dy, czy­niąc wiel­ki rwe­tes, przy­by­li pi­ra­ci, którzy ze­szli ze stat­ku.

– Joan! – krzyknęła mat­ka, tuląc płaczące maleństwo do pier­si. – Idź do Ga­brie­la, prędko!

Chłopiec przyglądał się twa­rzy ko­bie­ty, którą tak ko­chał. Wy­raz trwo­gi na jej ob­li­czu utkwił mu głęboko w pamięci. Ru­szył za nią i wszy­scy czwo­ro po­bie­gli ra­zem w dół, zbo­czyw­szy z dro­gi. Ucie­ka­li stro­mym zbo­czem po­kry­tym wiel­ki­mi ka­mie­nia­mi i kol­cza­sty­mi krze­wa­mi. Gdy Mau­ro­wie rzu­ci­li się za nimi w pogoń, Eu­la­lia stra­ciła równo­wagę i z prze­raźli­wym la­men­tem upadła ra­zem z dziec­kiem.

Joan krzy­czał do ro­dzeństwa, żeby się nie za­trzy­my­wało, i prze­ska­ki­wał między ka­mie­nia­mi po śla­dach in­nych ucie­ki­nierów. Usłyszał krzyk Ma­rii obok sie­bie. Ich spoj­rze­nia skrzyżowały się i chłopiec uj­rzał prze­rażenie na jej twa­rzy. Wyciągała do nie­go rękę w błagal­nym geście, usiłując wy­rwać się z uści­sku Sa­ra­ce­na, który przy­trzy­my­wał jej dru­gie ramię.

– Ma­rio! – zawołał, usiłując do niej pod­biec, ale po­czuł, że Ga­briel ciągnie go za drugą rękę. Joan wie­dział równie do­brze jak sio­stra, że nic nie da się zro­bić, i po chwi­li wa­ha­nia po­biegł ra­zem z bra­tem w dół zbo­cza, ucie­kając przed pi­ra­ta­mi.

Gdy spoj­rzał za sie­bie, zo­ba­czył jed­no­okie­go Mau­ra. Mat­ka leżała na zie­mi, walcząc z nim. Pi­rat ciągnął ją za włosy, a ona go kopała. Usiłował ją pod­nieść, ale opie­rała się, nie pusz­czając dziec­ka mimo ciosów. Jej roz­pacz­li­we krzy­ki łamały Jo­ano­wi ser­ce. Za­trzy­mał się. Pragnął jej pomóc, lecz był le­d­wo żywy ze stra­chu: biegła za nią chma­ra pi­ratów i wie­dział, że jest za słaby, by się im prze­ciw­sta­wić. Mu­siał ra­to­wać Ga­brie­la. Prze­pełnio­ny nie­zmie­rzo­nym żalem wzno­wił de­spe­racką ucieczkę wraz z bra­tem.

*

Na­gle uj­rzał prze­paść u swych stóp. Cho­ciaż do­brze znał wzgórze, to pod­czas sza­lo­nej rej­te­ra­dy o mało nie spa­dli z urwi­ska, pod którym mo­rze roz­bi­jało się o skały. W ostat­niej chwi­li przy­trzy­mał Ga­brie­la. Dysząc ciężko, zo­ba­czy­li, jak ka­mie­nie po­to­czyły się, spa­dały i roz­trza­ski­wały o skały. Parę chwil sta­li w uści­sku. Był to nie­bez­piecz­ny te­ren, ale Joan zro­zu­miał, że dzięki temu byli ura­to­wa­ni. Nie­przy­ja­ciel zaj­mie się in­ny­mi, a oni są w miej­scu od­ległym.

– Co z mamą? – za­py­tał Ga­briel, pociągając no­sem, gdy mógł już mówić. – Gdzie tata?

– Nie wiem.

Chłopiec się rozpłakał. Joan nie mógł się po­wstrzy­mać i łzy po ci­chu spłynęły po jego po­licz­kach. Przy­tu­lił znów bra­ta i po­wie­dział:

– Chodźmy stąd, mu­si­my się ukryć.

– Ja chcę do taty i mamy! – za­wo­dził ma­lec. – I do Ma­rii, i do ma­lut­kiej.

– Ja też, Ga­brie­lu, ja też chcę, ale te­raz mu­si­my iść jak naj­da­lej od tych złych lu­dzi. Jak od­jadą, po­szu­ka­my na­szej ro­dzi­ny. Chodź, pójdzie­my w bez­piecz­ne miej­sce.

Mały spoj­rzał mu w oczy i zgo­dził się. Trzy­mając się za ręce, ru­szy­li ku wieży strażni­czej, łapiąc za krze­wy i ko­rze­nie so­sen, ukry­ci do połowy w gąszczu, z mo­rzem i urwi­skiem za ple­ca­mi.

Bi­cie dzwo­nu, te­raz już nie­re­gu­lar­ne, świad­czyło o tym, że wieśnia­cy wciąż się opie­rają. Wspi­na­li się więc da­lej, prze­zwy­ciężając zmęcze­nie i wy­pa­trując Sa­ra­cenów. Joan czuł strasz­li­wy żal z po­wo­du mat­ki i sióstr, a gdy tyl­ko pomyślał o ojcu, ser­ce biło mu moc­niej. Oba­wiał się naj­gor­sze­go, ale sta­rał się, jak mógł, ukryć to przed małym.

– To Joan i Ga­briel, sy­no­wie Ramóna! – usłysze­li, gdy byli już pra­wie na szczy­cie. Roz­po­zna­li dwóch sąsiadów, którzy z nałado­wa­ny­mi ku­sza­mi pełnili straż od stro­ny mo­rza.

– Tędy, tędy – po­ga­nia­li ich. – Prędko.

Nie mie­li już sił, ale zdo­by­li się na ostat­ni wysiłek, żeby do­trzeć na miej­sce. Mężczyźni ufor­ty­fi­ko­wa­li się pośród skał wokół wieży, choć byli go­to­wi bro­nić się też w niej, gdy­by zaszła po­trze­ba. Braćmi na­tych­miast zajęli się bro­da­ty pu­stel­nik i wieśniacz­ki. Joan nie zda­wał so­bie spra­wy z tego, jak bar­dzo był spra­gnio­ny, póki nie napił się wody.

3

Joan za­uważył, że na szczy­cie, w wieży, bra­ko­wało wie­lu miesz­kańców wio­ski. Było tam więcej ko­biet niż mężczyzn. Ci dru­dzy w napięciu wy­pa­try­wa­li Sa­ra­cenów, z go­to­wy­mi do strzału łuka­mi i strzałami. Ko­bie­ty na­to­miast opie­ko­wały się ran­ny­mi i dziećmi. Naj­mniej­sze płakały, kil­ko­ro pytało o ro­dziców. Ga­briel przyłączył się do la­men­tu. Star­sze dzie­ci też miały łzy w oczach.

Ze szczy­tu widać było kawałek plaży Lla­franc, a na niej ga­lerę. Z nie­zli­czo­ny­mi wiosłami przy­po­mi­nała strasz­liwą sto­nogę, która szy­ko­wała się pożreć dom­ki leżące nie­opo­dal od miej­sca, gdzie sta­tek wbił w piach kil.

Joan nie mógł spo­koj­nie usie­dzieć, tra­wiła go cie­ka­wość: mu­siał wie­dzieć, co się stało, gdzie była jego ro­dzi­na. Kie­dy To­mas i Da­niel po­sta­no­wi­li zejść do wio­ski, aby zo­ba­czyć, czy da się komuś pomóc, za­pragnął im to­wa­rzy­szyć.

– A ty dokąd? – sprze­ci­wiła się Cla­ra, żona Da­nie­la, chwy­tając go za ramię. – Je­steś jesz­cze szcze­nia­kiem! Za­biją cię!

Joan po­wie­dział, by go puściła, że chce od­na­leźć swo­ich.

– Jak będą mo­gli, przyjdą tu sami – od­po­wie­działa. – Ty nic nie możesz zro­bić.

– Puść go, ko­bie­to – wtrącił To­mas. – Niech pójdzie z nami. Utra­cił już nie­win­ność. Od dziś musi być mężczyzną.

Joan wyjaśnił Ga­brie­lo­wi, że musi zo­stać z Clarą, a on wy­ru­szy na po­szu­ki­wa­nie mamy i resz­ty.

Mimo słów To­ma­sa chłopiec za­uważył, że star­si prze­wyższa­li go co naj­mniej o dwa łokcie, więc pomyślał, że do mężczy­zny jesz­cze mu trochę bra­ku­je. Po­szedł jed­nak z dwo­ma uzbro­jo­ny­mi w ku­sze, za­cho­wującymi ostrożność. Każdy z nich stra­cił kogoś z ro­dzi­ny i na ich twa­rzach ma­lo­wał się smu­tek.

Do­szli do miej­sca, z którego dro­ga scho­dziła do wio­ski, i stamtąd próbo­wa­li doj­rzeć przez drze­wa, co dzie­je się niżej.

– Długo chy­ba nie za­ba­wią – rzekł To­mas.

– Zo­ba­czy­my ich z miej­sca na dole! – zawołał Joan.

– Nie drzyj się! – warknął Da­niel. – W porządku, chodźmy tam, ale po­wo­li.

Joan scho­dził ścieżką, a dwaj mężczyźni bo­ka­mi, by uniknąć za­sa­dzek. Kie­dy w końcu uj­rze­li wioskę, zo­ba­czy­li, że pi­ratów było wie­lu. To­mas po­wie­dział, że jest ich po­nad stu. Wyglądali jak mrówki: wcho­dzi­li do domów, wy­cho­dzi­li, zrzu­ca­li rze­czy na kupę i prze­miesz­cza­li się po plaży, taszcząc na ga­lerę to, co gra­bi­li. Mo­rze było spo­koj­ne, błękit­ne. Joan za­uważył grupę nie­ru­cho­mych lu­dzi na pia­sku.

– Pa­trz­cie! – krzyknął. – Mają ich tam, na plaży, to jeńcy!

– Nie krzycz! – upo­mniał go Da­niel.

– Nie widzę ich dokład­nie – rzekł To­mas.

– A ja tak! To oni, to oni! – upie­rał się Joan.

Byli na tej sa­mej dro­dze, na której wpa­dli w za­sadzkę, wy­star­czyło tyl­ko pójść nią da­lej i do­szli­by do miej­sca, gdzie padł jego oj­ciec. Joan ze­rwał się do bie­gu.

– Dokąd idziesz? – syknął Da­niel.

– Chcę zo­ba­czyć ojca!

– Przeklęty szcze­niak!

– Idę z nim! – rzu­cił To­mas.

– Przez was nas też po­za­bi­jają! – la­men­to­wał Da­niel.

Na te słowa chłopca prze­szył dreszcz. Pędząc i dysząc, zaczął się mo­dlić: „Mój Boże, niech nie będzie mar­twy! Pa­nie, nie­chaj będzie mógł ozdro­wieć!”.

Doj­rzaw­szy leżące na zie­mi ciała, Joan nie mógł złapać tchu, nie tyle ze zmęcze­nia, ile z żalu, który gniótł go w pier­si. Od­na­lazł ojca w tym sa­mym miej­scu, w którym po­wa­lił go strasz­li­wy grzmot. Leżał z otwar­ty­mi usta­mi na kol­cza­stych gałęziach so­sny, cały we krwi. Oczy miał za­mknięte, a rękami za­ty­kał ogromną ranę między dolną częścią żeber a brzu­chem. Na nic się nie zdała kol­czu­ga, choć Joan sądził, że jest za­cza­ro­wa­na, a Ramón dbał o nią z taką czcią.

– Tato! – szepnął.

Nie było od­po­wie­dzi. Chłopiec po­chy­lił się, by do­tknąć jego po­licz­ka. Oczy ojca otwo­rzyły się z wysiłkiem i spoj­rzał na nie­go.

– Joan – wy­szep­tał słabo. – Joan.

– Żyjesz! – zawołał chłopiec. Odwrócił się do to­wa­rzy­szy, którzy właśnie się zbliżali. – Mój oj­ciec żyje! – krzyknął.

Ujął jego rękę. Była bar­dzo zim­na.

Pod­biegł To­mas. Jego za­czer­wie­nio­ne oczy na wi­dok przy­ja­cie­la napełniły się łzami. Ożywie­nie Jo­ana z każdą chwilą mijało. Stan jego ojca mu­siał być bar­dzo ciężki.

– Trze­ba go ule­czyć! – zawołał.

Nikt nie od­po­wia­dał.

– Wody – po­pro­sił Ramón. – Daj­cie mi wody.

– Wody! – za­krzyknął chłopiec.

Jed­nym szyb­kim ru­chem złapał bukłak, który niósł Da­niel. Wlał ojcu trochę wody do gardła, ale ten zaczął się krztu­sić. Ramón wes­tchnął i za­mknął oczy.

– Tato, tato. Wy­zdro­wie­jesz.

– Gdzie są mama i dzie­ci?

– Na górze, bez­piecz­ne, w wieży – skłamał To­mas, nie dając chłopcu od­po­wie­dzieć.

Joan pamiętał ojca sil­ne­go i pełnego ener­gii. Za­wsze wy­da­wał mu się nie­znisz­czal­ny. Żal dławił go, gdy usiłował ogarnąć myślą to, co było nie do pojęcia.

Sa­ra­ce­ni za­bra­li ku­sze, ale zo­sta­wi­li włócznię ojca, która chłopcu wy­da­wała się tak potężna.

– Jo­anie – wy­szep­tał Ramón, wykręcając głowę, by móc spoj­rzeć sy­no­wi w oczy.

– Tak, tato?

– Je­steś bar­dzo odważnym chłopcem, je­stem z cie­bie dum­ny. – Wes­tchnął głęboko. – Po­wiedz mat­ce i ro­dzeństwu, że bar­dzo was ko­cham.

Za­kasz­lał. Z ust po­ciekła mu krew.

– Nie umie­raj! Za­bie­rze­my cię do wieży.

Dysząc ciężko, Ramón pa­trzył w nie­bo.

– Mewy – po­wie­dział, szu­kając ich wzro­kiem. – One są wol­ne od uro­dze­nia, ale my mu­si­my wal­czyć.

Ramón od­dy­chał z tru­dem. Joan załkał.

– Obie­caj mi, że będziesz wol­nym człowie­kiem.

– Obie­cuję. Ale nie umie­raj, tato. Nie umie­raj, proszę.

– Za­opie­kuj się nimi – wy­szep­tał mężczy­zna.

– Tak, tato.

Oj­ciec za­mknął oczy z łagod­nym uśmie­chem i za­milkł. Joan ze smut­kiem gładził jego zimną dłoń.

– Wiem, że so­bie po­ra­dzisz – z wiel­kim wysiłkiem dodał Ramón.

Na­brał znów po­wie­trza i moc­no je wypuścił. Jak­by za­my­kał za sobą drzwi, upusz­czał ciężar, którego nie mógł unieść. Nie spoj­rzał już na chłopca. Joan do­pie­ro po chwi­li zro­zu­miał, że umarł. Przytłoczył go po­twor­ny smu­tek.

4

Klęczał tak na­prze­ciw­ko ojca, kołysząc w ra­mio­nach jego włócznię. Nie mógł uwie­rzyć, że zmarł. Chciał się po­mo­dlić, ale przy­po­mniał so­bie roz­mowę pro­wa­dzoną ty­dzień wcześniej w tym sa­mym miej­scu, gdzie tego ran­ka oj­ciec po­ka­zy­wał mu chmu­ry.

– Spójrz na so­sny i na skały – rzekł wte­dy Ramón.

Mo­rze bu­rzyło się nie­spo­koj­ne, nie­bie­ska woda roz­bry­zgi­wała się o skały, tworząc białą pianę. So­sny rosły to tu, to tam pomiędzy głaza­mi, niektóre wyłaniały się z nie­sa­mo­wi­tych szcze­lin, otwie­rając so­bie drogę z nie­wia­ry­godną siłą, nie­kie­dy wisząc dzi­wacz­nie nad mo­rzem.

– Widzę je, tato.

– Spójrz, synu. So­sna jest sil­na, ale nie może się ru­szać. Nie jest wol­na. Skały są jesz­cze potężniej­sze, ale nie żyją, a w tym, co mar­twe, nie ma wol­ności.

Joan słuchał go uważnie. Z tonu ojca wnio­sko­wał, że to, co mówił, było ważne.

– A te­raz spójrz na mewy.

Uj­rzał, jak się wznoszą, szy­bują nie­ru­cho­mo w po­wie­trzu, a po chwi­li opa­dają, by na­tych­miast znów się wzbić. Od­da­lały się, po­wra­cały, wzno­siły się i opa­dały, pląsając w ra­do­snym i ta­jem­ni­czym tańcu.

– Tak, widzę je.

– Są wol­ne. Lecą, dokąd chcą. Nie są ani twar­de jak skała, ani moc­ne jak so­sna, ale fru­wają i nikt nie może ich za­trzy­mać ani oswoić.

Ramón umilkł w zamyśle­niu. Joan pa­trzył nań ucze­pio­ny jego słów. Po chwi­li, wska­zując na ho­ry­zont po­kry­ty wzgórza­mi na za­cho­dzie, oj­ciec kon­ty­nu­ował:

– Tam miesz­kają lu­dzie, być może na­wet tak sil­ni jak te so­sny, ale nie mogą iść, dokąd chcą. Są jak te drze­wa przy­twier­dzo­ne ko­rze­nia­mi do zie­mi.

Chłopiec za­pragnął wy­obra­zić so­bie to dzi­wacz­ne ple­mię. Spoj­rzał na rosnące wokół wiel­kie drze­wa i przy­po­mniaw­szy so­bie zasłysza­ne w izbie przy ogniu baśnie, za­py­tał:

– Czy to ol­brzy­my, którym spętano nogi?

Ramón zaśmiał się ser­decz­nie.

– Nie, Jo­anie, to nie ol­brzy­my. To lu­dzie tacy jak my.

– Jak my?

– Z wyglądu tacy jak my, ale całkiem inni.

– A czym się od nas różnią?

– To chłopi pańszczyźnia­ni.

– A co to zna­czy „pańszczyźnia­ni”?

– To zna­czy, że pod­le­gają panu, dla którego pra­cują. Należą do właści­cie­la tak samo jak zie­mia. Nie mogą odejść, są przy­wiązani do zie­mi.

– I nie ucie­kają?

– Nie­wie­lu próbuje, gdyż kara, jaka ich za to cze­ka, jest bar­dzo su­ro­wa.

– I się boją – wy­wnio­sko­wał chłopak.

– Tak, Jo­anie, zro­zu­miałeś to. To strach po­wo­du­je, że za­pusz­czają ko­rze­nie, które są ich łańcu­cha­mi. Nie pozwól nig­dy, by strach uczy­nił cię nie­wol­ni­kiem.

Joan skinął głową. Do­brze znał hi­sto­rię swe­go przod­ka, który uciekł od pod­daństwa, zaciągając się do al­mo­ga­warów, od­działów na­jem­nych, które po­nad wiek wcześniej zdo­były chwałę i bo­gac­two w Gre­cji. Ów pra­pra­dziad powrócił z kiesą dość wy­pchaną, by kupić łódź i stać się wol­nym w Lla­franc. Ulu­bioną bro­nią al­mo­ga­warów była włócznia rzut­na, krótka i ciężka, która miała taki sam drze­wiec jak har­pun. Dla ro­dzi­ny Ser­ra ta broń była sym­bo­lem wol­ności.

Chłopiec stał za­du­ma­ny, spoglądając na wol­ne i ra­do­sne mewy la­tające nad mo­rzem. Słychać było ich krzyk, szum fal i sze­lest bry­zy pieszczącej drze­wa.

– Posłuchaj mnie uważnie, Jo­anie – po­wie­dział Ramón po chwi­li. – My je­steśmy jak te mewy. Trze­ba nam tyl­ko skał i kawałka zie­mi, by uwić na niej na­sze gniaz­da. Je­steśmy isto­ta­mi sze­ro­kie­go mo­rza i zmien­nych wiatrów. Je­steśmy wol­ni jak one.

Chłopiec przyj­rzał się hałaśli­wym białym pta­kom i znów za­chwy­cił się ich lo­tem.

– Stają się wol­ne, odkąd tyl­ko na­uczą się latać – ciągnął oj­ciec. – A człowiek nie. Czy uro­dzisz się wol­ny, czy pod­da­ny, nikt nie da­ru­je ci wol­ności: mu­sisz zdo­by­wać ją każdego dnia od­wagą i siłą rąk. Mężczy­zna od­po­wie­dzial­ny jest za wol­ność swoją i swo­jej ro­dzi­ny. Za­pa­miętaj to so­bie, synu.

Joan ode­tchnął głęboko, jak­by wchłaniał słowa ojca. Uznał, że go zro­zu­miał, i po­wie­dział z de­ter­mi­nacją:

– Chcę na­uczyć się rzu­cać włócznią jak ty.

– Z pew­nością ci się uda – z uśmie­chem od­parł Ramón. – Pew­nie na­wet le­piej niż mnie.

Wte­dy wątpił, że kie­dyś mu się to uda. Te­raz trzy­mał włócznię ojca w swo­ich rękach. A oj­ciec był mar­twy.

„Obie­caj mi, że będziesz wol­nym człowie­kiem” i „Za­opie­kuj się nimi” to ostat­nie słowa Ramóna. Chłopiec ugiął się nad włócznią, aż do­tknął zie­mi czołem. Ból, który roz­dzie­rał ser­ce, pro­mie­nio­wał na całe ciało. Joan nie czuł się na siłach do­trzy­mać obiet­ni­cy.

– On nas już nie po­trze­bu­je – ode­zwał się To­mas, pod­nosząc chłopca, by go przy­tu­lić. – Mu­si­my zająć się żywy­mi. Bar­dzo mi przy­kro, Jo­anie, ale nie możemy tra­cić cza­su.

Chłopak był oszołomio­ny, osłupiały. Miał oczy pełne łez. Nie był w sta­nie przyjąć do wia­do­mości śmier­ci ojca, ale za­re­ago­wał, myśląc o mat­ce i sio­strach. Dru­gi zna­le­zio­ny człowiek miał strzałę wbitą w ramię i uda­wał nieżywe­go. Sa­ra­ce­ni zajęci własny­mi ran­ny­mi i łapa­niem jeńców nie za­da­li so­bie tru­du, żeby wszyst­kich po­do­bi­jać. Trze­ci był tru­pem. Więcej ciał w tym miej­scu nie zna­leźli. Za­pew­ne zdro­wi lub ran­ni po­ucie­ka­li albo zo­sta­li schwy­ta­ni.

Pod­czas gdy Joan klęczał przy ojcu, usiłując się mo­dlić, To­mas i Da­niel zajęli się ran­nym, wyciągając mu strzałę i opa­trując jak naj­sta­ran­niej ranę. Obie­ca­li, że po nie­go wrócą, zo­sta­wi­li mu wodę i po­szli ostrożnie w dół aż do miej­sca, z którego roz­ciągał się wi­dok na całą plażę.

– Czy nie wy­da­je ci się dziw­ne, że ich nie do­bi­li? – zwrócił się To­mas do Da­nie­la.

– Tak, to dość nie­zwykłe. Tym bar­dziej że Ramón ciął włócznią Mau­ra.

Sa­ra­ce­ni zgro­ma­dzi­li jeńców na plaży. Było tam dwa­naście ko­biet w różnym wie­ku i dwóch chłopców nie­co star­szych od Jo­ana. Trzy­ma­no ich związa­nych pod strażą kil­ku pi­ratów. Inni łado­wa­li na łodzie toboły, zwierzęta i wszyst­ko, co zra­bo­wa­li z domów.

– Kogo roz­po­zna­jesz? – za­py­tał To­mas.

Trud­no im było rozróżnić twa­rze, ale Joan miał młode oczy. Tam na pia­sku do­strzegł swoją matkę. Próbowała na­kar­mić pier­sią płaczącą Isa­bel. Chłopiec wzdrygnął się, uj­rzaw­szy powróz, którym miała ściśniętą szyję. Obok niej sie­działa zapłaka­na Ma­ria. Roz­po­znał też Eli­sendę i Martę, córkę i żonę To­ma­sa. Z trwogą ob­ser­wo­wały ota­czających je mężczyzn. Do­strzegł także siostrę Da­nie­la. Joan wy­mie­nił wszyst­kich jeńców.

– Mój Boże! – zawołał To­mas wstrząśnięty, słysząc, że jego żona i córka zo­stały poj­ma­ne. Miał na­dzieję, że gdzieś się ukryły.

– Mu­si­my coś zro­bić! – po­wie­dział Joan. – Trze­ba je uwol­nić!

– Cze­kają na przypływ, aby wy­ru­szyć na pełne mo­rze – domyślał się Da­niel. – Mało bra­ku­je, a w ten sposób oszczędzą so­bie tru­du. Nie na­padną na wieżę. Mają już łup. Po­dzielą się tak, by strzec tego, co udało im się zra­bo­wać przed ata­kiem z lądu.

– Ale trze­ba je ra­to­wać! – upie­rał się Joan.

– Nie możemy nic zro­bić. Ani my, ani resz­ta na górze – rzekł Da­niel. – Za­bi­li­by nas w mgnie­niu oka.

– Na­sza je­dy­na szan­sa to po­moc z Pa­la­fru­gell – dodał To­mas.

Da­niel wsparł głowę na ra­mio­nach. Chy­ba w to nie wie­rzył.

– Chodźmy po nich! – zawołał Joan.

– To mniej niż trzy mile – za­uważył Da­niel. – Gdy­by chcie­li, już by tu byli. Od dłuższe­go cza­su nasz dzwon bije na ra­tu­nek. Mu­sie­li usłyszeć, bo dzwo­ny w wio­sce Pa­la­fru­gell też biją na alarm. Pew­nie nie chcą ry­zy­ko­wać. Oba­wiają się za­sadz­ki.

– Chłopak ma rację – po­wie­dział To­mas. – Jeśli wyj­dzie­my im na spo­tka­nie i wyjaśnimy sy­tu­ację, po­czują się bez­piecz­niej.

– Nie po­mogą nam – od­parł Da­niel.

– Muszą! – wy­krzyknął To­mas zażar­cie. – Prze­or Świętej Anny jest na­szym pa­nem, ściąga od nas po­dat­ki i jego obo­wiązkiem jest nas chro­nić.

– Chodźmy po nich! – na­le­gał Joan.

– Wy idźcie. Ja zo­stanę na straży – rzekł Da­niel.

5

Gdy zbie­ga­li w stronę Pa­la­fru­gell, Joan mo­dlił się żar­li­wie o to, by miesz­kańcy wio­ski stanęli w obro­nie jego ro­dzi­ny. Wkrótce na­po­tka­li dwóch jeźdźców. Była to straż przed­nia od­działu ochot­ników, którzy ufor­mo­wa­li się na we­zwa­nie do bro­ni. Chłopiec za­znał po­cie­chy. Po­wie­dzie­li im, co się stało, gdzie są pi­ra­ci i że trze­ba szyb­ko działać.

– Mu­si­my po­in­for­mo­wać zarządcę, on za­de­cy­du­je – oświad­czył ten, który zda­wał się do­wo­dzić, i wsa­dził Jo­ana na zad swe­go ko­nia. To­mas po­szedł za nimi pie­szo.

Pra­wie na­tych­miast wpa­dli na od­dział, który cze­kał na nich milę da­lej. Zarządca Pa­la­fru­gell był brzu­cha­tym du­chow­nym o imie­niu Dio­nis. Spra­wo­wał pieczę nad całym ob­sza­rem w imie­niu kon­wen­tu Świętej Anny z Bar­ce­lo­ny. Joan spo­strzegł, że jest ubra­ny do wal­ki. Na pół łysej, pół wy­go­lo­nej głowie miał hełm, na kor­pu­sie zbroję, która nie za­kry­wała brzu­cha, a u pasa miecz. To­wa­rzy­szyło mu kil­ku kon­nych, ale większość sta­no­wi­li ochot­ni­cy z ludu uzbro­je­ni w dzi­dy, ku­sze, łuki i mie­cze.

– Poj­ma­li wie­le ko­biet i dzie­ci! – wy­krzyknął Joan pod­nie­co­ny. – Trze­ba je na­tych­miast ra­to­wać, za­raz je wy­wiozą!

Zarządca kazał mu się uspo­koić i wszyst­ko opo­wie­dzieć. Joan zro­bił to szyb­ko i po­pro­sił o pośpiech.

– To ar­ke­buz – po­wie­dział brat Dio­nis. – Do two­je­go ojca strze­la­no z ar­ke­buza. Jak ar­ma­ta, tyl­ko mniej­szy.

– Nig­dy nie wi­dzie­liśmy nic po­dob­ne­go – rzekł To­mas. – Prze­stra­szył nas.

Du­chow­ny wy­py­ty­wał ich o tysiące szczegółów, zda­niem chłopa­ka nie­mających naj­mniej­sze­go zna­cze­nia, jak wygląd ga­le­ry oraz strój i uzbro­je­nie Sa­ra­cenów.

– Błagam, za­raz je wy­wiozą! – pro­sił Joan zmęczo­ny.

– Od­po­wia­dam za tych lu­dzi. Po­je­dzie­my ostrożnie. Nie chcę wpaść w za­sadzkę i mieć więcej trupów.

W końcu brat Dio­nis wydał in­struk­cje i od­dział ru­szył bez pośpie­chu. On sam je­chał na ko­niu, pro­wadząc tu­zin jeźdźców z drob­nej szlach­ty i bo­ga­te­go miesz­czaństwa. Po­zo­sta­li, pro­sty lud i chłopstwo, szli pie­chotą. Joan umie­rał z nie­cier­pli­wości i bez prze­rwy się mo­dlił. Po pew­nym cza­sie za­kon­nik na­ka­zał się za­trzy­mać i cze­kać na wia­do­mości od zwia­dowców.

– Uciekną z na­szy­mi ro­dzi­na­mi! – na­padł na nie­go To­mas.

– Ty nie znasz się na wo­jo­wa­niu – od­parł kle­cha. – Milcz!

To­mas pod­szedł do zarządcy nie­bez­piecz­nie bli­sko i Joan myślał już, że go ude­rzy, ale dwóch żołnie­rzy się wtrąciło, odciągając mężczyznę do tyłu.

– Tchórzu! – wrzasnął To­mas. – Nie za­trzy­mu­jesz się, żeby na kogoś cze­kać, ale żeby po­brać po­dat­ki, praw­da?

Żołnie­rze ode­pchnęli go zno­wu i grożąc, ka­za­li za­milknąć. To­mas spoj­rzał na Jo­ana nie­bie­ski­mi zapłaka­ny­mi ocza­mi i za­ci­skając pięści, z wściekłością rzekł:

– Chodźmy, ty i ja.

I po­biegł, a Joan za nim. Dzwon z wieży Świętego Se­ba­stia­na zabił znów nagląco, na alarm, wzy­wając po­mo­cy. Chłopak wziął to za zły omen. Gdy zdy­sza­ni do­bie­gli tam, gdzie zo­sta­wi­li Da­nie­la, uj­rze­li więźniów wsia­dających na łodzie, które pi­ra­ci wy­py­cha­li na mo­rze, by po­tem uwiązać sznu­ra­mi do ga­le­ry.

W pew­nej chwi­li Eu­la­lia, która nie chciała od­sta­wić córecz­ki od pier­si, po­pchnęła jed­ne­go z Maurów, a Ma­ria, Eli­sen­da i kil­ka in­nych dziew­czyn wy­ko­rzy­stały okazję, aby się uwol­nić z po­wrozów i ucie­kać.

– Mu­si­my coś zro­bić – po­wie­dział Joan zroz­pa­czo­ny.

– Chodźmy, Da­nie­lu! – krzyknął To­mas.

– Nic nie możemy zro­bić.

– Za­bie­rają mi żonę i córkę!

– A także moją siostrę, ale nie chcę, żeby mnie za­bi­li. Je­stem po­trzeb­ny resz­cie ro­dzi­ny.

To­mas nic nie po­wie­dział. Wy­szedł z kryjówki i wziął kuszę. Ru­szył w stronę plaży.

– To­ma­sie, nie idź!

Gdy Da­niel próbował go po­wstrzy­mać, To­mas uwol­nił się jed­nym ude­rze­niem ręki i bie­giem puścił się w stronę pi­ratów. Joan chciał po­biec za nim, ale Da­niel chwy­cił go i mimo jego sprze­ciwów po­ra­dził so­bie z dziec­kiem.

Chłopiec wi­dział, jak dwóch pi­ratów z wściekłością bije jego matkę, pod­czas gdy trze­ci ciągnął ją, za­ci­skając powróz. Mu­siała upuścić Isa­bel. Ciągnąc za sznur, zmu­si­li ją do wejścia do mo­rza i wspięcia się na dra­binę. Joan krzyknął zroz­pa­czo­ny, chcąc pójść za To­ma­sem, bez­sil­ny wo­bec zde­cy­do­wa­nia Da­nie­la. Na własnym cie­le czuł cio­sy za­da­wa­ne mat­ce; jakaś niewi­dzialna pięść wgnia­tała mu się w ser­ce.

Sa­ra­ce­ni poj­ma­li ucie­kające dziew­czy­ny, z radością i śmie­chem założyli im po­now­nie po­wro­zy na szy­je i ciągnąc za nie, po­wle­kli na sta­tek. Bry­za znów przy­niosła sil­ny odór zgni­li­zny, wy­da­lin i ludz­kiej nie­do­li bijący od ga­le­ry i Jo­ano­wi prze­wra­cał się żołądek. Chłopiec pomyślał, że taki właśnie musi być za­pach piekła.

– Patrz, tam są ochot­ni­cy. – Da­niel wska­zał pal­cem. – Wi­dzie­li, jak dziew­czy­ny próbowały ucie­kać, ale nic nie zro­bi­li.

Od­dział stał z dru­giej stro­ny wio­ski i ob­ser­wo­wał.

– Na co oni cze­kają? Mój Boże, niech je ra­tują! – wy­mam­ro­tał chłopiec.

Wte­dy na dzio­bie stat­ku po­ja­wiła się chmu­ra dymu i za­grzmiało. Ko­lum­na pyłu i gru­zu wzniosła się tuż obok od­działu mi­li­cji do­wo­dzo­ne­go przez za­kon­ni­ka. Mężczyźni roz­bie­gli się w popłochu. I to wszyst­ko. Ochot­ni­cy z da­le­ka przyglądali się, jak pi­ra­ci za­bie­ra­li miesz­kańców wio­ski, jak wni­wecz ob­ra­ca­li ich życie. Nie kiwnąwszy pal­cem.

Gdy To­mas zdy­sza­ny wpadł na plażę, Sa­ra­ce­ni łado­wa­li ostat­nich jeńców. Jo­ano­wi wydało się, że słyszy krzyk ze stat­ku. Chy­ba krzy­czała Mar­ta, jego żona.

– Odejdź, To­ma­sie.

On jed­nak nie odpuścił i ciężkim truch­tem po­biegł po pia­sku w stronę stat­ku, z załado­waną bro­nią, na­wet nie ce­lując. Był już na od­ległość strzału z ku­szy od ga­le­ry, gdy huknął znów grom i pia­sek wzbił się u jego stóp. To­mas się za­trzy­mał. Joan pomyślał, że zra­ni­li go tak jak jego ojca. Mężczy­zna znie­ru­cho­miał jak ka­mien­ny posąg, a muzułma­nie więcej nie strze­la­li. Wszy­scy jeńcy byli już na pokładzie, a ostat­ni Sa­ra­ce­ni na plaży spy­cha­li Mewę do mo­rza. Za­bie­ra­li ją.

To­mas wresz­cie otrząsnął się i po­wo­li, chwiej­nym kro­kiem jak lu­na­tyk ru­szył w stronę stat­ku, upusz­czając kuszę na zie­mię. Sa­ra­ce­ni pod­no­si­li ko­twicę.

– Mar­ta! Eli­sen­da! – wy­krzyknął prze­raźli­wie.

Ktoś od­po­wie­dział, ale głos zginął we wrza­wie roz­kazów, ude­rzeń i trzasków. Przypływ uno­sił sta­tek. Roz­legł się dźwięk rogu i po chwi­li sto pięćdzie­siąt wio­seł uniosło się, by za­nu­rzyć się w wo­dzie. Wszyst­kie na­raz, ze złowiesz­czym plu­skiem. Oka­zała ga­le­ra wyszła w mo­rze.

– Mar­ta! Eli­sen­da! – wył To­mas jak sza­lo­ny.

Joan wi­dział, jak bie­gnie w stronę ga­le­ry, skacząc przez fale. Gdy był już na głębo­kiej wo­dzie, z de­spe­racją rzu­cił się do pływa­nia. Człowiek w porówna­niu ze stat­kiem był czymś maleńkim i nic nie­znaczącym.

Ga­le­ra wykręciła po wypłynięciu z za­tocz­ki i wy­pro­sto­wała dziób. Mo­rze było zbyt piękne i błękit­ne w ob­li­czu ta­kiej tra­ge­dii. Joan po­czuł się tak, jak­by Sa­ra­ce­ni za­bie­ra­li z wio­ski życie. Wy­rwa­li jej ser­ce i nig­dy już się nie od­ro­dzi, nig­dy nie będzie taka sama. Nikt nig­dy już nie będzie taki sam.

Za­bra­li też za­pa­sy na zimę i Mewę, prze­piękną łódź ojca Jo­ana. Zo­sta­wi­li za sobą płacz, roz­pacz i głód.

Da­niel puścił Jo­ana. Bez­sil­ny, roz­dar­ty, ze łzami ście­kającymi po po­licz­kach pa­trzył, jak sta­tek się od­da­la, aż całkiem zniknął. Na pia­sku zo­sta­wi­li po­rzu­coną ma­lutką Isa­bel, za­krwa­wioną, próbującą racz­ko­wać. Krzy­czała wnie­bogłosy, a jej płacz roz­dzie­rał martwą ciszę wio­ski.

Joan pod­biegł do niej chwiej­nym kro­kiem, wziął na ręce i padł na pia­sek. Kołysał dziec­ko, patrząc w nie­bo, na którym nie było już chmur, tyl­ko nie­ska­la­ny błękit, i za­le­wał się łzami.

Był wy­cieńczo­ny i pękało mu ser­ce. Nig­dy nie wy­obrażał so­bie na­wet, że można tak cier­pieć. Jego oj­ciec, jego mat­ka, jego sio­stra. Wi­dział ich twa­rze, a żal mącił mu kłębiące się myśli. Ale wkrótce pa­nicz­ny lęk prze­zwy­ciężył roz­pacz: Joan za­sta­na­wiał się, co po­wie­dzieć małemu Ga­brie­lo­wi, gdy za­py­ta o ro­dziców.

6

Ci, którzy przeżyli, wraz z przy­ja­ciółmi i krew­ny­mi przy­byłymi z Pa­la­fru­gell czu­wa­li przy ciałach zmarłych w ich do­mach. Modły prze­pla­tały się z płaczem i la­men­ta­mi. Lu­dzie nie mo­gli pojąć przy­czy­ny ta­kie­go nieszczęścia. Jo­ano­wi ser­ce ści­skało się z żalu po stra­cie ojca, ale wkrótce pojął, że ból z po­wo­du upro­wa­dze­nia naj­bliższych był jesz­cze większy.

– On już nie cier­pi – mam­ro­tała sąsiad­ka, której nie wzięli, bo była za sta­ra.

Młode i spraw­ne ucho Jo­ana wy­chwy­ty­wało szme­ry we wszyst­kich kątach jego domu, składającego się tyl­ko z jed­nej izby bez wewnętrznych ścian, pośrod­ku której stało łoże z ciałem ojca.

– Bie­dacz­ki, które za­bra­li, te to się na­cier­pią – mówiła da­lej ko­bie­ta.

Joan nie chciał myśleć o tym, czym była ich męczar­nia, ale twa­rze sio­stry, mat­ki i Eli­sen­dy, córki To­ma­sa, a jego to­wa­rzysz­ki za­baw, po­ja­wiały mu się raz po raz w umyśle. Bał się o nich za­po­mnieć, wy­da­wało mu się, że wte­dy one też umrą. Więc wy­obrażał so­bie ich cier­pie­nie, jak mówiła sta­rusz­ka, i wi­dział pełne bólu ob­li­cza.

– Za­bra­li naj­piękniej­sze ko­bie­ty z wio­ski – mru­czał mężczy­zna o ogo­rzałej, po­kry­tej zmarszcz­ka­mi twa­rzy do swo­je­go to­wa­rzy­sza, który po­twier­dził ski­nie­niem głowy.

Joan chciał spędzić całą noc na czu­wa­niu przy nie­ru­cho­mym cie­le ojca, żegnając się z nim, ale męczący dzień i mo­no­to­nia modłów wy­czer­pały go i zasnął na ko­la­nach opar­ty o ścianę. W końcu To­mas wziął go na ręce i położył do łoża, obok bra­ta.

Obu­dziło go posępne bi­cie dzwo­nu z wieży Świętego Se­ba­stia­na. Usłyszał głosy w izbie. Leżał z zaciśniętymi po­wie­ka­mi, chciał da­lej śnić sen, w którym oj­ciec wciąż żył, a mat­ka szy­ko­wała śnia­da­nie. Wspo­mnie­nia pi­rac­kiej napaści były tyl­ko sen­nym kosz­ma­rem, a za chwilę miał obu­dzić się w świe­cie, w którym cała ro­dzi­na będzie zno­wu ra­zem. Jak za­wsze, jak każdego z przeżytych dotąd dni. Ale tak się nie stało.

– Jo­anie, Ga­brie­lu! – To­mas bu­dził ich de­li­kat­nie. – Wsta­waj­cie, chłopcy.

Okna były otwar­te i wpa­dała już ja­sność dnia. Dwie ko­bie­ty mru­czały wciąż mo­dli­twy, siedząc na ławie pod ko­min­kiem. Świe­ca na sto­le była wy­pa­lo­na.

– Pożegnaj­cie się z oj­cem, będą ob­le­kać go w całun.

Po tych słowach Joan po­czuł się tak, jak­by ktoś ude­rzył go w pierś. Wi­dział, że szy­kują przeście­radła, i zro­zu­miał, że już nie zo­ba­czy ojca. Pod­niósł się, żeby spoj­rzeć nań z nie­utu­lo­nym żalem. Rysy twa­rzy układały się tak samo, miał spo­kojną minę.

Przeście­radło przy­kry­wało ciało od pier­si aż do stóp i gdy­by nie to, że łoże wy­sta­wio­ne było na środ­ku izby, można by pomyśleć, że oj­ciec śpi. Joan pocałował go w po­li­czek, a gdy po­czuł chłód, prze­szył go dreszcz. Po­ma­cał sil­ne ramię, które rzu­cało har­pun i włócznię. Po­zba­wio­na ciepła sztyw­ność spra­wiła, że ogarnął myślą to, co było nie do pojęcia. Ta isto­ta, według jego dzie­cięcych wy­obrażeń nie­znisz­czal­na, ów mężczy­zna, który ko­chał go i chro­nił, zo­stał po­ko­na­ny i za­raz znik­nie na za­wsze.

Ga­briel nie chciał do­tknąć ojca.

– Tato – za­szlo­chał.

Joan wi­dział, jak bar­dzo jest mu ciężko, wie­dział, że po­wi­nien go po­cie­szyć, ale uznał, że nie po­tra­fi, nie jest tak sil­ny jak jego oj­ciec. W bólu połączył się z Ga­brie­lem. Objął go, aby mógł płakać na jego pier­si, i obaj za­nieśli się nie­utu­lo­nym szlo­chem. Mając przed sobą ostat­ni wi­dok ojca, nim przeście­radła przy­kryją go na za­wsze, Joan wrócił wspo­mnie­niem do przeszłych zda­rzeń.

Była wio­sna i wie­lo­ry­by płynęły mo­rzem wzdłuż za­to­ki na północ, ale miesz­kańcy Lla­franc nie po­lo­wa­li na nie. Były za wiel­kie i zbyt sil­ne. Jed­nakże Ramón za­pro­po­no­wał załodze, żeby spróbować, bo na no­wej łodzi mogło im się udać. Większość się zgo­dziła. Joan wy­ru­szył z nimi.

Byli na pełnym mo­rzu cały dzień i już miała zapaść noc, gdy w końcu je doj­rze­li. Chłopcu ser­ce rosło z przejęcia. Zwierzęta wy­pusz­czały wiel­kie fon­tan­ny wody i były ol­brzy­mie, dwa razy większe od ich łodzi. Ostrożnie wiosłując, podpłynęli bliżej i gdy zna­leźli się już dość bli­sko jed­ne­go z tych gi­gantów, Ramón stanął na dzio­bie. Trochę ma­new­ro­wa­li, za­nim osiągnęli właściwą od­ległość, po czym chłopiec uj­rzał, jak naprężają się mięśnie pra­wej ręki ojca, gdy uno­sił har­pun, by z całej siły cisnąć nim i wbić w ciemną i lśniącą skórę wie­lo­ry­ba. Krew zbro­czyła nie­bieską prze­zro­czystą wodę, a mężczyźni za­krzyknęli z radości. Ol­brzym zaczął ciągnąć łódź z nie­wia­ry­godną siłą. Ramón wy­rzu­cił ko­lej­ny har­pun, by do­brze go uwiązać. Wie­lo­ryb ciągnął ich przez długi czas z wielką szyb­kością. Nie wiosłowa­li, mo­dli­li się tyl­ko, żeby ich nie za­to­pił, a gdy zaczął się uspo­ka­jać, po­sta­wi­li żagiel, aby szyb­ciej go zmęczyć. W końcu zwierzę padło i popłynęli do Lla­franc, po­ma­gając so­bie wiosłami i żaglem.

Joan zdał so­bie sprawę z wiel­kości wie­lo­ry­ba, gdy cała wio­ska mu­siała połączyć swo­je siły, by wy­do­być ciel­sko na ląd. Cze­kała ich wiel­ka uczta.

Dum­ny ze swe­go ojca, chłopiec za­pragnął upa­miętnić jego czyn, rzeźbiąc na dzio­bie Mewy po­do­biznę Ramóna rzu­cającego har­pu­nem. Za­brało mu to dużo cza­su, ale war­to było.

Wy­rwa­ny ze słod­kich wspo­mnień, na wi­dok spo­wi­te­go już w całun ciała ojca potrząsnął głową, nie mogąc się po­go­dzić z gorz­kim doświad­cze­niem. Nie może być, po­wta­rzał raz po raz w myślach.

– Bar­dzo żałuję – po­wie­dział ere­mi­ta z ka­pli­cy Świętego Se­ba­stia­na do zgro­ma­dzo­nych na małym cmen­ta­rzu. – Nie mogłem po­wia­do­mić was wcześniej. Zo­ba­czyłem nadpływającą ga­lerę po modłach o wscho­dzie słońca. Nie mam pojęcia, gdzie ani kie­dy wylądo­wa­li ci, którzy ukry­li się na zbo­czu wzgórza. Prze­pra­szam was, wy­bacz­cie mi.

Po­mruk zro­zu­mie­nia roz­szedł się wśród zgro­ma­dzo­nych. Za­sadz­ka za­sko­czyła wszyst­kich. Zarządca Pa­la­fru­gell nie przy­był na pochówek, więc modły od­pra­wiał pu­stel­nik. Szept mo­dlitw łączył się z po­nu­rym, po­wol­nym bi­ciem dzwo­nu pu­stel­ni, któremu wtórował ni­czym echo od­legły, choć potężniej­szy dźwięk z kościoła w Pa­la­fru­gell. Dzień był po­nu­ry, wietrz­ny i chmur­ny, krzyk mew niósł się nad cmen­ta­rzem. Joan pa­trzył, jak zie­mia opa­dała na biały całun. Pomyślał, że oj­ciec wolałby być za­to­pio­ny w mo­rzu, kołysa­ny fa­la­mi wśród nie­dostępnych skał, jak mar­twe mewy. Chciał za­cho­wać wol­ność jak one i umarł, będąc wol­nym człowie­kiem, i dopóki żył, wol­na była także jego ro­dzi­na. Te­raz Joan po­wi­nien zająć jego miej­sce. Ale jak, kie­dy le­d­wo mógł rzu­cić włócznią na od­ległość paru kroków?

Gdy ce­re­mo­nia do­biegła końca, To­ma­as pod­szedł do chłopców.

– Wasz oj­ciec był mi jak brat. – Oczy miał pełne łez. – I wiem, Jo­anie, że ko­chałeś moją córkę. Ja nie mam już córki ani żony. Wy nie ma­cie ojca ani mat­ki. Pozwólcie mi być wa­szym wu­jem, bo Ramóna nig­dy wam nie zastąpię. Chodźcie ze mną, ja się wami zajmę.

– Dzięki, To­ma­sie – od­parł Joan, gdy był już w sta­nie zro­zu­mieć, co do nich po­wie­dział.

Objął ich. Nie jest po­dob­ny do ojca, pomyślał Joan. Był wyższy i bar­dziej opa­no­wa­ny. Tam gdzie u Ramóna po­czuć można było twar­dość mięśni, u To­ma­sa wy­czu­wał tyl­ko kości i ścięgna. Jego pro­po­zy­cja była mu po­ciechą, ale Jo­ano­wi nie spodo­bał się brak na­dziei w słowach.

– One wrócą. My mamy wciąż matkę i siostrę, a ty masz Eli­sendę i Martę – po­wie­dział, gdy już prze­sta­li się obej­mo­wać. – Wy­ru­szy­my po nie, praw­da, To­ma­sie?

Pokręcił głową.

– Wrócą! – pra­wie krzyknął Joan.

Mężczy­zna spoj­rzał na nie­go nie­bie­ski­mi ocza­mi, przełknął ślinę i nic nie po­wie­dział.

Po­tem uda­li się do wio­ski, gdzie brat Dio­na­is od­pra­wił uro­czystą mszę, na której mo­dlo­no się również za jeńców i ran­nych.

– Taka była wola bo­ska – rzekł w ka­za­niu z am­bo­ny w wypełnio­nym koście­le. – Wywiązuj­my się należycie z na­kazów Świętego Kościoła, aby nie po­wta­rzało się to zło.

Mówił roz­ocho­co­ny, ge­sty­ku­lując za­wzięcie. Joan, który stał obok To­ma­asa, wi­dział, jak wzbie­rał w nim gniew z po­wo­du tych słów.

– Nieszczęścia te to owoc na­szych grzechów. Nie­wol­nic­two, głód i śmierć to kary, które za­da­je nam Pan. Żyjmy we­dle Jego praw, a On nas ura­tu­je.

– Ura­tu­je?! – krzyknął To­mas.

Zarządca za­milkł za­sko­czo­ny. Nikt nie prze­ry­wał kazań. Za­padła kom­plet­na ci­sza, Joan na­wet nie od­dy­chał.

– Napaść pi­ratów ma być karą boską za na­sze grze­chy?! Wy oca­le­liście dzięki mu­rom i ry­ce­rzom, a nie wa­szym cno­tom!

Joan uznał, że To­mas ma rację.

– Ja­kież to grze­chy popełniła moja córka, aby zasłużyć na nie­wol­nic­two? A ja­kie moja żona? – Pod­szedł pod samą am­bonę. – Te­raz są nie­wol­ni­ca­mi przez wa­sze tchórzo­stwo, a nie przez swo­je grze­chy. Dla­cze­go nie po­zwo­li­liście ochot­ni­kom na za­ata­ko­wa­nie pi­ratów? Tchórzu! – I wbiegł po scho­dach na górę.

– Nie do­ty­kaj mnie! – zawył du­chow­ny. – Na za­wsze będziesz płonął w pie­kle!

Ko­bie­ty za­pisz­czały. Joan pomyślał, że To­mas ze­pchnie bra­ta przez ba­rierkę. I zro­biłby to, gdy­by nie żołnie­rze, którzy za­wsze cho­dzi­li z zarządcą. Wbie­gli spod wejścia do świątyni. Gdy do­pa­dli To­masa, trzy­mał klechę za szyję. Jego twarz była już pur­pu­ro­wa. Padło wie­le ciosów i spo­ro z nich do­stał zarządca.

– Wy­gnać go z kościoła! – krzyknął, dusząc się, gdy za­bie­ra­li To­ma­sa. – I nie wra­caj, zo­sta­jesz wyklęty!

7

Do­pie­ro następne­go dnia Joan zaczął zda­wać so­bie sprawę z ogro­mu nieszczęścia, które ich przy­gniotło. To­mas prze­niósł się do chłopców, za­bie­rając ze sobą część do­byt­ku. Mówił, że nie może znieść wspo­mnień, tak żywych w jego domu, i pust­ki, która w nim pa­nu­je. Dom chłopców też skry­wał daw­ne radości obrócone w smut­ki. Każda rzecz przy­po­mi­nała szczęśliwą przeszłość. Joan nie mógł prze­stać myśleć o ro­dzi­cach, o sio­strze i o Eli­sen­dzie. Isa­bel za­bra­no do Pa­la­fru­gell, bo w wio­sce nie było ko­bie­ty, która mogłaby dać jej pierś. Miesz­kała u mam­ki, która kar­miła ją za pie­niądze płaco­ne przez zarządcę, ale maleństwo le­d­wie jadło, nie mogła dojść do sie­bie po strasz­nym lęku.

Włóczy­li się we trzech z domu na plażę i z plaży do domu. Nie mie­li już Mewy, nie było co robić. Cho­dzi­li przygnębie­ni, apa­tycz­ni. Ga­briel nie chciał się na­wet po­ba­wić, gdy Joan mu coś pro­po­no­wał. Nie byli sami w wio­sce. Sa­ra­ce­ni zo­sta­wi­li trzy nie­wiel­kie łodzie, ale na wszyst­kich ra­zem nie można było złowić na­wet jed­nej czwar­tej tego, co na łodzi Ramóna. Joan pomyślał, że gdy­by zo­sta­wi­li Mewę, osa­da mogłaby wrócić do pra­cy i dzie­więć miesz­kających w niej ro­dzin miałoby jakąś przyszłość. Chłopiec z tęsknotą wspo­mi­nał łódź.

Mewę zbu­do­wa­no na plaży Lla­franc przed dwo­ma laty. Se­zon ry­bac­ki był uda­ny i oj­ciec Jo­ana po­sta­no­wił, że za pie­niądze odkłada­ne przez lata ze sprze­daży czer­wo­ne­go ko­ra­lu zbu­du­je nową łódź – z ośmio­ma wiosłami i moc­nym ożaglo­wa­niem łacińskim. Ramón był sze­fem i właści­cie­lem, toteż gdy był do­bry połów i zby­wało ryb, dzie­lo­no je na je­de­naście części, z cze­go jemu przy­pa­dały trzy, a resz­cie ry­baków po jed­nej. Gdy jed­nak połów był skąpy, dzie­lo­no wszyst­ko na dzie­więć części i Ramón za­bie­rał jedną jak każdy.

Za­trud­nił zna­ne­go na wy­brzeżu szkut­ni­ka z Pa­lamós. Przy­by­cie mi­strza któregoś po­ran­ka pod ko­niec zimy było wiel­kim wy­da­rze­niem. Cała wio­ska po­ma­gała wyłado­wy­wać narzędzia i drew­nia­ne części zwa­ne sza­blo­na­mi. Jak się później oka­zało, były mo­de­la­mi tego, co stać się miało ki­lem i wręgami.

Pra­ca nad nową łodzią zaczęła się od za­le­d­wie kil­ku kre­sek na zie­mi, które mistrz na­kreślił bli­sko brze­gu mo­rza, dość jed­nak da­le­ko, by fale nie dosięgły ich, na­wet gdy na­dej­dzie sztorm. Po­ma­ga­li wszy­scy. Sto­la­rze z Pa­la­fru­gell do­star­cza­li drew­na dębo­we­go na wręgi i kil oraz drew­na so­sno­we­go na obi­cie. Wte­dy właśnie Joan, naśla­dując sto­la­rzy, zaczął rzeźbić w kawałkach drew­na naj­pierw małe stat­ki, które pusz­czał po mo­rzu, po­tem zwierzęta. Za­chwy­co­ny pa­trzył, jak łódź rosła. Z początku przy­po­mi­nała mu leżący na pia­sku szkie­let wie­lo­ry­ba: wręgi były żebra­mi, a kil kręgosłupem. Stop­nio­wo łódź na­bie­rała właści­we­go kształtu.

Pew­ne­go ran­ka To­mas po­wie­dział Jo­ano­wi w imie­niu załogi, że osiągnął już wiek od­po­wied­ni do tego, by wy­uczyć się fa­chu, ale żeby go przyjęli, musi do­star­czyć im kota. Na łodzi ry­bac­kiej po­trzeb­ny był kot do oczysz­cza­nia jej z resz­tek ryb i szkod­ników, zwłasz­cza gry­zo­ni. Ma­ry­na­rze nie chcie­li jed­nak byle ja­kie­go kota: aby przy­no­sił im szczęście, mu­siał być kra­dzio­ny. Taki był zwy­czaj, i ko­niec. Joan nie miał pojęcia, jak się do tego za­brać, ale po­mogła mu Eli­sen­da, córka To­masa. Ra­zem zdo­by­li małego ru­de­go kot­ka, którego parę ty­go­dni wcześniej powiła ko­ci­ca szew­ca z Pa­la­fru­gell. Eli­sen­da miała tyle samo lat co Joan, nie­bie­skie oczy po ojcu, była jed­nak wyższa, szyb­ciej bie­gała, wszyst­ko wie­działa i nikt ani nic nie mogło się przed nią ukryć. Ro­dzi­ce oboj­ga dzie­ci bar­dzo się przy­jaźnili i dla wszyst­kich było oczy­wi­ste, że gdy na­dej­dzie właściwy czas, Eli­sen­da i Joan się po­biorą. Ra­zem do­ra­sta­li, byli so­bie bar­dzo bli­scy, a ich ro­dzi­ce nie od­czu­wa­li nie­po­ko­ju, gdy zni­ka­li wśród skał na plaży.

Wkrótce odbyła się uro­czy­stość wo­do­wa­nia. Odtąd, gdy mo­rze było spo­koj­ne, Joan wypływał z ry­ba­ka­mi na łodzi. Kie­dy do­biegł końca jego pierw­szy dzień pra­cy i nad­szedł czas dzie­le­nia się połowem, To­ma­as pod­czas ce­re­mo­nii wśród braw i ukłonów uro­czyście wręczył chłopcu sre­brzystą sar­dynkę, mówiąc, że to zapłata za pierw­szy dzień pra­cy ry­ba­ka. Drugą taką samą, również z ukłonem, dał kotu. Wszy­scy się śmia­li, a Joan z dumą zaniósł rybkę do domu, by mat­ka ją przyrządziła. Był to jego pierw­szy za­ro­bek. Miał dzie­sięć lat.

Minęły tyl­ko dwa lata od tam­te­go zda­rze­nia i wszyst­ko tak tra­gicz­nie się zmie­niło.

Naj­gor­sza była bez­czyn­ność. Lu­dzie zbi­ja­li się w gro­mad­ki, w których dzie­li­li się żalem po stra­cie zmarłych i poj­ma­nych, lękiem przed nie­pewną przyszłością i tęsknotą za przeszłością, która kie­dyś zda­wała się cza­sem ciężka, te­raz jed­nak wspo­mi­na­li ją ni­czym raj.

– Z cze­go będzie­my żyć, gdy przyj­dzie zima? – pytała jakaś ko­bie­ta. – Te łodzie przy­noszą bar­dzo nie­wie­le. Jeśli im się nie poszczęści, na­wet ich właści­cie­le nie będą mie­li co jeść.

– A Mau­ro­wie za­bra­li wszyst­ko, cośmy mie­li – la­men­to­wała dru­ga.

– Musi nam pomóc brat Dio­nis – wtrącił je­den z sąsiadów ojca Jo­ana. – Ściągał prze­cież z nas po­dat­ki.

– Oni też za wie­le nie mają – rzekł Da­niel. – Żniwa nie były uda­ne, a głód ciągnie się od woj­ny do­mo­wej.

– Zarządca? – z po­gardą w głosie za­py­tał To­mas i splunął na zie­mię. – Ja­kiej po­mo­cy ocze­ki­wać możemy od tego tchórza, który po­zwo­lił na poj­ma­nie na­szych ro­dzin?

– To­bie na pew­no nie pomoże – rzekła jed­na z ko­biet. – Po tym, co zro­biłeś w koście­le, nic ci nie da.

– Zro­biłbym to znów – od­parł z wściekłością. – Gdy­bym tyl­ko mógł, po­derżnąłbym mu gardło. Prędzej umrę z głodu, niż miałbym coś przyjąć od tego nędzni­ka. Aby ukryć swo­je tchórzo­stwo, z ofiar robi win­nych, a sie­bie czy­ni sędzią, który tłuma­czy wolę Boga.

– Masz rację – zgo­dził się Da­niel i większość mężczyzn przy­taknęła. – Ale pomyśl o chłopcach, których masz te­raz pod opieką. Będąc wyklętym, nie należysz już do Kościoła i wiesz, że nie wol­no nam z tobą na­wet roz­ma­wiać. Nikt nie może udzie­lić ci po­mo­cy.

– Po­proś go o wy­ba­cze­nie – wtrącił inny. – Choćby tyl­ko ze względu na chłopców. Jeśli będą z tobą, nie do­staną nic od zarządcy.

– Nie, tego nie zro­bię! – krzyknął To­mas rozwście­czo­ny. – Nie ob­cho­dzi mnie, co się ze mną sta­nie, a od chłopców wyniósłbym się, gdy­by miała stać im się prze­ze mnie krzyw­da. Ale brat Dio­nis jest nie­go­dziw­cem. Do­nieśmy prze­oro­wi klasz­to­ru Świętej Anny, jak za­cho­wał się ten tchórz! Niech go odwoła!

Po­zo­sta­li spoglądali po so­bie ukrad­kiem, po czym wbi­li wzrok w mo­rze.

– Przy­kro mi, ale to nie czas, by sprze­ci­wiać się zarządcy – po­wie­dział ktoś. – Będzie nam po­trzeb­ny do przeżycia tej zimy.

Te słowa były jak sy­gnał do ro­zejścia się. To­mas zo­stał sam, patrząc w punkt, w którym znikła ga­le­ra z jego żoną i córką na pokładzie.

Przez następne dni To­mas z chłopca­mi sku­pi­li się na zdo­by­wa­niu pożywie­nia. Je­dze­nie było ważne, ale jesz­cze ważniej­sze było zajęcie się czymś, żeby nie myśleć. Cho­dzi­li po po­bli­skim le­sie, szu­kając grzybów i szy­szek, za­pusz­cza­li się też głębiej, tam gdzie rosły kasz­ta­ny i żołędzie, choć były jesz­cze zie­lo­ne. Nie bacząc na to, zbie­ra­li je, mie­li­li i z mąki wy­ra­bia­li plac­ki. Miały gorz­ki smak. Ze skał za­rzu­ca­li wędki do mo­rza i całe go­dzi­ny spędza­li na ocze­ki­wa­niu, aż jakaś ryba weźmie. Prze­szu­ki­wa­li przy­brzeżne skały: małże, raki, jeżowce… Nie prze­puścili ni­cze­go, co można by zjeść. Oczy­wiście resz­ta miesz­kańców robiła to samo i zna­le­zi­ska ni­ko­go nie mogły na­sy­cić.

Wszy­scy wy­cze­ki­wa­li trzech łupi­nek, łudząc się, że ich właści­cie­lom się poszczęści i z połowu będzie jakaś nad­wyżka. Z Pa­la­fru­gell przy­wożono chleb, za­wsze za mało, na grzbie­cie mu­li­cy strzeżonej przez czte­rech żołnie­rzy zarządcy.

– To­ma­so­wi nic nie możemy dać. Chłopcom też nie damy, dopóki z nim będą – za­po­wie­dzie­li już pierw­sze­go dnia.

Od tam­tej pory ani To­mas, ani chłopcy nie zbliżali się do mu­li­cy. Z da­le­ka ob­ser­wo­wa­li żołnie­rzy roz­dających bo­chen­ki i do­pie­ro później, gdy już ode­szli, sąsiad­ki po­ta­jem­nie dawały chłopcom chle­ba.

Ogólnie pa­nujący żal zda­wał się z cza­sem na­ra­stać, a wia­do­mość o śmier­ci małej Isa­bel tyl­ko po­gor­szyła sy­tu­ację.

Joan przy­po­mniał so­bie jej ciepłe i za­krwa­wio­ne ciałko, gdy pod­niósł je z pia­chu, by ją ukołysać. Chciał, by prze­stała płakać, ale tyl­ko za­ra­ził się jej płaczem. I przy­po­mniała mu się jej mała bezzębna bu­zia, gdy śmiała się w ra­mio­nach mat­ki. I jak mat­ka pa­trzyła na nią, a po­tem uśmie­chała się do nie­go.

Wieść przy­nieśli żołnie­rze, którzy przy­szli z chle­bem, i szyb­ko ro­zeszła się wśród sąsiadów. W końcu to Cla­ra ze­brała się na od­wagę, by prze­ka­zać ją chłopcom. Ga­briel nie mógł prze­stać płakać, a Joan usiłował być sil­ny i ukoić żal bra­ta, ale nie uda­wało mu się ani jed­no, ani dru­gie. Już tyl­ko we dwóch zo­sta­li z ro­dzi­ny.

To­mas nie był w sta­nie po­cie­szyć chłopców, którzy często znie­nac­ka wy­bu­cha­li płaczem, jego zaś wi­dy­wa­li za­ci­skającego tyl­ko pięści ze złości.

– Wrócą – po­wta­rzał Joan, chcąc go po­cie­szyć. – Kie­dyś po nie wy­ru­szy­my i przy­wie­zie­my je z po­wro­tem.

– Nie, nie wrócą – od­po­wia­dał To­mas upar­cie. – Już ich nie zo­ba­czy­my.

– Ależ tak. Gdy do­rosnę, zo­stanę żołnie­rzem, stanę się sil­ny i po nie wy­ruszę. Obie­cuję.

Mężczy­zna spoglądał na nie­go z cie­niem uśmie­chu. Chwi­la­mi wy­da­wało się, że mu wie­rzy, ale po­tem w mil­cze­niu kręcił głową.

Ry­bak każdego dnia co­raz bar­dziej nie­na­wi­dził przeklętych Sa­ra­cenów i podłego kle­chy, który nie uczy­nił nic, żeby pomóc poj­ma­nym. Jego wściekłość była zaraźliwa. Joan prze­ko­nał się, że nie­na­wiść łago­dziła smu­tek i żal, na­uczył się za­ci­skać pięści jak To­mas, nie­na­wi­dzić i złorze­czyć.

8

– Ko­ral to na­sze złoto – pew­ne­go dnia po­wie­dział To­mas Jo­ano­wi. – Ukryłem coś, chodź.

Za­pro­wa­dził go wąwo­zem do daw­ne­go szałasu i po­ka­zał ubitą zie­mię.

– Jeśli kie­dyś będzie ci to po­trzeb­ne, a mnie nie będzie, weź. To dla cie­bie i dla two­je­go bra­ta. Nie ma tego wie­le, ale niektóre gałązki są spo­ro war­te.

Joan wie­dział, że jego oj­ciec też trzy­mał ko­ral pod podłogą. Łowio­no go w skałach i ra­fach za po­mocą krzyża świętego An­drze­ja – narzędzia z krzyżakiem, które prze­ciągano po skałach, by wyciągać ko­ralowinę. Owo czer­wo­ne złoto zbie­ra­no w sia­teczkę. Była to de­li­kat­na pra­ca, przy której mo­rze mu­siało być spo­koj­ne, żeby łódź nie roz­trza­skała się o skały.

Chłopak przy­po­mniał so­bie dwa lata na Me­wie, na której można było wypływać da­le­ko. Płynęli na północ, na wy­spy Me­des, też własność klasz­to­ru Świętej Anny w Bar­ce­lo­nie. Wokół wysp mo­rze wyglądało jesz­cze piękniej niż w Lla­franc, woda była ja­sna i prze­zro­czy­sta, a dno do­brze wi­docz­ne w miej­scach nie­zbyt głębo­kich. Czer­wo­ne­go ko­ra­lu było w bród, nie­raz na­wet poławia­no go, nur­kując. To tam To­mas i Ramón na­uczy­li się robić głęboki wdech, by móc dłużej prze­by­wać pod wodą. Joan dawał nura i za­chwy­cał się mo­rzem, przej­rzy­stym i spo­koj­nym. Tak nie­daw­no wrócili z wysp, za­le­d­wie parę ty­go­dni temu. Ale jakże od­ległe wy­da­wały się te szczęśliwe dni!

Te­raz To­mas z dnia na dzień był co­raz chud­szy. Jego zwin­na, szczupła syl­wet­ka za­czy­nała przy­bie­rać wygląd kościo­tru­pa. Nie­mal wszyst­ko ja­dal­ne, co uda­wało im się zna­leźć, było dla chłopców, a mimo to cho­dzi­li spać głodni.

– Prze­by­wa­nie ze mną wam nie służy – zaczął ma­wiać To­mas. – Zarządca da wam jeść, gdy odejdę.

Joan od­po­wia­dał jed­nak, że z ni­kim nie będzie im le­piej niż z nim. Z cza­sem To­mas zaczął łączyć w jed­no nie­na­wiść do Sa­ra­cenów i do zarządcy.

– Chciałbym umrzeć jak wasz oj­ciec – po­wta­rzał – bro­niąc swej ro­dzi­ny. Ale zląkłem się, słysząc ten grzmot… To było dla mnie nowe doświad­cze­nie i uciekłem, gdy zo­ba­czyłem, jak upadł wasz oj­ciec. Za­bra­li Eli­sendę i Martę, gdy ja zmy­kałem jak tchórz.

– Na nic nie zdałaby się two­ja śmierć – po­cie­szał go Joan. – Ura­to­wałby je tyl­ko nagły atak ochot­ników.

– A co ja te­raz je­stem wart? Nie mam łodzi, nie mam jak was wy­kar­mić i prze­ze mnie ten nędznik zarządca po­zba­wia was odro­bi­ny chle­ba, którą roz­dzie­la w wio­sce.

– Wszyst­ko się po­lep­szy – pod­no­sił go na du­chu Joan. – Za parę lat Ga­briel i ja będzie­my star­si i wszy­scy trzej będzie­my się mo­gli zaciągnąć na królew­skie ga­le­ry. Od­bi­je­my nie­wol­ni­ce i przy­wie­zie­my z po­wro­tem mau­ryj­skie skar­by, tak samo jak nasz przo­dek al­mo­ga­war.

Słysząc to, To­mas się uśmie­chał, jego nie­bie­skie oczy rozbłyskały, a wy­chudła twarz pro­mie­niała.

Ta ko­la­cja mu­siała być wyjątko­wa. Joan złowił na wędkę spo­rych roz­miarów rybę i przyrządzał ją na rusz­cie. Mie­li trochę chle­ba, trochę ziół, ra­czej twar­dych, ale po ugo­to­wa­niu nada­wały się do zje­dze­nia, i nie­co kasz­tanów. Tego popołudnia chłopiec wymyślił so­bie hi­sto­rię o tym, jak we trzech ura­tują ko­bie­ty, gdy Ga­briel i on do­rosną. Chciał, żeby To­mas i Ga­briel się cie­szy­li, chciał wi­dzieć ich uśmie­chy. Ale za­padł zmrok, a To­mas nie wrócił. Joan wysłał Ga­briela, żeby spraw­dził, czy nie za­trzy­mał się u któregoś z sąsiadów. Chłopiec wrócił nocą, nie zna­lazłszy go.

– Gdzie on może być? – nie­po­koił się Ga­briel.

– Pew­nie się gdzieś za­sie­dział, nie martw się. Księżyc świe­ci, znaj­dzie drogę. Zjedz­my ko­lację.

Po ko­la­cji położyli się na sien­ni­ku, ale Joan był bar­dzo nie­spo­koj­ny. Na­gle coś przeszło mu przez myśl. Jak­by do­znał olśnie­nia. Upew­nił się, że Ga­briel śpi, ubrał się i wy­szedł w noc. Czy­sty księżyc w ostat­niej kwa­drze lśnił na usia­nym gwiaz­da­mi nie­bie. Lo­do­wa­ty po­wiew wia­tru przy­pra­wił chłopca o dreszcz. Wahał się. Nie miał od­wa­gi wejść do domu To­ma­sa, choć tam go nie szu­ka­li. Miał prze­czu­cie. Zro­bił parę szyb­kich kroków i po­pchnął drzwi, które otwo­rzyły się z trza­skiem. Z zewnątrz wpa­dało słabe światło, ale w środ­ku pa­no­wała ciem­ność.

– To­mas – po­wie­dział półgłosem.