Wydawca: Albatros Kategoria: Kryminał Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 472 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Obiecaj mi - Harlan Coben

Minęło sześć lat od czasu, kiedy Myron po raz ostatni bawił się w detektywa. U boku nowej dziewczyny - Ali Wilder - prowadzi spokojne i uporządkowane życie, zaś jego psychopatyczny przyjaciel Win, nie musi, jak dawniej, nieustannie ratować mu życia. Ale to, co dobre, dobiega właśnie końca... Jakiś czasu temu Myron wymógł na dwóch nastoletnich dziewczynach, Aimee i Erin, wiążącą obietnicę - w razie jakichkolwiek kłopotów, zwrócą się do niego o pomoc. Kilka dni później telefon dzwoni - o drugiej w nocy! Spełniając swoje przyrzeczenie, Myron zabiera nastolatkę z Manhattanu i odwozi do domu jej przyjaciółki w New Jersey. Następnego dnia rodzice Aimee odkrywaj ą zniknięcie córki. Morderstwo, czy ucieczka z domu? Myron był ostatnią osobą, która ją widziała – automatycznie staje się głównym podejrzanym...

Opinie o ebooku Obiecaj mi - Harlan Coben

Fragment ebooka Obiecaj mi - Harlan Coben

Wydanie elektroniczne

HAR­LAN CO­BEN

Współ­cze­sny pi­sarz ame­ry­kań­ski, któ­ry uzna­nie w krę­gu mi­ło­śni­ków li­te­ra­tu­ry sen­sa­cyj­nej zdo­był trze­cią książ­ką Bez skru­pu­łów, opu­bli­ko­wa­ną w 1995. Jako pierw­szy współ­cze­sny au­tor otrzy­mał trzy pre­sti­żo­we na­gro­dy li­te­rac­kie przy­zna­wa­ne w ka­te­go­rii po­wie­ści kry­mi­nal­nej, w tym naj­waż­niej­szą – Ed­gar Poe Award. Świa­to­wa po­pu­lar­ność Co­be­na za­czę­ła się w 2001 od thril­le­ra Nie mów ni­ko­mu, be­st­sel­le­ra w USA i Eu­ro­pie (ze­kra­ni­zo­wa­ne­go w 2006 przez Gu­il­lau­me’a Ca­ne­ta; obec­nie w USA po­wsta­je re­ma­ke). Ko­lej­ne po­wie­ści, za któ­re otrzy­mał wie­lo­mi­lio­no­we za­licz­ki od wy­daw­ców, m.in. Bez po­że­gna­nia, Nie­win­ny, W głę­bi lasu, Za­gi­nio­na, Na go­rą­cym uczyn­ku, Wszy­scy mamy ta­jem­ni­ce, Schro­nie­nie, Zo­stań przy mnie i Se­conds Away uczy­ni­ły go me­ga­gwiaz­dą ga­tun­ku i jed­nym z naj­chęt­niej czy­ta­nych au­to­rów, tak­że w Pol­sce. W mar­cu 2013 uka­zał się jego nowy thril­ler Six Years.

Tego au­to­ra

NIE MÓW NI­KO­MU

BEZ PO­ŻE­GNA­NIA

JE­DY­NA SZAN­SA

TYL­KO JED­NO SPOJ­RZE­NIE

NIE­WIN­NY

W GŁĘ­BI LASU

ZA­CHO­WAJ SPO­KÓJ

MI­STY­FI­KA­CJA

NA GO­RĄ­CYM UCZYN­KU

KLI­NI­KA ŚMIER­CI

ZO­STAŃ PRZY MNIE

SZEŚĆ LAT PÓŹ­NIEJ

Jako współ­au­tor

AŻ ŚMIERĆ NAS ROZ­ŁĄ­CZY

NAJ­LEP­SZE AME­RY­KAŃ­SKIE OPO­WIA­DA­NIA KRY­MI­NAL­NE 2011

z My­ro­nem Bo­li­ta­rem

BEZ SKRU­PU­ŁÓW

KRÓT­KA PIŁ­KA

BEZ ŚLA­DU

BŁĘ­KIT­NA KREW

JE­DEN FAŁ­SZY­WY RUCH

OSTAT­NI SZCZE­GÓŁ

NAJ­CZAR­NIEJ­SZY STRACH

OBIE­CAJ MI

ZA­GI­NIO­NA

WSZY­SCY MAMY TA­JEM­NI­CE

SCHRO­NIE­NIE

KIL­KA SE­KUND OD ŚMIER­CI

www.har­lan­co­ben.com

Ty­tuł ory­gi­na­łu:

PRO­MI­SE ME

Co­py­ri­ght © Har­lan Co­ben 2006

All ri­ghts re­se­rved

Po­lish edi­tion co­py­ri­ght © Wy­daw­nic­two Al­ba­tros A. Ku­ry­ło­wicz 2007

Po­lish trans­la­tion co­py­ri­ght © Zbi­gniew A. Kró­lic­ki 2007

Re­dak­cja: Ja­cek Ring

Ilu­stra­cja na okład­ce: Petr Ma­ly­shev/Shut­ter­stock

Pro­jekt gra­ficz­ny okład­ki: An­drzej Ku­ry­ło­wicz

ISBN 978-83-7659-487-3

Wydawca

WYDAWNICTWO ALBATROS A. KURYŁOWICZ

Hlonda 2a/25, 02-972 Warszawa

www.wydawnictwoalbatros.com

Niniejszy produkt jest objęty ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że publiczne udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych – jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

Dla Char­lot­te, Bena, Wil­la i Eve.

Jest was garst­ka, ale za­wsze bę­dzie­cie

ca­łym moim świa­tem.

1

Za­gi­nio­na dziew­czy­na – wciąż mó­wi­li o niej w wia­do­mo­ściach, za­wsze po­ka­zu­jąc to zwy­czaj­ne szkol­ne zdję­cie za­gi­nio­nej na­sto­lat­ki, wie­cie ja­kie: tę­czo­we roz­my­te tło, prze­sad­nie sta­ran­ne ucze­sa­nie i za­kło­po­ta­ny uśmiech – a po­tem krót­kie cię­cie i wi­dzi­my zroz­pa­czo­nych ro­dzi­ców na traw­ni­ku przed do­mem, oto­czo­nych la­sem mi­kro­fo­nów – mat­ka w mil­cze­niu roni łzy, oj­ciec drżą­cy­mi war­ga­mi od­czy­tu­je oświad­cze­nie… Ta dziew­czy­na, ta za­gi­nio­na dziew­czy­na, wła­śnie prze­szła obok Edny Sky­lar.

Edna za­sty­gła.

Stan­ley, jej mąż, zro­bił jesz­cze dwa kro­ki, za­nim za­uwa­żył, że żony już nie ma u jego boku. Od­wró­cił się.

– Edno?

Sta­li w cen­trum No­we­go Jor­ku, w po­bli­żu skrzy­żo­wa­nia Dwu­dzie­stej Pierw­szej Uli­cy z Ósmą Ale­ją. Tego so­bot­nie­go po­po­łu­dnia na uli­cach było nie­wie­le po­jaz­dów. Za to chod­ni­ka­mi prze­wa­la­ły się tłu­my pie­szych. Za­gi­nio­na dziew­czy­na kie­ro­wa­ła się w stro­nę śród­mie­ścia.

Stan­ley wes­tchnął ze znu­że­niem.

– Co zno­wu?

– Cii.

Mu­sia­ła się za­sta­no­wić. To szkol­ne zdję­cie dziew­czy­ny, to na tę­czo­wym roz­my­tym tle. Edna za­mknę­ła oczy. Sta­ra­ła się przy­wo­łać ten ob­raz z pa­mię­ci. Zna­leźć po­do­bień­stwa i róż­ni­ce.

Na fo­to­gra­fii za­gi­nio­na dziew­czy­na mia­ła dłu­gie my­sie wło­sy. Ko­bie­ta, któ­ra prze­szła obok – ko­bie­ta, nie dziew­czy­na, po­nie­waż prze­cho­dzą­ca wy­glą­da­ła na star­szą, ale może zdję­cie zro­bio­no daw­no – mia­ła wło­sy rude, krót­sze i lek­ko krę­co­ne. Dziew­czy­na ze zdję­cia nie no­si­ła oku­la­rów. Ta idą­ca na pół­noc Ósmą Ale­ją mia­ła szkła w mod­nych pro­sto­kąt­nych opraw­kach. Ubra­nie i ma­ki­jaż bar­dziej do­ro­słe. Lep­sze okre­śle­nie nie przy­cho­dzi­ło jej do gło­wy.

Stu­dio­wa­nie twa­rzy było dla Edny czymś wię­cej niż hob­by. Mia­ła sześć­dzie­siąt trzy lata i w swo­jej gru­pie wie­ko­wej na­le­ża­ła do nie­wie­lu le­ka­rek spe­cja­li­zu­ją­cych się w ge­ne­ty­ce. Wciąż mia­ła do czy­nie­nia z twa­rza­mi. Część jej umy­słu za­wsze je ana­li­zo­wa­ła, na­wet poza go­dzi­na­mi pra­cy. Dok­tor Edna Sky­lar nic nie mo­gła na to po­ra­dzić – stu­dio­wa­ła ludz­kie twa­rze. Przy­ja­cie­le i człon­ko­wie ro­dzi­ny przy­wy­kli do jej ba­daw­cze­go wzro­ku, lecz u ob­cych lu­dzi, któ­rzy jej do­brze nie zna­li, wzbu­dzał nie­po­kój.

Te­raz też to ro­bi­ła. Idąc uli­cą. Igno­ru­jąc – jak czę­sto jej się to zda­rza­ło – ob­ra­zy i dźwię­ki. Od­da­jąc się nie­zwy­kle przy­jem­ne­mu za­ję­ciu, ja­kim było stu­dio­wa­nie twa­rzy prze­chod­niów. No­tu­jąc w my­ślach kształt ko­ści po­licz­ko­wych i wiel­kość żu­chwy, roz­staw oczu i dłu­gość mał­żo­win usznych, za­ry­sy szczęk i głę­bo­kość oczo­do­łów. I dla­te­go, choć ubra­nie i wło­sy mia­ły inny ko­lor, po­mi­mo oku­la­rów w mod­nych opraw­kach, do­ro­słe­go ma­ki­ja­żu i ubio­ru, Edna roz­po­zna­ła za­gi­nio­ną dziew­czy­nę.

– Szła z ja­kimś męż­czy­zną.

– Co?

Edna nie zda­wa­ła so­bie spra­wy z tego, że po­wie­dzia­ła to na głos.

– Dziew­czy­na.

Stan­ley zmarsz­czył brwi.

– O czym ty mó­wisz, Edno?

To zdję­cie. Zwy­czaj­na szkol­na fo­to­gra­fia. Wi­dy­wa­łeś ta­kie mi­lion razy. Zdję­cie ta­kiej dziew­czy­ny w szkol­nym al­bu­mie wy­wo­łu­je bu­rzę roz­ma­itych uczuć. W jed­nej chwi­li wi­dzisz całą jej prze­szłość i przy­szłość. Czu­jesz mło­dzień­czą ra­dość i ból doj­rze­wa­nia. Do­strze­gasz moż­li­wo­ści. Ogar­nia cię lek­ka no­stal­gia. Wi­dzisz bły­ska­wicz­nie mi­ja­ją­ce lata, stu­dia, mał­żeń­stwo, dzie­ci, tego typu rze­czy.

Kie­dy jed­nak ta sama fo­to­gra­fia mi­gnie ci w wie­czor­nych wia­do­mo­ściach, bu­dzi prze­ra­że­nie. Pa­trzysz na tę twarz, na za­kło­po­ta­ny uśmiech, na dłu­gie wło­sy oraz opusz­czo­ne ręce, i twój umysł za­pusz­cza się w mrocz­ne miej­sca, któ­rych nig­dy nie po­wi­nien od­wie­dzać.

Jak daw­no Ka­tie – bo tak mia­ła na imię, Ka­tie – za­gi­nę­ła?

Edna usi­ło­wa­ła so­bie przy­po­mnieć. Chy­ba przed mie­sią­cem. Może przed sze­ścio­ma ty­go­dnia­mi. In­for­ma­cję po­da­wa­no tyl­ko w lo­kal­nych wia­do­mo­ściach, i to nie­zbyt dłu­go. Nie­któ­rzy uwa­ża­li, że Ka­tie Ro­che­ster ucie­kła z domu. Kil­ka dni przed swo­im znik­nię­ciem ukoń­czy­ła osiem­na­ście lat – co czy­ni­ło ją do­ro­słą i znacz­nie zmniej­sza­ło prio­ry­tet spra­wy. Po­dej­rze­wa­no kło­po­ty do­mo­we, szcze­gól­nie z su­ro­wym, choć po­ru­szo­nym jej znik­nię­ciem oj­cem.

Może Edna się po­my­li­ła. Może to nie była Ka­tie.

Ist­niał tyl­ko je­den spo­sób, żeby się upew­nić.

– Po­spiesz się – po­wie­dzia­ła do Stan­leya.

– Co? Do­kąd idzie­my?

Nie było cza­su na wy­ja­śnie­nia. Dziew­czy­na za­pew­ne do­tar­ła już do na­stęp­ne­go skrzy­żo­wa­nia. Edna wie­dzia­ła, że Stan­ley pój­dzie za nią. Stan­ley Ric­ken­back, gi­ne­ko­log-po­łoż­nik, był jej dru­gim mę­żem. Pierw­szy był jak wi­cher, nie­wia­ry­god­nie mę­ski, na­zbyt przy­stoj­ny i zbyt na­mięt­ny, a poza tym kom­plet­ny osioł. Za­pew­ne krzyw­dzi­ła go taką oce­ną, ale co z tego? Po­mysł po­ślu­bie­nia le­kar­ki – przed czter­dzie­sto­ma laty – wy­da­wał się za­baw­ny Mę­żo­wi Nu­mer Je­den. Rze­czy­wi­stość jed­nak nie pa­so­wa­ła do jego wy­obra­żeń. My­ślał, że kie­dy po­ja­wią się dzie­ci, Edna bę­dzie mniej cza­su po­świę­ca­ła pra­cy. Tak się nie sta­ło. Wręcz prze­ciw­nie. Praw­dę mó­wiąc – co nie uszło uwa­gi dzie­ci – Edna bar­dziej lu­bi­ła le­czyć niż mat­ko­wać.

Raź­no ru­szy­ła na­przód. Chod­ni­ki były za­tło­czo­ne. Ze­szła na uli­cę i przy­spie­szy­ła kro­ku, trzy­ma­jąc się bli­sko kra­węż­ni­ka. Stan­ley pró­bo­wał za nią na­dą­żyć.

– Edna?

– Trzy­maj się mnie.

Do­go­nił ją.

– Co my ro­bi­my?

Edna szu­ka­ła ru­dych wło­sów.

Tam. Tro­chę z przo­du i na lewo.

Mu­sia­ła przyj­rzeć się do­kład­niej. Pę­dem po­mknę­ła przed sie­bie. Wi­dok do­brze ubra­nej ko­bie­ty po sześć­dzie­siąt­ce bie­gną­cej uli­cą wzbu­dził­by sen­sa­cję w więk­szo­ści miejsc na świe­cie, ale to był Man­hat­tan. Tu­taj mało kto zwró­cił na nią uwa­gę.

Wy­prze­dzi­ła dziew­czy­nę, sta­ra­jąc się nie ro­bić tego zbyt osten­ta­cyj­nie, cho­wa­jąc się za ple­ca­mi wy­so­kich prze­chod­niów, a kie­dy za­ję­ła do­god­ną po­zy­cję, od­wró­ci­ła się. Dziew­czy­na, któ­rą uwa­ża­ła za Ka­tie, szła ku niej. Ich spoj­rze­nia spo­tka­ły się na mo­ment i Edna już wie­dzia­ła.

To ona.

Ka­tie Ro­che­ster była z ciem­no­wło­sym męż­czy­zną, za­pew­ne po trzy­dzie­st­ce. Trzy­ma­li się za ręce. Nie wy­glą­da­ła na spe­cjal­nie przy­gnę­bio­ną. Ra­czej na za­do­wo­lo­ną, przy­najm­niej do chwi­li, gdy na­po­tka­ła spoj­rze­nie Edny. Oczy­wi­ście, to jesz­cze o ni­czym nie świad­czy­ło. Eli­za­beth Smart, dziew­czyn­ka po­rwa­na w Utah, by­wa­ła w pu­blicz­nych miej­scach ze swo­im po­ry­wa­czem i nig­dy nie pró­bo­wa­ła wzy­wać po­mo­cy. Może tu­taj sy­tu­acja była po­dob­na.

Edna bar­dzo w to wąt­pi­ła.

Ru­do­wło­sa szep­nę­ła coś do swe­go to­wa­rzy­sza. Przy­spie­szy­li kro­ku. Edna zo­ba­czy­ła, jak skrę­ci­li w pra­wo i ze­szli po scho­dach me­tra. Ozna­ko­wa­nie wska­zy­wa­ło li­nie A, C, E oraz I. Stan­ley do­go­nił Ednę. Już miał coś po­wie­dzieć, ale za­uwa­żył jej minę i nie ode­zwał się.

– Chodź – po­wie­dzia­ła.

Szyb­ko obe­szli ba­rier­kę i za­czę­li scho­dzić po scho­dach. Za­gi­nio­na dziew­czy­na i ciem­no­wło­sy męż­czy­zna już prze­szli przez bram­kę. Edna ru­szy­ła za nimi.

– Niech to szlag.

– Co?

– Nie mam kar­ty.

– Ja mam – po­wie­dział Stan­ley.

– Daj mi ją. Szyb­ko.

Stan­ley wy­jął z port­fe­la kar­tę i jej po­dał. Prze­su­nę­ła nią przez czyt­nik, prze­szła przez bram­kę i od­da­ła mu. Nie cze­ka­ła.

Tam­ci ze­szli scho­da­mi po pra­wej. Ru­szy­ła za nimi. Usły­sza­ła szum nad­jeż­dża­ją­ce­go skła­du i przy­spie­szy­ła kro­ku.

Wa­go­ny za­trzy­ma­ły się z pi­skiem ha­mul­ców. Drzwi się roz­su­nę­ły. Ser­ce wa­li­ło jej w pier­si. Ro­zej­rza­ła się na boki, szu­ka­jąc ru­dych wło­sów.

Nic.

Gdzie się po­dzia­ła ta dziew­czy­na?

– Edno?

To Stan­ley. Do­go­nił ją.

Edna nie od­po­wie­dzia­ła. Sta­ła na pe­ro­nie, ale po Ka­tie Ro­che­ster nig­dzie nie było śla­du. A na­wet gdy­by był, to co wte­dy? Co Edna mo­gła­by zro­bić? Wsiąść do wa­go­nu i śle­dzić tych dwo­je? Jak dłu­go? I co po­tem? Do­wie­dzieć się, gdzie jest ich apar­ta­ment lub dom i za­dzwo­nić na po­li­cję…

Ktoś do­tknął jej ra­mie­nia.

Edna od­wró­ci­ła się. Przed nią sta­ła za­gi­nio­na dziew­czy­na.

Jesz­cze dłu­go po­tem Edna za­sta­na­wia­ła się, co wła­ści­wie zo­ba­czy­ła w jej twa­rzy. Bła­ga­nie? Roz­pacz? Chłod­ny spo­kój? Może na­wet roz­ba­wie­nie? Zde­cy­do­wa­nie? Chy­ba wszyst­ko to po tro­sze.

Przez mo­ment tyl­ko sta­ły i spo­glą­da­ły na sie­bie. Ru­chli­wy tłum, nie­wy­raź­ne dźwię­ki do­by­wa­ją­ce się z gło­śni­ków, szum skła­du – wszyst­ko to zni­kło, były tyl­ko one dwie.

– Pro­szę – po­wie­dzia­ła szep­tem za­gi­nio­na dziew­czy­na. – Nie może pani ni­ko­mu wy­ja­wić, że mnie pani wi­dzia­ła.

I we­szła do wa­go­nu. Ednę prze­szedł dreszcz. Drzwi po­wo­li się za­mknę­ły. Edna chcia­ła coś zro­bić, coś po­wie­dzieć, ale nie mo­gła się po­ru­szyć. Nie od­ry­wa­ła oczu od dziew­czy­ny.

– Pro­szę – po­wtó­rzy­ła bez­gło­śnie tam­ta przez szy­bę.

A po­tem skład znikł w ciem­no­ści.

2

W su­te­re­nie My­ro­na były dwie na­sto­lat­ki.

Tak to się za­czę­ło. Ile­kroć po­tem My­ron wspo­mi­nał wszyst­kie te nie­szczę­sne wy­da­rze­nia, za­wsze drę­czy­ły go te same wąt­pli­wo­ści. Co by było, gdy­by nie po­trze­bo­wał lodu. Gdy­by otwo­rzył drzwi swo­je­go po­ko­ju w su­te­re­nie mi­nu­tę wcze­śniej lub póź­niej. Gdy­by te dwie na­sto­let­nie dziew­czy­ny – a w ogó­le co one ro­bi­ły w jego po­ko­ju? – roz­ma­wia­ły szep­tem i nie usły­szał ich słów.

Co by było, gdy­by nie wty­kał nosa w nie swo­je spra­wy.

Ze szczy­tu scho­dów My­ron usły­szał dziew­czę­ce chi­cho­ty. Przy­sta­nął. Przez mo­ment za­sta­na­wiał się, czy nie za­wró­cić, zo­sta­wia­jąc je same. Jego nie­wiel­kie­mu to­wa­rzy­stwu koń­czył się lód, ale jesz­cze go nie za­bra­kło. My­ron mógł odejść.

Za­nim jed­nak zdą­żył to zro­bić, głos jed­nej z dziew­cząt przy­pły­nął ni­czym dym w górę scho­dów.

– A więc wy­szłaś z Ran­dym?

Dru­ga po­wie­dzia­ła:

– O Boże, ale by­li­śmy na­wa­le­ni.

– Pi­wem?

– Pi­wem i go­rza­łą.

– Jak wró­ci­łaś do domu?

– Ran­dy pro­wa­dził.

Sto­ją­cy na szczy­cie scho­dów My­ron zdrę­twiał.

– Prze­cież po­wie­dzia­łaś.

– Cii. – A po­tem: – Hej, jest tam ktoś?

No tak, usły­sza­ły go.

My­ron raź­no zbiegł po scho­dach, po­gwiz­du­jąc pod no­sem. Pan Lu­za­czek. W daw­nej sy­pial­ni My­ro­na sie­dzia­ły dwie dziew­czy­ny. Su­te­re­na zo­sta­ła wy­koń­czo­na w 1975 i tak też wy­glą­da­ła. Oj­ciec My­ro­na, któ­ry obec­nie pę­tał się wraz z mał­żon­ką po apar­ta­men­cie nie­opo­dal Boca Ra­ton, był zwo­len­ni­kiem dwu­stron­nej ta­śmy kle­ją­cej. Drew­nia­ne pa­ne­le, któ­re ze­sta­rza­ły się tak samo jak be­ta­max, za­czę­ły od­pa­dać. W kil­ku miej­scach od­sło­ni­ły be­to­no­we ścia­ny ob­ła­żą­ce z far­by. Płyt­ki pod­ło­gi, przy­kle­jo­ne ja­kimś kiep­skim kle­jem, od­cho­dzi­ły od pod­ło­ża. Trzesz­cza­ły pod no­ga­mi jak roz­gnia­ta­ne chrząsz­cze.

Dwie dziew­czy­ny – jed­ną z nich My­ron znał przez całe jej ży­cie, dru­gą po­znał tego dnia – po­pa­trzy­ły na nie­go ze zdzi­wie­niem. Przez mo­ment pa­no­wa­ła ci­sza. My­ron po­ma­chał im ręką.

– Cześć, dziew­czy­ny.

My­ron Bo­li­tar był dum­ny ze swych kon­wer­sa­cyj­nych umie­jęt­no­ści.

Obie dziew­czy­ny koń­czy­ły li­ceum i były ślicz­ne w ten źre­bię­cy spo­sób. Sie­dzą­ca na rogu jego sta­re­go łóż­ka – ta, któ­rą po­znał za­le­d­wie przed go­dzi­ną – mia­ła na imię Erin. My­ron od dwóch mie­się­cy cho­dził na rand­ki z jej mat­ką, Ali Wil­der, wdo­wą i dzien­ni­kar­ką pra­cu­ją­cą jako wol­ny strze­lec. To skrom­ne przy­ję­cie, wy­da­ne w ro­dzin­nym domu My­ro­na, bę­dą­cym te­raz jego wła­sno­ścią, sta­no­wi­ło coś w ro­dza­ju for­mal­ne­go za­twier­dze­nia sta­tu­su My­ro­na i Ali jako pary.

Dru­ga dziew­czy­na, Aimee Biel, od­po­wie­dzia­ła ta­kim sa­mym to­nem i mach­nię­ciem ręki.

– Cześć, My­ron.

Znów ci­sza.

Po raz pierw­szy zo­ba­czył Aimee Biel dzień po jej na­ro­dzi­nach w szpi­ta­lu Świę­te­go Bar­na­by. Aimee i jej ro­dzi­ce, Cla­ire i Erik, miesz­ka­li dwa skrzy­żo­wa­nia da­lej. My­ron znał Cla­ire z cza­sów, gdy obo­je cho­dzi­li do He­ri­ta­ge Mid­dle Scho­ol, nie­ca­ły ki­lo­metr od miej­sca, gdzie te­raz się spo­tka­li. My­ron spoj­rzał na Aimee. Na mo­ment cof­nął się w cza­sie o po­nad dwa­dzie­ścia pięć lat. Była tak po­dob­na do mat­ki, z ta­kim sa­mym ło­bu­zer­skim uśmie­chem, że od­niósł wra­że­nie, jak­by spo­glą­dał przez por­tal cza­su.

– Przy­sze­dłem wziąć tro­chę lodu – rzekł.

Wska­zał kciu­kiem lo­dów­kę, pod­kre­śla­jąc te sło­wa.

– Cool – po­wie­dzia­ła Aimee.

– Na­wet bar­dzo – rzekł My­ron.

Za­śmiał się. Sam.

Wciąż z tym głu­pim uśmie­chem na twa­rzy, po­pa­trzył na Erin. Od­wró­ci­ła wzrok. Dziś prze­waż­nie tak re­ago­wa­ła na jego sło­wa. Uprzej­mie i obo­jęt­nie.

– Mogę cię o coś za­py­tać? – po­wie­dzia­ła Aimee.

– Strze­laj.

Roz­ło­ży­ła ręce.

– Czy to na­praw­dę był kie­dyś twój po­kój?

– Istot­nie.

Dziew­czy­ny po­pa­trzy­ły po so­bie i za­chi­cho­ta­ły.

– Bo co? – spy­tał My­ron.

– Ten po­kój… no wiesz, chy­ba nie mógł­by być bar­dziej la­mer­ski?

Erin w koń­cu ode­zwa­ła się.

– Jest zbyt re­tro na­wet jak na re­tro.

– Jak mó­wi­li­ście na to? – za­py­ta­ła Aimee, wska­zu­jąc pal­cem w dół, na fo­tel, na któ­rym sie­dzia­ła.

– Le­ni­wiec – od­parł My­ron.

Dziew­czy­ny znów za­chi­cho­ta­ły.

– A dla­cze­go w tej lamp­ce jest czar­na ża­rów­ka?

– Żeby pla­ka­ty się ja­rzy­ły.

Znów śmiech.

– Słu­chaj­cie, cho­dzi­łem wte­dy do li­ceum – rzekł My­ron, jak­by to wszyst­ko tłu­ma­czy­ło.

– Przy­pro­wa­dzi­łeś tu kie­dyś ja­kąś dziew­czy­nę? – za­py­ta­ła Aimee.

My­ron przy­ło­żył dłoń do pier­si.

– Praw­dzi­wy dżen­tel­men nig­dy nie mówi o swo­ich pod­bo­jach – od­parł i na­tych­miast do­dał: – Tak.

– Ile?

– Co ile?

– Ile dziew­czyn tu przy­pro­wa­dzi­łeś?

– Och. W przy­bli­że­niu. – My­ron spoj­rzał na su­fit i na­kre­ślił coś w po­wie­trzu wska­zu­ją­cym pal­cem. – Plus mi­nus trzy. Po­wie­dział­bym, że ja­kieś osiem­set lub dzie­więć­set ty­się­cy.

To wy­wo­ła­ło grom­ki śmiech.

– Wła­ści­wie mama mówi, że by­łeś na­praw­dę przy­stoj­ny – cią­gnę­ła Aimee.

My­ron uniósł brwi.

– By­łem?

Obie dziew­czy­ny przy­bi­ły so­bie piąt­kę, tur­la­jąc się ze śmie­chu. My­ron po­trzą­snął gło­wą i wy­mam­ro­tał coś o sza­cun­ku dla star­szych. Kie­dy się uspo­ko­iły, Aimee po­wie­dzia­ła:

– Mogę cię jesz­cze o coś za­py­tać?

– Strze­laj.

– Ale po­waż­nie.

– Mów.

– Two­je zdję­cia na gó­rze. Te przy drzwiach.

My­ron kiw­nął gło­wą. Wie­dział już, do cze­go ona zmie­rza.

– By­łeś na okład­ce „Sports Il­lu­stra­ted”.

– By­łem.

– Mama i tato mó­wią, że by­łeś chy­ba naj­lep­szym ko­szy­ka­rzem w kra­ju.

– Mama i tato prze­sa­dza­ją – rzekł My­ron.

Obie dziew­czy­ny ga­pi­ły się na nie­go. Mi­nę­ło pięć se­kund. Po­tem jesz­cze pięć.

– Czyż­by coś utkwi­ło mi mię­dzy zę­ba­mi? – za­py­tał My­ron.

– Czy nie… no wiesz, czy nie zwer­bo­wa­li cię La­kers?

– Cel­tics – spro­sto­wał.

– Prze­pra­szam, Cel­tics. – Aimee nadal nie spusz­cza­ła z nie­go oczu. – I mia­łeś kon­tu­zję ko­la­na, praw­da?

– Praw­da.

– To za­koń­czy­ło two­ją ka­rie­rę. Tak po pro­stu.

– Wła­ści­wie tak.

– I jak. – Aimee wzru­szy­ła ra­mio­na­mi. – Jak się wte­dy czu­łeś?

– Kie­dy do­zna­łem kon­tu­zji?

– By­łeś gwiaz­dą. A po­tem bach i już nig­dy wię­cej nie mo­głeś grać.

Dziew­czy­ny cze­ka­ły na od­po­wiedź. My­ron usi­ło­wał wy­my­ślić coś głę­bo­kie­go.

– Par­szy­wie – od­parł.

To im się spodo­ba­ło.

Aimee po­krę­ci­ła gło­wą.

– To mu­sia­ło być naj­gor­sze.

My­ron spoj­rzał na Erin. Spu­ści­ła oczy. W po­ko­ju za­pa­dła ci­sza. Cze­kał. W koń­cu dziew­czy­na pod­nio­sła wzrok. Wy­glą­da­ła na prze­stra­szo­ną, była taka drob­na i mło­da. Chciał ją przy­tu­lić, ale wie­dział, że był­by to fa­tal­ny ruch.

– Nie – rzekł ła­god­nie, wciąż pa­trząc jej w oczy. – Wca­le nie to było naj­gor­sze.

Głos z góry scho­dów za­wo­łał:

– My­ro­nie?

– Idę.

Już pra­wie od­cho­dził. Na­stęp­ne co by było gdy­by. Jed­nak wciąż pa­mię­tał te sło­wa, któ­re usły­szał, sto­jąc na gó­rze scho­dów: „Ran­dy pro­wa­dził. Pi­wem i go­rza­łą”. Prze­cież nie mógł tego tak zo­sta­wić, praw­da?

– Chcę wam opo­wie­dzieć pew­ną hi­sto­rię – za­czął. I za­milkł. Chciał opo­wie­dzieć im o jed­nym wy­da­rze­niu ze swo­ich szkol­nych cza­sów. O pry­wat­ce w domu Bar­ry’ego Bren­ne­ra. O niej chciał im opo­wie­dzieć. Koń­czył wte­dy li­ceum – tak jak one te­raz. Nie wy­le­wa­no za koł­nierz. Jego dru­ży­na, Li­ving­ston Lan­cers, wła­śnie wy­gra­ła sta­no­wy tur­niej ko­szy­ków­ki, dzię­ki czter­dzie­stu trzem punk­tom zdo­by­tym przez wscho­dzą­cą gwiaz­dę, My­ro­na Bo­li­ta­ra. Wszy­scy byli pi­ja­ni. Pa­mię­tał Deb­bie Fran­kel, in­te­li­gent­ną dziew­czy­nę, żywe sre­bro, za­wsze pod­no­szą­cą rękę, żeby nie zgo­dzić się z na­uczy­cie­lem, za­wsze spie­ra­ją­cą się i ma­ją­cą inne zda­nie, za co wszy­scy ją uwiel­bia­li. O pół­no­cy Deb­bie przy­szła i po­że­gna­ła się z nim. Oku­la­ry zsu­nę­ły się jej na czu­bek nosa. Wła­śnie to naj­le­piej za­pa­mię­tał – to, że zsu­nę­ły się jej oku­la­ry. My­ron wi­dział, że Deb­bie jest na­wa­lo­na. Tak jak dwie inne dziew­czy­ny, któ­re wsia­dły do sa­mo­cho­du.

Ła­two się do­my­ślić za­koń­cze­nia tej hi­sto­rii. Za szyb­ko zjeż­dża­ły ze wzgó­rza na So­uth Oran­ge Ave­nue. Deb­bie zgi­nę­ła w wy­pad­ku. Zmiaż­dżo­ny sa­mo­chód przez sześć lat wy­sta­wia­no przed li­ceum. My­ron za­sta­na­wiał się, gdzie się po­tem po­dział, co w koń­cu zro­bi­li z tym wra­kiem.

– Jaką? – spy­ta­ła Aimee.

Jed­nak My­ron nie opo­wie­dział im o Deb­bie Fran­kel. Erin i Aimee nie­wąt­pli­wie sły­sza­ły inne wer­sje tej opo­wie­ści. Nie zro­bi­ła­by na nich wra­że­nia. Był tego pe­wien. Tak więc spró­bo­wał cze­goś in­ne­go.

– Chciał­bym, że­by­ście mi coś obie­ca­ły – po­wie­dział.

Erin i Aimee po­pa­trzy­ły na nie­go ze zdzi­wie­niem.

Wy­jął z kie­sze­ni port­fel i wy­cią­gnął z nie­go dwie wi­zy­tów­ki.

Otwo­rzył gór­ną szu­fla­dę biur­ka i zna­lazł dłu­go­pis, w któ­rym jesz­cze nie za­sechł tusz.

– Tu ma­cie nu­me­ry mo­ich te­le­fo­nów – do­mo­we­go, służ­bo­we­go, ko­mór­ko­we­go i w moim no­wo­jor­skim miesz­ka­niu.

Za­pi­sał nu­me­ry na wi­zy­tów­kach i wrę­czył je dziew­czę­tom. Wzię­ły je bez sło­wa.

– Wy­słu­chaj­cie mnie, do­brze? Gdy­by­ście kie­dyś mia­ły kło­po­ty. Gdy­by­ście były po paru drin­kach albo gdy­by wasi chłop­cy byli, gdy­by­ście były za­la­ne, na haju albo nie wiem co. Obie­caj­cie mi. Obie­caj­cie, że do mnie za­dzwo­ni­cie. Przy­ja­dę, gdzie­kol­wiek bę­dzie­cie. Nie będę o nic py­tał. Nic nie po­wiem wa­szym ro­dzi­com. Obie­cu­ję wam. Za­wio­zę was, do­kąd­kol­wiek ze­chce­cie, obo­jęt­nie o ja­kiej po­rze. Nie­waż­ne, gdzie bę­dzie­cie ani jak na­wa­lo­ne. Przez całą dobę, sie­dem dni w ty­go­dniu. Za­dzwoń­cie, a ja przy­ja­dę.

Dziew­czę­ta mil­cza­ły.

My­ron zro­bił krok w ich kie­run­ku. Sta­rał się, by w jego gło­sie nie usły­sza­ły bła­gal­nej nuty.

– Tyl­ko pro­szę… pro­szę, nig­dy nie jedź­cie z kimś, kto pił.

Pa­trzy­ły na nie­go.

– Obie­caj­cie – po­wie­dział.

I po chwi­li – oto ostat­nie co by było gdy­by – zro­bi­ły to.

3

Dwie go­dzi­ny póź­niej Aimee i jej ro­dzi­ce wy­szli pierw­si.

My­ron od­pro­wa­dził ich do drzwi. Cla­ire na­chy­li­ła się do jego ucha.

– Sły­sza­łam, że dziew­czyn­ki ze­szły do two­je­go daw­ne­go po­ko­ju.

– Yhm.

Uśmiech­nę­ła się ło­bu­zer­sko.

– Po­wie­dzia­łeś im o…?

– Boże, nie.

Cla­ire po­krę­ci­ła gło­wą.

– Je­steś taki pru­de­ryj­ny.

On i Cla­ire przy­jaź­ni­li się w szko­le śred­niej. Uwiel­biał ją za nie­za­leż­ność po­glą­dów. Za­cho­wy­wa­ła się – jak by to po­wie­dzieć – ni­czym fa­cet. Kie­dy szli ra­zem na pry­wat­kę, pró­bo­wa­ła so­bie ko­goś po­de­rwać i zwy­kle mia­ła wię­cej szczę­ścia niż on, po­nie­waż – do li­cha – była atrak­cyj­ną dziew­czy­ną. Lu­bi­ła mię­śnia­ków. Uma­wia­ła się parę razy, a po­tem ich rzu­ca­ła.

Te­raz była praw­ni­kiem. Prze­spa­li się ze sobą wła­śnie w tej su­te­re­nie, pod­czas prze­rwy wa­ka­cyj­nej w ostat­niej kla­sie. My­ron był z tego po­wo­du bar­dziej spię­ty niż ona. Cla­ire na­stęp­ne­go dnia wca­le nie czu­ła się skrę­po­wa­na. Żad­nych wy­rzu­tów czy zna­czą­ce­go mil­cze­nia, żad­ne­go „może po­win­ni­śmy po­roz­ma­wiać o tym, co się sta­ło”.

Ani za­chę­ty do bisu.

Na stu­diach po­zna­ła przy­szłe­go męża, „Eri­ka przez k”. Tak za­wsze się przed­sta­wiał. Erik był chu­dy i spię­ty. Rzad­ko się uśmie­chał. Nie­mal nig­dy się nie śmiał. Za­wsze no­sił ide­al­nie do­bra­ne kra­wa­ty. Erik przez k nie był męż­czy­zną, ja­kie­go My­ron spo­dzie­wał się zo­ba­czyć u boku Cla­ire, ale ich mał­żeń­stwo wy­glą­da­ło na uda­ne. Za­pew­ne na za­sa­dzie przy­cią­ga­ją­cych się prze­ci­wieństw.

Erik moc­no uści­snął mu dłoń, sta­ra­jąc się na­wią­zać kon­takt wzro­ko­wy.

– Zo­ba­czę cię w nie­dzie­lę?

W nie­dziel­ne po­ran­ki gry­wa­li cza­sem w ko­sza, ale My­ron od kil­ku mie­się­cy prze­stał przy­cho­dzić na bo­isko.

– Nie, w tym ty­go­dniu nie przyj­dę.

Erik ski­nął gło­wą, jak­by usły­szał ja­kąś nie­zwy­kle głę­bo­ką uwa­gę, po czym ru­szył do drzwi. Tłu­miąc śmiech, Aimee po­ma­cha­ła My­ro­no­wi ręką.

– Miło było z tobą po­ga­dać, My­ro­nie.

– Mnie też, Aimee.

Spró­bo­wał po­słać jej spoj­rze­nie mó­wią­ce „pa­mię­taj o obiet­ni­cy”. Nie wie­dział, czy mu się uda­ło, ale Aimee ski­nę­ła mu gło­wą, za­nim wy­szła.

Cla­ire po­ca­ło­wa­ła go w po­li­czek i znów szep­nę­ła do ucha:

– Wy­glą­dasz na szczę­śli­we­go.

– Bo je­stem – od­parł.

Roz­pro­mie­ni­ła się.

– Ali jest wspa­nia­ła, praw­da?

– Owszem.

– Czy nie je­stem naj­więk­szą ze swa­tek?

– Jak żyw­cem wzię­ta z tan­det­nej wer­sji Skrzyp­ka na da­chu – od­parł.

– Nie na­ci­skam. Jed­nak je­stem naj­lep­sza, no nie? W po­rząd­ku, co­fam to. Je­stem wspa­nia­ła.

– Nadal mó­wi­my o swa­ta­niu, praw­da?

– Rów­nież. Wiem, że w czym in­nym też je­stem naj­lep­sza.

– Yhm – mruk­nął My­ron.

Dała mu kuk­sań­ca w ra­mię i wy­szła. Pa­trząc, jak od­cho­dzi, po­trzą­snął gło­wą i uśmiech­nął się. W pew­nym sen­sie za­wsze masz sie­dem­na­ście lat i cze­kasz, aż za­cznie się praw­dzi­we ży­cie.

Dzie­sięć mi­nut póź­niej Ali Wil­der, nowa pani jego ser­ca, za­wo­ła­ła swo­je dzie­ci. My­ron od­pro­wa­dził ich do sa­mo­cho­du. Dzie­wię­cio­let­ni Jack dum­nie no­sił strój Cel­tics z daw­nym nu­me­rem My­ro­na. Na­stęp­ny trend w mo­dzie hip-ho­po­wej. Naj­pierw były to stro­je spor­to­we ulu­bio­nych gra­czy. Te­raz na wi­try­nie in­ter­ne­to­wej na­zy­wa­ją­cej się Wiel­cy­Prze­gra­ni.com albo po­dob­nie sprze­da­wa­no stro­je gra­czy, któ­rzy się nie spraw­dzi­li, nie mie­li oka­zji się wy­ka­zać albo za­koń­czy­li ka­rie­rę z po­wo­du kon­tu­zji.

Tak jak My­ron. Jack miał do­pie­ro dzie­więć lat i nie wy­czu­wał iro­nii sy­tu­acji.

Kie­dy do­szli do sa­mo­cho­du, Jack uści­skał My­ro­na. Nie wie­dząc, jak za­re­ago­wać, My­ron też go uści­snął, ale krót­ko. Erin trzy­ma­ła się z da­le­ka. Kiw­nę­ła mu gło­wą i usia­dła z tyłu. Jack po­szedł w śla­dy star­szej sio­stry. Ali z My­ro­nem sta­li i uśmie­cha­li się do sie­bie jak para od nie­daw­na cho­dzą­cych ze sobą głup­ta­sów.

– Było miło – po­wie­dzia­ła Ali.

My­ron wciąż się uśmie­chał. Ali pa­trzy­ła na nie­go tymi cu­dow­ny­mi zie­lo­no­orze­cho­wy­mi ocza­mi. Mia­ła zło­to­ru­de wło­sy i po­zo­sta­ło­ści pie­gów z dzie­ciń­stwa. Jej twarz była sze­ro­ka, a uśmiech obez­wład­nia­ją­cy.

– Co ta­kie­go? – za­py­ta­ła.

– Pięk­nie wy­glą­dasz.

– Czło­wie­ku, ale umiesz ka­dzić.

– Nie chcę się chwa­lić, ale tak. Owszem, umiem.

Ali obej­rza­ła się w stro­nę domu. Win – tak na­praw­dę Wind­sor Hor­ne Loc­kwo­od Trze­ci – stał tam z za­ło­żo­ny­mi rę­ka­mi, opar­ty o fra­mu­gę.

– Twój przy­ja­ciel, Win – po­wie­dzia­ła Ali – wy­da­je się miły.

– Nie jest.

– Wiem. Po pro­stu po­my­śla­łam, że tak po­wiem, sko­ro jest two­im przy­ja­cie­lem i w ogó­le.

– Win jest skom­pli­ko­wa­ny.

– I przy­stoj­ny.

– On o tym wie.

– Jed­nak nie w moim ty­pie. Zbyt ład­ny. Za bar­dzo wy­glą­da na bo­ga­te­go la­lu­sia.

– A ty wo­lisz mu­sku­lar­nych w ty­pie ma­cho – rzekł My­ron. – Ro­zu­miem.

Prych­nę­ła.

– Dla­cze­go on mi się tak przy­glą­da?

– Mam zga­dy­wać? Za­pew­ne oce­nia twój ty­łek.

– Do­brze wie­dzieć, że ktoś to robi.

My­ron od­kaszl­nął i od­wró­cił wzrok.

– Za­tem chcesz, że­by­śmy ju­tro ra­zem zje­dli obiad?

– By­ło­by miło.

– Wpad­nę po cie­bie o siód­mej.

Ali po­ło­ży­ła dłoń na jego pier­si. My­ro­na prze­szedł elek­try­zu­ją­cy dreszcz. Sta­nę­ła na pal­cach – był od niej o gło­wę wyż­szy – i po­ca­ło­wa­ła go w po­li­czek.

– Ugo­tu­ję coś.

– Na­praw­dę?

– Zo­sta­nie­my w domu.

– Wspa­nia­le. Za­tem to bę­dzie spo­tka­nie ro­dzin­ne? Że­bym le­piej po­znał dzie­cia­ki?

– Dzie­ci ju­trzej­szą noc spę­dzą u mo­jej sio­stry.

– Och.

Ali ob­rzu­ci­ła go kar­cą­cym spoj­rze­niem i usia­dła za kie­row­ni­cą.

– Och – po­wtó­rzył My­ron.

Unio­sła brew.

– Nie trze­ba było się prze­chwa­lać, jak umiesz ka­dzić.

Po tych sło­wach od­je­cha­ła. My­ron, wciąż z głup­ko­wa­tym uśmie­chem na ustach, pa­trzył, jak sa­mo­chód zni­ka w mro­ku. Po­tem od­wró­cił się i po­szedł z po­wro­tem do domu. Win nie ru­szył się. W ży­ciu My­ro­na za­szło wie­le zmian – jego ro­dzi­ce prze­pro­wa­dzi­li się na po­łu­dnie, Espe­ran­za mia­ła dziec­ko, fir­ma dzia­ła­ła in­a­czej, zmie­ni­ła się na­wet Wiel­ka Cyn­di, ale Win po­zo­stał taki sam. Jego po­pie­la­to­sza­re wło­sy odro­bi­nę po­si­wia­ły na skro­niach, ale nadal był su­per­sam­cem. Pa­try­cju­szow­ska szczę­ka, ide­al­ny kształt nosa, nie­ska­zi­tel­nie rów­ny prze­dzia­łek – wprost cuch­nął ka­stą uprzy­wi­le­jo­wa­nych, iry­tu­jąc bia­ły­mi bu­ci­ka­mi i opa­le­ni­zną z pola gol­fo­we­go.

– Sześć i osiem dzie­sią­tych – po­wie­dział. – Za­okrą­glij­my do sied­miu.

– Prze­pra­szam?

Win wy­cią­gnął rękę, dło­nią w dół, i po­ru­szył nią zna­czą­co.

– Two­ja pani Wil­der. W lek­kim za­okrą­gle­niu dał­bym jej sió­dem­kę.

– O rany, to na­praw­dę coś. Sko­ro wy­cho­dzi z two­ich ust.

Wró­ci­li do domu i usie­dli w ga­bi­ne­cie. Win za­ło­żył nogę na nogę, po­ka­zu­jąc za­wsze nie­na­gan­ne kan­ty spodni. Miał wy­nio­słą minę, któ­ra na sta­łe go­ści­ła na jego twa­rzy. Wy­glą­dał na roz­piesz­czo­ne­go, ze­psu­te­go mię­cza­ka – je­śli ktoś pa­trzył tyl­ko na jego twarz. Jed­nak jego cia­ło opo­wia­da­ło zu­peł­nie inną hi­sto­rię. Było mu­sku­lar­ne i ży­la­ste, nie tyle przy­po­mi­na­ją­ce na­pię­tą sprę­ży­nę, ile moc­no skrę­co­ny zwój dru­tu kol­cza­ste­go.

Zło­żył dło­nie, sty­ka­jąc je czub­ka­mi pal­ców. Ten gest pa­so­wał do Wina.

– Mogę cię o coś spy­tać?

– Nie.

– Dla­cze­go z nią je­steś?

– Żar­tu­jesz, praw­da?

– Nie. Po pro­stu chcę wie­dzieć, co ta­kie­go wi­dzisz w pani Ali Wil­der.

My­ron po­trzą­snął gło­wą.

– Wie­dzia­łem, że nie po­wi­nie­nem cię za­pra­szać.

– Ach, ale za­pro­si­łeś. Po­zwól więc, że roz­wi­nę moją wy­po­wiedź.

– Pro­szę, nie rób tego.

– Na stu­diach była to roz­kosz­na Emi­ly Do­wning. Po­tem, oczy­wi­ście, two­ja brat­nia du­sza przez po­nad dzie­sięć lat, zmy­sło­wa Jes­si­ca Cu­lver. Był też krót­ki ro­mans z Bren­dą Slau­gh­ter, a tak­że, ostat­nio, na­mięt­ność do Te­re­se Col­lins.

– Czy chcesz mi coś po­wie­dzieć?

– Chcę. – Win roz­ło­żył dło­nie i znów je zło­żył. – Co łą­czy te wszyst­kie ko­bie­ty, two­je byłe mi­ło­ści?

– Ty mi to po­wiedz – rzekł My­ron.

– Jed­no sło­wo: uro­da.

– To ma być to sło­wo?

– Go­rą­ce sztu­ki – cią­gnął Win swym sno­bi­stycz­nym to­nem. – Jed­na w dru­gą. W ska­li od jed­ne­go do dzie­się­ciu oce­nił­bym Emi­ly na dzie­więć. I by­ła­by to naj­niż­sza oce­na. Uro­da Jes­si­ki tak biła po oczach, że wy­cho­dzi­ła poza ska­lę. Te­re­se Col­lins i Bren­dzie Slau­gh­ter dał­bym pra­wie dzie­sięć.

– I jako eks­pert.

– Dał­bym jej naj­wy­żej sie­dem – do­koń­czył za nie­go Win.

My­ron tyl­ko po­krę­cił gło­wą.

– Dla­te­go po­wiedz mi, pro­szę – rzekł Win – co cię w niej tak po­cią­ga?

– Py­tasz po­waż­nie?

– Owszem.

– No cóż, mam dla cie­bie wia­do­mość, Win. Przede wszyst­kim, cho­ciaż to nie­istot­ne, nie zga­dzam się z two­ją oce­ną.

– Ach tak? Ile więc dał­byś pani Wil­der?

– Nie za­mie­rzam o tym z tobą dys­ku­to­wać. Jed­nak po­wiem ci coś. Ali ma ten ro­dzaj uro­dy, któ­ry do­ce­nia się z cza­sem. Z po­cząt­ku uwa­żasz, że jest dość atrak­cyj­na, ale kie­dy le­piej ją po­znasz.

– Ba.

– Ba?

– Do­ra­biasz teo­rię do fak­tów.

– No cóż, mam dla cie­bie jesz­cze jed­ną wia­do­mość. Wy­gląd nie jest naj­waż­niej­szy.

– Ba.

– Znów to ba?

Win po­now­nie złą­czył czub­ki pal­ców.

– Za­graj­my w taką grę. Ja po­wiem ja­kieś sło­wo. Ty po­wiesz mi, z czym ci się ono sko­ja­rzy­ło.

My­ron za­mknął oczy.

– Nie wiem, dla­cze­go dys­ku­tu­ję z tobą o spra­wach ser­co­wych. To jak roz­ma­wiać z głu­chym o Mo­zar­cie.

– Tak, bar­dzo za­baw­ne. Oto pierw­sze sło­wo. A wła­ści­wie dwa. Po­wiedz mi, z czym ci się ko­ja­rzy: Ali Wil­der.

– Cie­pło – rzekł My­ron.

– Łgarz.

– No do­brze, chy­ba po­win­ni­śmy za­koń­czyć tę roz­mo­wę.

– My­ro­nie?

– Co?

– Kie­dy ostat­ni raz pró­bo­wa­łeś ko­goś ura­to­wać?

Jak zwy­kle przed ocza­mi My­ro­na w stro­bo­sko­po­wych roz­bły­skach prze­mknę­ło sze­reg twa­rzy. Pró­bo­wał o nich za­po­mnieć.

– My­ro­nie?

– Nie za­czy­naj – po­wie­dział ci­cho My­ron. – Do­sta­łem na­ucz­kę.

– Na­praw­dę?

Te­raz my­ślał o Ali, o tym cu­dow­nym uśmie­chu i szcze­rej twa­rzy. My­ślał o Aimee i Erin w swo­im daw­nym po­ko­ju w su­te­re­nie, a tak­że o obiet­ni­cy, któ­rą na nich wy­mu­sił.

– Ali nie po­trze­bu­je ra­tun­ku, My­ro­nie.

– My­ślisz, że o to mi cho­dzi?

– Kie­dy wy­ma­wiam jej imię, z czym ci się ono ko­ja­rzy?

– Z cie­płem – po­wtó­rzył My­ron.

Jed­nak tym ra­zem na­wet on wie­dział, że to kłam­stwo.

Sześć lat.

Tyle cza­su mi­nę­ło, od kie­dy My­ron ostat­nio od­gry­wał su­per­bo­ha­te­ra. Przez tych sześć lat ni­ko­go nie ude­rzył. Nie miał w ręku bro­ni, nie mó­wiąc już o strze­la­niu z niej. Ni­ko­mu nie gro­ził i jemu nie gro­żo­no. Nie żar­to­wał z wy­kar­mio­ny­mi ste­ry­da­mi mię­śnia­ka­mi. Nie wzy­wał Wina, nadal naj­bar­dziej prze­ra­ża­ją­ce­go czło­wie­ka, ja­kie­go znał, żeby dał mu wspar­cie lub wy­cią­gnął go z ta­ra­pa­tów. Przez tych sześć lat ża­den z jego klien­tów nie zo­stał za­mor­do­wa­ny – co w jego in­te­re­sie było praw­dzi­wym suk­ce­sem. Ża­den nie zo­stał po­strze­lo­ny ani aresz­to­wa­ny – no, oprócz tego oskar­że­nia o pro­sty­tu­cję w Las Ve­gas, ale My­ron nadal twier­dził, że to była pro­wo­ka­cja. Ża­den z jego klien­tów, zna­jo­mych czy bli­skich nie za­gi­nął.

My­ron do­stał na­ucz­kę.

Nie pchaj nosa w nie swo­je spra­wy. Nie je­steś Bat­ma­nem, a Win nie jest psy­cho­pa­tycz­nym Ro­bi­nem. Owszem, w cza­sach gdy ba­wił się w bo­ha­te­ra, My­ron ura­to­wał kil­ka nie­win­nych osób, w tym swo­je dziec­ko. Je­re­my, jego syn, miał te­raz dzie­więt­na­ście lat – w to też My­ro­no­wi trud­no było uwie­rzyć – i od­by­wał służ­bę woj­sko­wą w ja­kimś bli­żej nie­okre­ślo­nym miej­scu na Bli­skim Wscho­dzie.

Jed­nak i tu­taj My­ron wy­rzą­dził szko­dy. Spójrz­cie, co sta­ło się z Du­ane, Chri­stia­nem, Gre­giem, Lin­dą i Jac­kiem. A przede wszyst­kim – o czym My­ron nie mógł za­po­mnieć – z Bren­dą. Wciąż czę­sto cho­dził na jej grób. Może i tak by zgi­nę­ła, nie wia­do­mo. Może to nie była jego wina.

Zwy­cię­stwa szyb­ko prze­mi­ja­ją. Klę­ski i umar­li zo­sta­ją z tobą, kle­pią cię w ra­mię, idą z tobą krok w krok, na­wie­dza­ją w snach.

Tak czy in­a­czej My­ron po­grze­bał swój kom­pleks bo­ha­te­ra. Przez sześć ostat­nich lat jego ży­cie było spo­koj­ne, nor­mal­ne, prze­cięt­ne – na­wet nud­ne.

Po­zmy­wał na­czy­nia. Po­miesz­ki­wał w Li­ving­ston w sta­nie New Jer­sey, w tym sa­mym mie­ście – a na­wet w tym sa­mym domu – w któ­rym się wy­cho­wał. Jego ro­dzi­ce, uko­cha­ni El­len i Alan Bo­li­ta­ro­wie, przed pię­cio­ma laty wy­emi­gro­wa­li stąd i wró­ci­li w swo­je ro­dzin­ne stro­ny na po­łu­dniu Flo­ry­dy. My­ron ku­pił ich dom, trak­tu­jąc to jako in­we­sty­cję (i to do­brą), a tak­że po to, żeby ro­dzi­ce mie­li gdzie się za­trzy­mać, gdy przy­ja­dą tu na kil­ka cie­plej­szych mie­się­cy roku. Mniej wię­cej jed­ną trze­cią cza­su spę­dzał w tym domu na przed­mie­ściach, a dwie trze­cie w wy­naj­mo­wa­nym wspól­nie z Wi­nem apar­ta­men­cie w słyn­nym bu­dyn­ku Da­ko­ta przy Cen­tral Park West w cen­trum No­we­go Jor­ku.

Po­my­ślał o na­stęp­nej nocy i rand­ce z Ali. Win był idio­tą, bez wąt­pie­nia, lecz jak zwy­kle swo­imi py­ta­nia­mi tra­fił w czu­ły punkt, je­śli nie w dzie­siąt­kę. Za­po­mnij­my o wy­glą­dzie. To kom­plet­ny non­sens. I za­po­mnij­my o kom­plek­sie bo­ha­te­ra. Nie o to cho­dzi. Coś jed­nak w tym było i mia­ło to coś wspól­ne­go z tra­ge­dią Ali. Cho­ciaż bar­dzo się sta­rał, nie mógł po­zbyć się tego wra­że­nia.

Co do kom­plek­su bo­ha­te­ra, to obiet­ni­ca, któ­rą wy­mógł na Aimee i Erin, nie mia­ła z tym nic wspól­ne­go. Nie­waż­ne, kim je­steś – do­ra­sta­nie to trud­ny okres. Szko­ła śred­nia to pole bi­twy. Jako chło­piec My­ron cie­szył się po­pu­lar­no­ścią. Był jed­nym z naj­lep­szych ko­szy­ka­rzy w kra­ju i – cy­tu­jąc ulu­bio­ny zwrot ko­men­ta­to­rów – obie­cu­ją­cym mło­dym spor­tow­cem. Je­śli ko­muś w szko­le wszyst­ko po­win­no iść jak po ma­śle, to za­wod­ni­ko­wi ta­kie­mu jak My­ron Bo­li­tar. Jed­nak nie szło. Nikt nie prze­cho­dzi tego okre­su bez szwan­ku.

Okres doj­rze­wa­nia po pro­stu trze­ba prze­trwać. To wszyst­ko. Trze­ba go prze­żyć.

Może wła­śnie to po­wi­nien po­wie­dzieć tym dwom dziew­czę­tom.

4

Na­stęp­ne­go ran­ka My­ron po­je­chał do pra­cy.

Jego biu­ro znaj­do­wa­ło się na dwu­dzie­stym pię­trze wie­żow­ca Lock-Hor­ne – na­zwa­ne­go tak od na­zwi­ska Wina – przy Park Ave­nue i Pięć­dzie­sią­tej Dru­giej Uli­cy w cen­trum Man­hat­ta­nu. Kie­dy otwo­rzy­ły się drzwi win­dy, My­ro­na po­wi­ta­ła duża ta­blicz­ka – nie­daw­no tu umiesz­czo­na – gło­szą­ca wy­myśl­ny­mi li­te­ra­mi: REP MB.

To Espe­ran­za wy­my­śli­ła ten nowy znak fir­mo­wy. M jak My­ron. B jak Bo­li­tar. Rep ze wzglę­du na to, że zaj­mo­wa­li się re­pre­zen­to­wa­niem. My­ron oso­bi­ście wy­my­ślił ten skrót. Kie­dy mó­wił o tym lu­dziom, ro­bił zna­czą­cą prze­rwę, cze­ka­jąc, aż ucich­ną okla­ski.

Po­cząt­ko­wo, kie­dy dzia­ła­ła je­dy­nie w śro­do­wi­sku spor­to­wym, fir­ma na­zy­wa­ła się Agen­cja Rep­Sport MB, a nie Rep MB. W cią­gu ostat­nich pię­ciu lat fir­ma roz­sze­rzy­ła swój pro­fil dzia­łal­no­ści, re­pre­zen­tu­jąc ak­to­rów, au­to­rów i róż­ne zna­ne oso­bi­sto­ści. Stąd ten spryt­ny skrót pier­wot­nej na­zwy. Trze­ba po­zbyć się zby­tecz­nych rze­czy, spa­lić nad­miar tłusz­czu. No tak, oto Rep MB, dzia­ła­ją­ca zgod­nie ze swo­ją na­zwą.

My­ron usły­szał płacz dziec­ka. Wi­docz­nie Espe­ran­za już przy­szła. Zaj­rzał do jej ga­bi­ne­tu.

Kar­mi­ła pier­sią. Na­tych­miast spu­ścił wzrok.

– Hmm, przyj­dę póź­niej.

– Nie bądź głu­pi – po­wie­dzia­ła Espe­ran­za. – My­ślał­by kto, że jesz­cze nig­dy nie wi­dzia­łeś pier­si.

– Wi­dzia­łem, ale nie ostat­nio.

– I na pew­no nie taką dużą – do­da­ła. – Usiądź.

Z po­cząt­ku w Rep­Sport MB My­ron był su­per­a­gen­tem, a Espe­ran­za re­cep­cjo­nist­ką, se­kre­tar­ką i żeń­ską od­mia­ną Pię­tasz­ka. Być może pa­mię­ta­cie Espe­ran­zę z cza­sów, gdy wy­stę­po­wa­ła jako mała, sek­sow­na, za­wo­do­wa za­pa­śnicz­ka pod pseu­do­ni­mem Mała Po­ca­hon­tas. W każ­dy nie­dziel­ny ra­nek na no­wo­jor­skim Chan­nel 11 Espe­ran­za po­ja­wia­ła się na rin­gu, w pió­ro­pu­szu i uszy­tym ze sztucz­ne­go za­mszu bi­ki­ni, na któ­re­go wi­dok śli­ni­ła się cała mę­ska część wi­dow­ni. Ra­zem ze swo­ją part­ner­ką, Wiel­ką Sze­fo­wą, w praw­dzi­wym ży­ciu zna­ną jako Wiel­ka Cyn­di, zdo­by­ły mię­dzy­na­ro­do­wą na­gro­dę or­ga­ni­za­cji Pięk­no i Uro­da Za­pa­śnic­twa, czy­li PiUZ. Po­cząt­ko­wo or­ga­ni­za­cja mia­ła na­zy­wać się Pięk­no i Chwa­ła Za­pa­śnic­twa, ale me­dia mia­ły kło­pot z nie­po­praw­nym po­li­tycz­nie skró­tem.

Obec­nie Espe­ran­za była wi­ce­pre­ze­sem fir­my, ale pra­wie sa­mo­dziel­nie pro­wa­dzi­ła jej dział spor­to­wy.

– Prze­pra­szam, że nie by­łam na two­im wie­czor­ku za­po­znaw­czym.

– To nie był wie­czo­rek za­po­znaw­czy.

– Sko­ro tak mó­wisz… Hec­tor się prze­zię­bił.

– Już mu le­piej?

– W po­rząd­ku.

– A co mamy na ta­pe­cie?

– Mi­cha­ela Di­sce­po­lo. Mu­si­my za­ła­twić spra­wę jego kon­trak­tu.

– Gi­gan­ci wciąż wlo­ką się w ogo­nie?

– Tak.

– Za­tem po­wi­nien za­cho­wać nie­za­leż­ność – rzekł My­ron. – Uwa­żam, że to bę­dzie do­bre po­su­nię­cie, szcze­gól­nie ze wzglę­du na to, jak on gra.

– Tyl­ko że Di­sce­po­lo to lo­jal­ny fa­cet. Wo­lał­by pod­pi­sać z nimi kon­trakt.

Espe­ran­za od­ję­ła Hec­to­ra od pier­si i przy­ło­ży­ła go do dru­giej. My­ron sta­rał się nie od­wra­cać oczu zbyt szyb­ko. Nig­dy nie wie­dział, jak ma się za­cho­wać, kie­dy ko­bie­ta kar­mi­ła przy nim pier­sią. Chciał pod­cho­dzić do tego w doj­rza­ły spo­sób, ale nie miał po­ję­cia jak. Nie ga­pić się, ale też nie od­wra­cać wzro­ku. Jak to wy­po­środ­ko­wać?

– Mam ci coś do po­wie­dze­nia – ode­zwa­ła się po chwi­li Espe­ran­za.

– Och?

– Tom i ja po­bie­ra­my się.

My­ron nic nie po­wie­dział. Po­czuł się dziw­nie.

– No co?

– Gra­tu­la­cje.

– Tyl­ko tyle?

– Je­stem za­sko­czo­ny, to wszyst­ko. Ale na­praw­dę uwa­żam, że to wspa­nia­ła wia­do­mość. Kie­dy bę­dzie ten wiel­ki dzień?

– Za trzy ty­go­dnie, w so­bo­tę. Po­zwól jed­nak, że o coś cię za­py­tam. Te­raz, kie­dy wy­cho­dzę za ojca mo­je­go dziec­ka, czy nadal je­stem ko­bie­tą upa­dłą?

– Nie są­dzę.

– Do li­cha. Lu­bię być ko­bie­tą upa­dłą.

– No cóż, i tak masz nie­ślub­ne dziec­ko.

– Cel­na uwa­ga. Będę się tym po­cie­szać.

My­ron po­pa­trzył na nią.

– Co jest?

– Ty za­męż­na.

Po­krę­cił gło­wą.

– Nig­dy nie lu­bi­łam trwa­łych związ­ków, praw­da?

– Zmie­nia­łaś part­ne­rów jak rę­ka­wicz­ki.

Espe­ran­za uśmiech­nę­ła się.

– Praw­da.

– Na­wet nie pa­mię­tam, że­byś dłu­żej niż… po­wiedz­my mie­siąc, trzy­ma­ła się jed­nej płci.

– Cu­dow­ny bi­sek­su­alizm. Jed­nak z To­mem jest in­a­czej.

– Dla­cze­go?

– Ko­cham go.

Nic nie po­wie­dział.

– Nie są­dzi­łeś, że po­tra­fię zwią­zać się z jed­ną oso­bą.

– Nig­dy tego nie mó­wi­łem.

– Wiesz, na czym po­le­ga bi­sek­su­alizm?

– Oczy­wi­ście – od­parł My­ron. – Cho­dzi­łem z wie­lo­ma bi­sek­su­al­ny­mi ko­bie­ta­mi. Jak tyl­ko wspo­mnia­łem o sek­sie, sły­sza­łem „cześć”.

Espe­ran­za tyl­ko po­pa­trzy­ła na nie­go.

– No do­brze, to sta­ry ka­wał – rzekł. – Po pro­stu.

Wzru­szył ra­mio­na­mi.

– Lu­bię ko­bie­ty i męż­czyzn. Je­śli jed­nak wią­żę się z kimś, to z oso­bą, nie z płcią. Ro­zu­miesz?

– Ja­sne.

– To do­brze. A te­raz po­wiedz mi, co jest nie w po­rząd­ku z tobą i tą Ali Wil­der.

– Wszyst­ko jest w po­rząd­ku.

– Win mówi, że jesz­cze nie spa­li­ście ze sobą.

– Win tak po­wie­dział?

– Tak.

– Kie­dy?

– Dziś rano.

– Po pro­stu przy­szedł tu i tak po­wie­dział?

– Naj­pierw rzu­cił uwa­gę na te­mat mo­je­go biu­stu po­więk­szo­ne­go po po­ro­dzie, a po­tem, owszem, po­wie­dział mi, że cho­dzisz na rand­ki z tą ko­bie­tą pra­wie od dwóch mie­się­cy i jesz­cze nie za­bra­łeś się do rze­czy.

– Z cze­go to wnio­sku­je?

– Z mowy cia­ła.

– Tak po­wie­dział?

– Win umie in­ter­pre­to­wać mowę cia­ła.

My­ron po­trzą­snął gło­wą.

– Za­tem ma ra­cję?

– Dziś wie­czo­rem mam zjeść ko­la­cję u Ali. Dzie­ci zo­sta­ną na noc u jej sio­stry.

– Ona tak za­pla­no­wa­ła?

– Tak.

– I jesz­cze nie…?

Wciąż kar­miąc Hec­to­ra, Espe­ran­za zdo­ła­ła wy­ko­nać zna­czą­cy gest.

– Jesz­cze nie.

– O rany.

– Cze­kam na ja­kiś znak.

– Jaki? Ma ci przy­słać wici? Za­pro­si­ła cię do swo­je­go domu i za­po­wie­dzia­ła, że dzie­ci nie bę­dzie przez całą noc.

– Wiem.

– To mię­dzy­na­ro­do­wy znak ozna­cza­ją­cy „po­ciup­ciaj mnie”. Nic nie po­wie­dział.

– My­ro­nie?

– Tak.

– Ona jest wdo­wą, nie in­wa­lid­ką. Za­pew­ne jest prze­ra­żo­na.

– Dla­te­go się nie spie­szę.

– To słod­kie i szla­chet­ne, ale głu­pie. I wca­le nie po­ma­ga.

– Za­tem su­ge­ru­jesz…?

– Po­tęż­ne ciup­cia­nie, tak.

5

My­ron zja­wił się u Ali o siód­mej wie­czór.

Miesz­ka­ła w Kas­sel­ton, mia­stecz­ku od­da­lo­nym o pięt­na­ście mi­nut jaz­dy na pół­noc od Li­ving­ston. Przed wyj­ściem z domu My­ron od­pra­wił cały ry­tu­ał. Użyć wody ko­loń­skiej czy nie? To było ła­twe: żad­nej wody. Slip­ki czy bok­ser­ki? Wy­brał po­śred­nie roz­wią­za­nie: ni to ob­ci­słe bok­ser­ki, ni to slip­ki z no­gaw­ka­mi. Bok­ser­ko­slip­ki, gło­sił na­pis na opa­ko­wa­niu. Wło­żył sza­re. Po­nad­to ja­sno­brą­zo­wy pu­lo­wer fir­my Ba­na­na Re­pu­blic, a pod spód czar­ny pod­ko­szu­lek. Dżin­sy Gap. Nogi wbił w mo­ka­sy­ny roz­miar 46 z sie­ci skle­pów Toda. Nie mógł­by się ubrać bar­dziej po ame­ry­kań­sku, na­wet gdy­by chciał.

Drzwi otwo­rzy­ła mu Ali. Świa­tła w domu były przy­ciem­nio­ne. Mia­ła na so­bie czar­ną suk­nię z owal­nym de­kol­tem. Wło­sy upię­te. My­ron lu­bił ta­kie ucze­sa­nie. Więk­szość męż­czyzn lubi roz­pusz­czo­ne wło­sy. On za­wsze wo­lał, żeby nie za­sła­nia­ły twa­rzy.

Przy­glą­dał jej się przez chwi­lę, a po­tem po­wie­dział:

– Oo.

– A po­dob­no umiesz ka­dzić.

– Sta­ram się po­wstrzy­my­wać.

– Dla­cze­go?

– Jak za­czy­nam ka­dzić – rzekł My­ron – ko­bie­ty w trzech naj­bliż­szych sta­nach zrzu­ca­ją szat­ki. Mu­szę uwa­żać.

– No to mam szczę­ście. Wejdź wresz­cie.

Jesz­cze nig­dy nie za­szedł da­lej niż do holu. Ali po­szła do kuch­ni. My­ron był spię­ty. Na ścia­nie wi­sia­ły ro­dzin­ne zdję­cia. Rzu­cił na nie okiem. Zo­ba­czył twarz Ke­vi­na. Na co naj­mniej czte­rech róż­nych fo­to­gra­fiach. My­ron nie chciał się ga­pić, ale przy­warł wzro­kiem do zdję­cia Erin. Ła­pa­ła ryby z oj­cem. Mia­ła po­ra­ża­ją­cy uśmiech. Pró­bo­wał wy­obra­zić so­bie dziew­czy­nę ze swo­jej su­te­re­ny uśmie­cha­ją­cą się w taki spo­sób, ale nie mógł.

Znów spoj­rzał na Ali. Ja­kiś cień prze­mknął po jej twa­rzy.

My­ron wcią­gnął no­sem po­wie­trze.

– Co go­tu­jesz?

– Po­traw­kę z kur­cza­ka.

– Pach­nie wspa­nia­le.

– Mo­że­my naj­pierw po­roz­ma­wiać?

– Ja­sne.

Po­szli do sa­lo­nu. My­ron sta­rał się nie tra­cić gło­wy. Ro­zej­rzał się, szu­ka­jąc in­nych zdjęć. Zo­ba­czył ślub­ne zdję­cie w ram­ce. Po­my­ślał, że Ali ma na nim zbyt na­ta­pi­ro­wa­ne wło­sy, ale może wte­dy była taka moda. Uznał, że te­raz jest ład­niej­sza. Tak się dzie­je z nie­któ­ry­mi ko­bie­ta­mi. Była tam tak­że fo­to­gra­fia pię­ciu męż­czyzn w iden­tycz­nych czar­nych smo­kin­gach i musz­kach. Do­my­ślił się, że to druż­bo­wie. Ali po­wio­dła wzro­kiem w ślad za jego spoj­rze­niem. Po­de­szła i pod­nio­sła zdję­cie.

– Ten to brat Ke­vi­na – po­wie­dzia­ła, po­ka­zu­jąc dru­gie­go męż­czy­znę po pra­wej.

My­ron ski­nął gło­wą.

– Po­zo­sta­li pra­co­wa­li ra­zem z Ke­vi­nem w fir­mie Car­son Wil­kie. Byli jego naj­lep­szy­mi przy­ja­ciół­mi.

– Czy oni… – za­czął My­ron.

– Wszy­scy zgi­nę­li. Wszy­scy mie­li żony i dzie­ci.

Po­czuł się jak słoń w skła­dzie por­ce­la­ny.

– Nie mu­sisz tego ro­bić – rzekł My­ron.

– Owszem, My­ro­nie, mu­szę.

Usie­dli.

– Kie­dy Cla­ire umó­wi­ła nas po raz pierw­szy – za­czę­ła Ali – po­wie­dzia­łam jej, że bę­dziesz mu­siał po­ru­szyć te­mat je­de­na­ste­go wrze­śnia. Mó­wi­ła ci?

– Tak.

– Jed­nak nie po­ru­szy­łeś.

Otwo­rzył usta, za­mknął je i spró­bo­wał po­now­nie.

– A jak mia­łem to zro­bić? Cześć, jak się masz. Sły­sza­łem, że po za­ma­chu z je­de­na­ste­go wrze­śnia zo­sta­łaś wdo­wą, wo­lisz kuch­nię wło­ską czy chiń­ską?

Ali kiw­nę­ła gło­wą.

– Masz ra­cję.

W rogu stał wiel­ki, zdo­bio­ny ze­gar. Aku­rat te­raz za­czął bić. My­ron za­sta­na­wiał się, skąd Ali go wzię­ła, jaką hi­sto­rię ma każ­da z tych rze­czy i czy Ke­vin pa­trzy na nich te­raz, gdy tak sie­dzą w tym domu, jego domu.

– Ke­vin i ja za­czę­li­śmy cho­dzić ze sobą na po­cząt­ku szko­ły śred­niej. Po­sta­no­wi­li­śmy zro­bić so­bie prze­rwę na pierw­szym roku stu­diów. Ja po­szłam na uni­we­rek, on do Whar­ton. To była doj­rza­ła de­cy­zja. Kie­dy jed­nak przy­je­cha­li­śmy do domu na Świę­to Dzięk­czy­nie­nia i spo­tka­li­śmy się. – Wzru­szy­ła ra­mio­na­mi. – Nig­dy nie by­łam z in­nym męż­czy­zną. Nig­dy. No już, po­wie­dzia­łam to. Nie wie­dzia­łam, czy ro­bi­my to do­brze, czy źle. Dziw­nie to brzmi? My­ślę, że uczy­li­śmy się sie­bie.

My­ron sie­dział obok niej. Tuż obok. Nie był pe­wien, co po­wi­nien zro­bić – oto mo­tyw prze­wod­ni ca­łe­go jego ży­cia. Przy­su­nął dłoń bli­żej jej dło­ni. Uję­ła ją i przy­trzy­ma­ła.

– Nie wiem, kie­dy uświa­do­mi­łam so­bie, że je­stem go­to­wa cho­dzić na rand­ki. Trwa­ło to dłu­żej niż u in­nych wdów. Roz­ma­wia­łam o tym, oczy­wi­ście, z in­ny­mi wdo­wa­mi. Dużo roz­ma­wia­ły­śmy. Jed­nak pew­ne­go dnia rze­kłam so­bie: w po­rząd­ku, może już czas. Po­wie­dzia­łam o tym Cla­ire. A kie­dy za­pro­po­no­wa­ła mi spo­tka­nie z tobą, wiesz, co so­bie po­my­śla­łam?

My­ron po­krę­cił gło­wą.

– Za wy­so­kie pro­gi, ale może bę­dzie za­baw­nie. Po­my­śla­łam – wpraw­dzie to za­brzmi głu­pio, ale pro­szę, pa­mię­taj, że wca­le cię wte­dy nie zna­łam – że bę­dziesz do­brym sta­dium przej­ścio­wym.

– Sta­dium przej­ścio­wym?

– Wiesz, co chcę po­wie­dzieć. Były spor­to­wiec. Za­pew­ne miał mnó­stwo ko­biet. Po­my­śla­łam so­bie, no cóż, to bę­dzie ty­po­wa rand­ka. Zwy­czaj­ny pod­ryw. A po­tem może znaj­dę so­bie ko­goś mi­łe­go. Czy to ma sens?

– Tak są­dzę – od­parł My­ron. – Po pro­stu in­te­re­so­wa­ło cię tyl­ko moje cia­ło.

– Krót­ko mó­wiąc, tak.

– Je­stem za­ła­ma­ny. A może pod­nie­co­ny? Zo­stań­my przy pod­nie­co­nym.

Uśmiech­nę­ła się.

– Nie ob­raź się, pro­szę.

– Nie ob­ra­żam się. – I za­raz do­rzu­cił: – La­fi­ryn­do.

Par­sk­nę­ła per­li­stym śmie­chem.

– No i co się sta­ło z tym two­im pla­nem? – za­py­tał.

– Oka­za­łeś się inny, niż ocze­ki­wa­łam.

– To do­brze czy źle?

– Nie wiem. Cho­dzi­łeś z Jes­si­cą Cu­lver. Czy­ta­łam o tym w ma­ga­zy­nie „Pe­ople”.

– Owszem.

– Czy to była po­waż­na spra­wa?

– Tak.

– Ona jest wiel­ką pi­sar­ką.

My­ron ski­nął gło­wą.

– Jest też osza­ła­mia­ją­co pięk­na.

– Ty je­steś osza­ła­mia­ją­co pięk­na.

– Nie aż tak.

Miał ocho­tę się spie­rać, ale wie­dział, że za­brzmia­ło­by to pro­tek­cjo­nal­nie.

– Kie­dy umó­wi­łeś się ze mną, po­my­śla­łam, że szu­kasz… sama nie wiem, ja­kiejś od­mia­ny.

– Ja­kiej od­mia­ny? – spy­tał.

– Je­stem wdo­wą z je­de­na­ste­go wrze­śnia – przy­po­mnia­ła. – Cho­ciaż nie­chęt­nie o tym mó­wię, czy­ni mnie to swe­go ro­dza­ju zna­ko­mi­to­ścią.

Wie­dział, że mia­ła ra­cję. Po­my­ślał o tym, co po­wie­dział Win, o pierw­szym, co przy­cho­dzi ci do gło­wy, kie­dy sły­szysz jej na­zwi­sko.

– Dla­te­go po­my­śla­łam so­bie – po­now­nie przy­po­mi­nam, że cię nie zna­łam, wie­dzia­łam tyl­ko, że je­steś przy­stoj­nym by­łym spor­tow­cem, któ­ry cho­dzi na rand­ki z ko­bie­ta­mi wy­glą­da­ją­cy­mi jak su­per­mo­del­ki – po­my­śla­łam, że mogę być dla cie­bie in­te­re­su­ją­cą zdo­by­czą.

– Jako wdo­wa z je­de­na­ste­go wrze­śnia?

– Tak.

– To cho­re.

– Nie­zu­peł­nie.

– Jak to?

– Tak jak po­wie­dzia­łam. Je­stem swe­go ro­dza­ju zna­ko­mi­to­ścią. Lu­dzie, któ­rzy daw­niej nig­dy by się do mnie nie ode­zwa­li, na­gle chcą się ze mną spo­tkać. Wciąż mi się to zda­rza. Mniej wię­cej przed mie­sią­cem za­czę­łam gry­wać na tym no­wym kor­cie Rac­ket Club. Jed­na z ko­biet – bo­ga­ta snob­ka, któ­ra nie po­zwo­li­ła­by mi na­wet przejść przez po­dwór­ko, kie­dy przy­je­cha­li­śmy do tego mia­sta – po­de­szła do mnie z miną och-ach.

– Z miną och-ach?

– Tak to na­zy­wam. Mina och-ach. Wy­glą­da tak.

Za­de­mon­stro­wa­ła mu. Wy­dę­ła war­gi, zmarsz­czy­ła brwi i za­trze­po­ta­ła rzę­sa­mi.

– Wy­glą­dasz jak Do­nald Trump spry­ska­ny ga­zem obez­wład­nia­ją­cym.

– To jest wła­śnie mina och-ach. Od śmier­ci Ke­vi­na czę­sto ją wi­du­ję. Ni­ko­mu nie mam tego za złe. To na­tu­ral­ne. Jed­nak ta ko­bie­ta z miną och-ach pod­cho­dzi do mnie, bie­rze mnie za ręce, pa­trzy mi w oczy i robi z tego ta­kie przed­sta­wie­nie, że mam ocho­tę wrza­snąć, a po­tem mówi: „Ty je­steś Ali Wil­der? Och, tak bar­dzo chcia­łam się z tobą spo­tkać. Jak się czu­jesz?”. Ro­zu­miesz, o co mi cho­dzi?

– Ro­zu­miem.

Po­pa­trzy­ła na nie­go.

– Bo co?

– Rand­ki z tobą oka­za­ły się inną wer­sją miny och-ach.

– Chy­ba nie na­dą­żam.

– Wciąż mi mó­wisz, że je­stem pięk­na.

– Bo je­steś.

– Wi­dzia­łeś mnie trzy razy, kie­dy by­łam mę­żat­ką.

My­ron nic nie po­wie­dział.

– Czy wte­dy my­śla­łeś, że je­stem pięk­na?

– Sta­ram się nie my­śleć w taki spo­sób o mę­żat­kach.

– Czy cho­ciaż pa­mię­tasz, że się spo­tka­li­śmy?

– Nie, ra­czej nie.

– Gdy­bym wy­glą­da­ła jak Jes­si­ca Cu­lver, to za­pa­mię­tał­byś mnie, na­wet gdy­bym była mę­żat­ką.

Cze­ka­ła.

– Co mam ci na to po­wie­dzieć, Ali?

– Nic. Jed­nak już czas, że­byś prze­stał trak­to­wać mnie ze współ­czu­ciem. To nie­waż­ne, kie­dy za­czą­łeś się ze mną uma­wiać. Waż­ne jest to, dla­cze­go je­steś tu te­raz.

– Mogę?

– Co ta­kie­go?

– Czy mogę ci po­wie­dzieć, dla­cze­go tu je­stem?

Ali prze­łknę­ła śli­nę i po raz pierw­szy mia­ła nie­pew­ną minę. Przy­zwa­la­ją­co mach­nę­ła ręką.

Rzu­cił się w głę­bo­ką wodę.

– Je­stem tu­taj, po­nie­waż na­praw­dę cię lu­bię, po­nie­waż mogę my­lić się w wie­lu spra­wach i być może masz ra­cję co do lu­dzi z mi­na­mi och-ach, ale ja je­stem tu­taj, bo nie mogę prze­stać o to­bie my­śleć. Przez cały czas my­ślę o to­bie, a kie­dy to ro­bię, mam na ustach ten głup­ko­wa­ty uśmiech. To wy­glą­da tak. – Te­raz on za­de­mon­stro­wał. – Wła­śnie dla­te­go tu­taj je­stem, ro­zu­miesz?

– To jest – Ali bez­sku­tecz­nie usi­ło­wa­ła po­wstrzy­mać uśmiech – na­praw­dę do­bra od­po­wiedź.

Już miał rzu­cić ja­kąś dow­cip­ną uwa­gę, ale nie zro­bił tego. Z wie­kiem przy­cho­dzi umiar.

– My­ro­nie?

– Tak?

– Chcę, że­byś mnie po­ca­ło­wał. I wziął mnie w ra­mio­na. Chcę, że­byś za­niósł mnie na górę i ko­chał się ze mną. Chcę, że­byś zbyt wie­le nie ocze­ki­wał, po­nie­waż ja też tego nie ro­bię. Może ju­tro cię rzu­cę albo ty mnie. Nie­waż­ne. Jed­nak nie je­stem ze szkła. Nie za­mie­rzam ci opi­sy­wać pie­kła, ja­kie prze­ży­łam przez pięć ostat­nich lat, ale je­stem sil­niej­sza, niż my­ślisz. Je­śli nasz zwią­zek nadal bę­dzie trwał, to ty bę­dziesz mu­siał być sil­ny, nie ja. Za­tem żad­nych zo­bo­wią­zań. Wiem, że chcesz być ry­cer­ski i szla­chet­ny. Jed­nak ja tego nie po­trze­bu­ję.

Dziś chcę tyl­ko cie­bie.

Ali na­chy­li­ła się i po­ca­ło­wa­ła go w usta. Naj­pierw de­li­kat­nie, a po­tem na­mięt­niej. My­ron po­czuł przy­pływ po­żą­da­nia. Po­ca­ło­wa­ła go zno­wu. My­ron był zgu­bio­ny.

Go­dzi­nę póź­niej – a może za­le­d­wie dwa­dzie­ścia mi­nut – My­ron bez­wład­nie prze­to­czył się na ple­cy.

– No i? – za­py­ta­ła Ali.

– O rany.

– Po­wiedz coś wię­cej.

– Daj mi zła­pać od­dech.

Ali za­śmia­ła się i przy­tu­li­ła jesz­cze moc­niej.

– Stra­ci­łem czu­cie – po­wie­dział. – Nie czu­ję rąk i nóg.

– Zu­peł­nie?

– Może lek­kie mro­wie­nie.

– Chy­ba nie ta­kie lek­kie. By­łeś wspa­nia­ły.

– Jak po­wie­dział kie­dyś Wo­ody Al­len, czę­sto ćwi­czę, kie­dy je­stem sam.

Po­ło­ży­ła gło­wę na jego pier­si. Jego sza­leń­czo ga­lo­pu­ją­ce ser­ce za­czę­ło zwal­niać. Za­pa­trzył się w su­fit.

– My­ro­nie?

– Tak?

– On nig­dy nie odej­dzie z mo­je­go ży­cia. Nig­dy nie opu­ści Erin i Jac­ka.

– Wiem.

– Więk­szość męż­czyzn nie po­tra­fi so­bie z tym po­ra­dzić.

– Ja też nie wiem, czy so­bie po­ra­dzę.

Po­pa­trzy­ła na nie­go i uśmiech­nę­ła się.

– Co?

– Je­steś szcze­ry. To mi się po­do­ba.

– Już nie je­stem jed­nym z tych z miną och-ach?

– Och, wy­kre­śli­łam to dwa­dzie­ścia mi­nut temu.

Wy­dął usta, zmarsz­czył brwi i za­trze­po­tał rzę­sa­mi.

– Cze­kaj, chy­ba wra­ca.

Znów po­ło­ży­ła gło­wę na jego pier­si.

– My­ro­nie?

– Tak?

– On nig­dy nie odej­dzie z mo­je­go ży­cia – po­wie­dzia­ła. – Jed­nak te­raz go tu nie ma. My­ślę, że te­raz je­ste­śmy tu tyl­ko we dwo­je.

6

Na trze­cim pię­trze Cen­trum Me­dycz­ne­go Świę­te­go Bar­na­by in­spek­tor do­cho­dze­nio­wy okrę­gu Es­sex Lo­ren Muse za­pu­ka­ła do drzwi z na­pi­sem dr med. Edna Sky­lar, ge­ne­tyk.

– Pro­szę – od­po­wie­dział ko­bie­cy głos.

Lo­ren prze­krę­ci­ła klam­kę i we­szła. Sky­lar sta­ła i cze­ka­ła na nią. Była wyż­sza od Lo­ren, jak więk­szość lu­dzi. Z wy­cią­gnię­tą ręką prze­szła przez po­kój. Wy­mie­ni­ły moc­ny uścisk dło­ni, nie prze­ry­wa­jąc kon­tak­tu wzro­ko­we­go. Edna Sky­lar życz­li­wie kiw­nę­ła gło­wą. Lo­ren zna­ła to po­dej­ście. Obie pra­co­wa­ły w za­wo­dach wciąż zdo­mi­no­wa­nych przez męż­czyzn. To je łą­czy­ło.

– Ze­chce pani usiąść?

Obie usia­dły. Na biur­ku Edny Sky­lar pa­no­wał ide­al­ny po­rzą­dek. Wpraw­dzie le­ża­ły na nim kar­to­no­we tecz­ki, ale uło­żo­no je w rów­ny stos i nie wy­sta­wa­ły z nich żad­ne pa­pie­ry. Ga­bi­net był ty­po­wy, z jed­nym du­żym oknem uka­zu­ją­cym wspa­nia­ły wi­dok na par­king.

Dok­tor Sky­lar uważ­nie przy­glą­da­ła się Lo­ren Muse. Lo­ren nie była tym za­chwy­co­na. Od­cze­ka­ła chwi­lę. Sky­lar nadal się na nią ga­pi­ła.

– Ja­kiś pro­blem? – za­py­ta­ła Lo­ren.

Edna Sky­lar uśmiech­nę­ła się.

– Prze­pra­szam, pa­skud­ny na­wyk.

– Jaki?

– Przy­glą­dam się twa­rzom.

– Uhm.

– To nie­waż­ne. No, może jed­nak. W ten spo­sób na to wpa­dłam.

Lo­ren chcia­ła przejść do sed­na spra­wy.

– Po­wie­dzia­ła pani mo­je­mu sze­fo­wi, że ma pani ja­kieś in­for­ma­cje o Ka­tie Ro­che­ster?

– Jak się ma Ed?

– Do­brze.

Uśmiech­nę­ła się cie­pło.

– To miły czło­wiek.

– Taak – po­wie­dzia­ła Lo­ren. – Wspa­nia­ły.

– Znam go od daw­na.

– Mó­wił mi.

– Dla­te­go do nie­go za­dzwo­ni­łam. Dłu­go roz­ma­wia­li­śmy o tej spra­wie.

– Wiem – po­wie­dzia­ła Lo­ren. – Dla­te­go mnie tu przy­słał.

Edna Sky­lar od­wró­ci­ła gło­wę i spoj­rza­ła za okno. Lo­ren pró­bo­wa­ła od­gad­nąć jej wiek. Za­pew­ne po sześć­dzie­siąt­ce, ale do­brze się trzy­ma­ła. Dok­tor Sky­lar była przy­stoj­ną ko­bie­tą o krót­ko ob­cię­tych si­wych wło­sach i wy­dat­nych ko­ściach po­licz­ko­wych, umie­ją­cą no­sić be­żo­wy ko­stium tak, aby nie był zbyt luź­ny ani nad­mier­nie ko­bie­cy.

– Pani dok­tor?

– Czy może mi pani po­wie­dzieć coś o tej spra­wie?

– Prze­pra­szam?

– O Ka­tie Ro­che­ster. Czy ofi­cjal­nie uzna­no jąza za­gi­nio­ną?

– Nie je­stem pew­na, czy to istot­ne.

Edna Sky­lar po­wo­li prze­nio­sła wzrok na Lo­ren Muse.

– Czy są­dzi­cie, że spo­tka­ło ją coś złe­go.

– Nie mogę o tym roz­ma­wiać.

– Czy uwa­ża­cie, że ucie­kła z domu? Kie­dy roz­ma­wia­łam z Edem, wy­da­wał się prze­ko­na­ny, że ucie­kła. Mó­wił, że wy­bie­ra­ła pie­nią­dze z ban­ko­ma­tu w cen­trum mia­sta. Ma do­syć su­ro­we­go ojca.

– Pro­ku­ra­tor Ste­in­berg po­wie­dział pani o tym?

– Tak.

– Dla­cze­go więc pyta pani mnie?

– Znam jego zda­nie – od­par­ła. – Chcę po­znać pani.

Lo­ren już mia­ła znów za­pro­te­sto­wać, ale Edna Sky­lar przy­glą­da­ła jej się zbyt uważ­nie. Lo­ren po­szu­ka­ła na jej biur­ku ro­dzin­nych fo­to­gra­fii. Nie zna­la­zła. Za­da­ła so­bie py­ta­nie, co z tego wy­ni­ka, i do­szła do wnio­sku, że nic. Sky­lar cze­ka­ła na od­po­wiedź.

– Ma już osiem­na­ście lat – po­wie­dzia­ła ostroż­nie Lo­ren.

– Wiem o tym.

– Za­tem jest już do­ro­sła.

– O tym też wiem. A co z jej oj­cem? Są­dzi pani, że ją mo­le­sto­wał?

Lo­ren za­sta­na­wia­ła się, jak to ro­ze­grać. Praw­dę mó­wiąc, nie po­do­bał się jej ten oj­ciec, nie lu­bi­ła go od po­cząt­ku. We­dług bazy da­nych Do­mi­nick Ro­che­ster miał po­wią­za­nia z ma­fią i może to było jed­nym z po­wo­dów uciecz­ki cór­ki. W koń­cu przy­czy­ny smut­ku mogą być róż­ne. Z dru­giej stro­ny każ­dy re­agu­je in­a­czej. To praw­da, że nie moż­na roz­po­znać win­ne­go na pod­sta­wie jego re­ak­cji. Nie­któ­rzy za­bój­cy po­tra­fią pła­kać w spo­sób, któ­re­go nie po­wsty­dził­by się Al Pa­ci­no. Inni za­cho­wu­ją nie­ludz­ką obo­jęt­ność. To samo do­ty­czy nie­win­nych. To tak jak­by sta­ło się w tłu­mie, w któ­ry ktoś rzu­cił gra­nat. Nie wiesz, kto na­kry­je go wła­snym cia­łem, a kto rzu­ci się do uciecz­ki.

Na­wet gdy­by uwzględ­nić to wszyst­ko, smu­tek ojca Ka­tie Ro­che­ster miał w so­bie coś dziw­ne­go. Był na­zbyt gład­ki. Jak­by ten czło­wiek wy­pró­bo­wy­wał róż­ne wcie­le­nia, szu­ka­jąc tego, któ­re bę­dzie naj­lep­sze dla wi­dow­ni. No i mat­ka dziew­czy­ny. Po jej oczach wy­raź­nie było wi­dać, że jest zdru­zgo­ta­na, ale czy kry­ła się za tym roz­pacz czy re­zy­gna­cja? Trud­no po­wie­dzieć.

– Nie mamy na to żad­nych do­wo­dów – po­wie­dzia­ła Lo­ren naj­mniej za­chę­ca­ją­cym to­nem, na jaki po­tra­fi­ła się zdo­być.

Edna Sky­lar nie za­re­ago­wa­ła.

– Pani py­ta­nia – do­da­ła Lo­ren – są tro­chę dziw­ne.

– Po­nie­waż jesz­cze nie wiem, co po­win­nam zro­bić.

– Z czym?

– Je­śli po­peł­nio­no prze­stęp­stwo, chcę po­móc. Jed­nak.

– Jed­nak?

– Wi­dzia­łam ją.

Lo­ren Muse za­cze­ka­ła mo­ment w na­dziei, że Edna Sky­lar po­wie coś wię­cej. Nie po­wie­dzia­ła.

– Wi­dzia­ła pani Ka­tie Ro­che­ster?

– Tak.

– Kie­dy?

– W so­bo­tę miną trzy ty­go­dnie.

– I mówi nam pani o tym do­pie­ro te­raz?

Edna Sky­lar znów pa­trzy­ła na par­king za oknem. Słoń­ce za­cho­dzi­ło, jego sko­śne pro­my­ki wpa­da­ły przez szpa­ry w ża­lu­zjach. To świa­tło ją po­sta­rza­ło.

– Dok­tor Sky­lar?

– Pro­si­ła mnie, że­bym ni­ko­mu o tym nie mó­wi­ła – wy­zna­ła, nie od­ry­wa­jąc oczu od wi­do­ku za oknem.

– Ka­tie?

Wciąż pa­trząc przez okno, Edna Sky­lar ski­nę­ła gło­wą.

– Roz­ma­wia­ła z nią pani?

– Może przez se­kun­dę.

– Co po­wie­dzia­ła?

– Że­bym ni­ko­mu nie mó­wi­ła, że ją wi­dzia­łam.

– I?

– I to wszyst­ko. W na­stęp­nej chwi­li zni­kła.

– Zni­kła?

– Po­je­cha­ła me­trem.

Te­raz sło­wa po­pły­nę­ły żyw­szym stru­mie­niem. Edna Sky­lar opo­wie­dzia­ła Lo­ren całą hi­sto­rię o tym, jak przy­glą­da­ła się twa­rzom, spa­ce­ru­jąc po No­wym Jor­ku, i za­uwa­ży­ła tę dziew­czy­nę po­mi­mo jej zmie­nio­ne­go wy­glą­du, jak ze­szła za nią do me­tra, a po­tem dziew­czy­na od­je­cha­ła.

Lo­ren za­pi­sy­wa­ła, ale tak na­praw­dę to wszyst­ko pa­so­wa­ło do teo­rii, w któ­rą wie­rzy­ła od sa­me­go po­cząt­ku. Dziew­czy­na ucie­kła z domu. Jak Ed Ste­in­berg już po­wie­dział Ed­nie Sky­lar, tuż po swo­im znik­nię­ciu pod­ję­ła pie­nią­dze z ban­ko­ma­tu Ci­ti­ban­ku w śród­mie­ściu. Lo­ren wi­dzia­ła film z ka­me­ry ban­ku. Twarz była skry­ta w cie­niu kap­tu­ra, ale nie­mal na pew­no na­le­ża­ła do dziew­czy­ny Ro­che­ste­rów. Oj­ciec Ka­tie z pew­no­ścią był zbyt za­sad­ni­czy. Z ucie­ki­nie­ra­mi za­wsze tak jest. Dzie­ci zbyt li­be­ral­nych ro­dzi­ców czę­sto wpa­da­ją w nar­ko­ty­ko­wy na­łóg. Dzie­cia­ki ze zbyt kon­ser­wa­tyw­nych ro­dzin ucie­ka­ją z domu i mają pro­ble­my sek­su­al­ne. Może ta­kie po­dej­ście to hoł­do­wa­nie ste­reo­ty­pom, ale Lo­ren na­po­tka­ła bar­dzo nie­wie­le spraw bę­dą­cych od­stęp­stwem od tej re­gu­ły.

Za­da­ła jesz­cze kil­ka ru­ty­no­wych py­tań. Tak na­praw­dę nie­wie­le mo­gli zro­bić. Dziew­czy­na była peł­no­let­nia. Są­dząc z opi­su, nie ist­nia­ły pod­sta­wy do po­dej­rzeń, że zo­sta­ła po­rwa­na. W te­le­wi­zji do ak­cji wkra­cza cała eki­pa fe­de­ral­nych. W praw­dzi­wym ży­ciu nic po­dob­ne­go się nie zda­rza.

Mimo to Lo­ren czu­ła ja­kiś pod­świa­do­my nie­po­kój. Nie­któ­rzy na­zwa­li­by to in­tu­icją. Ona nie­na­wi­dzi­ła tego okre­śle­nia. Prze­czu­cia… one też do ni­cze­go nie pro­wa­dzi­ły. Za­da­ła so­bie py­ta­nie, co zro­bił­by Ed Ste­in­berg, jej szef. Za­pew­ne nic. Ich biu­ro było moc­no za­ję­te dwo­ma spra­wa­mi pro­wa­dzo­ny­mi wspól­nie z pro­ku­ra­to­rem ge­ne­ral­nym – jed­ną do­ty­czą­cą ewen­tu­al­ne­go ter­ro­ry­sty, a dru­gą sko­rum­po­wa­ne­go po­li­ty­ka z Ne­wark.

Ma­jąc tak ogra­ni­czo­ne moż­li­wo­ści, czy mo­gli zaj­mo­wać się spra­wą, któ­ra wy­glą­da­ła na zwy­czaj­ną uciecz­kę z domu? Ra­czej nie.

– Dla­cze­go te­raz? – za­py­ta­ła.

– Pro­szę?

– Nie zgła­sza­ła pani tego przez trzy ty­go­dnie. Dla­cze­go zmie­ni­ła pani zda­nie?

– Czy ma pani dzie­ci, in­spek­tor Muse?

– Nie.

– Ja mam.

Lo­ren po­now­nie spoj­rza­ła na biur­ko, na sto­lik, na ścia­nę. Nie do­strze­gła ro­dzin­nych zdjęć. Ani śla­du dzie­ci czy wnu­ków. Sky­lar uśmiech­nę­ła się, jak­by zro­zu­mia­ła, cze­go Muse szu­ka.

– By­łam kiep­ską mat­ką.

– Chy­ba nie ro­zu­miem.

– Zbyt li­be­ral­ną. Gdy mia­łam wąt­pli­wo­ści, nic nie ro­bi­łam.

Lo­ren cze­ka­ła.

– A to – do­da­ła po chwi­li Edna Sky­lar – było po­waż­nym błę­dem.

– Nadal nie wiem, czy ro­zu­miem.

– Ja rów­nież. Jed­nak tym ra­zem… – Umil­kła. Prze­łknę­ła śli­nę i spoj­rza­ła na swo­je dło­nie, za­nim znów po­pa­trzy­ła na Lo­ren. – To, że coś wy­da­je się w po­rząd­ku, wca­le nie ozna­cza, że tak jest. Może Ka­tie Ro­che­ster po­trze­bu­je po­mo­cy. Może tym ra­zem po­win­nam coś zro­bić, a nie bez­czyn­nie cze­kać.

Obiet­ni­ca zło­żo­na w su­te­re­nie tra­fi­ła My­ro­na ry­ko­sze­tem do­kład­nie o dru­giej sie­dem­na­ście nad ra­nem.

Mi­nę­ły trzy ty­go­dnie. My­ron nadal cho­dził z Ali. Wy­da­rzy­ło się to w dniu ślu­bu Espe­ran­zy. Ali mu na nim to­wa­rzy­szy­ła. My­ron pro­wa­dził pan­nę mło­dą do oł­ta­rza. Tom, czy­li Tho­mas Ja­mes Bi­dwell Trze­ci, był ku­zy­nem Wina. Urzą­dzo­no skrom­ne we­se­le. Dziw­ne, ale ro­dzi­na pana mło­de­go, od po­ko­leń do­star­cza­ją­ca człon­kiń Có­rom Ame­ry­kań­skiej Re­wo­lu­cji, nie wpa­dła w za­chwyt na wieść o związ­ku Toma z uro­dzo­ną w Bronk­sie La­ty­no­ską, Espe­ran­zą Diaz. Cie­ka­we dla­cze­go.

– Za­baw­ne – po­wie­dzia­ła Espe­ran­za.

– Co ta­kie­go?

– Za­wsze my­śla­łam, że wyj­dę za mąż dla pie­nię­dzy, nie z mi­ło­ści. – Przej­rza­ła się w lu­strze. – Tym­cza­sem wy­cho­dzę za mąż z mi­ło­ści, za bo­ga­te­go fa­ce­ta.

– Iro­nia losu.

– I do­brze. Po­je­dziesz do Mia­mi zo­ba­czyć się z Rek­sem?

Rex Stor­ton był pod­sta­rza­łym ak­to­rem fil­mo­wym, któ­re­go re­pre­zen­to­wa­li.

– Lecę tam ju­tro po po­łu­dniu.

Espe­ran­za od­wró­ci­ła się od lu­stra, roz­ło­ży­ła ręce i ob­da­rzy­ła go olśnie­wa­ją­cym uśmie­chem.