Wydawca: Świat Książki Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski

Obiad w restauracji dla samotnych ebook

Anne Tyler

3.66666666666667 (3)

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 417 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Obiad w restauracji dla samotnych - Anne Tyler

Powieść psychologiczno-obyczajowa laureatki nagrody Pulitzera.

Niezwykła opowieść o losach zwykłej amerykańskiej rodziny. Autorka pozwala dojść do głosu wszystkim uczestnikom tego dramatu, który można nazwać jednym słowem - życie.

Każdy ma prawo przedstawić swoją wersję, usprawiedliwić swoje czyny, obciążyć innych. Arbitrem jest czytelnik, ale zamiast osądzać, zacznie zastanawiać się nad sobą, konfrontować życie bohaterów z własną egzystencją.

Pearl Tull zbliża się do kresu życia, ale nie pamięci. Pewnej niedzielnej nocy w 1944 roku mąż zostawił ją w niewielkim szeregowym domu przy Baltimore's Calvert Street, samą z trójką dzieci: wylewną wobec obcych i zdystansowaną wobec bliskich Jenny, owładniętego żądzą władzy i pieniędzy Cody'm i rozkosznym, niezdarnym Ezrą, ulubieńcem Pearl, który nie przestaje marzyć o idealnej rodzinie, której nie może mieć.

Pearl i trójka jej dorosłych dzieci gromadzi się przy wspólnym stole, przepełniona gniewem, nadzieją, by opowiedzieć przejmująco piękną rodzinną historię.

Zabawna, chwytająca za serce i mądra.

„The New York Times”

W swojej dziewiątej powieści Ann Tyler osiągnęła zupełnie nowy poziom pisarskiego kunsztu.

JOHN UPDIKE, „The New Yorker”

Najbardziej utalentowana amerykańska powieściopisarka swojego pokolenia.

„Sunday Telegraph”

Anne Tyler - wybitna amerykańska pisarka, urodzona w roku 1941 w Minnesocie.  Absolwentka prestiżowego Columbia University. Otrzymała National Book Critics Circle Award za książkę Przypadkowy turysta (1985) oraz Nagrodę Pulitzera w tej samej kategorii za powieść Lekcje oddychania (1989). Dwie z jej powieści doczekały się adaptacji filmowej, a cztery telewizyjnej. Mieszka w Baltimore.

Do tej pory nakładem Świata Książki ukazały się Święty być może, Drabina czasu, Lekcje oddychania i Obiad w restauracji dla samotnych.

Opinie o ebooku Obiad w restauracji dla samotnych - Anne Tyler

Fragment ebooka Obiad w restauracji dla samotnych - Anne Tyler

Tytuł oryginału DINNER AT THE HOMESTICK RESTAURANT

WydawcaGrażyna Smosna

Redaktor prowadzącyBeata Kołodziejska

RedakcjaJolanta Valde-Nowak

KorektaMagdalena Mamoń Jadwiga Przeczek

Copyright © Anne Tyler Modarressi, 1982 Copyright © for the Polish translation by Publicat SA, 2005 Licencyjne wydanie powieści Ann Tyler Obiad w restauracji dla samotnych za zgodą Publicat SA

Świat Książki Warszawa 2015

Świat Książki Sp. z o.o. 02-103 Warszawa, ul. Hankiewicza 2

Księgarnia internetowa: swiatksiazki.pl

Skład i łamanie Akces, Warszawa

Dystrybucja Firma Księgarska Olesiejuk Sp. z o.o., Sp. j. 05-850 Ożarów Mazowiecki, ul. Poznańska 91 e-mail: hurt@olesiejuk.pl tel. 22 733 50 10www.olesiejuk.pl

ISBN 978-83-8031-165-7

I   WYZNAM WAM SZCZERZE

Gdy Pearl Tull umierała, przyszło jej do głowy coś śmiesznego. Grymas przypominający uśmiech wykrzywił jej usta, a potem całym wysiłkiem woli spróbowała coś wyartykułować. Czuwający przy łóżku syn nadstawił ucha.

– Szkoda... – wyszeptała – ... szkoda, że nie masz...

Chciała powiedzieć, że szkoda, iż nie ma zapasowej matki, tak jak jego rodzice kiedyś postanowili mieć zapasowe dzieci, gdy ich pierworodny obłożnie zachorował. Pierworodnym był Cody. Nie Ezra, który siedział teraz przy niej, ale Cody, z którym zawsze były kłopoty. Krnąbrny i późno urodzony. Postanowili wówczas, że więcej dzieci nie będzie. A potem Cody zachorował na koklusz. Był rok 1931 i koklusz to nie były przelewki. Pearl odchodziła od zmysłów. Wokół łóżeczka zawiesiła flanelowe kotary, porozstawiała rondle, patelnie, wiadra z wodą, nieustannie podgrzewaną na piecu. Unosiła flanele tylko po to, by wpuścić gorącą parę. Dziecko krztusiło się i charczało, jakby gardziołko miało zaczopowane ubitym żwirem. Skóra mu płonęła, a włoski lepiły się do skroni. Nad ranem zasnęło. Głowa Pearl opadła na oparcie bujaka i ona też zasnęła, z dłonią zaciśniętą na emaliowanej poręczy łóżeczka. Beck był w delegacji. Wrócił do domu, gdy najgorsze już minęło, a Cody przebierał nóżkami, kichał, pokasływał. Na co Beck nie zwrócił zresztą najmniejszej uwagi.

– Chcę mieć więcej dzieci – powiedziała wtedy Pearl.

Zaskoczyło go to, ale rozpromienił się. Przypomniał tylko, że wcześniej nie chciała słyszeć o jeszcze jednym porodzie.

– Chcę mieć „zapasowe” dzieci – dodała, myśląc, co by było, gdyby tak Cody umarł? Cóż by jej pozostało? Niespłacony domek, takim nakładem sił doprowadzony do połysku, dziecięcy pokój z wierszykami z „mamy Gąski”, no i oczywiście Beck. Ale Beck był w Korporacji Tannera, a ta wymagała, by częściej bawił w rozjazdach niż w domu. A jeśli był już w domu, to i tak były mu w głowie tylko interesy. Kto dostanie podwyżkę, kogo wyleją, kto robi mu koło pióra i czy przypadkiem w tych ciężkich czasach także jemu nie pokażą drzwi.

– Jak mogłam myśleć, że jeden chłopak wystarczy? – żachnęła się Pearl.

Ale sprawy wzięły bardziej skomplikowany obrót, niż sądziła. Na świat przyszedł Ezra. Był taki słodki i nieporadny, że aż serce się krajało. Teraz miała nowy powód do niepokoju. Może lepiej było poprzestać na Codym? Sama nie wiedziała. No a potem pojawiła się Jenny. Dziewczynka, a więc okazja do przebieranek i układania loków w coraz to nowe fryzury. Pearl czuła, że dziewczynka to już nadmiar szczęścia. No, ale skoro jest... Teraz, zamiast lękać się o jedynaka, miała na głowie trójkę. W sumie jednak był to dobry pomysł. Zapasowe dzieci niczym zapasowe koło w samochodzie lub fildekosowe pończochy, które dołączali gratis do każdej kupionej pary.

– Szkoda, że nie postarałeś się o zapasową matkę – powiedziała do syna, po czym głos odmówił jej posłuszeństwa. Usłyszała, jak Ezra znów opada na fotel i przerzuca stronę gazety. Ostatni raz widziała go wyraźnie przed czterema laty. To był 1975 rok. Właśnie wtedy zaczął zawodzić ją wzrok. Najpierw wszystko jakby trochę zmatowiało. Poszła więc do lekarza, by zapisał jej szkła. Powiedział, że to „arterio coś tam” i że ma to jakiś związek z naczyniami. Dziewiąty krzyżyk na karku, to już nie pierwsza młodość. Ale jest to uleczalne. Odesłał ją do specjalisty, ten zaś do drugiego specjalisty, no i wyszło na to, że niewiele da się zrobić. Podobno jakiś feler w tylnej części gałki ocznej.

– Za późno na części zamienne – powiedziała dzieciom.

Nadrabiała miną. Zawsze była twarda. Wydawało się, że pogodziła się z losem, w głębi duszy jednak nie dopuszczała do siebie myśli o ślepocie. Zawsze była twarda. Gdy kiedyś Beck, jak zwykle, bawił poza domem, przez półtorej doby zasuwała ze złamaną ręką, dopóki nie wrócił i nie zajął się przychówkiem. Był gdzieś w trasie, a ona nie znała nikogo w sąsiedztwie, więc jak tu prosić obcych ludzi o aspirynę, radę lub pomoc?

– Lekarze mówią, że ślepnę – powiedziała dzieciom, ale prywatnie wcale w to nie wierzyła.

A wzrok zawodził ją coraz bardziej, coraz mniej światła, wszystko zaczynało rozmywać się i mętnieć. Z trudem już mogła rozpoznać twarz Ezry i jak przez mgłę widziała sylwetkę nabierającego tuszy, starzejącego się syna. Za to czuła płynące od niego ciepło, gdy siedząc obok na kanapie, relacjonował jej program telewizyjny lub gdy, jak przystało na dobrego syna, wyjmował z szuflady biurka stare, rodzinne fotografie i ożywiał dla niej wspomnienia.

– Co tam masz, Ezra? – pytała.

– Jacyś ludzie na pikniku.

– Na pikniku? Opisz dokładniej.

– Biały obrus na trawie, wiklinowy koszyk, pani w bluzce z wykładanym kołnierzem.

– Pewnie ciocia Bessie.

– Nie, ciocię Bessie poznałbym.

– No to Elza, moja kuzynka. Zawsze lubiła wykładane kołnierze.

– Nie wiedziałem, że mama miała kuzynkę.

– Niejedną, Ezra, niejedną...

Przymknęła powieki i pogrążyła się w rozpamiętywaniu dawnych czasów. Kuzynki, ciocie, wujkowie i dziadek, od którego zalatywało zawsze kulkami na mole. Zaskoczyło ją, do jakiego stopnia pamięć ślepnie wraz z oczami. Twarze zmatowiały, głosy straciły brzmienie, odpłynął gdzieś zapach pomady i lawendy, a nawet kryształków w buteleczce, którą ta stara histeryczka Berta zawsze trzymała pod ręką na wypadek omdlenia.

– Miałam mnóstwo kuzynek.

I wszystkie sądziły, że siądzie na koszu. Traktowały ją poprawnie, obraźliwie poprawnie. Chichoty o cudzych ślubach i połogach ustały, gdy Pearl stała się potencjalną rywalką. Wtedy wujek Seward postanowił zafundować jej szkołę. Był to Meredith College w sąsiednim miasteczku. Mogła mieszkać w domu. Wujek Seward wolał nie ryzykować. Tylko tego by brakowało, żeby młoda, osierocona siostrzenica wpakowała mu się na stancję do pokoju sąsiadującego przez ścianę z jego własną sypialnią. Na szczęście Pearl oznajmiła, że nie nadaje się do college’u. Czuła, że byłoby to kuszenie losu.

W czym tkwił problem? Przecież nie była brzydka. Zgrabna, smukła, o jasnej cerze i blond włosach. Mogła się podobać. Ale jej loki wcześnie zaczęły tracić połysk, a w kącikach nerwowo zaciśniętych ust pojawiły się zmarszczki. Kawalerów miała więcej, niż potrafiłaby zliczyć, ale każdy z nich pojawiał się przelotem. Może nie potrafiła wymówić tego magicznego zaklęcia, które znał cały szpaler jej młodszych koleżanek, bezowocnie marzących o zamążpójściu. Może była zbyt spięta, zbyt zasadnicza. Może powinna pozwolić na obłapki, jak te głupie bliźniaczki od Winstonów? Spytała wujka Sewarda, ale on tylko nabił fajkę i powiedział, że powinna pomyśleć o kursach dla sekretarek.

I wtedy poznała Becka Tulla. Miała trzydzieści lat, a on dopiero dwadzieścia cztery. Był akwizytorem w Korporacji Tannera. A Korporacja Tannera handlowała wtedy maszynami rolniczymi i ogrodniczymi na całym wschodnim wybrzeżu. Facet klasy Becka mógł z łatwością utrzymać i wychować na człowieka drugiego mniejszego Becka. Był wtedy smukły, czarne włosy zaczesywał zawadiacko w górę, a błękitnym okiem potrafił strzelić iście po filmowemu. Ktoś mógłby powiedzieć, że zanadto po filmowemu. Zachowywał się czasem jak amant i był znacznie od niej młodszy. Mówiono jej, jak kończą się takie związki. Ale czego to ludzie nie mówią? Była lekkomyślna, pełna życia i nadziei. Poznała go w kościele, w kościele Baptystów Bożego Miłosierdzia, do którego zajrzała zupełnie przypadkiem ze swą koleżanką Emmaline. Pearl nie była baptystką. Niby należała do anglikanów, ale w gruncie rzeczy uważała się za niewierzącą. Gdy weszła wtedy do Baptystów i ujrzała, jak ten nieznajomy, prosto od fryzjera, w wyszczotkowanym granatowym garniturze, prosi o głos, poczuła (może nieco zabobonnie), że to sami baptyści jej go zsyłają. Czy można było nie odwdzięczyć się im za taki dar? Ku oburzeniu całej rodziny zapisała się do baptystów i dopóki była z Beckiem, dopóty sumiennie uczestniczyła w ich obrządkach, byle tylko nagroda nie została jej odebrana. Teraz przyszło jej na myśl, że może miało to jednak coś wspólnego z wiarą.

Zaloty zaczęły się od czekoladek i kwiatów, a gdy sprawy wzięły już poważniejszy obrót, pojawiły się prospekty Korporacji Tannera. Opowiadał jej szczegółowo o swej funkcji i o perspektywach awansu. Komplementy wprawiały ją w zakłopotanie i dopiero w zaciszu własnego pokoju mogła się nimi cieszyć. Powtarzał, że nigdy dotąd nie miał do czynienia z tak kulturalną, ułożoną i wykwintną panienką z dobrego domu. Lubił kłaść jej drobną dłoń na swojej i delektować się różnicą ich rozmiarów. Jak na akwizytora był zadziwiająco taktowny i w przeciwieństwie do innych mężczyzn nigdy nie pchał się z łapami.

W końcu awansowano go na szefa zamiejscowej filii, a wtedy sprawy potoczyły się szybko. Nie chciał słyszeć o rozłące. Albo natychmiastowy ślub, albo rzuca pracę. No i stanęli przed ołtarzem, w „strasznym pośpiechu”, jak mawiała później Pearl, a miodowy miesiąc spędzili w Newport News. Nawet nie zdążyła zaimponować swoim koleżankom statusem panny młodej. Nie zdążyła też pochwalić się ani jednym łaszkiem ze swej ślubnej wyprawy, błysnąć choćby jednym z dwóch pierścionków ani tym wąskim, ślubnym, ani tym zaręczynowym z perłą i wygrawerowaną inskrypcją: Czyż nie jest perłą pośród dam? Jakoś za szybko to poszło.

Przenosili się z miasta do miasta. Przez pierwsze sześć lat nie mieli dzieci i szło łatwo. Na każde nowe miasto patrzyła z nadzieją – „Może tu urodzi się mój syn?”. Marzyła już tylko o tym jednym, o dziecku, o skarbie leżącym w zasięgu ręki, lecz wciąż jej odmawianym.

Potem urodził się Cody i przenosiny stały się trudniejsze. Zauważyła, że dzieci mają skłonność do komplikowania ludziom życia. Trzeba zmieniać pediatrów, zapisywać i wypisywać je ze szkół... Spostrzegła też, że większość jej krewnych jakby się gdzieś zapodziała. Wujkowie i ciocie przenieśli się na tamten świat, a ona, wojażując z miasta do miasta, przesyłała tylko kondolencje. Dom, w którym się urodziła, sprzedano jakiemuś człowiekowi z Michigan. Kuzynki powychodziły za mąż za mężczyzn, których nazwisk nie była nawet w stanie wymówić, nawet nazwy ulic pozmieniano i gdyby przyszło jej dziś wrócić w rodzinne strony, chybaby zabłądziła. Gdy miała już piąty krzyżyk, przypomniała sobie o dziadku, tym od kulek na mole. Gdyby żył, musiałby mieć ze sto lat? A jeśli umarł, to czemu nikt jej o tym nie zawiadomił? Może posłali list na stary adres, gdzie mieszkała cztery... nie, to już chyba pięć lat temu. A może dostała ten list, ale umknął jej z pamięci, bo przecież tyle było tych przeprowadzek. Jedno i drugie wyglądało równie prawdopodobnie. Wszystko przez te przeprowadzki. Zawsze łączył się z nimi jakiś zysk. Czasem awans, czasem większy rynek zbytu. Rzadko kiedy jednak były z tego jakieś pieniądze. Czy winien był Beck? Twierdził, że nie, ale nie była już tego tak pewna. Mówił, że świat jest pełen zawiści. Kiedyś zacisnęła wargi i spojrzała nań uważnie.

– Czemu tak na mnie patrzysz? – spytał. – O co ci chodzi? W końcu tyram, jak mogę i póki co, nikt z was nie przymiera głodem – wyrzucił z siebie jednym tchem.

Nie mogła zaprzeczyć, ale pozostał niepokój, a wraz z nim zmarszczka na czole. Czuła, że nie może polegać na tym zaciągającym swojsko, hałaśliwym przekupniu, który każdego ranka zerka z dumą w lustro, wiąże krawat, szczotkuje, pokrywa brylantyną i przyczesuje swój dumny czub grzebykiem znikającym dziarsko w kieszonce marynarki, gdzie już czekają ołówki, wieczne pióro, notesik z adresami kontrahentów, linijka i ciśnieniomierz do opon samochodowych, a na każdym z nich znajdują się chwytliwe reklamy kilku tuzinów producentów.

Gdy wieczorami po powrocie sączył piwo (nie był alkoholikiem, po prostu, jak to chłop), Beck lubił ponucić sobie i pomasować twarz. Nie pojmowała, dlaczego po piwie wyczynia ze skórą na twarzy takie dziwactwa. Naciągał ją niczym gumową maskę, a przed snem policzki miał zwiotczałe.

„Nikt nie wie, ile trosk w życiu mam – to była jego ulubiona piosenka. – Nikt nie wie, prócz Jezusa”.

Sądziła, że coś w tym jest. O tym, co myślał ten człowiek o zwiotczałej skórze i czubie ciemnych włosów, nie miała bladego pojęcia.

Pewnej niedzieli, a było to w roku 1944, oświadczył, że ma dość małżeństwa. Powiedział, że posyłają go do Norfolk, ale będzie lepiej, jeśli pojedzie tam sam. Pearl poczuła, że uchodzi z niej życie, zupełnie jakby otrzymała śmiertelny cios w splot słoneczny.

– Dlaczego? – spytała, zdobywając się na chłód. – Dlaczego, Beck?

Wpatrywał się z wyższością w jej zaciśnięte pięści. Wyglądał jak butny sztubak karcony przez belfra. Ściszyła głos. Trzeba było poznać przyczynę. Cóż miał jej jeszcze powiedzieć? Powiedział, że jest jak jest. Opadła drżąca na krzesło. Przyjrzała mu się z uwagą. Zauważyła nabrzmiałą żyłę na lewej skroni. Pewnie w pracy źle mu poszło. Wyśpi się i rano wszystko będzie dobrze.

– Nie ma jak sen – powiedziała.

– Jadę dziś wieczór.

Poszedł do sypialni, ale tylko po walizkę i zapasowy garnitur. Pearl czuła, że liczy się każda sekunda. Zaproponowała więc, by jakoś to obgadać, przemyśleć. Miotał się między łóżkiem i szafą, między szafą i biurkiem, składając swój dobytek. Nie było tego wiele. W dwadzieścia minut był spakowany. Przyglądała mu się uważnie, czekała na jakieś wyjaśnienia, na jakieś ważne słowa. Ale on rzucił tylko, że jest mężczyzną odpowiedzialnym i będzie posyłał jej pieniądze.

– A dzieci? – spytała. To była ostatnia nadzieja. – Co z dziećmi, czy będziesz chciał je odwiedzać.

I już widziała go, jak przybywa objuczony prezentami, a ona stoi w drzwiach, pachnąca perfumami, w odświętnej sukience, może nawet z delikatnym makijażem. Dotąd sądziła, że takie rzeczy przystoją jedynie ludziom prostym, ale może myliła się.

– Nie będę.

– Co takiego?

– Nie będę odwiedzał dzieci.

– Nie rozumiem – w zdumieniu opadła na łóżko.

Pomyślała, że powinien istnieć jakiś specjalny język, zawierający tylko wyrazy niosące głęboką, doskonałą i absolutną prawdę. Ten, znany od dziecka, na nic teraz nie mógł się zdać. Nie pojmowała słów swojego męża i wiedziała, że już nigdy ich nie zrozumie.

Mieszkali wtedy w Baltimore, w jednym z budowanych jak pod sznurek domków przy Calvert Street. Dzieci miały czternaście, jedenaście i dziewięć lat. Gdyby o to nie zadbała, coś by zwietrzyły. Zadbała pod każdym względem. Rankiem, po odejściu Becka, wstała pierwsza, ubrała się, upięła włosy i zajęła się gotowaniem grysiku dla całej czeredy. Cody i Jenny połknęli śniadanie bez słowa. Ezra zaś paplał coś o jakimś strasznym śnie (tylko on wykazywał tego ranka ożywienie). Nie obeszło się też bez awantury. Dlaczego grysik jest bez rodzynków? Nikt nie pytał, dlaczego śniadanie jest bez Becka. Normalka. Często wracał z delegacji w poniedziałek, gdy wszyscy jeszcze spali. Bywało, i to bardzo często, że był poza domem przez cały tydzień. A więc w czym sprawa? W piątek powiedziała, że tata wróci nieco później. Minął drugi tydzień. Przyjaciółek nie miała, a znajomym ze sklepu wyjaśniła, że mąż w delegacji to oszczędność spiżarni. Pokiwały głowami, nie wykazując zainteresowania. Przecież jej mąż zawsze był w delegacji i mało kto go tu znał. Nocami, zwłaszcza tymi piątkowymi, leżąc w łóżku, nadsłuchiwała, czy jego kroki nie rozlegną się na wyżwirowanej alejce. Czyjeś nogi miażdżyły drobny żwir i zawsze wędrowały dalej. Oddychała z ulgą. Znów kroki. To już na pewno Beck. Widziała, jak wchodzi z wahaniem, oczekując najgorszego, płaczących dzieci i karcącej go żony. A tu niespodzianka! Dzieci witają go, jakby nic się nie zdarzyło, a Pearl całuje go w policzek i pyta, czy miał dobrą podróż. Wtedy on dziękuje jej, że tak ładnie zatuszowała ich wspólną tajemnicę. Nikt nie domyślił się, że u Tullów coś było nie tak. Przecież Tullowie zawsze byli szczęśliwi. Zjechali taki kawał Ameryki, że nauczyli się polegać tylko na sobie. Beck na pewno wróci.

Wdowa po wujku Sewardzie przysłała jej życzenia urodzinowe. To były jedyne życzenia, nawet sama Pearl zapomniała o swoich urodzinach. W liście do ciotki, dziękując za pamięć, napisała: „To były cudowne urodziny, spędziliśmy je w domu. Beck zaskoczył mnie naszyjnikiem. Ucałowania dla wszystkich...”.

Wyobraziła sobie ich wszystkich przy stole w wujkowym salonie i poczuła bolesną tęsknotę. A potem przypomniała sobie, że cała rodzina wróżyła jej staropanieństwo. Nie, nie można wyznać im prawdy.

Kiedyś odwiedziła ją Emmaline, w podróży do mieszkającej w Filadelfii siostry. Pearl powiedziała jej, że Beck jest w delegacji i dobrze się składa, przynajmniej pogadają sobie, jak za dawnych dziewczęcych czasów. Nie pościeliła jej w gościnnym pokoju. Mogły poplotkować sobie w małżeńskim łożu Tullów do brzasku. W pewnym momencie już chciała złapać Emmaline za rękę i powiedzieć: „Wiesz, Emma, u mnie podle, strasznie podle”. Opanowała się jednak. Zacisnęła wargi, a potem poruszyła jakiś inny temat. Zasnęły o brzasku, a rankiem Pearl miała tyle roboty z wyprawieniem swojej trójki do szkoły, że już nie było czasu na zwierzenia.

– Powinnyśmy częściej się spotykać – rzuciła Emmaline na odjezdnym. Pearl powiedziała, że Beckowi będzie ogromnie przykro, że się z nią nie spotkał.

– Wiesz, jak zawsze cię lubił.

Szczerze mówiąc, Beck zawsze powtarzał, iż Emmaline przypomina mu tokującego cietrzewia.

Zbliżała się Wielkanoc. Jenny miała wystąpić w okolicznościowym widowisku szkolnym. Gdy nadszedł ten dzień, Beck był wciąż w delegacji. Jenny rozbeczała się. Czy tata nie mógłby przynajmniej dziś być w domu? Pearl wyjaśniła, że to nie zależy od taty. W końcu mamy wojnę, przemysł pracuje pełną parą i tata ma wiele do zrobienia. Powinniśmy być z niego dumni. Jenny wysiąkała nos i powiedziała koleżankom, że tatę zatrzymała produkcja zbrojeniowa. Ale do wojny wszyscy zdążyli już się przyzwyczaić i koleżanki wzruszyły tylko ramionami. Trochę to Jenny podbudowało. Na premierę przyszła Pearl. Kapelusz miała szykowny, przypominający nakrycie głowy Kobiecego Korpusu Ochotniczego.

Po miesiącu Beck przysłał z Norfolk list. Pisał, że ma się dobrze i ma nadzieję, że z Pearl i dziećmi też wszystko w porządku. Dołączył czek na pięćdziesiąt dolarów. „Pokój mam przyzwoity i trzy posiłki dziennie. Szef wyraża się o mnie z uznaniem”. Cały poranek krążyła po domu, zastanawiając się nad czymś głęboko. Pomyślała o czeku. Koło południa włożyła palto, kapelusz à la KKO i udała się do narożnego sklepu, gdzie Bracia Sweeney (Artykuły Spożywcze i Delikatesy) wciąż, jeśli wierzyć wypłowiałemu ogłoszeniu w witrynie, potrzebowali WYKWALIFIKOWANEJ KASJERKI. Aż zapiali z radości. Młodszy Sweeney pokazał jej, jak obsługiwać kasę i stwierdził, że może zacząć od jutra rana. Nazajutrz, wyprawiając dzieci do szkoły, powiedziała, że podejmuje pracę, by trochę się rozerwać. Musi się czymś zająć, skoro są już dorosłe i wkrótce wyfruną z gniazdka.

Minęły dwa miesiące. Minął trzeci. Czeki na pięćdziesiąt dolarów przychodziły regularnie. Ten drugi był bez listu. Wypatroszyła kopertę, sądząc, że gdzieś się przylepił, ale ani słowa. Za to przy trzecim napisał, że rusza do Cleveland, gdzie jego firma otwiera przedstawicielstwo. Pisał, że nie pomylili się, zapraszając go tam. Napisał wyraźnie „zapraszając”, a nie „przenosząc”. A i nagłówek listu nie był typowy – „Kochana Pearl i dzieciaki”. Mimo to Pearl nie pokazała tego listu dzieciom. Złożyła go starannie i ukryła w pudełku z pończochami, w jedynym miejscu, gdzie nie myszkował ten wścibski Cody. W czwartej kopercie też był czek, tym razem bez listu. Pearl zauważyła, że pisał coraz rzadziej. Czasem tylko skreślił parę słów. Nigdy nie przyszło jej na myśl, by odpisać. Jego listy jednak przechowywała.

Czasami łapała się na dziwnych myślach: może by tak posprzątać w komodzie. Albo: wreszcie trochę pusto w tej szafie.

Nocami śniło się jej, że Beck jest znów młody i wspaniały, że znów patrzy na nią z zachwytem, że pomaga jej przechodzić przez jezdnię i wspinać się po schodach. Jego dłoń ściska czule jej łokieć, a ramię otacza talię lub delikatnie zsuwa się gdzieś poniżej pleców. Potem budziła się i pragnęła znów uciec w ten sen. Zaciskała powieki. Wymyśliła sobie dziecinną grę. Dopóki się nie ruszę, sen będzie prawdą. Zawsze przegrywała. Wcześniej czy później trzeba było wstać, zejść na dół, zagotować kawę. Wpatrując się w okienną szybę, za którą bielało niebo nad dachami domów, dostrzegała odbicie własnej twarzy, ptasie rysy, zaokrąglony podbródek, coraz bardziej zwiotczały z biegiem lat, brwi, na które szkoda było już tuszu, no i kosmyki mysich włosów zbyt rzadkie, by ukryć fałdę na czole. To nie była zmarszczka, ale blizna, pamiątka po wypadku w dzieciństwie. Przecież nie jestem stara. Może nie młoda, ale też jeszcze nie stara. Kiedy to się stało? Nie tak dawno temu. Próbowała wsiąść na rower swego kuzyna, pierwszy rower w całej rodzinie. Starsi nazywali to wtedy welocypedem. Jazda na welocypedzie. Teraz był rok 1944 i każdy umiał jeździć na rowerze, ale czy to naprawdę był taki sam pojazd? Jej dzieci też umiały jeździć na rowerze, a gdyby nie ta wojna, pewnie każde miałoby swój własny. Ile to już lat? Niedawno obchodziła pięćdziesiąte urodziny. Beck już na pewno nie wróci. Znalazł sobie młodszą, taką, co to i ubierze się, i potańczy, i dzieci urodzi. Z niej zawsze się śmiano, stara panna, od kołyski po grób. Miała męża, dzieci, ale tak naprawdę zawsze była starą panną. Nawet po ciemku, w małżeńskiej sypialni, gdy nie umiała się przy tym rozluźnić. Jego szorstki zarost, odór skóry, ciężar ciała. Zawsze martwiła się, czy bielizna w kredensie jest równo poukładana, czy firanki w oknach porządnie zawieszone. Poddać się, odpłynąć, zapomnieć o całym tym kieracie, tego nie umiała. Najważniejsze, że wszystko w domu było zapięte na ostatni guzik. Co gorsza wiedziała, że nigdy nie będzie. Cóż mogła jednak począć, skoro taka już była. Beck nigdy nie wróci. Czas najwyższy, by wyznać wszystko dzieciom. Trochę dziwiło ją, że tak długo udawało się to ukrywać. Czy naprawdę były aż tak łatwowierne? Przynajmniej jedna będzie z tego korzyść, teraz nikt już ich nie rozłączy. Wprawdzie nie przyznawała się do tego, ale chłopcy ostatnio jakby się jej wymykali. Zamiast wynosić śmieci, pomagać mamie, jak przystoi młodym mężczyznom, zupełnie się rozpuścili. Zwłaszcza Ezra. Pomagali w domu, ale zamiast wykonywać tradycyjne powinności, domagali się nowych. Cody właściwie rzadko bywał w domu. Ezrę miała pod bokiem, ale ten marzyciel i roztrzepaniec zawsze mógł wyjść w połowie każdej zleconej mu pracy. Gdy wyzna im całą prawdę, pewnie będzie ich gryzło sumienie. Spytają, dlaczego tak długo trzymała to przed nimi w ukryciu. Ale jak im to powiedzieć?

Zaplanowała to szczegółowo. Usiądą razem na kanapie, zaraz po kolacji, a wcześniej wyłączy się górną lampę.

– Drogie dzieci – zacznie i pewnie zaraz się rozpłacze.

Płakać przy dzieciach? Nie, to wykluczone. Równie dobrze mogłaby rozpłakać się w sklepie. W końcu ma swoją klasę! Rzecz jasna, nie była z kamienia, zdarzało się jej wpaść w złość, zbesztać, dać po buzi, wykrzyczeć słowa, których potem żałowała... no, ale żeby beczeć przy dzieciakach? Tak nisko, dzięki Bogu, nie upadła. Ona, Pearl Cody Tull, która wyruszyła kiedyś w świat u boku poślubionego przed ołtarzem w Raleigh męża, nie będzie demonstrować swych łez. Nawet teraz, gdy wpatrywała się w swą, odbitą w kuchennej szybie, postarzałą twarz, oczy miała suche.

Każdego ranka udawała się do sklepu Braci Sweeney. Zawsze w przekrzywionym od niechcenia kapeluszu, by wszyscy widzieli, że robi to tylko z łaski i dla zabawy. Ilekroć do kasy podchodziła klientka, wszystkie je znała, z widzenia, zachowywała chłodny dystans i z lekkim uśmiechem, wybijając paragon, mówiła:

– Miło, że pani do nas wpadła.

Lubiła ten profesjonalny chłód. Gdy jednak pojawiały się osoby z sąsiedztwa, które znała bliżej, cierpiała katusze, ale nie traciła opanowania. Te trzeba było trzymać na szczególny dystans. Rytm wybijanego paragonu i opadających na ladę zakupów pozwalał jej nie myśleć o problemach. Myślenie oznaczało zmartwienia.

Przyszło lato. Dzieciaki miały wakacje i całymi dniami plątały się po okolicy. Teraz dopiero pokażą, na co je stać.

O wpół do szóstej wracała do domu ulicami pełnymi grających w klasy podlotków, odbijających monety od ścian domów wyrostków, niemowlaków wywożonych w wózkach na świeże powietrze, kobiet plotkujących na stopniach i wachlujących się w letnim upale.

– Jenny spadła ze schodów i rozbiła sobie nos. Musiała pójść do Simmonsów po lód i bandaż – usłyszała już w drzwiach.

– Jenny, żyjesz, aniołku?

Czasem podejrzewała, że wszystkie te nieszczęścia szykowane są specjalnie na jej powitanie. Ilekroć marzyła, by zdjąć kapelusz, buty i ułożyć się wygodnie na kanapie, słyszała:

– Zatkał się klozet.

– Cody przywalił Ezrze dzbankiem na sok, tym co stoi na kredensie.

– Spokojnie, dzieci! – błagała. – Czy nie dacie matce odetchnąć ani przez chwilę?

Potem zabierała się do przygotowania kolacji. Wszystko z konserw, żadnych luksusów. Myjąc naczynia, słuchała jednym uchem radia. Wycierać powinna Jenny, ale bawiła się właśnie z chłopcami w berka. Wylewając pomyje przez drzwi od podwórza, Pearl przyjrzała się baraszkującej trójce. Cody i Jenny byli smukli, zwinni, czarnowłosi, roześmiani, Ezra jeszcze bladszy niż za dnia, w zapadającym mroku wolniejszy i jakiś nieposkładany w swych ruchach. Czasami bawili się z dziećmi sąsiadów, ale przeważnie we własnym gronie. Byli bardzo zżyci.

Umyła głowę i przeprała fartuch. Zawołała Cody’ego, by migiem wracał do domu z pozostałą dwójką.

Wieczór był porą robót domowych. Kto by pomyślał, że ta staroświecka, krucha Pearl potrafi tak dobrze posługiwać się narzędziami. Zaszpachlowała szczelinę w ścianie, wstawiła wybitą szybę, wymieniła dwa zbutwiałe stopnie w piwnicy. Do tego naprawiła kontakt i polakierowała kuchenny kredens. Dawniej też robiła takie rzeczy. Beck nie był zbyt biegły w takich pracach.

– Cały ten dom jest na moich barkach – powtarzała mu często.

Był w tym wyrzut, ale i uspokojenie. Wiedziała, na co ją stać. Zaraz po ślubie, gdy tylko uświadomiła sobie, jak często przyjdzie im się przenosić z miejsca na miejsce, skoncentrowała się na doskonaleniu każdego z mieszkań. Żadnych przeciągów, rdzy, grzyba. Zaniechała odwiedzin u coraz to innych sąsiadów i nawet nie zadawała sobie trudu, by zwracać foremki po powitalnych plackach. Za to dom musiał być szczelny, choćby i nadciągnął huragan. Nocami budziła ją myśl, czy przypadkiem w piwnicy nie podcieka i schodziła boso, by to sprawdzić. Nie lubiła niedzielnych pikników, bo przecież pod jej nieobecność dom mógł stanąć w ogniu i spłonąć do szczętu. Ach, z jakąż dokładnością wyobrażała sobie tę scenę! Wracają z majówki, a tu pusta parcela i zgliszcza. Wiedziała, że w Baltimore uchodzi za odludka, może nawet za jędzę, wiedźmę z Calvert Street. Niech myślą sobie, co chcą! Znała takie jędze jeszcze z dzieciństwa, ale przecież ona była całkiem inna. Mogą mówić, co chcą, a i tak będzie uszczelniać drzwi i okna. Z narzędziami w dłoni odzyskiwała swą prawdziwą tożsamość, zręczność i siłę. Podświadomie czuła coś w rodzaju pogardy dla swoich dzieci, które nie odziedziczyły po niej tych umiejętności. Cody’emu brakowało cierpliwości, Ezra był niezgułą, a Jenny to popyrtaniec.

Zastanawiające – myślała czasami Pearl – jak młotek lub piła w garści potrafią czasami obnażyć ludzkie charaktery.

Przybijając obluzowaną deskę w podłodze, z ustami pełnymi zapasowych gwoździ, czuła, że szybko zleciał jej ten wieczór. Będzie już pewnie wpół do jedenastej, jeśli nie później. Dzieciaki właśnie wróciły z podwórka, zgrzane i umorusane, mrużyły oczy w ostrym świetle kuchni.

– Do łóżka, ale w te pędy! – wrzasnęła. – Chyba mówiłam coś dobrą godzinę temu?

Gdy rozpierzchły się, poczuła się samotna. Odłożyła młotek, obeszła dom, wygładziła sukienkę i bezmyślnie poprawiła opadające na czoło kosmyki włosów. Z piwnicy na parter, zajrzeć do pokoiku Jenny, do własnego z wybrzuszoną szafą ze sklejki, której okładzina miała kiedyś imitować fornir, bieliźniarką i małżeńskim łożem. Truchtem na piętro, do gorącej niczym piec sypialni chłopców. Wsłuchiwała się chwilę w ich spokojne oddechy, zazdrościła im dobrego snu. Obróciła się na pięcie i zeszła do kuchni. Drzwi od podwórka były niedomknięte, a ćmy tłukły się o okienną siatkę. Gdzieś w sąsiedztwie ktoś śmiał się głośno, ktoś fałszował na trąbce, ktoś rzępolił na roztrojonym pianinie. Zamknęła drzwi, sprawdziła zamek, zaciągnęła papierową roletę. Raz jeszcze wdrapała się na piętro, rozebrała powoli i pedantycznie, wsunęła w nocną koszulę i padła na łóżko. Śnił się jej zapach wody kwiatowej, której używał podczas ich narzeczeństwa Beck. Nazwa umknęła jej z pamięci, ale potrafiłaby rozpoznać ją wśród setek innych, była ostra i korzenna. Było w tym zapachu męskie samochwalstwo i choć zdążyła poznać ową woń już wcześniej, w dniu, gdy zabrał ją na przejażdżkę z ganku wujka Sewarda, czuła, że puszcza się na głęboką wodę. Otworzyła wtedy drzwi tak gwałtownie, że aż uderzyły o ścianę, a on puścił oko i zażartował: „No, komu w de, temu ce”, gdy chichotała do niego z ganku.

Słyszała, że pamięć nie przechowuje zapachów, więc przebudziwszy się, była niemal pewna, że to prawdziwy Beck wśliznął się nocą do domu, a teraz siedzi przy łóżku i przygląda się jej śpiącej. Ale sypialnia była pusta.

Taniec? Nie, to kiepski pomysł – powiedziało jej coś. Przecież jest za wszystko odpowiedzialna. Wystarczy, że odwróci się na chwilę, a wszystko rozsypie się w kawałki, w drobny mak. Niech sobie proszą.

Ezra kartkował gazetę.

– Ezra? – szepnęła.

Czuła, jak zastygł bez ruchu. Zawsze był taki, od małego. Wystarczyło się do niego odezwać, a zaraz stawał na baczność. Miało to dobre, ale też i złe strony. Chłopak był posłuszny, martwiło ją jednak, że tak bardzo spięty. Jeśli potem powiedziała, że ciągnie od okna lub że znów nie przynieśli gazet, był rozczarowany. Jak spełnić wszystkie jego oczekiwania? Miała w palcach powłoczkę kołdry.

– Podaj mi trochę wody.

Usłyszała chlupot wody, ale nic nie stuknęło, lód pewnie zdążył się już rozpuścić. A przecież dosłownie przed chwilą przyniósł świeżą porcję. Uniósł jej głowę, podparł dłonią i przysunął szklankę do ust. Letnia, ale zawsze woda. Wypiła duszkiem. Była mu wdzięczna. Jego dłoń dawała jej poczucie bezpieczeństwa. Opadła na poduszkę.

– Doktor Vincent przyjdzie o dziesiątej – powiedział.

– A która jest teraz?

– Wpół do dziewiątej?

– Wpół do dziewiątej rano?

– Tak.

– Byłeś tu przez całą noc?

– Trochę się zdrzemnąłem.

– Wyśpij się teraz. Nie będziesz mi potrzebny.

– Może po wizycie doktora.

Przechytrzenie doktora było główną częścią planu Pearl. Nie chciała iść do szpitala. Niemal na sto procent wiedziała, że ma zapalenie płuc. Znała objawy. Rozpoznawała ten ból w plecach. Gdy tylko doktor Vincent zorientuje się, zaraz pośle ją do Union Memorial, a wyjdzie stamtąd tylko nogami do przodu.

– Może zadzwonisz i powiesz mu, żeby nie przychodził – zaproponowała. – Czuję się już lepiej. Całkiem dobrze.

– Niech doktor zadecyduje.

– W końcu sama wiem najlepiej, jak się czuję.

– Teraz nie będziemy o tym dyskutować.

Dziwny był ten Ezra. Można mu było chodzić po głowie, ale czasami bywał uparty niczym kozioł. Westchnęła i wygładziła kołdrę. Chyba wylał na nią kilka kropelek wody. Przypomniało jej się, jak będąc jeszcze w podstawówce, zapytał kiedyś:

– Mamo, czy gdyby pieniądze kwitły na drzewie, ale tylko przez jeden jedyny dzień, pozwoliłabyś mi nie iść do szkoły i je pozrywać?

– Nie – odpowiedziała.

– A dlaczego?

– Bo twoje wykształcenie jest ważniejsze.

– A w naszej klasie wszystkie mamy by się zgodziły.

– Bo pewnie nie zależy im, żeby ich dzieci wyszły na ludzi.

– Ale tylko przez jeden dzień...

– Pozrywałbyś je po szkole. Albo przed szkołą. Wstałbyś godzinę wcześniej. Przecież mamy budzik.

– Godzinę wcześniej, mamo? Sześćdziesiąt minut? To mało czasu na coś, co już nigdy się nie zdarzy.

– Ezra, czy nie dasz mi ani chwili wytchnienia? Czy zawsze musisz być taki?

Teraz, wodząc dłońmi po wilgotnej kołdrze, zastanawiała się, dlaczego wtedy nie powiedziała, że pozwoliłaby mu zostać. Przecież pieniądze i tak nie kwitną na drzewach, więc co jej właściwie zależało. To jasne, była jędzowatą matką. Zawsze spięta, zawsze zagoniona, znikąd pomocy. Od kiedy odszedł Beck, trzeba było kalkulować, jak zapłacić raty, jak związać koniec z końcem, jak zaoszczędzić na trzy pary nowych butów dla tych rosnących jak na drożdżach łazęgów. W końcu to ona wzywała lekarza o trzeciej w nocy, gdy Jenny miała zapalenie ślepej kiszki. To ona schodziła na parter z duszą na ramieniu i kijem baseballowym w garści, gdy ktoś dobierał się do drzwi. To ona dokładała rano do pieca, ona spuściła manto postrachowi podwórka, który przylał Ezrze, ona ugasiła na dachu Simmonsów tlące się w kominie sadze. A gdy Cody wrócił pijany z jakichś urodzin, na kogo wszystko spadło? Oczywiście na Pearl Tull, której trunkowe doświadczenia ograniczały się do lampki wina w pierwszy dzień świąt Bożego Narodzenia. A jednak usadziła wtedy Cody’ego przy kuchennym stole, spojrzała mu w oczy i... no i zupełnie nie wiedziała, co mu powiedzieć. A potem Cody zdał maturę, Ezra był w drugiej klasie ogólniaka, a Jenny wyrosła na smukłą pannicę, kończącą podstawówkę. Beck nawet by ich nie poznał. Pewnie oni jego też. Nawet nigdy o niego nie pytali. Niewielką więc uwagę przywiązywali do osoby ojca. Niewidzialnego, wiecznie nieobecnego człowieka. Pearl czuła z tego powodu wielką radość. Przynajmniej jedno się jej udało. Poszło tak gładko, że żadne nie spytało nawet słowem. To był triumf jej życia. Jedyne, co udało się jej doprowadzić do końca. Żałowała tylko, że nie ma się tym komu pochwalić. Stopniowo przestała odwiedzać kościół babtystów. Przestała też wspominać Becka w rozmowach, chociaż w świątecznych kartkach do rodziny w Raleigh nadmieniała, że Beckowi idzie dobrze i że on też przesyła im pozdrowienia. Pewnego wieczora wyrzuciła jego listy. Nie była to zaplanowana decyzja, po prostu porządkowała biurko i nie widziała powodu, dla którego nadal miałyby tam leżeć. Usiadła przy koszu na śmieci w swojej sypialni i powierzyła jego czeluściom wszystkie „wygląda na to, że idę w górę”, „straszna dziura, ale przy linii kolejowej” i „cenią mnie w tej robocie”. Niewiele było tych listów, z ostatniego roku zebrałyby się z górą trzy. Ile lat minęło od czasów, gdy drżącymi dłońmi rozrywała kopertę, by chciwie śledzić każdą zapisaną linijkę? Przyszło jej na myśl, że mężczyzna, do którego tęskni podczas każdej bezsennej nocy, nie ma nic wspólnego z autorem tych listów pisanych pod szablon. „Ed Ball idzie w czerwcu na emeryturę” – czytała, ziewając. „Nasza firma wchodzi właśnie do najbogatszej części stanu Delaware pod względem średniego dohodu”. Nieukrywaną satysfakcję sprawiło jej, że w tym „dochodzie” machnął się w ortografii.

Dzieci rosły i zaczęły stawać na własnych nogach. Synowie wspomagali już dom finansowo, co Pearl przyjęła bez oporów. Nigdy nie uważała przyjmowania pieniędzy za rzecz wstydliwą ani dawniej od wujka Sewarda, ani potem od Becka, ani teraz od chłopaków. W środowisku, w którym wyrosła, to mężczyzna miał troszczyć się o kobietę.

Gdy Cody ustawił się zawodowo, wykupił domek, który spłacała przez tyle lat i wręczył jej na gwiazdkę akt własności. Teraz mogła dać sobie spokój z pracą w sklepie spożywczym, ale odkładała decyzję do czasu, gdy zaczął ją zawodzić wzrok. Co w końcu miała robić z wolnym czasem?

– Puste gniazdo – żartowały dzieci.

Z jej perspektywy to gniazdo właściwie zawsze było puste. Pełne było tylko przez nieliczący się moment. Gdyby ktoś wiedział, ile zainwestowała w swoją trójkę, zrozumiałby, jak krótko byli razem. Ilekroć myślała o ich dorastaniu, od maminego fartucha do samodzielności i obcości, zawsze przypominała się jej lampa w korytarzu na piętrze, którą kiedyś zostawiała na noc zapaloną, by nie przestraszyły się ciemności. Potem zostawiała już tylko światło w łazience, a jeszcze później w hallu na parterze, gdy któreś z nich nie wracało przed nocą do domu. A więc dorastanie sprowadzało się do stopniowego wygaszania lamp, jakby zabierały ze sobą część ich światła w miarę oddalania się od domu. Czasami myślała, że mogła jakoś lepiej to zaplanować. Może powinna mieć przyjaciółki lub zapisać się do klubu? Ale to nie było w jej stylu. Mało miałaby z tego radości.

Ostatniego lata przebudził ją płynący z radia religijny hymn, który zawsze stawiał ją na nogi. In the Sweet Bye and Bye w wykonaniu jakiegoś popularnego wokalisty, tuż przed porannym radiowym kazaniem Normana Vincenta Peala. „Na tym brzegu się spotkamy” – brzmiały słowa. Umknęła w sen, w którym ktoś nieznajomy mówił jej, że ten brzeg to plaża w Wrightsville w Karolinie Północnej, gdzie wraz z Beckiem i dziećmi spędziła kiedyś letnie wakacje. Przebrali się w kabinach, a potem całą piątką wybiegli na plażę, by zainaugurować pływacki sezon. Beck był chłopem jak się patrzy, Pearl młoda i wiotka, a dzieciaki jeszcze bardzo małe. Miały pyzate, roześmiane buziaki i pulchne rączki i nóżki. Zaskoczyła ją ich niewinność. Zaskoczyła ją jej niewinność i niewinność Becka. Wyciągnęła ramiona w stronę dzieci i obudziła się. Potem, w telefonicznej rozmowie, wspomniała Cody’emu o tym śnie. Spytała, czy nie byłoby miło, gdyby niebo okazało się plażą w Wrightsville. Gdyby tak po śmierci otworzyli oczy i znaleźli się znów na gorącym od słońca piasku, znów wszyscy młodzi i szczęśliwi, a fale biłyby o brzeg. Ale Cody nie „kupił” jej nocnego nastroju. Powiedział, że nie widzi w tym nic specjalnego i spytał, czy nie ma jakiejś głębszej wizji nieba. Z Wrightsville pamiętał tyle, że przez całe dwa tygodnie matka zamartwiała się, czy przypadkiem nie zostawiła w domu zapalonego piekarnika. Poza tym, jak zawsze nie uwzględniła jego własnego punktu widzenia. Czy naprawdę uważa, że chciałby spędzić wieczność jako dzieciak?

– Ależ, Cody... ja tylko pytałam.

Z Codym było coś nie tak. Coś nie tak było z całą trójką jej dzieci. Niby sympatyczne i układne, ale zawsze z dystansem, zawsze umykające spod matczynej kontroli. W każdym z nich wyczuwała jakąś „fabryczną wadę”. Cody łatwo wpadał w niczym nieuzasadnioną wściekłość. Jenny nie traktowała życia poważnie. Ezra zmarnował doprawdy swoje zdolności. Prowadził restaurację przy St. Paul Street, co niezupełnie pokrywało się z jej oczekiwaniami. Zastanawiała się, czy dzieci o coś jej nie obwiniają. Podczas rodzinnych spotkań (powinowaci i wnuki zawsze trochę na uboczu, tradycyjnie spoza klanu) zawsze wspominały tylko niedostatek i wyobcowanie, zabawki, na które nie było ich stać, prywatki, na które ich nie zaproszono. Zwłaszcza Cody nawracał regularnie do jej zrzędliwego usposobienia, na którego tle smutne i wystraszone twarzyczki dzieci zupełnie nie kojarzyły się Pearl z tym, co pamiętała.

– Czy naprawdę nie ma dla mnie przedawnienia? – zadawała sobie pytanie. – Kiedy mi wreszcie odpuści? Jest już mężczyzną w sile wieku i co mu przyjdzie ze zrzucania na mnie odpowiedzialności?

A Beck? Przecież jeszcze żyje, choć pewnie jest już stary. Poszłaby o zakład, że zestarzał się bez godności. Zapewne nosi perukę, szoruje sztuczną szczękę na połysk, a w młodzieżowych fryzurach wygląda żałośnie. Krawaty pewnie ma też zbyt pstrokate, a garnitury w kłującą oczy pepitkę. Co właściwie w nim widziała? Zagryzła wargi. Życiowy błąd, prosta pomyłka w osądzaniu ludzi. Dlaczego skutki były aż tak dotkliwe? Życie stanowczo nie powinno być tak surowe.

Raz, dwa razy w roku dostawała od niego list. Pieniądze przestały przychodzić, odkąd Jenny skończyła osiemnaście lat, chyba nawet parę miesięcy wcześniej. Pearl była przekonana, że zapomniał dokładnej daty urodzenia córki. Cały Beck! Nawet wycofać nie potrafił się z klasą. Umiał tylko mleć ozorem, w korytarzu, w drzwiach, z ręką na klamce. Pisał, że przeszedł na emeryturę. W swym ostatnim miejscu pracy, w Richmond, osiadł niczym rozbitek, ale najwyraźniej wciąż jeszcze trochę podróżował. W 1967 przysłał jej kartkę ze Światowej Wystawy w Montrealu, a w 1972 z Atlantic City w New Jersey. Wyglądało na to, że bodźcem do korespondencji były dlań rozmaite, rozdmuchiwane przez środki masowego przekazu wydarzenia, jak choćby lądowanie na Księżycu (coś, czego Pearl z wszystkimi rozsądnymi ludźmi nie traktowała poważnie). „No i wreszcie dopięliśmy swego!” – pisał wtedy. Tryskający z jego słów entuzjazm mógł być podbudowany alkoholem. Skrzywiła się i podarła list na drobne kawałki. Potem, gdy wzrok odmówił jej posłuszeństwa, scedowała pocztę na Ezrę.

– Od kogo ten list? – pytała, spoglądając na kopertę. – Nie mogę dokładnie odczytać.

– Krajowe Stowarzyszenie Posiadaczy Broni Palnej.

– Wyrzuć. A ten?

– Partia Republikańska.

– Wyrzuć. A tamten?

– Adresowany ręcznie. Chyba z Richmond.

– Do kosza.

Nie spytał dlaczego. Żadne z jej dzieci nie miało w sobie ani krzty ciekawości.

Śniło się jej, że wujek zaprzągł Princa i zabrał ją na konkurs recytacji, ale zapomniała tekstu i stała tępo na scenie, a wszyscy naokoło coś szeptali. Gdy zbudziła się, była zakłopotana. Powinna wyrecytować Dat Boy Fritz. Zawsze była dobra w gwarach, mogła to powtórzyć i teraz. Pamięć dopisywała jej, jak za najlepszych lat. Z irytacją poprawiła poduszkę. Wszystko przez te źle ułożone brzegi, pomyślała i znów zapadła w sen, ale tym razem dom stanął w ogniu. Od gorąca wyschła jej skóra i słychać było, jak skwierczą płonące włosy. Jenny popędziła na górę, by ratować biżuterię, ale jej kroki nagle umilkły.

– Stój! – krzyknęła Pearl. Otworzyła oczy. Ktoś siedział przy niej na skórzanym, skrzypiącym fotelu.

– Jenny? – spytała.

– To ja, Ezra, mamo.

Biedny Ezra. Musi być bardzo zmęczony. Przecież to córka powinna teraz siedzieć przy niej. Wiedziała, że czas najwyższy kazać mu odejść, ale nie mogła się na to zdobyć.

– Pewnie chcesz już iść do restauracji.

– Nie, skądże znowu...

– Siedzisz tu przy mnie jak kwoka na jajkach – pociągnęła nosem. – Nie czujesz dymu, Ezra? – spytała.

– Czemu mama pyta? – rzucił podejrzliwie.

– Śniło mi się, że nasz dom się pali.

– Wszystko w porządku, mamo.

– Całe szczęście.

Chwilę czekała tak napięta, że zaczęły boleć ją mięśnie. Nie wytrzymała.

– Ezra?

– Tak, mamo?

– A może byś jednak sprawdził.

– Co mam sprawdzić?

– No, dom. Czy się przypadkiem nie pali.

Była pewna, że nie chce mu się wstać.

– Zrób to dla mnie – poprosiła.

– Niech już mamie będzie.

Usłyszała, jak wstaje i wychodzi, powłócząc nogami. Kroki miał ciche, pewnie był w samych skarpetach. Bardzo długo nie wracał, oczekiwała więc najgorszego. Wytężała słuch, by wyłowić trzask płomieni pożerających jej dobytek, ale docierały do niej jedynie zwykłe odgłosy ulicy, klakson samochodu, dzwonek rowerowy gdzieś pod oknem. Ezra wrócił, zasapany wspinaczką po schodach. Najwidoczniej nie było powodu do paniki, bowiem spokojnie rozsiadł się w fotelu.

– Wszystko w porządku, mamo – rzekł uspokajająco.

– Dziękuję ci, Ezra.

– Drobiazg.

Szelest gazety. Pewnie przewrócił stronę.

– Ezra? Sprawdziłeś piwnicę?

– Tak, mamo.

– Zszedłeś na sam dół?

– Tak, mamo.

– A etażowe działa dobrze?

– Dobrze, mamo.

No i bardzo dobrze. Postanowiła mu zaufać. Myślami przebiegła jeszcze przez wszystkie urządzenia w domu, sprawdzając, czy czegoś nie pominęła. Ciąg kominkowy zamknięty przed zimnem. Kanalizacja przetkana. Krany dokręcone, a grzejniki odwodniła po omacku sama, przekręcając klucz na pierwszy syk wody. Kanał burzowy oczyszczony, dach nie cieknie, lodówka działa. Wszystko zgodnie z jej instrukcjami.

– Ezra?

– Tak, mamo?

– Wiesz, gdzie leży mój notes z adresami?

– Który, mamo?

– Och, Ezra, przecież mam tylko jeden. Ten czerwony to telefony, a adresy mam w czarnym, w szufladzie na papeterię.

– Już wiem.

– Chcę, żeby ci wszyscy, których tam znajdziesz, zostali zaproszeni na mój pogrzeb.

Zaległa głucha, przedłużająca się cisza.

– Na pogrzeb? Przecież mama nie umiera? – rzekł w końcu Ezra.

– Oczywiście, że nie – zapewniła go. – Ale pewnego dnia – dodała – kto wie, co może się zdarzyć...

– Nie mówmy o tym.

Zamilkła na chwilę, siląc się na cierpliwość. Czego od niej oczekiwał? Że będzie żyła wiecznie? Taki już był Ezra.

– Chodzi mi o to, by zaproszono te osoby. Słuchasz, co mówię? Ludzi, których adresy mam w tym notesie.

Ezra milczał.

– W tym w szufladzie z papeterią – dodała.

– Z papeterią – powtórzył jak echo.

Dobrze. Wreszcie zrozumiał. Odwrócił stronę gazety, nie odezwawszy się słowem, ale już wiedziała, że zrozumiał. Pomyślała sobie, że jej notes z adresami pewnie pachnie myszami i ma nadkruszone kartki. Założyła go już tak dawno. Miała tam adres Emmaline, a ta przecież nie żyła od dobrych dwudziestu lat. Podobnie pani Simmons z St. Petersburga na Florydzie, wdowa po wujku Sewardzie, a może nawet i ich córka. Zdaje się, że wszyscy mieszkańcy tego notesu spoczywali już głęboko w ziemi, z wyjątkiem Becka. Pamiętała, że zajmował w nim całą stronę, adres po adresie, wszystkie kolejno wykreślane. Ciągle dopisywała aktualne na wypadek, gdyby kiedyś musiała zwrócić się do niego w nagłej potrzebie. Ciekawe, jaką potrzebę miała wtedy na myśli? Nie przychodziła jej do głowy żadna, w której jego obecność mogłaby być jej choćby odrobinę pomocna. Chciałaby widzieć jego twarz, gdy otrzyma zaproszenie na jej pogrzeb. „Zaproszunek” – jak zawsze mawiał. „Kto by pomyślał – powie pewnie zaskoczony – że to ona umrze pierwsza? No i proszę. Zaproszunek na pogrzeb!” – jakby go słyszała.

Roześmiała się.

Przyszedł doktor. W progu zastukał parę razy butem o but.

– Czyżby padał śnieg? – spytała.

– Śnieg? Skądże.

– Tupał pan nogami, tak jakby strzepywał pan śnieg.

– Po prostu zmarzłem – usiadł na skraju łóżka. – Zdrętwiały mi palce u nóg – wyjaśnił. – Kolano mówi mi, że będziemy mieć dziś w nocy przymrozek.

Puściła to mimo uszu.

– Niech pan słucha, doktorze. Ezra wezwał pana niepotrzebnie.

– Czyżby?

– Czuję się już świetnie. Może było coś z tą pogodą, ale już znacznie mi się polepszyło.

– Rozumiem – powiedział. Ujął jej nadgarstek w lodowate, pomarszczone palce. Był równie stary jak ona i prawie wcale już nie praktykował. Pearl wydawało się, że trzymał jej rękę przez kilka minut.

– Od jak dawna to trwa? – spytał wreszcie.

– Nie rozumiem, co ma pan na myśli, doktorze.

– Gdzie tu jest telefon? – spytał Ezrę.

– Niech pan poczeka... doktorze Vincent... błagam! – krzyknęła.

Puścił nadgarstek, ale położył rękę na jej dłoni i po mocnym zapachu tytoniu domyśliła się, że nachylił się nad nią.

– Słucham? – spytał.

– Nie pójdę do żadnego szpitala.

– Oczywiście, że pójdzie pani.

– Przemyślałam to sobie dokładnie. Nie życzę sobie żadnych metalowych łóżek i smrodu lekarstw. To mnie zabije – wycedziła wyraźnie.

– Droga pani...

– I chyba wie pan, że nie będą mogli dać mi penicyliny?

– Penicyliny? Oczywiście, że wiem, ale...

– Tak jak w czterdziestym trzecim?

– Proszę się uspokoić. Pamiętam doskonale.

A może to było w czterdziestym czwartym? W każdym razie jeszcze przed odejściem Becka. Wrócił wtedy z delegacji i przywiózł dzieciakom komplet łuczniczy. Wydawał pieniądze na takie bzdury! I to wtedy, gdy wcale im się nie przelewało. Zabrał ten komplet na niedzielny wypad za miasto, przybił płócienną tarczę do pnia drzewa i nawet nie pomyślał o niebezpieczeństwie. Nie był z tych, którzy nocą nie zmrużą oka, nadsłuchując, czy nie dzieje się coś złego. No i stało się. Nie pamięta już jak. Robiła właśnie bukiet z suchych traw, gdy dosięgła ją strzała. Cięciwę naciągnął Cody, ale to nie miało nic do rzeczy i nie Cody’ego oskarżała, gdy przeszło jej pierwsze zdenerwowanie. Winien był Beck, który jeśli nie celowo, to z czystej bezmyślności ugodził ją w serce. No, może nie w samo serce, ale prawie w serce, gdzieś między piersią i ramieniem. Dziwne doznanie, przypominające uderzenie otwartą dłonią. Nie tyle ukłucie, co pieczenie, a zaraz potem okrągła plama krwi na jej ulubionej bluzce. Krzyknęła i ruszyła przed siebie, niosąc wciąż swój bukiet. Dopiero po chwili poczuła ból. Beck, blady jak ściana, wyrwał strzałę. Jenny zaczęła płakać. Popędzili pełnym gazem do domu, zapomniawszy nawet zdjąć tarczę z drzewa, ale nim zajechali, okazało się, że krwawienie ustało i wszystko wygląda zupełnie niegroźnie. Pearl własnoręcznie opatrzyła ranę. Po dwóch dniach spostrzegła, że wygląda to brzydko. Rana zamiast goić się nabrzmiała, a do tego przyplątała się gorączka. Beck był znów w delegacji i musiała sama udać się do lekarza, biegnąc na złamanie karku, w krzywo upiętym kapeluszu, by tylko zdążyć do domu, nim dzieci wrócą ze szkoły. W tamtych czasach doktor Vincent dopiero rozpoczynał praktykę, odsłużywszy obowiązkowy staż w armii. Pamiętała, że dotąd ma gęste, siwe włosy i nie używa szkieł. Dał jej zastrzyk penicyliny. Cudowny lek, który, jak powiedział, poznał za oceanem. W drodze powrotnej rozpierało ją wspaniałe samopoczucie, jak zawsze, ilekroć lekarz bierze na siebie ciężar naszych boleści, ale tej samej nocy straciła przytomność. Najpierw wysypka, potem dreszcze, a potem wszystko rozpłynęło się. Pogotowie wezwał Cody. W szpitalu, gdy kryzys minął, wszyscy traktowali ją surowo.

– Była pani o krok od śmierci – powiedziała pielęgniarka.

Cóż za nonsens! Przecież nie mogła umrzeć, miała dzieci. Gdy ma się dzieci, ma się obowiązek żyć. Zacisnęła powieki na sam dźwięk słów pielęgniarki. Potem zjawili się dwaj lekarze, przysunęli krzesła do łóżka. Z powagą i namaszczeniem opowiedzieli jej wszystko o penicylinie. Nigdy, ale to nigdy nie wolno jej brać tego leku i zawsze powinna mieć przy sobie informację o tym uczuleniu. Pearl nie bardzo się tym przejmowała. Poprosiła o wypisanie jej na własną prośbę. W domu czekały przecież dzieci. Dobrze jednak zapamiętała słowa lekarzy: „Tym razem organizm był silniejszy, ale druga dawka panią zabije”. Zrobiło to na niej wrażenie. Zupełnie jak w baśniach: czarodziejski napój, który można skosztować tylko raz w życiu. A ona zmarnowała okazję na taką błahostkę: rana od strzały z dziecięcego łuku! No i koniec z cudami. W późniejszych czasach, gdy penicylina stała się bardzo popularna, a jej wnuki dostawały ją przy byle okazji, nigdy nie omieszkała nadmienić:

– Wam to dobrze. A ja co? Modlę się tylko, by nie przyplątało mi się jakieś zakażenie lub zapalenie płuc.

Zapalenie płuc.

Jakiś wodnisty, grzmiący dźwięk zatętnił jej w uszach i z najwyższym trudem usłyszała własny głos. Musiała odczekać, aż to ustąpi, nim powiedziała:

– Doktorze Vincent?

– Jestem tutaj.

Jego dłoń, którą wciąż trzymał na jej ręce, nie była już lodowata. Ogrzał się od jej skóry, jakby była piecem. Zebrała siły i oznajmiła.

– Proszę powiedzieć Ezrze, że zostaję w domu.

– Ależ...

– Wiem, co robię.

Milczał.

– Proszę mu powiedzieć – powtórzyła z naciskiem – że to nic groźnego. Rozumie pan? Nie chcę słyszeć o żadnym szpitalu. To mnie zabije. Już same te głośniki wzywające lekarzy, których nazwisk w życiu nie słyszałam. To tylko przeziębienie i pan mu to powie!

– Dobrze – powiedział doktor Vincent. Przełknął ślinę. Cofnął dłoń. – Jest pani pewna? – spytał.

– Jestem pewna.

Przez chwilę chyba to rozważał. Odwrócił się i rzucił w stronę Ezry:

– Słyszał pan jej słowa?

– Tak. – Ezra był bliżej niż sądziła.

– Uważam, że powinien pan wezwać brata i siostrę.

Pearl poczuła nagłe zainteresowanie.

– Ale, skoro to aż tak poważne... – zaczął Ezra.

– Poczekamy i zobaczymy, jak się sprawy potoczą. – Doktor położył dłoń na czole Pearl.

Potem chyba oddalił się. Nie była pewna, bo szum w uszach powrócił i przytłumił jego kroki. Zatęskniła do Cody’ego i Jenny. Ach, jak wspaniale byłoby mieć tutaj całą trójkę. Nagle poczuła jakiś dziwny, przejmujący chłód. A więc stało się. Doktor Vincent wyraził zgodę. Wyraził zgodę. Spisał ją na straty. Nie, na pewno nie!

Od wielu lat myślała o śmierci. Ale umieranie? Jak to właściwie jest? Czy już nikt nie odpowie na zadane pytania? Czy jedno z moich dzieci ustatkuje się, czy drugie nauczy się żyć szczęśliwie? Czy dowiem się wreszcie, o co im chodziło? Wygląda na to, że przez wszystkie te lata czekała, aż znów połączy się z Beckiem. Czekała. Na co właściwie czekała? Na jakiś błysk, na nagłe odkrycie tajemnicy. Liczyła, że pewnego dnia obudzi się mądrzejsza, szczęśliwsza, pogodzona z losem. Lecz nic takiego się nie stało. I nie stanie się już nigdy. Spodziewała się, że może na łożu śmierci... na łożu śmierci! Ładne mi łoże śmierci, zwyczajny, seryjny tapczan. Sądziła, że na łożu śmierci będzie miała swoim dzieciom do powiedzenia coś ostatecznego. Nic nie było ostateczne. Nie miała im nic do powiedzenia. Czuła się onieśmielona i zażenowana. Przebierała nerwowo stopami, szukała chłodniejszego miejsca na poduszce.

Było to tuż przed wyjazdem Cody’ego do college’u, w dniu, w którym spaliła listy Becka.

– Dzieci, jest coś, o czym szczerze chciałabym teraz z wami porozmawiać – powiedziała wtedy.

Cody rozprawiał właśnie o pracy. Musiał jakąś znaleźć, by pokryć część czesnego.

– Mogę zatrudnić się w stołówce – powiedział – albo poza campusem. Sam jeszcze nie wiem.

– Na twoim miejscu wybrałabym stołówkę – doradziła Jenny.

– Dzieci, to dotyczy waszego ojca.

Usłyszał słowa matki i spojrzał na nią z przelotną uwagą.

– A więc, kochani – rozpoczęła Pearl – pamiętacie, że zawsze mówiłam wam, że tata podróżuje w interesach...

– Poza campusem lepiej płacą – pokręcił głową Cody. – A liczy się każdy grosz.

– Za to w stołówce będziesz z kumplami – wtrącił się Ezra.

– Też fakt.

– No i z koleżankami – dodała Jenny. – Tymi, które noszą białe podkolanówki i dopingują chłopaków na meczach.

– Teraz mówi się na nie „swetrówy” – poprawił ją Cody.

– Wyznam wam coś szczerze. Coś, co dotyczy waszego ojca – ciągnęła Pearl.

– Wybierz stołówkę – upierał się Ezra.

– Dzieci!

– Stołówka będzie lepsza – ustalili.

Po czym cała trójka obrzuciła ją chłodnym, beznamiętnym, bacznym spojrzeniem oczu, bliźniaczo przypominających jej własne.

Śniły się jej dziewiętnaste urodziny, kiedy to ten okropny John Dupree przyniósł dla niej pudełko czekoladek i klamerkę do włosów z podpalanej skóry.

– Ach, John! Cóż to za cacko! Poczęstuj się pomadką – powiedziała mu.

Nawet we śnie wiedziała, że John Dupree nie żyje od sześćdziesięciu jeden lat. Zginął w Lesie Argońskim od szwabskiej kuli. Pamiętała, jak poszła z kondolencjami do jego matki, która nie przyjmowała jednak żadnych wizyt.

– To był wielki błąd – powiedziała Pearl Johnowi Dupree, po czym upięła włosy klamerką z podpalanej skóry.

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

II   JAK NAUCZYĆ KOTA ZIEWAĆ

III   OFIARA MIŁOŚCI

IV   SZEPTY W SERCU

V   WIEJSKI KUCHCIK

VI   PLAŻE NA KSIĘŻYCU

VII   DOKTOR TULL NIE JEST ZABAWKĄ

VIII   TAK BYŁO NAPRAWDĘ

IX   JABŁKO JABŁKO

X   OBIAD W RESTAURACJI DLA SAMOTNYCH