Wydawca: WAB Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2014

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 124 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Obcy - Albert Camus

Najsłynniejsza obok Dżumy powieść Camusa, uznawana za jedno z najbardziej niepokojących dzieł literackich XX w.

 

Bohater, przeciętny francuski urzędnik, wiedzie bezbarwne życie bez emocji. Nic nie robi nań wrażenia: ani związki międzyludzkie, ani śmierć matki w przytułku, ani wreszcie popełnienie zbrodni, gdy przypadkowo, bez większego namysłu zabija człowieka.

Oskarżony o morderstwo z premedytacją i skazany na śmierć, przyjmuje wyrok jakby go nie dotyczył. Wyzbyty najmniejszej nadziei, oczekuje wykonania wyroku, przyjmując świat w jego obojętności i okrucieństwie.

Bohater odrzucający świat uznawanych wartości przedstawiony w powieści Camusa był źródłem zarówno gwałtownych polemik, jak i sprzeciwu krytyki, dla której postawa bohatera była niezrozumiała. Czytelnicy utożsamiali często bohatera z ucieleśnieniem zła.

Zamiarem jednak autora, jak sam dowodził, było pokazanie, że bohater "zgadza się umrzeć dla prawdy", jest w pewnym sensie buntownikiem.

Opinie o ebooku Obcy - Albert Camus

Fragment ebooka Obcy - Albert Camus

Al­bert Ca­mus

Obcy

przełożyła Ma­ria Ze­no­wicz

Tytuł ory­gi­nału: L’Étran­ger

Co­py­ri­ght © Édi­tions Gal­li­mard, 1942

Co­py­ri­ght © for the Po­lish edi­tion by Gru­pa Wy­daw­ni­cza Fok­sal, MMXIV

War­sza­wa, MMXIV

Część I

I

Dzi­siaj umarła mama. Albo wczo­raj, nie wiem. Do­stałem de­peszę z przy­tułku: „Mat­ka zmarła. Po­grzeb ju­tro. Wy­ra­zy współczu­cia”. Nie­wie­le z tego wy­ni­ka. To stało się być może wczo­raj.

Przy­tułek dla starców jest w Ma­ren­go, osiem­dzie­siąt ki­lo­metrów od Al­gie­ru. Wsiądę w au­to­bus o go­dzi­nie dru­giej i przy­jadę po południu. W ten sposób będę mógł nocą czu­wać przy zwłokach i wrócić ju­tro wie­czo­rem. Po­pro­siłem sze­fa o dwa dni zwol­nie­nia, w ta­kich oko­licz­nościach nie mógł mi odmówić. Ale nie wyglądał na za­do­wo­lo­ne­go. Na­wet mu po­wie­działem: „To nie moja wina”. Nie odpo­wie­dział. Pomyślałem więc, że nie po­wi­nie­nem był mu tego mówić. Zresztą nie miałem się z cze­go tłuma­czyć. To ra­czej jemu wy­pa­dało złożyć mi kon­do­len­cje. Ale za­pew­ne zro­bi to po­ju­trze, gdy mnie zo­ba­czy w żałobie. Na ra­zie jest trochę tak, jak­by mama wca­le nie umarła. Po po­grze­bie, prze­ciw­nie, spra­wa będzie załatwio­na i wszyst­ko przy­bie­rze for­my bar­dziej ofi­cjal­ne.

Po­je­chałem au­to­bu­sem o dru­giej. Było bar­dzo gorąco. Zjadłem, jak zwy­kle, w re­stau­ra­cji u Ce­le­sty­na. Wszy­scy mi współczu­li, a Ce­le­styn po­wie­dział: „Ma się tyl­ko jedną matkę”. Kie­dy wy­cho­dziłem, od­pro­wa­dzi­li mnie do drzwi. Byłem nie­co roz­tar­gnio­ny, po­nie­waż mu­siałem jesz­cze wstąpić do Ema­nu­ela, żeby pożyczyć czar­ny kra­wat i opaskę z kre­py. Stra­cił wuja przed kil­ku mie­siącami.

Biegłem, żeby się nie spóźnić na au­to­bus. Ten pośpiech i bie­ga­ni­na, a po­nad­to kołysa­nie, za­pach pa­li­wa, od­blask szo­sy i nie­ba, za­pew­ne wszyst­ko ra­zem, wpra­wiły mnie w drzemkę. Spałem przez pra­wie całą drogę. Obu­dziłem się wspar­ty o ja­kie­goś ofi­ce­ra, który uśmie­chał się do mnie i spy­tał, czy jadę z da­le­ka. Po­wie­działem: „Tak”, żeby prze­ciąć roz­mowę.

Przy­tułek leży o dwa ki­lo­me­try od mia­sta. Po­ko­nałem tę drogę pie­chotą. Chciałem za­raz zo­ba­czyć mamę. Ale do­zor­ca po­wie­dział, że po­wi­nie­nem od­wie­dzić dy­rek­to­ra. Po­nie­waż był zajęty, cze­kałem trochę. Do­zor­ca przez cały czas coś do mnie mówił; wresz­cie zo­ba­czyłem dy­rek­to­ra – przyjął mnie w swo­im ga­bi­ne­cie. Jest to mały sta­ru­szek z Legią Ho­no­rową. Przyj­rzał mi się swy­mi ja­sny­mi oczka­mi. Po­tem uścisnął mi dłoń, którą przy­trzy­mał tak długo, że nie bar­dzo wie­działem, jak ją wy­co­fać. Zaj­rzał do kar­to­te­ki i po­wie­dział: „Pani Meur­sault przy­była tu trzy lata temu. Pan był jej je­dyną pod­porą”. Sądziłem, że sta­wia mi ja­kieś za­rzu­ty, i zacząłem wyjaśniać. Ale prze­rwał mi: „Pan nie musi się uspra­wie­dli­wiać, moje dro­gie dziec­ko. Czy­tałem kar­to­tekę pańskiej mat­ki. Pan nie mógł dać jej tego, cze­go po­trze­bo­wała. Mu­siała mieć pielęgniarkę. Pana po­bo­ry są skrom­ne. Zważyw­szy to wszyst­ko, tu­taj było jej le­piej”. Powie­działem: „Tak, pa­nie dy­rek­to­rze”. Dodał: „Wie pan, miała tu przy­ja­ciół, lu­dzi w jej wie­ku. Mogła dzie­lić z nimi za­in­te­re­so­wa­nia dla spraw z daw­nych lat. Pan jest młody, nud­no by jej było z pa­nem”.

To praw­da. Kie­dy mama była w domu, spędzała czas w mil­cze­niu, wodząc za mną ocza­mi. W pierw­szych dniach po­by­tu w przy­tułku często płakała. Ale to była spra­wa przy­zwy­cza­je­nia. Po paru mie­siącach płakałaby, gdy­by ją ode­brać z przy­tułku. Też z ra­cji przy­zwy­cza­je­nia. Trochę dla­te­go w ostat­nim roku pra­wie tu nie przy­jeżdżałem. A również ze względu na stratę nie­dzie­li, nie licząc trudów związa­nych z dojściem do au­to­bu­su, kup­nem bi­letów i dwie­ma go­dzi­na­mi jaz­dy.

Dy­rek­tor jesz­cze coś mówił. Ale już go pra­wie nie słuchałem. Po­tem po­wie­dział: „Sądzę, że chce pan zo­ba­czyć matkę”. Pod­niosłem się bez słowa, a on pierw­szy skie­ro­wał się ku drzwiom. Na scho­dach wyjaśnił: „Prze­nieśliśmy ją do małej kost­ni­cy. Żeby oszczędzić in­nych. Za każdym ra­zem, kie­dy któryś z pen­sjo­na­riu­szy umie­ra, resz­ta jest przez dwa, trzy dni bar­dzo zde­ner­wo­wa­na. To utrud­nia pracę”. Prze­cho­dzi­liśmy przez dzie­dzi­niec, gdzie wie­lu starców roz­ma­wiało w małych grup­kach. Gdy mi­ja­liśmy ich – mil­kli. Ale za na­szy­mi ple­ca­mi roz­mo­wy roz­po­czy­nały się na nowo. Można by rzec – stłumio­ne skrze­cze­nie pa­pug. Przed drzwia­mi małego bu­dyn­ku dy­rek­tor opuścił mnie: „Zo­sta­wiam pana, pa­nie Meur­sault. Je­stem do pana dys­po­zy­cji u sie­bie w biu­rze. Po­grzeb zo­stał usta­lo­ny na go­dzinę dzie­siątą rano. Uzna­liśmy, że umożliwi to panu czu­wa­nie w nocy przy zmarłej. Jesz­cze słowo: zda­je się, że pańska mat­ka często mówiła do swo­ich współto­wa­rzy­szy, że pra­gnie mieć po­grzeb re­li­gij­ny. Biorę na sie­bie załatwie­nie wszyst­kie­go, co trze­ba. Ale chciałem pana o tym po­wia­do­mić”. Po­dziękowałem mu. Mama, nie będąc ate­istką, nig­dy za życia nie myślała o re­li­gii.

Wszedłem. Sal­ka była bar­dzo ja­sna, po­bie­lo­na wap­nem, po­kry­ta szkla­nym da­chem. Ume­blo­wa­nie składało się z krze­seł i kozłów. Dwa z nich, pośrod­ku, pod­pie­rały trumnę z za­mkniętym wie­kiem. Widać było tyl­ko błyszczące śruby, do połowy wkręcone, od­stające od de­sek zaciągniętych na ko­lor orze­cha. Obok trum­ny sie­działa pielęgniar­ka, Arab­ka, w białym ki­tlu i ja­skra­wej chu­st­ce na głowie.

W tym mo­men­cie zja­wił się za mo­imi ple­ca­mi do­zor­ca. Mu­siał biec. Za­ci­nał się trochę: „Trum­na zo­stała za­mknięta, ale odśru­buję wie­ko, żeby pan mógł ją zo­ba­czyć”. Zbliżał się już do trum­ny, kie­dy go za­trzy­małem. Po­wie­dział: „Nie chce pan?”. Od­po­wie­działem: „Nie”. Umilkł, a ja zmie­szałem się, po­nie­waż czułem, że nie po­wi­nie­nem był tego po­wie­dzieć. Po chwi­li spoj­rzał na mnie i spy­tał: „Dla­cze­go?”, ale bez wy­rzu­tu, jak­by się tyl­ko in­for­mo­wał. Od­rzekłem: „Nie wiem”. Wte­dy, kręcąc swe białe wąsy, oświad­czył, nie patrząc na mnie: „Ro­zu­miem”. Miał ładne, ja­sno­nie­bie­skie oczy i różową cerę. Podał mi krzesło i sam usiadł za mną, nie­co w tyle. Pielęgniar­ka wstała i skie­ro­wała się ku wyjściu. Do­zor­ca po­wie­dział: „Ma­szan­kra1”. Po­nie­waż nie zro­zu­miałem, spoj­rzałem na pielęgniarkę i zo­ba­czyłem, że jej twarz poniżej oczu owi­jał ban­daż, który biegł wokół głowy. Na wy­so­kości nosa ban­daż leżał płasko. W jej twa­rzy widać było tyl­ko biel tego ban­daża.

Kie­dy wyszła, do­zor­ca ode­zwał się: „Zo­sta­wię pana sa­me­go”. Nie wiem, jaki gest wy­ko­nałem, ale nie wy­szedł i stał za mną. Jego obec­ność za mo­imi ple­ca­mi krępowała mnie. Izbę wypełniało piękne światło późnego popołudnia. Dwa szer­sze­nie brzęczały, obi­jając się o szkla­ny dach. Czułem, jak ogar­nia mnie sen­ność. Nie od­wra­cając się, ode­zwałem się do do­zor­cy: „Od daw­na pan tu jest?”. Od­po­wie­dział na­tych­miast: „Pięć lat”, jak gdy­by od początku cze­kał na moje py­ta­nie.

Po­tem roz­ga­dał się na do­bre. Zdzi­wiłby się bar­dzo, gdy­by mu kie­dyś po­wie­dzia­no, że skończy jako do­zor­ca przy­tułku w Ma­ren­go. Miał sześćdzie­siąt czte­ry lata i był paryżani­nem. W tym mo­men­cie prze­rwałem: „Ach, pan nie jest stąd?”. Po­tem przy­po­mniałem so­bie, że nim mnie za­pro­wa­dził do dy­rek­to­ra, opo­wia­dał mi o ma­mie. Po­wie­dział, że trze­ba ją po­cho­wać bar­dzo szyb­ko, gdyż na równi­nie jest gorąco, zwłasz­cza w tej oko­li­cy. Wy­znał mi wte­dy, że miesz­kał w Paryżu i że trud­no mu o tym za­po­mnieć. W Paryżu zo­sta­je się przy zmarłym przez trzy, a na­wet czte­ry dni. Tu nie ma cza­su, człowiek nie uświa­do­mił so­bie jesz­cze, co się stało, a już trze­ba biec za ka­ra­wa­nem. Jego żona ode­zwała się wówczas: „Prze­stań, to nie są te­ma­ty dla pana”. Sta­ry po­czer­wie­niał i zaczął się uspra­wie­dli­wiać. Prze­rwałem mu, mówiąc: „Ależ nie, ależ nie”. Uważałem, że to, co po­wie­dział, było słuszne i in­te­re­sujące.

W kost­ni­cy po­wia­do­mił mnie, że do przy­tułku przyjęto go jako nędza­rza. Po­nie­waż jed­nak czuł się w pełni sił, za­pro­po­no­wał, że będzie do­zorcą. Zwróciłem mu uwagę, że w końcu jest jed­nak pen­sjo­na­riu­szem. Po­wie­dział, że nie. Już przed­tem za­sta­no­wił mnie ton, ja­kim mówił „oni”, „tam­ci”, rza­dziej „sta­rzy”, opo­wia­dając o pen­sjo­na­riu­szach, z których wie­lu nie miało więcej lat niż on. Ale, oczy­wiście, za­cho­dziła różnica: on był do­zorcą i miał w pew­nym sen­sie nad nimi władzę.

W tym mo­men­cie weszła pielęgniar­ka. Zmierzch za­padł gwałtow­nie. Noc szyb­ko gęstniała nad szkla­nym da­chem. Do­zor­ca przekręcił kon­takt, nagły wy­buch światła oślepił mnie. Za­pro­sił mnie do re­fek­ta­rza na obiad. Ale nie byłem głodny. Za­ofia­ro­wał się więc, że przy­nie­sie filiżankę kawy z mle­kiem. Po­nie­waż bar­dzo lubię kawę z mle­kiem, zgo­dziłem się; powrócił po chwi­li z tacą. Wypiłem. Po­tem miałem ochotę za­pa­lić. Za­wa­hałem się jed­nak, gdyż nie wie­działem, czy mogę to zro­bić przy ma­mie. Za­sta­no­wiłem się: to nie miało naj­mniej­sze­go zna­cze­nia. Poczęsto­wałem do­zorcę pa­pie­ro­sem i za­pa­liliśmy.

W pew­nej chwi­li po­wie­dział mi: „Wie pan, przy­ja­cie­le pańskiej mat­ki także przyjdą czu­wać przy niej. Taki jest zwy­czaj. Będę mu­siał przy­go­to­wać dla nich krzesła i czarną kawę”. Spy­tałem, czy można zga­sić jedną z lamp. Od­blask światła na białych ścia­nach męczył mnie. Po­wie­dział, że to nie­możliwe. In­sta­la­cja jest skon­stru­owa­na w ten sposób: wszyst­kie albo żadna. Prze­stałem zwra­cać na nie­go uwagę. Wy­cho­dził, wra­cał, roz­miesz­czał krzesła. Na jed­nym z nich koło dzban­ka do kawy usta­wił stos filiżanek. Po­tem usiadł na­prze­ciw mnie, po dru­giej stro­nie mamy. Pielęgniar­ka znaj­do­wała się tu również, w głębi, odwrócona ple­ca­mi. Nie wi­działem, co robi. Ale po ru­chu ra­mion mogłem przy­pusz­czać, że robi na dru­tach. Pa­no­wał łagod­ny spokój, kawa roz­grzała mnie, przez otwar­te drzwi wcho­dził za­pach nocy i kwiatów. Przy­pusz­czam, że się trochę zdrzemnąłem.

Obu­dził mnie sze­lest. Gdy otwo­rzyłem oczy, izba wydała mi się jesz­cze bar­dziej lśniąca białością. Wokół mnie nie było ani skraw­ka cie­nia i każdy przed­miot, każde załama­nie ry­so­wało się z ostrością, która raniła wzrok. Właśnie w tym mo­men­cie we­szli przy­ja­cie­le mamy. Było ich z dzie­sięcio­ro, sunęli, milcząc, w ośle­piającym świe­tle. Usie­dli, ani jed­no krzesło nie skrzypnęło. Wi­działem ich tak, jak jesz­cze nig­dy ni­ko­go nie udało mi się zo­ba­czyć, nie umknął mi żaden szczegół ich twa­rzy czy ubra­nia. A prze­cież nie słyszałem ich i z tru­dem przyszło mi uwie­rzyć w ich re­al­ność. Pra­wie wszyst­kie ko­bie­ty nosiły far­tu­chy, tro­ki opa­sujące ta­lie jesz­cze bar­dziej wy­py­chały do przo­du ich wzdęte brzu­chy. Nie za­uważyłem nig­dy dotąd, do ja­kie­go stop­nia sta­re ko­bie­ty mogą być brzu­cha­te. Mężczyźni, pra­wie wszy­scy, byli bar­dzo chu­dzi i trzy­ma­li la­ski. Ude­rzyło mnie, że w ich twa­rzach nie wi­działem oczu, je­dy­nie ma­to­we lśnie­nie w zagłębie­niu zmarsz­czek. Kie­dy usie­dli, większość z nich zaczęła mi się przyglądać i potrząsać z zakłopo­ta­niem głowa­mi; ich war­gi zo­stały całko­wi­cie wchłonięte przez bezzębne usta, toteż nie wie­działem, czy mnie po­zdra­wiają, czy tyl­ko wstrząsa nimi star­cze drżenie. Sądzę, że ra­czej po­zdra­wia­li mnie. I właśnie wte­dy spo­strzegłem, że wszy­scy oni, ki­wając głowa­mi, siedzą na­prze­ciw mnie, wokół do­zor­cy. Przez chwilę do­znałem za­baw­ne­go uczu­cia, że byli tu, aby mnie sądzić.

Nie­co później jed­na z ko­biet zaczęła płakać. Sie­działa w dru­gim rzędzie, zasłonięta przez którąś ze swych to­wa­rzy­szek, nie wi­działem jej do­brze. Płakała, wy­dając krótkie, mia­ro­we okrzy­ki; myślałem, że nig­dy nie skończy. Resz­ta jak­by tego w ogóle nie słyszała. Sie­dzie­li po­chy­le­ni, po­nu­rzy i milczący. Pa­trzy­li na trumnę lub na swe la­ski, na co­kol­wiek bądź zresztą i zda­wa­li się ni­cze­go poza tym nie do­strze­gać. Ko­bie­ta ciągle płakała. Bar­dzo mnie to dzi­wiło, po­nie­waż wca­le jej nie znałem. Wołałbym tego nie słuchać. Ale nie śmiałem nic po­wie­dzieć. Do­zor­ca po­chy­lił się ku niej, coś szepnął, a ona potrząsnęła głową, wybełkotała ja­kieś słowa i za­wo­dziła da­lej, tak samo mo­no­ton­nie. Do­zor­ca prze­niósł się więc na moją stronę. Usiadł obok. Po dłuższej chwi­li oświad­czył, nie patrząc na mnie: „Była bar­dzo przy­wiązana do pańskiej mat­ki. Po­wie­działa, że mat­ka była tu­taj jej je­dyną przy­ja­ciółką i że te­raz nie ma już ni­ko­go”.

Sie­dzie­liśmy tak przez dłuższą chwilę. Wes­tchnie­nia i szlo­chy ko­bie­ty sta­wały się co­raz rzad­sze. Raz po raz pociągała no­sem. Wresz­cie ucichła. Nie chciało mi się już spać, ale byłem bar­dzo zmęczo­ny i bolał mnie krzyż. Te­raz z ko­lei spra­wiało mi przy­krość mil­cze­nie tych lu­dzi. Od cza­su do cza­su słyszałem tyl­ko dziw­ny odgłos i nie mogłem zro­zu­mieć, skąd on po­cho­dzi. W końcu od­gadłem: to niektórzy ze starców ssa­li wnętrze swych po­liczków, wy­dając przy tym dzi­wacz­ne mla­ska­nie. Byli tak da­le­ce pogrążeni w myślach, że ro­bi­li to bez­wied­nie. Od­niosłem na­wet wrażenie, że ta zmarła, leżąca pomiędzy nimi, nic w ich oczach nie zna­czy. Ale te­raz sądzę, że to było fałszy­we wrażenie.

Wy­pi­liśmy wszy­scy kawę po­daną przez do­zorcę. Po­tem już nic nie pamiętam. Noc minęła. Przy­po­mi­nam so­bie, że kie­dy na chwilę otwo­rzyłem oczy, star­cy spa­li wspar­ci o sie­bie i tyl­ko je­den, z brodą na dłoniach wpi­tych w laskę, wpa­try­wał się we mnie, jak gdy­by cze­kając na moje prze­bu­dze­nie. Po­tem zno­wu usnąłem. Obu­dziłem się, po­nie­waż co­raz bar­dziej bolał mnie krzyż. Dzień snuł się po szy­bach da­chu. Później je­den ze starców zbu­dził się i zaczął kasz­leć. Pluł do dużej kra­cia­stej chust­ki, każde splu­nięcie wy­ry­wał z sie­bie z tru­dem. Obu­dził in­nych i do­zorca po­wie­dział, że po­win­ni już pójść. Wsta­li. Po pełnym nie­wygód czu­wa­niu mie­li twa­rze jak z po­piołu. Wy­chodząc, ku memu wiel­kie­mu zdzi­wie­niu, każdy uścisnął mi rękę – jak gdy­by ta noc, w cza­sie której nie za­mie­ni­liśmy słowa, nawiązała między nami zażyłość.

Byłem zmęczo­ny. Do­zor­ca za­pro­wa­dził mnie do sie­bie, gdzie mogłem się trochę odświeżyć. Wypiłem zno­wu kawę z mle­kiem, była bar­dzo do­bra. Kie­dy wy­szedłem, dzień był już w pełni. Nad wzgórza­mi, dzielącymi Ma­ren­go od mo­rza, czer­wie­niło się nie­bo. Wiatr, prze­la­tując nad nami, przy­no­sił za­pach soli. Za­po­wia­dał się piękny dzień. Od daw­na nie wyjeżdżałem na wieś i czułem, jaką przy­jem­ność spra­wiłby mi spa­cer, gdy­by nie ta spra­wa z mamą.

Cze­kałem na dzie­dzińcu, pod pla­ta­nem. Wdy­chałem za­pach świeżej zie­mi i już nie byłem sen­ny. Pomyślałem o ko­le­gach z biu­ra. O tej go­dzi­nie wsta­wa­li, by iść do pra­cy; dla mnie to była za­wsze naj­trud­niej­sza go­dzi­na. Za­sta­na­wiałem się jesz­cze trochę nad tymi spra­wa­mi, ale prze­rwał mi dzwo­nek, który zadźwięczał wewnątrz bu­dyn­ku. Za okna­mi po­wstał jakiś ru­mor, po­tem wszyst­ko ucichło. Słońce na nie­bie wspięło się już nie­co wyżej, zaczęło ogrze­wać mi sto­py. Do­zor­ca prze­szedł przez podwórze i po­wie­dział, że wzy­wa mnie dy­rek­tor. Po­szedłem do jego ga­bi­ne­tu. Dał mi do pod­pi­su sze­reg do­ku­mentów. Spo­strzegłem, że był ubra­ny na czar­no i miał spodnie w prążki. Wziął słuchawkę do ręki i zwrócił się do mnie: „Funk­cjo­na­riu­sze po­grze­bo­wi są już na miej­scu. Każę im za­mknąć trumnę. Czy chce pan przed­tem zo­ba­czyć matkę po raz ostat­ni?”. Po­wie­działem: „Nie”. Zle­cił do te­le­fo­nu, ści­szając głos: „Fi­ge­ac, po­wiedz lu­dziom, że mogą już iść”.

Następnie po­wie­dział, że weźmie udział w po­grze­bie; po­dziękowałem mu. Usiadł za biur­kiem, skrzyżowaw­szy krótkie nóżki. Oznaj­mił mi, że będzie­my tyl­ko ja, on oraz jed­na z pielęgnia­rek. Pen­sjo­na­riu­szom z za­sa­dy za­bra­nia się cho­dzić na po­grze­by. Po­zwa­la im się tyl­ko czu­wać przy zwłokach. „Ze względów hu­ma­ni­tar­nych” – za­uważył. Ale w tym wy­pad­ku udzie­lił ze­zwo­le­nia na udział w po­grze­bie sta­re­mu przy­ja­cie­lo­wi mamy, To­ma­szo­wi Pére­zo­wi. Tu dy­rek­tor uśmiechnął się. Po­wie­dział: „Pan ro­zu­mie – to było uczu­cie nie­co dzie­cin­ne. Ale on i pańska mat­ka nig­dy się nie roz­sta­wa­li. W przy­tułku żar­to­wa­no z nich, mówio­no do Péreza: «To two­ja na­rze­czo­na». Pérez się śmiał. Spra­wiało im to przy­jem­ność. Fak­tem jest, że śmierć pani Meur­sault bar­dzo nim wstrząsnęła. Nie sądzę, iż po­wi­nie­nem był odmówić mu po­zwo­le­nia. Ale za po­radą na­sze­go le­ka­rza za­bro­niłem mu czu­wać wczo­raj”.

Sie­dzie­liśmy dość długo w mil­cze­niu. Dy­rek­tor wstał i pa­trzył przez okno. W pew­nym mo­men­cie po­wie­dział: „Oto i pro­boszcz z Ma­ren­go. Pośpie­szył się”. Uprze­dził mnie, że do kościoła, który znaj­du­je się w sa­mym mia­stecz­ku, jest około trzech kwa­dransów dro­gi. Wy­szliśmy. Przed kost­nicą stał pro­boszcz i dwóch mi­ni­strantów. Je­den z nich trzy­mał ka­dziel­nicę, ksiądz po­chy­lił się ku nie­mu, by wy­re­gu­lo­wać długość srebr­ne­go łańcusz­ka. Kie­dy po­de­szliśmy, ksiądz wy­pro­sto­wał się. Zwrócił się do mnie, mówiąc: „Mój synu”, i dodał parę słów. Wszedł do wnętrza, ja za nim.

Spo­strzegłem od pierw­sze­go rzu­tu oka, że śruby zo­stały wkręcone w trumnę i że w kost­ni­cy znaj­du­je się czte­rech czar­no ubra­nych mężczyzn. Usłyszałem jed­no­cześnie, że dy­rek­tor mówi do mnie, iż ka­ra­wan cze­ka na dro­dze i że ksiądz roz­począł swe modły. Od tego mo­men­tu wszyst­ko poszło bar­dzo szyb­ko. Mężczyźni zbliżyli się z su­kienną płachtą do trum­ny. Ksiądz, jego asy­sta, dy­rek­tor i ja wy­szliśmy. Przed drzwia­mi stała pani, której nie znałem. „Pan Meur­sault” – po­wie­dział dy­rek­tor. Nie dosłyszałem na­zwi­ska tej pani, domyśliłem się jed­nak, że jest to wy­de­le­go­wa­na pielęgniar­ka. Skłoniła bez uśmie­chu swoją długą, kościstą twarz. Po­tem usta­wi­liśmy się w sze­re­gu, aby prze­puścić ciało. Idąc za gra­ba­rza­mi, wy­szliśmy z przy­tułku. Przed bramą cze­kał ka­ra­wan. La­kie­ro­wa­ny, podłużny i lśniący – przy­wo­dził na myśl piórnik. Obok nie­go stał „mistrz ce­re­mo­nii”, mały człowie­czek w śmiesz­nym stro­ju, oraz jakiś sta­ru­szek w nie­na­tu­ral­nej po­zie. Domyśliłem się, że to pan Pérez. Nosił gar­ni­tur, którego spodnie fałdowały się nad bu­ta­mi w har­mo­nijkę, miękki ka­pe­lusz o okrągłej główce i sze­ro­kim ron­dzie (zdjął go, gdy trum­na minęła drzwi) i czarną muszkę, zbyt małą do ko­szu­li o dużym, białym kołnie­rzu. Pod no­sem, na­szpi­ko­wa­nym wągra­mi, drżały mu war­gi. Spo­między jego białych, dość rzad­kich włosów wy­sta­wały dziw­ne uszy, od­stające i postrzępio­ne na brze­gach, których krwa­wo­czer­wo­ny ko­lor przy bla­dej twa­rzy zwrócił moją uwagę. „Mistrz ce­re­mo­nii” wska­zał nam miej­sca. Na prze­dzie szedł pro­boszcz, po­tem ka­ra­wan. Wokół nie­go czte­rech lu­dzi. Z tyłu dy­rek­tor i ja; wy­de­le­go­wa­na pielęgniar­ka i pan Pérez za­my­ka­li pochód.

Nie­bo było już bar­dzo słonecz­ne. Za­czy­nało ciążyć nad