Wydawca: WAB Kategoria: Poradniki Język: polski Rok wydania: 2014

O wolnym podróżowaniu ebook

Dan Kieran

5 (1)

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka O wolnym podróżowaniu - Dan Kieran

JAK MĄDRZE I DOBRZE PRZEŻYĆ ZYCIE?

Zamiast zaangażować się w realizację trudnego projektu Prowadzenie Ciekawego Życia, powszechnie wybieramy nudę, przerywaną „przeżyciami”: odhaczamy z rozpiski kolejne podróże, plaże, hotele; „sto miejsc, które trzeba zobaczyć przed śmiercią”.

Tymczasem, jak nas przekonuje autor, najfajniejsze imprezy i najlepsze podróże to te, których nie planowaliśmy: przypadkowe spotkania, życzliwość ze strony nieznajomych, niespodziewane odkrycia.

Ta książka to pochwała spontaniczności.

Opinie o ebooku O wolnym podróżowaniu - Dan Kieran

Fragment ebooka O wolnym podróżowaniu - Dan Kieran

Dan Kieran

O WOLNYM PODRÓŻOWANIU

przełożyła Małgorzata Glasenapp

Tytuł oryginału: The Idle Traveller. The Art of Slow Travel

Copyright © Dan Kieran 2012

Copyright © for the Polish edition by Grupa Wydawnicza Foksal, MMXIV

Copyright © for the Polish translation by Małgorzata Glasenapp, MMXIV

Wydanie I

Warszawa

Dobry podróżnik nie ma ustalonych planów i nie zależy mu na dotarciu do celu.

Lao-Tsy, Tao te King1

Przedmowa

Dedykuję tę książkę moim dzieciom, Olive i Wilfowi. W czasie gdy piszę te słowa, Olive ma półtora roku i uwielbia chodzić ze mną na spacery. Pokazuje, żebym włożył jej buciki, sama wkłada kurteczkę, a potem idzie do drzwi i stuka w nie palcami. „Ta!”, woła raz za razem, aż wreszcie, trzymając się za ręce, wychodzimy odkrywać świat. Czasami zatrzymujemy się tuż za drzwiami i bawimy się mchem porastającym kamienny murek, a czasem Olive puszcza moją dłoń i z piskiem biegnie przed siebie aż na koniec ulicy. Któregoś dnia piętnaście razy wjechaliśmy i zjechaliśmy windą w pobliskim centrum handlowym. Zawsze pozwalam jej wybierać drogę. Przez pół godziny to ona decyduje.

Spacery z maluchem mają szczególny charakter – przede wszystkim, człowiek nie ma pojęcia, dokąd właściwie idzie. To bywa denerwujące, bo wydaje się, że wszystko ciągnie się w nieskończoność, ale bardzo szybko można się odprężyć i znaleźć sens w takim doświadczeniu. Nie ma żadnych etapów obowiązkowych ani punktu docelowego, ale kiedy tylko damy się wygadać wewnętrznemu głosowi, oburzonemu z powodu wakacji od zwykłego życiowego pośpiechu, zaczniemy dostrzegać prawdy, których nam brakowało, choć nie mieliśmy o tym pojęcia.

Wolny podróżnik jest właśnie taki, jak wędrujące dziecko – kierowany ciekawością wychodzi na świat, szuka w nim znaczeń i podąża za wszystkim, co go zainteresuje po drodze.

Dan Kieran, listopad 2011

Słowo wstępneTom Hodgkinson

Na pierwszy rzut oka lenistwo i podróżowanie nie są sobie szczególnie bliskie. Człowiek leniwy jest z natury rzeczy domatorem przesiadującym na kanapie przed kominkiem i powinien lubić co najwyżej podróże po starożytnych krainach opisanych w książkach i namalowanych w atlasach, a nie kłopoty i trudy prawdziwego wędrowania. Blaise Pascal już dawno słusznie stwierdził, że „całe nieszczęście ludzi pochodzi z jednej rzeczy, to jest, że nie umieją pozostać w spokoju i w izbie”1. Wychodzisz z domu i od razu zaczynają się kłopoty. Już samo angielskie słowo travel (podróż) pochodzi podobno od słowa oznaczającego narzędzie tortur.

A jednak, a jednak… Mimo oczywistych niewygód podróży człowiek leniwy może czasami zdecydować się na opuszczenie swojej siedziby. Jest on przecież także wędrowcem, włóczęgą, obserwatorem życia; niektórzy wybitni próżniacy byli wybitnymi podróżnikami i autorami książek podróżniczych. Przychodzi mi na myśl gnuśny od urodzenia Doktor Johnson, na co dzień sypiający do południa, który wybrał się jednak w inspirującą i wyczerpującą podróż po Szkocji w towarzystwie młodego Boswella. Innym przykładem może być Robert Louis Stevenson, pięknie opowiadający o próżnowaniu (w eseju napisanym w wieku dwudziestu sześciu lat), który był także podróżnikiem. Jego Travels with a Donkey [Podróże z osiołkiem] to prawdziwe arcydzieło. Pisarstwo Stevensona było chyba największym źródłem natchnienia dla współczesnego autora książek podróżniczych, Paula Theroux.

Tak więc podróże i lenistwo są o wiele bardziej zaprzyjaźnione, niż się wydaje. Należałoby uściślić, że człowiek leniwy żywi jednak wstręt do produktu sprzedawanego dzisiaj pod nazwą podróży, a mianowicie do zorganizowanych wakacji, wczasów i wycieczek. Nie żebym miał potępiać turystykę jako taką – w końcu bardzo jest miło włóczyć się bez celu po włoskiej prowincji albo wylegiwać na gorącej plaży – ale w zorganizowanych słonecznych wakacjach jest coś niesympatycznego, o czym zresztą Sex Pistols śpiewali wiele księżyców temu. To tylko fantazja, na dodatek kosztowna; premia dla niewolników, nagroda pocieszenia dla ludzi uwięzionych w nudnych pracach i zawodach.

To samo można powiedzieć o modnych obecnie „niezapomnianych przeżyciach”. Zamiast zaangażować się w realizację trudnego projektu Prowadzenie Ciekawego Życia, wybieramy nudę na co dzień, przerywaną wysokooktanowymi „przeżyciami”, które po kolei odhaczamy z rozpiski. Wszyscy kiedyś widzieliśmy zestawienia „stu rzeczy, które trzeba zrobić przed śmiercią”, pojawiające się na przykład w pismach dla facetów: przejechać się ferrari, wybrać się na wyścigi konne w Ascot, wziąć udział w Rajdzie Dakar, nurkować na rafie koralowej i tak dalej, do znudzenia. Niestety, Dave Freeman, który pierwszy wpadł na pomysł stworzenia takiej listy, dożył zaledwie czterdziestu siedmiu lat.

Poznałem Dana Kierana, kiedy przyszedł do redakcji czasopisma „Idler”, mieszczącej się wtedy w Camden Town. Okazał się sympatycznym gościem i daliśmy mu coś do zrobienia, a potem wiele razy z nami współpracował. Stopniowo coraz bardziej angażował się w tworzenie pisma, aż na długi czas został zastępcą redaktora naczelnego. Dobrze bawiliśmy się w redakcji i odbyliśmy wiele filozoficznych dyskusji; pochlebiam sobie, że lata, jakie spędził w „Idlerze”, miały wpływ na poglądy przedstawione w tej książce.

Dan stara się tutaj opowiedzieć o filozofii podróżowania, według której podróż, zamiast być jedynie ucieczką, zapomnieniem, staje się wyprawą zmieniającą człowieka od wewnątrz. Należy podkreślić, że wolne podróżowanie nie oznacza podróżowania wygodnego ani łatwego – jest wręcz przeciwnie, a Dan patrzy wyjątkowo krytycznie na zabijający duszę komfort eleganckich hoteli. Nie chodzi nawet o podróżowanie nieprędkie, bo szybkość przemieszczania się jest względna (na przykład jazda pociągiem wydawałaby się straszliwie szybka florenckiemu aptekarzowi z 1450 roku). Wolna podróż nie ma też nic wspólnego z „dobrą zabawą” we współczesnym rozumieniu, czyli chwilowym oderwaniem od dręczących nas zmartwień. Może lepszym określeniem byłoby podróżowanie „głębokie”.

Praca jest potrzebna, by docenić późniejsze leniuchowanie, i tak samo trudy podróży sprawiają, że przybycie do celu staje się jeszcze przyjemniejsze. Uważam, że zamiłowanie do wygody należy łączyć ze stoicką zgodą na to, iż droga nie zawsze musi być łatwa. Pamiętam, jak w wieku dwudziestu kilku lat wybrałem się w naprawdę męczącą samotną podróż koleją z północnych Niemiec na jedną z greckich wysepek. Przejechawszy większość trasy, znalazłem się w końcu w małym porcie, nie mając kompletnie pojęcia co dalej. Nagabywani miejscowi, słysząc moje pytania, wzruszali tylko ramionami. Poddałem się. Usiadłem na walizce i schowałem głowę w dłoniach. Porzuciłem wszelką nadzieję. I w tej chwili podszedł do mnie mały chłopiec, mówiąc: „Proszę pana, proszę pana, autobus do Lefkas odjeżdża za dwadzieścia minut”. Wsiadłem do autobusu i dotarłem na miejsce, do położonej przy plaży kafejki o wdzięcznej nazwie Paradise. Właściciel przyniósł mi piwo. Siedziałem i patrzyłem na morze, ogarnięty radością nie do wysłowienia. Lenistwo zawsze jest słodkie, ale kiedy jest zasłużone, smakuje wyjątkowo dobrze.

Być może najlepszą formą wolnego podróżowania jest samotna piesza wędrówka. Właśnie podczas takich wędrówek możemy odkryć prawdziwą wolność i cieszyć się rozrywką nieco dzisiaj zapomnianą: myśleniem. Większość podróży w naszych czasach jest zaprojektowana specjalnie po to, żeby zapobiegać myśleniu. Lotniska nie sprzyjają refleksji; wręcz przeciwnie, ich koszmarnie nijaka architektura na tysiąc sposobów odrywa nas od myślenia: ekranami, sklepami, głośnikami. Nie można się tam zrelaksować ani docenić piękna trwającej chwili. Tymczasem wędrowanie pozwala nawiązać kontakt z samym sobą. W ślicznym eseju On Going a Journey [O wybieraniu się w podróż] William Hazlitt pisze:

Niech tylko mam nad głową czyste błękitne niebo, pod stopami zieloną murawę, przed sobą wijącą się ścieżkę i trzy godziny marszu, zanim dotrę do domu na obiad – wtedy mogę myśleć! Jakaś igraszka zawsze przychodzi człowiekowi do głowy podczas wędrówki przez samotne wrzosowiska. Śmieję się więc, biegnę, skaczę i śpiewam z radości.

Wędrowanie to wolność i wcale nie trzeba wędrować po pustkowiach. Nasze duże miasta są fantastycznym terenem do spacerów. Kiedy jestem w Londynie, często wybieram się na godzinny spacer z Bayswater do Pimlico, przechodząc przez Hyde Park, wzdłuż jeziora Serpentine i przez Sloane Square. Widzę tyle ciekawych widoków i myślę o tylu rzeczach! Kiedy tak idę, lubię wyobrażać sobie, że jestem niczym flâneur, jeden z wielu spacerujących poetów, którzy przechadzali się z wolna po dziewiętnastowiecznym Paryżu. Walter Benjamin powiedział kiedyś o nich, że lubią zabierać żółwia na miasto, bo nadaje przechadzce odpowiednie tempo.

Robert Louis Stevenson twierdził, że samotne spacery są najlepsze:

Dla całkowitej satysfakcji wędrówka powinna odbywać się w pojedynkę. Jeśli idzie się w towarzystwie albo nawet z jedną tylko osobą, wędrówka pozostaje wędrówką wyłącznie z nazwy – staje się czymś zupełnie innym, co bardziej przypomina piknik.

Piknik jako taki to oczywiście dobra rzecz, ale rozumiemy, o co chodzi.

Wielka szkoda, że pociągi poddały się inwazji telefonów komórkowych, notebooków i ekranów, bo dawniej podróż koleją bywała miłym odpoczynkiem od pracy i zatrudnienia. Teraz w pociągu można załatwiać najróżniejsze sprawy lub oglądać telewizję, podczas gdy kiedyś miało się do wyboru tylko dwa zajęcia: czytanie albo wyglądanie przez okno – oba należące do przyjemności leniwych. A przepraszam, oczywiście jest jeszcze trzecie: drzemanie. Pociągi, w przeciwieństwie do samochodów, zachęcają do drzemki. Rzecz jasna, także dzisiaj można w pociągu powyłączać wszystkie urządzenia i być może powinniśmy tak właśnie robić: wyciszyć telefon, a torbę z laptopem położyć na półce.

Książka, którą macie przed sobą, to owoc dwudziestu lat wolnego podróżowania Dana Kierana. Wszystko zaczęło się od tego, że bał się latać samolotami, musiał więc znaleźć jakieś inne sposoby przemieszczania się. Dzięki temu odkrył prawdziwy sens podróżowania. Teraz cieszy się ze swojego strachu przed lataniem, bo bez niego nie poznałby leniwych podróży. Nie zawsze jest to ułatwienie życia. (Pora przypomnieć, że „leniwy” nie musi wcale znaczyć „łatwy” czy „wygodny”. Prawdziwe lenistwo, które inaczej nazywa się wolnością, potrafi strasznie utrudnić życie.) Podczas gdy jego znajomi, wybierając się na wesele w Polsce, wpadają na lotnisko i za chwilę są na miejscu, Dan musi odbyć długą podróż pociągiem. Takie wyprawy bywają męczące. Ale przynajmniej w podróży czuje, że żyje, spotyka innych ludzi, słyszy opowieści i widzi krajobrazy, których nie zobaczą pasażerowie samolotów.

Tak, Dan naprawdę umie podróżować. Jedną z jego wspaniałych wolnych podróży była trwająca miesiąc eskapada przez całą Wielką Brytanię, którą przejechał wszerz wraz z dwójką przyjaciół w elektrycznym wózku mleczarskim. Całym sensem wyprawy okazało się nawiązywanie więzi z napotkanymi ludźmi. Ile razy zdarzyło wam się rozpocząć dłuższą rozmowę z kimś poznanym na lotnisku? No właśnie. Ta podróż wyrwała Dana z poczucia izolacji – zrozumiał, że w przeciwieństwie do tego, co piszą gazety, kraj pełen jest pomocnych i życzliwych ludzi. Więzi społeczne istnieją i mają się dobrze.

O wolnym podróżowaniu to przede wszystkim pochwała rezygnacji z planów, spontaniczności, odpuszczenia sobie. Nowoczesne podróże, a zwłaszcza nowoczesne wakacje, są zazwyczaj drobiazgowo zaplanowane. Codziennie jest miejsce na jakieś zorganizowane zajęcia: mamy rozkłady dnia, wycieczki, zwiedzanie. Nawet ci, którzy zapłacili za pobyt w kurorcie, żartują czasami, że trafili do obozu jenieckiego. Tymczasem Doktor Johnson miał rację, twierdząc, że „nie ma nic bardziej ponurego niż zabawa z góry ułożona”. Zaplanowane rozrywki rzadko spełniają pokładane w nich nadzieje i Dan świetnie opisuje poczucie wewnętrznej pustki ogarniające człowieka poddanego reżimowi programu zwiedzania. Dzieci często lubią zorganizowane wakacje, bo dużo w nich „atrakcji” w postaci szaleństw na basenowej zjeżdżalni i podobnych zajęć – i rzeczywiście, może to być dobry pomysł na rodzinny wypoczynek. Dan nie wspomina, że chociaż jest leniwym podróżnikiem, jest też wielbicielem ośrodków wczasowych Center Parcs. Ale takie wakacje nie mają nic wspólnego z podróżowaniem; są dobre jako krótka przerwa w pracy.

No właśnie, najfajniejsze imprezy i najlepsze podróże to te, których nie planowaliśmy: przypadkowe spotkania, życzliwość ze strony nieznajomych, niespodziewane odkrycia.

Jak pisałem, nikt nie mówi, że wolne podróżowanie musi być łatwe. Dan relacjonuje sporo niepowodzeń i katastrof; poruszająca jest na przykład historia nieudanej wyprawy z synkiem Wilfem do łaźni w Budapeszcie. Jego sposobem na zwiedzanie jest dobra książka – nie zwyczajny przewodnik, ale powieść, której akcja rozgrywa się w danym miejscu, albo biografia kogoś, kto tam mieszkał. Dan łączy wędrówkę z refleksją literacką albo filozoficzną. Wolne podróże są odwrotnością eskapizmu, ucieczki od rzeczywistości – są wnikaniem w świat, intensywnym i owocnym namysłem.

Powiedzmy też, że wolne podróżowanie ma wiele wspólnego z tradycyjnie pojętym pielgrzymowaniem. Czy to odbywane w samotności, jak w Wędrówce pielgrzyma Bunyana, czy w towarzystwie, jak w Opowieściach kanterberyjskich Chaucera (które zresztą czyta się jak opis najlepszych wakacji życia), ma zawsze wymiar duchowy. Pielgrzymowanie pomaga w wewnętrznym rozwoju, w odnajdywaniu samego siebie (i poznawaniu ludzi, którzy nas otaczają), w leczeniu chorób duszy. Jest, najkrócej mówiąc, podróżą terapeutyczną. O takim właśnie podróżowaniu pisał Stefan Zweig, jeden z ulubionych autorów Dana. Zweig, urodzony w 1881 roku, pamiętał świat, w którym pośpiech, nasz dzisiejszy bożek, był uważany za coś nieeleganckiego, wulgarnego. Próżnowanie może pomóc nam wrócić do dawnej szlachetności, oderwać się od maszyn, do których jesteśmy podłączeni, i zanurzyć się w nieuporządkowaniu przyrody. Do najładniejszych fragmentów książki Dana należy ten opowiadający o poszukiwaniu orłów przednich. Wolne podróżowanie, mówi Dan, pozwala nam wrócić do natury, którą nasz mieszczański świat stara się ujarzmić i zepchnąć na margines.

Przede wszystkim jednak wolne podróżowanie, czy może raczej: prawdziwe podróżowanie, budzi w człowieku poetę i filozofa. Wszyscy jesteśmy filozofami, ale zapominamy o tym wśród trosk codziennego życia, kiedy próbujemy uciekać od zmartwień, zamiast stawiać im czoła. Przypominają mi się słowa mojej przyjaciółki Penny: gdy bierzemy środek przeciwbólowy, ból nie znika, tylko „przestajemy go odczuwać”. Zaklejamy nasze życie plastrami w postaci alkoholu, halucynogenów, romansów, gier komputerowych, takich czy innych nałogów, wakacji, luksusowych hoteli i „niezapomnianych przeżyć”, po to tylko, żeby jakoś przetrwać. Tymczasem wolny podróżnik, na dobre czy na złe, rezygnuje z opatrunków i rusza w podróż w głąb własnej duszy. Jeśli po drodze zobaczy piekło – trudno, niech tak będzie. Zobaczy też niebo. A po długiej, wyczerpującej wspinaczce widok z góry będzie wspaniały.

Rozdział 1Podróżuj, zamiast zmierzać do celu

Człowieku, zwolnij, nie spiesz się tak.

Radiohead, The Tourist

Podobnie jak większość ludzi, zaczynam czuć, że jestem w podróży, gdy tylko pozostawię za sobą lotnisko. Pociągi do Londynu z Chichester (gdzie mieszkam) przejeżdżają przez Gatwick. Znajome uczucie oczekiwania zaczyna się rozwijać, gdy pociąg mija Horsham, Crawley i Three Bridges. Z początku dość trudno określić, kto ze współpasażerów będzie wysiadał przy lotnisku. Potem zauważam u niektórych ogromne walizki, a kiedy zbliżamy się do Gatwick, ich właściciele zaczynają się nerwowo kręcić. Widzę, jak obgryzają paznokcie, śledząc z niepokojem listę stacji przesuwającą się na diodowym wyświetlaczu. Ujawniają się też wyjeżdżający służbowo – nagle rozpoczyna się wokół nich zamieszanie dzwonków i rozmów telefonicznych. Z brawurą mówią o czekającej ich podniebnej podróży, zwabieni pięknym obrazkiem czegoś, co zapewne okaże się żmudną marketingową nasiadówką w jakimś centrum biznesowym niedaleko prowincjonalnego lotniska. Po skończeniu rozmowy odwracają się do okna z głośnym westchnieniem, a ich rozczarowanie materializuje się w postaci pary osiadającej na szybie.

Wkrótce daje się słyszeć wysoki, metaliczny dźwięk silników odrzutowych. Po jakimś czasie staje się tak donośny, że nerwowi urlopowicze wpatrują się w przestrzeń z zaskoczeniem malującym się na twarzach. Mężczyźni w garniturach głośno wypuszczają powietrze. Wszyscy zaczynają narzekać na procedury i środki ostrożności stosowane dzisiaj na lotniskach, jednocześnie po raz nie wiadomo który sprawdzając, czy włożyli paszporty do podręcznych toreb. Potem robi się zamieszanie, gdy zbierają swoje walizy i walizki. Przy wysiadaniu tracą głowę, niczym zwierzęta wyczuwające zbliżający się huragan. Biznesmeni udają, że są ponad to, jednak przepychają się przez tłum tak samo jak wszyscy inni. Już na peronie bagaże zaczynają walczyć o pierwszeństwo do windy, choć stoi przed nią kolejka jeszcze z poprzedniego pociągu. Wreszcie ostatnia torba zostaje wyciągnięta z wagonu, odzywa się brzęczyk, drzwi się zamykają i pociąg odjeżdża.

Wszyscy wysiedli. Wszyscy poza mną. Ja nigdy nie wysiadam przy lotnisku. Dopiero gdy Gatwick zostaje daleko w tyle, zaczynam czuć, że jestem w drodze.

* * *

Tak jak miliony Anglików, którzy co roku wyjeżdżają na kontynent, zmierzałem na hiszpańskie wybrzeże Morza Śródziemnego – ale w przeciwieństwie do nich nie wybierałem się tam samolotem, lecz nocnym pociągiem.

Od ponad dwudziestu lat nie latam samolotami, wybierając zamiast tego podróże lądowe albo morskie. Ten fakt został uznany za wystarczająco dziwaczny, by w ciągu ostatniej dekady zapewnić mi liczne zamówienia z najróżniejszych gazet na artykuły o tematyce wakacyjnej. Któregoś razu „Newsweek” nazwał mnie nawet „Orędownikiem Wolnych Podróży”. W tym czasie wolne podróżowanie na zmianę stawało się modne i odchodziło w zapomnienie, zawsze niemal pojawiając się w kontekście jakichś nowinek ekologicznych. Dziwne. Uważam się za człowieka traktującego naszą planetę z szacunkiem – staram się segregować śmieci i nie marnuję wody – ale tak naprawdę wybrałem ten, a nie inny sposób podróżowania dlatego, że jest zwyczajnie ciekawszy i daje więcej satysfakcji. W dodatku kiedy podróżuję „jak wszyscy”, mam wrażenie, jakbym nie podróżował wcale.

Oczywiście są takie miejsca na ziemi, do których z Wielkiej Brytanii trzeba lecieć samolotem, ale osiemdziesiąt procent wyjazdów zagranicznych Anglików to wycieczki do Europy. Zdumiewające, że tak często ludzie wybierają się tam samolotem. Samolot jest fantastycznym wynalazkiem, jednak od kiedy pojawiły się tanie linie lotnicze i zorganizowany wypoczynek, podróż samolotem stała się uciążliwą komplikacją, męczącą próbą, powodem do narzekań. I tak dochodzimy do niewygodnej prawdy o wakacjach w dzisiejszych czasach: paradoksalnie akurat teraz, gdy możemy tak szybko przemieszczać się po całym świecie, większość z nas przestała podróżować – zaczęliśmy tylko docierać do wyznaczonych miejsc.

Na stacji Victoria w Londynie kupiłem kilka drobiazgów do podręcznego bagażu i wsiadłem do taksówki, która zawiozła mnie na dworzec St Pancras, skąd odchodzi pociąg Eurostar do Francji. Zarezerwowałem miejsce w pociągu sypialnym odjeżdżającym tego wieczora z Paryża do Madrytu, skąd miałem rano połączenie do Marbelli. Siedząc w taksówce, poczułem się trochę jak na wagarach. Wszyscy ci ludzie lecący samolotem znajdowali się teraz w oświetlonej sztucznym światłem poczekalni, otoczeni barami i sklepami służącymi do zabijania czasu. Nie są już podróżnikami, zamienili się w ładunek do przewiezienia, który powinien wydać trochę pieniędzy na lotnisku, zanim zostanie przesiany, zważony i ulokowany w ciasnych fotelach samolotu. Wkrótce zostaną przeszukani w celu sprawdzenia, czy nie mają przy sobie pistoletów, bomb i noży, a rodzice małych dzieci będą musieli popijać z butelek z mlekiem, żeby udowodnić, że nie domieszali tam nitrogliceryny.

Oczywiście jest wielu ludzi, którym podoba się taki sposób podróżowania, mimo nieodłącznych opóźnień, rewizji i szturmu na najlepsze miejsca (jeśli wybrali taniego przewoźnika) – nie da się jednak zignorować faktu, że przez cały czas podróży będą mieli bardzo ograniczoną możliwość poruszania się, a ich mózgi zostaną nafaszerowane idiotycznymi obrazkami i filmami pokazywanymi na małych ekranikach. Po kilku godzinach przewoźnik dostarczy ich na inne lotnisko. W czasach gdy na świecie dominują koncerny o zasięgu globalnym, które ujednolicają formę i treść naszego życia, ktoś, kto przemieszcza się ze swojego zachodnioeuropejskiego domu przez lotnisko (połączone z centrum handlowym) do samolotu, w którym ogląda swoje ulubione zachodnie filmy, następnie na kolejne lotnisko, skąd taksówka zabiera go od razu do hotelu (wybranego głównie ze względu na to, że zapewnia zachodnie jedzenie i rozrywki), z pewnością zmienia miejsce pobytu – ale można się zastanawiać, czy tak naprawdę w ogóle gdziekolwiek pojechał.

Przeszedłem standardową kontrolę na dworcu St Pancras i dwadzieścia pięć minut później jechałem już do Paryża. Eurostar to miejsce, w którym na dobre ogarnia mnie magia podróży. Przez wiele lat mieszkałem w Londynie i zawsze zachwycała mnie możliwość wyjechania z miasta w każdej chwili dalekobieżnym pociągiem. Teraz widzę, że to właśnie w Londynie rozwinęło się – w całkowicie nieplanowany sposób – moje upodobanie do „wolnego” albo „leniwego” podróżowania.

* * *

Przeprowadziłem się do Londynu, gdy miałem dwadzieścia jeden lat, i mieszkałem tam do trzydziestego trzeciego roku życia. Czułem się z początku trochę niepewnie, bo wychowałem się w małym miasteczku na prowincji. Któregoś dnia, usiłując wyrobić sobie jakąś orientację w ogromnym, pozornie niezmierzonym mieście, postanowiłem zrezygnować z metra i przesiąść się na autobus.

Metro przewozi nas z punktu A do punktu B naprawdę szybko. Jest bez wątpienia środkiem transportu bardzo sprawnym i niezwykle praktycznym, kiedy zależy nam na przykład na dojechaniu do pracy. Staje się jednak kompletnie bezużyteczne, gdy chcemy poznać miasto. Wkrótce zdałem sobie sprawę, że to przez metro czułem się w Londynie zupełnie zagubiony – miałem w głowie obrazy różnych miejsc, między którymi brakowało jakiegokolwiek powiązania. Widziałem Londyn niczym zestaw pocztówkowych zdjęć, z których każde było, no właśnie, zawieszone w próżni. Nałożyły się na to oglądane w wiadomościach telewizyjnych histeryczne relacje dotyczące londyńskich zbrodni i wykroczeń i w rezultacie mój obraz Londynu przemienił się w coś pomiędzy kroniką kryminalną a turystyczną laurką. Cała jego atmosfera i historia zostały wyparte przez kraśnych strażników Tower, wszechobecnych kieszonkowców i członków rodziny królewskiej, którzy z pewnością po ciężkim dniu pozowania do fotografii udawali się zbiorowo do klubu Hard Rock Café.

Pozbycie się tego wyobrażenia podczas jazd autobusem pozwoliło mi odkryć miasto, co było nie tylko przydatne, ale też zmieniło całkowicie mój stosunek do życia w Londynie. Wiele osób mówiło, że mam nie po kolei w głowie, marnując tyle czasu w autobusach, kiedy mógłbym przystosować się do wielkomiejskiego rytmu i poprzestać na tak wygodnym metrze, ale nie dawałem się przekonać. Lubiłem chodzić po peryferiach, spacerować przez wszystkie możliwe parki i stopniowo zacząłem rozumieć, jak łączą się ze sobą poszczególne części miasta. Odkrywałem pozornie zapomniane zakątki i uliczki pomiędzy dzielnicami; udało mi się nawet stworzyć w głowie coś w rodzaju zarysu granic Londynu, co w większych miejscowościach jest naprawdę trudne.

„Kup sobie plan, głupku!”, słyszę wasz zirytowany głos. Ale mapy nie przynoszą wiele pożytku bez kontaktu z autentycznym krajobrazem i poczucia orientacji w otoczeniu. Po mniej więcej roku zacząłem czuć się swobodnie w dzielnicach, do których docierałem metrem, a wkrótce miałem plan miasta w głowie. Londyn – choć tak wielki i rozwleczony – stał się wreszcie moim domem.

Teraz staram się postępować podobnie we wszystkich miejscowościach, do których jadę. Jeśli to tylko możliwe, zawsze wybieram wolniejszy środek transportu, ponieważ dzięki temu sama podróż i odwiedzane okolice nabierają większego znaczenia, niż gdybym dotarł do nich, lecąc ponad morzami, choćby to było o wiele bardziej wydajne. Co najważniejsze, wolne podróżowanie zmienia sposób, w jaki mój umysł postrzega świat. Chciałbym w tej książce pokazać, jak może zmienić także wasz sposób myślenia.

* * *

Rozmowy toczone po francusku w przedziale pociągu Eurostar sprawiają, że odpoczywam – jakbym w trakcie podróży stopniowo przyzwyczajał się do odmienności kulturowych. Jeśli zdecydujemy się na powolną podróż, to samo dzieje się z geografią – Kent i północne wybrzeża Francji zaczynają się w naszym umyśle łączyć, tak jak musiało być kiedyś, gdy nasi przodkowie przeszli tysiące lat temu po lądzie łączącym Wielką Brytanię z kontynentem. Tylko inaczej wyglądające słupy energetyczne i samochody jeżdżące po złej stronie drogi zdradzają, że jesteśmy już w innym kraju. Wolne podróżowanie podkopuje też koncepcję tożsamości narodowej, bo ujawnia, że granice między państwami to w rzeczywistości byty zmienne i arbitralne. Przybywanie do jakiegoś miasta pociągiem zamiast samolotem zmienia także nasz sposób doświadczania miejskiej przestrzeni. Dworzec Gare du Nord pokazuje nam Paryż takim, jakim widzą go tubylcy. Jest to obraz mniej uładzony, ale nieprzytłaczający i bardzo interesujący, w dodatku na dworcu łatwiej jest wmieszać się w tłum i zanurzyć w mieście. To, kim jesteśmy i co robimy, pozostaje wspaniale nieokreślone.

Różnica w stosunku do podróży samolotem jest ogromna. Kiedy wylądujesz na lotnisku Charles de Gaulle, od razu zostajesz zaszufladkowany. Napadają na ciebie reklamy, broszurki, ulotki i oferty, które identyfikują cię jako turystę, czy tego chcesz, czy nie. Zanim się w ogóle zorientujesz, zaczynasz myśleć jak turysta. Dopiero co wylądowałeś, a już zostałeś przerobiony na numer w rejestrze statystycznym z przypisaną sobie określoną sumą w euro, którą powinieneś wydać na specjalnie w tym celu wyprodukowane drobiazgi.

Tymczasem ja opuściłem dworzec wraz z miejscowymi i po chwili wmieszałem się w tłum paryżan zmierzających na drugi brzeg Sekwany. Z okna metra udało mi się dojrzeć tył katedry Notre Dame, zanim wysiadłem przed dworcem Gare Austerlitz, skąpanym w popołudniowym słońcu. To właśnie z Gare Austerlitz co wieczór za piętnaście ósma odjeżdża pociąg Ellipsos do Madrytu. Droga ma około tysiąca pięciuset kilometrów, jedzie się trzynaście godzin, a najtańszy bilet powrotny kosztuje sto funtów. Jeśli ktoś ma gest, może za siedemset funtów wykupić dwuosobowy przedział Grand Class z własnym prysznicem, do tego dochodzi kolacja w wagonie restauracyjnym z winem w nieograniczonych ilościach oraz śniadanie na ciepło następnego dnia.

Pasażerowie Ellipsosa zmienili się przez ostatnie lata – stali się znacznie młodsi. Nadal sporo jest dobrze ubranych starszych pań, posiadaczy biletów InterRail i trochę panów w garniturach, ale teraz widzi się także wiele rodzin z małymi dziećmi. To naprawdę magiczny sposób podróżowania i nie musicie wierzyć mi na słowo. Fakty mówią same za siebie: przez cały rok zajętych jest średnio osiemdziesiąt siedem procent miejsc. Jeżeli chcemy podróżować latem albo podczas ferii, trzeba rezerwować bilet trzy miesiące wcześniej; na szczęście w ten sposób można trafić na duże zniżki. Robiąc rezerwację w odpowiednim momencie (choćby przez angielskie przedstawicielstwo Deutsche Bahn), możemy kupić bilety pierwszej klasy na podróż koleją po całej Europie w cenie jednego biletu lotniczego.

Na początku ekscytacja i oczekiwanie mieszają się z nerwami – spóźnienie na nocny pociąg, zwłaszcza gdy podróżujemy z dziećmi, może być nieprzyjemnym doświadczeniem – ale kiedy już jesteśmy w wagonie i znajdziemy swoje miejsce, na wszystkich twarzach pojawiają się uśmiechy. W wagonie wita nas konduktor, który zbiera paszporty (żeby nie urządzać pasażerom pobudki przy przekraczaniu granicy z Hiszpanią), pyta, o jakiej porze życzymy sobie rozłożenia siedzenia w kuszetkę, oraz proponuje rezerwację miejsca w wagonie restauracyjnym na kolację. „Śpiący pociąg” jest ulubionym etapem podróży mojego synka, gdziekolwiek się wybieramy. To musi być kwestia jedzenia innego niż zwykle, kuszetek do spania i okna do wyglądania, a także dowolnie wybranej pory pójścia do łóżka. Każdy ustala sobie własny rytm. Mama i tata mają chwilę wytchnienia, bo dzieci nie mogą pobiec w żadne niebezpieczne miejsce i nie trzeba ich ciągle pilnować. Wyprawy do wagonu restauracyjnego są wielką atrakcją, szczególnie wieczorem, ale w przedziale jest przytulnie, miło i można zrelaksować się w sposób zupełnie nieosiągalny na pokładzie samolotu.

Tym razem jechałem w czteroosobowym przedziale z nieznanymi osobami. Wsiadłem pierwszy i kiedy pojawili się współpasażerowie, powitaliśmy się uprzejmymi uśmiechami. Najpierw przyszedł mocno wytatuowany mężczyzna z puszką piwa w ręce, a potem mniej więcej piętnastoletni chłopiec, który wydawał się trochę zdenerwowany i od razu zajął się swoim smartfonem. Mężczyzna zaoferował mi puszkę piwa, którą przyjąłem, po czym pokazałem mu swój zapas. Zaśmiał się, gdy go poczęstowałem, wziął ode mnie puszkę i rozsiadł się wygodnie, mrucząc coś niezrozumiale, po czym poklepał mnie z satysfakcją po kolanie. Zawsze warto mieć w zanadrzu jakiś sposób na przełamanie towarzyskich lodów w kuszetce – nie ze względów bezpieczeństwa, ale dla własnego dobrego samopoczucia. Jeżeli na początku wymieni się uśmiechy i powie kilka słów, podróż minie w przyjemnej atmosferze. Często można się natknąć na studentów, którzy niemal zawsze mówią po angielsku, co jest wygodne (chociaż trochę zawstydzające), ale rozmowy na migi z nieznajomymi to część zabawy – trudno uwierzyć, jak wiele można odczytać z gestów, wyrazu twarzy i żywej gestykulacji.

Rozejrzałem się po przedziale. Miał już swoje lata i był nieco sfatygowany, jednak pozostawał zadbany i czysty. Łóżek jeszcze nie rozłożono i pasażerowie wyraźnie czekali już na przyjście obsługi. Konduktor zjawił się na chwilę przed wyjazdem z Paryża i wszyscy wyszliśmy na korytarz, gdzie usłyszałem amerykański akcent dobiegający z ostatniego przedziału. Od dawna spotykam w nocnych pociągach wielu młodych Amerykanów, za to prawie nigdy nie widuję młodych Anglików. Kiedy nasze posłania zostały przygotowane – zielone koce, białe prześcieradła, butelka wody i torebka z przyborami toaletowymi – pojawił się ostatni pasażer, Francuz dobiegający sześćdziesiątki. Ponuro spojrzał na swój bilet i przypadające mu górne łóżko. Przy rezerwacji można poprosić o miejsce do spania na górze albo na dole, przy czym to na dole jest zawsze wygodniejsze. Musieliśmy we trójkę pomóc mu dźwignąć walizkę na łóżko, po czym od razu wyszedł, machając paczką papierosów. Zobaczyliśmy go znowu dopiero rano.

Obudziłem się o szóstej. Na posłaniach nade mną i obok towarzysze podróży jeszcze spali. Pociąg toczył się gładko po szynach, wydając swoje „tak to to”, które uśpiło mnie siedem godzin wcześniej, gdy przemierzaliśmy Francję. W innych okolicznościach przedział wydałby mi się zbyt mały nawet na celę więzienną, ale teraz ta zamknięta przestrzeń sprawiła, że moje myśli zaczęły bujać swobodnie. Kiedy tak leżałem w pędzącym pociągu, zacząłem wspominać dwadzieścia lat mojego podróżowania. Nie mam pojęcia, iloma nocnymi pociągami jechałem w życiu, ale doskonale pamiętam pierwszy – czternaście godzin z Wenecji do Pragi w 1994 roku.

Jeździliśmy wtedy z moim przyjacielem Henrym pociągami po Europie, a tę konkretną noc spędziliśmy na podłodze w korytarzu, na zmianę wyciągając nogi w głąb toalety z cieknącym kranem. Przez cały miesiąc zwiedzaliśmy kontynent: jechaliśmy przez Francję, Włochy, Czechy i Holandię, zatrzymując się we Florencji, Pradze i Amsterdamie. W tamtych czasach nocne pociągi miały dla nas także wymiar praktyczny – można było obudzić się w kolejnym kraju bez konieczności płacenia za nocleg. Mieliśmy bardzo mało pieniędzy i żadnego konkretnego pomysłu na tę wyprawę poza krótką listą turystycznych atrakcji, które chcieliśmy zobaczyć. Byłem jednak pewien jednej rzeczy – wiedziałem, że po powrocie stanę się inną osobą.

Nie miałem teraz pod ręką żadnych fotografii, więc wyświetlałem sobie w pamięci zapamiętane urywki zdarzeń, niczym prywatny film. Do głowy zawsze najpierw przychodzą mi te obrazy: idziemy z Henrym boczną drogą gdzieś na południe od Lyonu. Jest wcześnie rano, gorąco. Do kempingu mamy szesnaście kilometrów. Niesiemy ciężkie plecaki, wypakowane wszystkimi rzeczami, które, jak sądziliśmy, mogą się przydać. Podróżowaliśmy po Francji autostopem, mając kilka franków w kieszeni, kompletnie bezużyteczny atlas drogowy, pokazujący tylko najważniejsze drogi, i żadnego planu B na wypadek niepowodzenia. Telefony komórkowe były wtedy ciężkie niczym cegły i posiadali je wyłącznie maklerzy giełdowi, nie mieliśmy więc żadnego kontaktu ze światem. Asfalt był zakurzony, pobocza spalone wrześniowym słońcem. Mieliśmy wodę, ale wiedzieliśmy, że jest jej za mało. Z dala od rodziców i tęskniąc trochę za domem, stałem się ponad miarę odpowiedzialny, podobnie jak Henry. Ciągle nakładaliśmy sobie krem z filtrem na kark i wędrowaliśmy w milczeniu. Zajechaliśmy już daleko, choć nasza podróż zaczęła się zaledwie siedemdziesiąt dwie godziny wcześniej. Pamiętam, jak gardło ścisnęło mi się ze strachu, kiedy tak staliśmy twarzą w twarz z nieznanym. Myśl o poddaniu się i konieczności wcześniejszego powrotu prześladowała nas za każdym razem, gdy tylko coś szło inaczej niż w naszych ambitnych planach.

Zatrzymaliśmy się na