Wydawca: Filia Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2017

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 381 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka O wiele więcej - Kim Holden

Miłość to dziwna sprawa. Pojawia się znikąd. Nie ma w niej logiki. Nie da się jej zmierzyć. To mieszanka uczuć i pasji – połączenie niebezpieczne, podsycające miłość... ale również nienawiść.

 

Poznałem obydwa te uczucia i jestem w nich ekspertem.

 

Zakochałem się w Mirandzie ślepo i bezgranicznie. Wyidealizowałem sobie jej obraz. Jednak marzenia są niczym dym. Unoszą się nad nami, nieuchwytne, aż w końcu wydaje nam się, że ich pragniemy. I potrzebujemy. Taka była również Miranda. Ulotna niczym dym. Myślałem, że jej pragnę. Sądziłem, że jej potrzebuję. W końcu jednak dopadła mnie szara rzeczywistość. Wypatroszyła mnie ze złudzeń niczym okrutny drapieżnik. Rzeczywistość bywa podła. Tak jak Miranda. A ja potrafię być czasem strasznym głupcem... Który mimo wszystko nadal wierzy.

 

W marzenia. W ludzi. I w miłość.

Opinie o ebooku O wiele więcej - Kim Holden

Fragment ebooka O wiele więcej - Kim Holden

B., za nas.

Za piękną sytuację, w jakiej się znaleźliśmy.

Zawsze byłeś moim „o wiele więcej”.

Kocham Cię.

Mamo, za odwagę.

Odwaga to Ty.

Przez trzydzieści sześć lat jak twardzielka

walczyłaś ze stwardnieniem rozsianym.

Kocham Cię.

PROLOG

Miłość wyjaśnia… lub zaprzecza.

Poproś sto osób, by wyjaśniło, czym jest miłość.

A uzyskasz sto różnych odpowiedzi.

Ponieważ miłość jest sztuką. Subiektywną.

Nieuchwytną.

Nieustannie zmienną.

Wciąż dojrzewającą.

NIE INACZEJ…

MIRANDA

Miłość nie jest prawdziwa.

Sprawia, że wierzymy w nią tak, jak wierzy się w Świętego Mikołaja czy w wygraną w Vegas. Wszystko błyszczy. Dopiero po bliższym wejrzeniu zaczynamy rozumieć, że pod płaszczykiem efektownie zaspokajanych pragnień skrywa się fikcja.

Tylko głupcy wierzą w miłość.

A ja nie jestem głupia.

SEAMUS

Miłość zadziwia. Pojawia się znikąd. Nie ma w niej logiki. Nie jest celowa. Nie da się jej zmierzyć. Wypływa ze szczerych emocji oraz z pasji – połączenia, które łatwo staje się niebezpieczne, wyzwalając również… nienawiść.

Mimowolnie poznałem oba te uczucia, doświadczyły mnie dogłębnie. Stałem się w nich ekspertem.

W Mirandzie zakochałem się ślepo i bezgranicznie. Oboje byliśmy młodzi. Była bystra, piękna, dowcipna, energiczna, lecz plotki otaczały ją niczym legendy powtarzane szeptem od pokoleń. Wszystko opierało się na pogłoskach i spekulacjach. Mawiano, że była okrutna, a ja widziałem w niej silną wolę. Mawiano, że była wycofana, a ja widziałem w niej niezależność. Mawiano, że była przebiegła, ja jednak widziałem jej zdecydowanie. Na wszelkie ostrzeżenia, które do mnie dochodziły, patrzyłem przez różowe okulary. Miałem własne wytyczne, zupełnie inną perspektywę.

To chyba moja największa wada, a zarazem najwspanialsze błogosławieństwo – staram się dostrzegać w ludziach jedynie dobro. Miałem wizję świetności. Nie chciałem zmieniać Mirandy, nie uważałem, że jest to konieczne. W moich myślach, w snach wyniosłem ją na mityczny piedestał.

Jednak marzenia są niczym dym. Mamią nasze myśli dotąd, dopóki nie zacznie nam się wydawać, że to, co stało się ich przedmiotem, wynikało z naszych pragnień i potrzeb. Taka właśnie była Miranda. Ulotna niczym dym. Myślałem, że jej pragnę. Sądziłem, że jej potrzebuję. Jednak w moje życie stopniowo zaczęła wkradać się szara rzeczywistość. Odarła mnie ze złudzeń niczym okrutny drapieżnik pozostawiający po sobie tylko nadgnitą padlinę.

Rzeczywistość bywa podła.

Tak jak Miranda.

A ja bywam czasem strasznym głupcem, który… mimo wszystko nadal wierzy.

W marzenia.

W ludzi.

I w miłość.

FAITH

Przez dwadzieścia dwa lata mojego istnienia wiele przeżyłam. Nie można tęsknić za tym, czego się nie doznało, prawda? Słowa te odnoszą się niemal do wszystkiego w moim życiu. Za wyjątkiem jednego – miłości.

Brak mi jej, choć jeszcze jej nie doświadczyłam.

Nie idealizuję tego uczucia, postrzegając je jako nieosiągalnie perfekcyjne. Ludzie są pokręceni i jestem pewna, że miłość jest dokładnie taka sama.

Myślę, że kieruje nią instynkt, że serce włada rozumem. Miłości nie można zdefiniować. Poznam ją, gdy poczuję jej wstrząsające piękno.

Marzę o tym, by pewnego dnia móc znaleźć się w tak niewiarygodnie pięknej sytuacji.

PRZEPUSTKA Z PIEKŁA

MIRANDA

Przeszłość

– Jesteś podłą suką, Mirando – mówi z pogardą współlokatorka. To obelga.

Jesteśmy w trakcie naszej cotygodniowej drobnej sprzeczki. Te kłótnie nigdy nie mają znaczenia, są po prostu wytworem naszej wzajemnej niechęci. Przewracam oczami, żałując, że stoję zwrócona plecami do koleżanki i ta nie może zobaczyć, jak wielkie jest moje obrzydzenie.

– Słyszę to już nie pierwszy raz – odpowiadam zjadliwym tonem adekwatnym do wyrazu twarzy, którego nie widziała, i odwracam się do niej.

Dziewczyna szarpie szelkę plecaka z prawdziwą złością i przekonaniem o własnej racji, następnie, idąc do drzwi, tupie głośno swoimi malutkimi stópeczkami, które bardziej pasowałyby do wróżki niż do człowieka. Jej drobna, eteryczna sylwetka zalicza się do tego wszystkiego, co irytuje mnie w niej najbardziej. Niemal tak samo drażni mnie to, że w głębi duszy jest miła. Po prostu się odpychamy. Jak przeciwne bieguny magnesu.

– Nie wiem, co Seamus w tobie widzi – mamrocze i zatrzaskuje za sobą drzwi, nie dając mi szansy na odpowiedź.

– Ja też nie – szepczę w przestrzeń pustego pokoju. Nie chcę, by ktokolwiek słyszał tę prawdę.

Nigdy nie byłam dziewczyną, której potrzebny był facet. Romans to bzdura, mężczyźni mnie nie dopełniają. Wprowadzają jedynie chaos do mojego zorganizowanego i poukładanego świata. Od czasu do czasu lubię z nimi zabawę w kotka i myszkę. Gdy już pobawię się myszką tak, że staje się cieniem samej siebie, pożeram ją w całości z jej ostrymi ząbkami. Mężczyźni to mało skomplikowane stworzenia. Preferuję przystojniaków, fajnie jest ścierać w proch ich ego.

Jednak Seamus jest inny. Na początku o tym nie wiedziałam. Gdy wykonał swój ruch, grałam nieśmiałą i pozwoliłam mu się zbliżyć, choć dla mnie wciąż była to część zabawy. Jednak umówiliśmy się kilkakrotnie i wtedy to się stało.

Zostałam chwilowo odurzona.

Oczarowana.

Seamus to jedna z nielicznych osób, które nie mają pojęcia, jak bardzo są atrakcyjne, inteligentne, miłe i dobre. Tak po prostu. Co dziwne, niebywale mnie to pociąga. Właśnie to mnie kręci. Seamus jest bezinteresownym idealistą, który naprawdę wierzy w ludzi. Nie sądziłam, że – poza tymi z cholernego kanału Hallmark – istnieją jeszcze tacy ludzie. Gdy z nim przebywam, chcę być taka jak on – dobra. Wśród znanych mi osób jest jedynym, któremu udało się sprawić, że tęsknię za odrobiną światła w mojej czarnej duszy.

Głupie, wiem.

To marzenie było krótkotrwałe.

Dzięki Bogu.

Odzyskałam zdrowy rozsądek i uświadomiłam sobie, że idealizm i dobroć to luksus, na który stać tylko nielicznych. Życzliwość przeszkadza w realizacji moich celów życiowych – każdego jednego. Z dobrymi intencjami i nadzieją na lepsze nie można dostać się na szczyt. Tylko rozmyślnym działaniem i ciężką pracą osiąga się sukces. Stanowi on produkt fabryczny, jest częścią większego porządku. Ludzie to pionki. Moralność jedynie przeszkadza. Władza nie jest dla mięczaków.

Jednak, mając przy sobie Seamusa, nauczyłam się kilku rzeczy.

Potrzebuję go.

Muszę go zatrzymać.

Jest moją przepustką do wyjścia z piekła.

Moją dobrą karmą.

Moją cholerną skruchą na dwóch nogach.

Związek z nim jest jak życie w konfesjonale. Grzeszę, a on odpuszcza winy. Wszystko się wyrównuje. Dzięki tej więzi staję się niewinna. A poza tym, cholera, miło na niego patrzeć.

Wychowywała mnie babcia. Nie miała zbyt wiele pieniędzy. Była prawnikiem pracującym pro bono – żarliwie reprezentowała kobiety, które zostały w różny sposób skrzywdzone. Opowiadała mi o ich sprawach, więc wcześnie nauczyłam się, na czym polega życie na tym brutalnym świecie, gdzie szansę, by przetrwać, mają tylko silni i dobrze ustawieni. Była bezwzględna. Zajadle broniła praw kobiet i nienawidziła mężczyzn. Odkąd pamiętam wbijała mi do głowy, że jestem w stanie robić to samo, co oni, tylko… lepiej. Zuchwała, szczera, nieugięta, z siłą prawdziwego przywódcy była całkowitym przeciwieństwem mojej służalczej matki. Osoby słabej, zniszczonej przez nałogi i błędne decyzje, które spowodowały, że zakończyła swój marny żywot, gdy miałam dziesięć lat. Ulegała wpływom innych i to ją zgubiło. Nie chcę być jak moja matka. Będę jak babka. Aby nikt i nic nie mogło mnie złamać.

Babcia była osobą, której inni nie tylko się obawiali, lecz także taką, której – dobrowolnie czy też nie – ustępowali. Nigdy nie przestało mnie to zadziwiać. Władała innymi bez wysiłku i wyrzutów sumienia, co w moim wyobrażeniu uczyniło z niej boginię. Przeżuwała ludzi i ich wypluwała. Dorastając, starałam się ją naśladować, była moim autorytetem. Miała wpływ na moją edukację – akceptując tylko to, co doskonałe, zaszczepiła we mnie chęć do wysiłku. Ciężka praca stała się dla mnie biletem do wszystkiego, czego pragnęłam. Podobnie jak subtelna manipulacja, kolejna przydatna sztuczka, której nauczyłam się od babci i którą stosowałam, gdy wymagała tego sytuacja. Ta kobieta była jedyną osobą, której akceptacji pragnęłam, ponieważ spośród wszystkich osób wokół mnie tylko ją podziwiałam. Zmarła dwa dni przed tym, gdy dostałam list informujący o przyjęciu mnie na Uniwersytet Kalifornijski w Los Angeles. Nie doczekała, by zobaczyć, jak spełnia się nasze marzenie – o moich studiach na prestiżowej uczelni i zdobyciu upragnionego tytułu.

Był to dla mnie wielki, wyprostowany środkowy palec od świata.

Od tamtego czasu przy każdej nadarzającej się okazji odpowiadam w ten sam sposób.

Jednak Seamus jest inny niż wszyscy.

Cały czas mam wrażenie, że nasza więź skończy się kolejnym „pieprz się”, które pokaże mi świat. Okrutnym zrządzeniem losu, które przypadnie mi w udziale, by przetestować, jak jestem twarda. Sprawia to, że jednocześnie uwielbiam i nienawidzę tego faceta.

Chciałabym przylgnąć do jego miękkiego serca, lecz nie chcę, by moje własne zaraziło się jego ciepłem. Zawiedzie mnie to donikąd. A mam plany, wielkie plany.

WSZYSCY LUBIĄ OWCE

MIRANDA

Przeszłość

– Założę się, że byłeś dzieckiem, któremu nauczyciele przekręcali imię już od pierwszego dnia w szkole – mówię.

Kiwa zdecydowanie głową.

– Ludzie wciąż je przekręcają. Przydałby się wtedy filmik pod tytułem: Poprawna wymowa imienia Seamus. Teraz można go znaleźć na YouTube.

Zerkam na niego podejrzliwie.

– Kłamiesz. Jest taki filmik?

Śmieje się z mojego oskarżenia.

– Przysięgam na Boga, szukałem. Jest.

Zapamiętuję, by po powrocie do domu przeszukać Internet.

– McIntyre to irlandzkie nazwisko? – wypytuję o jego historię.

Uśmiecha się tym swoim uśmiechem – niewymuszonym i zawsze dobrodusznym.

– Tak. – Po jego tonie zgaduję, że przerabiał już wcześniej rodowodowe przesłuchanie. Nic dziwnego, tak wiele w tym człowieku sprzeczności.

– A nie powinieneś mieć zamiast tego rudych włosów, zielonych oczu i bladej cery? – Macham energicznie ręką, chcąc pokazać, o co mi chodzi. – Twoje nazwisko do ciebie nie pasuje. – Jego wygląd całkowicie przeczy wyobrażeniu typowego Irlandczyka.

Śmieje się i mówi:

– Rodzina ojca pochodzi z Irlandii. Jednak to kilka wcześniejszych pokoleń. Sądzę, że pozostawienie tego nazwiska było próbą powrotu do korzeni. Mama urodziła się i wychowała na Hawajach. Najwyraźniej jestem bardziej podobny do niej.

Niechęć, którą słychać w jego głosie, gdy mówi o ojcu, zupełnie znika na wspomnienie matki. Otwierając się przede mną nieco bardziej, opowiada o przeszłości. Jego ojciec był dupkiem, który przestał się starać, kiedy Seamus skończył osiemnaście lat. Z kolei matka mogłaby być kolejną Matką Teresą. Zmarła, gdy Seamus kończył szkołę średnią.

– Najwyraźniej – zgadzam się.

Przytakuje.

– Przynajmniej moje drugie ma hawajskie pochodzenie. Aouli. Oznaczabłękitne niebo.

Bije od niego sentyment, coś, czego wcześniej w nim nie dostrzegłam. To fascynujące, że wciąż na nowo odkrywam tego mężczyznę. Podobne pytania i odpowiedzi zapełniają tabelę po stronie pozytywów. Tak, prowadzę w duchu statystykę wad i zalet. Planuję niezwykłe życie. Seamus jest wyjątkowy niemal we wszystkich dziedzinach. Bezcennie piękny. Doskonale wpisuje się w niezwykłą rzeczywistość, którą sobie stwarzam. Jest świetnym przykładem obrazującym zdanie: „Zobacz, mam coś, czego ty nie masz”.

Jesteśmy razem od kilku miesięcy. To, jak dotąd, jedyny facet, który potrafił przykuć na dłużej moją uwagę. I vice versa – on również jest mną zainteresowany. Zazwyczaj związki mnie nudzą i płeć przeciwna najczęściej się do mnie zniechęca. Bla, bla, bla… Jednak w stronę tego mężczyzny pcha mnie jakaś magnetyczna siła, której nie jestem w stanie się oprzeć. Czuję, jakby świat wymierzał mi siarczysty policzek, ostrzegając, bym przejrzała na oczy, i krzycząc: „Nie trafi ci się nic lepszego. Ten jedyny to facet, który przed tobą stoi! Nie bądź kretynką!”. Lata temu zaaranżowałam sobie w głowie całe życie. Dokładny jego przebieg wraz z datami sukcesów, które miałam odnosić we wszystkich dziedzinach: w karierze, która jest w nim dla mnie najważniejsza, oraz w pozostałych jego aspektach stanowiących pewnego rodzaju fasadę.

Postanowiłam, że Seamus musi pozostać stałym elementem mojej egzystencji. Potrzebuję go, by odpędzać złą energię, którą bez wątpienia sama wytwarzam. Nie martwię się przy tym o własne sumienie. Nie posiadam go, podobnie jak moja babcia. Zależy mi tylko na wizerunku mojego przyszłego życia. Mąż, którego można pozazdrościć, jakieś ładne potomstwo, bym to ja mogła dobrze się prezentować – wilczyca otoczona uroczymi, sympatycznymi, mięciutkimi, małymi owieczkami. Wszyscy lubią owce.

Właśnie dlatego przestałam brać pigułki antykoncepcyjne.

Seamus o tym nie wie.

Rozmawialiśmy o małżeństwie. O dzieciach. Miałam ciarki na plecach, gdy zobaczyłam, jak bardzo był zadowolony z tego pomysłu. Mogłabym przysiąc, iż został stworzony tylko w celu prokreacji, a jego lędźwie zawierają jedynie anielskie nasienie.

Dygotałam, nie mogąc się doczekać.

Jeśli zajdę w ciążę, ożeni się ze mną. Nawet jeśli nie zdołam dłużej udawać Mirandy, której by pragnął, nawet jeśli w końcu odkryje moje prawdziwe oblicze, nigdy nas nie zostawi. Dziecko da mi tę gwarancję.

ŚWIAT, KTÓRY TWORZĘ DLA SIEBIE

MIRANDA

Przeszłość

– Kocham cię. – Jego słowa zawisają w ciemności. Wypowiada je, a jego usta powtarzają kontakt z moim obojczykiem i szyją, pozostawiając na nich oddanie i obietnice. Jestem chciwa i uwielbiam tego słuchać. To potwierdzenie, że jest mój. Cały mój. Zgodny ze mną, jeśli chodzi o serce. Emocjonalna niewola i oddanie są jak mocny, pobudzający narkotyk. Nie podoba mi się idea wzajemnej miłości, ale uwielbiam być kochana. Zakochanego łatwo do czegoś zmusić.

Seamus leży obok. Jesteśmy nadzy, w trakcie intymnego aktu. On w nim dominuje. Toleruję to. Robię, co muszę, by zachować pozory i zapewnić mu emocjonalny spokój.

Całuje, dotyka, penetruje… umiejętnie tłumaczy gestami to, co odczuwa.

Ja umiejętnie to udaję.

– Właśnie tak, Seamus. Właśnie tak – wzdycham, gdy we mnie wchodzi. Westchnienie to dla niego znak. Powinno mnie cieszyć, gdy się we mnie porusza. Jest postawnym, silnym mężczyzną, który zawsze traktuje mnie z troską i uczuciem. Obejmuje mnie, jedną ręką po mistrzowsku stymulując z przodu, podczas gdy druga wędruje w inną stronę mojego tułowia. Ustami pieści każdy kawałek mojej skóry, do którego ma dostęp.

To jeszcze chwilę potrwa. Wymienimy kilka słów. Prawdopodobnie zmienimy pozycję. Oboje osiągniemy orgazm.

Jednak istnieje mały problem.

Nie lubię seksu.

Nigdy nie lubiłam.

Sprawia, że czuję się uległa.

Fizyczny akt wydaje się niepotrzebny – dokładnie ten sam efekt mogę osiągnąć w kilka chwil za pomocą wibratora. Jestem zbyt samolubna, by zapewniać innym przyjemność. Biorąc pod uwagę mężczyznę, z którym jestem, w pojęciu większości kobiet byłoby to pewnie świętokradztwem. Seamus jest nadzwyczaj dobrze wyposażony, a do tego namiętny, uprzejmy, romantyczny i przystojny. Jestem w pełni świadoma, że przez własny brak uznania marnuję jego potencjał. Widziałam, jak patrzą na niego inne kobiety. Fantazje o odgrywaniu ról z Kamasutry miały wypisane na podnieconych, spragnionych twarzach.

Ja pożądam władzy. A z tym wiąże się seks. Pieprzenie jest jedynym środkiem prowadzącym do wyznaczonego przeze mnie celu. Dzięki temu mogę zrealizować przemyślaną strategię. Zawsze będę patrzeć na to w ten sposób: wagina jest bronią w moim arsenale, pokona każdego sztywnego fiuta. Osłabi. Podbije. To narzędzie przeznaczone do zdobywania nagrody.

À propos zdobywania – wygrywam! Chociaż moja macica gwałtownie sprzeciwia się temu stwierdzeniu.

Jestem w ciąży!

A na lewej ręce mam pierścionek!

Mimo iż chciałabym się tym napawać i świętować zwycięstwo w tradycyjny, spektakularny sposób, czekam na swój czas, spokojnie pozwalając Seamusowi rozgościć się w świecie, który dla siebie tworzę.

Tak, dla siebie.

Nie ma nas.

On może mieć dzieciaka.

Ja potrzebuję jedynie fasady.

UROK TRZECIEGO RAZU

SEAMUS

Teraźniejszość

Rozwód.

Przecięcie świętych więzów.

Koniec snu.

Śmierć rodziny.

Słowo, które mnie definiuje.

Po raz pierwszy poprosiła mnie o rozwód pod koniec naszej pierwszej randki. Żartowała, a później miał miejsce nasz pierwszy pocałunek.

Kolejny raz poprosiła o rozwód, gdy rodziła nasze drugie dziecko – ze względu na szybki przebieg akcji porodowej nie otrzymała leków przeciwbólowych. Powiedziała mi również, że mnie nienawidzi, przeklinała istnienie mojego penisa i stwierdziła, że moje nasienie jest dziełem szatana. Myślę, że przemawiał przez nią ból.

Gdy trzeci raz poprosiła o rozwód, mówiła poważnie.

Urok trzeciego razu.

Mogę myśleć wyłącznie o rozwodzie. Dusi mnie to. Włada moimi myślami, zwłaszcza w taki dzień jak dziś. To właśnie dzisiaj wprowadzam się z dziećmi do nowego mieszkania. Oczywiście bez Mirandy.

Przez rozwód.

Jakim cudem słowo to staje się coraz bardziej paskudne za każdym razem, gdy o nim pomyślę? To po prostu wyraz. Sześć liter. Liter, które powinny być nieszkodliwe. Jednak właśnie te sześć zmówiło się przeciwko mnie i za każdym razem, gdy o nich wspominam, odczuwam je jako atak. Atak na moje serce. Atak na dzieci. Atak na moją dumę. Atak, który mąci moją duszę.

Dziękuję Bogu za dzieci. Są całym moim światem. Moim celem. Moim życiem. Są dla mnie wszystkim.

– Tato, szybko. Muszę siku. – Ten bolesny pisk małej dziewczynki, która ma pilną potrzebę skorzystania z łazienki, zdaje się mówić: „Nie kłamię”. Moja pięcioletnia córeczka Kira stoi na szczycie schodów ze skrzyżowanymi nogami, trzymając brata za rękę. Jest bardzo podobna do matki: ma kręcone włosy w kolorze karmelu, migdałowe oczy w kolorze nieba w pochmurny dzień i usta tworzące kształt serca, gdy wargi spoczywają jedna na drugiej.

– Idę, kochanie. – Wchodzę powoli schodami. Moje nogi nie pracują tak, jak powinny, zwłaszcza kiedy niosę ciężkie pudło.

– Rzuć mi klucze, tato. Zaprowadzę ją do środka. – Przychodzi mi na ratunek Kai. Znowu. Zawsze był niebywale odpowiedzialny, lecz odejście matki sprawiło, że jeszcze bardziej dojrzał. Jedenastolatek nie powinien wypełniać rodzicielskiej pustki. A on to właśnie robi. I nigdy nie narzeka z tego powodu. Może dostrzegł, że nasze małżeństwo się rozpada, nim ja sam to odkryłem. Najwyraźniej wiedział przede mną.

Nigdy nie było idealnie między mną a żoną, ale nie podejrzewałem romansu.

Gdy przyszły papiery, byłem w szoku.

Podczas postępowania sądowego wszystkiemu zaprzeczałem.

I nadal podświadomie oczekuję, że po powrocie do domu zastanę w nim Mirandę. Wiele tygodni po jej wyprowadzce do Seattle, bo chciała być z nim.

Z nim.

Moim rywalem. Mężczyzną, który nie tylko ukradł mi żonę, lecz także przede wszystkim odebrał matkę moim dzieciom.

Brzmi gorzko?

Tak?

To dobrze, ponieważ tak właśnie się czuję. Jestem nieprzeciętnie zgorzkniały.

Stawiam pudło na czwartym czy piątym stopniu, szukam w kieszeni kluczy, a następnie rzucam je synowi. Apartament numer trzy, nasz nowy dom. Rzut jest zbyt silny, więc klucze uderzają z hukiem o drzwi za chłopcem i opadają do jego stóp. Gdy je podnosi, słyszę, jak szepcze do siostry:

– Chodź, Kiro, ścigamy się, kto pierwszy w środku.

Mała chichocze i zaczyna tupać na schodach, jakby rozgrzewała się do biegu. Mimowolnie się uśmiecham, patrząc na tę dwójkę.

Podnosząc ponownie pudło, spoglądam w okna mieszkań znajdujących się bezpośrednio pod naszym – apartamentów numer jeden i dwa. W obu są zaciągnięte zasłony. Przez chwilę zastanawiam się, kto tam mieszka. Rodziny? Może przebywają tam dzieci, z którymi moje będą mogły się bawić, gdy się wprowadzimy? Myśl pierzcha, gdy czubkiem buta zahaczam o front stopnia trzeciego od góry. To nie jest gwałtowny, bolesny upadek, ponieważ pudło, które niosę, niemal całkowicie go amortyzuje. Jestem zażenowany jak nigdy. Bardzo zawstydza mnie to, że moje nogi często odmawiają współpracy.

Zerkam za siebie, na schody, na chodnik i parking poniżej. Nie ma świadków. Ta świadomość przynosi ulgę, choć nie wiem, czy jest mi ona potrzebna. Moje serce zaczyna zwalniać, wypuszczam wstrzymywane w płucach powietrze – to ostry wydech tonącego, który chwyta się brzytwy, bliżej znanej jako godność. Może powinienem poszukać mieszkania na parterze, ale mój upór nie pozwolił mi nawet się nad tym zastanowić.

Gdy wstaję i obiema rękami zbieram bałagan, wychodzi Kai.

– Potrzebujesz pomocy z tym pudłem, tato? A może mam wziąć to drugie z samochodu?

– Poradzę sobie z tym. Może weźmiesz to drugie, kolego? I sprawdź, czy uda ci się namówić Rory’ego do wyjścia z auta – proszę syna, otrząsając się z dotychczasowego rozdrażnienia.

Rory ma dziewięć lat. Nie jest zadowolony z tej przeprowadzki. Nie podoba mu się również postępowanie matki i nie wstydzi się jej tego okazywać. W pogardzie zwraca się do niej po imieniu.

Kai przemierza schody, biorąc po dwa stopnie naraz. Jest wysoki jak na swój wiek, ma metr sześćdziesiąt pięć i budowę ciała atlety. Wygląda mniej więcej jak ja, gdy byłem w jego wieku – ciemne włosy i oczy, złotobrązowa skóra, szerokie ramiona i długie, patykowate kończyny.

Wchodzę do mieszkania i widzę, jak Kira zwisa z oparcia kanapy. W jednej ręce trzyma pluszowego kota, Ogórka, w drugiej pilota od telewizora. Z imponującą szybkością przeskakuje po kanałach.

– Mogę ci w czymś pomóc, Kiro?

Odpowiada, nie odrywając wzroku od migającego ekranu.

– Nie, tato. Mam wszystko pod kontrolą.

Uśmiecham się i kręcę głową, uświadamiając sobie, że słyszała to ode mnie zbyt wiele razy, gdy uczyła się mówić. Moje słowa są mentalną motywacją, jej jednak oznaczają pewność siebie. Uwielbiam ją za to.

– Puk, puk – melodyjny głos dobiega zza otwartych drzwi.

Kładę pudło na kanapie obok Kiry i odwracam się do naszej gospodyni, pani Lipokowski, która stoi na wysłużonej wytartej wycieraczce. Środkowe litery zupełnie się starły, po napisie Mile Witamy pozostały jedynie M i Y. Wycieraczka, jak wszystko inne w tym umeblowanym mieszkaniu, jest stara i zużyta. Nie mam zamiaru narzekać. Z miejsca, które przez najbliższy rok będziemy nazywać naszym domem, emanuje jakiś nieodparty urok zaklęty niczym w kapsule czasu.

Pani Lipokowski wraz z mężem są właścicielami tego niewielkiego ceglanego budynku, odkąd postawiono go w tysiąc dziewięćset siedemdziesiątym drugim roku. Mieści się tu bar kanapkowy, który prowadzą, dwa małe mieszkania na parterze i dwa większe na pierwszym piętrze. Jedno z nich zajmuje pani Lipokowski. Budynek stoi trzy przecznice od plaży i dwie od szkoły średniej imienia Johna Kennedy’ego, gdzie jestem pedagogiem. Lokalizacja jest idealna.

– Witam, pani L. Dobrze panią widzieć. Proszę wejść.

Kobieta wchodzi i natychmiast obejmuje rękami moją dłoń. To matczyny, przyjazny gest. Robi tak za każdym razem, gdy ją widzę. Zdarza się to niemal codziennie, podczas tygodnia żyję wyłącznie dzięki jej kanapkom spożywanym podczas lunchu.

– Widzę, że się wprowadzasz, Seamus. Potrzebujesz czegoś?

Rozglądam się z roztargnieniem, nie bardzo wiedząc czego szukam.

– Nie, chyba wszystko jest. Dziękuję.

Właścicielka domu poklepuje po grzbiecie moją dłoń, uwagę przyciąga tęczowa koszulka kobiety. Widnieje tam zdjęcie Janis Joplin. Gospodyni codziennie ma na sobie jakiś tęczowy ciuch: koszulkę, spodnie, spódnicę, spodenki, szalik. Nieważne, jaka to rzecz, ważne, że jest ona w kolorach tęczy. Kobieta zachowuje się jak zatwardziała hipiska. Nie sądzę, by od lat sześćdziesiątych wymieniła garderobę lub zmieniła styl. Niektórzy określiliby ją mianem przestarzałej, ja nazywam ją autentyczną. Jest tym, kim jest. Nie wstydzi się tego. To właśnie w niej cenię. Autentyczność jest rzadko spotykana. Ludzie albo nie wiedzą, kim są, albo boją się pokazać światu swoje prawdziwe oblicze – mnie można zaliczyć do obydwu tych kategorii: nie wiem i się boję. Nie jestem z tego zadowolony. Wcześniej tak nie było. Jednak życie w końcu mnie pokonało. Walczyłem przez długi czas, ale po rozwodzie obudziłem się pewnego dnia, nie pamiętając już człowieka, którym niegdyś byłem i nosząc w sercu jedynie czas i okoliczności, które mnie zmieniły. Muszę ponownie odnaleźć samego siebie.

– Wpadnij do mnie dzisiaj, a przygotuję ci kubek ziołowej herbaty. Pomoże ukoić nerwy. – Kobieta puszcza do mnie oko i uśmiecha się ciepło. Zastanawiam się przez chwilę, z jakich ziół będzie ta herbata.

– Dobrze – odpowiadam.

– Gdybyś miał jakieś pytania odnośnie przeprowadzki czy mieszkania, zajrzyj do baru. – Spogląda na moją córkę i mówi: – A ty, Kiro, przyjdź później, dam ci kiszonego ogórka.

Rozpoznając w jednym zdaniu swoje imię i kiszone ogórki, Kira natychmiast zaczyna się przysłuchiwać. Uwielbia je prawie tak bardzo, jak telewizję i koty.

– Pięć plasterków? – pyta podekscytowana.

Pani L. przytakuje.

– Pięć plasterków ogórka dla pięciolatki.

Kira staje na kanapie i z radości podnosi ręce, nie przestając jednak ściskać w palcach pilota i pluszowego kota.

– Jej!

– Witajcie, chłopcy. – Powitanie pani L. powoduje, że moje spojrzenie ponownie wędruje w stronę drzwi, przez które przechodzi Kai niosący pudełko, za nim zaś snuje się Rory.

– Dzień dobry, pani Lipokowski – mówi grzecznie Kai.

– Witam, pani Lipokowski – mówi Rory z nieskazitelnym brytyjskim akcentem. Kilka miesięcy temu odkrył Harry’ego Pottera i Doktora Who. Natychmiast dostał obsesji na punkcie wszystkiego, co brytyjskie. Podchwycił też akcent, z którym wymawia wszystkie zdania już od wielu tygodni. W imponująco krótkim czasie nauczył się mówić niejasną mieszanką quasi-australijskiego i brytyjskiego, niczym sobowtór Sherlocka Holmesa. Słuchając go, czasami zapominam, że mój synek nie jest tak naprawdę Benedictem Cumberbatchem.

Pani L. uśmiecha się do mnie z aprobatą.

– Dobrze ich wychowujesz, Seamus. Każde ma silną osobowość. – Pani Lipokowski nie ma dzieci, lecz zauważając, jak na nie patrzy, zgaduję, że to raczej sprawa kapryśnego losu niż świadoma decyzja jej i męża.

– Dziękuję. – Uśmiecham się w duchu na ten komplement. Ostatnio nieczęsto się to zdarza. Jednak dzieci są moją dumą i radością, kocham ich indywidualizm i pragnę pomóc im go rozwijać. Ich matka i ja mamy na ten temat odmienne zdanie. Ona woli schematy. Ja nie.

– Pa wszystkim. Do zobaczenia w porze lunchu. Dzisiaj ja stawiam kanapki, Seamus.

W normalnej sytuacji spierałbym się z nią, ponieważ moja duma nie potrafi zaakceptować takiej jałmużny, nawet jeśli wynika ona z uprzejmości. Jednak nie mam w mieszkaniu żadnego jedzenia z wyjątkiem połowy kubka kwaśnej śmietany, chipsów cebulowych i butelki ciepłego soku. Muszę też zaoszczędzić pieniądze z lunchu na naszą popołudniową wyprawę do sklepu. Nie mam już tak wiele gotówki, jak kiedyś. Muszę więc zdławić ambicję, która niczym olbrzymia piłka do golfa blokuje mi gardło, i powiedzieć:

– Dziękuję. Do zobaczenia koło południa.

Kiedy kobieta staje na wytartej macie z napisem M……Y, wracam myślami do zaciągniętych zasłonami okien dolnych apartamentów, i odzywam się, nim w mojej głowie ułoży się pełne pytanie. Zazwyczaj najpierw myślę, a później mówię. Dobieram słowa z wielką ostrożnością. Lata spędzone w poradnictwie dla nastolatków nauczyły mnie, że nie zawsze dobrze jest mówić wszystko, co ślina na język przyniesie.

– Kto mieszka na dole? Rodziny? Z dziećmi? Małżeństwa? Ktoś samotny? – Gdy pada ostatnie słowo, moje policzki oblewa rumieniec i natychmiast jest mi wstyd, bo zabrzmiałem zapewne jak zrozpaczony desperat. Nie jestem desperatem i nie jestem też zrozpaczony. Szczerze mówiąc, nie wiem, czy kiedykolwiek jeszcze się z kimś umówię. Rozwód mnie zniszczył. Moje serce już nigdy nie zaufa, nie obdarzy wiarą konieczną, aby miłość ponownie zagościła w moim życiu. Pamiętasz, co wcześniej mówiłem o goryczy? To niemal moje drugie imię. Właściwie możesz mnie nazywać Gorzki zamiast Seamus McIntyre. Określaj mnie tym jednowyrazowym przydomkiem, jak Prince’a czy Beyonce. Zatem od dziś jestem Gorzki.

Jej uśmiech jest niemal zarozumiały. Myśli, że słowo samotny świadczy o skrywanym przeze mnie pragnieniu życia w związku. Nie rozumie, że moja wypowiedź to tylko niewinne pytanie zadane w trosce o nowych przyjaciół dla moich dzieci, nie dla mnie.

– Dwie samotne kobiety. Faith mieszkająca pod dwójką jest wolnym duchem. To młoda, energiczna i towarzyska osoba. Jednak Hope spod jedynki jest… jest… – stara się odpowiednio dobrać słowa – trochę wycofana. Starsza od ciebie. Nie wychodzi zbyt często. To prawdziwa szara myszka, której obecności prawie nie zauważysz.

Zatrzymałem się na ich imionach. Faith i Hope – wiara i nadzieja. Dla mnie nie są już imionami. To pojęcia, które przez ostatnie miesiące były mi zupełnie obce. Wartości, które podkuliły ogon i uciekły, gdy nastała gorycz, niczym huragan niszcząca wszystko, co napotkała na swej drodze.

Milczę, więc pani L. kiwa tylko głową i schodzi po schodach.

– Cześć, Seamus – woła.

– Cześć – odpowiadam bezmyślnie, łapiąc się na niezamierzonym braku grzeczności.

Cisza panuje dokładnie przez dwie sekundy, następnie Kai trzaska drzwiami i ogłasza:

– Idziemy się rozpakować.

Przytakuję stojącemu przede mną minidorosłemu.

– Idziemy się rozpakować.

***

Tego samego wieczoru po kolacji przekazuję starszemu synowi dowodzenie na parę minut i idę do mieszkania obok, do pani L. na obiecaną herbatkę. Kobieta uchyla drzwi i zerka przez szparę, po czym, widząc mnie, otwiera je na całą szerokość. Nie można z niczym pomylić zapachu dolatującego z jej mieszkania.

– Witam, pani L. Zastanawiałem się, co z tą wspominaną wcześniej herbatą? Może zaparzyłaby mi ją pani do kubka, który mógłbym zabrać do siebie. Nie chcę zostawiać dzieci. – Stoję na jej wycieraczce, mogę więc obserwować nasze drzwi i okno.

– Oczywiście – mówi. – Potrzymaj, a ja przygotuję ci kubek.

Zanim mam szansę zorientować się, co się dzieje, podaje mi jointa i wraca do kuchni.

– Cholera – mamroczę, kombinując, gdzie ukryć tę kontrabandę. Wchodzę do jej mieszkania, by nie zobaczył mnie jakiś przechodzień. Pan Lipokowski siedzi wyciągnięty na kanapie, oglądając lokalne wiadomości. Wygląda na bardzo odprężonego, chyba na tym właśnie polega ich odpoczynek. Co kto lubi, myślę.

Kobieta wraca za krótką chwilę, wymieniam więc jointa na kubek herbaty.

– Dzięki, pani L.

– Nie ma sprawy, Seamus. Smacznego. – Nim zamknie za mną drzwi, pokazuje mi znak pokoju.

POWITALNE MANGO

SEAMUS

Teraźniejszość

– Kto, u licha, zjadł wszystkie Lucky Charms?

– Wyrażaj się poprawnie, Rory – upominam. W duchu powtarzam natomiast: Tylko się nie śmiej. No nie śmiej się.

Syn potrząsa pustym opakowaniem nad miską, do której sypią się jedynie resztki płatków i cukrowy pył. Robi to świadomie, by zilustrować swoje wzburzenie. Jednocześnie wpatruje się we mnie z całkowitym niedowierzaniem.

– Przykro mi, kolego. Zgaduję, że to twoja siostra je dokończyła, gdy rano oglądała telewizję. – Płatki są na krótkiej liście tego, co Kira w ogóle jada, podobnie jak makaron z serem, kiszone ogórki, banany, hot dogi i kanapki z mielonką.

Rory mamrocze coś pod nosem, a ja cieszę się, że tego nie słyszę. Następnie podchodzi do śmietnika i przesadnym teatralnym gestem wyrzuca karton po płatkach. Następnie odwraca się do mnie i mówi:

– To niedorzeczne.

Nie wiem, czy jego stwierdzenie odnosi się do konieczności wyrzucenia pudełka po płatkach, czy też do ogólnie zaistniałej sytuacji, ale, by go zadowolić, kiwam głową.

Odpowiada tym samym, najwyraźniej usatysfakcjonowany moim aktem solidarności, po czym, mając już w głowie nowy pomysł, podchodzi do chlebaka, wyjmuje dwie kromki chleba i zaczyna przygotowywać na śniadanie tosty.

Rozlega się pukanie do drzwi. Nie jest jednostajne. Różni się długością przerw i intensywnością stuknięć. Brzmi tak obco, że waham się, czy otworzyć. Zastanawiam się, czy to prośba, by natychmiast tego kogoś wpuścić, czy może wiadomość nadawana alfabetem Morse’a. Gdy odzyskuję zdrowy rozsądek, otrząsając się z porannego otumanienia, podchodzę do drzwi i je otwieram.

Stojąca na moim progu nieznajoma ma na sobie biały top bez ramiączek z wielkim czerwonym sercem z przodu oraz postrzępione jeansowe spodenki. Jej włosy sfilcowane są w długie dredy, pośród których niebieskie, zielone i fioletowe pasma tworzą tak żywą feerię barw, że jedynym określeniem, które mogłoby w pełni zobrazować tę fryzurę, jest słowo tęcza. W pierwszym momencie reaguję jak stuprocentowy mężczyzna – natychmiast zauważam, że kobieta jest ładna. Miła dla oka. Nie jestem zboczeńcem, ale nikt nie mógłby zaprzeczyć, że nieznajoma posiada twarz anioła i powalająco proporcjonalną sylwetkę. Wyciąga rękę przez próg, co, jak zakładam, jest powitalnym gestem. Wydaje mi się, że chciała, bym tę dłoń uścisnął, ale zauważam, że trzyma w niej mango.

– Dzień dobry, sąsiedzie.

Przenoszę wzrok z mango na jej błyszczące niebieskie oczy i otrząsam się z chwilowego szoku wywołanego powitaniem bogini technikoloru.

– Dzień dobry.

Uśmiecha się, dzięki czemu wygląda młodziej. Niewinnie. Przyjaźnie. Przestaję się nią zachwycać i staję się uprzejmym sąsiadem.

– To dla ciebie. – Potrząsa owocem jak grzechotką. Porusza ustami w rytmie znanym tylko sobie samej. – Mały prezent na powitanie.

Niezbyt chętnie go przyjmuję.

– Mango? – pytam, mając nadzieję, że moje zdziwienie nie brzmi nieuprzejmie.

Wzrusza ramionami, a mój wzrok pada na tatuaż poniżej jej obojczyka: Życie rozkwita drugimi szansami.

– Przepraszam, wiem, że prezent jest troszkę oryginalny, ale tylko to miałam.

Na jej słowa odruchowo próbuję oddać mango.

– Jeśli ten owoc to wszystko, co masz, nie powinnaś go oddawać. – Brzmi to głupio. Nie powiedziała przecież tego dosłownie. Myśl zanim coś powiesz, Seamus.

Słysząc moją odpowiedź, uśmiecha się i kładzie obie ręce na owocu, który trzymam w prawej dłoni. Następnie powoli popycha go w moją stronę, aż dotyka on mojej piersi.

– To prezent dla ciebie. Zatrzymaj go. Na naszej ulicy, kilka przecznic stąd jest sklep. – Unosi brwi, jakby wyznawała mi jakąś wielką tajemnicę. – Nazywa się supermarket. Mają tam tyle mango, że aż je sprzedają. – Jej ton łagodnieje pod wpływem miłego uśmiechu. Uświadamiam sobie, że chichoczę wraz z nią.

– Dobrze. W takim razie dziękuję za… powitalne mango… – milknę i unoszę głowę i brwi, niemo prosząc o jej imię.

– Faith – odpowiada, po czym się odwraca i schodzi po schodach. Odbija się od stopni. Przypomina mi Kirę w trakcie zabawy. Jest beztroska. Zerka przez ramię i macha. – Miło cię poznać…

Urywa w oczekiwaniu na moje imię, więc wypełniam tę pustkę:

– Seamus.

– Miło cię poznać, Seamus. – Gdy wypowiada te słowa, brzmi szczerze. Jakby naprawdę było jej miło mnie poznać. To przyjemne. Taka niewymuszona uprzejmość rzadko się zdarza.

– Mnie również miło cię poznać, Faith. – Spoglądam na mango i następne słowo powtarzam cicho pod nosem: – Miło. – Brzmi dziwnie w połączeniu z całą moją goryczą, która nie pozwala tego gestu nawet przemyśleć i od razu odsyła go w zapomnienie.

Zamykam drzwi i zanoszę mango do kuchni, gdzie Rory pyta:

– Co to jest?

Wkładam owoc do lodówki, wyjaśniając mu:

– Prezent powitalny od sąsiadki.

– Wygląda jak owoc – odpowiada oschle.

– Bo nim jest.

Chrupiąc tosta, przygląda mi się, jakby oczekiwał kolejnego wyjaśnienia.

– To mango – podpowiadam.

– Niebywałe – mówi Rory z właściwym sobie akcentem.

– Tak, trochę dziwne – przytakuję i dodaję szybko: – Ale sympatyczne. – Nie chcę, by moje dzieci już drugiego dnia uznały sąsiadkę za dziwadło.

MAM NADZIEJĘ, ŻE SPĘDZACIE DZIEŃ TAK CUDOWNY, JAK WY SAMI JESTEŚCIE

SEAMUS

Teraźniejszość

– Kira, kochanie, musisz założyć dzisiaj prawdziwe ubranie. To twój pierwszy dzień w przedszkolu.

Przechyla głowę w prawo. Zawsze tak robi, gdy zastanawia się nad odpowiedzią. Wszystko negocjuje.

– Chcę nosić to.

– To koszula nocna, nie do przyjęcia jako strój do przedszkola – spieram się, robiąc im trzy kanapki na drugie śniadanie.

– Ale to jest sukienka – mówi słodko, trzepocząc przy tym rzęsami.

– Niezła próba. To koszula nocna z kotkiem noszącym diadem z napisem: Jestem Księżniczką. Nie pójdziesz w tym do przedszkola. – Nie sądzę, by władze tej instytucji stosowały jakieś rygorystyczne zasady, jeśli chodzi o ubiór, ale jestem pewien, że zadzwonią do mnie, gdy tylko mała stanie w jej progu ubrana w koszulę nocną.

Kira ześlizguje się z kuchennego krzesła. Lepiej idzie jej zjeżdżanie z niego niż wstawanie. Bierze Ogórka – swojego kota – ze stołu i zdeterminowana odchodzi w kierunku swojego pokoju. Jestem pewien, że ta determinacja sprawi, iż koszula nocna zostanie zastąpiona czymś równie niewłaściwym. Kira jest grzeczna, ale ma buntowniczą naturę. Szybko rozwiązuje problemy, lecz zawsze nie tak, jak trzeba. Zawsze jednak ze słodkim uśmiechem, któremu nie potrafię się oprzeć.

– Chcesz, bym ci pomógł coś wybrać? – wołam za nią. Codziennie marudzi przy ubieraniu, które trwa wieki.

– Nie. Poradzę sobie, tato.

Do kanapki Kiry dokładam kiszonego ogórka, następnie pakuję wszystko do woreczków, które umieszczam w pudełkach wraz z bananami i kartonikami soku. Biorę ulotkę z pizzerii leżącą na stosie poczty na blacie i drę na trzy części. Na każdym skrawku dodaję mnóstwo serduszek, ponieważ wiem, że to z całą pewnością zawstydzi chłopców, gdy wyciągną jedzenie z pudełek, i piszę:

Mam nadzieję, że spędzacie dzień tak cudowny, jak Wy sami jesteście.

Kocham Was

Tata

Kiedy wchodzę do salonu, Rory siedzi na kanapie, a na kolanach trzyma plecak. Bawi się jego szelkami, bezwiednie je poprawiając. Zawsze był niespokojny.

– Byłoby fajnie, gdyby w nowej szkole mieli drużynę quidditcha.

– Tak, byłoby. Ale niestety Akademia Montgomery’ego nie jest dla czarodziejów. Przykro mi, kolego – odpowiadam podobnym tonem, bo wiem, że denerwuje się na myśl o pierwszym dniu w nowej szkole. Lubi, gdy nazywam go kolegą, mówi mi o tym niewielki, pełen dumy uśmieszek malujący się na jego twarzy za każdym razem, gdy to mówię.

– Ale myślisz, że istnieje choćby niewielka szansa, że mógłbym być czarodziejem? Może nie odkryłem jeszcze swojej mocy? – pyta stanowczo z nadzieją w głosie.

– Chyba nie. Jesteś Mugolem. Nie masz mocy. Poza poczuciem humoru. – Puszczam do niego oko i wychodzę sprawdzić, co z Kirą i Kaim.

– Wolałbym zmienić kogoś w ropuchę, niż go rozśmieszyć! – krzyczy, gdy przemierzam korytarz.

– Kum, kum! – odkrzykuję.

Śmieje się. Uwielbiam ten dźwięk. Ciężko na niego zasłużyć, więc czuję się jak zwycięzca, gdy uda mi się go z niego wydobyć.

Kira stoi w pokoju ubrana w różową spódniczkę w żółte kropki, niebieską koszulę w kratę oraz jaskrawo zielone klapki. Na głowie ma błyszczący diadem. Prawdopodobnie rozczarowałbym się, gdyby jej strój był dopasowany.

– Wyglądasz pięknie, księżniczko. Karoca już czeka. Weź plecak, jesteśmy spóźnieni. – Uśmiecham się, wyciągając do niej dłoń.

Chichocze, chwyta plecak leżący na podłodze obok szafy i przybija mi piątkę, wychodząc na korytarz.

Pukam do zamkniętych drzwi łazienkowych.

– Gotowy, Kai?

Otwiera drzwi, myjąc zęby, i pokazuje uniesiony kciuk.

***

O wpół do ósmej siedzimy w samochodzie w drodze do szkół – dwóch szkół. Ich i mojej. Ich szkoła, Akademia Montgomery’ego, to zarówno tutejsza ośmioklasowa szkoła podstawowa, jak i przedszkole.

Przed rozwodem mieszkaliśmy trzydzieści kilometrów stąd, dlatego po przeprowadzce dzieci musiały zmienić szkołę. Czuję się winny z tego powodu, ale teraz mam bliżej do pracy. Poza tym mieszkanie jest niedrogie. Na podobne w naszej poprzedniej okolicy nie byłoby mnie stać. Wciąż jednak mam wyrzuty sumienia. Jak kotwica trzymają mnie w jednym miejscu i nie pozwalają rozwinąć żagli.

NIEPOKOJĄCO LUDZKA

SEAMUS

Teraźniejszość

– Czy to nie nasza sąsiadka? – pyta Kira.

– Wygląda na steraną – zauważa Rory.

Przez chwilę rozglądam się po ludziach zebranych na plaży i tłumaczę słowo: sterany