O umiejętności życia - Tadeusz Gadacz - ebook

O umiejętności życia ebook

Tadeusz Gadacz

4,0

Opis

Życie można przeżyć na różne sposoby – radośnie, nie przejmując się niczym, smakując każdą mijającą chwilę lub też rozważnie, jakby każdy dzień miał być ostatnim dniem naszego życia. Chcemy być szczęśliwi, ale czy potrafimy znaleźć szczęście w tym, co nas otacza, w naszej codzienności, pośród trudnych wyborów, jakich zmuszeni jesteśmy dokonywać? Sami siebie pytamy, jak żyć, by odnaleźć w sobie spokój ducha i niezmąconą radość, ale nie my pierwsi zadajemy takie pytania. Na przestrzeni wieków wskazówek szukano u teologów i filozofów.
U progu XXI wieku Tadeusz Gadacz – filozof, śladem dawnych nauczycieli mądrości, uczy siebie i nas, trudnej sztuki życia.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 283

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




Projekt graficzny: Janusz Barecki
Korekta: Jolanta Spodar
Copyright © by Tadeusz Gadacz
Copyright © by Wydawnictwo Iskry, Warszawa 2013
ISBN 978-83-244-0332-5
WYDAWCA
Wydawnictwo ISKRY
ul. Smolna 11, 00-375 Warszawa
tel./faks (22) 827-94-24-15
www.iskry.com.pl
Konwersja publikacji do wersji elektronicznej
Wprowadzenie

Siedzę na życiu niczym kiepski jeździec na koniu.

Jedynie łagodności konia zawdzięczam to,

że nie zostaję teraz zrzucony[1].

Żyć trzeba umieć. Jakże często bowiem żyć nie umiemy. Dobre życie jest umiejętnością. Jesteśmy biegli w wielu umiejętnościach, ale mało kto opanował umiejętność życia. „Człowiek zajęty najmniej jest zdatny do życia, ponieważ żadna umiejętność nie jest trudniejsza niż umiejętność życia. Biegłych w innych umiejętnościach jest wszędzie wielu, niektóre z nich nawet młodzi opanowali do tego stopnia, że i sami mogliby innych nauczać. Żyć jednak trzeba się uczyć przez całe życie, a czym zapewne jeszcze bardziej się zdziwisz, przez całe życie trzeba się uczyć umierać”[2].

Warunkiem umiejętnego życia jest myślenie. Ono właśnie odróżnia człowieka od zwierząt. Dlatego „bezmyślnym życiem żyć człowiekowi nie warto”[3]. Myśląc o życiu, możemy uczyć się go, gdyż na tę umiejętność nigdy nie jest za późno. Najczęściej bowiem dowiadujemy się, czym jest życie, gdy właściwie musimy powiedzieć, że dobiegło ono końca.

Książkę, którą ośmielam się zaproponować czytelnikom, pisałem przez długi czas, publikując „po drodze” większą jej część w różnych czasopismach i pracach zbiorowych. Składają się na nią fenomenologiczne analizy różnych doświadczeń ludzkiej egzystencji, zilustrowane bliskimi mi, pięknymi i celnymi myślami tych filozofów, z którymi odczuwam pokrewieństwo duchowe (m.in. Platona, Seneki, B. Pascala, S. Kierkegaarda, S. Weil, E. Lévinasa, J. Tischnera). Nie próbuję w nich dawać łatwych rozwiązań, gdyż takich nie znam. Sądzę, że żyć umiejętnie to być świadomym tajemnicy i powagi ludzkiej egzystencji, jej antynomii i paradoksów. Bardziej stawiać pytania, niż formułować proste odpowiedzi. Jedno wszakże nie ulega dla mnie wątpliwości: że istotą życia umiejętnego jest dobro i nadzieja. Nauczył mnie tego mój mistrz, ksiądz Józef Tischner. Jemu chciałbym dedykować tę książkę, by przynajmniej w ten symboliczny sposób spłacić mu dług wdzięczności za naukę obowiązku myślenia. Słowa wdzięczności chciałbym także skierować do profesora Stanisława Grygiela. Mojego pierwszego nauczyciela filozofii, który zafascynował mnie miłością mądrości.

Umiejętność życia

Nie samo życie jest dobrem, ale życie dobre[1].

Kiedy zastanowimy się nad pojęciem życia, przebiegają przez naszą myśl rozmaite skojarzenia. Możemy rozpatrywać życie jako pewien biologiczny proces. Takie spojrzenie na życie jest charakterystyczne dla biologii, biochemii, medycyny – nauk, które usiłują zgłębić tajemnice życiowych procesów, by odpowiedzieć na pytania: w jaki sposób życie powstało? Czym różni się żywy organizm od martwej rzeczy? Na czym polega istota życia? Charakterystyczną cechą życia w jego wymiarze biologicznym jest dążenie do przetrwania. Żywy organizm usiłuje utrzymać się przy życiu. Temu służy odżywianie, sen, biologiczna reprodukcja gatunku. A jednak, choć w człowieku zachodzą biologiczne procesy życiowe, nie żyje on wyłącznie jak zwierzęta i rośliny. „Zresztą wyłącznie dla przyjemności jedzenia bądź rozkoszy miłosnych” – pisał Arystoteles – „gdy się jest pozbawionym pozostałych przyjemności, jakich dostarcza ludziom bądź to poznanie, bądź widzenie, bądź któryś pozostały zmysł, nikt nie przeceniałby życia, chyba że byłby w ogóle niewolnikiem. Widzimy bowiem, że dla człowieka, który dokonuje takiego wyboru, nie miałoby różnicy, czy jest on zwierzęciem, czy człowiekiem. W każdym razie byk w Egipcie, którego czczą jako Apisa, w większości tego rodzaju spraw posiada większe możliwości niż wielu monarchów. Podobnie także nie wybiera się życia dla przyjemności snu: bo jaka jest różnica pomiędzy spaniem od pierwszego aż do ostatniego dnia w ciągu tysiąca lat, albo i dłużej, a życiem rośliny”[2]. Także człowiek musi troszczyć się o utrzymanie swego życia. Nie jest jednak bytem, którego istota, by wyrazić się słowami Spinozy, polega jedynie na „in suo esse perseverare” (zachowaniu siebie, przetrwaniu w swoim istnieniu).

Życie, które jedynie usiłuje przetrwać, jest całkowicie skupione na sobie samym i zamknięte. Natomiast życie ludzkie jest otwarte, nieustannie przekracza siebie. „Życie jest w istocie ekspansją” – pisał Max Scheler – „rozwojem, osiąganiem coraz większej pełni – nie jest więc «samozachowaniem» wbrew fałszywej nauce, jakoby wszystkie zjawiska rozwoju, ekspansji, wzrostu były tylko zwykłymi epifenomenami sił zachowujących życie i jakoby wobec tego można było je sprowadzić do utrzymywania przy życiu «lepiej przystosowanych». Zgodnie z naszym poglądem można poświęcić życie nawet na rzecz wartości przewyższających jeszcze wartości zawarte w życiu samym; ale to nie znaczy, że każde poświęcenie jest działaniem wymierzonym przeciw życiu i jego spotęgowaniu. Przeciwnie, zdarzają się poświęcenia polegające na dobrowolnym oddaniu własnego bogactwa witalnego, na pięknym i naturalnym przelaniu sił. Ten pęd do poświęceń na rzecz istot, z którymi – w przeciwieństwie do wszystkiego, co «martwe» – poczuwamy się do jedności i solidarności dzięki właściwemu wszystkim istotom żywym specyficznemu darowi przebywania wspólnie z innymi żywymi istotami (w zależności od stopnia ich bliskości i jednorodności z daną istotą), nie jest bynajmniej w samym życiu nabyty i nie daje się wyprowadzić z pierwotnych popędów egoistycznych. Jest to  p i e r w o t n a  właściwość życia, istniejąca jeszcze przed pojawieniem się jakichkolwiek określonych «celów» i «zamiarów», które potem rachuba, rozsądek i rozwaga przypisują temu «popędowi».  C o ś   n a s   p c h a   d o   p o ś w i ę c e ń  – zanim wiemy dlaczego, po co i dla kogo!”[3] Choć więc człowiek uznaje życie za znaczącą wartość, to jednak czasami odkrywa inne wartości, które uznaje za wyższe od własnego życia, i gotów jest dla nich je poświęcić.

A zatem życie jest nam nie tylko dane, jak zwierzętom, które zamknięte są w obrębie swego instynktu i gatunku, ale zadane. Życie polega na czynieniu użytku z życia. Nie tylko biernej wymianie energii, na odbieraniu wrażeń, lecz na twórczym działaniu. Żyć to znaczy wpływać na świat, przekształcać go. Życie jest więc procesem, w wyniku którego wdzieramy się w otaczającą rzeczywistość naszym zachowaniem, czynami, postępowaniem. To prawda, że człowiek, by móc cokolwiek uczynić, musi także starać się o przetrwanie. Dopiero jednak, gdy przekracza samo swoje życie, nabiera do niego dystansu.

Innym razem życie ukazuje się nam jako określony dla danej epoki sposób myślenia czy postępowania. Możemy także mówić o pewnych cechach życia charakteryzujących nie tylko epoki, ale i narody. Pisał półżartem Henryk Elzenberg: „Rosjaninem życie wstrząsa. Niemiec daje się życiu przenikać. Francuz rozkoszuje się życiem, a Anglik «przyjmuje» życie w swym salonie lub gabinecie”[4]. Takie rozumienie życia mają na myśli ludzie starsi, gdy z tęsknotą wspominają swoją młodość, kiedy „żyło się inaczej, lepiej”. W takim znaczeniu piszą o życiu historycy, zauważający na przykład, że „w średniowieczu żyło się inaczej niż obecnie”. Życie ludzkie nie może jednak zostać sprowadzone wyłącznie do sposobu życia zgodnego z obyczajami charakterystycznymi dla danej historycznej epoki czy grupy społecznej. „Ujrzałem, że najważniejsze w życiu to zarabiać na chleb i zostać radcą prawnym; że największą rozkoszą miłości jest ożenić się bogato; że błogosławieństwem przyjaźni jest wzajemna pomoc w trudnościach pieniężnych; że jest mądrością podzielać zdanie innych; że jest natchnieniem mieć mowę przy stole; że jest odwagą narazić się na grzywnę 10 talarów; że jest serdecznością powiedzieć przy obiedzie «na zdrowie»; że jest bojaźnią bożą raz na rok przystąpić do komunii. Ujrzałem to wszystko i zacząłem się śmiać” – tak kpił z tego rodzaju życia S0ren Kierkegaard[5].

Znowu innym razem utożsamiamy życie z istnieniem. Życie ukazuje się nam tu w metafizycznym wymiarze jako budząca zdumienie tajemnica. W takim znaczeniu myślą o życiu, jako czymś cudownym, rodzice, którzy biorą w ramiona swoje nowo narodzone dziecko. Tak doświadcza istnienia drugiego człowiek kochający. To pozytywne doświadczenie życia jako istnienia ustępuje jednak często doświadczeniom negatywnym. „Wiem więcej o życiu, bom tak często był bliski jego utraty: i właśnie dlatego mam więcej z życia niż wy wszyscy!”[6] – pisał Friedrich Nietzsche. Powstaje pytanie: w jakich chwilach mamy bardziej intensywne doświadczenie życia – czy wtedy, gdy w pełni zdumienia radujemy się własnym istnieniem lub istnieniem drugiego człowieka, czy też wtedy, gdy w cierpieniu albo zagrażającej życiu śmierci doświadczamy go „do żywego”?

Tak czy owak życie jest sprawą poważną. „W życiu” – pisał Seneka – „spotyka nas to samo, co w łaźni, w tłumie czy w drodze: coś tam będzie godziło w ciebie, coś cię spotka. Życie – to rzecz niełatwa. Wybrałeś się w długą drogę: musisz i poślizgnąć się na niej, i potknąć się o coś, i upaść, i zmęczyć się, i głośno zawołać: «O śmierci!», to jest udawać. W jednym miejscu towarzysza porzucisz, w drugim go pogrzebiesz, w trzecim będziesz go się obawiał. Poprzez takie oto przykrości musisz przebyć tę nierówną drogę”[7].

Szczególnie intensywne doświadczenie życia miała polska poetka, uczennica Romana Ingardena, Halina Poświatowska. Ciężko chora, bardzo wrażliwa, czuła, jak życie wymyka jej się z rąk:

zawsze kiedy chcę żyć krzyczę

gdy życie odchodzi ode mnie

przywieram do niego

mówię – życie

nie odchodź jeszcze

jego ciepła ręka w mojej ręce

moje usta przy jego uchu

szepczę

życie

– jak gdyby życie było kochankiem

który chce odejść –

wieszam mu się u szyi

krzyczę

umrę jeśli odejdziesz[8].

Jeśli więc zrozumiemy życie jako istnienie, to z pewnością jest ono jakąś syntezą pozytywnego i negatywnego doświadczenia, szczęścia i nieszczęścia.

Życia ludzkiego nie da się zatem ostatecznie sprowadzić do biologii, historii czy obyczajów. Ten właśnie indywidualny wymiar życia mamy na myśli, gdy mówimy, że „życie jest ciężkie”, „życie jest ulotne jak chwila”, życie jest krótkie”. Odwołujemy się wówczas do swoich własnych doświadczeń. Pisał George Herbert w wierszu Życie:

Składałem świeży bukiet przez poranek cały,

Jakbym chciał związać wstążką dni, co mi zostały,

I nurzać twarz w ich woni.

Lecz na pierwsze skinienie Czasu, już w południe,

Wymknęły mi się kwiaty, którem zbierał żmudnie,

I zwiędły w mojej dłoni.

Czuła dłoń, czuło serce ich ostatnią drogę;

Przyjąłem bez urazy łagodną przestrogę

Czasu, którego władza

Posępną gorycz śmierci w milszy smak obleka:

Pozwala duszy przeczuć rychły kres człowieka,

Lecz przeczucie osładza.

Żegnajcie, kwiaty! Słodkie były wasze wonie;

Co zdobiło za życia, nawet i po zgonie

Do suszenia służy.

Podążam waszym śladem; na cóż próżne żale?

Jeśli woń życia będzie piękna, nie dbam wcale,

Czy przetrwa od was dłużej[9].

I jeszcze raz Poświatowska, na potwierdzenie zbieżności poetyckich doświadczeń (wiersz Margerytki albo cykl biologiczny)

nie miały więcej niż osiemnaście lat

siostra przyniosła je rano

jeszcze ślepe

mgłą ubrane

w południe

miały już lat trzydzieści

szeroko otwierały złote oczy

rozpostarte liście

z trudem mieściły się w wazonie

przyszedł wieczór

i wyniosłam je do kubła na śmieci

malutkie pomarszczone[10].

SENS ŻYCIA

To, co wspólne wszystkim sposobom rozumienia ludzkiego życia, to fakt, że jest ono dla człowieka problematyczne. Człowiek nie pyta bowiem tylko o to, co to jest życie, ale przede wszystkim: jaki sens ma moje życie? Człowiek tak pyta, ponieważ życie nie jest dla niego samego przejrzyste, zrozumiałe. „Moje życie nie ma określonego znaczenia – pisał Kierkegaard. – Kiedy zastanawiam się nad różnymi jego epokami, wydaje mi się, że z moim życiem jest jak ze słowem Schnur w słowniku, które po pierwsze oznacza sznurek, a po drugie synową. Brakuje tylko, aby jeszcze po trzecie znaczyło «wielbłąd», a po czwarte «purchawka»”[11].

Problem sensu życia pojawia się wówczas, gdy zauważamy, że nasze życie upływa jedynie w nieustannej monotonii, w trosce o samo jego utrzymanie. Są takie chwile, w których to doświadczenie pojawia się w sposób szczególny. Kierat dnia powszedniego, otępiająca praca, bezsensowne problemy do rozwiązania. To wszystko zaczyna nas nudzić. Także otaczający nas ludzie stają się nudni. Wszystko, cośmy ciekawego widzieli, już im opowiedzieliśmy. Tego, co rzeczywiście istotne, powiedzieć już nie potrafimy. Niewiele też od nich oczekujemy. W sytuacjach smutnych udajemy smutek, w wesołych – radość, bo tak wypada. Wszystko staje się bezkształtne. Mamy tylko jedno pragnienie: „spać”, niekoniecznie w sensie fizycznym, lecz egzystencjalnym. O takim właśnie doświadczeniu pisał Albert Camus: „Czasem rozsypuje się dekoracja. Poranne wstawanie, tramwaj, cztery godziny w biurze albo w fabryce, posiłek, tramwaj, cztery godziny pracy, sen i poniedziałek, wtorek, środa, czwartek, piątek i sobota w tym samym rytmie: najczęściej tą drogą idzie się łatwo. Tylko że pewnego dnia pojawia się «dlaczego» i wszystko rozpoczyna się w znużeniu zabarwionym zdumieniem”[12]. To charakterystyczne, że problem sensu życia często odsłania się nam, kiedy w poniedziałek rano idziemy do pracy. „Jeżeli sensem życia jest dążenie i działanie, jeżeli sprawny organizm pozwala na działania, a sprawny umysł organizuje dążenia – wtedy i w tej skali narasta wiele problemów filozofii poniedziałkowego poranka. I wtedy rodzą się hamletowskie pytania oraz pytania ostateczne – bo jeżeli nic nie tworzę, jeżeli nie działam na taką skalę i nie wyryję żadnego śladu na powierzchni ziemi, po której chodzę, to po co żyję? By wstawać rano, ubierać się, jeść i codziennie odbywać tę samą drogę do miejsca pracy, wykonywać te same czynności przez lata i wykonywać je tysiące razy, i tylko dziękować losowi, że nie pozwala mi w pełni spostrzegać tej przerażającej monotonii?”[13].

Pytamy o sens także wówczas, gdy widzimy, w jaki sposób inni radzą sobie z własnym życiem. Jak sprawnie potrafią się dostosować, wykorzystać każdą okazję. Wówczas rodzi się pytanie, czy wybrać życie łatwe, czy uczciwe. Nie jest to łatwy dylemat. Już Platon pytał, czy lepiej jest żyć życiem uczciwym, czy też kierować się jedynie opinią. „Kiedy się trafi zdolny, dorodny chłopak, który leci na wszystko, co się mówi, i wnioskuje z tego, co słyszy – jakim powinien by być i którędy iść, aby życie przeszedł jak najlepiej? Oczywiście, że gotów do siebie samego obrócić te słowa Pindara: «czy prostą drogą na wysoki mur, czy ukośnymi ścieżkami podchodząc» – samemu się zabezpieczywszy, jakoś tak życie przejdę. Mówią przecież, że jeśli będę uczciwy, ale sobie w dodatku nie wyrobię opinii, to nic mi z tego nie przyjdzie; powiadają, tylko trudy i kary oczywiste. A jeżeli będę nieuczciwy, a wyrobię sobie opinię nieskazitelną, to mi święte życie przepowiadają. Oczywiście, skoro mi mędrcy wykładają, że «pozór i prawdę przemaga», i decyduje o szczęściu, to rzucić się w tę stronę w ogóle. Zrobić sobie tylko fasadę, przybrać postawę, otoczyć się od frontu dekoracjami dzielności, a od arcymądrego Archilocha wziąć sobie lisa i ciągnąć go wciąż za sobą – chytrego i farbowanego”[14]. Wiele wieków później pisał Blaise Pascal: „Nie zadowalamy się życiem, jakie mamy w sobie i we własnej naszej istocie; chcemy żyć w pojęciu drugich życiem urojonym i silimy się dlatego na pokaz”[15]. A jeszcze później Georg Christoph Lichtenberg: „większość ludzi żyje bardziej według mody niż według rozumu”[16]. Nikt jednak nie wyraził tej prawdy tak celnie, jak Kierkegaard: „Zachowujesz się w życiu jak w tłoku: «dostajesz się do największego kłębowiska, patrzysz, jak by tu zostać przez innych wypchnięty do góry, tak, że mógłbyś się na nich oprzeć, a jeśli już jesteś na górze, starasz się, aby ci było jak najwygodniej; podobnie też pozwalasz się unosić przez życie». Z chwilą, z którą tłoku już nie ma, całe zdarzenie się kończy, a ty stajesz ponownie na rogu ulicy i czekasz”[17]. Problem sensu życia pojawia się zatem wówczas, gdy pytamy, czy żyć powierzchownie, według mody, kierując się jedynie opinią innych, czy też żyć uczciwie swoim własnym, autentycznym życiem, ufając swemu rozumowi.

Problem sensu życia staje przed nami także wtedy, gdy nie umiemy zaakceptować własnego istnienia. Dzieje się tak dlatego, że albo nie chce się nam już żyć, albo nie wiemy, po co żyjemy, lub też wydaje się nam, że istnieć nie mamy już prawa – że „przystojniej byłoby nie żyć”. Pisał Czesław Miłosz w wierszu Miasto młodości:

Przystojniej byłoby nie żyć. A żyć nie jest przystojnie,

Powiada ten, kto wrócił po bardzo wielu latach

Do miasta swojej młodości. Nie było nikogo

Z tych, którzy kiedyś chodzili tymi ulicami,

I teraz nic nie mieli oprócz jego oczu.

Potykając się, szedł i patrzył zamiast nich

Na światło, które kochali, na bzy, które znów kwitły.

Jego nogi, bądź co bądź, były doskonalsze

Niż nogi bez istnienia...[18]

Takie doświadczenie „nieprzystojności istnienia” opisywał Emmanuel Lévinas, który przeciw całej tradycyjnej metafizyce stawiał tezę, że istnienie jest złe i że należy je usprawiedliwiać dobrem. Możemy się jedynie domyślać, jakie egzystencjalne doświadczenie tkwiło u podstaw tej tezy. Było to doświadczenie Holokaustu. Trudno jest pogodzić się z własnym istnieniem, kiedy prawie wszyscy najbliżsi nie przeżyli. Nie znajdujemy wówczas w samym istnieniu dostatecznej racji, by je usprawiedliwić. „Przystojniej byłoby nie żyć...”.

Wreszcie pytanie o sens życia pojawia się wówczas, gdy doświadczamy cierpienia i zagrażającej śmierci.

Życie ludzkie jest więc problematyczne i dlatego człowiek pyta o jego sens. Być może samo życie polega na ciągłym poszukiwaniu sensu i realizacji życia zgodnie z jakimś sensem.

Co to jednak znaczy – znaleźć sens życia? Wydaje się, że gdy pytamy o sens, pytamy o trzy sprawy: po pierwsze, o jakikolwiek kierunek nadany życiu, o cel; po drugie, o radość szczęśliwych chwil; po trzecie, o dobro czy wartościowość życia; i wreszcie – o metafizyczną zrozumiałość życia (przy czym życie w każdym z tych przypadków oznacza pobyt człowieka na ziemi).

Co to znaczy – wieść życie sensowne, życie pełne sensu? Czy chodzi o to, by stawiać sobie ambitne cele i skutecznie do nich dążyć’? Czy raczej o to, by smakować szczęśliwe chwile? Czy też może o to, by mieć świadomość dobra i wartościowości życia?

Obrazując problem zawarty w tych pytaniach, szczególnie w dwóch pierwszych, Pierre Teilhard de Chardin posłużył się przykładem, który przemawia do wyobraźni. Postawił przed naszymi oczyma grupę turystów, którzy pięknego dnia o poranku wyruszają ze schroniska, by udać się w drogę do odległego, wysokiego szczytu. Jedni zaczynają szybko żałować, że w ogóle wyszli ze schroniska. Całe przedsięwzięcie wydaje im się niewarte trudów, dlatego postanawiają zawrócić. Drudzy wytrwale idą dalej. Cieszą się słońcem, sycą pięknymi widokami i w końcu, właśnie dla wspaniałych przeżyć, postanawiają zatrzymać się gdzieś w drodze i zrezygnować z dalszej wędrówki. Inni wreszcie, prawdziwi turyści, nie odrywając oczu od szczytu, idą wciąż naprzód. Te trzy grupy symbolizują, według Teilharda de Chardina, znużonych życiem, poszukiwaczy przyjemności życia i żarliwie realizujących istotne życiowe cele.

Oto mamy najpierw ludzi znużonych życiem. Człowiek przychodzi na świat bez własnej woli. Życie jest czymś, co już zostaje i do czego musi się jakoś odnieść. Niektórzy ludzie są jednak zbyt wielkimi pesymistami w odniesieniu do swojego życia, by w ogóle zacząć nadawać mu sens. Pisał Epikur: „Ten, kto nawołuje, by młodzieniec żył pięknie, a starzec pięknie życie zakończył, jest naiwny nie tylko dlatego, że życie jest zawsze pożądane zarówno przez jednych, jak i przez drugich, lecz raczej dlatego, że troska o życie piękne nie różni się niczym od troski o jego piękny koniec. Znacznie gorszy jest jednak ten, kto powiedział, że lepiej jest się nie urodzić”[19]. Pozostawmy jednak ten problem na uboczu. Dotyka on bowiem sensu, który człowiek powinien odkryć – metafizycznego sensu życia.

Problematyczna jest natomiast alternatywa między drugą i trzecią postawą, którą opisał Teilhard de Chardin. Czy żyć to znaczy smakować życie, nie troszcząc się zbytnio o osiągnięcie jakichś życiowych celów, czy też osiągać te cele, zatracając jednocześnie smak życia? Czy taka alternatywa musi być wykluczająca? Przyjrzyjmy się najpierw pierwszej skrajnej postawie, według której życie polega na realizacji życiowych celów i dążeń. Człowiek wciąż wychylony jest wprzód, ku przyszłości, do czegoś dąży. Nawet kiedy osiągnie cel, nie ustaje w dążeniu. Albo też, osiągnąwszy cel, zaczyna doświadczać udręki. Ktoś na przykład zarabia pieniądze, ale już nie ma czasu, by cieszyć się możliwościami, jakie otwiera przed nim ich posiadanie. Ktoś stał się wziętym adwokatem, ale nie może się opędzić od klientów. Ktoś inny zapragnął władzy i zdobył ją, ale wciąż wydaje mu się, że ma jej za mało. I nagle wszyscy uświadamiają sobie, że dążyli do zapewnienia sobie warunków życia, ale nie mają już czasu, żeby żyć. Lub też mają go tylko tyle, by skonsumowawszy to, co wytworzyli, tworzyć wciąż nowe warunki życia. Między czasem przeznaczonym na tworzenie warunków życia a spożywaniem tego, co jest potrzebne do ich tworzenia, brak jest jakiejkolwiek przerwy. Seneka pisał o takich enigmatycznie: „By mogli żyć lepiej, kosztem życia urządzają swe życie”[20]. Wciąż je urządzają, ale nie mają już czasu, by żyć. Umyka im szczęście, o które zabiegają. Dom nie jest dla nich miejscem odpoczynku, pielęgnowania więzi czy estetycznych doświadczeń, lecz miejscem snu i jedzenia, koniecznych, by nabrać sił do pracy; z tego praca jest tylko po to, by było co jeść i gdzie spać. Powstaje piekielne koło, w którym nie ma przerwy.

Jest to oczywiście jakiś sposób na życie, bardziej jednak, by  s p ę d z i ć  życie, tak jak spędza się machnięciem ręki natrętną muchę z ramienia, niż żeby żyć. Ktoś powie, że to także jest życie. Owszem, ale czym jest takie życie w porównaniu z życiem, które smakuje samo siebie. Oto latami przechodzimy w pośpiechu tymi samymi ulicami i być może któregoś dnia podnosimy głowę i zauważamy wspaniałe detale architektoniczne na fasadzie domu, na którą dotąd, przez wiele lat nie zwracaliśmy uwagi. Zmęczeni wybieramy się więc na urlop do Rzymu i w pośpiechu zaliczamy kolejne zabytki. Czymże to jednak jest w porównaniu z chwilami wypoczynku przy lampce dobrego wina na placu przed Panteonem w jesienne popołudnie, kiedy możemy leniwie przyglądać się gołębiom i refleksom słońca tańczącym na kamieniach?

Krytykami poszukiwania sensu w ciągle realizowanych celach, w nieustannej gonitwie za życiem byli ci, którzy doświadczyli jego smaku. Wspomnijmy tu dwóch takich myślicieli: Kierkegaarda i Nietzschego. „Ze wszystkich śmiesznych rzeczy najśmieszniejszą wydaje mi się być zajętym w światowych sprawach” – pisał Kierkegaard. – „Śmieszny jest człowiek, który śpiesznie je i śpiesznie pracuje. Dlatego, kiedy widzę muchę, która siada na nosie takiego człowieka w najpoważniejszej chwili, kiedy widzę, jak ochlapując go, przejeżdża powóz, któremu jeszcze bardziej się śpieszy; kiedy zwodzony most unosi się przed nim, kiedy spada mu na głowę dachówka i zabija go, śmieję się z całego serca. A któż mógłby powstrzymać się tu od śmiechu? Za czymże gonią ci szybkobiegacze? Czy niepodobni są do tej kobiety, co przerażona domowym pożarem wyniosła z domu pogrzebacz? Cóż więcej wynoszą oni ze wspaniałego pożaru życia?”[21]. Z kolei Nietzsche uczynił następujące spostrzeżenie: „Życie składa się z rzadkich oddzielnych momentów najwyższego znaczenia i nieskończonej liczby przerw, w których w najlepszym razie unoszą się wkoło nas cienie owych momentów. Miłość, wiosna, każda piękna melodia, góry, księżyc, morze – wszystko przemawia całkowicie do serca raz tylko: jeżeli w ogóle kiedykolwiek dochodzi całkowicie do słowa. Albowiem wielu ludzi zgoła nie ma owych momentów, i sami są przerwami i pauzami w symfonii życia prawdziwego”[22].

Takie życie, życie przeżywane i smakowane – piękno przyrody, spacer po łąkach, oddech świeżego górskiego powietrza – odkrywamy najczęściej wskutek zmęczenia dotychczasowym życiem, które pędzi i wciąż nam umyka. By uchwycić życie, nie należy go gonić, ale się zatrzymać. Zmieniamy postawę dopiero pod wpływem choroby, załamania, utraty bliskich. Nagle odkrywamy, że nie żyliśmy dla siebie.

Zwolennicy takiego pojmowania życia uważają, że człowiek osiąga w życiu sens nie tyle przez cele, które w danej chwili realizuje, co raczej przez szczęśliwe chwile, które smakuje. Takie przekonanie kojarzy się nam oczywiście z epikureizmem. Jest to jednak daleko idące uproszczenie. „Życie, by miało wartość czy sens, nie potrzebuje żadnej konkretnej treści: ascetyzmu czy kultury” – pisał José Ortega y Gasset – „podobnie jak sprawiedliwość, piękno czy szczęśliwość, życie ma wartość samo przez się. Goethe był chyba pierwszym człowiekiem jasno zdającym sobie z tego sprawę, gdyż podsumowując całe swoje życie, stwierdził: «Im bardziej się nad tym zastanawiam, tym wyraźniej widzę, że życie jest tylko po to, by je przeżyć». Samowystarczalność fenomenu witalnego w świecie wartości uwalnia życie od serwilizmu, który mu błędnie narzucano, utrzymując, że staje się godne szacunku, jedynie służąc czemuś innemu (...).

Życie w starożytności było bez wątpienia mniej przesiąknięte wartościami transwitalnymi – religijnymi czy kulturowymi – niż epoka chrześcijańska oraz jej nowożytne następczynie. Przeciętny Grek czy Rzymianin znajduje się znacznie bliżej obnażonej zwierzęcości niż chrześcijanin czy «progresista» naszych czasów. I nawet święty Augustyn, który przez wiele lat żył wśród pogan i który bardzo długo widział świat oczyma «starożytnych», nie potrafił zrezygnować z głębokiego szacunku dla tych zwierzęcych wartości Grecji i Rzymu. W świetle nowej wiary ich życie bez Boga musiało mu się wydać bezcelowe i puste. Jednakże jego intuicja w sposób tak oczywisty potwierdzała witalny urok pogaństwa, że swój dla niego szacunek uwzględniał w dość dwuznacznym stwierdzeniu: Virtutes ethnicorum splendida vita – «Cnoty pogan są znakomitymi wadami». Wadami? A zatem mają wartość negatywną. Znakomitymi? A więc są wartościami pozytywnymi. Tak właśnie wewnętrznie sprzeczna ocena stanowi maksimum naszych możliwości wobec życia. Jego wszechpotężny urok zawładnął naszą wrażliwością, lecz z drugiej strony akceptacja życia ma dla nas posmak grzechu. Jednakże dlaczego nie uznajemy za grzech stwierdzenia, iż Słońce świeci, a przeciwnie, za taki uważamy podejście do życia jako wspaniałej rzeczywistości, którą wypełniają po brzegi, niczym perły statki z Ofiru, niezależnie od niczego wartości? Najistotniejszą misją naszych czasów jest zwalczanie tej głęboko zakorzenionej hipokrytycznej postawy wobec życia”[23].

Ortega, podobnie jak Nietzsche, oskarża tu chrześcijaństwo, które sensu życia szukało często jedynie poza życiem, w transcendentalnych wobec życia celach dostrzegając warunek usprawiedliwienia. Tymczasem wydaje się, że życia nie trzeba usprawiedliwiać, że sens życia może i powinien polegać na jego przeżywaniu. Do takiej postawy zachęcał Józef Maria Bocheński w Podręczniku mądrości tego świata: „Używaj chwili. Pogwałcenie tego przykazania prowadzi do zjawiska zwanego uczenie «mediatyzacją», to jest do pojmowania wszystkiego bez wyjątku jako środka celu. Na przykład, budzę się i myślę o myciu się jako o czymś koniecznym, aby pójść na dworzec, aby pojechać do Berna; pojechać tam, aby spotkać przyjaciela; spotkać go, poprosić o pomoc w pewnej pracy; prosić o nią, aby... W ten sposób całe życie, albo prawie całe, przechodzi zmediatyzowane. Taka mediatyzacja pozbawia życie ludzkie sensu. Jeżeli łańcuch celów nie ma być pozbawiony sensu przez śmierć, musi być w życiu miejsce na używanie, na rozkoszowanie się tym, co jest, czego zażywamy bez żadnego dążenia”[24].

Gdzie zatem tkwi sens życia: czy w realizacji celów, czy w smakowaniu chwil? Wydaje się, że prawda tkwi pośrodku. Nie można tak podążać za życiowymi celami, by gubić życie, ale nie można też jedynie smakować życia, do niczego zupełnie nie dążąc, nie stawiając sobie żadnych życiowych celów i nie realizując żadnych zamierzeń. Myjemy się nie tylko dlatego, że mamy upodobanie w myciu, ale także, żeby być czystym. Jemy nie tylko dla smaku, ale by zaspokoić głód i zregenerować organizm. Budujemy dom nie tylko po to, by w samym budowaniu mieć radość, ale aby w nim mieszkać. Zresztą sam Bocheński, pisząc o sensie życia, podkreślał alternatywne jedno i drugie. „Życie danego człowieka ma sens wtedy i tylko wtedy, kiedy albo istnieje cel, do którego on w tej chwili dąży, albo on tej chwili używa”[25].

Wydaje się zatem, że prawda tkwi pośrodku. Jest tak jednak tylko pozornie. Gdyż istnieje jeszcze inny wymiar życia, głębszy niż dążenie do celów i przeżywanie chwil. Tym głębszym wymiarem życia jest dobro. Jeśli dobro jest żywiołem życia człowieka, to jego życie ma sens, gdyż mają sens zarówno cele, do których zmierza, jak i chwile, które przeżywa. Sens życia tkwi w dobru, które czynimy, a nie w tym, ile osiągniemy celów lub ile chwil szczęśliwych przeżyjemy. Sens dążenia do celu, jak i przeżywania chwil życia tkwi bowiem w dobru.

Uparte poszukiwanie sensu życia może być jednak także pułapką. Gdyż z sensem życia jest podobnie jak ze szczęściem. Stanowi ono niejako uboczny skutek naszych dążeń i przeżyć.

Natomiast dla niektórych ludzi poszukiwanie sensu staje się sensem ich życia. „Nawet ścisłe rozmyślanie o życiu i usiłowanie, aby dokładnie ustalić jego trafne pojęcie, byłoby przecenianiem go, gdyby dla pewnych usposobień zajęcie to nie było jednym z najbardziej interesujących, na które życie może być obrócone”[26].

ŻYCIE WOBEC CZASU

Życie pełne sensu stanowi pierwszą, najważniejszą z reguł umiejętnego życia. Kolejną regułą życia umiejętnego, obok nadawania życiu sensu, jest życie chwilą bieżącą. Stajemy tu wobec problemu związku między życiem i czasem.

Życia nie mierzy się liczbą przeżytych lat, ale tym, co z życiem czynimy. „Z życiem jest tak, jak z bajką: zależy nie na tym, czy długo trwa, lecz na tym, czy pięknie jest ułożona”[27]. „Wcześnie osiągnąwszy doskonałość, przeżył czasów wiele” – czytamy w Księdze Mądrości (Mdr 4,13). Pośredni komentarz do tych słów znajdujemy u Seneki: „Nie za mało mamy czasu, ale za wiele tracimy. Dość długie jest życie i w obfitej ilości nam dane do wypełnienia naszego najważniejszego zadania, jeżeli z całego uczynimy należyty użytek, ale jeżeli upływa w zbytkach i gnuśności, a nie zużywa się na żadne szlachetne dzieło, wtedy dopiero w obliczu ostatniej konieczności zauważamy, że życie, którego upływania nie spostrzegliśmy, już upłynęło. Rzecz ma się następująco: nie otrzymaliśmy życia krótkiego, ale czynimy je krótkim, pod względem zaś jego posiadania jesteśmy nie nędzarzami, ale marnotrawcami. I podobnie jak ogromne i królewskie bogactwa, gdy tylko przejdą w posiadanie złego właściciela, natychmiast się rozpraszają, a przeciwnie – nawet skromne majętności, jeżeli są powierzone dobremu gospodarzowi, powiększają się przez należyty użytek, tak samo wiek życia naszego rozciąga się daleko, jeżeli ktoś dobrze nim rozporządza”[28].

Wyróżniamy trzy dziedziny czasu, a w związku z tym trzy relacje czasu do życia. Ten czas, w którym żyjemy, wydaje się krótki. Ten, który nadejdzie, jest co najmniej wątpliwy. Najpewniejszy jest ten, który minął, ale ma on jedną wadę – jest nieodwracalny. Niczego w nim nie można zmienić. Ci, którzy planują odległą przyszłość, mogą utracić teraźniejszość, podobnie jak mogą utracić ją także ci, którzy żyją jedynie wspomnieniami przeszłości. Dla jednych nic istotnego w życiu jeszcze nie nadeszło, dlatego właściwie jeszcze nie żyją. Dla drugich wszystko się już skończyło, dlatego właściwie już nie żyją. Żyją naprawdę ci, którzy żyją teraźniejszością. Choć więc nie można żyć, nie opierając się na przeszłości, odrzucając pamięć i nie pokładając nadziei w przyszłości, to jednak linia życia biegnie środkiem teraźniejszości.

Ze względu na to, że nie mamy wpływu ani na przyszłość, ani na przeszłość, żyć możemy tylko chwilą teraźniejszą. „Co szczęśliwy los zesłał ci w darze” – poucza Seneka – „posiadaj w ten sposób, jak gdyby nie miało chwilowo swojego właściciela. Z pośpiechem czerpie rodzicielskie radości ze swych dzieci i nawzajem sami czyńcie radość swym dzieciom; bez zwlekania, doraźnie chłońcie wszelką pociechę. Żadnej gwarancji nie macie na noc dzisiejszą – zbyt długie odroczenie wam daję! – żadnej gwarancji nie macie na bieżącą godzinę! Trzeba się śpieszyć, od tyłu skrada się śmierć. Już wkrótce zostanie rozproszone towarzystwo, już wkrótce podniesie się krzyk i stargane zostaną więzy zażyłych stosunków. Śmierć jest grabieżą wszechrzeczy. Czemuż więc, nieszczęśni, nie potraficie urządzić sobie życia w przelocie!”[29]. Seneka uczy zatem dwóch istotnych rzeczy: kto chce osiągnąć jutrzejszy cel, musi realizować go teraz; kto chce przeżyć swe życie umiejętnie, musi przeżywać je obecnie.

Podobnego zdania był ironiczny Lew Szestow: „Mądry i trzeźwy chłopczyk, co przywykł dowierzać zdrowemu rozsądkowi, czytając w książce dla dzieci opis katastrofy, w której rozbił się okręt, a która się zdarzyła akurat wtedy, gdy pasażerowie jedli deser, bardzo się zdziwił, że wszyscy (nawet kobiety i dzieci, które nie mogły ratować okrętu) rzucili jedzenie i miotali się po pokładzie, wrzeszcząc i szlochając. Po co szlochać, po co się miotać, po co się bez sensu denerwować? Marynarze znają swój fach i zrobią wszystko, co do nich należy. A jeżeli sądzone jest zginąć – tak czy siak zginiesz, czy się będziesz denerwował, czy nie. Chłopczykowi wydawało się, że gdyby był na okręcie, nie odszedłby od stołu i jadłby słodycze do ostatniej chwili. Trzeba oddać sprawiedliwość jego trzeźwemu i bezbłędnie prawidłowemu wnioskowi. Zostało kilka minut życia – czyż nie lepiej wykorzystać je najprzyjemniej jak się da? Logiczny łańcuch rozumowania idealny, sam Arystoteles mógłby zaświadczyć. I w żaden sposób nie można było udowodnić chłopczykowi, że też byłby porzucił deser (choćby to był nawet jego najulubieńszy deser) i razem z pozostałymi pasażerami zacząłby bez sensu i celu miotać się po okręcie. Stąd morał: nie przewiduj przyszłości. Dziś rządzi tobą zdrowy rozsądek i słodycze są dla ciebie najwyższym prawem. Ale jutro przepędzisz i zdrowy, i rozsądek, zaprzyjaźnisz się z niedorzecznością i chaosem, a być może nawet piołun polubisz. Czyż nie tak?”[30].

Podsumowując tę regułę życiowej umiejętności, możemy powiedzieć, że nikt nie wie, co się może zdarzyć jutro, dlatego największym utrudnieniem życia jest takie oczekiwanie na dzień jutrzejszy, które powoduje utratę dnia dzisiejszego.

Życie ma swoje czasowe etapy. Najdłuższa i najszczęśliwsza jest pierwsza ćwiartka życia. W ostatniej fazie dni skracają się niczym jesienią. Artur Schopenhauer porównywał poszczególne okresy życia do pór roku. Wyróżnił trzy dziesiątki lat między 20. i 50. rokiem; odpowiadają one wiośnie, latu i jesieni. Najbardziej intensywna jest pierwsza część życia, do 36 roku. Człowiek żyje wówczas jak z odsetek: „Co dziś się wyda, jutro wraca”. Później żyje jak rentier, coraz bardziej uszczuplający swój życiowy kapitał. „Na początku nie dostrzega się tego wcale: wydatek w przeważającej części odtwarza się samorzutnie, a niewielki deficyt uchodzi uwadze. Lecz po trochu rośnie, staje się widoczny, wzrasta też z dnia na dzień coraz szybciej; niedobór staje się coraz większy, każde «dziś» jest biedniejsze od «wczoraj», bez nadziei na zahamowanie procesu. Podobnie jak spadanie ciał, ubytek następuje coraz szybciej, aż wreszcie nic już nie zostaje. Najsmutniejszy przypadek ma miejsce, kiedy w rzeczywistości rozpływają się równocześnie obie porównywane tu wielkości – siły życiowe i majątek; dlatego właśnie na starość kocha się bardziej swoją własność. – Natomiast z początku, aż do pełnoletności lub nawet nieco dłużej, przypominamy pod względem sił życiowych ludzi, którzy z odsetek jeszcze coś odkładają; nie tylko wydatki samorzutnie się rekompensują, ale jeszcze kapitał rośnie”[31].

Nietzsche natomiast proponował inny podział. „Porównywanie czterech epok życia z czterema porami roku jest czcigodnem bzdurstwem. Ani pierwsze, ani ostatnie lat dwadzieścia nie odpowiadają porze roku; przypuszczając, że nie zadowolimy się przy porównywaniu z białością włosów i śniegu lub inną igraszką kolorów. Owe pierwsze lat dwadzieścia są przygotowaniem do życia w ogóle, na cały wiek życia, jako rodzaj długiego nowego roku; a ostatnie lat dwadzieścia są przygotowaniem przeglądem, wcieleniem, uporządkowaniem i zharmonizowaniem tego wszystkiego, cośmy przedtem przeżyli: jak to się czyni na małą skalę z każdym rokiem ubiegłym w sylwestra. Pośrodku istotnie jednak znajduje się okres, nasuwający porównanie z porami roku: okres od dwudziestego do pięćdziesiątego roku (licząc z gruba lat dziesiątkami, podczas kiedy samo przez się rozumie się, że każdy te grube zarysy powinien według własnego doświadczenia dla siebie wysubtelnić). Owe trzy dziesiątki lat odpowiadają trzem porom roku: latu, wiośnie i jesieni – zimy w życiu ludzkim nie bywa, chyba że się chce nazwać porą zimową niestety często wplatające się w nie ostre, zimne, samotne, beznadziejne, bezpłodne czasy choroby. Trzeci dziesiątek lat: skwarny, uciążliwy, burzliwy, bujnie osypany kwieciem, nużący; lata, w których się błogosławi pod wieczór dzień skończony i czoło przytem ściera: lata, kiedy praca wydaje się nam ciężka, lecz konieczna – ten trzeci dziesiątek lat jest latem życia. Natomiast czwarty jest jego wiosną: powietrze już to za gorące, już to za zimne, zawsze niespokojne i podniecające: wszędzie tryskają soki, pełno kwiatów i pełno woni: mnóstwo czarujących poranków i nocy: praca, do której budzi nas śpiew słowika, prawdziwie praca według serca, rodzaj rozkoszowania się własną świeżością, krzepi przedsmakiem spełnionych nadziei. W końcu piąty dziesiątek życia: tajemniczy, jak wszystko, co się znajduje w spokoju; podobny do wysokiego, obszernego płaskowzgórza, po którym przebiega wiatr chłodny; z jasnem, bezchmurnem niebem ponad tem, dniem i nocą spoglądającem zawsze z jednakową łagodnością: czas sprzętu i serdecznej pogody – jest to jesień życia”[32].

Jakkolwiek by jednak dzielić życie na epoki, musimy mieć świadomość niezamienialności tych epok. Z tą niezamienialnością związana jest kolejna reguła umiejętnego życia. W każdym okresie życie człowieka ma inne, właściwe sobie cechy: „jako dziecko jest nieporadny, w młodości – śmiały i porywczy, w wieku męskim nabiera już powagi, na starość staje się w pełni dojrzały; z tych naturalnych właściwości każdego okresu życia winno się korzystać w swoim czasie”[33] – pisał Cyceron. Dlatego każdy okres trzeba odpowiednio wykorzystać. Nieumiejętnie żyje ten, kto w dzieciństwie jest starcem, w starości młodzieńcem, w dojrzałym wieku dzieckiem.

Kolejna reguła umiejętnego życia związana jest z właściwą porą. Żyjemy tylko raz i tylko raz się mylimy. Wszystko w życiu ma swoją właściwą porę. Umiejętność życia polega na rozeznaniu tej pory. Nietzsche uczył nawet, by we właściwej porze umierać. „Wielu umiera za późno, niektórzy umierają zbyt wcześnie. Obco brzmi jeszcze nauka: «umieraj w porę!». Umieraj w porę; tak poucza Zaratustra. Oczywiście, kto nigdy w porę nie żył, jakżeby ten miał w porę umrzeć? Oby raczej nie był się narodził! – Tak radzę zbytecznym”[34]. Tę regułę umiejętnego życia można by zatem sformułować następująco: umiej rozeznać właściwą porę życiowych decyzji, szczególnie porę odejścia.

Następna reguła umiejętnego życia to gotowość do ciągłego zaczynania na nowo. Nie mam tu oczywiście na myśli tych, którzy niczego nie doprowadzają do końca; życie bowiem jest całością i jako całość powinno zostać zamknięte. Jednak dynamika życia, jego żywotność wymaga, aby nigdy nie czuć się zbyt starym, by zacząć coś od nowa. Niektórzy nie chcą niczego zaczynać, gdyż umarli już w środku życia. Inni zaczynają żyć umiejętnie dopiero wtedy, gdy trzeba już życie zakończyć.

PLANOWANIE ŻYCIA

Każdy człowiek ma w życiu swoje własne miejsce. Niektórzy znają je z góry. W dzieciństwie już „wiedzą”, kim będą jako ludzie dorośli. Inni, już jako ludzie dorośli, nadal nie wiedzą jeszcze, gdzie jest ich miejsce. Najtrudniejsze jest zatem to, co wydaje się łatwe. Każdy jednak powinien poznać swoje własne życiowe powołanie.

Aby umiejętnie rozeznać swoje miejsce, poznać prawdę własnego życia, trzeba życie przeżywać. Życia nie można się nauczyć z książki. „Wszystkie języki i literatury są przepełnione ogólnymi uwagami o życiu, traktującymi o jego istocie i o tym, jak nim pokierować – uwagami, które każdy zna, powtarza lub słucha z uznaniem, które są przyjmowane jako truizmy, lecz których znaczenia większość ludzi dowiaduje się naprawdę dopiero wtedy, gdy doświadczenie, zazwyczaj bolesne, przeobraziło je dla nich w rzeczywistość”[35] – pisał John Stuart Mill. Prawda o własnym życiu nie jest ogólną prawdą, którą możemy w pełni poznać z książek i przekazać ją innym. Owszem, wiele możemy się w ten sposób nauczyć, ale to, czym jest przyjaźń, miłość, rozpacz, nadzieja, cierpienie, śmierć ukochanych, możemy zrozumieć tylko wówczas, gdy sami osobiście je przeżyjemy. Dlatego ta reguła umiejętności życia mówi, że umiejętnego życia nie można innych nauczyć poprzez teoretyczny przekaz. Życia uczymy się sami, dorastając do niego. „Dochodzimy jako zupełni nowicjusze do każdej epoki życia – pisał F. de La Rochefoucauld – i często, mimo liczby lat, brak nam doświadczenia”[36].

Z tą regułą umiejętnego życia związana jest kolejna. Niektórzy ludzie są znakomicie zorganizowani życiowo. Wiedzą, czego chcą od życia. Skutecznie realizują swoje zamierzenia. Wiedzą, co będą robili nie tylko następnego dnia, gdy będzie dobra pogoda, ale także w najbliższej przyszłości. Poziom ich zorganizowania jest czasami śmieszny. Inni niczego nie planują, żyją z dnia na dzień. Marzą o szczęśliwej przyszłości, ale nie wiedzą, co będą robić nie tylko za rok, ale nawet jutro. „Niewielu jest takich, którzy układają swe życie i sprawy w sposób celowy. Wszyscy inni nie idą, lecz są unoszeni niby rzeczy płynące w rzece. Jedne z nich zatrzymuje spokojniejsza fala i łagodnie zabiera ze sobą, drugie porywa silniejszy prąd, inne znowu, najbliższe brzegu, zostają tam, kiedy słabnie nurt, inne wreszcie rwący prąd unosi na morze. Dlatego musimy się zdecydować, czego chcemy, i trzymać się tego wytrwale”[37] – pisał Seneka.

Życie umiejętne nie przybiera ani jednej, ani drugiej formy. Georg Simmel przyrównał życie do gry w szachy. Gra w szachy byłaby niemożliwa zarówno wtedy, gdyby nie dało się zaplanować żadnego posunięcia, ani przewidzieć skutków kilku najbliższych ruchów, jak i wówczas, gdyby dało się policzyć wszystko do końca. Podobnie jest z życiem, które byłoby równie niemożliwe wówczas, gdyby dało się w nim wszystko zaplanować i przewidzieć skutki każdej życiowej decyzji, jak i wtedy, gdyby nie dało się niczego zaplanować ani przewidzieć.