O psie, który wrócił do domu - W. Bruce Cameron - ebook
lub
Opis

Nowa książka autora bestsellera „Był sobie pies” – film w kinach!

Zabawna i wzruszająca opowieść o czworonogu, który odbył niezwykłą podróż aby wrócić do swojego najlepszego przyjaciela

Kiedy Lucas Ray przygarnia małą Bellę, od razu wie, że ten uroczy szczeniaczek odmieni jego życie na lepsze. Piesek również czuje, że trafił na swojego człowieka i chce być dla niego najlepszym zwierzakiem na świecie.

Lucas nie może zatrzymać Belli w swoim mieszkaniu. Postanawia podjąć ryzyko i zabiera ją do szpitala, w którym pracuje. Piesek wnosi mnóstwo radości do życia pacjentów. Jednak Bella zostaje uznana za pitbulla, rasę, która w Denver jest zakazana. Zrozpaczony Lucas musi rozstać się z ukochaną Bellą, która zostaje wywieziona do innego domu poza granice stanu.

Mimo wszystko piesek nie zamierza żyć z dala od swojego najlepszego przyjaciela i postanawia wziąć sprawy we własne łapy. Bella staje przed ważnym wyzwaniem. Musi odnaleźć drogę do swojego człowieka. Musi wrócić do domu. Czy jeszcze zobaczy Lucasa?

Oto zabawna i niezwykle poruszająca opowieść o bezgranicznej wierności psa wobec człowieka. Pełna przygód odyseja odważnej suczki trafi również na wielkie ekrany. Jeśli wzruszyliście się przy „Był sobie pies”, historia Belli rozczuli wasze serca jeszcze bardziej!


O AUTORZE:

W. Bruce Cameron jest amerykańskim autorem i dziennikarzem. Urodził się w 1960 roku w Petoskey - mieście położonym w stanie Michigan w USA. Poza książką „Był sobie pies”, zasłynął również tytułem „Psiego najlepszego. Był sobie pies na święta”, a także serią książek dla dzieci Był sobie szczeniak.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 373

Popularność


Mojemu siostrzencowi, Williamowi Gage’owi Cameronowi

Jeden

Od początku byłam świadoma kotów.

Wszędzie koty.

Nie widziałam ich – miałam otwarte oczy, ale kiedy były w pobliżu, zauważałam jedynie poruszające się w ciemności kształty. Czułam je jednak tak dobrze, jak mamę, gdy się posilałam, albo jak wiercące się obok mnie rodzeństwo, gdy próbowałam dostać się do życiodajnego mleka.

Naturalnie nie miałam pojęcia, że to koty – wiedziałam jedynie, że to stworzenia inne niż ja, obecne w naszej norze, ale niepróbujące się pożywiać obok mnie. Później, gdy dostrzegłam, że są małe, szybkie i zwinne, uświadomiłam sobie, że to nie tylko „niepsy”, ale zupełnie inny gatunek zwierząt.

Mieszkaliśmy razem w chłodnym, ciemnym domu. Sucha ziemia pod moim nosem wydzielała egzotyczne, stare zapachy. Rozkoszowałam się nimi, wypełniając nozdrza bogatymi, smakowitymi aromatami. Z wyschniętego drewnianego sufitu sypał się kurz. Dach był tak nisko zawieszony, że za każdym razem, gdy mama wstawała z ubitego wgłębienia służącego nam za posłanie, żeby zostawić moje rodzeństwo i mnie – a my piszczeliśmy wtedy w proteście i wtulaliśmy się w siebie, by dodać sobie otuchy – jej wyprostowany ogon kończył się w połowie drogi do belek. Nie miałam pojęcia, dokąd idzie mama. Za to świetnie zdawałam sobie sprawę, jak bardzo byliśmy niespokojni aż do jej powrotu.

Jedynym źródłem światła w norze była pojedyncza kwadratowa dziura w najdalszym krańcu. Przez to okno na świat wlewały się niezwykłe zapachy chłodu, życia i wilgoci, miejsc i rzeczy jeszcze bardziej upajających niż zapachy w norze. I choć od czasu do czasu widziałam, jak któryś z kotów wymyka się przez nią na świat albo powraca z nieznanych krain, za każdym razem gdy próbowałam podczołgać się ku wyjściu, mama ciągnęła mnie z powrotem.

Kiedy moje łapy się wzmocniły, a wzrok wyostrzył, bawiłam się z kociętami jak z własnym rodzeństwem. Często wybierałam pewną kocią rodzinkę zajmującą kwaterę w głębi naszego wspólnego domu. Należąca do niej para kociąt była szczególnie przyjacielska, a ich matka czasami mnie lizała. W myślach nazywałam ją Mamą Kotką.

Po jakimś czasie spędzonym na wesołych harcach z małymi kotami przychodziła po mnie moja własna mama i wyciągała mnie za kark z gromadki kociąt. Gdy upuszczała mnie przy rodzeństwie, moi bracia i siostry obwąchiwali mnie podejrzliwie. Ich reakcja sugerowała, że niezbyt podobał im się koci zapach, który na mnie zostawał.

Tak wyglądało moje cudowne, szczęśliwe życie. Nie miałam powodu sądzić, że kiedyś się to zmieni.

Posilałam się sennie, słuchając popiskiwania moich braci i sióstr zajętych tym samym, gdy nagle mama zerwała się na równe łapy tak gwałtownie, że zanim puściłam jej sutek, moje łapki poderwały się w górę.

Od razu wiedziałam, że dzieje się coś złego.

Przez norę przetoczyła się fala paniki, dotykając kota za kotem niczym nagły podmuch wiatru. Część dzieci rzuciła się w popłochu w głąb jamy, a matki zaczęły przenosić resztę swojego miauczącego potomstwa, chwytając je zębami za kark. Ja i moje rodzeństwo przypadliśmy do mamy z płaczem, przestraszeni, bo i ona była przestraszona.

Nagle padły na nas snopy ostrego światła, które zakłuło mnie w oczy. Dobiegały z dziury, tak jak towarzyszące im odgłosy.

– Chryste! Pod podłogą jest jakiś milion kotów!

Nie miałam pojęcia, co wydaje te odgłosy ani dlaczego nora wypełniła się nagle błyskającymi światłami. Z dziury powiał ku mnie zapach zupełnie nieznanych istot. Byliśmy w niebezpieczeństwie i to właśnie te niewidoczne stworzenia były zagrożeniem. Mama dyszała, zniżając głowę i wycofując się, a my ze wszystkich sił staraliśmy się podążyć za nią, błagając ją piskliwie, żeby nas nie zostawiała.

– Niech zerknę. O Jezu, ile ich tu jest!

– Czy będzie z tym problem?

– I to jaki!

– To co zrobimy?

– Trzeba wezwać tępiciela.

Byłam w stanie odróżnić jedną serię dźwięków od drugiej, która miała inne wysokość i ton, choć nie wiedziałam, co to znaczy.

– Nie możemy sami ich wytruć?

– Masz coś w furgonetce?

– Nie, ale mogę po coś skoczyć.

Mama wciąż odmawiała nam pociechy swoich sutków. Jej mięśnie były napięte, uszy położyła po sobie, a uwagę skupiła na źródle dźwięków. Chciałam napić się jej mleka, by poczuć się bezpiecznie.

– Jeśli to zrobimy, okolica będzie pełna martwych kotów. Jest ich za dużo. Nie byłoby sprawy, gdyby chodziło o jednego czy dwa, ale tu jest cała kolonia.

– Do końca czerwca chciałeś zrobić rozbiórkę. Nie mamy za dużo czasu…

– Wiem.

– Patrz, tam są miski. Ktoś dokarmia te paskudne szkodniki!

Snopy światła zniżyły się, łącząc się w oślepiającym punkcie na podłodze tuż za dziurą.

– Po prostu pięknie. Co, do diabła, jest nie tak z tymi ludźmi?

– Mam spróbować się dowiedzieć, kto to?

– Nie. Kłopot zniknie razem z kotami. Wezwę kogoś.

Sondujące światło błysnęło wokół ostatni raz i zgasło. Usłyszałam, jak ziemia drży od ciężkiego stąpania, o wiele głośniejszego od cichych kocich kroków. Zapach nowych istot powoli wywietrzał, a kocięta wróciły do zabawy, znowu wesołe. Posiliłam się z rodzeństwem, a potem wybrałam się w odwiedziny do dzieci Mamy Kotki. Jak zawsze wraz ze zniknięciem światła dochodzącego z kwadratowej dziury dorosłe koty zaczęły wychodzić z nory. W nocy słyszałam, jak wracały, i czasami czułam zapach krwi upolowanej drobnicy, którą przynosiły swoim rodzinom.

Gdy mama polowała, zapuszczała się tylko do dużych misek suchego jedzenia stojących tuż za dziurą. Czułam to jedzenie w jej oddechu – ryby, warzywa i mięso – i zaczynałam się zastanawiać, jak smakuje.

To, co wywołało panikę – cokolwiek to było – zniknęło.

Bawiłam się właśnie z niezmordowanymi kociakami Mamy Kotki, gdy nasz świat legł w gruzach. Tym razem światło nie było pojedynczym snopem, ale jaskrawą eksplozją, która oświetliła wszystko dookoła.

Koty rozbiegły się przerażone. Zamarłam, nie wiedząc, co zrobić.

– Przygotujcie siatki! Gdy zaczną uciekać, to wszystkie naraz!

Odgłosy zza dziury.

– Jesteśmy gotowi!

Za światłem wczołgały się trzy ogromne istoty. To byli pierwsi ludzie, jakich widziałam w życiu, ale zdałam sobie sprawę, że już wcześniej ich czułam – po prostu nie umiałam sobie wyobrazić, jak wyglądają. Coś zapaliło głęboko we mnie iskrę – zaczęło mnie do nich dziwnie ciągnąć, chciałam podbiec bliżej, gdy tak wczołgiwali się do nory, ale przerażenie bijące od spanikowanych kotów kazało mi zastygnąć w bezruchu.

– Mam jednego!

Kocur syczał i wrzeszczał.

– Jezu!

– Uwaga, parę uciekło!

– Do diabła! – padło z zewnątrz.

Byłam daleko od mamy, próbowałam odnaleźć jej zapach wśród kocich woni, gdy nagle zwiotczałam, czując na karku ostre zęby. Mama Kotka zaciągnęła mnie w głąb nory, do dużej szczeliny w kamiennej ścianie. Przecisnęła mnie przez nią i położyła obok swoich kociąt w wąskiej, ciasnej norce, po czym zwinęła się przy nas w kłębek. Idąc za przykładem matki, kocięta nawet nie pisnęły. Leżałam z nimi w ciemności, nasłuchując nawoływań ludzi.

– Tu jest jeszcze miot szczeniaków!

– Chyba żartujesz? Hej, łap tego!

– Chryste, szybkie są.

– Kici, kici, chodź, koteczku, nic ci nie zrobimy.

– Jest i matka szczeniaków.

– Przerażona. Uważaj, żeby cię nie ugryzła.

– Już dobrze, mała. Nic ci się nie stanie. Chodź.

– Gunter nie wspominał nic o psach.

– Nie mówił też, że będzie aż tyle kotów.

– Hej, łapiecie je tam w siatki?

– To diabelnie trudne! – krzyknął ktoś z zewnątrz.

– Chodź, piesku. Choroba! Uważajcie! Biegnie suczka!

– Jezu! Okej, mamy ją! – zawołał głos.

– Chodź, szczeniaczku, chodź. Są takie małe!

– Przynajmniej łatwiej je wyłapać niż te piekielne koty.

Słyszeliśmy to wszystko, nie rozumiejąc, o co chodzi. Do naszej kryjówki za ścianą przedostało się przez szparę trochę światła, ale ludzkie zapachy już bardziej się do nas nie zbliżyły. Mieszanina strachu i kociej woni w powietrzu powoli wywietrzała, a wraz z nią ucichły odgłosy.

W końcu zasnęłam.

Gdy się obudziłam, mamy nie było. Zniknęło też moje rodzeństwo. Wgłębienie w ziemi, gdzie się urodziliśmy i ssaliśmy mleko, wciąż pachniało naszą rodziną, ale uczucie pustki, które mnie ogarnęło, gdy wąchałam za mamą, wyrwało mi z gardła łkanie, którego nie potrafiłam zdławić.

Nie rozumiałam, jak to się stało, ale jedynymi kotami, które pozostały w norze, były Mama Kotka i jej dzieci. Spanikowana pobiegłam do niej z płaczem, szukając odpowiedzi i pociechy. Zdążyła już przynieść swoje kocięta zza ściany i teraz leżały wtulone w siebie na skrawku materiału, który w moim mniemaniu był ich domem. Mama Kotka obadała mnie dokładnie swoim czarnym noskiem, po czym zwinęła się w kłębek wokół mnie, a ja, wiedziona zapachem, zaczęłam ssać jej sutek. Poczułam na języku nowy, dziwny smak, ale potrzebowałam ciepła i mleka, więc posilałam się z wdzięcznością. Po kilku chwilach dołączyły do mnie jej kocięta.

Następnego ranka wróciło parę dorosłych kocurów. Próbowały zbliżyć się do Mamy Kotki, ale syknęła na nie ostrzegawczo. Poszły więc spać w swoje rewiry.

Później, gdy światło z dziury zaczynało przygasać, poczułam zapach jeszcze jednego człowieka, innego od tamtych. Teraz, gdy już znałam różnicę, uświadomiłam sobie, że ten zapach gościł wcześniej w moim nosie.

– Kiciu? Kiciu?

Nagle Mama Kotka zostawiła nas na naszym skrawku materiału. Dziwny powiew chłodu, który towarzyszył jej odejściu, sprawił, że wtuliliśmy się w siebie, szukając pociechy – mała, wijąca się gromadka kociąt plus szczeniak. Widziałam, jak Mama Kotka podeszła do dziury, ale nie wyszła do końca – stała w słabym świetle. Kocury patrzyły czujnie, ale nie poszły w ślad za nią do człowieka.

– Tylko ty zostałaś? Nie wiem, co się stało, nie było mnie… Na ziemi są ślady opon, więc były tu furgonetki. Zabrali wszystkie koty?

Człowiek wczołgał się przez dziurę, zasłaniając na chwilę światło. Był samcem – wyczułam to, choć dopiero później poznałam różnicę między mężczyzną a kobietą. Wydawał się nieco większy niż pierwsi ludzie, których widziałam. I znowu poczułam, że ciągnie mnie do tego wyjątkowego stworzenia, zapłonęła we mnie niewytłumaczalna tęsknota. Jednak pamięć o przerażających zdarzeniach poprzedniego dnia trzymała mnie przy moim kocim rodzeństwie.

– Okej, widzę was. Cześć, jak udało wam się uciec? Zabrali wasze miski. No ładnie.

Usłyszałam szeleszczący dźwięk, a w powietrzu uniosła się smakowita woń jedzenia.

– Macie, przyniosłem wam trochę. Pójdę po miskę. I po wodę.

Mężczyzna cofnął się i wyczołgał się z nory. Gdy zniknął, koty w mgnieniu oka skoczyły do przodu i zaczęły łapczywie pożerać to, co leżało na ziemi.

Gdy wrócił, podniosłam uszy szybciej niż koty, które chyba nie były w stanie rozpoznać jego coraz silniejszego zapachu. Jednak gdy znowu pojawił się w dziurze, wszystkie kocury zareagowały, czmychając w swój kąt. Jedynie Mama Kotka nie ruszyła się z miejsca. Do nory wsunęła się kolejna miska z jedzeniem, ale Mama Kotka nie podeszła bliżej – stała i patrzyła. Wyczuwałam jej napięcie i wiedziałam, że jest gotowa odskoczyć i uciec, gdyby próbował nas wyłapać jak tamci.

– Przyniosłem ci jeszcze wody. Masz kocięta? Wyglądasz na karmiącą matkę. Zabrali twoje dzieci? Och, kiciu, tak mi przykro. Planują wyburzyć te domy i postawić nowe osiedle. Ty i twoja rodzina nie możecie tu zostać, okej?

W końcu mężczyzna sobie poszedł, a kocury ostrożnie wróciły do jedzenia. Obwąchałam pyszczek Mamy Kotki, kiedy przyszła, ale gdy ją polizałam, gwałtownie się odwróciła.

Czas w norze odmierzały zmiany światła wpadającego przez kwadratową dziurę. Pojawiło się więcej kotów: kilku dotychczasowych mieszkańców naszego domu plus nowa kocica. Jej przybycie wywołało bójkę wśród kocurów, której przyglądałam się z przejęciem. Jedna para wojowników leżała spleciona ze sobą niezwykle długo – jedyną oznaką, że nie zasnęli, były ich poruszające się ogony, nie merdały radośnie, ale niespokojnie się wiły. Gdy kocury już uwolniły się z tego klinczu, przycupnęły na ziemi, niemal stykając się nosami i wydając w ramach dalszej walki zupełnie niekocie odgłosy. W innej bójce brał udział ułożony na boku kocur okładający łapami drugiego, który stał na czterech łapach. Stojący osobnik uderzał leżącego w ciemię, a ten odpowiadał szybką serią drapnięć.

Dlaczego wszystkie nie stanęły po prostu na tylnych łapach, atakując? Ich zachowanie tylko stresowało innych obecnych, a wydawało się całkowicie bezcelowe.

Z dorosłych miałam styczność jedynie z Mamą Kotką, reszta zachowywała się tak, jakbym nie istniała. Całymi dniami bawiłam się z kociakami w zapasy, wspinaczkę i berka. Zdarzało mi się warknąć na nie, gdy drażnił mnie ich styl zabawy. Po prostu mi nie pasował. Chciałam wdrapywać się na ich grzbiety i podgryzać im karki, ale one jakoś nie były w stanie tego załapać i wiotczały, gdy je przewracałam albo wskakiwałam na ich maleńkie ciałka. Czasami owijały się całe wokół mojego pyszczka albo okładały go swoimi miniaturowymi, ostrymi pazurkami, rzucając się na mnie ze wszystkich stron.

Nocami tęskniłam za rodzeństwem. Tęskniłam za mamą. Miałam teraz nową rodzinę, ale wiedziałam, że koty są inne niż ja. Miałam swoją sforę, ale była to sfora kociąt, co nie wydawało mi się do końca właściwe. Byłam niespokojna i nieszczęśliwa i niekiedy dawałam upust swojej frustracji skomleniem. W takich chwilach Mama Kotka lizała mnie, poprawiając mi trochę humor, ale i tak wiedziałam, że nie jest tak, jak powinno być.

Prawie codziennie przychodził tamten mężczyzna z jedzeniem. Mama Kotka karała mnie szybkim pacnięciem w pyszczek, gdy próbowałam do niego podejść, i szybko nauczyłam się zasad panujących w norze: ludzie nie mogą nas widzieć. Żaden z kotów nie zdawał się łaknąć dotyku człowieka, ale moje rosnące pragnienie, by wziął mnie na ręce, sprawiało, że coraz trudniej było mi przestrzegać praw nory.

Kiedy Mama Kotka przestała nas karmić, musieliśmy przestawić się na jedzenie posiłków, które przynosił mężczyzna. Składały się one z pysznych suchych kawałeczków i niekiedy egzotycznego, wilgotnego mięska. Gdy już się do tego przyzwyczaiłam, było mi znacznie lepiej – do tej pory tak długo głodowałam, że wydawało mi się to naturalnym stanem, ale teraz mogłam najeść się do woli i wychłeptać tyle wody, ile tylko zdołałam. Pochłaniałam więcej niż całe moje kocie rodzeństwo razem wzięte i byłam teraz znacznie większa od nich, choć moje rozmiary nie robiły na nich szczególnego wrażenia. Konsekwentnie odmawiały poprawnej zabawy i w dalszym ciągu głównie drapały mnie po nosie.

Naśladowaliśmy Mamę Kotkę i trzymaliśmy się z dala od dziury, gdy wypełniała ją obecność człowieka, ale w innych chwilach igraliśmy z niebezpieczeństwem, podchodząc aż do krawędzi i upajając się bogatymi zapachami świata zewnętrznego. Mama Kotka wychodziła nocami, a ja czułam, że wszystkie kocięta chcą do niej dołączyć. Mnie bardziej pociągało światło dnia, ale pamiętałam o nakazach Mamy Kotki i wiedziałam, że za najmniejszą próbę wychylenia nosa z nory spotkałaby mnie szybka kara.

Pewnego dnia mężczyzna, którego zapach był mi już tak samo znajomy, jak zapach Mamy Kotki, pojawił się tuż za dziurą, wydając odgłosy. Wyczuwałam, że są z nim inni ludzie.

– Zazwyczaj trzymają się z tyłu. Matka podchodzi bliżej, kiedy przynoszę jedzenie, ale nie pozwala się dotknąć.

– Czy oprócz tego okienka jest jakieś inne wyjście? – odezwał się nowy głos, któremu towarzyszył inny zapach, kobiecy. Bezwiednie zamerdałam ogonkiem.

– Chyba nie. Jak to zrobimy?

– Mamy duże rękawice ochronne, a ty zostaniesz tu z siatką i spróbujesz złapać te, które nam się wymkną. Ile ich jest?

– Nie jestem pewien. Do niedawna kotka karmiła, ale jeśli są tu jakieś kocięta, to w ciągu dnia nie wychodzą. Jest jeszcze kilka innych, nie wiem, jakiej płci. Wcześniej było ich całe mnóstwo, ale najwidoczniej deweloper je wyłapał. Chce wyburzyć wszystkie te szeregówki i postawić tu osiedle.

– Z dziko żyjącymi kotami jako lokatorami nie ma szans, by dostał pozwolenie na rozbiórkę.

– Pewnie dlatego się ich pozbył. Myślisz, że skrzywdził te, które wyłapał?

– Hmm, nie istnieją żadne przepisy zabraniające wyłapywania i uśmiercania kotów, jeśli żyją na twojej posesji. No cóż, może oddał je do któregoś ze schronisk.

– Było ich mnóstwo. Roiło się od nich na całym podwórku.

– Sęk w tym, że nie słyszałam, żeby gdzieś pojawiła się nagle wielka zgraja kotów. Środowisko opiekujących się zwierzętami jest dość zażyłe, wszyscy się znamy. Gdyby gdzieś przywieziono dwadzieścia kotów, nie umknęłoby mi to. Wszystko w porządku? Och, przepraszam, może niepotrzebnie to mówię…

– Nic mi nie jest. Po prostu żałuję, że nie wiedziałem, co się kroi.

– Dobrze zrobiłeś, że nas wezwałeś, Lucas. Tym, które znajdziemy, zapewnimy dobre domy. Gotowy?

Zdążyłam się już znudzić monotonnymi odgłosami tej rozmowy i wróciłam do siłowania się z kociakami, gdy nagle poczułam, jak Mama Kotka sztywnieje i zaczyna bić od niej niepokój. Nie odrywała nieruchomego spojrzenia od dziury, ogon jej drgał, a uszy miała płasko położone. Przyglądałam się jej z zaciekawieniem, ignorując małego kocurka, który podbiegł, pacnął mnie w pyszczek i dał drapaka.

Nagle rozbłysło światło i zrozumiałam jej strach. Mama Kotka uciekła w stronę tylnej ściany, porzucając swoje młode. Widziałam, jak bezszelestnie wślizguje się w ukrytą szczelinę, a w tym samym momencie przez dziurę wczołgało się dwoje ludzi. Kociaki zaczęły się chaotycznie kłębić, kocury czmychnęły w głąb nory, a ja cofnęłam się, przerażona.

Światło zatańczyło na ścianach, po czym odnalazło mnie, padając oślepiającym snopem na mój pyszczek.

– Hej! Tu jest szczeniak!

Dwa

Kici, kici! – Kobieta czołgała się do przodu, wyciągając ręce. Gruby materiał pokrywający jej dłonie był przesiąknięty zapachem mnóstwa różnych zwierząt, głównie kotów.

Kocięta zareagowały paniczną ucieczką. Rozbiegły się chaotycznie i bez celu. Żadne nie ruszyło w stronę szczeliny w ścianie, za którą schowała się Mama Kotka, choć ja wyczuwałam ją tam, przycupniętą i wystraszoną. Z pozostałymi dorosłymi było trochę lepiej, choć i one w większości zamarły, wpatrując się przerażonym wzrokiem w zbliżającego się człowieka. Jeden z kocurów rzucił się w stronę dziury, obnażając kły, ale kobieta złapała go w swoje grube rękawice, po czym ostrożnie podała drugiej parze pokrytych materiałem rąk. Dwa inne kocury zdołały przemknąć obok niej ku wolności.

– Złapałeś je? – zapytała głośno.

– Jednego! – krzyknął w odpowiedzi inny głos. – Drugi uciekł.

Co do mnie – nie miałam pojęcia, co robić. Powinnam była dołączyć do mamy. Ale coś we mnie buntowało się przeciwko tej reakcji – przeciwnie, ciągnęło mnie do czołgającej się w moją stronę kobiety, byłam nią zafascynowana. Ogarnął mnie jakiś wewnętrzny przymus. Choć nigdy nie doświadczyłam dotyku człowieka, miałam o nim jasne wyobrażenie, zupełnie jakbym przypomniała sobie coś sprzed bardzo dawna. Kobieta przywoływała mnie gestem dłoni, nie zważając na resztę kocurów, które czmychnęły przez dziurę za jej plecami.

– Hej, szczeniorku! – zawołała, a ja skoczyłam wprost w jej ramiona, merdając ogonkiem.

– O Boże, jaki z ciebie słodziak!

– Złapaliśmy jeszcze dwa! – krzyknął głos z zewnątrz.

Polizałam kobietę po twarzy, wiercąc się i wijąc.

– Lucas! Mam szczeniaka, czy mógłbyś go przejąć? – Uniosła mnie, przyglądając się mojemu brzuszkowi. – To znaczy ją. To sunia.

W dziurze pojawił się mężczyzna, który przynosił nam jedzenie do misek, do środka wdarł się jego znajomy zapach. Wyciągnął ręce, delikatnie ujął moje ciało i wyniósł mnie na świat. Serce biło mi jak szalone – nie ze strachu, ale z euforii. Wciąż czułam za sobą kociaki i ich przerażenie, a także nadal silny zapach Mamy Kotki, ale w tamtej chwili pragnęłam tylko być trzymana przez tego człowieka, podgryzać mu palce i skakać na niego. Postawił mnie i zaczął tarzać na chłodnej ziemi.

– Jesteś taka głupiutka! Mała, głupiutka szczeniaczka!

Gdy my się bawiliśmy, kobieta wynosiła kociaki i jednego po drugim podawała dwóm mężczyznom, którzy wkładali je do klatek na tyle furgonetki. Przerażone maluchy miauczały płaczliwie. Ich rozpaczliwe nawoływania smuciły mnie, bo byłam ich dużą siostrą, ale nie mogłam nic zrobić, by im pomóc. Przeczuwałam, że nasza mama wkrótce do nich dołączy, a wiedziałam, że wtedy się uspokoją.

– Chyba mamy już wszystkie – powiedziała kobieta, podchodząc do miejsca, gdzie bawiłam się z mężczyzną. – Nie licząc tych, którym udało się uciec.

– Tak, przepraszam za to. Wasi ludzie wyłapali, co do nich należało, ale ja dałem plamę.

– Nic się nie stało. To wymaga dużej wprawy.

– Co się stanie z tymi, które zwiały?

– No cóż, miejmy nadzieję, że nie wrócą od razu, skoro robotnicy mają burzyć te domy. – Kobieta uklękła, by pogłaskać mnie po uszach. Znalezienie się w centrum uwagi dwojga ludzi jednocześnie było najwspanialszym, co mnie w życiu spotkało. – W środku nie było już innych psów. Nie mam pojęcia, co ta mała tam robiła.

– Nigdy wcześniej jej nie widziałem – odparł mężczyzna. – Zawsze były tu wyłącznie koty. Ile ma?

– Nie wiem, może jakieś osiem tygodni. Będzie duża, to widać. Spójrz na te łapy.

– To owczarek? Mastiff?

– Hm, może mieć domieszkę mastiffa, ale z pyszczka przypomina mi staffordshire bull terriera albo może rotka. Ciężko orzec. To pewnie wielki koktajl psiego DNA.

– Wygląda na zdrową. To znaczy jak na mieszkankę nory – zauważył mężczyzna. Podniósł mnie, a ja zwiotczałam w jego dłoniach, ale gdy zbliżył mnie sobie do twarzy, próbowałam dziabnąć go w nos.

– No cóż, wątpię, żeby tam „mieszkała” – odezwała się kobieta. – Pewnie po prostu przyszła za jakimś kociakiem albo kocurem. À propos, kiedy ostatni raz widziałeś matkę kociąt?

– Parę dni temu.

– Nie było jej w norze, więc pewnie poluje, a my przyszliśmy nie w porę. Daj mi znać, jeśli ją zobaczysz, dobrze, Lucas?

– Masz może jakąś wizytówkę?

– Jasne.

Mężczyzna postawił mnie na ziemi i oboje wstali. Kobieta coś mu podała. Oparłam łapki o jego nogi, chcąc to coś obwąchać. Ciekawiło mnie wszystko, co robił, a najbardziej chciałam, żeby znowu przykucnął i jeszcze trochę się ze mną pobawił.

– Audrey – powiedział, spoglądając na niewielką rzecz, którą trzymał w palcach.

– Jeśli mnie nie będzie, możesz porozmawiać z każdym, kto odbierze. Wszyscy wiedzą o tym domu. Przyjedziemy i postaramy się wyłapać maruderów. Aha, popytałam i rzeczywiście ostatnio nigdzie w Denver nie oddano do schroniska dużej liczby kotów, więc chyba musimy przyjąć, że stało się najgorsze.

– Jak można zrobić coś takiego? – odrzekł mężczyzna zbolałym głosem. Skoczyłam na jego stopy, żeby wiedział, że jeśli jest smutny, to tu na dole czeka na niego szczeniak, który rozwieje wszystkie jego troski.

– Nie wiem. Czasami w ogóle nie rozumiem ludzi.

– Czuję się z tym naprawdę okropnie.

– Przecież nie wiedziałeś, co się święci. Chociaż nie wiem, czemu po prostu nie odwieźli tych kotów do któregoś ze schronisk. Moglibyśmy znaleźć domy dla niektórych, mamy dojścia do bezpiecznych miejscówek dla dzikich kotów… Niektórym ludziom nie chce się postąpić przyzwoicie. – Kobieta podniosła się. – Okej, maleńka, gotowa do drogi?

Zamerdałam ogonem i odwróciłam głowę, żeby widzieć mężczyznę. To dotyku jego rąk najbardziej pragnęłam.

– Ee, Audrey?

– Tak?

– Czuję, że to mój pies. Wiesz, technicznie rzecz biorąc, to ja ją znalazłem.

– Och. – Kobieta postawiła mnie na ziemi, a ja podbiegłam do mężczyzny, żeby trochę pomemłać mu buty. – No cóż, nie powinnam w ten sposób oddawać zwierzaka do adopcji. To znaczy, są pewne procedury.

– Chyba że to mój pies, wtedy to nie adopcja.

– Okej. Posłuchaj, nie chcę, żeby zrobiło się niezręcznie, ale czy w ogóle możesz wziąć szczeniaka? Gdzie mieszkasz?

– Tam, w tej kamienicy naprzeciwko. Dlatego widywałem te koty, ciągle tędy przechodzę. Po prostu pewnego dnia postanowiłem zacząć je dokarmiać.

– Mieszkasz sam?

Nagle w zachowaniu mężczyzny zaszła prawie niezauważalna zmiana. Spojrzałam na niego czujnie, prosząc, żeby znowu mnie podniósł. Chciałam polizać go po twarzy.

– Nie, mieszkam z matką.

– Och.

– Nie, to nie tak jak myślisz. Jest chora. Była żołnierką i po powrocie z Afganistanu pojawiły się u niej oznaki stresu pourazowego. Więc studiuję i współpracuję ze Związkiem Weteranów, żeby zapewnić jej potrzebną pomoc.

– Strasznie mi przykro to słyszeć.

– Uczę się na kursach internetowych, studium medyczne. Tak więc jestem dużo w domu, moja mama też. Możemy poświęcić suni tyle uwagi, ile potrzebuje. I myślę, że piesek dobrze zrobi nam obojgu. Mama nie jest jeszcze w stanie pracować.

Schylił się i podniósł mnie. Nareszcie! Trzymał mnie w ramionach, a ja ułożyłam się na grzbiecie i wpatrywałam w jego twarz. Działo się coś ważnego, czułam to, choć nie wiedziałam, co to było. Wydawało mi się, że opuszczam norę – miejsce, gdzie się urodziłam i gdzie wciąż chowała się Mama Kotka.

Od teraz będę z tym człowiekiem, gdziekolwiek mnie zabierze. I tego właśnie pragnęłam: być przy nim.

– Miałeś kiedyś szczeniaka? – zapytała kobieta. – Wymagają sporo pracy.

– W dzieciństwie mieszkałem z ciotką, która miała dwa yorki.

– Ta sunia już jest większa od yorka. Przykro mi, Lucas, ale nie mogę. To by było nieetyczne. Potencjalni opiekunowie przechodzą u nas proces weryfikacji, mamy tak mało zwrotów z adopcji między innymi dzięki surowym wymogom.

– Jak mam to rozumieć?

– Jako odmowę. Nie mogę ci jej oddać.

Mężczyzna spojrzał na mnie i uśmiechnął się.

– Och, maleńka, słyszałaś? Chcą mi ciebie odebrać, chcesz tego? – Zniżył do mnie twarz, a ja go polizałam. Uśmiechnął się. – Sunia i ja głosujemy za jej zamieszkaniem u mnie. Jest dwa do jednego – zwrócił się do kobiety beztrosko.

– Hm – mruknęła.

– Myślę, że nic nie dzieje się bez przyczyny, Audrey. Ta mała była tam z kotami z jakiegoś powodu. Była tam, żebym ją odnalazł.

– Przykro mi, ale mamy zasady.

Skinął głową.

– Zawsze są jakieś zasady i zawsze są od nich wyjątki. To jeden z takich wyjątków.

Przez chwilę stali w milczeniu.

– Ktoś czasem z tobą wygrywa? Mam na myśli kłótnie – odezwała się wreszcie kobieta.

Zamrugał.

– Pewnie. Ale chyba nie tym razem.

Pokręciła głową i uśmiechnęła się.

– Niech ci będzie. No cóż, jak mówiłeś, to ty ją znalazłeś. Zabierzesz ją od razu do weterynarza? Jutro? Jeśli mi to obiecasz, to możesz ją wziąć… Chodź, dam ci parę rzeczy, mam smyczki, obróżki i karmę dla szczeniąt.

– Hej, maleńka! Chcesz ze mną zamieszkać?

Na twarzy mężczyzny pojawił się promienny uśmiech, ale w jego głosie wyczuwałam coś, czego nie rozumiałam. Był zatroskany, coś go trapiło. Martwiło go to, co miało się teraz stać.

Mama Kotka nie wyszła. Czułam jej zapach, gdy mężczyzna wynosił mnie sprzed nory, i wyobrażałam ją sobie przycupniętą w ciasnej kryjówce, chowającą się przed ludźmi. Nie byłam w stanie tego zrozumieć – czego tu się bać? Czułam się tak, jakbym nigdy w życiu nie widziała niczego równie niesamowitego jak mężczyzna, który trzymał mnie w swoich ramionach, nigdy nie doświadczyła czegoś tak wspaniałego, jak dotyk jego dłoni na mojej sierści.

Gdy tamci ludzie zamknęli drzwi swojego pojazdu, nawoływania mojego kociego rodzeństwa nagle umilkły, po czym furgonetka odjechała, zostawiając w powietrzu jedynie zapach mojej rodziny. Zastanawiałam się, kiedy znów ją zobaczę, ale nie miałam czasu nadmiernie głowić się nad tą dziwną rozłąką, choć moje rodzeństwo poszło w jedną stronę, mama w drugą, a ja w trzecią. Wokół było tyle nowych obrazów i dźwięków, że aż zakręciło mi się w głowie. Kiedy mężczyzna przyniósł mnie w miejsce, które miałam wkrótce nazywać domem, wyczuwałam zapach jedzenia, kurzu, chemikaliów i kobiety. Postawił mnie na podłodze pokrytej rozkosznie miękkim dywanem. Pobiegłam za nim przez pokój, a gdy usiadł przy mnie, krzyżując nogi, wdrapałam mu się na kolana.

Czułam jego niepokój, bił z jego skóry, tak jak napięcie z Mamy Kotki, gdy wiedziała, że zbliżają się ludzie.

– Lucas? – rozbrzmiał kobiecy głos. Skojarzyłam go z zapachem zostawionym na wszystkich przedmiotach w pokoju.

– Cześć, mamo.

Do pokoju weszła kobieta, zatrzymując się w pół kroku. Pobiegłam jej na powitanie, merdając ogonkiem, chcąc polizać ją po rękach.

– Co?… – Otworzyła usta, a oczy zrobiły się jej okrągłe jak spodki.

– To szczeniak.

Przyklękła i wyciągnęła dłonie, a ja przypadłam do nich, przekręcając się na grzbiet i podgryzając jej palce.

– Widzę, że szczeniak, Lucas. Co on tu robi?

– To sunia.

– To też nie jest odpowiedź na moje pytanie.

– Ludzie ze schroniska przyjechali po resztę kotów. W każdym razie po większość. Znaleźliśmy pod domem nowy miot kociąt, a wśród nich tę szczeniorkę – odparł.

– A ty przyniosłeś ją do domu, bo?…

Podszedł i przykucnął obok kobiety – teraz oboje mnie dotykali!

– Spójrz tylko na nią. Ktoś ją porzucił i jakoś udało jej się dostać pod ten dom, gdzie pewnie umarłaby z głodu.

– Ale ty nie możesz mieć psa, Lucas.

Lęk mężczyzny zdążył już wyparować, ale w jego miejsce pojawiło się coś innego. Jego ciało nieco zesztywniało, a twarz się ściągnęła.

– Wiedziałem, że to powiesz.

– Oczywiście, że tak. Ledwie wiążemy koniec z końcem, Lucas. Masz pojęcie, ile kosztuje utrzymanie psa? Rachunki od weterynarza, karma i tak dalej. Razem wychodzi spory wydatek – powiedziała.

– Mam drugą rozmowę w szpitalu dla weteranów. Powiedzieli, że doktor Gann na pewno mnie przyjmie. Już wszystkich tam znam. Dostanę tę pracę. Zdobędę pieniądze.

Jego dłonie mnie głaskały, a ja odprężyłam się, zmożona sennością.

– Nie chodzi tylko o pieniądze. Już o tym rozmawialiśmy. Zależy mi, żebyś skupił się teraz na nauce.

– Przecież się skupiam! – odezwał się ostrym głosem, który wyrwał mnie z letargu. – Masz coś do moich stopni? Jeśli to o to chodzi…

– Oczywiście, że nie o to. Stopnie… Daj spokój, Lucas. Wciąż nie mogę wyjść z podziwu, że przy tylu obowiązkach masz tak wysoką średnią.

– A więc w czym problem? Nie chcesz, żebym miał psa czy żebym samodzielnie podjął ważną decyzję?

Jego ton mnie niepokoił. Trąciłam go noskiem z nadzieją, że zacznie się ze mną bawić i zapomni o zmartwieniach.

Nastąpiło długie milczenie.

– Okej. Wiesz co? Ciągle zapominam, że masz prawie dwadzieścia cztery lata. Po prostu bezwiednie wracam do relacji, które wcześniej nas łączyły.

– Wcześniej nas łączyły… – powtórzył beznamiętnie.

Kolejna porcja ciszy.

– Tak, z wyjątkiem większości twojego dzieciństwa. Masz rację – powiedziała smutno.

– Przepraszam. Nie chciałem ci o tym przypominać. Nie miałem nic na myśli.

– Nie, nie, masz rację. I możemy rozmawiać na ten temat tak często, jak tego potrzebujesz. Zawsze się z tobą zgodzę, bo podjęłam w życiu wiele błędnych decyzji, zwłaszcza tę, żeby cię zostawić. Ale teraz próbuję ci to wynagrodzić.

– Wiem, mamo.

– Masz rację co do tego szczeniaczka. W pierwszym odruchu traktuję cię wciąż jak nastolatka, a nie mojego dorosłego współlokatora. Ale przemyślmy to, Lucas. Nasza umowa najmu zabrania trzymania zwierząt w budynku.

– A kto się dowie? Może jedyną zaletą zajmowania mieszkania powszechnie uznawanego za najnędzniejsze w kamienicy jest to, że nasze drzwi wychodzą na ulicę, nie na podwórko. Będę ją podnosił i wychodził, a zanim znowu postawię ją na ziemi, nikt z sąsiadów nie zdoła się połapać, skąd wyszedłem. Nie będę jej wypuszczał na podwórko i nigdy nie spuszczę jej ze smyczy. – Przewrócił mnie na grzbiet i pocałował w brzuszek.

– Nigdy nie miałeś psa. To duża odpowiedzialność.

Mężczyzna nic nie odpowiedział, tylko dalej trącał mnie nosem. Kobieta się roześmiała, wesoło i lekko.

– Odpowiedzialność to chyba ostatnia rzecz, o której mogłabym ci prawić kazania.

Przez kolejne dni przystosowywałam się do swojego nowego, cudownego życia. Jak się dowiedziałam, kobieta miała na imię Mama, a mężczyzna Lucas.

– Chcesz smakołyk, Bella? Smakołyk?

Zadarłam łebek i wpatrywałam się w Lucasa, czując, że czegoś ode mnie chce, ale nie rozumiałam absolutnie nic. Nagle wyjął rękę z kieszeni i dał mi mały kawałek mięska. Boski smak rozpłynął się po moim języku…

„Smakołyk” wkrótce stało się moim ulubionym słowem.

Spałam wtulona w Lucasa na stercie koców, które trochę postrzępiłam, dopóki nie dotarło do mnie, że to go bardzo zasmuca. Leżenie przy nim było nawet bardziej pokrzepiające niż wtulanie się w Mamę Kotkę. Czasami gdy spał, delikatnie chwytałam w pyszczek jego palce – nie żeby je podgryzać, tylko leciutko poskubać. Przepełniała mnie tak wielka miłość do niego, że aż świerzbiły mnie zęby.

Lucas nazwał mnie Bellą. Kilka razy dziennie wyjmował „smycz”, jak nazywał tę rzecz, którą przypinał mi do „obroży”. Używał jej, by prowadzić mnie tam, gdzie chciał iść. Z początku jej nie znosiłam, bo nie widziałam żadnego sensu w tym, że jestem ciągnięta w jedną stronę, podczas gdy cudowne zapachy dochodzą z zupełnie innej. Ale potem nauczyłam się, że zdejmowanie jej z haczyka przy drzwiach oznacza „spacer”, a to kochałam! Kochałam też nasze powroty i czekającą w domu Mamę, do której biegłam po „przytulanki”. Kochałam, gdy Lucas wkładał mi jedzenie do miski i kiedy siadał tak, żebym mogła bawić się jego stopami.

Kochałam się z nim siłować i siedzieć mu na kolanach. Kochałam go całego! Lucas był centrum mojego świata, zawsze kiedy moje oczy były otwarte, a nos aktywny, szukałam właśnie jego. Każdy dzień przynosił nową radość, nowe zabawy z moim Lucasem, moim człowiekiem.

– Bella, jesteś najlepszym szczeniaczkiem na świecie – mówił często, całując mnie.

Miałam na imię Bella. Wkrótce tak zaczęłam o sobie myśleć: Bella.

Przynajmniej raz dziennie chodziliśmy do nory. Było tam wiele domów stojących w rzędzie, ale nie mieszkali w nich żadni ludzie i zaledwie w jednym były koty. Domy były odgrodzone siatką, ale Lucas odginał ją przy słupku i mogliśmy przejść.

W norze wciąż wyczuwałam silny zapach Mamy Kotki, choć zapach kociaków wietrzał. Wiedziałam też, że wróciły niektóre kocury. Lucas stawiał miski z jedzeniem i wodą, ale mnie nie wolno było ich ruszać. Nie pozwalał mi też wejść do nory, by zobaczyć się z Mamą.

– Widzisz ją? Kicię? Jest tam, patrzy na nas, Bello. Prawie nie widać jej w ciemności – mówił cicho Lucas.

Uwielbiałam słyszeć swoje imię. Wyczuwałam pytanie w jego głosie, ale tym razem nie zaprowadziło do żadnego smakołyka dla pieska. Może i nie rozumiałam, co mówił Lucas, ale byłam przy nim, więc nic innego się nie liczyło.

Pewnego popołudnia leżałam sobie na stopie Lucasa, gdzie zwaliłam się po wyjątkowo męczącej zabawie w Atak na Buty. Nie było mi wygodnie, ale byłam zbyt wyczerpana, żeby się ruszyć, więc moja głowa leżała dużo niżej od reszty ciała.

Nagle usłyszałam dudnienie, które stawało się coraz głośniejsze, i w końcu Lucas się poruszył – najwyraźniej on też je usłyszał.

– Co to, Bello?

Dźwignęłam się na łapy. Spacer? Smakołyk? Lucas podszedł do okna i wyjrzał na zewnątrz.

– Mamo! – krzyknął przestraszony.

Mama wyszła ze swojego pokoju.

– Co się stało?

– Przyprowadzili koparkę! Zaczynają wyburzać dom, a tam wciąż są koty! – Podszedł do szuflady i otworzył ją szarpnięciem, a Mama wyjrzała przez okno.

– Okej, słuchaj, tu masz wizytówkę, zadzwoń do towarzystwa opieki nad zwierzętami. Poproś Audrey, a jeśli jej nie będzie, powiedz im, że deweloper wyburza dom i koty zginą!

Wyraźnie czułam bijący od Lucasa strach, gdy poszedł po smycz. Przypiął mi ją, a ja otrzepałam się z całej senności.

– Zadzwonię. Co chcesz zrobić? – zapytała Mama.

– Muszę ich powstrzymać. – Otworzył drzwi.

– Lucas!

– Muszę ich powstrzymać!

Wybiegliśmy razem z domu.

Trzy

Lucas pędził, ciągnąc mnie na smyczy za sobą. Przebiegliśmy na drugą stronę ulicy. Ogrodzenie było częściowo zdjęte. Przy norze zebrało się kilku mężczyzn, a obok stała duża, warkocząca maszyna. Dźwięki, które wydawała, były przerażająco głośne i głębokie. Przykucnęłam za potrzebą, a jeden z mężczyzn oderwał się od grupki i ruszył w naszą stronę. Miał na sobie buty, od których bił intrygujący zapach oleju i inne ostre wonie, z którymi moje nozdrza nigdy się nie zetknęły.

– Tam wciąż mieszkają koty – powiedział mu Lucas. Gdy mnie podniósł i przytulił do piersi, czułam jego urywany oddech i przyspieszone bicie serca.

– O czym ty mówisz? – zapytał mężczyzna, marszcząc brwi.

– Koty. Pod tym domem mieszkają koty. Nie możecie go wyburzyć, zabijecie je. Możecie zburzyć inne, ale w tym mieszkają zwierzęta.

Mężczyzna zaczął skubać wargę. Odwrócił się i spojrzał na swoich przyjaciół, a potem na mnie.

– Ładny szczeniak.

Pogłaskał mnie po głowie szorstką dłonią, która pachniała chemikaliami i ziemią, na równi mocno i lekko.

Lucas wziął głęboki oddech.

– Dzięki.

– Jaka to rasa, daniff?

– Słucham?

– Twój szczeniak. Mój przyjaciel ma daniffa, to krzyżówka doga z mastiffem. Za młodu bardzo przypominał twojego. Lubię psy.

– To super. Nie wiem, jaka to rasa. Prawdę mówiąc, suczka została znaleziona pod domem, który chcecie wyburzyć. Było tam też mnóstwo kotów, wiele z nich wciąż tam jest. To właśnie próbuję panu powiedzieć: nie wszystkie udało się wyłapać. Tak więc nie możecie legalnie wyburzyć domu, pod którym mieszkają zdziczałe koty.

Z dziury prowadzącej do nory czułam zapach Mamy Kotki i wiedziałam, że podeszła do nas ostrożnie. Zaczęłam się wić, chcąc się z nią zobaczyć, ale ręka Lucasa mnie powstrzymała. Uwielbiałam, gdy mnie trzymał, ale bywało to frustrujące, gdy przychodziła pora na zabawę.

– Legalnie – powtórzył mężczyzna w zamyśleniu. – No cóż, mamy pozwolenie na rozbiórkę. Tablica jest tam, widzisz? Tak więc wszystko jest zgodne z prawem. Nie mam nic przeciwko kotom, może oprócz tego, że moja dziewczyna ma ich trochę za dużo. Ale muszę robić swoje. Rozumiesz? To nic osobistego.

– To jest coś osobistego. Osobistego dla tych kotów. I dla mnie – oznajmił Lucas. – Są same na świecie. Opuszczone. Mają tylko mnie.

– Okej, nie mam zamiaru się o to wykłócać.

– Zadzwoniliśmy do towarzystwa opieki nad zwierzętami.

– To nie moje zmartwienie. Nie możemy na nich czekać.

– Nie! – Lucas ruszył zdecydowanym krokiem i stanął przed olbrzymią maszyną, a ja podreptałam za nim, nie napinając smyczy. – Nie możecie tego zrobić.

Wpatrywałam się w ruchome żelastwo, nic nie rozumiejąc.

– Zaczynasz mnie wkurzać, koleś. Z drogi, wtargnąłeś na teren prywatny.

– Nie ruszę się stąd. – Lucas podniósł mnie i przytulił do piersi.

Mężczyzna podszedł do nas bliżej, świdrując wzrokiem Lucasa. Byli tego samego wzrostu i teraz stali ze sobą oko w oko. Oboje odpowiedzieliśmy mężczyźnie spojrzeniem, ja dodatkowo zamerdałam ogonem.

– Naprawdę chcesz się w to pakować? – zapytał cicho mężczyzna.

– Mogę najpierw postawić psa na ziemi?

Mężczyzna odwrócił się z odrazą.

– A mamusia ostrzegała, że będą i takie dni… – mruknął.

– Hej, Dale! – krzyknął jeden z jego towarzyszy. – Właśnie gadałem z Gunterem. Mówi, że zaraz będzie.

– Okej. Dobrze. Niech on się zajmie protestującymi. – Mężczyzna odwrócił się i ruszył z powrotem do kolegów. Zastanawiałam się, czy i oni przyjdą, żeby mnie pogłaskać. To byłoby miłe.

Wkrótce nadjechał duży czarny samochód, z którego wysiadł kolejny mężczyzna. Podszedł do pozostałych i zaczął z nimi rozmawiać, a oni zerkali w moim kierunku, bo byłam tam jedynym psem. Potem nowo przybyły przyszedł się ze mną zobaczyć. Był wyższy i szerszy od Lucasa. Gdy się zbliżył, w jego oddechu i na ubraniu poczułam zapach dymu, mięsa i czegoś słodkiego.

– No więc o co chodzi? – zapytał Lucasa.

– Pod tym domem wciąż mieszkają koty. Jestem pewien, że nie chciałby pan narazić ich na żadną krzywdę – odparł Lucas.

Mężczyzna pokręcił głową.

– Tam nie ma już żadnych kotów. Wszystkie wyłapaliśmy.

– Nieprawda. Kilka zostało. Przynajmniej trzy.

– No cóż, mylisz się, a ja nie mam czasu na takie gadki. Przez te diabelskie koty już i tak mamy opóźnienie i nie zamierzam tracić kolejnego dnia. Mam osiedle do zbudowania.

– Co pan z nimi zrobił? Z tymi wszystkimi kotami? Niektóre były jeszcze kociętami!

– To nie twoja sprawa. Nic nie powinno cię tu interesować.

– A właśnie że powinno. Mieszkam naprzeciwko. Widuję wchodzące i wychodzące stąd koty.

– To świetnie. Jak się nazywasz?

– Lucas. Lucas Ray.

– Gunter Beckenbauer. – Mężczyzna wyciągnął rękę i uścisnął dłoń Lucasa, ale szybko ją puścił. Gdy ręka Lucasa wróciła do trzymania mnie, miała na sobie zapach mięsa i dymu. Ostrożnie ją obwąchałam.

– To ty odginałeś siatkę? Już trzy razy wysyłałem kogoś, żeby ją naprawił.

Lucas nic nie odpowiedział. Leżąc w jego ramionach, poczułam się sennie.

– I to ty dokarmiasz koty, to jasne. Co raczej nie pomaga, wiesz?

– Mówi pan, że chciałby, żeby umarły z głodu?

– To koty. Zabijają ptaki i myszy, jeśli nie wiesz. Tak więc nie umierają z głodu.

– Nieprawda. Za bardzo się rozmnożyły. Jeśli się ich nie wyłapuje do sterylizacji, pojawia się miot za miotem, a kocięta umierają z głodu i chorób spowodowanych niedożywieniem.

– I to niby moja wina?

– Nie. Proszę posłuchać. Chcę tylko, żeby dał pan specjalistom czas, żeby zajęli się tym w humanitarny sposób. Istnieją organizacje specjalizujące się w opiece nad porzuconymi zwierzętami, które nie ze swojej winy są narażone na niebezpieczeństwo. Już zadzwoniliśmy do takiej organizacji i jej pracownicy zaraz tu będą. Proszę pozwolić im zrobić swoje, a potem pan będzie mógł kontynuować prace.

Dymno-mięsny mężczyzna słuchał Lucasa, ale wciąż kręcił głową.

– Okej, to brzmi, jakbyś cytował jakąś stronę internetową, ale nie o tym rozmawiamy. Czy masz pojęcie, jak teraz jest trudno cokolwiek wybudować, Lucas? Trzeba współpracować z jakimś tuzinem agencji. Po rocznym opóźnieniu wreszcie dostałem pozwolenie na rozbiórkę. Po roku. Więc muszę się zabrać do roboty, i to zaraz.

– Nie ruszę się stąd.

– Naprawdę chcesz stać przed koparką, kiedy zacznie wyburzać dom? Możesz zginąć.

– W porządku.

– Wiesz co? Chciałem to załatwić po dobroci, ale zmuszasz mnie do użycia siły. Dzwonię po gliny.

– W porządku.

– Czy ktoś ci kiedyś powiedział, że jesteś małym upartym draniem?

– Że upartym, może… – odparł Lucas. – Ale nikt nie nazywa mnie małym.

– Ha. Niezłe z ciebie ziółko.

Mężczyzna odszedł, nie pogłaskawszy mnie, co było dziwne. Przez dłuższą chwilę staliśmy w miejscu. Wielka maszyna ucichła, a ja od razu poczułam się inaczej – zupełnie jakby coś mnie ściskało i wreszcie puściło. Lucas postawił mnie i zaczęłam starannie obwąchiwać ziemię. Miałam ochotę na zabawę, ale Lucas chciał tylko stać, a przez smycz nie miałam zbyt dużego pola do harców.

Gdy pojawili się kolejni ludzie, zamerdałam ogonkiem. Z jeszcze jednego samochodu wysiedli kobieta i mężczyzna. Oboje mieli na sobie ciemne ubrania, a przy biodrach metalowe przedmioty.

– Policja – powiedział cicho Lucas. – No cóż, Bella, zobaczmy, co teraz będzie…

Dwoje ubranych na czarno podeszło do mężczyzny o pachnących dymem i mięsem palcach. Lucas wydawał się podenerwowany, ale nie ruszyliśmy się z miejsca. Ziewnęłam, a potem zamerdałam ogonem, gdy przybysze zbliżyli się do nas. Od kobiety wyczuwałam zapach psa, ale od mężczyzny już nie.

– O Boże, jaki słodki szczeniaczek! – powiedziała ciepło kobieta.

– Na imię jej Bella – przywitał się z nią Lucas. Byłam zachwycona, że rozmawiają o mnie!

Kobieta się do mnie uśmiechała.

– Jak się nazywasz?

– Lucas. Lucas Ray.

– No dobrze, Lucas, może powiesz nam, o co chodzi? – zapytał jej towarzysz.

Mężczyzna rozmawiał z Lucasem, a kobieta przyklękła i zaczęła się ze mną bawić. Wskoczyłam jej na dłoń. Teraz, gdy mogłam ją obwąchać, zdałam sobie sprawę, że miała na palcach zapach dwóch różnych psów. Liżąc jej palce, wyczuwałam oba czworonogi. Metalowe przedmioty u jej boku zagrzechotały.

Gdy kobieta wstała, spojrzałam znowu na Lucasa.

– Ale w takim razie kto ma ochronić te koty, jeśli nie policja? – zapytał Lucas. Już drugi raz użył tego słowa: „policja”. Czułam, że jest przygnębiony, więc usiadłam przy jego stopach, żeby go rozweselić.

– To nie należy do ciebie, jasne? – Mężczyzna w ciemnym ubraniu wskazał na dużą maszynę. – Rozumiem, dlaczego się przejmujesz, ale nie możesz zakłócać prac budowlanych. Jeśli nie odejdziesz, będziemy musieli cię aresztować.

Kobieta o podwójnym psim zapachu dotknęła ramienia Lucasa.

– Najlepiej będzie, jeśli wrócisz ze swoim szczeniakiem do domu.

– Zajrzycie przynajmniej pod podłogę? – zapytał Lucas. – Zobaczycie, o czym mówię.

– To chyba nic nie da – odparła kobieta.

Patrzyłam, jak podjeżdża kolejny samochód. Ten był przesycony zapachami psów, kotów, a nawet innych zwierząt. Uniosłam nos, starając się oddzielić je od siebie.

Nowy pojazd przywiózł mężczyznę i kobietę. Mężczyzna sięgnął na tylne siedzenie, z którego podniósł coś dużego, co po chwili położył sobie na ramię. Nie byłam w stanie wyczuć, co to. Mężczyzna dotknął przedmiotu, z którego trysnęło silne światło. Przypomniało mi się, jak niegdyś przez dziurę do naszej nory zaczęły się wlewać snopy światła, a koty przed nimi uciekały.

Kobietę znałam. To ona wczołgała się do nas tamtego dnia, gdy poznałam Lucasa. Zamerdałam z radości na widok tej pary. Było już tylu ludzi!

– Cześć, Audrey – przywitał się Lucas.

– Cześć, Lucas.

Chciałam podbiec do kobiety, która jak stwierdziłam, miała na imię Audrey, ale ona i jej towarzysz zatrzymali się i nie podeszli do nas. Światło przesunęło się po twarzy Lucasa, po czym padło na ziemię przed wejściem do nory.

Mężczyzna o mięsno-dymnym zapachu ruszył w naszą stronę. Stawiał ciężkie kroki i wymachiwał rękami jak człowiek, który rzuca zabawkę psu.

– Hej! Żadnych kamer!

Audrey przysunęła się do mężczyzny z przedmiotem na ramieniu.

– Filmujemy was, ponieważ burzycie dom, w którym mieszkają dziko żyjące koty!

Dymno-mięsny potrząsnął głową.

– Tu nie ma już żadnych kotów!

Naprężyłam się – Mama Kotka! Przystanęła na chwilę w dziurze, oceniając sytuację, po czym wyskoczyła z nory, przemknęła obok nas i zniknęła w krzakach przy tylnym ogrodzeniu. Zapomniałam, że jestem na smyczy, i chciałam pobiec za nią – nagłe szarpnięcie jednak sprowadziło mnie na ziemię. Sfrustrowana przysiadłam i zaskomlałam.

– Złapałeś to? – zapytała Audrey swojego towarzysza.

– Tak – odparł mężczyzna z przedmiotem na ramieniu.

– Mówi pan, że nie ma żadnych kotów? – zwrócił się Lucas do Dymno-mięsnego.

– Proszę aresztować tych ludzi! – krzyknął Dymno--mięsny do ubranego na czarno duetu.

– Stoją na chodniku – odparł spokojnie mężczyzna w ciemnym ubraniu. – Nie łamią prawa.

– Filmowanie nie jest karalne – dodała kobieta o podwójnym psim zapachu. – A pan zapewnił nas, że nie ma tu więcej kotów.

– Jestem z towarzystwa opieki nad zwierzętami – odezwała się Audrey. – Już zgłosiliśmy sprawę do nadzoru budowlanego. Cofną pozwolenie na rozbiórkę ze względu na obecność dziko żyjących kotów. Panie władzo, jeśli on zburzy ten dom, złamie prawo.

– To niemożliwe – wycedził szyderczo Dymno-mięsny. – Nie działają tak szybko. Nawet telefonu nie odbierają tak błyskawicznie.

– Odbierają, jeśli dzwoni członek naszego zarządu. To jeden z komisarzy hrabstwa – odparła Audrey.

Kobieta i mężczyzna w ciemnych ubraniach spojrzeli na siebie.

– Ta sprawa wykracza poza nasze kompetencje – oświadczył mężczyzna.

– Ale przecież widzieliście tego kota. Czuwanie nad prawami zwierząt leży dokładnie w waszych kompetencjach – przypomniała Audrey. Zastanawiałam się, dlaczego nie podeszła do nas, tylko wciąż stała przy zaparkowanych samochodach. Chciałam, żeby się z nami pobawiła!

– Ta przerwa w pracy kosztuje mnie ciężkie pieniądze! Żądam, żeby policja zrobiła swoje i usunęła stąd tych ludzi! – huczał gniewnie Dymno-mięsny.

Policja – tak nazywali się ludzie w ciemnych ubraniach i z przedmiotami przy biodrach. Oboje zesztywnieli.

– Proszę pana – zwróciła się kobieta do Lucasa – czy mógłby pan zabrać swojego psa i przejść na chodnik?

– Nie, jeśli on zamierza zburzyć dom, w którym są bezbronne koty – odpowiedział z uporem Lucas.

– Jezu Chryste! – krzyknął Dymno-mięsny.

Kobieta i mężczyzna w ciemnych ubraniach znowu spojrzeli na siebie.

– Lucas, jeśli będę musiała powtórzyć prośbę, założę ci kajdanki i wsadzę do radiowozu – powiedziała kobieta-policja.

Lucas stał przez chwilę w milczeniu, a potem poszliśmy do Audrey, żeby mnie pogłaskała. Tak bardzo ucieszyłam się na jej widok! Cieszyłam się też, że Dymno-mięsny i policja poszli za nami, żebyśmy wszyscy byli razem.

Dymno-mięsny wziął głęboki oddech.

– Było tu parę tuzinów kotów, ale już ich nie ma. Kot, którego właśnie widzieliśmy, mógł po prostu przyjść się rozejrzeć, co nie znaczy, że tu mieszka.

– Widuję ją tu codziennie – oświadczył Lucas. Podmuch wiatru przywiał jakiś kawałek papieru. Chciałam za nim pobiec, ale smycz szarpnęła mnie do tyłu. – Ona na pewno tu mieszka. Razem z kilkoma innymi kotami.

– Co do tamtych kotów… Do którego schroniska pan je odwiózł? – zapytała znacząco Audrey. – Sprawdzałam w systemie i nigdzie nie mogę ich znaleźć.