O psie, który dał słowo - W. Bruce Cameron - ebook + audiobook

O psie, który dał słowo ebook i audiobook

W. Bruce Cameron

4,6

Opis

Nowa książka autora najbardziej rozmerdanych opowieści!

Dla fanów bestsellera „Był sobie pies” W. Bruce’a Camerona.

Na Baileya, psa o wielu wcieleniach, którego pokochały setki tysięcy dzieci i dorosłych, czeka bardzo ważne zadanie. Tym razem nie będzie pamiętał swoich poprzednich żyć, ale nie będzie sam! Dołączy do niego urocza psina Lacey, z którą wspólnie postarają się dotrzymać psiego słowa. Burke to bardzo uzdolniony chłopiec, który jeździ na wózku. Kiedy przestanie rosnąć, będzie mógł poddać się operacji. Jednak do tego czasu potrzebuje wsparcia silnego psa, który pomoże mu w codziennych czynnościach. Ktoś tu będzie miał łapy pełne roboty!

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 433

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 10 godz. 2 min

Lektor: W. Bruce Cameron

Oceny
4,6 (62 oceny)
40
18
4
0
0
Sortuj według:
dream_books25

Nie oderwiesz się od lektury

Pan Cameron jest mistrzem (przynajmniej w moim mniemaniu) w pisaniu książek, w których głównymi bohaterami są pieski. Oprócz sielskich, krajobrazów porusza wiele istotnych spraw. Muszę się do czegoś przyznać. Mianowicie kilkakrotnie łezka mi się w oku zakręciła… Jest to piękna, a jednocześnie bardzo trudna historia. Nie tylko dla młodzieży (której jest dedykowana), a dla całej rodziny <3 Nie musisz znać wcześniejszych tomów, żeby się nią zachwycić i coś z niej wynieść.
20
DorotaSkuza

Nie oderwiesz się od lektury

Przepiękna książka dla całej rodziny. Świat widziany oczami psa, którego zadaniem jest okazywać wszystkim miłość. Inteligentna i zabawna. Polecam z całego serca.
00

Popularność




Mojemu przyjacielowi Gavinowi Polone, obrońcy praw zwierząt, sceptykowi w kwestii kalorii i krytykowi laptopów, dzięki któremu moja twórczość dotarła

Prolog

Jestem Bailey. Miałem mnóstwo imion i przeżyłem niejedno życie, ale teraz nazywam się Bailey. To dobre imię. A ja jestem grzecznym pieskiem.

Mieszkałem w wielu miejscach, z których najcudowniejsza była Farma – dopóki nie trafiłem tutaj. To miejsce nie ma nazwy, ale są tu złociste brzegi do hasania, idealnie leżące w pyszczku piłki i patyki, piszczące zabawki, a co najważniejsze, wszyscy ludzie, którzy kiedyś mnie kochali i nadal kochają. Naturalnie jest tu również całe zatrzęsienie innych piesków, bo bez nich tego miejsca nie można by nazwać rajem.

Jestem kochany przez tylu ludzi, ponieważ przeżyłem wiele żyć pod różnymi imionami. Byłem Tobym i Molly, i Ellie, i Maxem, i Koleżką, i Baileyem. Odradzałem się w tak wielu wcieleniach, gdyż za każdym razem musiałem wykonać inną misję. Teraz mam proste zadanie: stać u boku moich ludzi i kochać ich. Może tak miało być od samego początku.

Tu nie ma bólu, jest tylko radość płynąca z wszechogarniającej miłości.

W tej oazie spokoju czas nie istniał, dopóki pewnego razu nie przyszli ze mną porozmawiać mój chłopiec Ethan i moja dziewczynka CJ. CJ to dziecko Ethana. Gdy się pojawili, usiadłem czujnie, ponieważ ze wszystkich, których kochałem, ta dwójka odgrywała najważniejsze role w moim życiu i zachowywała się jak ludzie, którzy mają dla swojego psiaka jakieś zadanie.

– Cześć, Bailey, nasz ty grzeczny piesku – przywitał się ze mną Ethan. CJ wygładziła mi sierść na grzbiecie.

Przez dłuższą chwilę tylko okazywaliśmy sobie miłość.

– Wiem, że jesteś świadom swoich wcześniejszych wcieleń, Bailey. I wiem, że wysłano cię z ważną misją, żebyś mnie uratował – powiedział Ethan.

– Mnie też uratowałeś, Bailey, moja kochana Molly, mój Maksiu – dodała CJ.

Na wspomnienie tych imion przypomniałem sobie, jak towarzyszyłem jej w życiowej drodze, i aż zamerdałem ogonem. Dziewczynka mnie objęła.

– Nic nie może się równać miłości pieska – szepnęła do Ethana.

– Jest bezwarunkowa – przytaknął, głaszcząc mnie po czole.

Zamknąłem oczy i rozkoszowałem się ich pieszczotami.

– A teraz mamy do ciebie wielką prośbę, Bailey. Tak wielką, że tylko ty możesz ją spełnić – powiedział do mnie Ethan.

– Ale to nic, jeśli ci się nie powiedzie. Dalej będziemy cię kochać i wrócisz tu do nas – dodała CJ.

– Powiedzie mu się. Komu, jak nie mojemu Baileyowi – odparł Ethan z szerokim uśmiechem. Ujął mój pyszczek w dłonie, niegdyś pachnące Farmą, a teraz tylko samym Ethanem. Wpatrywałem się w niego jak urzeczony, bo kiedy mój chłopiec do mnie mówi, czuję bijącą od niego ciepłą falę miłości.

– Muszę cię prosić, żebyś wrócił, Bailey. Wrócił i spełnił pewną obietnicę. Nie prosiłbym, gdyby to nie było ważne

Powiedział to poważnym tonem, lecz nie był na mnie zły. Ludzie bywają radośni, smutni, czuli, zagniewani i tak dalej, ale zazwyczaj potrafię odczytać ich uczucia po tonie głosu. Pieski na ogół są tylko radosne i może właśnie dlatego niepotrzebna nam zdolność mowy.

– Tym razem będzie inaczej, Bailey – poinformowała mnie CJ. Spojrzałem na nią i od niej też poczułem falę miłości i dobroci. Była jednak przemieszana z nutą niepokoju, jakiejś obawy, więc przywarłem do mojej dziewczynki, żeby mnie mocniej przytuliła i poczuła się lepiej.

– Nie będziesz niczego pamiętał. – Ethan mówił teraz cicho. – Żadnego ze swoich wcieleń. Mnie, Farmy i tego miejsca też nie.

– Może nie tyle pamiętał – poprawiła go CJ – ile czuł. Przeszedłeś tak wiele, że odrodzisz się jako bardzo mądra psinka, Bailey. Stara dusza.

– Trudność polega na tym, Koleżko, że nie będziesz pamiętał nawet mnie. Razem z CJ wyparujemy z twojej pamięci.

Ethan był smutny, więc polizałem go po ręce. To właśnie ludzki smutek jest powodem istnienia psów.

CJ mnie pogłaskała.

– Ale nie na zawsze.

Ethan skinął głową.

– Tak jest, Bailey. Nie na zawsze. Kiedy zobaczymy się następnym razem, nie będę tak wyglądał, ale rozpoznasz mnie i wszystko sobie przypomnisz. Każde swoje życie. Każde wspomnienie. I może wtedy zrozumiesz, że jesteś psim aniołem, który dopomógł w spełnieniu bardzo ważnej obietnicy.

CJ poruszyła się niespokojnie i Ethan na nią spojrzał.

– Powiedzie mu się – powtórzył. – Komu, jak nie mojemu Baileyowi?

Jeden

Na początku było tylko życiodajne mleko Mamy i bezpieczne ciepło jej sutków, kiedy je ssałem. Dopiero po pewnym czasie, gdy zaczęło do mnie docierać, gdzie jestem, uświadomiłem sobie, że mam rodzeństwo, z którym muszę rywalizować o jej względy. Bracia i siostry tłoczyli się wokół mnie, próbując odepchnąć od źródełka. Ale Mama mnie kochała; czułem to, kiedy trącała mnie pyszczkiem i wylizywała do czysta. A ja kochałem ją.

Nasza nora miała metalowe ściany i podłogę, lecz w głębi Mama umościła nam ciepłe legowisko z miękkiej szmatki. Kiedy już trochę wyostrzył nam się wzrok i stanęliśmy pewniej, zaczęliśmy zapuszczać się w nieznane, odkrywając, że podłoga pod naszymi łapkami jest nie tylko twarda i śliska, ale i zimna. Na posłaniu było dużo przyjemniej. Za dach służyła nam cienka plandeka, która trzepotała i szeleściła na wietrze.

Ale nic nie mogło się równać intrygującej prostokątnej dziurze na przodzie, przez którą wlewała się upojna mieszanka światła i zapachów z zewnątrz. W tym miejscu podłoga wystawała z nory. Mama często zbliżała się do tego okna na nieznane, skrobiąc pazurami wychodzącą na świat półkę, po czym… znikała.

Wyskakiwała na światło i ulatniała się, pozostawiając po sobie chłód. My, szczeniaki, wtulałyśmy się wtedy w siebie, żeby było nam ciepło, popiskując dla towarzystwa, i w końcu zasypialiśmy. Jak wyczuwałem, moi bracia i siostry bali się tak samo jak ja, że Mama już nigdy nie wróci, ale zawsze wracała, materializując się w prostokątnej dziurze równie nagle, jak znikała.

Gdy wzrok i koordynacja ruchowa poprawiły nam się jeszcze bardziej, zebraliśmy się na zbiorową odwagę i podreptaliśmy za jej zapachem na gzyms, choć ta przygoda okazała się szalenie niebezpieczna. Pod nim rozciągał się oszałamiający, hipnotyczny świat pełen szans, ale wkroczenie w niego oznaczało skok z nieziemskiej wysokości. Nasza nora znajdowała się dosłownie nad ziemią. Jak Mamie udawało się zeskakiwać i z powrotem do nas wskakiwać?

Jednego z braci nazywałem w myślach Ciężkim. Z resztą rodzeństwa zajmowaliśmy się głównie spychaniem go sobie z drogi. Gdy się po mnie wspinał, żeby zasnąć na szczycie szczenięcego kopca, miałem wrażenie, że chce rozpłaszczyć mi głowę, a wygramolenie się spod niego było nie lada sztuką, zwłaszcza że jednocześnie musiałem radzić sobie z resztą rozpychającego się rodzeństwa. Miał taki sam biały pyszczek, pierś i czarno-szary tułów w białe cętki jak my wszyscy, ale jego kości i ciało były, nie wiedzieć czemu, cięższe. Kiedy Mama chciała od nas odpocząć i wstawała, Ciężki zawodził najdłużej ze wszystkich i wiecznie domagał się mleka, nawet gdy reszta szczeniąt najadła się już do syta i była gotowa do zabawy. Po prostu nie mogłem się nie irytować jego zachowaniem; Mama była tak wychudzona, że aż wystawały jej kości, i w jej niezdrowym oddechu czuć było zgniliznę, podczas gdy Ciężki był pulchny i okrąglutki, a mimo to bezustannie wołał jeść.

To właśnie on pewnego razu za bardzo zbliżył się do krawędzi gzymsu, łapiąc jakiś trop na wietrze; widocznie nie mógł się już doczekać powrotu Mamy, żeby wyssać z niej resztę życia. W jednej chwili balansował niebezpiecznie na krawędzi, a w następnej już go nie było, bo spadł i naszych uszu dobiegło głośne „łup”.

Pomyślałem sobie, że może to i dobrze.

Spanikowany, zaczął piszczeć wniebogłosy. Jego przerażenie udzieliło się i nam, więc też zaczęliśmy płakać i popiskiwać, trącając się noskami dla dodania sobie otuchy.

Wtedy poprzysiągłem sobie, że nigdy nie wejdę na gzyms. Oznaczał niebezpieczeństwo.

Nagle Ciężki zupełnie umilkł.

W norze błyskawicznie zapanowała cisza. Czuliśmy, że to, co go dopadło, może przyjść i po nas. Drżąc ze strachu, wtuliliśmy się w siebie, ale nawet nie pisnęliśmy.

Przy wtórze głośnego drapania pazurami na gzymsie pojawiła się Mama z rozgoryczonym Ciężkim w zębach. Umieściła go w środku naszej gromadki i oczywiście od razu zaczął się domagać sutka, w ogóle się nie przejmując, że przed chwilą przestraszył nas na śmierć. Z pewnością nie ja jeden uważałem, że nie byłaby to dla nas wielka strata, gdyby Mama po prostu go tam zostawiła, aby poniósł konsekwencje swoich czynów.

Tej nocy umościłem się na jednej z sióstr i oddałem rozmyślaniom nad nauką płynącą z tej przygody. Gzyms na przodzie nory był miejscem niebezpiecznym, niewartym ryzyka dla zgłębienia soczystych zapachów świata zewnętrznego. „Trzymając się legowiska” – rozumowałem – „będę całkowicie bezpieczny”.

Jak się okazało kilka dni później, byłem w ogromnym błędzie.

Mama drzemała, odwrócona do nas grzbietem. Mojemu rodzeństwu, a zwłaszcza Ciężkiemu, to się nie podobało, bo przyzywał nas smakowity zapach z jej sutków i mój brat znowu domagał się mleka. Żadne z nas nie było jednak wystarczająco silne czy sprawne ruchowo, żeby przez nią przejść, a ona wcisnęła się w najdalszy kąt nory, blokując do siebie dostęp głową i ogonem.

Nagle podniosła pyszczek na dźwięk szumiącej maszyny, który czasami docierał do nory. Dotychczas pojawiał się i szybko znikał, ale tym razem był blisko i to, co go wydawało, w pewnej chwili przystanęło. Usłyszeliśmy trzaśnięcie, a zaniepokojona Mama wstała i postawiła uszy, podnosząc głową elastyczny dach.

Coś się zbliżało – ciężkie stąpanie było coraz głośniejsze. Mama przycisnęła się do tylnej ściany nory, a my poszliśmy w jej ślady. Wszyscy zapomnieliśmy o mleku, nawet Ciężki.

Światło wlewające się przez prostokątną dziurę odciął jakiś mroczny cień, rozległ się głośny łoskot i nagle krawędź świata została zatrzaśnięta, a my znaleźliśmy się w pułapce bez wyjścia. Mama dyszała, strzelając białkami oczu, i już wiedzieliśmy, że zaraz stanie się coś strasznego. Próbowała przecisnąć się przez jeden z boków nory, ale dach był naciągnięty zbyt nisko; udało jej się tylko wystawić nos na powietrze.

Podłogą zakołysało, rozległo się kolejne trzaśnięcie, aż podłoże zaczęło wibrować pod naszymi łapami przy wtórze ogłuszającego ryku. Norą szarpnęło i całą dzieciarnię rzuciło na jedną stronę. Łapy rozjeżdżały nam się na śliskiej metalowej powierzchni. Spojrzałem na Mamę, która wbiła w nią pazury, żeby się nie przewrócić. Nie była w stanie nam pomóc. Całe moje rodzeństwo zanosiło się płaczem, próbując się do niej dostać, ale ja zostałem na miejscu, walcząc o utrzymanie równowagi. Nie pojmowałem, co mną tak rzuca; wiedziałem tylko, że jeśli Mama się boi, to ja powinienem umierać ze strachu.

Telepanie, podskakiwanie i trzęsawka trwały tak okropnie długo, aż zacząłem myśleć, że odtąd w ten sposób będzie wyglądało moje życie, że Mama już zawsze będzie sparaliżowana strachem, a mną będzie rzucało na prawo i lewo. Nagle nora wyhamowała i wszyscy wylądowaliśmy w kotłowaninie na tylnej ścianie. Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki hałas i miotające nami siły ustały. Nawet wibracje się uspokoiły.

Mama wciąż się bała. Patrzyłem, jak na trzaśnięcie metalu o metal robi się czujna i błyskawicznie odwraca głowę do miejsca, w którym wcześniej był gzyms, a z którego teraz dobiegał jakiś chrzęst.

Umierałem ze strachu, widząc, jak obnaża kły. Moja spokojna, łagodna matka zamieniła się w dzikie, wściekłe zwierzę ze zjeżoną sierścią i zimnymi oczami.

Gzyms z łoskotem wrócił na miejsce i nagle naszym oczom ukazała się sylwetka mężczyzny. Instynktownie poczułem, że nie jest mi obcy; zupełnie jakbym czuł na sobie jego dotyk albo go pamiętał, choć przecież nigdy wcześniej nie widziałem podobnego stworzenia. Zauważyłem krzaczaste włosy pod nosem, okrągły brzuch i zaskoczone spojrzenie.

Mama skoczyła do przodu, kłapiąc zajadle zębami i ostrzegawczo szczekając.

– Aaa! – Zszokowany mężczyzna się cofnął, znikając z pola widzenia. Mama nie przestawała szczekać.

Moje bezradne rodzeństwo zamarło, sparaliżowane strachem. Mama zaczęła się cofać w naszą stronę ze zjeżoną sierścią, położonymi po sobie uszami i cieknącą z pyska śliną. Biła od niej wściekłość matki chroniącej młode; ja to czułem, moje rodzeństwo to czuło, a biorąc pod uwagę reakcję mężczyzny, bez wątpienia on też to poczuł.

Nagle podskoczyliśmy na dźwięk trzaśnięcia i gzyms na powrót zniknął, odcinając dopływ słońca. Od całkowitej ciemności ratowało nas przyćmione światło przebijające przez cienki dach.

Zapadła cisza, która wydawała się głośna niczym wcześniejsze szczekanie Mamy. W półmroku widziałem, jak gromadka szczeniąt się rozbija i rzuca na nią, szukając sutka dla ukojenia skołatanych nerwów. Z westchnieniem dała za wygraną, kładąc się i spełniając ich rozgorączkowaną prośbę.

Co tu się właśnie stało? Mama się bała, ale przemieniła strach w coś dzikiego. Tamten mężczyzna też się bał, lecz tylko wydał z siebie okrzyk zaskoczenia. A ja byłem dziwnie spokojny, jakbym rozumiał coś, czego moja matka nie pojmowała.

Choć to nieprawda. Niczego nie rozumiałem.

Po pewnym czasie Mama podeszła do miejsca pozostałego po gzymsie i zaczęła je obwąchiwać. Przycisnęła głowę do plandeki, lekko ją unosząc, aż do nory wpadł snop światła. Zaskomlała cicho, mrożąc mi krew w żyłach.

Nagle usłyszeliśmy chrzęst, który skojarzył mi się z tamtym mężczyzną, a potem jakieś głosy:

– Chcesz zajrzeć?

– Nie, jeśli jest wściekła, jak mówisz. Ile może być tych szczeniaków?

– Z sześć. Nie zdążyłem policzyć, bo się na mnie rzuciła. Myślałem, że wyrwie mi rękę.

Stwierdziłem, że to rozmawiający ze sobą mężczyźni. Było ich dwóch, tak wyczułem po zapachach.

– Po co w ogóle zostawiłeś otwartą klapę?

– Nie wiem.

– Potrzebujemy tej furgonetki. Musisz pojechać po sprzęt.

– Tak, ale co ze szczeniakami?

– Do rzeki z nimi. Masz strzelbę?

– Co? Nie, nie mam żadnej strzelby, na miłość boską.

– Mam pistolet w bagażniku.

– Nie chcę strzelać do gromady szczeniąt, Larry.

– Pistolet jest na matkę. Kiedy jej zabraknie, natura sama zrobi porządek ze szczeniakami.

– Larry…

– Rób, co mówię.

– Tak jest.

– I gra gitara.

Dwa

Chwilę później znowu zaczęło się ślizganie, rzucanie i hałasy, których nie pojmowaliśmy. Ale była to powtórka z rozrywki, więc już się tak nie bałem. Może zaraz rozgardiasz ucichnie, przestanie nami rzucać, gzyms wróci na swoje miejsce, Mama obnaży kły i poszczeka, a mężczyzna krzyknie? Tym razem byłem bardziej zainteresowany zapachami wlewającymi się przez szczelinę między trzepocącym dachem a metalowymi ścianami nory: mieszanką boskich egzotycznych woni niosących ze sobą obietnicę wielkiego świata.

Gdy znowu rzuciło nas na tylną ścianę i wibracje ustały, Mama się spięła i chyba wszyscy mieliśmy świadomość, że na zewnątrz przechadza się mężczyzna. Tylko że czas mijał i nic się nie działo, jedynie Mama dreptała w kółko, dysząc niespokojnie. Zauważyłem, że Ciężki chodzi za nią krok w krok, zaprzątnięty wyłącznie myślami o posiłku, ale ja wiedziałem, że Mama nie ma zamiaru nas teraz karmić.

Potem rozległy się głosy. Je też już znałem, więc tylko ziewnąłem.

– Okej, nie mam pojęcia, jak to zrobić. – Tego głosu jeszcze nie słyszałem. Wyobraziłem sobie innego mężczyznę.

– Może zamiast otwierać klapę, po prostu zwinę plandekę? – Ten należał do mężczyzny, który wcześniej krzyknął.

– Mamy chyba tylko jedno podejście. Kiedy matka się zorientuje, co robimy, wyskoczy.

– Dobra.

– Zapomniałem zapytać: masz tę broń przy sobie? – zapytał Nowy Głos.

– Tak – odparł Znajomy Głos.

– Mogę?

– Jasne, proszę. Nigdy w życiu nie strzelałem.

Spojrzałem na Mamę. Sprawiała wrażenie mniej zestresowanej. Może wszystkie psy się uspokajają, kiedy mają powtórkę z rozrywki.

Rozległo się stłumione pstryknięcie.

– Gotów?

– Tak.

Przy wtórze głośnego trzasku po obu stronach nory pojawiły się ręce, a do środka wdarło się światło. Mężczyźni zrywali dach, obserwując nas z góry. Mama zaczęła złowrogo warczeć. Było ich dwóch: ten z owłosieniem pod nosem i drugi, wyższy, z gładką twarzą i większą ilością włosów na głowie.

Gładkolicy się uśmiechnął, pokazując białe zęby.

– Okej, mała. Nie ruszaj się. Pójdzie szybciej, jeśli będziesz spokojna.

– Wcześniej prawie wyrwała mi rękę ze stawu – powiedział owłosiony.

Ten z gładką twarzą gwałtownie podniósł wzrok.

– Ugryzła cię?

– Ee… nie.

– Dobrze wiedzieć.

– Ale nie jest przyjacielska.

– Ma szczeniaki. To instynkt macierzyński.

Mama warczała coraz głośniej, obnażając kły.

– Hej, tylko spokojnie – przemówił do niej Gładkolicy kojącym tonem.

– Uważaj!

Drapiąc pazurami, Mama podbiegła do wyrwy w dachu i wyskoczyła. Moje rodzeństwo instynktownie ruszyło za nią, ale na próżno.

– Cóż, to było do przewidzenia – parsknął śmiechem Gładkolicy. – Widziałeś, jaka była wychudzona? Od dawna jest bezdomna. Nie zaufa człowiekowi, nawet słysząc najłagodniejsze tony.

– Duża.

– Najwięcej w niej chyba z malamuta. Ale te szczeniaki mają jeszcze jakąś inną domieszkę krwi. Może doga niemieckiego?

– Hej, a w ogóle to dzięki za wyjęcie kuli z pistoletu, nie miałem pojęcia, jak się do tego zabrać – odparła Owłosiona Twarz.

– Wyjąłem też magazynek. Nie do wiary, że dał ci naładowaną broń. To niebezpieczne.

– No cóż, to mój szef, więc nie będę składał zażalenia. Ale nie zdradzisz nikomu, że nie wykonałem zadania? Nie chciałbym, żeby to do niego dotarło.

– Powiedz mu, że zrobiłeś, co kazał. Wyjąłem kule, więc mamy dowód.

Kiedy mężczyźni wyciągnęli do nas ręce, moje rodzeństwo zaprezentowało cały wachlarz reakcji. Niektórzy skulili się ze strachu, a inni, w tym Ciężki, merdali ulegle ogonami.

– Czy mogę zobaczyć szczeniaczki? – Na dźwięk trzeciego, cieniutkiego głosiku podniosłem głowę.

– Pewnie, Avo, hop! – Gładkolicy podniósł z ziemi małego człowieka. To była mała dziewczynka. Klasnęła w dłonie.

– Szczeniaczki! – zapiszczała radośnie cieniutkim głosem.

Gładkolicy postawił ją z powrotem na ziemi.

– Pora wsadzić je do transporterki.

Jednym szybkim ruchem wziął mnie na ręce. Umieszczono mnie z rodzeństwem w koszyku; wszyscy zaczepiliśmy łapkami o boki i wystawiliśmy noski, próbując z niego wyjrzeć.

Nad koszykiem pojawiła się uśmiechnięta twarz dziewczynki. Wpatrywałem się w nią, zaintrygowany mieszanką słodkich korzennych i kwiatowych zapachów.

– Okej, Avo, zanieśmy te maleństwa do środka, żeby nie zmarzły.

Koszykiem zakołysało i świat raz jeszcze pogrążył się w chaosie, tyle że większym niż wcześniej, bo teraz nie było przy nas Mamy. Kilka przestraszonych szczeniaczków zaczęło popiskiwać, ale ja skupiłem się na schodzeniu z drogi rozpędzonej kulce imieniem Ciężki.

Raptem powietrze zrobiło się cieplejsze, a nowa nora się zatrzymała. Dziewczynka sięgnęła do koszyka i mnie wyjęła, a ja momentalnie zacząłem upajać się jej dotykiem, gdy przytuliła mnie do twarzy. Jej jasne oczy przyglądały mi się z bardzo bliska i od razu zapragnąłem ją polizać, choć nie miałem pojęcia, skąd się wziął ten impuls.

– Jest problem, Avo – odezwał się Gładkolicy. – Możemy karmić je butelką, ale nie mam pewności, czy bez matki przeżyją.

– Ja to zrobię! – wtrąciła natychmiast dziewczynka.

– Wiem, wiem. Ale wrócimy dziś późno do domu, mama będzie zła.

Dziewczynka nie odrywała ode mnie wzroku, a ja wpatrywałem się w nią z zachwytem.

– Tego chcę zatrzymać.

Mężczyzna się zaśmiał.

– Chyba nie możemy, Avo. Przygotujmy butelki.

Każde doświadczenie było dla mnie całkowitą nowością. Kiedy dziewczynka położyła sobie mnie na grzbiecie między nogami, zacząłem się wiercić, bo było mi niewygodnie, ale gdy tylko przybliżyła mi do mordki coś małego i poczułem cudowny zapach mleka, chwyciłem przedmiot w pyszczek i zacząłem ssać jak maminy sutek, napełniając brzuszek wspaniałym słodkim pokarmem.

W norze Mamy noc zapadała stopniowo, ale w tym nowym miejscu nadeszła tak nagle, w jednej chwili, że moje rodzeństwo aż się wzdrygnęło. Pozbawieni Mamy byliśmy niespokojni i minęło dużo czasu, zanim w końcu zasnęliśmy. Ja umościłem się na Ciężkim, co było znacznie lepszym rozwiązaniem niż na odwrót.

Nazajutrz rano dziewczynka i mężczyzna wrócili, a my znowu dostaliśmy posiłek, gdy leżeliśmy na grzbiecie. Wiedziałem, że moje rodzeństwo zostało nakarmione, bo pyszczki pachniały im gęstym mlekiem.

– Musimy znaleźć ich matkę, Avo – powiedział Gładkolicy. – Inaczej nie będziemy w stanie karmić ich butelką tyle, ile potrzeba.

– To w poniedziałek nie pójdę do szkoły – odparła dziewczynka.

– Tak nie wolno.

– Tatusiu…

– Avo, pamiętasz, jak ci tłumaczyłem, że czasami nie możemy pomóc znalezionemu zwierzęciu, bo jest za bardzo chore albo zmaltretowane? Podobnie z tymi szczeniakami. Muszę się zaopiekować innymi zwierzętami i na razie nie mam nikogo do pomocy.

– Proszę…

– Może ich matka wróci, okej? Ava? Miejmy nadzieję, że zatęskni za swoimi małymi.

Stwierdziłem, że dziewczynka ma na imię Ava. Niedługo potem wzięła mnie na ręce i w jej ciepłych ramionach poczułem się bezpieczny. Wyniosła mnie na chłodne powietrze przytulonego do swojej piersi.

Mamę poczułem, jeszcze zanim ją zobaczyłem. Ava wstrzymała oddech.

– To ty jesteś jego mamusią? – zapytała cichutko.

Mama wyłoniła się zza gęstych drzew i zaczęła się do nas ostrożnie skradać przez trawę. Gdy dziewczynka przemówiła, Mama zniżyła głowę, przy każdym niepewnym kroku pokazując nieufność.

Ava postawiła mnie na trawie i zaczęła się cofać. Mama odprowadziła ją podejrzliwym wzrokiem aż do drzwi budynku.

– Tatusiu! Ich mama wróciła! – zawołała piskliwie. – Już dobrze, suńciu – dodała kojącym tonem. – Podejdź do swojego dziecka.

Zastanawiałem się, co takiego robimy.

Trzy

Ava uderzyła dłońmi o uda.

– No chodź, psia mamusiu! Proszę! Jeśli nie przyjdziesz i nie uratujesz swoich dzieci, to umrą.

Choć nie rozumiałem, co mówiła, jej słowa były zaprawione bólem. Doszedłem do wniosku, że tu pomoże tylko szczeniaczek. Dokonując świadomego wyboru, odwróciłem się od Mamy i podreptałem do Avy. Kochałem Mamę, ale w głębi serca czułem, że moje miejsce jest u boku ludzi.

– Psia mamusiu, chodź po swojego malucha! – zawołała Ava. Wzięła mnie na ręce i weszła tyłem do budynku. Mama stanęła ostrożnie w progu, nie zrobiła ani kroku dalej.

Ava postawiła mnie na podłodze.

– Chcesz swojego maluszka? – zapytała.

Nie wiedziałem, co robić. I Mama, i Ava były zalęknione. Niepokój aż od nich bił; czułem go w kwaśnym oddechu Mamy i w zapachu skóry dziewczynki. Zaskomlałem skołowany, merdając ogonem. Zacząłem się przysuwać do Mamy i to chyba przesądziło sprawę. Nie spuszczając ze mnie wzroku, weszła do środka. Przypomniało mi się, jak wskoczyła do nory z Ciężkim w pyszczku, i już wiedziałem, co będzie dalej. Doskoczyła, żeby mnie pochwycić.

Nagle zatrzasnęły się za nią drzwi. Ten dźwięk chyba ją przeraził, bo położyła uszy po sobie i zaczęła biegać w panice po wąskim korytarzu, aż wreszcie wyskoczyła przez boczne drzwi. W oknie zobaczyłem Gładkolicego i nie wiedzieć czemu pomerdałem do niego ogonem.

Gdy zniknął, poszedłem za zapachem Mamy, który zaprowadził mnie do małego pokoju. Przy tylnej ścianie stała ławka – to tam się schowała, dysząc ze ściągniętym ze strachu pyszczkiem.

W drzwiach za mną wyczułem obecność dziewczynki i mężczyzny.

– Nie podchodź bliżej, Avo – nakazał mężczyzna. – Zaraz wracam.

Chciałem pobiec do Mamy, ale dziewczynka podniosła mnie z podłogi. Trąciła mnie nosem i aż zacząłem się wić z rozkoszy.

Mama ani drgnęła, przywarła tylko mocniej do podłogi pod ławką. Wrócił mężczyzna, ciągnąc za sobą mocny zapach mojego rodzeństwa. Postawił na podłodze naszą klatkę i otworzył drzwiczki. Na czele z Ciężkim szczeniaczki wysypały się z niej i skotłowały na podłodze. Zauważywszy Mamę, popędziły do niej, tratując się nawzajem. Z postawionymi uszami wysunęła się spod ławki, nie odrywając wzroku od Avy. W mgnieniu oka obległa ją chmara piszczących szczeniąt i Mama położyła się przy ławce, pozwalając im się pożywić.

Dziewczynka postawiła mnie na podłodze i pobiegłem dołączyć do rodzinki.

– To było bardzo mądre, Avo! Zachowałaś się dokładnie tak, jak trzeba – pochwalił ją mężczyzna.

Wkrótce się dowiedziałem, że Ava nazywa go Tatą, a inni ludzie z budynku Samem. To było za trudne na mój rozumek, więc postanowiłem myśleć o nim po prostu jako o Tacie Samie.

Ava nie przebywała w budynku bez ustanku, czasem nawet nie pojawiała się w ciągu całego dnia. Niemniej uważałem ją za swoją dziewczynkę, należącą do mnie i do nikogo innego. W naszej dużej sali stały klatki z innymi psami do obwąchiwania, obserwowania i słuchania. Była wśród nich psia mama jak nasza; w powietrzu unosił się zapach jej mleka, a z klatki na końcu sali dobiegały popiskiwania drugiej gromadki szczeniąt. Wyczuwałem również obecność zupełnie innego zwierzęcia, którego silna obca woń napływała z innej części budynku, i zastanawiałem się, co to może być za stwór.

Życie w metalowej norze z trzeszczącym dachem zdawało się odległym snem. Ni stąd, ni zowąd mleko Mamy stało się pożywniejsze i bardziej obfite, a z pyszczka przestało jej cuchnąć zgnilizną.

– Przybiera na wadze mimo karmienia, to dobry znak – powiedział raz Tata Sam do Avy. – Kiedy już odstawi je od piersi, wysterylizujemy ją i znajdziemy jej nowy kochający dom. – Mama zawsze uciekała przed Tatą Samem, ale po pewnym czasie zaczęła chętnie przychodzić do Avy, która mówiła na nią „Kiki”.

Mnie nazywała Baileyem i wkrótce zrozumiałem, że to właśnie moje imię: Bailey. Ciężki został Buddą. Całe moje rodzeństwo dostało nowe imiona, a dni upływały nam na zabawie w klatce i na porośniętym trawą podwórku otoczonym drewnianymi ścianami.

Żadne z moich braci i sióstr nie rozumiało, że mnie i Avę łączy wyjątkowa więź, i gdy tylko otwierała drzwiczki naszej klatki, obsiadali ją jak muchy. W końcu zacząłem podbiegać do drzwiczek, już kiedy wchodziła do dużej sali, czekając w gotowości, aż nas wypuści.

Poskutkowało! Podnosiła mnie, podczas gdy reszta szczeniąt kłębiła się u jej stóp, umierając z zazdrości.

– Bailey, jesteś taki podekscytowany, jakbyś wiedział, na co się zanosi!

Trzymała mnie na rękach, bo to ja byłem wybrańcem. Moje rodzeństwo podreptało za nami korytarzem. Otworzyła jakieś drzwi i postawiła mnie na podłodze, więc zdecydowałem się wskoczyć na Ciężkiego Buddę.

– Zaraz wracam! – zawołała śpiewnie.

Byliśmy już na tyle duzi, by w biegu nie potykać się o własne łapy. Ciężki Budda skoczył na gumową piłkę, więc my gremialnie wdrapaliśmy się na niego. Miło było wiedzieć, że nie tylko mnie nie uśmiecha się miażdżenie przez naszego brata.

Drzwi znowu się otworzyły i Ava zadziwiła mnie, sadzając na podłodze trzy zupełnie nowe szczeniaki! Wszyscy natychmiast podbiegliśmy do siebie z merdającymi ogonami, obwąchując się i wspinając w celu podgryzania uszu.

Jedno ze szczeniąt, suczka, miało czarny zapadnięty pyszczek i brązowy tułów z białą łatą na piersi, a dwaj bracia białe kropki na pyszczkach. Suczka miała krótką sierść i gdy stanęliśmy nos w nos, reszta szczeniaków wyparowała, jakby nagle po prostu przestała istnieć – nawet kiedy jedno z nich na nas wpadło. Gdy suczka o czarnym pyszczku postanowiła pobiegać wokół podwórka, nie odstępowałem jej na krok.

Od tamtej pory regularnie spotykaliśmy się z tą drugą psią rodzinką i Ava nazwała moją sunię Lacey. Lacey była mniej więcej w moim wieku, miała muskularne, zbite ciałko i bystre czarne oczy. Zawsze się wyszukiwaliśmy i bawiliśmy tylko ze sobą. Nie wiedzieć dlaczego czułem, że należę bardziej do niej niż do Avy. W moich snach siłowaliśmy się ze sobą, a na jawie podnosiłem nos, obsesyjnie wyszukując jej zapach w mieszance psich woni. Jedyną bolączką mojego idealnego życia był niewytłumaczalny fakt, że nikt nie wpadł na to, by umieścić nas razem w klatce.

Kiedy Mama zaczęła nas unikać, ignorując błagania o mleko, Tata Sam zaczął nam podstawiać miseczki z papkowatym jedzeniem. Ciężki Budda najwidoczniej stwierdził, że aby zjeść ich zawartość, musi w nich stawać. Ta nowa zmiana w diecie była tak wspaniała, że śniłem o niej równie często jak o Lacey.

Nie posiadałem się z radości, gdy wreszcie wylądowałem z nią w jednej klatce, w środku „furgonetki”, jak nazywał to miejsce Tata Sam. Był to pokój o wysokich metalowych ścianach, przy których jedna na drugiej stały psie klatki, choć jego wnętrze wypełniał zapach tamtego tajemniczego zwierzęcia. Ale nie przeszkadzało mi to; najważniejsze, że Ava zauważyła, jak bardzo się z Lacey kochamy, i doszła do prawidłowego wniosku, że musimy być ze sobą na zawsze. Lacey przekręciła się na grzbiet, a ja zająłem się podskubywaniem jej gardła i szczęki. Prawie cały brzuch miała biały, a sierść na nim równie zbitą i krótką jak na grzbiecie – w przeciwieństwie do mojego rodzeństwa, zaopatrzonego w gęstą szarą sierść i białe pyszczki z szarymi łatami między oczami oraz wokół nosa. Jakby się nad tym zastanowić, to pewnie wyglądałem tak samo. Uszy Lacey były tak miękkie i ciepłe, że podgryzałem je z upodobaniem i czułością, aż drżała mi szczęka.

– Tatusiu, czy na pikniku adopcyjnym będą też koty? – zapytała Ava.

– Nie, tylko psy. Koty będą za dwa miesiące. Sezon na kocięta zaczyna się w maju.

W furgonetce rzucało nami jak wtedy, gdy poznaliśmy Tatę Sama i Avę. Trwało to tak długo, że oboje z Lacey w końcu zasnęliśmy – ja z łapą w jej pysiu.

Obudziliśmy się, gdy furgonetką szarpnęło i nagle zapanował spokój. Jej bok się otworzył i do środka wlało się zatrzęsienie psich zapachów!

Wszyscy zaczęliśmy skomleć, żeby nas wypuszczono na spotkanie z przygodą, ale nie było nam to dane. Zamiast tego Tata Sam wyniósł po kolei z furgonetki klatki. Kiedy sięgnął po naszą, przywarliśmy z Lacey do podłogi, bo od tego kołysania aż zakręciło nam się w głowie. Wciąż nie otwierając drzwiczek, postawił nas na piasku. Na wprost zobaczyłem Ciężkiego Buddę w klatce z dwoma naszymi braćmi i uzmysłowiłem sobie, że wszystkie psy z furgonetki zostały tu przeniesione, a ich klatki ustawiono w okręgu. Na zewnątrz psie zapachy były jeszcze bardziej uderzające. Po rundce obwąchiwania Lacey wspięła się na mnie i zaczęliśmy się siłować. Kątem oka widziałem zaglądających do klatek ludzi, małych i dużych, ale w głównej mierze byłem zaabsorbowany Lacey.

Nagle zrzuciła mnie z siebie i zobaczyłem, w co się tak wpatruje. Była to dziewczynka niewiele starsza od Avy, ale zupełnie do niej niepodobna: podczas gdy Ava miała jasne włosy, oczy i skórę, ta dziewczynka była ciemniejsza, miała czarne włosy i ciemne oczy. Przypominała Avę jedynie zapachem, słodkim i kwiatowym.

– Och, jesteś najładniejszym szczeniaczkiem na świecie, jesteś taka piękna – szepnęła dziewczynka. Gdy włożyła palce przez druty klatki i Lacey je polizała, poczułem bijące od niej uwielbienie. Próbowałem dopchać się do nich po swoją porcję czułości, ale dziewczynka widziała tylko Lacey.

Tata Sam przykucnął obok niej.

– Ma na imię Lacey i jak widać, najwięcej w niej z bokserki.

– Chcę ją – oznajmiła nowa dziewczynka.

– Zawołaj rodziców, to ją wypuszczę, żebyś się z nią pobawiła – zaproponował Tata Sam. Dziewczynka oddaliła się w podskokach. Wymieniliśmy z Lacey skonsternowane spojrzenia.

Chwilę później pojawił się mężczyzna mniej więcej w wieku Taty Sama, a za nim chłopiec, starszy i większy od Avy. Zacząłem merdać ogonem, bo jeszcze nigdy nie widziałem chłopca: był jakby męską wersją dziewczynki!

– Oboje są z jednego miotu? Suczka wydaje się mniejsza – zauważył Nowy Mężczyzna. Chłopiec stał z boku z rękami w kieszeniach. Pierwszy raz w życiu miałem do czynienia z kimś, kto nie miał ochoty na zabawę ze szczeniakami.

– Nie. Sądzimy, że ojcem samczyka jest przedstawiciel jakiejś dużej rasy, może dog niemiecki. Szczeniaczek ma około dziesięciu tygodni, a już jest spory – odparł Tata Sam. – Matka to malamut z domieszką krwi. Suczka jest z innego miotu, to miks boksera. Wabi się Lacey.

– Potrzebujemy dużego psa.

– Jeśli przez „duży” ma pan na myśli wysokiego jak wilczarz irlandzki, to większego niż malamut z domieszką doga pan nie znajdzie. A na pewno nie bardziej przysadzistego. Proszę tylko spojrzeć na jego łapy. – Tata Sam parsknął śmiechem.

– Wasze schronisko jest w Grand Rapids? Kawał drogi.

– Tak, przywieźliśmy nasze największe psy. W tych stronach mają wzięcie, miastowi wolą mniejsze. Kurs powrotny robię z yorkami, chihuahua i innymi mniejszymi rasami z okolicznych schronisk.

Położyłem się na grzbiecie, żeby ułatwić Lacey dostęp do swojego gardła. Do Nowego Mężczyzny dołączyła jakaś starsza kobieta i z uśmiechem zajrzała do klatki, ale byłem za bardzo zajęty tarmoszeniem przez Lacey, żeby zwracać na nią zbytnią uwagę.

– Jak mówiłem – ciągnął Nowy Mężczyzna – interesują nas bardziej duże psy. Z uwagi na mojego drugiego syna, Burke’a. Urodził się z chorobą kręgosłupa. Lekarze chcą zaczekać z operacją, aż podrośnie, więc jeździ na wózku. Potrzebujemy psa, który będzie mu asystował, pociągnie wózek i tym podobne.

– Ach. – Tata Sam pokręcił głową. – Są specjalne organizacje, które zajmują się tresurą psów asystentów. To ciężka praca. Warto się z którąś skontaktować.

– Syn mówi, że wytresowane psy powinny trafiać do ludzi, którzy nie mają szans na wstanie z wózka. Odmawia współpracy z organizacjami. – Nowy Mężczyzna wzruszył ramionami. – Burke potrafi być… uparty.

Chłopiec z rękami w kieszeniach prychnął i przewrócił oczami.

– Dość tego, Grant – upomniał go Nowy Mężczyzna.

Chłopiec kopnął w ziemię.

– Może przyprowadzi pan do nas swojego drugiego syna, żeby sam zobaczył szczeniaka? Wabi się Bailey.

Nowy Mężczyzna, starsza pani i chłopiec gwałtownie podnieśli wzrok. Oboje z Lacey to zauważyliśmy i zastygliśmy w bezruchu, zastanawiając się, co się dzieje.

– Powiedziałem coś nie tak? – zapytał Tata Sam.

– Po prostu mieliśmy już w rodzinie jednego Baileya – wyjaśnił Nowy Mężczyzna. – Czy ewentualnie moglibyśmy zmienić mu imię?

– Byłby wasz, więc jak najbardziej. Wróci pan z drugim synem? Burkiem?

Przez chwilę nikt się nie odzywał. Starsza kobieta dotknęła lekko ramienia Nowego Mężczyzny.

– On… nie chce, żeby ludzie widzieli go na wózku. Kiedyś mu to nie przeszkadzało, ale ostatni rok był trudny. W czerwcu kończy trzynaście lat.

– Ach, okres dojrzewania tuż za rogiem – stwierdził sucho Tata Sam. – Za kilka lat czeka mnie to samo, Ava ma dziesięć lat.

– Myślę, że mogę już podjąć decyzję – oznajmił Nowy Mężczyzna. – Rozumiem, że jest jakaś opłata?

– Opłata i formularz – odparł radośnie Tata Sam.

Nasi goście odeszli, rozmawiając ze sobą. Nagle wróciła dziewczynka o ciemnych włosach, ciągnąc za sobą dwoje dorosłych.

– To ona, tatusiu! – zawołała. Uklękła, otworzyła klatkę i wyjęła z niej Lacey. Ruszyłem za nią, ale zatrzasnęła mi drzwiczki przed nosem.

Zaniepokojony patrzyłem, jak się odwraca. Dokąd zabierała Lacey?

Cztery

Dalsza część dostępna w wersji pełnej

Spis treści:

Okładka
Karta tytułowa
Prolog
Jeden
Dwa
Trzy
Cztery
Pięć
Sześć
Siedem
Osiem
Dziewięć
Dziesięć
Jedenaście
Dwanaście
Trzynaście
Czternaście
Piętnaście
Szesnaście
Siedemnaście
Osiemnaście
Dziewiętnaście
Dwadzieścia
Dwadzieścia jeden
Dwadzieścia dwa
Dwadzieścia trzy
Dwadzieścia cztery
Dwadzieścia pięć
Dwadzieścia sześć
Dwadzieścia siedem
Dwadzieścia osiem
Dwadzieścia dziewięć
Trzydzieści

TYTUŁ ORYGINAŁU:

A Dog’s Promise

Redaktorka prowadząca: Ewelina Kapelewska

Wydawczyni: Agata Garbowska

Redakcja: Adrian Kyć

Korekta: Bożena Sęk

Projekt okładki: Łukasz Werpachowski

Zdjęcie na okładce: © Dora Zett / Shutterstock.com

A DOG’S PROMISE

Copyright © 2019 by W. Bruce Cameron

All rights reserved.

Copyright © 2021 for the Polish edition

by Wydawnictwo Kobiece Łukasz Kierus

Copyright © for the Polish translation by Edyta Świerczyńska, 2021

Wszelkie prawa do polskiego przekładu i publikacji zastrzeżone. Powielanie i rozpowszechnianie z wykorzystaniem jakiejkolwiek techniki całości bądź fragmentów niniejszego dzieła bez uprzedniego uzyskania pisemnej zgody posiadacza tych praw jest zabronione.

Wydanie elektroniczne

Białystok 2021

ISBN 978-83-66815-59-9

Bądź na bieżąco i śledź nasze wydawnictwo na Facebooku:

www.facebook.com/kobiece

Wydawnictwo Kobiece

E-mail: [email protected]

Pełna oferta wydawnictwa jest dostępna na stronie

www.wydawnictwokobiece.pl

Na zlecenie Woblink

woblink.com

plik przygotowała Katarzyna Rek