O krok za daleko - Abbi Glines - ebook

13 osób właśnie czyta

Opis

"Od miłości do nienawiści
Od pożądania po namiętność

Blair ma dziewiętnaście lat, jest niedoświadczona i delikatna. Może polegać wyłącznie na sobie. Tak się złożyło, że zostało jej tylko kilka rzeczy osobistych, stary pikap i broń w schowku – tak na wszelki wypadek. Jej ostatnią deską ratunku jest ojciec, którego nie widziała od lat.
Rush ma wszystko. Jest młody, przystojny, bogaty i ma boskie ciało! W dodatku to syn znanego muzyka. Za takim chłopakiem jak on dziewczyny pójdą w ogień.
Kiedy Rush i Blair spotykają się, wybucha między nimi pożądanie, które sprawia, że wszystko inne przestaje się liczyć. Uczucie, o którym każdy marzy, by przytrafiło się choć raz w życiu. Wiedzą, że jednak nie powinni być razem. Że ich miłość to tabu i nie wolno im wkraczać na zakazane dla nich obszary namiętności.

Czy posuną się O krok za daleko? "

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 247

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Co­py­ri­ght © Abbi Gli­nes 2012

Co­py­ri­ght for the Po­lish edi­tion © Wy­daw­nic­two Pas­cal

Ta książ­ka jest fik­cją li­te­rac­ką. Ja­kie­kol­wiek po­do­bień­stwo do rze­czy­wi­stych osób, ży­wych lub zmar­łych, au­ten­tycz­nych miejsc, wy­da­rzeń lub zja­wisk jest czy­sto przy­pad­ko­we. Bo­ha­te­ro­wie i wy­da­rze­nia opi­sa­ne w tej książ­ce są two­rem wy­obraź­ni au­tor­ki bądź zo­sta­ły zna­czą­co prze­two­rzo­ne pod ką­tem wy­ko­rzy­sta­nia w po­wie­ści.

Au­tor: Abbi Gli­nes

Ty­tuł: O krok za da­le­ko

Ty­tuł ory­gi­nal­ny: Fal­len Too Far

Tłu­ma­cze­nie: Aga­ta Żbi­kow­ska

Re­dak­cja: Ewa Res­sel

Ko­rek­ta: Ju­sty­na To­mas

Pro­jekt gra­ficz­ny okład­ki: Ka­ta­rzy­na Bor­kow­ska

Zdję­cie na okład­ce: Tri­net­te Reed/Cor­bis/Fo­to­Chan­nels

Re­dak­tor pro­wa­dzą­ca: Bar­ba­ra Fi­li­pek

Re­dak­tor na­czel­na: Agniesz­ka Het­nał

Wy­daw­nic­two Pas­cal sp. z o.o.

ul. Za­po­ra 25

43-382 Biel­sko-Bia­ła

www.pas­cal.pl

Biel­sko-Bia­ła 2014

ISBN 978-83-7642-442-2

eBo­ok ma­îtri­sé parAte­lier Du Châte­aux

Dedykacja

Dla Liz Re­in­hardt, któ­ra była moją oso­bi­stą che­er­le­ader­ką, gdy pi­sa­łam tę książ­kę. Cza­sem spo­ty­ka­my lu­dzi, któ­rzy sta­ją się nam tak bli­scy, że nie wy­obra­ża­my so­bie bez nich ży­cia. Liz jest jed­ną z ta­kich osób.

Podziękowania

Ta książ­ka ni­g­dy by się nie uka­za­ła, gdy­by nie wy­mie­nio­ne ni­żej oso­by, któ­re czy­ta­ły ją i dzie­li­ły się ze mną cen­ny­mi ra­da­mi oraz sło­wa­mi wspar­cia.

Col­le­en Ho­over, Liz Re­in­hardt, Eli­za­beth Rey­es, Tra­cey Gra­ves-Gra­ves, An­gie Stan­ton, Tam­ma­ra Web­ber, Au­tumn Hull i Ni­cho­le Cha­se. Wszyst­kie one wspie­ra­ły mnie, gdy wa­ha­łam się, czy wy­dać tę po­wieść. Nie po­zwo­li­ły mi w sie­bie zwąt­pić. Ta książ­ka ist­nie­je dzię­ki nim. Dziew­czy­ny, ko­cham Was wszyst­kie.

Dzię­ku­ję Sa­rze Han­sen za współ­pra­cę przy pro­jek­cie gra­ficz­nym książ­ki. To ge­nial­na ko­bie­ta. Uwiel­biam ją. W jej to­wa­rzy­stwie czas spę­dza się po pro­stu od­lo­to­wo. Mu­si­cie mi uwie­rzyć… Ja to wiem ;)

Ke­ith, mój mąż, to­le­ro­wał ba­ła­gan w domu, brak czy­stych ubrań i moje wa­ha­nia na­stro­jów, gdy pi­sa­łam tę książ­kę (i wszyst­kie po­zo­sta­łe).

Tro­je mo­ich uko­cha­nych dzie­cia­ków przez ja­kiś czas mu­sia­ło ży­wić się pa­rów­ka­mi w cie­ście, piz­zą i lu­kro­wa­ny­mi płat­ka­mi ku­ku­ry­dzia­ny­mi. Przy­się­gam, że gdy skoń­czy­łam, przy­go­to­wa­łam im mnó­stwo po­rząd­nych cie­płych po­sił­ków.

Jane Dys­tel to naj­faj­niej­sza agent­ka, jaka kie­dy­kol­wiek po­ja­wi­ła się w świat­ku li­te­rac­kim. Ko­cham ją. Po pro­stu. Dzię­ku­ję też Lau­ren Abra­mo, któ­ra zaj­mu­je się sprze­da­żą praw do mo­ich utwo­rów za gra­ni­cą. Dzię­ki niej tę książ­kę moż­na czy­tać na ca­łym świe­cie. To fan­ta­stycz­na ko­bie­ta.

Ste­pha­nie T. Lott – pra­co­wa­łam z róż­ny­mi re­dak­tor­ka­mi, ale tyl­ko tę uwiel­biam. Jest cu­dow­na.

Rozdział pierwszy

Za­bło­co­ne pół­cię­ża­rów­ki – tego spo­dzie­wa­łam się przed do­mem, w któ­rym od­by­wa­ła się im­pre­za. Nie dro­gich za­gra­nicz­nych sa­mo­cho­dów. Tym­cza­sem na dłu­gim pod­jeź­dzie sta­ło przy­naj­mniej dwa­dzie­ścia ta­kich aut. Za­par­ko­wa­łam pięt­na­sto­let­nie­go for­da mo­jej mamy na piasz­czy­stym traw­ni­ku, żeby ni­ko­go nie blo­ko­wać. Tata nie wspo­mi­nał, że ro­bią dziś przy­ję­cie. Wła­ści­wie ni­cze­go mi nie mó­wił.

Nie przy­je­chał też na po­grzeb mamy. Gdy­by nie to, że nie mia­łam gdzie się po­dziać, nie by­ło­by mnie tu. Mu­sia­łam sprze­dać mały do­mek po bab­ci, żeby spła­cić ostat­nie dłu­gi za le­cze­nie mamy. Zo­sta­ły mi tyl­ko sa­mo­chód i ubra­nia. Oj­ciec nie po­ja­wił się ani razu przez całe trzy lata, gdy mama wal­czy­ła z no­wo­two­rem. Trud­no było mi za­dzwo­nić wła­śnie do nie­go. Nie mia­łam jed­nak in­ne­go wyj­ścia. To je­dy­ny bli­ski krew­ny, jaki mi zo­stał.

Pa­trzy­łam na ol­brzy­mią trzy­pię­tro­wą wil­lę sto­ją­cą na bia­łych pia­skach Ro­se­ma­ry Be­ach na Flo­ry­dzie. Tu miesz­kał tata ze swo­ją nową ro­dzi­ną. Od razu rzu­ca­ło się w oczy, że nie będę pa­so­wać do tego miej­sca.

Na­gle ktoś gwał­tow­nie szarp­nął za drzwi sa­mo­cho­du. In­stynk­tow­nie się­gnę­łam pod sie­dze­nie i wy­ciąg- nę­łam pi­sto­let. Wy­ce­lo­wa­łam pro­sto w twarz in­tru­za. Trzy­ma­łam broń moc­no w obu dło­niach, go­to­wa po­cią­gnąć za spust.

– Hej… chcia­łem ci po­wie­dzieć, że chy­ba się zgu­bi­łaś, ale zmie­ni­łem zda­nie. Po­wiem wszyst­ko, co chcesz usły­szeć, tyl­ko odłóż broń. – Chło­pak miał brą­zo­we wło­sy, zmierz­wio­ne i za­ło­żo­ne nie­dba­le za uszy. Pod­niósł do góry ręce i wy­trzesz­czył oczy.

Unio­słam brwi, ale nie opu­ści­łam pi­sto­le­tu. Wciąż nie wie­dzia­łam, kim jest ten ko­leś. Kto otwie­ra drzwi cu­dze­go sa­mo­cho­du? Trud­no to uznać za nor­mal­ne po­wi­ta­nie.

– Nie są­dzę, że­bym się zgu­bi­ła. Czy to dom Abra­ha­ma Wyn­na?

Chło­pak ner­wo­wo prze­łknął śli­nę.

– Hm, nie po­tra­fię my­śleć ze splu­wą wy­ce­lo­wa­ną w twarz. Strasz­nie się przez cie­bie zde­ner­wo­wa­łem, mała. Czy mo­gła­byś to odło­żyć, za­nim zda­rzy się przy­kry wy­pa­dek?

Wy­pa­dek? Se­rio? Ten gość za­czy­nał mnie na­praw­dę wku­rzać.

– Nie znam cię. Jest ciem­no, a ja znaj­du­ję się w ob­cym miej­scu. Wy­bacz mi więc, je­śli nie czu­ję się bez­piecz­na. Mo­żesz mi za­ufać, nic się nie sta­nie. Po­tra­fię ob­cho­dzić się z bro­nią. Do­sko­na­le.

Nie są­dzę, by mi uwie­rzył. Im dłu­żej mu się przy­glą­da­łam, tym bar­dziej umac­nia­łam się w prze­ko­na­niu, że ra­czej nie sta­no­wi po­waż­ne­go za­gro­że­nia. Mimo wszyst­ko nie by­łam jesz­cze go­to­wa, by odło­żyć pi­sto­let.

– Abra­ha­ma? – po­wtó­rzył po­wo­li. Za­czął krę­cić gło­wą, po czym na­gle się za­wa­hał. – Cze­kaj, Abe to nowy oj­czym Ru­sha. Po­zna­łem go, za­nim po­le­cie­li z Geo­r­gian­ną do Pa­ry­ża.

Pa­ryż? Rush? O czym on mówi? Cze­ka­łam na dal­sze wy­ja­śnie­nia, ale chło­pak tyl­ko wpa­try­wał się w lufę pi­sto­le­tu i wstrzy­my­wał od­dech. Nie od­ry­wa­jąc od nie­go wzro­ku, opu­ści­łam i za­bez­pie­czy­łam broń, po czym scho­wa­łam ją z po­wro­tem pod sie­dze­nie. Może te­raz bę­dzie w sta­nie się sku­pić i coś mi wy­ja­śnić.

– Masz na to po­zwo­le­nie? – spy­tał z nie­do­wie­rza­niem.

Nie za­mie­rza­łam dys­ku­to­wać o moim pra­wie do no­sze­nia bro­ni. Po­trze­bo­wa­łam od­po­wie­dzi.

– Abra­ham jest w Pa­ry­żu? – Cze­ka­łam na po­twier­dze­nie. Wie­dział, że mam dziś przy­je­chać. Roz­ma­wia­li­śmy rap­tem ty­dzień temu, tuż po tym, jak sprze­da­łam dom.

Chło­pak po­wo­li ski­nął gło­wą. Roz­luź­nił się.

– Znasz go?

Od­po­wiedź brzmia­ła „sła­bo”. Wi­dzia­łam go rap­tem dwa razy, od­kąd opu­ścił mnie i mamę pięć lat wcze­śniej. Pa­mię­ta­łam tatę, któ­ry przy­cho­dził na moje me­cze pił­ki noż­nej i gril­lo­wał ham­bur­ge­ry na im­pre­zach z są­sia­da­mi. Był taki do dnia, gdy moja sio­stra bliź­niacz­ka, Va­le­rie, zgi­nę­ła w wy­pad­ku sa­mo­cho­do­wym. To oj­ciec wte­dy pro­wa­dził. Od tam­tej pory bar­dzo się zmie­nił. Nie zna­łam tego męż­czy­zny, któ­ry ni­g­dy nie dzwo­nił i któ­re­go nie in­te­re­so­wa­ło, czy daję so­bie radę z opie­ką nad cho­rą mat­ką. Ani tro­chę.

– Je­stem Bla­ire, jego cór­ka.

Oczy chło­pa­ka roz­sze­rzy­ły się jesz­cze bar­dziej, po czym od­rzu­cił gło­wę do tyłu i ro­ze­śmiał się gło­śno. Dla­cze­go go to ba­wi­ło? Cze­ka­łam, aż mi co­kol­wiek wy­ja­śni. Za­miast tego wy­cią­gnął do mnie rękę.

– Chodź, Bla­ire. Po­win­naś ko­goś po­znać. Bę­dzie za­chwy­co­ny.

Spoj­rza­łam na jego dłoń i się­gnę­łam po to­reb­kę.

– Tam też coś ukry­łaś? Po­wi­nie­nem ostrzec wszyst­kich, żeby cię nie wku­rza­li? – W jego gło­sie po­brzmie­wa­ła kpi­na, dla­te­go po­wstrzy­ma­łam się od nie­uprzej­me­go ko­men­ta­rza.

– Otwo­rzy­łeś drzwi mo­je­go sa­mo­cho­du bez pu­ka­nia. Prze­stra­szy­łam się.

– I od razu za­czę­łaś wy­ma­chi­wać bro­nią? Do cho­le­ry, mała, skąd je­steś? Więk­szość zna­nych mi dziew­czyn za­czę­ła­by pisz­czeć albo coś w tym ro­dza­ju.

Więk­szość dziew­czyn, któ­re znał, nie mu­sia­ła dbać o sie­bie przez ostat­nie trzy lata. Ja zaj­mo­wa­łam się mamą, ale mną nikt się nie opie­ko­wał.

– Po­cho­dzę z Ala­ba­my – od­po­wie­dzia­łam, igno­ru­jąc wy­cią­gnię­tą rękę. Wy­sko­czy­łam z sa­mo­cho­du o wła­snych si­łach.

Po­czu­łam na twa­rzy mor­ską bry­zę i sło­ny za­pach pla­ży, nie do po­my­le­nia z czym­kol­wiek in­nym. Ni­g­dy wcze­śniej nie wi­dzia­łam oce­anu. Przy­naj­mniej nie na żywo. Oglą­da­łam zdję­cia i fil­my. Pach­nia­ło do­kład­nie tak, jak się spo­dzie­wa­łam.

– Czy­li to praw­da, co mó­wią o tam­tej­szych dziew­czy­nach – stwier­dził. Spoj­rza­łam w jego stro­nę.

– Co masz na my­śli?

Zlu­stro­wał mnie od góry do dołu i wy­szcze­rzył zęby.

– Ob­ci­słe dżin­sy, ko­szul­ka bez rę­ka­wów i broń. Cho­le­ra, miesz­kam w nie­wła­ści­wym sta­nie.

Wy­wró­ci­łam ocza­mi, po czym prze­szłam na tył pi­ka­pa. Mia­łam ze sobą wa­liz­kę i kil­ka pu­deł peł­nych rze­czy, któ­re pla­no­wa­łam od­dać opie­ce spo­łecz­nej.

– Po­cze­kaj, po­mo­gę ci.

Omi­nął mnie i się­gnął do ba­gaż­ni­ka. Chwy­cił wiel­ką wa­liz­kę, któ­rą mama trzy­ma­ła scho­wa­ną w sza­fie. Mia­ły­śmy się do niej spa­ko­wać w da­le­ką po­dróż, w któ­rą ni­g­dy nie po­je­cha­ły­śmy. Opo­wia­da­ła o tym, jak prze­mie­rzy­my cały kraj i do­trze­my na za­chod­nie wy­brze­że. Po­tem za­cho­ro­wa­ła.

Otrzą­snę­łam się ze wspo­mnień i sku­pi­łam na rze­czy­wi­sto­ści.

– Dzię­ku­ję, hm… nie wiem, jak masz na imię.

Chło­pak wy­cią­gnął ne­se­ser i od­wró­cił się do mnie.

– Co? Za­po­mnia­łaś spy­tać, kie­dy we mnie ce­lo­wa­łaś? – za­żar­to­wał.

Wes­tchnę­łam. Do­brze, może rze­czy­wi­ście tro­chę prze­sa­dzi­łam, ale na­praw­dę mnie wy­stra­szył.

– Je­stem Grant, eee… przy­ja­ciel Ru­sha.

– Ru­sha? – Znów to imię. Kto to jest?

Chło­pak po­now­nie wy­szcze­rzył zęby.

– Na­praw­dę nie wiesz? – Wy­da­wał się wy­jąt­ko­wo roz­ba­wio­ny. – Cho­ler­nie się cie­szę, że dzi­siaj przy­sze­dłem.

Wska­zał gło­wą na dom.

– Chodź. Przed­sta­wię cię.

Ru­szy­li­śmy w stro­nę bu­dyn­ku. Im bar­dziej się zbli­ża­li­śmy, tym mu­zy­ka sta­wa­ła się gło­śniej­sza. Tata wy­je­chał, więc co się tu dzia­ło? Wie­dzia­łam, że Geo­r­gian­na to jego nowa żona, ale nic po­nad­to. Czy tę im­pre­zę urzą­dzi­ły jej dzie­ci? W ja­kim były wie­ku? Mia­ła dzie­ci, praw­da? Nie po­tra­fi­łam so­bie przy­po­mnieć. Tata nie­ja­sno się wy­ra­żał. Prze­ko­ny­wał, że po­lu­bię jego nową ro­dzi­nę, ale nie zdra­dził, kim byli jej człon­ko­wie.

– Rush tu miesz­ka? – spy­ta­łam.

– Tak, przy­naj­mniej la­tem. Ma dom na każ­dą porę roku.

– Dom na każ­dą porę roku?

Grant za­chi­cho­tał.

– Nie wiesz nic o ro­dzi­nie, w któ­rą wże­nił się twój tata, co, Bla­ire?

Na­wet nie prze­czu­wał, jak bli­sko był praw­dy. Po­trzą­snę­łam gło­wą.

– Krót­ka lek­cja, za­nim znaj­dzie­my się w środ­ku tego cyr­ku. – Za­trzy­mał się na szczy­cie scho­dów pro­wa­dzą­cych do drzwi fron­to­wych i spoj­rzał na mnie. – Rush Fin­lay jest two­im przy­rod­nim bra­tem. To je­dy­ne dziec­ko zna­ne­go per­ku­si­sty ze­spo­łu Slac­ker De­mon, De­ana Fin­laya. Jego ro­dzi­ce ni­g­dy się nie po­bra­li. Mat­ka Ru­sha, Geo­r­gian­na, była za­go­rza­łą fan­ką ka­pe­li jego ojca. Dom na­le­ży do Ru­sha. Geo­r­gian­na miesz­ka tu, bo syn jej na to po­zwa­la.

Za­milkł i spoj­rzał na drzwi, któ­re na­gle otwo­rzy­ły się przed nami.

– Ci wszy­scy lu­dzie to jego przy­ja­cie­le – do­dał.

W drzwiach sta­nę­ła wy­so­ka i smu­kła blon­dyn­ka o ru­dych re­flek­sach we wło­sach, w krót­kiej błę­kit­nej su­kien­ce i bu­tach na tak nie­bo­tycz­nych ob­ca­sach, że gdy­bym pró­bo­wa­ła w nich cho­dzić, pew­nie nie­dłu­go skrę­ci­ła­bym kark. Spoj­rza­ła na mnie, po czym zmarsz­czy­ła z od­ra­zą brwi. Nie wie­dzia­łam zbyt wie­le o tego typu lu­dziach, ale moje ciu­chy z su­per­mar­ke­tu ra­czej nie mia­ły szans się jej spodo­bać. Albo może cho­dził po mnie ja­kiś ro­bal?

– Ach, wi­taj, Nan­net­te. – Grant na jej wi­dok wy­raź­nie się zi­ry­to­wał.

– Kto to? – spy­ta­ła dziew­czy­na, prze­no­sząc spoj­rze­nie na mo­je­go to­wa­rzy­sza.

– Przy­ja­ciół­ka. Uśmiech­nij się, Nan. Nie do twa­rzy ci z tym gry­ma­sem – od­parł, ła­piąc mnie za rękę i wcią­ga­jąc do domu.

Wbrew moim ocze­ki­wa­niom w środ­ku nie było tłocz­no. Idąc przez hol, mi­nę­li­śmy skle­pio­ne łu­ko­wa­to drzwi, któ­re jak są­dzi­łam, pro­wa­dzi­ły do sa­lo­nu. Ogrom­ne po­miesz­cze­nie bez pro­ble­mu po­mie­ści­ło­by cały mój dom, a ra­czej były dom. Szkla­ne drzwi z fan­ta­stycz­nym wi­do­kiem na oce­an otwar­to na oścież. Bar­dzo chcia­łam przez nie wyj­rzeć.

– Tędy. – Grant po­kie­ro­wał mnie do… baru? Na­praw­dę? Tu­taj był bar?

Przy­glą­da­łam się mi­ja­nym oso­bom. Wszy­scy na mnie pa­trzy­li. Strasz­nie się wy­róż­nia­łam.

– Rush, przed­sta­wiam ci Bla­ire. Chy­ba na­le­ży do cie­bie. Zna­la­złem ją na ze­wnątrz i wy­glą­da­ła na za­gu­bio­ną – rzu­cił znie­nac­ka Grant. Od­wró­ci­łam się, chcąc wresz­cie zo­ba­czyć tego słyn­ne­go Ru­sha.

Och.

O rany.

– Do­praw­dy? – od­parł ja­kiś chło­pak, le­ni­wie prze­cią­ga­jąc sa­mo­gło­ski. Sie­dział roz­wa­lo­ny na bia­łej ka­na­pie, a w ręku trzy­mał bu­tel­kę z pi­wem. Na mój wi­dok po­chy­lił się do przo­du. – Słod­ka, ale mło­da. Chy­ba jed­nak nie moja.

– Och, zde­cy­do­wa­nie two­ja. Bio­rąc pod uwa­gę, że jej ta­tuś uciekł na kil­ka ty­go­dni do Pa­ry­ża z two­ją sta­rą. Po­wie­dział­bym, że te­raz na­le­ży do cie­bie. Ale mogę ją prze­no­co­wać, je­śli chcesz. Pod wa­run­kiem że obie­ca zo­sta­wić w pi­ka­pie swo­ją za­bój­czą broń.

Rush zmarsz­czył brwi i przyj­rzał mi się uważ­nie. Miał oczy o dziw­nym ko­lo­rze. Osza­ła­mia­ją­co nie­zwyk- łe. Nie były brą­zo­we. Nie były piw­ne. Mia­ły cie­pły od­cień ze srebr­ny­mi re­flek­sa­mi. Ni­g­dy nie wi­dzia­łam cze­goś ta­kie­go. Może to szkła kon­tak­to­we?

– To nie zna­czy, że jest moja – rzu­cił w koń­cu i z po­wro­tem roz­ło­żył się na ka­na­pie.

Grant chrząk­nął.

– Żar­tu­jesz, praw­da?

Rush nie od­po­wie­dział. Po­cią­gnął łyk z wą­skiej bu­tel­ki i spoj­rzał na Gran­ta ostrze­gaw­czo. Za­raz mnie stąd wy­pro­si. Nie­do­brze. Mia­łam w to­reb­ce do­kład­nie dwa­dzie­ścia do­la­rów i pra­wie pu­sty bak. Sprze­da­łam już wszyst­kie war­to­ścio­we rze­czy. Tłu­ma­czy­łam ojcu przez te­le­fon, że po­trze­bu­ję miej­sca, gdzie mo­gła­bym się na tro­chę za­trzy­mać. Tyl­ko do mo­men­tu, aż znaj­dę pra­cę i za­ro­bię tyle, by coś wy­na­jąć. Zgo­dził się bły­ska­wicz­nie i po­dał mi ten ad­res. Twier­dził, że ma­rzy, bym przy­je­cha­ła i z nim za­miesz­ka­ła.

Rush uważ­nie mi się przy­glą­dał. Cze­kał na mój ruch. Cze­go się spo­dzie­wał? Uśmiech­nął się zło­śli­wie i mru­gnął do mnie.

– Dom jest dziś pe­łen go­ści, a w moim łóż­ku wszyst­kie miej­sca są już za­ję­te. – Spoj­rzał po­now­nie na Gran­ta. – My­ślę, że bę­dzie naj­le­piej, je­śli dziew­czy­na znaj­dzie so­bie po­kój w ho­te­lu. Przy­naj­mniej do cza­su, kie­dy uda mi się skon­tak­to­wać z jej ta­tu­siem.

To ostat­nie sło­wo wy­ce­dził z wy­raź­ną od­ra­zą. Nie lu­bił mo­je­go ojca. Nie­spe­cjal­nie mnie to dzi­wi­ło. To nie jego wina. Przy­je­cha­łam tu na za­pro­sze­nie taty. Wy­da­łam więk­szość pie­nię­dzy na ben­zy­nę i je­dze­nie. Dla­cze­go mu za­ufa­łam?

Po­chy­li­łam się i zła­pa­łam za rącz­kę wa­liz­ki, któ­rą wciąż trzy­mał Grant.

– On ma ra­cję. Po­win­nam iść. To był bar­dzo zły po­mysł – wy­ja­śni­łam, od­wra­ca­jąc wzrok. Moc­no szarp­nę­łam i chło­pak nie­chęt­nie pu­ścił mój ba­gaż. Mia­łam łzy w oczach. Do­tar­ło do mnie, że wła­śnie zo­sta­łam bez­dom­na. Nie mo­głam pa­trzeć na żad­ne­go z nich.

Od­wró­ci­łam się i ru­szy­łam w stro­nę drzwi, wciąż wbi­ja­jąc wzrok w pod­ło­gę. Usły­sza­łam, że Grant kłó­ci się z Ru­shem, ale sta­ra­łam się nie zwra­cać na to uwa­gi. Nie chcia­łam wie­dzieć, co po­wie­dział o mnie ten przy­stoj­ny fa­cet. Nie lu­bił mnie. To nie ule­ga­ło wąt­pli­wo­ści. Mój oj­ciec naj­wy­raź­niej nie był mile wi­dzia­nym człon­kiem ro­dzi­ny.

– Już wy­cho­dzisz? – za­py­tał ktoś gło­sem przy­wo­dzą­cym na myśl słod­ki sy­rop na ka­szel. Po­pa­trzy­łam w górę. Dziew­czy­na, któ­ra wcze­śniej otwo­rzy­ła drzwi, uśmie­cha­ła się z za­do­wo­le­niem. Ona też mnie tu nie chcia­ła. Czy tym lu­dziom wy­da­wa­łam się aż tak od­py­cha­ją­ca? Szyb­ko znów spu­ści­łam wzrok i wy­szłam. By­łam zbyt dum­na, żeby po­zwo­lić tej wred­nej ję­dzy zo­ba­czyć moje łzy.

Kie­dy zna­la­złam się na ze­wnątrz, za­szlo­cha­łam i ru­szy­łam w stro­nę pi­ka­pa. Po­bie­gła­bym, gdy­by nie wa­liz­ka. Pra­gnę­łam się ukryć. Moje miej­sce było w sa­mo­cho­dzie, nie w tym idio­tycz­nym domu z wy­wyż­sza­ją­cy­mi się ludź­mi. Tę­sk­ni­łam za do­mem. Za mamą. Za­łka­łam po raz ko­lej­ny i za­mknę­łam za sobą drzwi auta.

Rozdział drugi

Star­łam łzy z twa­rzy i zmu­si­łam się do wzię­cia głę­bo­kie­go wde­chu. Nie mo­głam się te­raz pod­dać. Nie za­ła­ma­łam się, trzy­ma­jąc za rękę umie­ra­ją­cą mamę, ani kie­dy skła­da­no trum­nę do gro­bu. Trzy­ma­łam się na­wet wte­dy, gdy sprze­da­wa­łam dom. Te­raz też się nie za­ła­mię. Mu­sia­łam to ja­koś prze­trwać.

Nie stać mnie było na noc­leg w ho­te­lu, ale wciąż mia­łam sa­mo­chód. Mo­głam w nim miesz­kać. Pro­blem sta­no­wi­ło tyl­ko zna­le­zie­nie od­po­wied­nie­go miej­sca na noc­ny po­stój. Nie są­dzi­łam, żeby w mie­ście było nie­bez­piecz­nie, ale sta­ry pi­kap tkwią­cy całą noc na ja­kimś par­kin­gu z pew­no­ścią wzbu­dził­by za­in­te­re­so­wa­nie. Gli­ny za­pu­ka­ły­by do okna, za­nim zdą­ży­ła­bym za­snąć. Wy­glą­da­ło na to, że będę mu­sia­ła wy­dać ostat­nie dwa­dzie­ścia do­la­rów na ben­zy­nę i udać się do naj­bliż­sze­go mia­sta, gdzie przy­naj­mniej nikt nie zwró­ci na mnie uwa­gi.

Gdy­by uda­ło mi się za­par­ko­wać za re­stau­ra­cją, może za­pro­po­no­wa­li­by mi tam ja­kieś za­ję­cie. Za­osz­czę­dzi­ła­bym w ten spo­sób na do­jaz­dach. Za­bur­cza­ło mi w brzu­chu. Od rana nic nie ja­dłam. Znów wy­dat­ki. Po­zo­sta­je mo­dlić się, by na­za­jutrz uda­ło się zna­leźć pra­cę.

Ja­koś to bę­dzie. Spoj­rza­łam w bok, żeby nie wje­chać na nic przy wy­co­fy­wa­niu z pod­jaz­du. Pa­trzy­ły na mnie srebr­ne oczy.

Krzyk­nę­łam z prze­ra­że­nia, po czym do­tar­ło do mnie, że to Rush. Cze­mu stał obok sa­mo­cho­du? Może przy­szedł, by się upew­nić, że opu­ści­łam te­ren jego po­sia­dło­ści. Na­praw­dę nie mia­łam ocho­ty dłu­żej z nim roz­ma­wiać. Wła­śnie po­sta­no­wi­łam go zi­gno­ro­wać i sku­pić się na ma­new­ro­wa­niu au­tem, kie­dy za­uwa­ży­łam, że uniósł w górę brew. Co to mia­ło zna­czyć?

W grun­cie rze­czy mało mnie to ob­cho­dzi­ło. Na­wet je­śli wy­glą­dał przy tym obłęd­nie sek­sow­nie. Za­czę­łam krę­cić kie­row­ni­cą, ale za­miast ryku sil­ni­ka usły­sza­łam tyl­ko pstryk­nię­cie i ci­szę. O, nie. Tyl­ko nie te­raz. Pro­szę, nie w tej chwi­li!

Szarp­nę­łam klu­czyk, mo­dląc się, żeby sil­nik za­sko­czył. Wpraw­dzie wie­dzia­łam, że wskaź­nik po­zio­mu pa­li­wa jest ze­psu­ty, ale prze­cież pil­no­wa­łam licz­by prze­je­cha­nych ki­lo­me­trów. Po­win­no wy­star­czyć ben­zy­ny jesz­cze na kil­ka. Na pew­no.

Ude­rzy­łam dłoń­mi o kie­row­ni­cę i rzu­ci­łam pod ad­re­sem sa­mo­cho­du kil­ka nie­wy­bred­nych prze­kleństw, ale to nie po­mo­gło. Sil­nik nie za­pa­lił. Czy Rush za­dzwo­ni na po­li­cję? Wy­szedł spraw­dzić, czy na pew­no od­je­cha­łam, więc chy­ba bar­dzo mu za­le­ża­ło, że­bym stąd znik­nę­ła. Czy bę­dzie do­ma­gał się mo­je­go aresz­to­wa­nia? Albo co gor­sza zho­lu­ją mnie? Nie mia­łam pie­nię­dzy, żeby za­pła­cić za trans­port i po­byt na par­kin­gu po­li­cyj­nym. W wię­zie­niu przy­naj­mniej mia­ła­bym gdzie spać i da­li­by mi coś do je­dze­nia.

Prze­łknę­łam ro­sną­cą w gar­dle gulę. Otwo­rzy­łam drzwi, li­cząc na szczę­ście.

– Kło­po­ty? – spy­tał.

Chcia­ło mi się wrzesz­czeć z wście­kło­ści. Mimo to tyl­ko ski­nę­łam gło­wą.

– Skoń­czy­ła mi się ben­zy­na.

Rush wes­tchnął. Mil­cza­łam. Zde­cy­do­wa­łam, że naj­le­piej bę­dzie po­cze­kać na wy­rok. Za­wsze mo­głam po­tem bła­gać i się od­wo­ły­wać.

– Ile masz lat?

Co? Na­praw­dę o to za­py­tał? Tkwi­łam na jego pod­jeź­dzie, a on cze­kał, aż stąd znik­nę. Cze­mu py­tał mnie o wiek, za­miast za­sta­na­wiać się, jak się mnie po­zbyć? Co za dzi­wacz­ny fa­cet.

– Dzie­więt­na­ście – od­po­wie­dzia­łam.

Rush uniósł brwi.

– Na­praw­dę?

Bar­dzo sta­ra­łam się nie wy­buch­nąć. By­łam ska­za­na na li­tość tego czło­wie­ka, więc zre­zy­gno­wa­łam ze zło­śli­wej od­po­wie­dzi, któ­ra ci­snę­ła mi się na usta, i tyl­ko się uśmiech­nę­łam.

– Tak, na­praw­dę.

Rush od­po­wie­dział uśmie­chem, po czym wzru­szył ra­mio­na­mi.

– Prze­pra­szam. Po pro­stu wy­glą­dasz na młod­szą – za­wa­hał się i zlu­stro­wał mnie po­wo­li od góry do dołu. Po­czu­łam, że ze wsty­du palą mnie po­licz­ki. – Co­fam to, co po­wie­dzia­łem. Two­je cia­ło wy­glą­da na do­kład­nie tyle. Ale twarz jest taka świe­ża i mło­da. Nie ma­lu­jesz się?

Co to za py­ta­nie? O co mu cho­dzi? Chcia­łam wie­dzieć, co się ze mną sta­nie, a nie dys­ku­to­wać o swo­im wy­glą­dzie. Ma­ki­jaż to luk­sus, na któ­ry nie mo­głam so­bie po­zwo­lić. Poza tym Cain, mój były chło­pak i ak­tu­al­nie naj­lep­szy przy­ja­ciel, za­wsze po­wta­rzał, że nie mu­szę po­pra­wiać na­tu­ry. Co­kol­wiek to mia­ło zna­czyć.

– Skoń­czy­ła mi się ben­zy­na. Mój ma­ją­tek wy­no­si całe dwa­dzie­ścia do­la­rów. Oj­ciec naj­pierw po­wie­dział, że po­mo­że mi sta­nąć na nogi, a po­tem uciekł i zo­sta­wił mnie na lo­dzie. Uwierz mi, to ostat­nia oso­ba, któ­rą chcia­ła­bym pro­sić o po­moc. Nie, nie ma­lu­ję się. Mam więk­sze pro­ble­my niż to, jak wy­glą­dam. A te­raz po­wiedz, za­mie­rzasz za­dzwo­nić na po­li­cję albo po la­we­tę? Wo­la­ła­bym po­li­cję, je­śli mam ja­kiś wy­bór. – Za­ci­snę­łam usta, koń­cząc tę ty­ra­dę. Wy­trą­cił mnie z rów­no­wa­gi. Plo­tłam, co śli­na na ję­zyk przy­nie­sie. W do­dat­ku pod­su­nę­łam mu myśl o we­zwa­niu la­we­ty. Idiot­ka. A niech to!

Rush prze­chy­lił gło­wę i przy­glą­dał mi się uważ­nie. Za­pa­dła krę­pu­ją­ca ci­sza. Tro­chę za dużo mu po­wie­dzia­łam. Gdy­by chciał, mógł­by bar­dzo utrud­nić mi ży­cie.

– Nie lu­bię two­je­go ojca. Są­dząc po to­nie two­je­go gło­su, ty też za nim nie prze­pa­dasz – stwier­dził w za­my­śle­niu. – Mam je­den po­kój, któ­ry bę­dzie stał pu­sty do po­wro­tu mamy. To sy­pial­nia po­ko­jów­ki, mie­ści się pod scho­da­mi. Kie­dy mamy nie ma, pani Hen­riet­ta przy­cho­dzi sprzą­tać tyl­ko raz w ty­go­dniu. Mo­żesz sko­rzy­stać z tego po­miesz­cze­nia. Jest małe, ale stoi w nim łóż­ko.

Za­pro­po­no­wał mi noc­leg. Uda­ło mi się nie wy­buch­nąć pła­czem. Na to przyj­dzie czas póź­niej. Nie pój­dę do wię­zie­nia. Chwa­ła Bogu.

– Je­dy­ną al­ter­na­ty­wą jest dla mnie spa­nie w sa­mo­cho­dzie. Za­pew­niam cię, że co­kol­wiek ofe­ru­jesz, bę­dzie lep­sze niż to. Dzię­ku­ję.

Rush na chwil­kę zmarsz­czył brwi, po czym błys- ka­wicz­nie znów się roz­po­go­dził i lek­ko uśmiech­nął.

– Gdzie two­ja wa­liz­ka? – spy­tał.

Za­mknę­łam drzwi pi­ka­pa i prze­szłam na tył, ma­jąc za­miar zdjąć ją z ba­gaż­ni­ka. Ale za­nim zdą­ży­łam po nią się­gnąć, po­czu­łam do­tyk cie­płe­go cia­ła, pach­ną­ce­go czymś eg­zo­tycz­nym. Za­mar­łam, a tym­cza­sem Rush zła­pał mój ba­gaż i wy­cią­gnął go.

Od­wró­ci­łam się i spoj­rza­łam na chło­pa­ka. Mru­gnął do mnie.

– Za­nio­sę ci ją. Nie je­stem aż ta­kim dup­kiem.

– Dzię­ku­ję jesz­cze raz – wy­ją­ka­łam, nie mo­gąc ode­rwać od nie­go wzro­ku. Te oczy były nie­sa­mo­wi­te. Oka­la­ją­ce je gru­be czar­ne rzę­sy wy­glą­da­ły jak po­cią­gnię­te tu­szem. Fan­ta­stycz­na opra­wa. To było okrop­nie nie­spra­wie­dli­we. Ja mia­łam ja­sne rzę­sy. Od­da­ła­bym wszyst­ko, żeby się z nim za­mie­nić.

– Och, do­brze, jed­nak ją za­trzy­ma­łeś. Da­łem ci pięć mi­nut i przy­sze­dłem spraw­dzić, czy jej nie prze­pę­dzi­łeś. – Głos Gran­ta wy­rwał mnie z oszo­ło­mie­nia. Od­wró­ci­łam się, wdzięcz­na, że się wtrą­cił. Ga­pi­łam się na Ru­sha jak idiot­ka. Aż dziw, że znów nie ka­zał mi się wy­no­sić.

– Zaj­mie po­kój Hen­riet­ty, do­pó­ki nie skon­tak­tu­ję się z jej oj­cem i cze­goś nie usta­li­my. – Rush wy­da­wał się zi­ry­to­wa­ny. Wy­mi­nął mnie i wrę­czył wa­liz­kę Gran­to­wi. – Masz, za­pro­wadź ją do po­ko­ju. Mu­szę wra­cać do go­ści.

Od­szedł, nie oglą­da­jąc się za sie­bie. Z ca­łej siły po­wstrzy­my­wa­łam się, by nie wo­dzić za nim wzro­kiem. Zwłasz­cza że jego ty­łek wy­glą­dał w dżin­sach nad­zwy­czaj atrak­cyj­nie. Prze­cież nie mo­głam na nie­go le­cieć.

– Hu­mo­rza­sty zim­ny drań – pod­su­mo­wał Grant, krę­cąc gło­wą z nie­do­wie­rza­niem. Nie spo­sób było się z nim nie zgo­dzić.

– Nie mu­sisz zno­wu no­sić za mną ba­ga­żu – sięg- nę­łam po tor­bę.

Chło­pak od­su­nął się.

– Tak się przy­pad­kiem skła­da, że je­stem tym cza­ru­ją­cym bra­tem. Nie po­zwo­lę ci no­sić wa­liz­ki, ma­jąc na po­do­rę­dziu dwa bar­dzo sil­ne i w do­dat­ku pięk­nie umię­śnio­ne ra­mio­na.

Uśmiech­nę­ła­bym się, gdy­by te sło­wa nie wy­trą­ci­ły mnie z rów­no­wa­gi.

– Bra­tem? – spy­ta­łam.

Mój nowy przy­ja­ciel uśmiech­nął się zim­no.

– Nie wspo­mi­na­łem ci? Je­stem sy­nem męża nu­mer dwa Geo­r­gian­ny. Kie­dy się po­bra­li, mia­łem trzy lata, a Rush czte­ry. Roz­wie­dli się, gdy skoń­czy­łem pięt­na­ście. By­li­śmy z Ru­shem jak bra­cia. To, że nasi ro­dzi­ce się roz­sta­li, nic mię­dzy nami nie zmie­ni­ło. Po­szli­śmy na tę samą uczel­nię i na­wet dzia­ła­li­śmy w tym sa­mym sto­wa­rzy­sze­niu stu­den­tów.

Och. Nie ta­kiej od­po­wie­dzi się spo­dzie­wa­łam.

– To ilu mę­żów mia­ła Geo­r­gian­na?

Grant za­śmiał się po­nu­ro i ru­szył w stro­nę drzwi.

– Twój tata jest nu­me­rem czte­ry.

Oj­ciec naj­wy­raź­niej był idio­tą. Wy­glą­da­ło na to, że ta ko­bie­ta zmie­nia­ła fa­ce­tów nie­mal tak czę­sto jak bie­li­znę. Ile cza­su mi­nie, za­nim wy­mie­ni go na now­szy mo­del?

Mój to­wa­rzysz wszedł po scho­dach, nie od­zy­wa­jąc się wię­cej. Ru­szy­li­śmy w stro­nę kuch­ni. Oka­za­ło się, że jest ogrom­na. Wy­strój przy­wo­dził na myśl cza­so­pi­sma wnę­trzar­skie – szaf­ki mia­ły bla­ty z czar­ne­go mar­mu­ru i sta­ły na nich skom­pli­ko­wa­ne urzą­dze­nia. Chło­pak otwo­rzył drzwi do spi­żar­ni tak ol­brzy­miej, że da­ło­by się wejść do środ­ka. Ro­zej­rza­łam się ze zdu­mie­niem, po czym po­szłam za nim. Na koń­cu po­miesz­cze­nia znaj­do­wa­ły się ko­lej­ne drzwi, a za nimi mała sy­pial­nia.

Grant wszedł do środ­ka i po­ło­żył wa­liz­kę na po­ście­li. Obe­szłam sze­ro­kie łóż­ko, sto­ją­ce rap­tem kil­ka cen­ty­me­trów od drzwi. Po­mię­dzy roz­ło­ży­stym me­blem a ścia­ną le­d­wie mie­ścił się mały noc­ny sto­lik. Poza tym po­miesz­cze­nie było pu­ste. Bez wąt­pie­nia zna­la­złam się pod scho­da­mi.

– Nie wiem, gdzie zmie­ścisz ba­gaż. Ten po­kój jest mi­nia­tu­ro­wy. Ni­g­dy tu na­wet nie za­glą­da­łem. – Grant po­trzą­snął gło­wą i wes­tchnął. – Słu­chaj, je­śli chcesz, mo­żesz je­chać do mnie. Go­ścin­na sy­pial­nia jest na tyle duża, że przy­naj­mniej da się w niej ob­ró­cić.

To było na­praw­dę miłe z jego stro­ny, ale nie za­mie­rza­łam sko­rzy­stać z ofer­ty. Czu­ła­bym się jak nie­pro­szo­ny gość. Tu­taj przy­naj­mniej nie rzu­ca­łam się w oczy. Mo­głam rano po­sprzą­tać i po­szu­kać pra­cy. Przy odro­bi­nie szczę­ścia Rush po­zwo­li mi zo­stać tak dłu­go, aż uzbie­ram wy­star­cza­ją­co dużo pie­nię­dzy, by coś wy­na­jąć. W tym domu w mniej­szym stop­niu czu­łam, że nad­uży­wam go­ścin­no­ści. Na­stęp­ne­go dnia pla­no­wa­łam zna­leźć sklep spo­żyw­czy i wy­dać swo­je dwa­dzie­ścia do­la­rów na je­dze­nie. Ma­sło orze­cho­we i chleb po­zwo­li­ły­by mi prze­trwać do koń­ca ty­go­dnia.

– Zo­sta­nę tu­taj. Przy­naj­mniej nie będę ni­ko­mu wcho­dzić w dro­gę. Poza tym Rush za­dzwo­ni ju­tro do taty i do­wie­my się, kie­dy wra­ca­ją. Może oj­ciec ma ja­kiś plan. Nie wiem. Ale bar­dzo dzię­ku­ję za pro­po­zy­cję.

Grant po­now­nie ro­zej­rzał się po po­miesz­cze­niu i zmarsz­czył brwi. Nie po­do­ba­ło mu się tu, ale ja czu­łam ulgę. Miło, że w ogó­le go to ob­cho­dzi­ło.

– Nie chcę cię tu zo­sta­wiać. Źle się z tym czu­ję. – Spoj­rzał na mnie. W jego gło­sie po­brzmie­wa­ły bła­gal­ne tony.

– Nic złe­go się nie dzie­je. Bę­dzie mi tu znacz­nie le­piej niż w sa­mo­cho­dzie.

Chło­pak zmarsz­czył brwi.

– Pla­no­wa­łaś spać w au­cie?

– Tak. Dzię­ki uprzej­mo­ści Ru­sha mogę za­sta­no­wić się, co da­lej.

Grant prze­cze­sał pal­ca­mi ster­czą­ce wło­sy.

– Obie­casz mi coś? – spy­tał.

Nie­chęt­nie co­kol­wiek przy­rze­ka­łam. Zbyt ła­two było nie do­trzy­mać sło­wa. Wzru­szy­łam ra­mio­na­mi. Tyl­ko tyle mo­głam zro­bić.

– Je­śli Rush cię stąd wy­rzu­ci, za­dzwoń do mnie.

Już mia­łam kiw­nąć gło­wą, gdy przy­po­mnia­łam so­bie, że nie mam jego nu­me­ru te­le­fo­nu.

– Gdzie two­ja ko­mór­ka? Wpi­szę ci mój nu­mer – po­wie­dział.

Te­raz na­praw­dę uzna mnie za ża­ło­sną.

– Nie mam.

Grant roz­dzia­wił usta.

– Nie masz ko­mór­ki? Nic dziw­ne­go, że no­sisz ze sobą splu­wę. – Się­gnął do kie­sze­ni i wy­cią­gnął z niej ja­kiś świ­stek. – A coś do pi­sa­nia?

Wy­ło­wi­łam z to­reb­ki dłu­go­pis i po­da­łam mu.

Szyb­ko za­pi­sał nu­mer, po czym od­dał mi kart­kę i dłu­go­pis.

– Za­dzwoń. Mó­wię po­waż­nie.

Ni­g­dy bym tego nie zro­bi­ła, ale to było miłe z jego stro­ny. Ski­nę­łam gło­wą. Ni­cze­go nie obie­ca­łam.

– Mam na­dzie­ję, że bę­dzie ci się do­brze spa­ło.

Znów ro­zej­rzał się wo­kół, wy­raź­nie przy­gnę­bio­ny. Za­mie­rza­łam spać do­sko­na­le.

– O to nie mu­sisz się mar­twić – za­pew­ni­łam go.

Ski­nął gło­wą i wy­szedł, za­my­ka­jąc za sobą drzwi. Po chwi­li usły­sza­łam, że drzwi do spi­żar­ni rów­nież się za­mknę­ły. Usia­dłam na łóż­ku koło wa­liz­ki. To był do­bry po­czą­tek. Mu­sia­ło mi się udać.

Rozdział trzeci

W po­ko­ju nie było okien, ale i tak wie­dzia­łam, że zro­bi­ło się póź­no. Cho­ciaż wie­czo­rem czu­łam się wy­koń­czo­na, ośmio­go­dzin­na jaz­da sa­mo­cho­dem i nie­ustan­ne kro­ki na scho­dach nad gło­wą spra­wi­ły, że dłu­go nie mo­głam za­snąć. Prze­cią­gnę­łam się, usia­dłam i za­pa­li­łam świa­tło. Po­kój oświe­tla­ła mała ża­rów­ka. Się­gnę­łam pod łóż­ko i wy­ję­łam wa­liz­kę.

Mu­sia­łam sko­rzy­stać z ubi­ka­cji i chcia­łam wziąć prysz­nic. Mia­łam na­dzie­ję, że go­ście będą jesz­cze spa­li i nie­po­strze­że­nie za­krad­nę się do ła­zien­ki. Grant nie po­ka­zał mi nie­ste­ty, gdzie mogę się umyć. Mia­łam na­dzie­ję, że szyb­ki prysz­nic nie zo­sta­nie ode­bra­ny jako nad­uży­wa­nie go­ścin­no­ści.

Zła­pa­łam czy­ste majt­ki, czar­ne szor­ty i bia­łą ko­szul­kę bez rę­ka­wów. Przy odro­bi­nie szczę­ścia zdą­żę się wy­ką­pać i za­bio­rę się za sprzą­ta­nie, za­nim Rush po­ja­wi się na dole.

Otwo­rzy­łam drzwi pro­wa­dzą­ce do spi­żar­ni i mi­nę­łam sze­re­gi pó­łek wy­peł­nio­nych taką ilo­ścią pro­duk­tów, że na­wet naj­więk­sza ro­dzi­na nie by­ła­by w sta­nie tego prze­jeść. Wol­no na­ci­snę­łam klam­kę w drzwiach i uchy­li­łam je. W kuch­ni świa­tła były po­ga­szo­ne, ale przez wiel­kie okno z wi­do­kiem na oce­an wpa­dał do środ­ka sło­necz­ny blask. Gdy­by tak strasz­nie nie chcia­ło mi się siku, z pew­no­ścią spę­dzi­ła­bym dłuż­szą chwi­lę, roz­ko­szu­jąc się tym wi­do­kiem. Ale zewu na­tu­ry nie dało się zi­gno­ro­wać, więc ru­szy­łam przed sie­bie. W domu pa­no­wa­ła ci­sza. Wszę­dzie wo­kół sta­ły pu­ste kie­lisz­ki i ta­le­rze z reszt­ka­mi je­dze­nia oraz po­nie­wie­ra­ły się czę­ści gar­de­ro­by. Mo­głam tu po­sprzą­tać. Je­śli oka­żę się po­ży­tecz­na, nie­wy­klu­czo­ne, że Rush po­zwo­li mi zo­stać do chwi­li, gdy znaj­dę pra­cę i do­sta­nę cho­ciaż jed­ną albo dwie wy­pła­ty.

Po­wo­li otwo­rzy­łam pierw­sze drzwi, na ja­kie się na­tknę­łam. Ba­łam się, że mogą pro­wa­dzić do sy­pial­ni, ale na szczę­ście oka­za­ło się, że to wej­ście do gar­de­ro­by. Za­mknę­łam je i ru­szy­łam w stro­nę scho­dów. Je­śli w tym domu wszyst­kie ła­zien­ki mie­ści­ły się przy sy­pial­niach, mia­łam prze­rą­ba­ne. Chy­ba że… Może przy pla­ży znaj­dę ła­zien­kę dla osób, któ­re spę­dza­ły tam cały dzień? Hen­riet­ta mu­sia­ła gdzieś brać prysz­nic. Za­wró­ci­łam do kuch­ni i wy­szłam na ze­wnątrz przez prze­szklo­ne drzwi, któ­re mi­ja­li­śmy z Gran­tem po­przed­nie­go wie­czo­ru. Ro­zej­rza­łam się po we­ran­dzie i zo­ba­czy­łam scho­dy pro­wa­dzą­ce pod dom.

Na dole znaj­do­wa­ły się dwie pary drzwi. Otwo­rzy­łam jed­ne i zo­ba­czy­łam re­ga­ły peł­ne ka­mi­ze­lek ra­tun­ko­wych, de­sek sur­fin­go­wych i bo­jek ase­ku­ra­cyj­nych. Zaj­rza­łam do dru­gie­go po­miesz­cze­nia. Bin­go.

Po pra­wej znaj­do­wał się se­des, a po le­wej mały prysz­nic. Na sto­łecz­ku obok sta­ły szam­pon, od­żyw­ka i po­jem­nik z my­dłem. Le­ża­ły tam też myj­ka i ręcz­nik. Co za szczę­śli­wy zbieg oko­licz­no­ści.

Kie­dy już się umy­łam i ubra­łam, po­wie­si­łam ręcz­nik i myj­kę na drąż­ku od prysz­ni­ca. Z tej ła­zien­ki nie ko­rzy­sta­no zbyt czę­sto. Mo­głam uży­wać tego sa­me­go ręcz­ni­ka i myj­ki przez cały ty­dzień, a po­tem prać je w week­en­dy. O ile zo­sta­nę tu tak dłu­go.

Za­mknę­łam za sobą drzwi i ru­szy­łam w górę. Nad­mor­skie po­wie­trze cu­dow­nie pach­nia­ło. Kie­dy już zna­la­złam się na szczy­cie scho­dów, opar­łam się o ba­rier­kę i spoj­rza­łam na wodę. Fale roz­bi­ja­ły się o bia­ły pia­sek pla­ży. To była naj­pięk­niej­sza rzecz, jaką w ży­ciu wi­dzia­łam.

Czę­sto pla­no­wa­ły­śmy z mamą wy­jazd nad oce­an. Ona była nad mo­rzem jako mała dziew­czyn­ka i cho­ciaż nie mia­ła z tam­te­go okre­su zbyt do­brych wspo­mnień, wie­le razy opo­wia­da­ła mi tę hi­sto­rię. Każ­de­go roku, gdy nad­cho­dzi­ła zima, sia­da­ły­śmy przy ogniu i snu­ły­śmy pla­ny let­niej wy­pra­wy na pla­żę. Ni­g­dy nie zdo­ła­ły­śmy ich zre­ali­zo­wać. Naj­pierw mama nie za­ra­bia­ła dość pie­nię­dzy, a po­tem była zbyt cho­ra. Mimo to nie prze­sta­ły­śmy my­śleć o wy­jeź­dzie. Wiel­kie ma­rze­nia po­zwa­la­ły upo­rać się z rze­czy­wi­sto­ścią.

Te­raz sta­łam tu­taj, pa­trząc na…

(fragment)…

.

.

.

Całość dostępna w wersji pełnej

Rozdział czwarty

Za wy­cie­racz­kę ktoś wło­żył kar­tecz­kę. Wy­cią­gnę­łam ją i prze­czy­ta­łam:

(fragment)…

.

.

.

Rozdział dostępny w wersji pełnej

Rozdział piąty

(fragment)…

.

.

.

Rozdział dostępny w wersji pełnej

Rozdział szósty

(fragment)…

.

.

.

Rozdział dostępny w wersji pełnej

Rozdział siódmy

(fragment)…

.

.

.

Rozdział dostępny w wersji pełnej

Rozdział ósmy

(fragment)…

.

.

.

Rozdział dostępny w wersji pełnej

Rozdział dziewiąty

(fragment)…

.

.

.

Rozdział dostępny w wersji pełnej

Rozdział dziesiąty

(fragment)…

.

.

.

Rozdział dostępny w wersji pełnej

Rozdział jedenasty

(fragment)…

.

.

.

Rozdział dostępny w wersji pełnej

Rozdział dwunasty

(fragment)…

.

.

.

Rozdział dostępny w wersji pełnej

Rozdział trzynasty

(fragment)…

.

.

.

Rozdział dostępny w wersji pełnej

Rozdział czternasty

(fragment)…

.

.

.

Rozdział dostępny w wersji pełnej

Rozdział piętnasty

(fragment)…

.

.

.

Rozdział dostępny w wersji pełnej

Rozdział szesnasty

(fragment)…

.

.

.

Rozdział dostępny w wersji pełnej

Rozdział siedemnasty

(fragment)…

.

.

.

Rozdział dostępny w wersji pełnej

Rozdział osiemnasty

(fragment)…

.

.

.

Rozdział dostępny w wersji pełnej

Rozdział dziewiętnasty

(fragment)…

.

.

.

Rozdział dostępny w wersji pełnej

Rozdział dwudziesty

(fragment)…

.

.

.

Rozdział dostępny w wersji pełnej

Rozdział dwudziesty pierwszy

(fragment)…

.

.

.

Rozdział dostępny w wersji pełnej

Rozdział dwudziesty drugi

(fragment)…

.

.

.

Rozdział dostępny w wersji pełnej

Rozdział dwudziesty trzeci

(fragment)…

.

.

.

Rozdział dostępny w wersji pełnej

Rozdział dwudziesty czwarty

(fragment)…

.

.

.

Rozdział dostępny w wersji pełnej

Rozdział dwudziesty piąty

(fragment)…

.

.

.

Rozdział dostępny w wersji pełnej

Rozdział dwudziesty szósty

(fragment)…

.

.

.

Rozdział dostępny w wersji pełnej

Rozdział dwudziesty siódmy

(fragment)…

.

.

.

Rozdział dostępny w wersji pełnej

O autorce

Mo­gło­by się wy­da­wać, że wol­ny czas Abbi Gli­nes upły­wa na spo­tka­niach z gwiaz­da­mi roc­ka, wy­pły­wa­niu jach­tem na week­en­do­we im­pre­zy, sko­kach ze spa­do­chro­nem i sur­fo­wa­niu w Maui... W praw­dzi­wym świe­cie Abbi cho­wa się w sza­fie z Mac­Bo­okiem w na­dziei, że mąż nie przy­ła­pie jej po raz ko­lej­ny na oglą­da­niu se­ria­lu Buf­fy: Po­strach wam­pi­rów, i wy­my­ka się do bi­blio­te­ki, by spę­dzić tam dłu­gie go­dzi­ny na po­chła­nia­niu sma­ko­wi­tej li­te­ra­tu­ry. Je­śli chce­cie ją zna­leźć, zaj­rzyj­cie na Twit­te­ra, po­nie­waż jest od nie­go sil­nie uza­leż­nio­na: @ab­bi­gli­nes. Czę­sto też ak­tu­ali­zu­je blog, cho­ciaż rzad­ko pi­sze o spra­wach ży­cia i śmier­ci. Bar­dzo lubi mó­wić na swój te­mat w trze­ciej oso­bie. Ad­res jej stro­ny to: www.ab­bi­gli­nes.com.