Wydawca: Ridero Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2016

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 98 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka O jeden krok za daleko - Agata Suchocka

Ada jest matką dorastającej córki, zmagającą się z alkoholizmem i wypadkiem, który zdruzgotał jej karierę amazonki i prywatne życie. Egzystująca w enklawie blokowiska na odludziu nie potrafi uzdrowić swoich relacji z matką i córką. Robert jest „mężczyzną z przeszłością”, skrywającym bolesną tajemnicę, próbującym odkupić winy, którymi sam siebie obarczył. Usiłuje dźwignąć do dawnej świetności podupadającą stajnię. Niegdyś oboje kochali konie… Dlaczego to się zmieniło i jak do tego doszło?

Opinie o ebooku O jeden krok za daleko - Agata Suchocka

Fragment ebooka O jeden krok za daleko - Agata Suchocka

Agata Suchocka

O jeden krok za daleko

© Agata Suchocka, 2016

Ada jest matką dorastającej córki, zmagającą się z alkoholizmem i wypadkiem, który zdruzgotał jej karierę amazonki i prywatne życie. Egzystująca w enklawie blokowiska na odludziu nie potrafi uzdrowić swoich relacji z matką i córką.

Robert jest „mężczyzną z przeszłością”, skrywającym bolesną tajemnicę, próbującym odkupić winy, którymi sam siebie obarczył. Usiłuje dźwignąć do dawnej świetności podupadającą stajnię.

Niegdyś oboje kochali konie… Dlaczego to się zmieniło i jak do tego doszło?

ISBN 978-83-65236-61-6

Książka powstała w inteligentnym systemie wydawniczym Ridero

1

To boli.

Gdyby kilka lat wcześniej ktoś powiedział jej, że chodzenie może sprawiać ból, wyśmiałaby go. Pewna swojego ciała, była wówczas mistrzynią kraju w ujeżdżaniu, szykowała się do startu na olimpiadzie. Czy można było chcieć więcej?

Jeden niefortunny krok konia przekreślił jej karierę, jedno potknięcie cholernego, tępego zwierzaka!

Leciała i leciała, nie mogąc uwierzyć, iż to naprawdę się działo. Nigdy wcześniej nie spadła z konia, nigdy, nawet jako dziewczynka. Dlatego jej zdziwienie nie zniknęło nawet wówczas, gdy z całym impetem wyrzuconego przez z wierzę w górę ciała upadła na skraj parkuru, uderzając biodrem o obciążniki do przeszkód, które ktoś nieopacznie tam zostawił. A może to była jej wina? Powinna była obejść teren, zanim wsiadła na konia.

Nie, winny był koń, który potknął się akurat w tym miejscu i spanikował, zrzucając ją.

Poczuła, jak ból ze strzaskanej panewki promieniuje w górę i zdaje się wytryskiwać setkami drzazg wprost z jej oczodołów.

Potem straciła przytomność.

Pochyliła się, odpinając karabińczyk smyczy. Nieduża czarna suczka spojrzała na nią pytająco, jakby upewniając się, że może się oddalić.

— Biegaj, Zuzia! — powiedziała czule, patrząc za odbiegającym psem.

Szła powoli. Miała wrażenie, że słyszy chrobot, jaki kość wydaje w styczności z endoprotezą przy każdym kroku. Czuła się jak cyborg. Gdyby teraz mogła biegać, roniłaby to każdego dnia, biegałaby za psem całymi godzinami po okolicznych leśnych ścieżkach. Oczywiście poczuła w sobie to pragnienie dopiero wówczas, gdy okazało się, że być może już nigdy nie będzie sprawna.

Chrapnięcie konia wyrwało ja z zamyślenia.

Patrzyła pod nogi, idąc nierówną, gruntową drogą, musiała uważać na każdy krok. Doszła aż pod ogrodzenie z nieociosanych belek. Podpierała się laską, zupełnie tak samo, jak… Jak się nazywał ten wredny lekarz z serialu?

Koń patrzył na nią, zastygły w bezruchu. Był wysoki i proporcjonalnie zbudowany, ale strasznie wychudzony i oblepiony błotem i łajnem. Wyglądał żałośnie, ale nie było jej go żal. Stary Rudzki faktycznie nie miał już siły na zajmowanie się zwierzętami, jeszcze jesienią stajnia była czysta, a konie wypielęgnowane. Teraz wszystko wyglądało koszmarnie, aż dziw, że jakieś towarzystwo opieki nad zwierzętami nie zainteresowało się całą sprawą. W zeszłym miesiącu zabrali go do szpitala. Czy od tego czasu ktoś w ogóle karmił ten cały przybytek? Wiedziała o tym, bo wszyscy o tym wiedzieli. Tutaj nikt nie mógł mieć żadnych tajemnic.

— No i co się tak gapisz? — powiedziała cicho, na co zwierzę zastrzygło uszami, po czym położyło je i prychnęło. — Ja też cię nie lubię! — warknęła, gwiżdżąc na psa.

Pokuśtykała powoli w stronę osiedla, zdecydowana nieprędko wracać w okolice podupadającej stadniny. Choć to już było za duże słowo, teraz to było tylko kilka stojących obok siebie szop. Prawie wszystkie konie zniknęły.

Osiedle w środku nicości.

Tak właśnie powinno się nazywać. Z jednej strony rozlewały się pozarastane przez zielsko i trzciny żwirowe wyrobiska, z drugiej rozciągały rozległe tereny zalewowe, upstrzone kilkoma domami jakichś ryzykantów. Przez środek biegła jednopasmowa wylotówka z miasta. A wokół były tylko lasy i puste gmaszyska nieczynnych fabryk, to właśnie dla ich pracowników wybudowano niegdyś kilka czteropiętrowych bloków. Fabryki upadły, bloki zostały. Osiedle z całą swoją infrastrukturą, obejmującą sklepiki, przedszkole, przychodnię, kościółek i supermarket stało się zamkniętym uniwersum, jak mała wioseczka, której niektórzy mieszkańcy nigdy nie oddalali się od domostw dalej niż na kilkaset metrów. Pełno było takich, żulków i staruszek, którzy całymi dniami snuli się między blokami, czekając nie wiadomo na co, nie wiadomo czego wypatrując.

I ona utknęła w samym środku tej nicości, ona, niedoszła olimpijka, a od trzech lat ledwie chodząca kaleka. Niczym nie różniła się od tych babuniek i menelstwa, również prawie nie opuszczała bezpiecznej enklawy osiedla. Od czasu do czasu wychodziła do lasu czy w pola na spacer z psem, ale jej ułomność w oczywisty sposób ograniczała dystanse tych wycieczek. Cały świat miała w komputerze.

— Jestem, mamo! — rzuciła w przestrzeń, choć wiedziała, że matka nie zareaguje, zapatrzona w ulubiony serial. W mieszkaniu pachniało podgrzaną niedawno kalafiorową.

— Zupę zjedz! — Usłyszała zza przymkniętych drzwi pokoiku matki.

— Natalka wróciła? — odrzekła, zdejmując ubłocone buty. Zuźka czekała w przedpokoju, aż wytrze jej łapy. Czasami zdawało jej się, że ten pies miał więcej rozumu niż jej córka.

— Wróciła i poleciała gdzieś, lekcje robić do koleżanki!

„Akurat!” — pomyślała, zaglądając do garnka. Mama dobrze gotowała, ale trochę przesalała.

Nie dogadywały się zbyt dobrze, nie miały wspólnych tematów. W zasadzie prawie ze sobą nie rozmawiały.

Matka zamknęła się w sobie po śmierci męża. Sama doglądała go w chorobie, patrzyła, jak marniał w oczach, tylko ona była przy jego łóżku w dniu śmierci. A gdzie była wówczas jego ukochana córunia? Oczywiście, na treningu. Nie przyjechała pożegnać się z ojcem, przygotowując do jakiejś cholernie ważnej spartakiady. Matka nigdy jej tego nie wybaczyła, chociaż nigdy nie zwerbalizowała swoich pretensji. Trzyletnia Natka nie bardzo wiedziała wówczas, kto jest jej matką, czy ta pani, która wracała wieczorami pachnąc końskim potem, czy może któraś z sąsiadek, które przesiadywały w ich domu, zerkając co jakiś czas na bawiącą się dziewczynkę, gdy w telewizji akurat leciała reklama, albo gdy lakier na pazurach musiał wyschnąć.

— Nalałaś zupę, Ada?

— Nalałam! — Skłamała, sięgając do lodówki po puszkę schłodzonego piwa. Ostatnimi czasy piła zdecydowanie za dużo, czuła po spodniach, że zaczyna się zaokrąglać. Chyba podświadomie starała dopasować się do profilu statystycznego mieszkańca osiedla. Zaczynała odczuwać do siebie odrazę, nie na tyle jednak silną, by cokolwiek zmienić.

Po śmierci ojca sprowadziła matkę do siebie. Sprzedały jej mieszkanie w kamienicy za grosze, niewielu miało ochotę na lokum, w którym stały jeszcze kaflowe piece. Mama dała się przekonać wizją kaloryfera we własnym pokoju, choć twierdziła, że starych drzew się nie przesadza. Zmieniła zdanie po ataku rwy kulszowej na skutek ciągłego dźwigania węglarki na trzecie piętro.

Natalia traktowała babcię jak matkę. Od dziesięciu lat to babcia Maryla prała jej ubrania, gotowała jej obiady i chodziła na wywiadówki. Matka była tylko widmową postacią, kuśtykającą między toaletą, sypialnią i lodówką. Jeśli w okresie rehabilitacji i pomiędzy trzema operacjami pamiętała, że miała córeczkę, nie dała tego po sobie poznać. Patrzyła na małą tak, jakby nie bardzo wiedziała, co to dziecko robiło w jej domu.

Adrian odszedł jeszcze zanim Natalia skończyła trzy lata.

Poznali się podczas studiów na AWFie: ona była obiecującą amazonką, on odnoszącym pierwsze sukcesy oszczepnikiem. Wysoki, o długich, silnych ramionach i mocarnych udach, imponował jej nie tylko wyglądem, ale i ciętym językiem. I nawet gdy po fatalnej kontuzji, po trzech latach sukcesów porzucił karierę sportową i zajął się programowaniem, nie wypadł z formy. Gdyby się wówczas zapuścił, odeszłaby. W tamtych czasach zwracała w mężczyznach uwagę przede wszystkim na wygląd. Kochali się często i intensywnie, trochę beztrosko i gdy oboje kończyli studia, on jako dobrze zarabiający programista, a ona z wizją świetlanej kariery, już była w ciąży. Odwiódł ją od jej usunięcia, prawie się przy tym rozeszli. Przekonywał, że kariera zaczeka, a dziecko może już nie wrócić. A na pewno nie to samo dziecko.

Zmieniała pieluchy w ich pierwszym wspólnym lokum, które sprezentowali im jego rodzice tuż przed narodzeniem dziecka. Ojciec Adriana był jakąś szychą w banku i choć chłopak wzdragał się przed przyjęciem mieszkania, proza życia szybko zdusiła jego dumę.

Wtedy dowiedziała się o chorobie ojca. Wymawiała się opieką nad dzieckiem, potem chęcią powrotu do formy. W rzeczywistości nie chciała widzieć ojca w złym stanie. Pamiętała go jako młodego, pełnego życia faceta, prowadzającego ją na pierwsze treningi. W jej wspomnieniach nigdy się nie zestarzał ani nie zachorował.

Tak naprawdę przesiadywała w stajni, żeby uciec od wrzeszczącego dzieciaka, opieka nad którym spadła na męża. Siedział z małą w domu, pracując zdalnie. To był zawsze jej kluczowy argument — ona nie mogła zdalnie jeździć konno. Walczył przez dwa lata, biorąc na siebie zupki, śpioszki, potem żłobek. W końcu pękł, rozpłakał się jak dziecko. Chciał normalnej rodziny, żony, gotującej obiady z dzieckiem siedzącym na biodrze, prasującej koszule i robiącej mu kanapki do biura. Wyśmiała go, gdy o to prosił.

Rozwiedli się szybko, nie mieli ślubu kościelnego. Choć walczył o córkę, ówczesna koniunktura przyznała mu prawa tylko do weekendowych wizyt, mimo tego, że to przecież on od małego pielęgnował Natalkę.

Otworzyła puszkę dyskretnie, choć przecież matka nie usłyszałaby syku i trzasku pękającego aluminium przez ryczący telewizor. Przez chwilę miała przed oczami płaczącego męża, który wściekle, bezładnie pakował swoje rzeczy do poprzecieranej walizki, a ona stała w korytarzu, bardziej wściekła niż zrozpaczona nieuniknionym rozstaniem i miała problem z wygodnym posadzeniem wrzeszczącej dziewczynki na biodrze. Czy kiedykolwiek wcześniej nosiła ją w ten sposób? Potrafiła zapanować nad ważącym tonę zwierzęciem, ale nie potrafiła uspokoić wierzgającej, dwunastokilogramowej dziewczynki.

Kolejne miesiące były dla niej koszmarem, a dziecko stało się jej największym wrogiem. Niewyspana, wściekła i sfrustrowana żyła z pieniędzy, które Adrian zostawił na odchodne. Z ulgą przyjęła wiadomość o śmierci ojca i rozpoczęła kampanię na rzecz ściągnięcia do siebie matki. O odejściu Adriana powiedziała jej dopiero, gdy ta stanęła z walizami w progu.

Dopiła piwo i zastanawiała się nad sięgnięciem po kolejną puszkę, gdy zdała sobie sprawę z tego, że telewizor już nie ryczał w sąsiednim pokoju.

— Adunia, nie pij tyle, prosiłam cię…

— Daj spokój, mamo! — Wstała, gwałtownie odsuwając krzesło. — Dorosła jestem!

— Czasami zachowujesz się gorzej, niż Natalia!

Zmięła w ustach przekleństwo, wymijając kobietę w progu.

Nie potrzebowała kolejnej kłótni. Nie potrzebowała jej moralizowania, jej troski, która i tak nie mogła nic zmienić. Była żyjącą z renty kaleką dobiegającą czterdziestki, bez perspektyw, bez męża, bez przyszłości, z dorastającą córką, która na ulicy udawała, że jej nie rozpoznaje.

Nie mogło być już gorzej! A jednak mogło, mogła jeszcze się rozpić i zamienić w jedną z osiedlowych menelek, co kilka kwadransów drepczącą chwiejnie między klatką schodową a nieodległym sklepikiem osiedlowym z butelką dyskretnie schowaną w wewnętrznej kieszeni kurtki.

I pomyśleć, że to wszystko przez jedno głupie potknięcie cholernego konia!

Ciekawe, kiedy zdechnie ta ostatnia szkapa Rudzkiego, która tak bezczelnie się na nią gapiła?

2

— No wstaję już, wstaję! — mruknęła spod kołdry, wysuwając dłoń, aby pogłaskać psa.

Natka pewnie wyszła już do szkoły, a matka podreptała ze swoją walizką na kółkach po zakupy do marketu. Wychodzenie z psem było jej obowiązkiem, chociaż to właśnie ona miała największe problemy z poruszaniem się.

Zwlekła się z łóżka nie do końca pewna, czy w ogóle ma ochotę wychodzić dziś z domu. Zapowiadał się kolejny nudny dzień, taki sam jak wczorajszy, dzień, który nie miał zmienić niczego w jej nędznym życiu.

Było nędzne, temu nie dało się zaprzeczyć, do tego robiła wszystko, żeby było jeszcze bardziej beznadziejne. Choć po wypadku miała przy sobie masę współczujących przyjaciół, zachowywała się tak, jakby to oni byli wszystkiemu winni i już po kilku miesiącach, zanim w ogóle zdołała wstać z wózka inwalidzkiego, zorientowała się, że jest kompletnie sama. Tylko Adrian, kierowany dawną lojalnością, odzywał się od czasu do czasu, ale akurat na tym zależało jej najmniej. Miała dosyć oglądania zdjęć, na których jego nowa żona uśmiechała się promiennie, niańcząc bliźnięta, nie tracąc przy tym nic z gracji modelki, którą jeszcze do niedawna była. Zamierzała chyba wrócić do zawodu, wyglądała jak milion dolarów.

Usiłowała przypomnieć sobie, cóż takiego było w jej ex–mężu, co skusiło tę Miss Universe…? Było jej przykro, gdy odszedł, ale nie odczuła tego tak, jakby straciła mężczyznę swojego życia. On w końcu nigdy nie był jej życiem, prawda? Ani on, ani córka. Liczyła się tylko Exeltia i wyniki na turniejach. Rozmawiała z tą klaczą więcej, niż z własnym mężem.

Wszystko zmieniło się w momencie upadku.

Cała miłość do