Opis

Subtelny, a zarazem druzgocący portret niewinnej dziewczynki zdanej na łaskę zdeprawowanego społeczeństwa. Pierwsze polskie wydanie! 

Rodzice sześcioletniej Maisie rozstali się w nienawiści, a dziewczynka jak zabawka przerzucana jest z rąk samolubnej matki w ramiona próżnego ojca. Dla obojga stała się wyłącznie argumentem w zajadłej walce. Kiedy rodzice dziewczynki powtórnie stają przed ołtarzem z nowymi partnerami, Maisie – samotna, wrażliwa i nad wiek dojrzała – zostaje po raz kolejny wrzucona w zagmatwany świat dorosłych – pozbawiony zasad, pełen intryg i zdrady. 

Powieść opublikowano po raz pierwszy w 1897 roku, kiedy Henry James eksperymentował z techniką narracyjną i był zafascynowany pomysłem przedstawienia fabuły z perspektywy dziecka. 

Opowieść o trudnym dorastaniu i burzliwych związkach. Dzięki psychologicznej wnikliwości Jamesa nadal niezwykle trafna, a wręcz współczesna.

Paul Theroux

Henry James (1843–1916) – wybitny amerykański pisarz, krytyk i teoretyk literatury, reprezentant realizmu psychologicznego. W swoich znakomitych powieściach zgłębiał mentalność Amerykanów w zderzeniu z kulturą europejską.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 327

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Tytuł oryginału:

What Maisie Knew

Projekt okładki: www.studio-kreacji.pl

Zdjęcie na okładce:

© Jacqueline Roberts/Trevillion Images

Redaktor prowadzący: Katarzyna Rudzka

Redakcja: Lucyna Łuczyńska

Korekta: Agnieszka Ujma

ISBN 978-83-7839-812-7

Warszawa 2012

Wydawca:

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28

www.proszynski.pl

PRZEDMOWA

W wypadku pierwszej z niniejszych trzech Opowieści1 po raz kolejny mamy do czynienia z „wielkim dębem” wyrosłym z małego żołędzia, ponieważ „O czym wiedziała Maisie” to bez mała drzewo, jakie rozgałęzia się i pnie w górę mimo niepozornego zalążka, który dał mu początek. Traf chciał, że ktoś wspomniał w mojej obecności o sytuacji pewnego nieszczęsnego dziecka rozwiedzionych rodziców, zaistniałej w wyniku ponownego ślubu jednego z nich; którego, tego nie pamiętam. Otóż niechęć ojczyma bądź macochy sprawiła, że dziecko, spędzające dotąd naprzemiennie czas to z matką, to z ojcem, stało się nagle kulą u nogi. Podczas gdy najpierw każde z rodziców mściwie próbowało ograniczyć wpływy drugiej strony, osoba, która powtórnie wstąpiła w związek małżeński, w następstwie ślubu gorliwie scedowała obowiązki rodzicielskie na rzecz byłego małżonka, budząc tym samym jego oburzenie i chęć odpłacenia tą samą monetą. Biedne dziecko, przerzucane tam i z powrotem jak piłka, pozostawiono samemu sobie. Wizja ta poruszyła moją wyobraźnię do żywego i stała się zaczątkiem opowieści dającej sposobność dla wielu możliwych rozwiązań. Pamiętam myśl, jaka nasunęła mi się od razu: dla pełnej symetrii drugi rodzic też powinien wziąć ślub – co zapewne wkrótce nastąpiłoby i stanowiłoby logiczny rozwój wydarzeń. Drugi ojczym lub macocha też nie kwapiliby się do podjęcia obowiązków rodzicielskich wobec dziecka znienawidzonego poprzednika, dopełniwszy tym samym niedoli małej ofiary. Jednym słowem, byłaby to niewesoła historia, jakkolwiek nie jestem pewien, czy wzbudziłaby moje zainteresowanie, gdybym nie poczuł wkrótce, iż zawarte w niej niemiłe prawdy stanowią o jej zasadniczych walorach.

1 Prozę Jamesa zebrano w obejmującej dwadzieścia pięć tomów edycji nowojorskiej, wydanej w latach 1907–1909. Przedmowy, którymi opatrzył każdy tom, stanowiły dogłębną retrospektywę jego twórczości. Wstęp zamieszczony powyżej stanowi większość przedmowy tomu 11, zawierającego również utwory „W klatce” i „Uczeń”. Nawiązania do wspomnianych dzieł usunięto.

Głębsza analiza owych prawd uświadomiła mi, iż na przekór nieuchronnej, zdawałoby się, niedoli istnieje szansa na szczęście i poprawę losu dziecka, jego niepewna sytuacja ustąpić może miejsca harmonii i poczuciu bezpieczeństwa. Elementy te, mimo pobieżnego zarysu, emanowały blaskiem, który decyduje o wstępnym powabie żywego „tematu” w świadomości malarza, w miarę dalszej analizy zaś blask ów przybierał na sile. Co za tym idzie, dalsza analiza to dla artysty żagiew triumfu i uniesienia – triumfu cichego i uniesienia przez łzy, ma się rozumieć, których nie rozgłasza się wszem wobec, lecz świętuje w zaciszu najskrytszej świątyni, albowiem niewiele wskazuje, iż wstępny proces ów w stopniu zadowalającym przybliży nam prawdę i pozwoli dotrzeć do jej sedna. Na tym właśnie polegał urok tego zrazu mglistego konspektu, fakty zaś odsłaniały pokłady ironii głębszej, aniżeli zdawać by się mogło na pierwszy rzut oka. Dryfowała w tle niczym zapach na wietrze, stopniowo coraz bardziej przykuwając uwagę. Dodam, że im usilniej zgłębiałem temat, tym mocniej drażniła mi nozdrza. Koniec końców za sprawą lekkiego podmuchu czerwona iskra migocząca w moim umyśle rozgorzała mocniej i wzbiła się płomieniem. Była to paradoksalna prawda w pełnej odsłonie – najciekawszy aspekt sytuacji dziecka. Dla pełnej satysfakcji czytelnika, innymi słowy, mała, rozwijająca się świadomość musiała ujść bez szwanku i objawić się w postaci ciągu wrażeń; wykorzystać sytuację z pożytkiem dla siebie samej i nabrać pewności raczej, aniżeli dać się stępić i wyjałowić ignorancją i cierpieniem. Ów wyższy stan służyć miał czemuś więcej niż pokrzyżowaniu samolubnych planów rodziców – do czego się na pozór sprowadzał w ramach krytyki ich występków. Owa początkowa relacja ustąpiła miejsca późniejszej; zamiast poddać się narzuconej z góry zależności wraz z wynikającymi z niej komplikacjami, nasz mały cudotwórca bezwiednie zaprowadziłby własny porządek, przyczyniając się do stworzenia zależności zgoła innego rodzaju, która (niczym za sprawą demonicznej strategii) miała przynieść korzyść jemu samemu.

Trzeba zaznaczyć, iż wizja ta ułożyła się w całość po zawarciu nowych związków przez obie strony; ojciec musiał po rozwodzie pojąć drugą żonę, matka zaś, na tych samych prawach, drugiego męża, aby rzecz miała ręce i nogi. Stanowiłoby to logiczny punkt wyjścia dla dalszych wydarzeń – przy założeniu pewnej wrażliwości (i względnej przyzwoitości) dwu nowych osób dramatu. Powiedzmy, że zasadniczą przyczyną, dla której jedna, lub jeszcze lepiej obie strony chcą wykręcić się od odpowiedzialności rodzicielskiej, jest wrodzona niechęć do odpowiedzialności w ogóle: w ten sposób zyskujemy motyw, który wyklucza szczególnie złą wolę macochy i ojczyma. Dziecko postrzegane jako nieświadomy katalizator zażyłości między ojczymem a macochą, im bliższej zażyłości, tym lepiej, dramatycznie rzecz ujmując; dziecko opuszczone przez wszystkich i złaknione odmiany snuje w dobrej wierze złożoną intrygę; dziecko jako siła napędowa i pretekst dla kolejnych występków, te zaś zataczają coraz szersze kręgi: oto paradoks w pełnej odsłonie, obiecujący temat, w nim pierwotny zarys miał znaleźć ujście. Żaden motyw nie jest bardziej ludzki od tego, który z chaosu życia płynąc, odzwierciedla nam bliski związek między niedolą a dobrodziejstwem losu, tym, co koi i co sprawia ból, ów wiszący wiecznie przed oczami połyskliwy medal z dziwnego stopu – jedna strona komuś szczęściem, druga cudzym bólem i strapieniem będąc. Dlatego żyć pełnią życia w tym pogmatwanym świecie będzie udziałem mojej małej bohaterki, łączyć ludzi, którzy w najlepszym razie winni pozostać z dala od siebie, rozdzielać tych, co winni razem pozostać, rozkwitać – do pewnego stopnia – kosztem konwenansów, a nawet względów przyzwoitości, dzierżąc żagiew cnoty, chociaż wiatr usiłuje ją zdmuchnąć. A zarazem, krótko mówiąc, powodować jeszcze większy chaos przez poszukiwanie ideału w egoizmie i siać na jałowej ziemi, przez samą swoją obecność, ziarno prawego życia.

Od razu wiedziałem, że moje czółenko świadomości, targane wichrem tak silnym, z całą pewnością nie może być chłopcem; nie licząc faktu, że mali chłopcy nigdy nie są „obecni”, wrażliwość dziewczynki, od młodego wieku począwszy, jest dużo większa, mój plan zaś wymagał od bohaterki wrażliwości niezmiernej. Mógłbym zasugerować ją jako wynik nadwątlonej równowagi umysłu, lecz dla większej przejrzystości fabuły nadałem jej znamiona cechy wrodzonej. Dlatego usposobienie mojej bohaterki musiało być z gruntu obiecujące, przede wszystkim zaś konieczne było obdarzenie jej przenikliwością niemal bez granic. Tak oto wyposażona, a zarazem nieuchybiająca względom prawdopodobieństwa, miała dopomóc mi osiągnąć mój cel – w miarę upływu czasu coraz bardziej ekscytował, uszlachetniony płynącą zeń trudnością – który polegał na przedstawieniu wydarzeń przez pryzmat jej jakże ograniczonej świadomości, bez uszczerbku dla ich wiarygodności. W świetle takiej możliwości, plan „Maisie” szybko nabierał realnych kształtów. Przypomnę, że wspomnienie własnej pracy nie stanowi dla mnie tematu, który – na jakimś etapie swojego rozwoju, zawsze czekający tylko sposobnego powiązania lub chwili – dałby się pokornie zepchnąć w kąt, nawet (a może zwłaszcza wtedy) gdy stanowi to naturalną kolej rzeczy. Raz „wypuszczony”, niczym ogar zerwany ze smyczy, przestaje reagować na gwizdek, jazgocze, tropi i rzuca się w wir życia; można przyprowadzić go siłą, lecz okiełznać się nie da. Pomysł postrzegany w świetle, w jakim go tu przedstawiam, siłą rzeczy musiał dowodzić swojej wartości – bo czyż wartość tak podatnej materii mogła budzić wątpliwości? Zasadniczym środkiem przekazu byłaby zaburzona i niekompletna percepcja dziecka, a przy tym całokształt miał chlubnie znajdować się na swoim miejscu, postrzegany przez pryzmat niedojrzałego umysłu, a zarazem w pełni zrozumiały dla czytelnika.

Pamiętam, że wraz z tym rozwiązaniem (w istocie spójnym i kompletnym) nasunęła mi się myśl o ograniczeniach płynących z dziecięcego zrozumienia świata – a mianowicie na ile mogło ono interpretować sytuację i wyciągać z niej wnioski. Dalsze refleksje i eksperymenty uświadomiły mi konieczność narzucenia pewnej dyscypliny. Umysł dziecka w najlepszym razie pozostawiałby znaczne luki i próżnię, toteż mimo uporządkowanej fasady pewne znaki zapytania byłyby nieuniknione. Musiałbym naciągać materiał do naocznych obserwacji mojego świadka, których albo nie rozumiałby on wcale bądź rozumiałby na wspak, i na nich – wyłącznie – musiałbym się oprzeć. Postanowiłem więc przedstawić wszystko, całą sytuację, w jakiej się znajdzie, wyłącznie odwołując się do okoliczności, które bezpośrednio go dotyczą, będących na wyciągnięcie ręki, jedynie w sposób, w jaki mogły nań oddziaływać, na dobre lub złe, z korzyścią lub wręcz przeciwnie: dzięki temu sami stajemy się świadkami, a nasz bardziej świadomy pogląd na wydarzenia przybliża nam sytuację. Plan wymagał uwagi i precyzji, co samo w sobie przemawia na jego korzyść, a ponowna lektura utworu utwierdza mnie w przekonaniu, iż cel został osiągnięty. Zdaje się, że postąpiłem w myśl powziętych założeń, na przekór pewnym nieścisłościom, które mogą rzucać się w oczy. Małe dzieci widzą dużo więcej, niż potrafią wyrazić; ich percepcja chwilami bywa bogatsza, a zrozumienie większe aniżeli zasób słownictwa. Co za tym idzie, próba sprowadzenia fabuły do siłą rzeczy ograniczonych środków ekspresji i doświadczenia musiała z gruntu spełznąć na niczym. Środki Maisie odgrywają niepoślednią rolę – leżąc u podstaw nieskomplikowanych wniosków, które wyciąga, ale nasz komentarz towarzyszy jej na każdym kroku, uzupełniając się o nowe szczegóły. Czasem nasuwa poczucie, że nie nadążamy za biegiem spraw, wyolbrzymiając stopień zaangażowania w nie Maisie. Różnica jest subtelna: otóż jej udział i zaangażowanie determinują nasz pogląd na sprawę – po prostu robimy z nich lepszy użytek niż ona sama. I choć to jej zainteresowanie czyni sytuację ciekawą dla nas samych, niewątpliwie dostrzegamy rzeczy i zjawiska niepojęte jeszcze dla Maisie, a zarazem niezbędne, ilekroć sprawy dla niej zrozumiałe przechodzą w te, które dotkliwie umykają jej uwagi. Wszystko to wyostrzyło mi zmysł obserwacyjny, dało siłę konieczną do rozwiązywania problemów oraz poczucie, że nie pominąłem nic, co winno znaleźć się na pierwszym planie.

Naturalnie za tym krył się aspekt niemal równorzędny, mający zgoła niewiele wspólnego z konstrukcyjną warstwą powieści oraz wiecznym pytaniem o formę ekspresji. Była to kwestia oporu, jaki mogłem wiarygodnie przypisać głównej bohaterce – oporu, będącego w pewnym stopniu kwintesencją jej postaci. Czymże byłby opór istoty tak młodej (sprzeciw wobec tego, co staje się jej udziałem), jeśli nie zachowaniem świeżości, również w słowach – Maisie bowiem nieustannie dziwi się światu i daje temu wyraz w rozmowie. Dziwi się, innymi słowy, aż do końca, do śmierci – śmierci swojego dzieciństwa dokładnie, po której (wraz z nieuniknioną zmianą widzenia świata) jej sytuacja ulegnie metamorfozie i przybierze odmienną postać, mierzoną inną miarą i z innym punktem ciężkości. Proces, który doprowadzi ją do tego – interesujący sam w sobie – osiągnie punkt kulminacyjny, ustąpi miejsca nowej skali, nowej perspektywie i nowym horyzontom. Nasze zadanie więc polega na prześledzeniu go od początku do końca oraz ocenie jego wartości poglądowej. Dochodzę do wniosku, iż w razie braku innych walorów przede wszystkim służyłby ukazaniu wachlarza dziecięcych wartości. Maisie jest nie tylko wielkim „paradoksem”, o którym już wspomniałem; ma niesłychaną umiejętność rzucania światła poza granice własnego pojmowania, nadawania uboższym postaciom i zjawiskom – przez sam fakt związku z jej osobą i skalę, jaką im przypisuje – wartości, która w przeciwnym razie nie stałaby się ich udziałem. Na jej „świeżości”, co podkreślam z upodobaniem, zyskują rzeczy z gruntu puste i wulgarne. Przez kontakt z nią urastają do rangi poezji, tragedii i sztuki; starczy, że pochyli się nad nimi, a nabierają znaczenia, mocy, wymiaru – uniwersalnego! – o którym wcześniej mogły tylko pomarzyć. Weźmy choćby Idę Farange czy samego Beale’a – jaka moc, jaki „obiektywizm” (jedyna okoliczność łagodząca) nadawałyby im rację bytu? Czym odpłaciliby za przywilej naszej uwagi?

Sama łatwowierność Maisie stawia ich w złowrogim świetle, czyniąc matkę – według mnie, jeśli zdołałem oddać to jak należy – szczególnie namacalną i nikczemną, przez co otrzymujemy postać malowniczą o bez mała symbolicznym wymiarze. Powieść zawiera dwie sceny, gdzie jest to widoczne szczególnie. Fragment, który dotyczy relacji ojca z przymilną, a zarazem dziwną i odpychającą kobietą – lekkomyślnie przyprowadził ją do domu późnym wieczorem – stanowi dobitny przykład jego wyrachowania. Nie ulega wątpliwości, że Beale Farange jest człowiekiem bez honoru, jego przyjaciółka przedstawiona córce osobą godną pożałowania, razem zaś stanowią duet, od którego najchętniej odwrócilibyśmy wzrok. Lecz widziana oczami dziecka scena odsuwa te cechy na drugi plan, zapadając nam głęboko w pamięć, i staje się tym, czego ani Beale, Ida czy pani Cuddon, a nawet sir Claude i pani Beale nie osiągnęliby o własnych siłach, a mianowicie godną uwagi. Innym przykładem podobnego zjawiska jest scena, gdzie podczas spaceru z sir Claude’em w parku Maisie nieoczekiwanie spotyka matkę i jej oczarowanego przyjaciela, sympatycznego „kapitana”, z którym Ida zostawia córkę na dwadzieścia minut w celu rozmówienia się z drugim mężem. Ludzki wymiar bohaterów zdaje się przesądzony, trzy „dojrzałe” postacie zbyt wątłe, za głupie (jakąż głupotą ze strony sir Claude’a było poślubienie Idy!) i niepozorne, lecz znaczenie dziecka przekłada się na pozostałych bohaterów i zatacza coraz szersze kręgi, sprawiając, iż stają się kimś zupełnie innym. Dla obserwatora obyczajów i malarza życia późniejsza opowieść stanowi tymczasem groteskowe podsumowanie, gdzie staraniom jego towarzyszą zwykle epitety w rodzaju „bolesny”, „niemiły” i „odrażający”, do tego stopnia, że wielokrotne zastosowanie ich utwierdza go w krytycznym osądzie kręgów, których dotyczą. Naturalnie i ja spotykałem się z zarzutem, że „mieszanie” dziecka w brzydkie sprawy prowadzi do apogeum brzydoty i nie ma nic bardziej odrażającego aniżeli narażanie Maisie na tak bliską „zażyłość” z otaczającym ją brakiem moralnych zahamowań.

Warto nadmienić, iż choć z góry zdajemy sobie sprawę z wątpliwej wartości pewnych przesłanek, z dotkliwym zawodem przyjmujemy fakt, że do końca trwają w niezmienionej postaci. Malarz życia ma przed sobą nie lada zadanie, kiedy znaczna część jego materiału przybiera postać nie zawsze najpiękniejszą. Wysiłek, aby dostrzec i odmalować naprawdę, to nie byle co w obliczu wszechobecnej siły, która sieje zamęt. Grunt, że zamęt ów też stanowi często jedną z najostrzejszych form rzeczywistości, ma określoną, barwną postać i charakter, a także silny rys komiczny, stanowiące o jego wartości. Dlatego można by rzec, że istota powabu Maisie, jej niezmącona świeżość, innymi słowy, łatwość, z jaką trwa w zatrutym powietrzu i rozkwita w niemoralnym świecie, uchodzić może za rzecz jałową i bezmyślną, a w najlepszym razie bez znaczenia. Dla każdego, kto choć w pewnym stopniu interesuje się życiem, żaden jego odcień na płaszczyźnie serca raczej niż głowy nie przejdzie niezauważony. Dlatego więź zadzierzgnięta w parku między dzieckiem a życzliwym, brzydkim dżentelmenem, który mówi o jej matce coś, czego nie powiedział jeszcze nikt inny, i porusza w Maisie czułą strunę, jakiej nie poruszył jeszcze nikt przedtem, nadaje ich rozmowie niespotykaną głębię. Cud, dzięki któremu tożsamość dziecka nie doznaje uszczerbku, obarczona ciężarem – zdawałoby się – ponad jej siły, wyróżnia ją na tle innych, przydaje opowieści różnorodności i ducha właśnie za sprawą owego ciężaru – który okazałby się błahy, gdyby nie jego potworny wymiar. Szkoda, aby ominęła nas ta sprawiedliwa refleksja. „Maisie” pochodzi z roku 19072.

2 W tym okresie powstała Przedmowa.

HENRY JAMES

O CZYM WIEDZIAŁA MAISIE

Sprawa ciągnęła się w nieskończoność i nie była łatwa, ale koniec końców sąd podjął decyzję co do losów dziecka. Ojciec, chociaż nie pozostawiono na nim suchej nitki, dopiął swego i córkę przyznano jemu, niekoniecznie ze względu na wątpliwą opinię matki, której charakter był na pozór mniej pokryty plamami niż cera będąca obiektem powszechnej debaty. Do wyroku dołączono jednak oświadczenie, które zmąciło nieco Beale’owi Farange słodycz zwycięstwa, nakazujące mu zwrot byłej żonie sumy w wysokości dwóch tysięcy sześciuset funtów, przekazanej mu przed trzema laty na poczet opieki nad dzieckiem w ramach obopólnej zgody, że nie wykorzysta jej do własnych celów. Sumę, dodajmy, po której nie zostało ani śladu. Obowiązek ów osłodził nieco Idzie Farange gorycz porażki; mogła wyżej unieść głowę, za to panu Farange zrzedła mina. Nie czuł się na siłach, aby zwrócić pieniądze lub uzbierać taką kwotę, toteż w wyniku utarczki nieco mniej jawnej i nieco bardziej cywilizowanej aniżeli dotychczasowe boje przystał na kompromis wysunięty przez jego prawników, na który i żona raczyła wyrazić zgodę.

W wyniku ugody dług został darowany, los dziecka zaś przesądzony na modłę iście Salomonową. Rzucono ochłapy obu stronom konfliktu. Dziewczynka miała spędzać po sześć miesięcy u każdego z rodziców. Dziwna była to sprawiedliwość w oczach wciąż zaślepionych światłem sędziowskiego trybunału – światłem, w którym ani matka, ani ojciec nie zdawali się przykładem do naśladowania. W świetle przedstawionych dowodów spodziewano się wyznaczenia, in loco parentis, osoby trzeciej, szanowanego, a przynajmniej reprezentacyjnego przyjaciela rodziny. Jak widać, w kręgu państwa Farange próżno było szukać takiego klejnotu, więc jedynym rozwiązaniem wszystkich problemów, wyjąwszy posłanie Maisie do Domu Opieki, okazało się wyjście, o którym wspomniałem. Rodzice przystali na to jednomyślnie jak nigdy, w słusznym skądinąd przekonaniu, iż z pomocą dziecka dopieką sobie nawzajem. Żywiołowo dali upust swojej radości, pełni nadziei, że choć razem ginęli w tłumie, w pojedynkę przyjdzie im zabłysnąć pełnym blaskiem. Czy nikt, zapytacie, nie przejął się losem małej i nie odezwały się głosy nawołujące do jej ocalenia? Owszem, znalazła się pewna zacna pani: była daleką krewną pani Farange, której zaproponowała, iż nie mając już dzieci na wychowaniu, weźmie kość niezgody do siebie, odciążając przynajmniej jedno z rodziców. Co po sześciu miesiącach spędzonych z Beale’em dałoby Maisie miłą odmianę.

– Odmianę? – wykrzyknęła Ida. – Czy odmianą nie będzie dla niej powrót od tego potwora do osoby, która nienawidzi go najbardziej na świecie?

– Nie, ponieważ twoja nienawiść sprawia, że mówisz o nim bez przerwy. Nie pozwalasz jej zapomnieć o ojcu, wciąż wieszając na nim psy.

Pani Farange oniemiała.

– Mam stać z założonymi rękami, kiedy on wiesza psy na mnie?

Zacna pani w pierwszej chwili nie odpowiedziała, ale jej milczenie nie pozostawiało wątpliwości co do poglądu na ten temat.

– Biedulka! – oznajmiła wreszcie; było to epitafium na grobie dzieciństwa Maisie, którą pozostawiono własnemu losowi. Nikt z obserwatorów nie miał wątpliwości, iż jedynym ogniwem łączącym ją z każdym z rodziców był ów pożałowania godny fakt, że stanowiła dla każdego czarę goryczy, porcelanową filiżankę bez dna, którą do woli mogli napełniać jadem. Nie kierowali się jej dobrem, ale szkodą, jaką z jej nieświadomym udziałem mogli wyrządzić sobie nawzajem. Miała stać się dla nich narzędziem gniewu i zemsty, oboje boleśnie odczuli bowiem na sobie ciężką dłoń sprawiedliwości, która odrzuciła roszczenia obu stron do – jak to nazywali – wszystkiego. Skoro zaś każde miało dostać po połowie, widać żadne nie było tak podłe jak wskazywałaby na to wersja strony przeciwnej; innymi słowy, oboje mieli za uszami, jedno warte drugiego. Matka pragnęła nie dopuścić, aby ojciec „choćby spojrzał” na dziecko; ojciec postulował zaś, że najlżejszy choćby dotyk matki to „plama na honorze”. Z tych dwu przeciwstawnych szkół Maisie miała pobierać naukę – godząc je ze sobą na miarę swoich dziecięcych sił. Trudno wyobrazić sobie rzecz bardziej wzruszającą aniżeli ufność, z jaką godziła się na swój los. Wielu drżało na myśl, co czeka jej niewinną duszę w rękach tych dwojga; nikt nie mógł założyć, że nie wyrządzą jej trwałej szkody.

Rzecz toczyła się w społeczeństwie zajętym głównie czczą wymianą zdań, lecz skłócona para słusznie spodziewała się wzmożonego ożywienia. Oboje zakasali rękawy, czując, że wojna dopiero się rozpoczyna. Ba, czuli się ze sobą związani jak nigdy, bowiem cóż łączy ludzi bardziej aniżeli okazja do ciągłej zwady? „Obozy” też miały się dobrze, gdyż nie brakowało tematów do rozmowy. Liczni znajomi państwa Farange celowali w wymianie poglądów i spory ożyły przy cygarach i filiżankach herbaty. Prześcigano się w gorszących nowinkach i nikt nie czułby się sobą, gdyby ktoś inny nie zbłądził. Państwo Farange cieszyli się estymą wszystkich prócz siebie samych: mawiano, że nikt prócz Beale’a nie upuściłby Idzie krwi, jeśli zaś ktoś wydrapie mu oczy, będzie to jego była żona. Panowało powszechne przekonanie, iż są okrutnie przystojni – głębiej ich nie analizowano. Razem liczyli sobie na przykład ponad trzy i pół metra wzrostu; z upodobaniem toczono debaty, komu przypada więcej. Jedyną skazą na urodzie Idy była długość ramienia, spowodowana być może tym, iż często pokonywała męża podczas gry w bilard: bo grała wyśmienicie, ku jego wielkiej niechęci, której – jak utrzymywała była małżonka – dawał upust za pomocą pięści. Bilard stanowił jej domenę i często mówiono o niej w tym kontekście. Wyjąwszy wspomniany mankament, wszystko w niej budziło podziw z racji swoich niewielkich wymiarów, oprócz jednej, jedynej rzeczy. Wyjątkiem były oczy, ich wielkość zdawała się cokolwiek przesadna, usta zaś jakby ginęły w twarzy. Co do jej kibici zdania były podzielone. Należała do osób, które bawiąc poza domem – a bawiła nieustannie – stwarzały wrażenie, że wszędzie ich pełno, aż do przesady, w związku z czym nie powinny budzić niczyjego zdziwienia. Wśród obcych owszem, ku uciesze innych, zdradzali bowiem tym swój brak obycia. Podobnie jak mąż, nosiła ubrania tak jak pociąg nosi pasażerów: często porównywano ich upodobania i debatowano nad strojem, przy czym większość ocen przechylała się na korzyść Idy, doceniono jej umiarkowany entuzjazm w kwestii błyskotek i kwiatowych deseni. Beale Farange miał naturalne ozdoby: długa, jasna broda spoczywała mu na piersi jak złota tablica, a lśniące zęby wyzierały spod wąsa i bez względu na okoliczności nadawały mu pozory zadowolenia z życia. W młodości parał się dyplomacją i przez krótki czas piastował stanowisko posła, dzięki czemu mawiał często „Za moich czasów na wschodzie”, ale dzisiaj nie było dla niego miejsca i historia minęła go bokiem, pozostawiając na wiecznym Piccadilly. Wszyscy wiedzieli, co ma: tylko dwa i pół tysiąca. Biedna Ida została tylko z powozem i sparaliżowanym wujem. Stary dzikus, jak go nazywano, odłożył ponoć znaczną sumkę. Dziecko miało materialne zabezpieczenie dzięki zmarłej ciotce Beale’a, która pozostawiła mu co nieco tak, by rodzice mogli przywłaszczyć sobie tylko roczny dochód.

Reszta w pełnej wersji