Wydawca: Nasza Księgarnia Kategoria: Literatura faktu, reportaże, biografie Język: polski

O czym myślą koty. Kocie sekrety oczami naukowców ebook

Thomas McNamee  

3.66666666666667 (12)

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 354 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka O czym myślą koty. Kocie sekrety oczami naukowców - Thomas McNamee

Oddajemy im własną poduszkę, ale czy naprawdę je rozumiemy? W swojej fascynującej opowieści Thomas McNamee rozszyfrowuje jedna po drugiej kocie tajemnice, przytaczając nieznane szerszemu ogółowi badania naukowców, a także powołując się na osobiste doświadczenia – kociarza ekstraklasy.

Czy ludzki i koci mózg działają identycznie? Czy koty są lepszymi od ludzi towarzyszami dla osób chorujących na depresję? I czy rzeczywiście do komunikacji z człowiekiem używają specjalnego języka, do każdego z nas zwracając się nieco inaczej? „O czym myślą koty” to przewodnik po życiu wewnętrznym kotów dla wszystkich. Dla tych, którzy dopiero uczą się trudnej sztuki interpretowania kocich zachowań, i dla tych, którzy uważają się za jej arcymistrzów.

Thomas McNamee jest absolwentem Uniwersytetu Yale, poetą i eseistą, autorem znakomicie przyjmowanych przez krytyków i czytelników publikacji o tematyce przyrodniczej, a przede wszystkim kociarzem. W swojej najnowszej książce pokazuje, jak widzi te fascynujące zwierzęta współczesna nauka, i opowiada o życiu własnej kotki Augusty.

Opinie o ebooku O czym myślą koty. Kocie sekrety oczami naukowców - Thomas McNamee

Fragment ebooka O czym myślą koty. Kocie sekrety oczami naukowców - Thomas McNamee

ThomasMcNamee
O czym myślą koty Fragment
Przełożyła Magdalena Korobkiewicz
Wydawnictwo NASZA KSIĘGARNIA

Zajrzyj na strony:

www.nk.com.pl

Znajdź nas na Facebooku

www.facebook.com/WydawnictwoNaszaKsiegarnia

Dla Isabel

Augusta

Rozdział pierwszyKotek

Mały czarny kotek nie wiedział, co to śnieg. Stał pośród świeżego puchu, a pojedynczy ślad opon prowadził od bramy do budynków gospodarskich. Kotek miauknął, by przywołać mamę. Później spróbował wyjść z koleiny, ale śnieg usunął mu się spod łapek i nic z tego nie wyszło. Maluch z trudem ruszył przed siebie, co chwilę rozpaczliwie miaucząc. Zapadał zmierzch.

Dotarł do budynku, z którego dobiegał przyjemny zapach jedzenia. W środku byli ludzie, ale też szczekał pies. Kotek poszedł więc koleiną aż do mostu. Po chwili wahania, wystraszony dudnieniem głębokiej wody, ruszył dalej, teraz już w ciszy. Podążał śladem opon, dopóki drogi nie zagrodziła mu ściana zbita z desek. Brnął między sztywnymi źdźbłami trawy, po twardej skorupie śniegu; przerażony, znowu zaczął wzywać mamę. Wreszcie znalazł mały, maciupki otwór w ścianie i z trudem się przez niego przecisnął. W środku panowała ciemność i dziwnie pachniało, ale przynajmniej nie było tak przeraźliwie zimno.

Znalazł stertę szmat, umył ośnieżone łapki i zapadł w sen.

Nazajutrz w chłodny, czysty poranek między różnymi rupieciami w szopie zobaczyłem kątem oka coś małego i czarnego. Dobrych kilka minut zajęło mi – niezgrabie – złapanie kotka, który uspokoił się natychmiast, gdy wziąłem go do ręki i wepchnąłem za pazuchę. Cały drżał.

Elizabeth i ja spróbowaliśmy się dodzwonić do naszego jedynego sąsiada, pewnego samotnego Norwega, bo uznaliśmy, że to od niego jakimś cudem musiała do nas przywędrować ta mała kulka futra. Bez powodzenia. Poszedłem więc rozejrzeć się za śladami opon, ale żadne nie prowadziły na sąsiednią farmę. Nagle dostrzegłem drobne tropy łapek, mniejsze niż dziesięciocentówka. Dobrze widoczne na świeżym śniegu wiodły od naszego podjazdu do głównej drogi; to ponad 400 metrów. Najwyraźniej zawrócił tam jakiś pojazd. Ktoś tak po prostu porzucił kotka w zupełnej głuszy. Od najbliższego miasta, Livingston, dzieliło nas 30 kilometrów zmarzniętej polnej drogi.

Kotek łapczywie pochłonął tuńczyka i resztki kurczaka, a później tak się opił mlekiem, że aż mu brzuszek napęczniał jak balon. Na samym środku tego brzuszka widniała mała biała gwiazdka, świetnie pasująca do eleganckiego krawacika. Poza tym kotek był czarny. Przyciąłem skrzynkę po winie, napełniłem ją świerkowymi igłami, liśćmi i kawałkami kory, a maluch z niej skorzystał. Później zaczął pracowicie drapać ściółkę, by ukryć dowody. Patrzył na nas przy tym szeroko otwartymi oczami, my zaś pękaliśmy z dumy.

W zasadzie nie mieliśmy ku temu powodów, ponieważ koty chętnie i bez oporów korzystają z podsuniętej im kuwety, o ile tylko nie są niepokojone i czują się komfortowo. Dzieje się tak, gdyż kuweta daje im sposobność, by wzorem swoich dzikich przodków ogłosiły wszem wobec: „To mój teren”.

Tej nocy wypędziliśmy malca z sypialni, lecz rano czekał już przy lodówce z postawionym i drżącym ogonkiem, a to uniwersalna oznaka serdecznego kociego powitania i pewności siebie. To, że od razu świetnie się odnalazł w domu i pozwalał się brać na ręce, dowodziło, że wcześniej nie mieszkał w żadnej stodole ani też nie spotkało go nic złego ze strony ludzi. Weterynarz, do którego go zabraliśmy, stwierdził, że mamy zdrową, mniej więcej trzymiesięczną kotkę, jego zdaniem – „żywe srebro”. Jej rezolutność prawdopodobnie wynikała z tego, że do tej pory ktoś się tą małą czule opiekował, oraz z pogodnej natury, czyli ze szczęśliwego układu genów.

Odjęliśmy sobie te trzy miesiące i wyszło nam, że urodziła się w sierpniu, a zatem ochrzciliśmy podarunek od losu mianem Augusty[1].

Kicia od razu się zabrała do tworzenia mentalnej mapy swojego nowego otoczenia. Nie tylko w sensie czysto przestrzennym. Przez kilka dni po jej przybyciu padał śnieg, więc musiała siedzieć w domu. W tym czasie godzinami uczyła się położenia każdego krzesła, stołu, biblioteczki, telefonu, skraju dywanu, framugi okna i pojemnika na ołówki. Odnotowywała jednak także szczegóły niewidoczne dla ludzi: tropy myszy i owadów, setki zapachów napływających z zewnątrz.

Wykorzystywała głównie węch, lecz wrażenia zapachowe kodowane w hipokampie od razu łączą się z określonym obrazem zarejestrowanym w korze wzrokowej. To proces całkowicie automatyczny. Dowodem na świetną pamięć kotów może być ich błyskawiczna reakcja na choćby najdrobniejszą zmianę w znanym otoczeniu. Powierzchnia jamy nosowej jest u tych zwierząt pięć razy większa niż u ludzi i zawiera trzy razy więcej receptorów węchowych, które występują w setkach rodzajów, a zatem pozwalają na zarejestrowanie niemal nieskończonej liczby bodźców.

Koty mają też wyjątkowo czuły słuch – odbierają niezwykle szeroki zakres dźwięków, ze wszystkich ssaków jedynie nietoperze są od nich lepsze. Potrafią również znakomicie lokalizować źródło dźwięku – spójrzcie tylko, jak wasz kot porusza uszami, często obracając każde w inną stronę, kiedy próbuje ustalić, skąd dobiega dany odgłos. Każdy, nawet najlżejszy szelest moskitiery na wietrze, świst śniegu kłębiącego się w zamieci czy odległy krzyk kruka błyskawicznie przykuwały uwagę Augusty. Wydawała się uosobieniem czujności.

Kiedy badała swoje otoczenie, nic nie mogło jej od tego oderwać. Bardzo szybko zaczęła reagować na imię, lecz przychodziła na wołanie wyłącznie wtedy, gdy jej to pasowało. Jeśli akurat była zajęta buszowaniem po domu, czekaliśmy na próżno. Zwiedzała wszystkie kąty, aż prawie padała z wyczerpania; ledwo dawała radę dowlec się do poduchy czy jakiegoś zacisznego kącika, gdzie odpływała w sen. Wówczas można ją było bez obaw wziąć na ręce i zabrać do łóżka, kompletnie nieświadomą jak każde małe dziecko, absolutnie ufną i szczęśliwą.

Całymi godzinami spała bezwładna jak szmaciana lalka, aż nagle zaczynała śnić i pojękiwać, szczękać zębami, przebierać łapkami; oczy miewała półotwarte, przesłonięte różowawą trzecią powieką (zwaną też migotką lub błoną migawkową), która rozprowadza łzy po rogówce i nie tylko chroni gałkę oczną przed infekcjami czy zadrapaniami, lecz także działa jak wycieraczka samochodowa, nieustannie usuwając zanieczyszczenia. Oczy dorosłego kota mają rozmiar ludzkich, ich źrenica otwiera się jednak aż trzy razy szerzej. Tuż za siatkówką znajduje się krystaliczna błona odblaskowa, która niczym lustro odbija światło wpadające do oka i zwiększa jego natężenie nawet o 40 procent. To ona sprawia, że oczy błyszczą złotozielono, gdy w nocy na kota padnie strumień światła.

Właśnie dlatego te zwierzęta widzą także w niemal kompletnych ciemnościach. Ma to jednak swoją cenę: w bardzo jasnym otoczeniu ich źrenice zwężają się w cienkie szparki, wskutek czego – co niektórzy mogą uważać za wadę, lecz co tak naprawdę nie ma żadnego znaczenia – kot kiepsko rozróżnia kolory. Większym problemem bywa to, że niezbyt ostro widzi przedmioty znajdujące się bardzo blisko. Jeśli będziecie chcieli nagrodzić swojego pupila za dobre zachowanie czy wykonanie jakiejś sztuczki i podsuniecie ku niemu dłoń pełną smakołyków, może się zdarzyć, że zawaha się na moment i najpierw ją powącha, aby się upewnić, z czym ma do czynienia; innymi słowy, zlokalizuje przysmaki za pomocą węchu, nie zaś wzroku.

Augusta wzgardziła zabawkami ze sklepu, wolała zwykłe piórko uwiązane do kawałka wstążki. Jeśli tylko odpowiednio nim poruszaliśmy – rzucaliśmy je w górę, przenosiliśmy z krzesła na krzesło, szybko nim machaliśmy – szalała ze szczęścia. Ale jeśli zbyt gwałtownie znalazło się tuż obok niej, frunęło za wysoko czy za nisko, za wolno lub za szybko – koniec. Ostatecznie zrozumieliśmy, że powinniśmy się stosować do narzuconych przez nią reguł gry. Każde drgnięcie zabawki musiało przypominać ruchy potencjalnej zdobyczy. Nie było w tym przypadku. Jednym z największych kocich talentów jest zdolność dostrzeżenia nawet najdelikatniejszego ruchu. Koci mózg rozwinął się w taki sposób, by umożliwiać skuteczny pościg za ofiarą i zauważać w otoczeniu powód do natychmiastowej ucieczki. Kora wzrokowa rejestruje wszystko niczym staroświecka kamera – jako serię nieruchomych obrazów (robi to jednak dużo szybciej niż kamera) – co umożliwia kotu precyzyjne określenie szybkości danego obiektu. Właśnie dlatego wasze koty potrafią bezbłędnie chwycić w locie rzuconą piłeczkę – lub ptaka. I dlatego Augusta nie okazywała najmniejszego zainteresowania piłeczką czy piórkiem, jeżeli jej zdaniem jako potencjalna zdobycz do niczego się nie nadawały.

Kilka dni po tym, jak do nas trafiła, z gór spłynął ciepły, suchy wiatr – chinook – i już przed południem po śniegu nie było ani śladu. Wówczas Augusta wychynęła na zewnątrz, nieustraszona, z wysoko uniesionym ogonem, gotowa poznać ów nowy, nieznany świat. Musiał się jej wydawać ogromny, lecz nic nie mogło jej zniechęcić. My zaś martwiliśmy się, że brykające konie i niezdarne krowy mogą stanowić zagrożenie dla drobnej koteczki, nie wspominając o Walterze i Penny.

Walter i Penny to były duże i zaprawione w bojach koty podwórzowe, nie do końca dzikie, ale też nie domowe kiciusie. Zarządca rancza regularnie napełniał dla nich w siodlarni automatyczny dozownik karmy, a w najchłodniejsze zimowe noce nawet włączał mały piecyk elektryczny, lecz mimo to żyły w dość surowych warunkach. Wielokrotnie się zdarzało, że nocą na farmę zapuszczały się kojoty – wytrzebiły nam kaczki (trzy, dwie, jedna – aż w ciągu tygodnia zniknęły wszystkie), a później dwie waleczne gęsi. Zniweczyły też naszą naiwną i z góry skazaną na porażkę próbę wychowania od małego całego miotu kotów. Kiedy napadały na nas kojoty, Walter i Penny tylko wskakiwali na płot i przyglądali się zajściu z poważnymi minami. Agresorzy woleli z nimi nie zadzierać.

Gdy Augusta zaczęła węszyć koło płotu, który w ciągu dnia służył Walterowi i Penny za punkt obserwacyjny, czekaliśmy w napięciu, gotowi do błyskawicznej reakcji. Mieliśmy powody podejrzewać, że zadomowione u nas rodzeństwo może stanąć w obronie swojego terytorium, a atak na przybłędę mógłby się okazać szybki i zabójczy. Augusta jednak przedefilowała przed obcymi kotami, całkowicie je ignorując, a one, choć obserwowały ją spod półprzymkniętych powiek, odwzajemniły grzeczność. Bez wątpienia cała trójka świetnie zdawała sobie sprawę ze swojej obecności i wszelkimi zmysłami starała się zebrać jak najwięcej informacji, choć w żaden zauważalny dla ludzi sposób nie okazała podenerwowania. Od tamtego dnia Walter, Penny i Augusta zgodnie żyli na farmie, bez szczególnej zażyłości, lecz nieodmiennie wobec siebie uprzejmi.

Płot ciągnął się dalej i oddzielał podwórze od łąki, na której wypasaliśmy konie, baliśmy się więc, że Augusta może zostać stratowana. Zaintrygowane zwierzęta podbiegły do ogrodzenia, by obwąchać puchatego małego gościa, a później patrzyły to na nas, to na nią i znowu na nas, aż stało się jasne, że będą się odnosić do Augusty z szacunkiem. Konie chętnie się podporządkowują narzuconym zasadom, o ile są należycie traktowane, tak więc i teraz w ten niemal niezauważalny sposób zawarły z nami umowę. Zresztą koty i konie przeważnie żyją w przyjaźni, te pierwsze bywają nawet zatrudniane w stajniach jako towarzystwo dla koni wyścigowych.

Augusta czasami siadała w oknie lub na płocie i przyglądała się tym wielkim, rozbrykanym zwierzakom, nigdy jednak nie zapuściła się na łąkę. Granice kociego terytorium były bardzo wyraźnie zaznaczone, ponieważ konie pasły się przy płocie na całej jego długości. Pakt o nieagresji został zawarty bez dodatkowych zachęt. Gdyby nawet kotce zdarzyło się zabłąkać do sąsiadów, nie zrobiliby jej krzywdy.

* * *

Za domem, tam gdzie kiedyś znajdowała się nieduża końska zagroda, teraz było zapuszczone podwórko, pełne chaszczy i gryzoni. Augusta prawdopodobnie w ogóle nie potrzebowała wprawek z piórkiem na wstążce, gdyż od samego początku okazała się wysoce wykwalifikowaną łowczynią. Potrafiła niezawodnie odszukać drogę w gąszczu różnych tropów, woni wyschłego moczu i odchodów, kępek futra i innych drobnych wskazówek, dzięki którym sprytne drapieżniki odnajdują małe zwierzątka. Co jeszcze ważniejsze, odbierała ultradźwiękowe piski gryzoni dobiegające z głębi ich podziemnych korytarzy. Koty słyszą dźwięki o dużo wyższej częstotliwości niż pozostałe zwierzęta lądowe, w tym psy – nawet do 100 tysięcy herców. Ludzie wychwytują dźwięki o maksymalnej częstotliwości około 20 tysięcy herców, a i to pod warunkiem że nie bywali zbyt często na koncertach rockowych lub w głośnych barach (co prawdopodobnie wyklucza połowę dorosłych Amerykanów).

Aby w pełni wykazać się zabójczą sprawnością, Augusta potrzebowała gołej ziemi, która zimą w dolinie pojawiała się co jakiś czas dzięki bezlitosnym wiatrom. Nieprzerwane wycie doprowadzało gości i świeżych osadników niemal do szaleństwa, lecz wiatr wywiewał śnieg na martwą, niegościnną prerię i o ile nie było zbyt chłodno, nasza kocia księżniczka mogła polować (właśnie na księżniczkę wyrastała!).

W miarę jak dojrzewała, Augusta stawała się jednak nie tylko księżniczką, lecz także bezwzględną zabójczynią. Czekała w kamiennym bezruchu – złudnym, gdyż w środku cała się trzęsła – aż nadejdzie właściwy moment, by z gracją baletnicy skoczyć, przyszpilić ofiarę do ziemi i przegryźć jej rdzeń kręgowy. Potrafiła schrupać myszaka w dwóch kęsach – a waży on ze 30 gramów. Ryjówka – maksymalnie siedem gramów – wystarczała na jeden gryz. Myślałem, że ważąca 60 gramów nornica będzie poza zasięgiem Augusty, lecz się myliłem – to była prawdziwa uczta. Goffery, świstaki czy nowiki rzeczywiście nie wchodziły w grę, przynajmniej na razie, co nie przeszkadzało kotce na ich widok przypaść do ziemi i nerwowo uderzać ogonem: niezawodny znak, że szykowała się do ataku.

Sama Augusta mogła paść ofiarą niektórych naszych sąsiadów, przede wszystkim kojotów, które wciąż trzymały się blisko rancza, a także lisów, szopów praczy, niedźwiedzi czarnych (w okresie owocowania czeremchy wirginijskiej) oraz licznych ptaków drapieżnych, w tym jastrzębi, sów, możliwe, że i kruków, no i oczywiście orłów przednich. Pewnie byliśmy naiwni, licząc, że aby zapewnić kotce bezpieczeństwo, wystarczy trzymać ją w domu o świcie, zmierzchu i nocą. Wiedzieliśmy o istnieniu dziennych drapieżników – na przykład grzechotników, które by nie zjadły ciekawskiego kociątka, ale z pewnością mogłyby je zabić – jednak nie wyobrażaliśmy sobie całkowitego pozbawienia Augusty możliwości polowania.

W każdym razie nic jej nie wychodziło, gdy dokoła leżał śnieg. Było jasne, że gdyby nie udało jej się szczęśliwie trafić na nasz podjazd, zginęłaby z głodu. Po prostu nie radziła sobie z białym puchem – miała zbyt małe łapki, by poruszać się po pokrywie śniegowej, i zupełnie nie umiała kopać. Zresztą nawet jeśli nie było śniegu, bardzo szybko marzła. Kiedy tamtej zimy wiatr usuwał zaspy zza domu, otwierałem drzwi i kotka ostrożnie wychodziła na skraj ganku, by ocenić możliwości wznowienia polowania; jednak byle silniejszy powiew czy stwierdzenie, że panuje mróz sroższy niż minus dziesięć stopni, i błyskawicznie wracała do domu. Parę razy wrzuciliśmy ją w głęboki śnieg, żeby zobaczyć, co zrobi, ale w ogóle sobie nie dawała rady. Brnęła z powrotem, pomiaukując z bólu, a potem wyciągała przed siebie łapki, abyśmy wydobyli jej z opuszek lodowe igiełki – zupełnie jak lew, który ma ciernie we wszystkich łapach.

Zmuszona do przebywania w domu – zima w Montanie potrafi się przeciągać aż do maja – Augusta chętnie przyglądała się wodzie, o ile tylko nie musiała jej dotykać. Pełen zlew, a najlepiej zlew, z którego akurat odpływała woda, niezwykle ją fascynował. Całymi godzinami mogła patrzeć na wodę stojącą w muszli klozetowej i nawet czasem ją piła. Uwielbiała ruch wody. Z początku najbardziej lubiła cienki strumień płynący z ledwie otwartego kranu, w miarę upływu czasu jednak jej preferencje się wykrystalizowały. Woda musiała kapać leniwie, nie za szybko, ale i nie za wolno. Kotka uderzała ją łapką, a później zlizywała wilgoć z opuszek. Czasami jedynie się przyglądała spadającym kroplom, godzinę lub dłużej. To zamiłowanie musiała odziedziczyć po przodkach – wyobrażaliśmy ją sobie w oazie, gdzie często w podobny sposób ze skał sączy się źródło. Augusta stanowczo była kotem pustynnym.

W gruncie rzeczy raptem kilka tysięcy lat dzieliło ją od jej przodka, kota nubijskiego żyjącego w Afryce Północnej. Koty domowy i nubijski były niegdyś uważane za dwa gatunki, teraz jednak panuje przekonanie, że należą do tego samego: Felis silvestris, choć do odrębnych podgatunków1. W przeciwieństwie do innych dzikich kotowatych młode Felis silvestris lybica można udomowić niemal równie łatwo jak nasze mruczki. Z wyglądu też są bardzo podobne. Główną różnicą między podgatunkami jest to, że nasze koty, Felis silvestris catus, występują obecnie na całym świecie, jedne wygodnie rozwalone na ludzkich kolanach, inne nieustannie na skraju śmierci głodowej.

Za pierwszy bezdyskusyjny dowód na udomowienie kota do niedawna uważano znalezisko z północnych Chin. W 2013 roku Yaowu Hu z Chińskiej Akademii Nauk wraz z zespołem opublikował swoje ustalenia. Na stanowisku archeologicznym w neolitycznej osadzie rolniczej w Quanhucun w prowincji Shaanxi odnaleziono liczne szczątki kotów, które – jak ustalono dzięki analizie kolagenu w kościach oraz pomiarom biometrycznym – niewątpliwie należały do Felis silvestris catus2.

W tej chińskiej osadzie znajdowały się ceramiczne naczynia, które najwyraźniej chroniły zboże przed gryzoniami – dowód, że mieszkańcy mieli problem ze szkodnikami, a więc potrzebowali kotów. Podstawę wyżywienia stanowiło wówczas proso, a chociaż koty są z natury w 100 procentach mięsożerne, analiza składu kości wykazała, że owe zwierzęta musiały czasem z głodu spożywać właśnie proso (dzisiejsi producenci taniej karmy pewnie zacierają ręce!). Jeden kot jadł głównie proso – nie wiadomo, czy był trzymany w domu, czy też był kaleką, w każdym razie niewątpliwie karmili go ludzie.

Dzięki datowaniu radiowęglowemu wiemy, że owe koty żyły mniej więcej 5280–5560 lat temu. Wobec czego nasuwa się nieodparty wniosek, że w Afryce Północnej czy na Bliskim Wschodzie udomowione koty musiały występować nawet wcześniej. Przypuszczano, że to dzięki kupieckim karawanom chińskie koty znalazły się prawie siedem tysięcy kilometrów od miejsca swojego pochodzenia.

Niestety powtórna analiza szczątków dowiodła, że wcale nie należą one do kotów nubijskich, tylko do przedstawicieli zupełnie innego gatunku, lokalnego, znanego jako kotek bengalski, Prionailurus bengalensis (który zresztą w drugiej połowie XX wieku został skrzyżowany z kotem domowym, wskutek czego powstała piękna rasa znana jako kot bengalski – jeszcze do niej wrócimy). Udomowienie kotka bengalskiego nie bardzo się powiodło, gdyż obecnie występuje on w Chinach jedynie w stanie dzikim. Wszystkie koty trzymane w chińskich domach należą do tego samego gatunku co nasze: Felis silvestris catus3.

Tymczasem większość badaczy kociej prehistorii zdawała sobie sprawę, że jakiś czas temu na Cyprze znaleziono pojedynczy szkielet kota obok szkieletu człowieka. Pochówek nastąpił mniej więcej 7500 temu. Mógł to być kot udomowiony lub też przywieziony na wyspę dziki kot nubijski. Nie odnaleziono jednak dalszych przykładów kocich pochówków, a jeden przypadek wydaje się niedostatecznym dowodem udomowienia. Później zaczęły się nowe znaleziska na Cyprze, i to całkiem liczne, w tym kolejny kot, pochowany obok człowieka mniej więcej dziesięć tysięcy lat temu, co wiemy dzięki datowaniu radiowęglowemu. Wspólny pochówek sugeruje bardziej znaczącą więź niż zwykły komensalizm, czyli sytuację, w której koty przebywają wśród ludzi i są tolerowane z powodu obopólnej korzyści, jaką stanowi zmniejszenie populacji gryzoni. To samo można powiedzieć o kotach pochowanych w pobliżu ludzi w starożytnej Mezopotamii mniej więcej pięć tysięcy lat temu4 i o niedawno odkrytych na elitarnym egipskim cmentarzu z epoki predynastycznej, pochowanych niemal sześć tysięcy lat temu5. Domownicy czy tylko partnerzy? Nie wiadomo, przynajmniej na razie.

Pierwsze przedstawienia graficzne kota wyraźnie udomowionego – jest na smyczy – wymalowano w egipskim grobowcu z okresu między 2500 a 2350 rokiem p.n.e. Od tamtego momentu koty często występowały w sztuce egipskiej. Starożytni Egipcjanie po prostu je uwielbiali. Wierzyli w bóstwa przyjmujące postać kotów. Przygotowywali zmarłe koty na życie pozagrobowe z równym szacunkiem jak ludzi. W pewnym grobowcu, odkrytym w 1888 roku, odnaleziono ponad 100 tysięcy kocich mumii. Święte koty włóczyły się po świątyniach, a ukochani domownicy mruczeli wesoło na łóżkach zwykłych Egipcjan.

(Anglicy są obecnie znani z miłości do kotów, lecz w 1888 roku nie byli równie sentymentalni. Zaledwie jedna z setek tysięcy kocich mumii przewiezionych z Egiptu do Liverpoolu zachowała się do naszych czasów. Znajduje się w zbiorach londyńskiego Muzeum Historii Naturalnej. Resztę zmielono i wykorzystano jako nawóz).

Od kiedy koty adoptowały Egipcjan, na stałe zapisały się w historii naszej cywilizacji. Relacje z ludźmi nie zawsze jednak dobrze się układały. Pomyślcie tylko o przesądach związanych z czarnymi kotami. Koty winiono również za czarną śmierć – epidemię dżumy. Długo utożsamiano je z czarownicami. Nawet dzisiaj niektórzy nienawidzą tych zwierząt. Mimo to koty wciąż zajmują miejsce w naszych domach i sercach. Całkiem wygodnie żyją w naszych cywilizowanych siedliskach. Ale czy same są cywilizowane?

Kiedy Augusta od razu wiedziała, że powinna skorzystać z kuwety i zakopać swoje odchody; kiedy cała poświęciła się zbadaniu nowego domu aż do najdrobniejszego szczegółu; kiedy uczyła nas bawić się z nią na jej zasadach; kiedy mimo młodego wieku dogadała się z podwórkowymi kotami oraz końmi; kiedy polowała, zabijała i pożerała zdobycz; a nawet kiedy jak zahipnotyzowana wpatrywała się w kapiący kran – w tych wszystkich sytuacjach nasz „domowy” kot postępował zgodnie ze swoją dziką naturą. Mieliśmy się o tym przekonać jeszcze nie raz, a żadnego z jej zwyczajów nie dałoby się wykorzenić mimo udomowienia.

* * *

Równie realne jak dzika i pierwotna natura Augusty były jej zależność od nas i ciepłe uczucia w stosunku do nas, które czyniły ją kotem bez dwóch zdań domowym. U przedstawicieli jej gatunku zdolność do miłości oraz potrzeby, które z niej wynikają, pojawiły się względnie niedawno w wyniku ewolucji, a u wielu osobników nadal pozostają utajone i nieprzywołane. Kocięta, które w okresie dorastania nie zaznają miłości, najprawdopodobniej nie będą okazywać ludziom przywiązania w dorosłym życiu. Wystarczy jednak czuły dotyk, ciepło kolan i łagodny, kojący głos, by nawet w trudnych warunkach obudzić w tych malcach wrodzone pragnienie towarzyszenia człowiekowi. Będą wówczas kochać i wzajemnie szukać miłości.

Podobnie jak stanowczo zbyt wielu właścicieli kotów, Elizabeth i ja nie docenialiśmy potrzeb emocjonalnych Augusty. Mądrość ludowa głosi, że koty przywiązują się bardziej do miejsc niż do ludzi i jak swoi dzicy przodkowie w gruncie rzeczy są samotnikami. Aha, czyli gdy Augusta wślizgiwała się pod kołdrę i usypiała skulona między nogami Elizabeth, szukała jedynie fizycznego ciepła? A kiedy o poranku cała rozmruczana wyciągała się na mojej piersi, to wyłącznie liczyła na śniadanie?

Gdy wyskoczyliśmy na tydzień do Meksyku, żeby poobserwować ptaki, Augusta miała ledwie sześć miesięcy, ale uznaliśmy, że nic jej nie będzie. Co gorsza, kiedy pojechaliśmy do Nowego Jorku się pobrać, a później do Włoch, zostawiliśmy ją pod opieką siostrzenicy zarządcy rancza, której w ogóle nie znaliśmy. Dziewczyna po paru dniach dała nogę, więc tylko nastoletni syn zarządcy, uosobienie nieodpowiedzialności, wpadał do domu dwa razy dziennie, żeby nasypać karmy dziewięciomiesięcznemu kociakowi. Prosiliśmy, żeby został na chwilę i trochę się z Augustą pobawił, ale nawet nie udawał, że spełnił naszą prośbę.

Gdy wróciliśmy, rozradowana Augusta zaczęła się ocierać o nasze nogi, głośno mrucząc, z drżącym, wysoko uniesionym ogonem, a my – ślepcy – wzięliśmy jej pogodny nastrój za sygnał, że dobrze się miewała przez cały ten czas. Znam kobietę, która mieszkała w ponurej kawalerce i często wyjeżdżała na przedłużone weekendy ze swoimi chłopakami. Kiedy wracała, kotka rzucała jej się w ramiona ze szczęścia. Kobieta sądziła, że to niezbity dowód, że zwierzę nie odczuło rozłąki. Ta konkretna kotka chyba rzeczywiście tolerowała nagromadzenie odchodów w kuwecie – nie robiła kupy ani nie sikała swojej pani na poduszkę, co mógłby uczynić mniej wyrozumiały pupil. Pokornie jadła też suchą karmę z automatycznego podajnika. Kiedy przeprowadza się eksperymenty w podobnych warunkach, kamery rejestrują koty wyglądające przez okno, może trochę nadmiernie dbające o futerko, przeważnie jednak śpiące. Jaki z tego wniosek? Uważajcie, zaraz się dowiecie.

Najpierw przenieśmy się w myślach 100 lat wstecz lub dawniej albo w jakieś współczesne miejsce, w którym koty nie są traktowane jak ukochani towarzysze człowieka. Czyli przez większość naszych dziejów oraz w przeważającej części świata. Skąd się wzięły u Augusty nieprzebrane pokłady miłości? Jest to najwyraźniej cecha ukształtowana niedawno, uśpiona u jej przodków przez całe stulecia. Może ujawniła się, kiedy koty i ludzie zaczęli współdziałać w dawnych gospodarstwach, a dzieci bawiły się ze zwierzętami i – prawdopodobnie – razem spały. Z pewnością była przez pokolenia pielęgnowana w dostatecznym stopniu w dostatecznie dużej liczbie gospodarstw domowych, aby stać się cechą ewolucyjnie wartościową: czułe koty mogły liczyć na ochronę i obfitość pożywienia, a zatem ich potomstwo miało większą szansę na przetrwanie i, co za tym idzie, również dochowanie się młodych.

Prawdopodobnie zresztą uczuciowość nie musiała być aż tak bardzo ukierunkowana. Niewykluczone, że wypracowaliśmy sobie system, który powoduje zapętlenie informacji zwrotnej, a więc im bardziej koncentrujemy uczucia na kocie, tym pełniej on przedstawia nam swoje oczekiwania („Nie, nie tam, podrap mnie tutaj... Aha... Właśnie tak”). W każdym razie dzięki coraz liczniejszym badaniom na temat potrzeb emocjonalnych kotów Elizabeth i ja wiemy już, że popełniliśmy całą masę błędów i nie mieliśmy prawa oczekiwać od Augusty choćby zwykłej lojalności. Mimo to bardzo nas kochała. A wy? Kiedy czytacie, co powinniście byli zrobić, co zrobiliście źle, czy również czujecie wstyd? A może płoniecie świętym oburzeniem? Może myślicie: „Moim dziadkom na farmie w Vermoncie (lub w stanie Iowa czy Mississippi) do głowy by nie przyszedł podobny nonsens!”?

W każdym razie nawet drobna próbka 10 sposobów, by bezwiednie złamać swojego kota Kathy Blumenstock6 zgrabnie pokazuje, na czym polegają ciężkie przewiny i brzemienne w skutki czyny właścicieli kotów:

Krzyk: Podniesiony głos budzi w kotach przerażenie. (...)

Kary: Wołanie: „Zły kot!”, rzucanie przedmiotami, wskazywanie w gniewie i karcenie kota, kiedy nie trafi do kuwety lub ostrzy pazury o kanapę, mówi mu, że jesteście niezadowoleni, nie wiadomo dlaczego. Chwytanie kota i wpychanie mu pyszczka w odchody tylko dodatkowo go przerazi. (...) Jedyne, co osiągniemy, to nieustanny lęk. (...)

Krzywdzenie: Bicie, kopanie, w ogóle czynienie kotu jakiejkolwiek fizycznej krzywdy, od „klapsa” do silnego uderzenia, jest nieludzkie, podłe, naganne moralnie i gwarantuje jedynie, że kot będzie żył w ciągłym strachu, że złamiemy jego wolnego ducha – i przy okazji złamiemy mu serce. (...)

A jakie 10 głównych błędów posiadaczy zwierząt podaje Megan Kaplan7? Ona przynajmniej odnosi się także do psiarzy, więc wina rozkłada się po połowie.

Błąd 1: Wzięcie do domu zwierzaka bez zastanowienia.

Błąd 3: Brak konsekwencji w przestrzeganiu reguł. (...)

Błąd 4: Hojne rozdawanie smakołyków, które powinny stanowić nagrodę za wykonywanie poleceń. (...) Zwierzę traci zainteresowanie treningiem, jeśli dostaje przysmaki bez istotnego powodu. (...)

Błąd 9: Niedostosowanie wnętrza do potrzeb zwierząt. (...) Kuwety powinny się znajdować (...) w wielu cichych zakątkach rozsianych po całym domu. (...) W pobliżu warto zostawić włączoną lampkę nocną, żeby kot nie musiał szukać kuwety po ciemku.

Megan, nie słyszałaś, że koty widzą w ciemnościach? Lampki mogą się jednak przydać nam, ludziom, żebyśmy się w nocy nie zabili o te wszystkie kuwety.

I jeszcze jedna lista, która wypunktuje, jakimi jesteśmy potworami – wszyscy, a przynajmniej większość... no dobrze, część z nas: Dziesięć rzeczy, których twój kot ci nie powie Kelli B. Grant8. Znowu litościwie zacytuję krótki fragment.

2. Udaję, że wszystko w porządku, nawet jeśli to nieprawda. (...) „Co robi kot, kiedy dobrze się czuje? Śpi. Co robi kot, kiedy źle się czuje? Śpi”.

3. Jeśli źle się zachowuję, to znaczy, że ty zachowywałeś się źle w stosunku do mnie.

10. Tak naprawdę wcale nie jestem zabawny.

Naszym zdaniem Augusta była bardzo zabawna. Gdy oderwała wszystkie osiem czarnych nóg swojej ulubionej zabawki, Włochatego Pająka, zlepiliśmy je w kulkę. Nasza sypialnia była długa i wąska, na drewnianej podłodze nie leżał dywan. Augusta wskakiwała na łóżko, a my ciskaliśmy kulkę w odległy kąt, ona zaś rzucała się za nią z tak dzikim entuzjazmem, że czasami zdarzało jej się fiknąć koziołka, a gdy wreszcie chwyciła ofiarę przednimi łapkami, próbowała rozerwać ją na strzępy, kopiąc mocnymi tylnymi nogami przypominającymi zajęcze skoki. Oczywiście kierował nią wrodzony instynkt, by upolować i zabić ofiarę. Ale wybacz, Kelli, to NAPRAWDĘ było zabawne.

Czy brakowało nam konsekwencji w narzucaniu zasad? Czy zbyt hojnie rozdawaliśmy przysmaki? Czy zdarzyło mi się zawołać: „Zły kot!”, kiedy darła narzutę na łóżku, i ją nastraszyć? Winny. Winny. Winny. Czy kiedykolwiek ją uderzyłem, kopnąłem czy w inny sposób skrzywdziłem fizycznie? Nie, chociaż kilka razy lekko pacnąłem ją po łebku. Czy robiłem to jak dobra matka, bez gniewu? Winny, winny.

Jeśli jednak je kochamy, mimo wszystko obdarzają nas miłością. To zupełnie jak z ludźmi, serio. Można popełniać błąd za błędem, pod warunkiem że kot jest pewien naszego uczucia. A to wymaga pewnego wysiłku i uważności.

Czy widzieliście kiedyś, żeby ktoś usiłował poklepać kota po głowie jak psa? Mało który nie ucieknie w tym momencie, nie uchyli się lub nie ugryzie. Jeśli jednak będziemy uważni, szybko się nauczymy, jak lubią być dotykane, z jaką mocą, z włosem czy pod włos, opuszką palca, płaską dłonią, koniuszkiem nosa – choć nigdy tak naprawdę nie będziemy wiedzieli, gdzie leży granica, czy to w sensie miejsca („Nie tam, głupku!”), czy czasu („Co ZA DUŻO, to niezdrowo!”).

Niektórzy mało wyrozumiali ludzie nie znoszą kotów między innymi dlatego, że koty porozumiewają się po kociemu. Psy ze wszystkich sił próbują dociec, co chcemy zobaczyć i usłyszeć, i postępują zgodnie z naszymi oczekiwaniami („Dobry piesek!”). Koty oczywiście też chcą być kochane, ale machanie ogonem, nadskakiwanie właścicielowi i radosne poszczekiwanie na jego widok po prostu nie leży w ich naturze.

Co więc koty USIŁUJĄ nam powiedzieć? Najnowsze badania dowodzą, że w mózgach ludzi i kotów znajdują się uderzająco podobne struktury odpowiedzialne za emocje i że dźwięki wydawane przez koty mają swoje źródło właśnie w tych rejonach. A zatem czy to możliwe, że podświadomie rozumiemy, co do nas mówią, choć nie zdajemy sobie z tego sprawy? Pascal Belin z Uniwersytetu w Glasgow wraz z grupą współpracowników zainteresował się hipotezą Karola Darwina, zakładającą, że ludzi i zwierzęta cechuje bardzo zbliżony zestaw podstawowych mechanizmów wyrażania emocji9. Za pomocą funkcjonalnego rezonansu magnetycznego (fMRI) naukowcy zbadali aktywność mózgu przedstawicieli różnych gatunków – w tym ludzi i kotów – wykazywaną w odpowiedzi na całą skalę dźwięków powiązanych z uczuciami. Wykorzystali zarówno bodźce pozytywne, np. odgłosy wyrażające satysfakcję, rozkosz seksualną czy pożądanie, jak i negatywne, np. oznaki zdenerwowania, alarmujące okrzyki oraz jęki bólu. Celem eksperymentu było sprawdzenie, czy te dźwięki pobudzą u ludzi identyczne obszary mózgu jak u stworzeń, które je wydawały – i tak rzeczywiście się stało10.

Ze względu na to, że duże oswojenie ludzi z kotami mogłoby się przyczynić do lepszego rozumienia kociego języka, badacze wykorzystali również odgłosy makaków, których ani ludzie, ani koty nigdy jeszcze nie słyszeli. Okazało się, że odgłosy kotów i małp, wyrażające zarówno pozytywne, jak i negatywne uczucia, zawsze aktywowały w ludzkim mózgu pożądany obszar, różny w zależności od typu emocji. (Ten rezultat przynajmniej hipotetycznie pokazuje, w jaki sposób mógł postępować liniowy rozwój języka emocji w trakcie ewolucji ssaków, na długo przed tym, jak nasi przodkowie zaczęli wreszcie używać słów).

Dowiedziono jednak, że ludzie nie mieli pojęcia, jak bardzo kocia i małpia mowa emocji „rymuje się” z ich własną. Zdarzało im się rozumieć część kocich komunikatów dzięki wcześniejszym kontaktom z przedstawicielami tego gatunku – choć wcale nie była to większa część – ale odgłosy makaków nie budziły żadnych skojarzeń. Choć mózgi tych ludzi pojmowały wszystko, oni sami nic o tym nie wiedzieli.

Może pewnego dnia będziemy w stanie sięgnąć dostatecznie głęboko w podświadomość, by odebrać sygnały wysyłane przez nasz mózg. Może już teraz jacyś jogini czy mistycy są do tego zdolni. Na razie jednak musi nam wystarczyć przekonanie, że jeśli dostatecznie uważnie wsłuchamy się w to, co koty mają do powiedzenia, to zrozumiemy całkiem sporo. Nauka z roku na rok dostarcza nam coraz więcej informacji.

Oprócz zgrabnych, gazetowych list oraz porad internetowych, na których tak naprawdę nie można polegać, dysponujemy też solidną, popartą badaniami wiedzą o tym, jak poprawić jakość życia naszych kotów (lub jak się upewnić, że wszystko robimy dobrze). Problem w tym, że ludzie przeważnie nie mają do niej dostępu albo mylą fakty ze stereotypami, które autorzy książek o kotach bezmyślnie powtarzają, zamiast sprawdzić, czy tkwi w nich choć ziarno prawdy. Pierwszy porządny zbiór rozpraw naukowych i esejów, Kot domowy – czynniki biologiczne wpływające na jego zachowanie11, został opublikowany dopiero w 1988 roku, a wiele zawartych w nim informacji i tak nie dotarło jeszcze do uszu właścicieli kotów.

Z referatu pt. Praktyczne aspekty badań na temat kotów Claudii Mertens i Rosemary Schär dowiadujemy się, co frustruje naukowców:

Weterynarzom (...) często brakuje opartej na faktach wiedzy o a) normalnym zachowaniu kotów, b) podstawowych warunkach bytowych kotów, c) przyczynach zaburzeń behawioralnych, d) oczekiwaniach ludzi wobec kotów i możliwościach zaspokojenia tychże przez koty. (...) Prowadzi się mało badań z zakresu etologicznej, ekologicznej, socjologicznej czy nawet psychologicznej wiedzy na temat kotów domowych oraz relacji łączących je z ludźmi, a wiele istniejących opracowań, również zawartych w tym tomie, pozostaje niedostępnych dla weterynarzy czy choćby zainteresowanych laików. Z drugiej strony popularne książki o kotach piszą autorzy spoza świata nauki, a ich wywody – delikatnie mówiąc – przeważnie są niezgodne z obecnym stanem wiedzy.

Ostatnie stwierdzenie niestety nadal jest prawdziwe, podobnie jak to, że stanowczo zbyt wielu weterynarzy bardzo mało wie o potrzebach kotów. Sporo się już jednak zmieniło. Kamieniem milowym dla środowiska weterynarzy stał się dokument12 rozpoczynający się następująco: „Poziom komfortu kota w jego otoczeniu siłą rzeczy wpływa na stan jego zdrowia fizycznego i emocjonalnego, a także zachowanie”. To stwierdzenie może się wydawać oczywiste i racjonalne, a przecież świadczy o tym, że współcześni weterynarze kierują się zupełnie innymi wartościami niż ich poprzednicy. Te słowa tak naprawdę zaprzeczają również wyobrażeniom wielu właścicieli kotów o tym, czego potrzebują ich pupile. Wciąż za dużo osób mawia: „Kotom wystarczy żarcie i dach nad głową, ostatecznie wizyta u weterynarza, jeśli coś sobie złamią, ale poza tym umieją same o siebie zadbać, bo, do diabła, kot to przecież kot. Właśnie dlatego nie wziąłem psa. Kota nie trzeba wyprowadzać, nie ślini się tak okropnie, załatwia się do kuwety i można go zostawiać samego na Bóg wie ile, jeśli tylko ma jedzenie. Bo kotu i tak jest wszystko jedno”.

Nie wierzycie? Wcale sobie tego nie wymyśliłem. Dobrze udokumentowane badania potwierdzają, że dużo lepszą opiekę medyczną zapewniamy psom, a znacząca liczba właścicieli kotów uważa, że te zwierzęta w ogóle nie chorują13.

Przecież ludzi też zamykamy w izolatkach, prawda? Wsuwamy im jedzenie przez otwór w drzwiach, raz na jakiś czas ewentualnie pozwalamy wyjść na światło dzienne, jeśli dobrze się sprawują i pokornie godzą z odosobnieniem. Własnych rodziców umieszczamy w domach opieki, gdzie są przypinani pasami do łóżka, otępiani lekami, szorowani do czysta jak zwierzęta hodowlane przed ubojem w rzeźni. A wiecie, co jest naprawdę zabawne? W niektórych więzieniach oraz domach opieki pozwala się już na trzymanie kotów i nawet psychopatyczni mordercy lub uprzednio obojętni na bodźce, otępiali staruszkowie uśmiechają się, głaszczą koty, przytulają je. Czasami coś się w tych ludziach załamuje – wtedy płaczą.

* * *

Amerykański psycholog mieszkający w Szwajcarii, Dennis C. Turner, zbadał wpływ towarzystwa kotów na stan emocjonalny osób samotnych przebywających na co dzień z kotami lub bez nich, a także par nieposiadających kotów. Zwierzęta, jak generalnie twierdzi nauka, nie mają równie bogatego życia wewnętrznego jak ludzie. Oczywiście wielu właścicieli w tym momencie gwałtownie zaprotestuje. Turner i jego koleżanka Zana Bahlig-Pieren postanowili poddać próbie powszechne przeświadczenie opiekunów psów i kotów, że rozumieją oni zachowanie, uczucia i intencje swoich ulubieńców14. Zbadano mniej więcej tyle samo osób mających doświadczenie w kontaktach z psami i kotami, z jednym z tych gatunków lub w ogóle bez doświadczenia. Osobom tym pokazano sekwencję zdjęć i filmów o tematyce zwierzęcej i kazano odpowiedzieć na serię pytań wielokrotnego wyboru. Do każdego pytania były po trzy odpowiedzi antropomorfizujące (czyli „przypisujące zwierzętom ludzkie stany umysłowe”) oraz trzy naukowe. Wszystkie zostały ocenione przez niezależnych etologów jako odpowiednio: bardzo prawdopodobne, prawdopodobne lub nieprawdopodobne.

Osoby, które miały doświadczenie zarówno z psami, jak i kotami najlepiej interpretowały pokazane scenki (z punktu widzenia nauki ich odpowiedzi wydawały się „etologicznie bardzo prawdopodobne”). Psiarze wykazywali większą skłonność do antropomorfizowania niż kociarze, ale obie grupy również bardzo dobrze wyciągały wnioski. Zresztą nawet ludzie niemający nic do czynienia z kotami ani psami całkiem nieźle objaśniali zachowanie zwierząt.

John S. Kennedy w książce Nowy antropomorfizm, wydanej w 1992 roku, gwałtownie potępiał używanie antropomorfizmu przez naukowców, lecz – cytuję za Bahlig-Pieren i Turnerem – jednocześnie utrzymywał, że „zdolność do myślenia antropomorfizującego może być efektem doboru naturalnego; cecha ta prawdopodobnie okazała się przydatna dla naszych przodków, gdyż ułatwiała przewidywanie zachowań zwierząt i ich kontrolowanie”. Czyli Kennedy chyba nie potrafił się zdecydować. W każdym razie dzięki poważnym badaniom naukowym możemy z dużą dozą prawdopodobieństwa założyć, że kiedy Elizabeth i mnie wydawało się, że rozumiemy Augustę, to nie zawsze były to wyłącznie nasze pobożne życzenia.

Mimo wszystko wiele spraw pozostało dla nas zagadką. Tamta pierwsza zima okazała się wyjątkowo mroźna – pewnej nocy temperatura spadła do 36 stopni poniżej zera – więc Augusta musiała cały czas siedzieć w domu. Dlaczego jednak uciekała na dźwięk kroków większości mężczyzn, za to biegła w podskokach na powitanie jednego z naszych przyjaciół, który miał dwa metry wzrostu i nosił buty w rozmiarze 49? Dlaczego delikatnie układała się w zgięciu czyjegoś ramienia lub zwijała w kłębek na poduszce, wsparta o ludzką szyję, ale stanowczo odmawiała leżenia na kolanach?

Inna nasza znajoma, zapalona przyrodniczka, przed którą zwierzęta nie miały tajemnic, spytała kiedyś: „Czemu nie nauczycie jej aportować?”.

To koty aportują?! Bardzo często rano rzucaliśmy włochatą pajęczą kulkę w drugi koniec sypialni, a Augusta biegła za nią, co zrobiłby każdy kot. Potem spodziewała się, że ktoś przyjdzie po zabawkę, zabierze ją z powrotem do łóżka, zawoła, poczeka, aż kotka zrozumie, że to ją wołano, poczeka, aż kotka wskoczy z powrotem na łóżko, i dopiero wtedy ponownie rzuci kulkę. Ale któregoś razu jakimś cudem sama przyniosła zabawkę z powrotem, to znaczy przynajmniej do stóp łóżka, a my obsypaliśmy ją pochwałami, wygłaskaliśmy i nagrodziliśmy chrupiącym smakołykiem. Dzięki wielu próbom doprowadziliśmy do tego, że w 60 procentach przypadków Augusta przynosiła nam zabawkę. Później jednak ktoś się znudził – ona, my albo wszyscy troje – i znakomita średnia spadła do zera. Prawdopodobnie był to chwilowy regres i gdybyśmy dalej się starali, z czasem Augusta stałaby się kotem świetnie aportującym, ale szczerze mówiąc, wszyscy mieliśmy już serdecznie dość tej pajęczej kulki. I to by było tyle, jeśli chodzi o robienie sztuczek.

* * *

Wiosna w Montanie oznacza topniejący śnieg, błoto, zachmurzenie i burze, ale pewnego dnia nagle wszędzie robi się zielono, wzgórza są upstrzone kwiatkami, a wasza kotka skacze po trawie wśród świstaków i błyskawicznie wspina się na świerk, potem zaś znika. Na cały dzień. Czyżby dopadł ją orzeł? Było jeszcze za zimno dla grzechotników, za jasno dla kojotów, szanse na zdeptanie przez krowę przedstawiały się mizernie, konie były zaprzyjaźnione, a moi wspólnicy z rancza mieli zupełnie niegroźne labradory. Niedźwiedź? Stare wygi twierdziły, że zejdą do doliny, dopiero gdy dojrzeją owoce czeremchy wirginijskiej, czyli późnym, upalnym latem. Mieszkaliśmy z dala od drogi, zresztą w tej okolicy prawie nie było ruchu. Dobre, bezpieczne miejsce dla kota.

Ekosystem rozkręcał się z minuty na minutę, pierwsze glony przyczepiały się już do chłodnych skał na brzegu rzeki, pierwsze źdźbła świeżej trawy przebijały się przez pozostałości po zimie, pierwsze kijanki lęgły się ze skrzeku w stawie, z drobnych zielonych pączków i lepkiego meszku wyłaniały się młode listki, z przypominających perły jaj motyli wychodziły gąsienice, jaja srok pękały pod wpływem uporczywego stukania dziobów nagich, ślepych piskląt, żółtozielone wierzbowe witki pęczniały od bazi. Setki myszaków zakładały rodziny, dominujące samce znaczyły teren moczem, a ich pobratymcy biegali dookoła, wciąż sprawdzając, czy w systemie nie ma żadnej luki. Augusta z ogromnym zainteresowaniem śledziła niewidzialne tropy i w ogóle nie potrzebowała lekcji. Miała do tego wrodzony talent – dar ewolucji.

Jej zmysł węchu był precyzyjnie nastawiony na odbieranie podobnych sygnałów. Kiedy w 2014 roku opublikowano pełny genom kota, za jedno z najbardziej niezwykłych odkryć uznano to, że „repertuary” genów psów oraz kotów różnią się pod pewnym względem. Jak wiadomo, psy mają znakomity węch, cudownie wrażliwy na to, co badacze ogólnie nazywają odorantami; u kotów z kolei w tym samym „rejonie” genów kryje się równie duża wrażliwość na coś innego: FEROMONY. „Te wyniki – napisali uczeni – stanowią kolejny dowód na to, że koty w bardzo dużym zakresie wykorzystują feromony do komunikacji chemicznej”15.

Kiedy kot przygląda wam się jakby lekko zdziwiony i rozkojarzony, z półotwartym pyszczkiem i podwiniętą górną wargą, to znaczy, że uruchomił dodatkowy mechanizm zmysłu węchu, wymagający specyficznego odsłonięcia zębów (tak zwany odruch flehmen[2]). Za siekaczami znajdują się dwa ciasne kanaliki prowadzące do narządu przylemieszowego (womero-nasalnego), gdzie w niewielkim zagłębieniu czeka 30 nadzwyczajnie wrażliwych receptorów chemicznych16. Koty przeważnie wykorzystują ten odruch do odczytywania zawiłych komunikatów zapachowych pozostawionych przez innych przedstawicieli swojego gatunku i robią to w stanie niemal hipnotycznego skupienia.

Cała ta gadka o feromonach nie dotyczy jednak wyłącznie stosunków między kotami. Augusta czytała mapy rysowane przez społeczność myszaków równie łatwo jak Leonard Bernstein nuty dowolnego utworu Beethovena. Jej postrzeganie wiosny różniło się od naszego. My, ludzie, patrzymy na otaczający nas świat i zachwycamy się niezliczonymi cudami przyrody. Koty z kolei dostrajają się do niewidzialnej sieci zapachów – i istot, do których zabijania zostały stworzone.

* * *

Lato w Montanie jest bardzo allegro. Po północnej stronie niebo może się czerwienić nawet do dwunastej w nocy. Podczas pierwszego przesilenia letniego Augusty w ogóle nie zrobiło się całkiem ciemno, bo księżyca akurat przybywało, ale i w czasie nowiu widać dostatecznie wiele gwiazd, by oświetliły człowiekowi drogę – chyba że chmur jest naprawdę bardzo dużo. Już o drugiej pięćdziesiąt dwie niebo znowu się rozjaśniło. Nad dolinę napłynęła mgła i lekki, równomierny deszczyk zaczął bębnić o dach. Augusta siedziała na parapecie niepocieszona. Nie znosiła deszczu.

Wyglądało zresztą na to, że zwierzęta na dworze w pełni się z nią zgadzają. Sroki kuliły się na świerkach, przemoczone i zmarznięte. Dwa orły przednie siedziały na płocie nastroszone, z ponurą miną, i wcale nie rozglądały się za ofiarami. Ogrom nieba, z którego słynie Montana, trwał nad nami ciężki, milczący. Konie zbiły się w ciasne stado i stały z opuszczonymi głowami i zamkniętymi oczami; na rzęsach lśniły im krople. Krowy znalazły sobie zbocze od zawietrznej, obróciły się zadami do wiatru i robiły to, co robią zawsze, niezależnie od pogody: jadły. Cieszyły się za to liście i korzenie, a także ziemia wciąż rozgrzana po długim, słonecznym dniu. Rośliny rosły w oszałamiającym tempie, podobnie jak krowy i ich cielaki, brykające, rozpryskujące błoto na wszystkie strony. Pąki się otwierały, płatki kwiatów lśniły w świetle, świeżo wyklute jętki chwytały się liści nad potokiem. Kiedy w południe wiatr rozgonił chmury, cała orkiestra niezwłocznie podjęła przerwany utwór. Zapowiadane burze już się przetaczały nad górami z głuchym pomrukiem, niecierpliwe jak wszechmocny potwór. Augusta wystrzeliła w wysoką, mokrą trawę niczym mulak czarnoogonowy, którego odbija chyba sama matka ziemia, i zniknęła wśród bloków granitu przy domu, częściowo sięgających dachu – wolna i swobodna.

Wróciła na wołanie, przemoczona oraz drżąca z zimna, i dużą przyjemność sprawiło jej osuszanie ręcznikiem. Nie miała zbyt wiele podszerstka – prawdziwy kot pustynny – i sucha była miękka i puszysta jak pluszowa zabawka. Przeciągnąłem dłonią po jej kręgosłupie, a ona wyprężyła ogon i oboje odnieśliśmy wrażenie, że poświęcamy sobie całą swoją uwagę. Wówczas jeszcze nie wiedziałem, że u nasady kociego ogona znajduje się gruczoł zapachowy (ludzie w ogóle nic nie czują) i że gdy dotknąłem go paznokciem, przyjmując jej zapach, to było jak pocałunek. Augusta przymknęła oczy, wolno je otworzyła i między czarnymi wargami błysnął bladoróżowy języczek – ewidentny dowód uczuć. Pachniała tak przyjemnie, że wtuliłem twarz w jej futerko, co uznała za miły gest powitalny; odwzajemniła go, obwąchując nogawkę moich spodni i podeszwy butów. Zadowolona z wyników inspekcji zabrała się do czyszczenia futerka, z jedną tylną łapą w górze. Kilka razy polizała się po udzie, wgryzła się w zmierzwioną kępkę na brzuchu, a później zmoczoną łapką umyła sobie pół pyszczka. Czy była w tym jakaś metoda? My, którzy lubimy wszystko porządkować, próbujemy się jej doszukiwać, lecz tej metody nigdy nie było i nie będzie.

Popołudnie miało wspaniały finał: słońce zostało pochłonięte przez nieprzenikniony mrok, a później rozległo się dudniące, przerażające fortissimo burzy w pełni: strumieni deszczu, walącego o dach gradu, wiatru przetaczającego się falami po pastwiskach; potem zapanowała nagła cisza i tylko daleko na północy grzmot jeszcze toczył się po prerii. Sturnelle podjęły swoje słodkie pienia i, owszem, pojawiła się tęcza, w dodatku podwójna, na wschodzie. A kot to wszystko przespał.

Im więcej było słonecznych dni, tym bardziej niezależna stawała się Augusta. Jej wyprawy między skały i bylice trwały coraz dłużej. Pocieszaliśmy się, że jest już za duża i za groźna dla myszołowa rdzawosternego (najliczniejszego ptaka drapieżnego polującego za dnia). Orzeł wciąż mógł stanowić zagrożenie, lecz w pobliżu zabudowań jego atak wydawał się mało prawdopodobny. Pozostałe drapieżniki – lisy, rysie, puchacze wirginijskie – rozpoczynały swą aktywność o zmierzchu, przynajmniej naszym zdaniem. Wierzyliśmy, że jeśli któryś – na przykład kojot – wyłamie się z tej reguły, to Augusta wskoczy na wierzbę, osikę czy wysoki głaz, co wielokrotnie z łatwością na naszych oczach robiła. (Wciąż nie opanowała trudnej sztuki schodzenia z drzewa, ale podobno każdy kot w końcu wymyśli jakiś sposób, jeśli posiedzi na górze dostatecznie długo. Bardzo na to liczyliśmy, bo najbliższa jednostka ochotniczej straży pożarnej, stacjonująca 30 kilometrów dalej, raczej nie zerwałaby się na równe nogi, by ratować kota).

Zrobiła się też bardzo dumna, nasza mała łowczyni. Jak wszyscy przedstawiciele gatunku wracała do domu z darami. Czasami te stworzenia żyły jeszcze i mogła je radośnie zapędzić pod lodówkę (skąd jej słudzy musieli wyganiać ofiary drewnianymi łyżkami, rączkami mioteł albo wieszakami) lub uderzać nimi to w krzesło, to w abażur lampy, przy czym tylko trochę krwawiły. Czasem prezenty były już martwe. Rzucała myszaka u naszych stóp, wydawała zwycięski pomruk, a później przegryzała drobne ciałko na pół i pochłaniała w dwóch kęsach.

Czasami nie przychodziła na wołanie. Zostawała na dworze, choć na ziemię już kładły się długie cienie i nadchodził chłód, który zwiastował jak zwykle szokująco wczesną, sierpniową jesień. „Poluję, nie zawracajcie mi głowy” – myślała pewnie, lecz my wiedzieliśmy, że o zmroku będzie jej groziło realne niebezpieczeństwo. Wykrzykiwaliśmy imię kotki, póki nie dostrzegliśmy jej wśród niemal metrowych traw – nagłe mignięcie czarnego futra i jasnych oczu, potem znowu morze zieleni, aż wreszcie wyłaniała się z tego gąszczu podekscytowana, niestrudzona, radosna i biegła prosto do kuchni, z niemym pytaniem: „Gdzie moja kolacja?” wypisanym na pyszczku.

Przyszedł jednak dzień, kiedy w ogóle nie wróciła, a był to wyjątkowo niefortunny moment, gdyż u podstawy gigantycznych bloków skalnych, tam gdzie gromadziła się deszczówka, bujnie rozrosły się czeremchy wirginijskie, na nich zaś dojrzały już owoce. Baribale schodziły dla nich z gór. Owoce czeremchy to drobne ciemnoczerwone kulki, twarda skóra i ledwo trochę kwaśnego miąższu, ale niedźwiedzie czarne za nimi przepadają i zapominają, że nie powinny się zapuszczać w doliny. Kiedy tylko zachodziło słońce, przedzierały się przez nadbrzeżne wierzby, szły wzdłuż zagród i między stodołami, tuż przed rozświetlonymi oknami domów, w których ludzie (czyli my) jedli kolację, słuchali muzyki, oglądali filmy na wideo (nie mieliśmy jeszcze anteny satelitarnej, o kablówce nie wspominając) i się śmiali. W przypadkowej chwili ciszy można było je usłyszeć: zgrzytanie pazurów na blaszanym dachu ziemianki, trzask pękających gałęzi, gdy sięgały po owoce na samym czubku, czasami głuchy pomruk lub karcące warknięcie matki niedźwiedzicy – ona to dopiero BYŁA niebezpieczna! Stanowczo lepiej było wtedy siedzieć w domu. Augusta jednak biegała gdzieś na dworze, z nimi.

Ciąg dalszy w wersji pełnej

[1] August (ang.) – sierpień (przyp. tłum.).

[2] Flehmen (niem.) – zwijać wargi (przyp. tłum.).

Rozdział drugiJak zostać kotem

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział trzeciCo myślą? Co mówią?

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział czwartyDzikie zwierzę w domu

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział piątyDzikie zwierzę na wolności

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział szóstyDobre życie

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział siódmyChoroba, starość, śmierć

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział ósmyMiłość

Dostępne w wersji pełnej

Podziękowania

Dostępne w wersji pełnej

Przypisy końcowe

Dostępne w wersji pełnej

Bibliografia

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Tytuł oryginału angielskiego

The Inner Life of Cats.

The Science and Secrets of Our Mysterious Feline Companions

Copyright © 2017 Thomas McNamee

This edition published by arrangement with Hachette Books,

New York, New York, USA. All rights reserved.

© Copyright for the Polish edition

by Wydawnictwo „Nasza Księgarnia”, Warszawa 2018

© Copyright for the Polish translation

by Magdalena Korobkiewicz, 2018

Na okładce rysunek Geiger Iwony Mikos

© Copyright for the illustration by Iwona Mikos

Okładkę zaprojektowała Monika Pietras

Redaktor prowadzący Joanna Wajs

Opieka merytoryczna Magdalena Korobkiewicz

Redakcja Magdalena Adamska

Korekta Anna Sidorek, Zofia Kozik

Korekta plików po konwersji Irmina Garlej

ISBN 978-83-10-13387-8

Plik wyprodukowany na podstawie O czym myślą koty, Warszawa 2018

www.naszaksiegarnia.pl

Wydawnictwo NASZA KSIĘGARNIA Sp. z o.o.

02-868 Warszawa, ul. Sarabandy 24c

tel. 22 643 93 89, 22 331 91 49,

faks 22 643 70 28

e-mail: naszaksiegarnia@nk.com.pl

Plik ePub przygotowała firma eLib.pl

al. Szucha 8, 00-582 Warszawa

e-mail: konwersja@elib.pl

www.eLib.pl