O czym mówię, kiedy mówię o bieganiu - Haruki Murakami - ebook + książka

O czym mówię, kiedy mówię o bieganiu ebook

Haruki Murakami

4,1

Opis

W roku 1982 Haruki Murakami sprzedał jazzowy bar i poświęcił się pisaniu, a chcąc utrzymać się w formie, zaczął biegać. Po roku treningów przebiegł samodzielnie z Aten do Maratonu. Od tamtej pory zaliczył dziesiątki maratonów i kilka triatlonów, piszą między wyczynami kilkanaście cieszących się ogromnym uznaniem książek. W O czym mówię… rozważa wpływ biegania na swoje życie i przede wszystkim na pisarstwo.

Książka ta jest po części rejestrem treningów, dziennikiem intymnym, pamiętnikiem z podróży, a po części wspomnieniami. Obejmuje czteromiesięczny okres przygotowań do Maratonu Nowojorskiego z roku 2005. Świat Murakamiego oglądany przez soczewkę biegania jest na zmianę zabawny i otrzeźwiający, radosny i filozoficznie zadumany, ale nade wszystko odkrywczy - zarówno dla tych, którzy biegają i nie czytają książek, jak i dla tych, którzy czytają i nie biegają.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 195

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,1 (49 ocen)
15
25
7
2
0
Sortuj według:
natalaxxx

Nie oderwiesz się od lektury

(...) "Być może w ustach osoby w moim wieku zabrzmi to trochę głupio, ale chcę, żeby wszystko było jasne: należę do ludzi, którzy lubią być sami. Podkreślę to raz jeszcze: jestem osobą, która nie cierpi z powodu samotności. Godzina lub dwie codziennego samotnego biegania, podczas którego z nikim nie rozmawiam, oraz kolejne cztery czy pięć godzin samotnego siedzenia za biurkiem nie są dla mnie ani trudne, ani nużące. Mam taką skłonność od najwcześniejszych lat, kiedy - mając wybór - znacznie bardziej wolałem czytać samotnie książki albo słuchać w skupieniu muzyki, niż spotykać się z innymi. Zawsze mam mnóstwo pomysłów na to, co mogę robić sam".
00

Popularność




Tytuł oryginału japońskiego:

Hashiru koto-ni tsuite kataru toki-ni boku-no kataru koto

Tytuł przekładu angielskiego:What I Talk About When I Talk About Running. A Memoir

Projekt serii: Agnieszka Spyrka

Projekt okładki: Anna Pol

Redaktor prowadzący: Małgorzata Burakiewicz

Redakcja techniczna: Zbigniew Katafiasz

Skład wersji elektronicznej: Robert Fritzkowski

Korekta:Katarzyna Szajowska

Autor zdjęcia na okładce: Paweł Kruk

Autorzy zdjęć zamieszczonych na wkładce:

Eizo Matsumara, Masao Kageyama, Naonori Kohira

Copyright © 2007 by Haruki Murakami. All rights reserved

© for the Polish edition by MUZA SA, Warszawa 2010, 2016

© for the Polish translation by Jędrzej Polak

ISBN 978-83-287-0584-5

Warszawskie Wydawnictwo Literackie

MUZA SA

Wydanie I

Warszawa 2016

PrzedmowaCierpienie jest wyborem

Jest takie mądre powiedzenie, które brzmi: „Prawdziwy dżentelmen nigdy nie rozmawia o kobietach, z którymi zerwał, ani o wysokości zapłaconych podatków”. Mówiąc szczerze, to wierutne kłamstwo. Właśnie je wymyśliłem. Wybaczcie! Ale gdyby naprawdę było takie powiedzenie, sądzę, że kolejnym warunkiem bycia dżentelmenem byłoby zachowanie dyskrecji na temat tego, co należy robić, żeby mieć dobrą kondycję. Dżentelmen nie powinien opowiadać na prawo i lewo, jak dba o formę. Takie przynajmniej jest moje zdanie.

Wszyscy wiedzą, że nie jestem dżentelmenem, więc może w ogóle nie powinienem się takimi rzeczami przejmować, ale trochę mi wstyd pisać tę książkę. Być może to, co teraz powiem, zabrzmi jak unik, ale ta książka mówi o bieganiu i nie jest traktatem o tym, jak zachować zdrowie. Nie mam zamiaru dawać w niej rad w rodzaju: „Posłuchajcie mnie wszyscy – jeśli chcecie zachować zdrowie, biegajcie każdego dnia!”. Zamiast tego chcę przedstawić w niej zebrane przeze mnie przemyślenia, dotyczące tego, czym dla mnie, jako człowieka, jest bieganie. To książka, w której tylko rozważam różne sprawy i głośno myślę.

Somerset Maugham napisał kiedyś, że każde golenie jest filozofią. Trudno się z nim nie zgodzić. Bez względu na to, jak przyziemna wydaje nam się jakaś czynność, jeśli zajmuje nas wystarczająco długo, staje się aktem kontemplacyjnym, a nawet medytacyjnym. Zatem jako pisarz i jako biegacz uważam, że napisanie i opublikowanie książki z osobistymi przemyśleniami o bieganiu nie sprowadza mnie na manowce. Być może należę do ludzi nazbyt drobiazgowych, ale nie potrafię niczego pojąć dogłębnie bez przelania myśli na papier, więc musiałem czymś zająć ręce i zapisać te słowa. W przeciwnym razie nigdy bym się nie dowiedział, czym jest dla mnie bieganie.

Leżałem sobie kiedyś w pokoju hotelowym w Paryżu i czytając „International Herald Tribune”, natknąłem się na duży artykuł o maratonie. Były w nim rozmowy ze słynnymi maratończykami, którym zadano pytanie, jaką mantrę powtarzają w głowach, żeby się zmobilizować podczas biegu. To było bardzo ciekawe. Duże wrażenie zrobiły na mnie najróżniejsze myśli kryjące się w głowach biegaczy pokonujących dystans 42 kilometrów i 195 metrów. Myśli dowodzące, jak prawdziwie wyczerpującym przedsięwzięciem jest taki bieg. Jeśli nie powtarza się w głowie jakiejś mantry, nie da się go przetrwać.

Jeden z maratończyków powiedział o mantrze, której nauczył go starszy brat – również biegacz – i którą ów długodystansowiec powtarzał, odkąd tylko zaczął biegać. Brzmiała ona tak: „Ból jest nieunikniony. Cierpienie jest wyborem”. Powiedzmy, że biegniesz i myślisz sobie: „Cholera, tak mnie boli, że dłużej nie wytrzymam”. Fragment z „boli” jest nieuniknioną rzeczywistością, ale to, czy się wytrzyma, czy nie, zależy tylko i wyłącznie od biegacza. Ta myśl podsumowuje z grubsza najważniejszy aspekt biegu maratońskiego.

Pomysł na książkę o bieganiu przyszedł mi po raz pierwszy do głowy jakieś dziesięć lat temu; mijał rok za rokiem, próbowałem raz takiego podejścia, raz innego, i nie zabierałem się w zasadzie za pisanie. Zacznijmy od tego, że „bieganie” jest dosyć mglistym pojęciem i niełatwo było mi zdecydować, co powinienem o nim powiedzieć.

Ale w pewnym momencie doszedłem do wniosku, że muszę napisać uczciwie o tym, co myślę i czuję w związku z bieganiem, trzymając się przy tym własnego stylu. Przyszło mi do głowy, że to jedyny sposób na rozpoczęcie pracy, i zacząłem pisać tę książkę kawałek po kawałku latem 2005 roku, kończąc ją jesienią roku 2006. Poza kilkoma fragmentami, w których cytuję wcześniejsze artykuły i notatki, większość tej książki jest zapisem moich przemyśleń i odczuć w czasie rzeczywistym. Zauważyłem, że uczciwe pisanie o bieganiu i uczciwe pisanie o samym sobie jest niemal jednym i tym samym. Myślę więc, że nic nie stoi na przeszkodzie, aby czytać tę książkę jako swego rodzaju wspomnienia obracające się wokół czynności biegania.

Choć nie nazwałbym tego „filozofią” per se, w książce tej jest nieco tak zwanych „życiowych nauk”. Nie są one niczym wielkim – to lekcje, które odebrałem, wprawiając własne ciało w ruch i przekonując się dzięki temu, że cierpienie jest wyborem. Być może nauk tych nie da się uogólnić, a jeśli tak, to dlatego, że przedstawiam tutaj siebie, takiego, jakim jestem.

sierpień 2007

Rozdział pierwszy5 SIERPNIA 2005 – KAUAI, HAWAJECzy ktoś się wyśmiewa z Micka Jaggera?

Dzisiaj, w piątek 5 sierpnia 2005 roku, jestem na wyspie Kauai na Hawajach. Dzień jest niewiarygodnie przejrzysty i słoneczny, ani jednego obłoczka na niebie. Jakby w ogóle nie istniało pojęcie chmur. Przyjechałem tu pod koniec lipca i jak zwykle wynajęliśmy domek. Rano, kiedy jest chłodno, siadam przy biurku i piszę najrozmaitsze rzeczy. Jak teraz: piszę coś tam o bieganiu i mogę temu czemuś nadać z grubsza taką formę, jaka mi się najbardziej podoba. Mamy lato, więc naturalną koleją rzeczy jest gorąco. Hawaje określa się mianem wysp wiecznego lata, ale ponieważ leżą na półkuli północnej, są tu możliwe cztery pory roku. Lato jest nieco gorętsze od zimy. Spędzam dużo czasu w Cambridge w Massachusetts i w porównaniu z Cambridge – parnym i gorącym, zbudowanym z cegieł i betonu, jakby dla zadawania tortur – lato na Hawajach jest prawdziwym rajem. Nie potrzeba tu klimatyzacji – wystarczy otworzyć okno i wpuścić do środka rześką bryzę. Mieszkańcy Cambridge zawsze się dziwią, kiedy słyszą, że spędzam sierpień na Hawajach. „Dlaczego chce ci się spędzać lato w tak gorącym miejscu?” – pytają nieodmiennie. Nie wiedzą, jak tutaj jest. Nie wiedzą, że wiejące nieustannie z północnego wschodu pasaty sprawiają, że lato jest chłodne. Nie wiedzą, jak dobrze się tutaj żyje, jak można się cieszyć leniuchowaniem, czytaniem książki w cieniu drzew lub tym, że jeśli tylko przyjdzie nam ochota, możemy zejść, tak jak stoimy, nad morze i wykąpać się w zatoczce.

Odkąd przyjechałem na Hawaje, biegam codziennie około godziny przez sześć dni w tygodniu. Minęło już dwa i pół miesiąca od czasu, gdy wróciłem do starego stylu życia, wymagającego ode mnie – o ile tylko się da – codziennego biegania. Dzisiaj biegałem przez godzinę i dziesięć minut, słuchając w walkmanie dwóch albumów Lovin’ Spoonful – Daydream i Hums of the Lovin’ Spoonful – które nagrałem także na minidysku.

W tej chwili moim celem jest zwiększenie odległości, jaką przebiegam, więc szybkość nie jest najważniejsza. Jeśli tylko zdołam przebiec pewien dystans, nie martwię się niczym innym. Czasem – kiedy mam taką ochotę – biegnę szybko, ale jeśli przyspieszam kroku, skracam czas biegania, bo chodzi o to, żeby radość, jaką odczuwam na końcu każdego biegu, przetrwała do dnia następnego. Tę samą taktykę stosuję, gdy piszę powieść. Każdego dnia przerywam w miejscu, w którym wiem, że mógłbym pisać dalej. Spróbujcie tego, a praca pójdzie wam kolejnego dnia zaskakująco łatwo. Wydaje mi się, że Ernest Hemingway robił coś takiego. Żeby wytrwać w czymkolwiek, trzeba utrzymać rytm. To ważne przy długoterminowych przedsięwzięciach. Kiedy ustali się tempo, reszta pójdzie jak z płatka. Problem polega na tym, by koło zamachowe obracało się z wyznaczoną prędkością, a dotarcie do takiego punktu wymaga całej naszej uwagi i wysiłku.

Kiedy biegłem, przez jakiś czas padało, ale był to orzeźwiający deszczyk, który dobrze się znosi. Znad oceanu nadpłynęła tuż nad moją głowę ciężka chmura i przez chwilę kropiło z niej delikatnie, a potem chmura śmignęła gdzie indziej, nie oglądając się za siebie, jakby przypomniawszy sobie, że ma coś ważnego do załatwienia. Wróciło słońce, bezlitośnie przypiekając ziemię. To łatwy do ogarnięcia wzorzec pogodowy. Nie ma w nim żadnych zawiłości ani niejasności, ani krzty metafory czy symbolizmu. Po drodze minąłem kilku biegaczy – mniej więcej tyle samo mężczyzn, co kobiet. Żywiołowi biegacze pędzili drogą, przecinając powietrze, jakby ich goniono. Inni, ci z nadwagą, pocili się i dyszeli z przymkniętymi powiekami, opuszczonymi ramionami, jakby wcale nie chcieli robić tego, co robili. Wyglądali jak ludzie, którym przed tygodniem powiedziano, że mają cukrzycę, i zalecono uprawianie sportu. Jestem gdzieś w połowie drogi między pierwszymi a drugimi.

Uwielbiam słuchać Lovin’ Spoonful. Ich niewymuszona muzyka nigdy nie jest pretensjonalna. Słuchanie takiej kojącej muzyki przywodzi na myśl mnóstwo wspomnień z lat sześćdziesiątych. Zresztą nic naprawdę wyjątkowego. Gdyby ktoś chciał nakręcić film o moim życiu (już sama myśl o tym napawa mnie przerażeniem), wspomnienia te zostałyby na podłodze w pokoju montażysty. „Ten epizod trzeba wyciąć”, tłumaczyłby montażysta. „Nie jest zły, tylko całkiem zwykły i niewiele wnosi”. Takie to są wspomnienia – bezpretensjonalne i zwykłe. Ale dla mnie są ważne i cenne. Kiedy po kolei przelatują mi przez głowę, z pewnością uśmiecham się nieświadomie albo marszczę lekko brwi. Może są i zwykłe, ale ich nagromadzenie przyniosło pewien rezultat: mnie. Mnie tu i teraz, na północnym wybrzeżu Kauai. Czasem, kiedy myślę o życiu, czuję się jak kawałek drewna wyrzucony przez morze na brzeg.

Kiedy biegnę, pasaty wiejące od latarni morskiej szumią w liściach eukaliptusów nad moją głową.

Zamieszkałem w Cambridge w stanie Massachusetts pod koniec maja tego roku i od tamtej pory bieganie stało się podstawą mojego codziennego rozkładu dnia. Teraz traktuję bieganie całkiem poważnie. Mówiąc o „poważnym bieganiu”, mam na myśli sześćdziesiąt kilometrów tygodniowo. Innymi słowy, dziesięć kilometrów dziennie przez sześć dni w tygodniu. Byłoby lepiej, gdybym biegał przez siedem dni, ale muszę brać pod uwagę dni deszczowe i dni, podczas których jestem zbyt zajęty pracą. Mówiąc szczerze, zdarzają się również i takie dni, kiedy jestem zbyt zmęczony, żeby biegać. Biorąc to wszystko pod uwagę, robię sobie w tygodniu jeden dzień wolny od biegania. Przy sześćdziesięciu kilometrach tygodniowo pokonuję każdego miesiąca 240 kilometrów, co jest moim standardem „poważnego biegania”.

W czerwcu wykonałem dokładnie ten plan, przebiegając ni mniej, ni więcej tylko 240 kilometrów. W lipcu poprawiłem wynik i przebiegłem blisko 300 kilometrów. Pozostałem przy średniej dziesięciu kilometrów dziennie, ale biegałem każdego dnia bez dni wolnych. Nie jest tak, że codziennie przebiegam dokładnie dziesięć kilometrów. Jeśli któregoś dnia zdarzy mi się przebiec piętnaście kilometrów, następnego dnia biegnę tylko pięć. (Biegnąc truchtem, jestem zazwyczaj w stanie pokonać dziesięć kilometrów przez godzinę). Moim zdaniem jest to z całą pewnością bieganie w poważnym wymiarze. A odkąd przyjechałem na Hawaje, utrzymuję ten rytm, bo stwierdziłem, że minęło stanowczo zbyt dużo czasu od chwili, kiedy ostatnio byłem w stanie pokonywać takie odległości i utrzymać tego rodzaju stały rozkład.

Istnieje kilka powodów, dla których w pewnym momencie życia przestałem biegać poważnie. Przede wszystkim przybyło mi obowiązków i coraz bardziej zaczęło mi brakować wolnego czasu. Kiedy byłem młodszy, wcale nie miałem tyle wolnego czasu, ile bym sobie życzył, ale nie musiałem zajmować się tyloma drobiazgami, którymi zajmuję się teraz. Nie wiem dlaczego, ale im starszy człowiek się staje, tym więcej przybywa mu obowiązków.

Innym powodem jest to, że bardziej od maratonów zainteresowałem się triatlonem. Triatlon, rzecz jasna, obejmuje, oprócz biegania, pływanie i jazdę na rowerze. Bieganie nie stanowi dla mnie problemu, ale chcąc opanować dwie pozostałe dyscypliny, musiałem poświęcić więcej czasu na trenowanie pływania i kolarstwa. Pływanie zaczynałem od początku, ucząc się odpowiedniego stylu, podobnie było z jazdą na rowerze – musiałem opanować technikę i wytrenować właściwe mięśnie. Wszystko to wymagało czasu i wysiłku, więc w rezultacie pozostało mi mniej czasu na bieganie.

Wszelako głównym powodem było zapewne to, że w pewnym wieku najzwyczajniej zmęczyłem się bieganiem. Zacząłem biegać jesienią 1982 roku i od tamtej pory biegałem przez blisko dwadzieścia trzy lata. W tym czasie truchtałem niemal każdego dnia, brałem udział w przynajmniej jednym maratonie w ciągu roku – do tej pory w dwudziestu trzech – i uczestniczyłem w tylu długodystansowych biegach na całym świecie, że nie chce mi się ich liczyć. Biegi długodystansowe odpowiadają mojemu typowi osobowości i muszę przyznać, że ze wszystkich nawyków, jakich nabrałem przez całe życie, ten okazał się najbardziej pomocny i najbardziej sensowny. Bieganie bez przerwy przez ponad dwie dekady uczyniło mnie silniejszym – zarówno fizycznie, jak i emocjonalnie.

Chodzi o to, że nie nadaję się za bardzo do sportów zespołowych. Taki już jestem. Zawsze kiedy gram w piłkę nożną albo baseball – a w zasadzie odkąd dorosłem, nie grywam ani w jedno, ani w drugie prawie wcale – czuję się nieswojo. Być może przyczyną jest to, że nie miałem braci, ale nie potrafię się przekonać do sportów uprawianych z innymi. Nie jestem też dobry w dyscyplinach jeden na jednego, takich jak tenis. Lubię squasha, ale gdy przychodzi mi grać z przeciwnikiem, rywalizacja wywołuje we mnie skrępowanie. A jeśli chodzi o sztuki walki, zupełnie się w nich nie liczę.

Nie zrozumcie mnie źle – nie jestem całkiem pozbawiony zmysłu rywalizacji. Problem polega na tym, że z jakiejś przyczyny nigdy nie dbałem specjalnie o to, czy pokonam innych, czy raczej oni pokonają mnie. To przeświadczenie nie zmieniło się, odkąd dorosłem. Nieważne, o jakiej dziedzinie mówimy – wygrywanie z innymi po prostu mi nie odpowiada. Znacznie bardziej interesuje mnie to, czy zdołam osiągnąć cele, które sobie wyznaczam, zatem pod tym względem biegi długodystansowe nadają się idealnie dla takiej mentalności jak moja.

Maratończycy zrozumieją, o co mi chodzi. Nie dbamy specjalnie o to, czy pokonamy jakiegoś konkretnego przeciwnika. Biegacze klasy światowej chcą rzecz jasna wyprzedzić największych rywali, ale przeciętny, zwykły maratończyk nie bierze pod uwagę indywidualnego współzawodnictwa. Jestem pewien, że są niedzielni biegacze, dla których pragnienie pokonania konkretnego przeciwnika staje się motywacją do cięższych treningów. Ale co się stanie, jeśli rywal – obojętnie z jakiej przyczyny – wycofa się z konkurencji? Ich motywacja do biegania zniknie, a przynajmniej się zmniejszy, i nie wytrwają długo w biegach.

Dla większości zwykłych biegaczy najsilniejszą motywacją jest pokonywanie wyznaczonego czasu. Jeśli biegacz temu podoła, będzie czuł, że wypełnił to, co sobie założył, a jeśli nie, będzie miał poczucie, że nie wypełnił postawionego przed sobą zadania. Lecz nawet jeśli nie pobije rekordu, jaki przed sobą postawił, a czerpie satysfakcję z tego, że bardzo się starał – odkrywszy może po drodze coś ważnego na swój temat – wówczas już samo to jest osiągnięciem niosącym pozytywne emocje, które przechowa w sobie do następnego biegu.

To samo da się powiedzieć o zawodzie, który uprawiam. Wśród powieściopisarzy nie ma, moim zdaniem, zwycięzców ani przegranych. Istnieją zewnętrzne oznaki literackich osiągnięć, choćby liczba sprzedanych egzemplarzy książki, zdobyte nagrody, dobre czy złe recenzje, ale żadna z nich w istocie się nie liczy. Liczy się tylko to, czy pisarstwo spełnia standardy, jakie sobie wyznaczamy. Niepowodzenia w przeskoczeniu poprzeczki na zaplanowanej wysokości nie da się tak łatwo wytłumaczyć. Jeśli chodzi o innych, zawsze można znaleźć sensowne usprawiedliwienie, ale samego siebie nie da się oszukać. Pod tym względem pisanie powieści i bieganie pełnego maratonu są bardzo do siebie podobne. Pisarz kieruje się zazwyczaj cichą wewnętrzną motywacją i nie szuka potwierdzenia w tym, co widać na zewnątrz.

Bieganie jest dla mnie pożytecznym ćwiczeniem, a jednocześnie pożyteczną metaforą. Biegając dzień po dniu, biorąc udział w kolejnych wyścigach, stawiam sobie poprzeczkę coraz wyżej, a żeby ją przeskoczyć, muszę nad sobą pracować, sam siebie ulepszyć. Przynajmniej po to wysilam się każdego dnia: by podnieść wymagania względem siebie. Nie jestem w żadnym razie doskonałym biegaczem. Znajduję się na zwykłym, może nawet bardzo przeciętnym, poziomie. Ale nie o to chodzi. Chodzi o to, czy byłem, czy nie byłem lepszy niż wczoraj. W biegach długodystansowych jedynym przeciwnikiem, jakiego ma się do pokonania, jesteśmy my sami i to, jacy byliśmy wczoraj.

Jednak odkąd przestałem być czterdziestolatkiem, ten system samooceny ulega stopniowej zmianie. Mówiąc wprost, nie jestem już w stanie pobić własnych rekordów. To chyba nieuniknione, gdy ma się tyle lat co ja. W pewnym wieku każdy osiąga szczyt możliwości fizycznych. Są jakieś różnice indywidualne, ale większość pływaków trafia na tę barierę w wieku dwudziestu paru lat, bokserzy przed trzydziestką, a baseballiści przed czterdziestką. Każdy musi przez to przejść. Kiedyś zapytałem okulistę, czy słyszał o kimś, kto uniknął na starość nadwzroczności. Roześmiał się i odpowiedział: „Jeszcze takiego nie spotkałem”. To zupełnie to samo. (Na szczęście szczyt sił twórczych objawia się w różnym wieku. Dostojewski, na przykład, napisał dwie najważniejsze powieści – Biesy i Braci Karamazow – w ostatnich latach życia, a zmarł, mając sześćdziesiąt lat. Domenico Scarlatti skomponował przez całe życie 555 sonat fortepianowych, ale większość z nich napisał między pięćdziesiątym siódmym a sześćdziesiątym drugim rokiem życia).

Szczyt moich możliwości jako biegacza przypadł przed pięćdziesiątką. Wcześniej moim celem było przebiegnięcie pełnego maratonu w trzy i pół godziny, co daje tempo dokładnie jednego kilometra w pięć minut albo jednej mili w osiem. Czasem udawało mi się pokonać czas trzech godzin i trzydziestu minut, a czasem nie (znacznie częściej). Tak czy inaczej, byłem w stanie regularnie przebiegać maraton w mniej więcej takim czasie. Chociaż niekiedy wydawało mi się, że biegnę znacznie poniżej swoich możliwości, mieściłem się w trzech godzinach i czterdziestu minutach. Nawet wtedy, kiedy nie trenowałem za dużo albo nie byłem w najlepszej formie, przekroczenie czterech godzin było nie do pomyślenia. Moje osiągnięcia utrzymywały się na równomiernie wysokim poziomie przez pewien okres, ale wkrótce zaczęły się zmieniać. Trenowałem tyle samo co przedtem, ale coraz częściej nie potrafiłem pobić trzech godzin i czterdziestu minut. Przebiegnięcie jednego kilometra zajmowało mi pięć i pół minuty, i zbliżałem się do granicy czterech godzin w pokonywaniu maratonu. Mówiąc szczerze, przeżyłem mały wstrząs. Co się stało? Nie brałem pod uwagę tego, że jestem coraz starszy. Na co dzień nie czułem się fizycznie słabszy. Ale bez względu na to, jak bardzo wypierałem czy ignorowałem czynnik wieku, moje wyniki pogarszały się stopniowo.

Poza tym, jak już wspomniałem, zainteresowałem się innymi dyscyplinami, takimi jak triatlon czy squash. Doszedłem do wniosku, że samo bieganie mi nie wystarcza, i postanowiłem, że urozmaicę zwykłą rutynę, rozpoczynając bardziej wszechstronny trening fizyczny. Zatrudniłem prywatną trenerkę pływania, która nauczyła mnie podstaw, dzięki czemu zacząłem pływać szybciej i z większą łatwością niż poprzednio. Moje mięśnie zareagowały na nowe środowisko, a mój wygląd uległ zauważalnej zmianie. Jednocześnie maratońskie wyniki, jakie osiągałem, były z wolna, acz nieuchronnie – jak odpływ – coraz gorsze. Przekonałem się, że bieganie nie sprawia mi już takiej radości jak kiedyś. Między mną a samym pojęciem biegania wyrastało regularne zmęczenie. Czułem rozczarowanie tym, że moja ciężka praca nie przynosi efektów, że coś mi w niej przeszkadza, jakby ktoś zatrzasnął mi przed nosem drzwi, które były zazwyczaj otwarte. Nazwałem ten stan „bluesem biegacza”. Opiszę szczegółowo później, jakiego rodzaju był to blues.

Minęło dziesięć lat od mojego poprzedniego pobytu w Cambridge (gdzie mieszkałem od roku 1993 do 1995, kiedy prezydentem był Bill Clinton). Gdy ponownie ujrzałem rzekę Charles, poczułem chęć biegania. Rzeki – o ile nie zajdą w nich jakieś wstrząsające zmiany – wyglądają zazwyczaj mniej więcej tak samo, a rzeka Charles wyglądała zupełnie tak samo jak przedtem. Upływał czas, pojawiali się i znikali studenci, postarzałem się o dziesięć lat, a pod mostem całkiem dosłownie upłynęło wiele wody. Ale rzeka pozostała niezmieniona. Wciąż płynie wartko i cicho ku Boston Harbor. Woda oblewa brzegi, od czego latem gęstnieją trawy, a wodne ptactwo ma co jeść; płynie ospale, bez wytchnienia pod starymi mostami, odbijając w lecie chmury, kołysząc krą w zimie, i zmierza milcząco do oceanu.

Kiedy wszystko rozpakowałem, uporałem się z biurokracją związaną z przyjazdem i osiadłem na dobre w Cambridge, znów zabrałem się za poważne bieganie. Oddychając rześkim, odświeżającym wczesnoporannym powietrzem, znów czułem radość z biegania w znanej okolicy. Odgłosy moich kroków, oddechu, bijącego serca zlewały się w jedną, wyjątkową polirytmię. Rzeka Charles jest uświęconym tradycją torem wioślarskich regat i zawsze ktoś po niej wiosłuje. Lubię ścigać się z wioślarzami. Najczęściej, rzecz jasna, łodzie są szybsze. Ale kiedy po rzece sunie leniwie skif, potrafię dać mu wycisk.

W Cambridge – może dlatego, że odbywa się w nim maraton bostoński – jest pełno biegaczy. Ścieżka do joggingu wzdłuż rzeki Charles ciągnie się w nieskończoność i jeśli ma się na to ochotę, można biec godzinami. Problem polega na tym, że jeżdżą po niej także rowerzyści, więc trzeba uważać, bo rozpędzeni potrafią wyjechać ze świstem zza pleców. W różnych miejscach są też pęknięcia w nawierzchni, o które łatwo się potknąć, oraz długo niezmieniające się światła na przejściach dla pieszych, a jeśli się przy nich utknie, łatwo wypaść z rytmu. Pominąwszy te niedogodności, ścieżka do joggingu jest cudowna.

Biegnąc, czasem słucham jazzu, ale najczęściej rocka, ponieważ jego rytm jest najlepszym akompaniamentem dla rytmu biegu. Lubię Red Hot Chili Peppers, Gorillaz, Becka oraz starocie, jak Creedence Clearwater Revival i Beach Boys – muzykę o jak najmniej skomplikowanym rytmie. Wielu biegaczy używa teraz iPodów, ale ja wolę odtwarzacz MD, do którego się przyzwyczaiłem. Jest trochę większy od iPoda i nie mieści się w nim aż tyle nagrań, ale dla mnie jest w sam raz. W tej chwili nie lubię mieszać muzyki z komputerami. Nic dobrego nie wychodzi nigdy z mieszania przyjaźni z pracą i seksem.

Jak już wspomniałem, w lipcu przebiegłem 300 kilometrów. Przez dwa dni lipca padało i dwa dni spędziłem w drodze. Pojawiło się też całkiem sporo dni, podczas których było zbyt parno i gorąco, żeby biegać. Summa summarum, ten wynik nie był zły. Wcale nie był zły. Jeśli przyjąć, że przebiegnięcie 240 kilometrów miesięcznie można uznać za poważne bieganie, to 300 kilometrów jest pewnie bieganiem rygorystycznym. Im dalej biegałem, tym więcej traciłem na wadze. Przez dwa i pół miesiąca straciłem prawie trzy kilogramy, a odrobina tłuszczu, którą zauważyłem wokół brzucha, zniknęła. Wyobraźcie sobie, że idziecie do rzeźnika, kupujecie trzy kilo mięsa i niesiecie je do domu. Wiecie, o co mi chodzi. Miałem mieszane uczucia, nosząc na sobie każdego dnia dodatkowy ciężar. Kiedy mieszka się w Bostonie, człowiek pije piwo beczkowe Samuel Adams (Summer Ale) i je ciągle Dunkin’ Donuts. Ku swemu zadowoleniu przekonałem się, że nawet takie słabostki można zniwelować, wytrwale trenując.

Być może w ustach osoby w moim wieku zabrzmi to trochę głupio, ale chcę, żeby wszystko było jasne: należę do ludzi, którzy lubią być sami. Podkreślę to raz jeszcze: jestem osobą, która nie cierpi z powodu samotności. Godzina lub dwie codziennego samotnego biegania, podczas którego z nikim nie rozmawiam, oraz kolejne cztery czy pięć godzin samotnego siedzenia za biurkiem nie są dla mnie ani trudne, ani nużące. Mam taką skłonność od najwcześniejszych lat, kiedy – mając wybór – znacznie bardziej wolałem czytać samotnie książki albo słuchać w skupieniu muzyki, niż spotykać się z innymi. Zawsze mam mnóstwo pomysłów na to, co mogę robić sam.

Mimo to, kiedy się ożeniłem we wczesnej młodości (miałem dwadzieścia dwa lata), stopniowo przyzwyczajałem się do życia z kimś innym. Po studiach prowadziłem bar i dowiedziałem się, jak ważne jest bycie z innymi, przekonałem się o czymś oczywistym, że nie da się przetrwać samemu. Krok po kroku – i zapewne we własnym tempie – odkryłem dzięki osobistym doświadczeniom, jak być towarzyskim. Kiedy wspominam teraz tamte czasy, widzę, jak bardzo zmienił się mój ogląd świata po dwudziestym roku życia – jak dojrzałem. Nabijając sobie różne bolesne guzy, nauczyłem się praktycznych tricków, jak przeżyć. Bez tych trudnych dziesięciu lat nie zostałbym powieściopisarzem, nie byłbym w stanie pisać książek, nawet gdybym bardzo chciał. Nie znaczy to, że osobowość każdego człowieka ulega tak dramatycznej przemianie. Ale moja potrzeba samotności pozostała niezmienna. Z tego powodu ta godzina czy więcej, którą poświęcam na bieganie, pielęgnowanie pozbawionego słów czasu dla siebie, jest ważna dla utrzymania przeze mnie dobrego mentalnego samopoczucia. Kiedy biegnę, nie muszę z nikim rozmawiać ani nikogo słuchać. Jedyne, co muszę, to przyglądać się mijanej okolicy. Nie byłbym w stanie obejść się bez tej części dnia.

O czym myślę, biegnąc? Zazwyczaj zadają mi to pytanie ludzie, którzy nigdy nie biegali na długich dystansach. Zawsze zastanawiam się nad nim głęboko. O czym dokładnie myślę, kiedy biegnę? Nie mam zielonego pojęcia.

Kiedy jest zimno, chyba myślę o tym, że jest mi zimno. I o tym, że jest mi gorąco w gorące dni. Kiedy jestem smutny, myślę trochę o smutku. Kiedy jestem wesół, myślę trochę o radości. Jak już wspomniałem wcześniej, wracają też do mnie przypadkowe wspomnienia. A bardzo rzadko – tak rzadko, że szkoda o tym mówić – wpadam na pomysł, który wykorzystuję w powieści. Mówiąc szczerze, kiedy biegnę, nie myślę o niczym wartym zapamiętania.

Biegnąc, nic nie robię, tylko biegnę. Zasadniczo biegnę w pustce. Innymi słowy, biegnę po to, żeby osiągnąć pustkę. Ale jak można się spodziewać, w takiej pustce myśli kryją się naturalnie. To oczywiste. W ludzkim umyśle nie może istnieć całkowita pustka. Emocje ludzkie nie są wystarczająco silne ani zintegrowane, żeby dać sobie radę z prawdziwą nicością. Chodzi mi o to, że myśli i idee, które wpływają na moje emocje, gdy biegnę, są podporządkowane pustce. Ponieważ brakuje im treści, są przypadkowymi myślami gromadzącymi się wokół pustki znajdującej się w środku.

Myśli, które przychodzą mi do głowy, kiedy biegnę, są jak chmury na niebie. Chmury o najrozmaitszych kształtach. Przychodzą i odchodzą, a niebo pozostaje zawsze takie samo. Chmury są tylko gośćmi na niebie, przepływają przez nie i znikają na zawsze, zostawiając za sobą niebo. Niebo jednocześnie istnieje i nie istnieje. Jest namacalne i nie jest. A my akceptujemy ten wielki ogrom i chłoniemy go.

Zbliżam się teraz