O co właściwie nam chodzi? Nie piszę, by się inni zgadzali - ks. Wojciech Węgrzyniak - ebook
Opis

Ksiądz Wojciech Węgrzyniak to połączenie błyskotliwego umysłu i niebanalnej retoryki, ale zawsze podgrzanych tym samym zapałem i werwą. Nie oczekuje, żeby się z nim zgadzać, ale liczy na to, że zacznie się myśleć.

Stawianie pytań ceni na równi z udzielaniem wyjaśnień. Porywający mówca, charyzmatyczny kapłan. Jego blog śledzi tysiące internautów. Mówi językiem prostym, zrozumiałym i przede wszystkim trafiającym w sedno. Jego wypowiedzi stają się często bon motami, niemal ikonicznymi przysłowiami. Przełamuje bariery, wykracza poza skostniałe schematy uniwersyteckie, burzy spokój i pewność siebie agnostyków, ukazując świat Biblii w najbardziej fascynującej odsłonie. Równie ciekawe i wartościowe są jego komentarze dotyczące spraw bieżących, niejednoznacznych, trudnych, często niezrozumiałych dla współczesnego katolika.

Ta książka jest esencją najciekawszych myśli , spostrzeżeń i komentarzy autora. Po raz pierwszy zebrano eseje tłumaczące biblijne przekazy z obszernymi komentarzami na temat spraw trudnych, budzących kontrowersje, a przez to krzykliwych i bardzo medialnych. W ten sposób powstał przewodnik prezentujący kondycję i złożoność współczesnego Kościoła, często targanego sprzecznościami, obarczonego oczekiwaniami wiernych, nierzadko przygniecionego odpowiedzialnością. W dobie powszechnej wiedzy oraz chaosu informacji jasno i bezkompromisowo prowadzi on po sprzecznościach współczesnego świata, wskazując, o co każdemu z nas naprawdę chodzi w naszej relacji z Bogiem, bliźnimi i samym sobą.

O co nam chodzi No właśnie. O co właściwie nam chodzi? Czyli gdzie idziemy? W jaką stronę zmierzamy? Dokąd biegniemy i za czym łazimy? Nieraz się nawet włóczymy albo i człapiemy... Są tacy, którzy się muszą przywlec, kiedy innym wystarczy się napatoczyć... Jest wiele sposobów na to, by się poruszać. Najciekawszy i arcyważny pozostanie zawsze cel: O CO WŁAŚCIWIE NAM CHODZI...? Fragment książki

Ksiądz Wojciech Węgrzyniak - pochodzi z Podhala, a dokładnie z Mizernej. Jest księdzem od 6 czerwca 1998 roku. Przez pierwsze trzy lata kapłaństwa był wikariuszem w Krakowie na os. Ruczaj. Pięć kolejnych lat spędził na studiach w Rzymie, trzy następne w Jerozolimie. Od października 2009 roku pracuje na Uniwersytecie Papieskim Jana Pawła II w Krakowie. Jego specjalność to nauki biblijne, a dokładniej Stary Testament.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 250

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Ksiądz Wojciech Węgrzyniak

KSIĄDZ WOJCIECH WĘGRZYNIAK

Kapłan archidiecezji krakowskiej, wykładowca Uniwersytetu Papieskiego św. Jana Pawła II w Krakowie i znany rekolekcjonista, od wielu lat prowadzi bloga www.wegrzyniak.com. Zamieszcza tam swoje teksty, w których podejmuje aktualne tematy związane z życiem Kościoła, Polski, społeczeństwa. Nie boi się pisać o rzeczach trudnych, a nawet kontrowersyjnych. Artykuły te cieszą się ogromną popularnością wśród internautów i często podchwytywane są przez różne redakcje. Chcąc przedstawić je szerszemu gronu Czytelników, zebraliśmy je w jeden tom i wydaliśmy drukiem. Mamy nadzieję, że pomogą wielu znaleźć odpowiedzi na nurtujące pytania i zrozumieć zawiłości współczesnego świata. Zapewniamy, że lektura „maxirefleksji” ks. Wojciecha Węgrzyniaka zapewni Państwu duchową ucztę.

Życzymy miłej i owocnej lektury!

O co nam chodzi

O CONAMCHODZI

No właśnie. O co właściwie nam chodzi? Czyli gdzie idziemy? W jaką stronę zmierzamy? Dokąd biegniemy i za czym łazimy? Nieraz się nawet włóczymy albo i człapiemy... Są tacy, którzy się muszą przywlec, kiedy innym wystarczy się napatoczyć... Jest wiele sposobów na to, by się poruszać. Najciekawszy i arcyważny pozostanie zawsze cel:

O CO WŁAŚCIWIE NAM CHODZI...?

Biblia

SYNOWIE MARNOTRAWNI

Nie każdy syn marnotrawny kończy tak dobrze jak ten z Ewangelii.

Nie każdy syn marnotrawny kończy tak dobrze jak ten z Ewangelii.

Pewien syn marnotrawny powiedział sobie: „Zabiorę się i pójdę do mego ojca”. I poszedł. Jednak w drodze napadli na niego zbójcy i zostawiwszy na wpół umarłego, odeszli. Przechodził tą drogą kapłan i lewita, więc nie pomogli. Samarytanin nie przechodził, bo nie miał czym wybrać się w podróż, pożyczywszy wcześniej oślicę Jezusowi na Niedzielę Palmową. Więc na wpół umarły, umarł całkiem.

Inny syn marnotrawny wracał do domu przez Siloam akurat wtedy, kiedy zawaliła się wieża i zabiła osiemnastu ludzi. Był jedną z ofiar.

Jeszcze inny wrócił do domu, ale naprzeciw wybiegł mu nie ojciec, ale starszy brat. I zabił go, mówiąc sobie i sługom: „Znając ojca, przyjmie brata i powie: «To jest też dziedzic». Chodźcie, zabijmy go, a dziedzictwo będzie nasze”.

Jeszcze inny nie zastał ojca i brata w domu, gdyż poszli na górę Moria. Służba mówiła, że sam Bóg kazał złożyć tam ojcu w ofierze syna. Przestraszył się, że Bóg każe zrobić z nim to samo i uciekł.

Jeszcze inny wrócił do domu, ale tam nie było już służby, utuczonych cieląt, szat, pierścienia i sandałów. Starszy brat umarł. Ojciec został sam, siedząc trędowaty na popiele, bo był Hiobem.

Jeszcze inny wrócił, ale w kraju ojca nastał taki głód, że ojciec wysłał go natychmiast razem ze starszym bratem do Egiptu jak Jakub swych synów. Kto wie, co się stanie po drodze między braćmi.

Jeszcze inny wrócił do domu, ale dom zastał w gruzach i ani jednej duszy. Cała rodzina bowiem została uprowadzona do niewoli babilońskiej.

Był też taki, który wrócił do domu, ale nikt nie wybiegł mu naprzeciw i nikt nie rzucił się na szyję, bo ojciec już nie żył.

Ile synów marnotrawnych, tyle dróg i historii. Najważniejsze, by nie zwlekać z powrotem i uwierzyć, że synostwo zaczyna się już w drodze do domu Ojca.

Ile synów marnotrawnych, tyle dróg i historii. Najważniejsze, by nie zwlekać z powrotem i uwierzyć, że synostwo zaczyna się już w drodze do domu Ojca.

NAJNOWSZY TESTAMENT

Stary Testament powstawał przez wieki, być może aż do I w. p.n.e. Nowy Testament powstał w I w. n.e. W ostatnich dziesięcioleciach coraz liczniejsza grupa ludzi zdaje się pisać Najnowszy Testament. Najbardziej znane różnice między Nowym Testamentem a Najnowszym są następujące:

Nowy mówi:Ja wszystkich, których kocham, karcę i ćwiczę (Ap 3,19).

Najnowszy: Bóg nikogo nie karci.

Nowy mówi:Duch wyprowadził Jezusa na pustynię, aby był kuszony przez diabła (Mt 4,1).

Najnowszy: Bóg nikogo ani nie wodzi na pokuszenie, ani nie próbuje.

Nowy mówi:Tam będzie płacz i zgrzytanie zębów, gdy ujrzycie Abrahama, Izaaka i Jakuba, i wszystkich proroków w królestwie Bożym, a siebie samych precz wyrzuconych (Łk 13,28).

Najnowszy: Bóg nikogo nie wyklucza.

Nowy mówi: Kto uwierzy i przyjmie chrzest, będzie zbawiony; a kto nie uwierzy, będzie potępiony (Mk 16,16).

Najnowszy: Bóg nikogo nie potępia.

Nowy mówi:Ani rozpustnicy, ani bałwochwalcy, ani cudzołożnicy, ani rozwiąźli, ani mężczyźni współżyjący ze sobą, ani złodzieje, ani chciwi, ani pijacy, ani oszczercy, ani zdziercy nie odziedziczą królestwa Bożego (1 Kor 6,9-10).

Najnowszy: Z tej listy na chwilę obecną należy wykreślić mężczyzn współżyjących ze sobą.

Nowy mówi:To niech będzie wiadomo wam wszystkim (...), że w imię Jezusa Chrystusa Nazarejczyka (...) ten człowiek stanął przed wami zdrowy (...) I nie ma w żadnym innym zbawienia, gdyż nie dano ludziom pod niebem żadnego innego imienia, przez które moglibyśmy być zbawieni (Dz 4,10-12).

Najnowszy: Wszystkie religie są równe.

Nie wiadomo, kiedy zakończy się proces tworzenia najnowszego kanonu, kto zadecyduje ostatecznie o nieomylności Najnowszego Testamentu i jakie spowoduje to podziały. To jednak jest wiadome, że Stary Testament jest świadectwem przymierza Boga z Izraelem, Nowy – świadectwem przymierza Boga z całą ludzkością. Natomiast Najnowszy zdaje się być świadectwem przymierza ludzi z ich własnymi wyobrażeniami; przymierza, w którym Bóg ma do powiedzenia tylko tyle, ile człowiek pozwoli Mu powiedzieć.

Stary Testament jest świadectwem przymierza Boga z Izraelem, Nowy – świadectwem przymierza Boga z całą ludzkością. Natomiast Najnowszy zdaje się być świadectwem przymierza ludzi z ich własnymi wyobrażeniami.

O BIBLII

Biblia jest lustrem. Błąd (cecha charakterystyczna?) biblistów polega na tym, że chcą za wszelką cenę zobaczyć, co jest z drugiej strony, więc ściągają lustro ze ściany Tradycji. „Normalny” człowiek patrzy w lustro, by zobaczyć siebie. Nie interesuje go, jakim kolorem tył pomalowano.

Tak jak władza i pieniądze skusiły i związały z tym światem Kościół w średniowieczu i jeszcze przez parę następnych wieków, tak racjonalizm oświecenia skusił biblistów i teologów, wiążąc ich z takimi aksjomatami, na których żadnej pożytecznej dla Kościoła teorii zbudować się nie dało. Żal będzie kiedyś rozstać się z tymi wszystkimi narzędziami, które wydawały się pożyteczne, tak jak żal było zostawić Państwo Kościelne i Święte Przymierze. Ale im szybciej to nastąpi, tym szybciej odsłoni prawdziwy blask Bożego Słowa.

Dziewięćdziesiąt dziewięć procent egzegetów powinno zostawić ich sposób pracy nad Biblią literatom. Oni przynajmniej znają się na rzeczy i mają fachowe przygotowanie. Niech piszą, jakim dziełem literackim jest księga Starego i Nowego Przymierza. Sami zaś niech tłumaczą Syna w Biblii, tak jak Syn był egzegetą Ojca na ziemi (por. J 1,18: Boga nikt nigdy nie widział, Ten Jednorodzony Bóg, który jest w łonie Ojca, o Nim pouczył – evxhgh, sato).

Metoda zależy od celu. Jeśli chcę poznać ciśnienie krwi, muszę mieć odpowiedni przyrząd. Jeśli chcę poznać garderobę człowieka, muszę zaglądnąć do jego szafy. Jeśli interesują mnie jego zainteresowania literaturą, muszę wejść w dialog z nim, o ile tego nie wyraził już publicznie; jeśli chcę poznać zapach jego ciała, muszę użyć do tego i własnego nosa, i odpowiedniej bliskości. Metoda zależy od celu. Dlatego pierwsze pytanie w poznaniu Biblii brzmi: o co właściwie nam chodzi? co chcemy uzyskać? jaki jest cel naszych studiów, pracy, myśli?

Wierzę gorąco, że przyszedł czas, w którym musimy sobie powiedzieć jasno: pierwszym celem w podejściu do Biblii jest wzrost miłości Boga i bliźniego, bo miłość jest wypełnieniem prawa. Kto nie kocha bardziej, czytając Słowo, czyta źle. Kto całe życie poświęcił studiowaniu Pisma, a nie przybliżył się do Boga i człowieka, nie jest lepszy od prostytutki, która zły zawód wybrała, chociaż może i dała relatywną radość/przyjemność niektórym. Jeśli dziś mamy problemy z metodologią, to przede wszystkim dlatego, że albo nie wiemy, o co nam właściwie chodzi, albo nie chcemy przyjąć takiego celu Słowa, jaki Bóg dał człowiekowi (por. słowa Jezusa: „Badacie Pisma (...), a przecież nie chcecie przyjść do Mnie” – J 5,39-40).

Pierwszym celem w podejściu do Biblii jest wzrost miłości Boga i bliźniego, bo miłość jest wypełnieniem prawa.

I NIE WÓDŹ NAS NA POKUSZENIE

Sformułowanie tej prośby jest w oczach wielu rażące: przecież Bóg na pewno nie prowadzi nas na pokuszenie! W rzeczy samej. Święty Jakub powiada: „Kto doznaje pokusy, niech nie mówi: Bóg mnie kusi. Bóg bowiem ani nie podlega pokusie do zła, ani też nikogo nie kusi” (Jk 1,3).

Sformułowanie to może się stać dla nas trochę jaśniejsze, gdy sobie przypomnimy słowa Ewangelii: „Wtedy Duch wyprowadził Jezusa na pustynię, aby był kuszony przez diabła” (Mt 4,1). Pokusa wychodzi od diabła, ale mesjańskim zadaniem Jezusa jest doznanie wielkich pokus, które odwodziły ludzi od Boga i nadal nie przestają odwodzić. Jak widzieliśmy, Jezus musi te pokusy znosić aż do śmierci na krzyżu i dopiero w ten sposób otwiera nam drogę zbawienia. Musi więc nie dopiero po śmierci, lecz wraz z nią i przez całe swe życie niejako „zstępować do piekieł”, w obszar naszych pokus i upadków, po to, by nas ująć za rękę i wyprowadzić z nich. List do Hebrajczyków przykłada do tego aspektu szczególną wagę i uważa go za istotną część drogi Jezusa: „Przez to bowiem, co sam wycierpiał, poddany próbie, może przyjść z pomocą tym, którzy jej podlegają” (2,18); „Nie takiego bowiem mamy arcykapłana, który by nie mógł współczuć naszym słabościom, lecz poddanego próbie pod każdym względem podobnie [jak my] – z wyjątkiem grzechu” (4,15).

Rzut oka na Księgę Hioba, w której pod niejednym względem uwidacznia się już tajemnica Chrystusa, może nam dostarczyć dalszych wskazówek. Szatan ośmiesza człowieka, by ośmieszyć Boga. Człowiek, którego Bóg stworzył na swój obraz, jest żałosnym stworzeniem. Wszelkie dostrzegalne w nim dobro jest tylko fasadą. W rzeczywistości człowiekowi – każdemu – chodzi tylko o własne zadowolenie. Taka jest diagnoza szatana, którego Apokalipsa nazywa „oskarżycielem braci naszych”, który „dniem i nocą oskarża ich przed Bogiem” (Ap 12,10). Oczernianie człowieka i stworzenia jest w ostatecznym rozrachunku oczernianiem Boga i usprawiedliwianiem wyparcia się Go.

Szatan chce dowieść swej tezy na przykładzie sprawiedliwego Hioba: gdy tylko zostanie mu wszystko odebrane, zaraz zniknie też jego pobożność. Bóg daje więc szatanowi pozwolenie wypróbowania go, oczywiście w określonych granicach. Bóg nie przywodzi człowieka do upadku, lecz tylko poddaje go próbie. Już tutaj bardzo delikatnie i niewyraźnie zarysowuje się tajemnica zastępstwa, która w Księdze Izajasza (rozdz. 53) ukaże się w pełnym wymiarze: cierpienia Hioba służą usprawiedliwieniu człowieka. Przez swą sprawdzoną w cierpieniu wiarę przywraca on cześć człowiekowi. Tak więc cierpienia Hioba są antycypacją cierpień we wspólnocie z Chrystusem, który wszystkim nam przywrócił utraconą cześć przed Bogiem i ukazuje drogę: nawet w najgłębszych ciemnościach nie tracić wiary w Boga.

Księga Hioba może nam też dopomóc w odróżnianiu doświadczenia od pokusy. Ażeby osiągnąć dojrzałość, ażeby miejsce powierzchownej pobożności mogło zająć głębokie zjednoczenie z Bogiem, człowiek musi przechodzić przez doświadczenia. Jak sok z winogron, by się stać szlachetnym winem, musi przejść proces fermentacji, tak też człowiek potrzebuje oczyszczenia i transformacji. Bywa to niebezpieczne dla niego, może nawet ponieść porażkę. Są to jednak drogi, które trzeba przejść, by dojść do siebie samego i do Boga. Miłość jest zawsze procesem oczyszczeń i wyrzeczeń, bolesnych przemian prowadzących do dojrzałości. Żeby Franciszek Ksawery mógł na modlitwie mówić Bogu: „Kocham Cię nie dlatego, że możesz obdarzać niebem lub piekłem, lecz po prostu dlatego, że jesteś sobą – moim Królem i moim Bogiem”, musiał z całą pewnością przebyć długą drogę wewnętrznych oczyszczeń, które go doprowadziły aż do tej całkowitej wolności – drogę dojrzewania, na której czyhała pokusa i niebezpieczeństwo upadku, a przecież drogę konieczną.

Teraz możemy już tę szóstą prośbę Ojcze nasz wyjaśnić w sposób nieco bardziej konkretny. Gdy ją odmawiamy, mówimy Bogu: „Wiem, że potrzebne mi są doświadczenia, ażeby czysta stała się moja najgłębsza istota. Jeśli te doświadczenia pozostają w Twoich rękach, jeśli – jak to było w przypadku Hioba – pozostawiasz złu trochę wolnej drogi, to pamiętaj, proszę, o moich ograniczonych możliwościach. Nie licz za bardzo na mnie. Nie przesuwaj zbyt daleko granic, w których mogę doznawać pokus, i bądź w pobliżu z Twoją opiekuńczą ręką, gdy moja miara zaczyna już dobiegać końca”. Tak interpretował tę prośbę św. Cyprian. Powiada: Gdy mówimy „nie wódź nas na pokuszenie”, wtedy wyrażamy przekonanie, „że żadna z przeciwności nie może nas spotkać, jeśli wcześniej Bóg jej nie dopuści. Nasza bojaźń, pobożność i uwaga powinny się kierować ku Bogu, ponieważ w czasie kuszenia Zły nie ma żadnej władzy, chyba że otrzymał ją skądinąd” (De dom. or., 25, s. 285 n).

Przeprowadzając psychologiczną analizę pokusy, Cyprian powiada dalej, że mogą zaistnieć dwa różne powody, dla których Bóg daje ograniczoną władzę Złemu. Może to być rodzaj pokuty dla nas mającej na celu poskromienie naszej pychy, potrzebne do tego, żebyśmy ponownie doświadczyli, jak bardzo krucha jest nasza wiara, nadzieja i miłość, i żebyśmy sobie nie wyobrażali, że naszą wielkość zawdzięczamy sobie. Pomyślmy o faryzeuszu, który opowiada Bogu o swych własnych czynach i jest przekonany, że nie potrzebuje łaski. Cyprian, niestety, nie wyjaśnia dokładniej, na czym polega drugi rodzaj doświadczenia: pokusy, którą Bóg zsyła ad gloriam – ku swojej własnej chwale. Czy jednak nie powinniśmy tu pomyśleć o tym, że wyjątkowo wielkim ciężarem doświadczeń Bóg obarcza ludzi szczególnie Mu bliskich, wybitnych świętych, od Antoniego na pustyni po Teresę z Lisieux w pobożnym świecie jej Karmelu? Można by powiedzieć, że stoją oni w orszaku Hioba jako apologia człowieka będąca jednocześnie obroną Boga. Więcej jeszcze: trwają oni w szczególny sposób we wspólnocie z Jezusem Chrystusem, który doświadczył naszych pokus. Są oni powołani do tego, żeby niejako na swym własnym ciele i we własnej duszy zaznać pokus własnych czasów, znosić je za nas, zwykłych śmiertelników, i w ten sposób dopomagać nam na naszej drodze prowadzącej do Tego, który wziął na siebie ciężar nas wszystkich.

Gdy powtarzamy szóstą prośbę Ojcze nasz, musimy zatem z jednej strony trwać w gotowości przyjęcia na siebie ciężaru wyznaczonego nam doświadczenia. Z drugiej strony jest to jednocześnie prośba o to, żeby Bóg nie nakładał na nas większych ciężarów niż zdołamy udźwignąć i żeby nas nie wypuszczał ze swych rąk. Powtarzamy tę prośbę z ufną pewnością, którą św. Paweł przybrał dla nas w słowa: „Wierny jest Bóg i nie dozwoli was kusić ponad to, co potraficie znieść, lecz zsyłając pokusę, równocześnie wskaże sposób jej pokonania, abyście mogli przetrwać” (1 Kor 10,13).

JESZCZE RAZ O „NIE WÓDŹ NAS NA POKUSZENIE”

Dziś w liturgii słyszeliśmy nowe tłumaczenie „i nie dopuść, abyśmy ulegli pokusie” (Mt 6,13). Wielu woli je od tradycyjnego i odmawianego codziennie od wieków w pacierzu „i nie wódź nas na pokuszenie”. Mnie się ono jednak nie podoba. A co ważniejsze, wydaje się niezasadne.

1 Po pierwsze, zarówno wersja Mt 6,13, jak i Łk 11,4 mówią dosłownie „nie wprowadzaj nas na pokusę/próbę” (μὴ εἰσενέγκῃς ἡμᾶς εἰς πειρασμόν. Słowo peirasmos może znaczyć zarówno „próba”, jak i „pokusa”). Dlaczego boimy się tutaj dosłowności, a nie boimy się, kiedy tłumaczymy: „Jeśli ktoś przychodzi do Mnie, a nie ma w nienawiści swego ojca i matki, żony i dzieci, braci i sióstr, nadto i siebie samego, nie może być moim uczniem” (Łk 14,26), albo: „Nie przyszedłem przynieść pokoju, ale miecz” (Mt 10,34)?

2 Po drugie, wiele znanych tłumaczeń, począwszy od najczcigodniejszej łaciny, nie bało się iść wiernie za tekstem greckim:

– ne nos inducas in temptationem (Wulgata),

– do not bring us to the time of trial (New Revised Standard Version Bible),

– ne nous conduis pas dans la tentation (TraductionŒcuménique de la Bible),

– führe uns nicht in Versuchung (Einheitsübersetzung),

– non c’indurre in tentazione (Ojcze nasz po włosku).

3 Po trzecie, czasownik użyty w tej prośbie (εἰσφέρω + εἰς) oznacza czynność „wprowadzenia”, „wejścia”, np. „WNIÓSŁ następnie arkę DO przybytku” (Wj 40,21), „PRZYPROWADZIŁ go więc DO swego domu” (Sdz 19,21), „Nic bowiem nie PRZYNIEŚLIŚMY NA ten świat” (1 Tm 6,7). Prośba jest do Boga, żeby „nie wprowadzał”, a nie żeby „nie dozwalał”. A przecież Mateusz zna słowo „pozwolić” (eao): „Gdyby gospodarz wiedział, o jakiej porze nocy nadejdzie złodziej, na pewno by czuwał i NIE POZWOLIŁBY włamać się do swego domu” (Mt 24,43). To samo słowo zna Paweł: „Wierny jest Bóg i nie DOZWOLI was kusić ponad to, co potraficie znieść” (1 Kor 10,13)!

4 Po czwarte, tłumaczenie „i nie dozwól, byśmy ulegli pokusie” jest zgodne z całością przesłania Jezusa, ale niezgodne z Jego własnymi słowami w modlitwie Ojcze nasz. Jezus wiedział, że Bóg wielokrotnie wprowadzał ludzi w sytuację próby (np. „Bóg wystawił Abrahama na próbę” – Rdz 22,1). Sam został wypchnięty przez Ducha, aby być kuszonym na pustyni (por. Mt 4,1). Gdyby chciał przekazać myśl „nie dozwól, byśmy ulegli pokusie”, użyłby takiej konstrukcji jak w 1 Kor 10,13: „[Bóg] nie dozwoli was kusić” – οὐκ ἐάσει ὑμᾶς πειρασθῆναι. Tłumaczenie: „nie dozwól, byśmy ulegli pokusie”, jest próbą wyjścia z podejrzenia, że Bóg nas kusi (poprzez manipulację przy tłumaczeniu czasownika).

5 Po piąte, problem tkwi po części w języku polskim. Kiedy bowiem mówimy „kusić”, prawie zawsze mamy na myśli namawianie do złego. Natomiast Biblia hebrajska i grecka w miejscach, które tłumaczymy jako „pokusa”, używa słów, które znaczą nie tylko „pokusa”, ale również „próba”, „doświadczenie”. Tego słowa używa się, by powiedzieć, że Bóg wystawił Abrahama na próbę albo że doświadczył naród wybrany, jak chociażby mówią słowa wypowiedziane po nadaniu Dekalogu: „Bóg przybył po to, aby was DOŚWIADCZYĆ i pobudzić do bojaźni przed sobą, żebyście nie grzeszyli” (Wj 20,20).

Wystawiać na próbę w Biblii może jednak nie tylko Bóg ludzi, ale i na odwrót. Tak jak chociażby podczas wędrówki na pustyni: „I nazwał [Mojżesz] to miejsce Massa i Meriba, ponieważ tutaj kłócili się Izraelici i WYSTAWIALI Pana NA PRÓBĘ, mówiąc: «Czy też Pan jest rzeczywiście wśród nas, czy nie?»” (Wj 17,7).

W biblijnej pokusie jest jednak jedno zasadnicze rozróżnienie. Kiedy Bóg wystawia na próbę ludzi, to jest to dobro. Natomiast kiedy ludzie robią to Bogu, to już jest to złem. Dlaczego? Bo zasadniczym celem próby jest awans, przejście na wyższy poziom. Wszyscy znamy to z egzaminów, sportu i próby śpiewu. Egzamin ma otwierać drogę do nowych możliwości. Przeskoczenie kolejnej poprzeczki jest kolejnym etapem do osiągnięcia lepszego stopnia. Podobnie próba staje się koniecznym etapem rozwoju. Z tej samej racji nie wolno wystawiać Pana Boga na próbę. Bo Bóg już jest doskonały i święty. Nie potrzebuje żadnych promujących testów.

6 Po szóste, wyrażenie „kusić/próbować” (peiradzo) i „pokusa/próba” (peirasmos) nie zawsze ma negatywne znaczenie w Nowym Testamencie. Święty Paweł pisze: „Siebie samych BADAJCIE [dosł. „kuście/poddawajcie próbie”], czy trwacie w wierze; siebie samych doświadczajcie” (2 Kor 13,5). Święty Piotr tłumaczy: „Umiłowani! Temu żarowi, który pośrodku was trwa DLA waszego DOŚWIADCZENIA, nie dziwcie się, jakby was spotykało coś niezwykłego, ale cieszcie się, im bardziej jesteście uczestnikami cierpień Chrystusowych, abyście się cieszyli i radowali przy objawieniu się Jego chwały” (1 Pt 4,12-13). Nawet sam Duch Święty chwali za próbowanie innych: „Znam twoje czyny: trud i twoją wytrwałość, i to, że złych nie możesz znieść, i że PRÓBIE PODDAŁEŚ tych, którzy zwą samych siebie apostołami, a nimi nie są, i że ich znalazłeś kłamcami” (Ap 2,2). Logiczne wydaje się więc, że Jakub używa słowa peiradzo w znaczeniu negatywnym „kusić”, natomiast Paweł, Jan i Piotr (który używa rzeczownika peirasmos) używają go w znaczeniu pozytywnym. Tak więc być może i Mateusz, i Łukasz mówią o próbie w znaczeniu pozytywnym.

7 Po siódme, niektórzy bibliści mówią, że zastosowana forma grecka odpowiada aramejskiej formie tzw. kauzatywnej, co oznaczałoby: „Spraw, abyśmy nie ulegli pokusie” (Paciorek, Ewangelia wg św. Mateusza, 275). Problem w tym, że nie mamy tekstu aramejskiego. Ewangelie napisane są po grecku i w całej tradycji greki starotestamentalnej o wiele mniejszym problemem jest zdanie „nie wódź nas na pokuszenie” niż zdanie „Bóg nikogo nie kusi”. Tak samo po hebrajsku. Każdy ze słuchaczy czy czytelników św. Jakuba, który znał Stary Testament, byłby zdumiony: „Jak to nie kusi? Przecież wiele razy mówi o tym Biblia”.

8 Po ósme, mamy w Nowym Testamencie de facto trzy różne wyrażenia, jeśli chodzi o Boga i kuszenie:

– „NIE WÓDŹ NAS na pokuszenie” (Mt 6,13),

– „Wierny jest Bóg i nie DOZWOLI was kusić ponad to, co potraficie znieść” (1 Kor 10,13),

– „Kto doznaje pokusy, niech nie mówi: «Bóg mnie kusi». Bóg bowiem ani nie podlega pokusie do zła, ani też nikogo NIE KUSI” (Jk 1,13).

Z punktu widzenia greki św. Jakub stoi w sprzeczności ze Starym Testamentem, gdzie jest wielokrotnie napisane, że Bóg kusi (np. Rdz 22,1; Wj 15,25, 16,4). Z punktu widzenia sformułowań wcale nie chodzi o to samo. Czym innym bowiem jest „kusić”, czym innym „pozwalać na kuszenie”, a czym innym „wprowadzać w sytuację pokusy”. Tak jak czym innym jest „wprowadzać na ring”, czym innym „pozwalać na boks”, a czym innym „boksować”. Bóg nie boksuje; boksuje tylko diabeł. Bóg natomiast pozwala na boks i Bóg może wprowadzać człowieka tam, gdzie diabeł może się z nim boksować (jak Duch wyprowadził Jezusa na pustynię). Prośba „nie wódź nas na pokuszenie” to nie jest prośba „nie kuś nas”. „Nie zabieraj mnie do dentysty” wcale nie znaczy „nie wierć mi w zębach”.

9 Po dziewiąte, dlaczego zatem Jezus każe nam się modlić: „I nie wódź nas na pokuszenie”, skoro tym, który prowadzi w sytuację pokusy jest Bóg? Dlaczego nie pozwala na próbę, skoro ona jest dobra dla człowieka? Tę prośbę z Ojcze nasz można odczytać w kluczu modlitwy pokornego człowieka. Prośba ta jest wołaniem do Boga: „Zbaw mnie od złego, które już jest, a nie prowadź mnie w sytuację próby, której jeszcze nie ma”. Albo: „Przestań mnie poddawać nowym próbom, ale zbaw mnie od tych ciosów, które już padają”. Albo: „Nie wystawiaj mnie na próbę, bo jestem słaby, żeby walczyć. Raczej Ty sam walcz i wyzwalaj mnie od złego”. Nie jestem chojrakiem. Znam siebie dobrze.

10 Po dziesiąte, to jest modlitwa. I osobiście nie mam żadnych problemów, żeby mówić: „Nie wódź nas na pokuszenie”, tak jak nie mam problemów, by mówić: „Boże, nie opuszczaj mnie”, chociaż wiem, że Bóg nas nigdy nie opuszcza. Jezus nie miał obiekcji, aby wołać: „Boże mój, czemuś mnie opuścił?” (Mt 27,46). Psalmista nie miał problemów, żeby wołać: „Ocknij się! Dlaczego śpisz, Panie? Przebudź się! Nie odrzucaj na zawsze!” (Ps 44,24), chociaż jego kolega mówił: „Oto nie zdrzemnie się ani nie zaśnie Ten, który czuwa nad Izraelem” (Ps 121,4).

Modlitwa jest subiektywną rozmową z Bogiem. Dla tych więc ludzi, którym wydaje się, że to Bóg ich kusi, że to Bóg komplikuje ich życie, warto zostawić „nie wódź nas na pokuszenie”. Jeśli czujesz, że to Bóg cię prowadzi na pokuszenie, że to On jest odpowiedzialny za zło, którego doświadczasz, powiedz: „Nie wódź nas na pokuszenie”, mówiąc jednak zaraz: „ale zbaw nas ode złego”. Wyznaj swoje uczucia, ale poproś natychmiast o wolność. Bo tylko On może ci pomóc, nawet jak się wydaje, że jest przeciw tobie albo że Go nie ma. Tylko On może wyzwolić od zła, nawet jeśli wydaje się, że jest za nie w jakimś stopniu odpowiedzialny. Tak jak wołał Ozeasz: „Chodźcie, powróćmy do Pana! On nas zranił i On też uleczy, On to nas pobił, On ranę przewiąże” (Oz 6,1).

Naprawdę, nie poprawiajmy Chrystusowych słów, zwłaszcza że mamy ich niewiele. Można by się ewentualnie zastanowić, czy nie zmienić „pokuszenie” na „próbę” („nie wystawiaj nas na próbę”), ale ze względu na tradycję nie widzę konieczności. Chyba że będziemy poprawiać w Biblii wszystko, co nam albo teologii systematycznej nie pasuje. Ale wtedy do poprawki będziemy mieli kilka tysięcy słówek i wyrażeń.

Wystarczy nam Stary i Nowy Testament. Nie piszmy Najnowszego.

PS: Zachęcam do przeczytania, co na ten temat napisał Benedykt XVI w: Jezus z Nazaretu. Od Chrztu w Jordanie do Przemienienia, Kraków 2011, wyd. M, s. 147-150.

PRZECIW PEWNEJ INTERPRETACJI J 21,15-17

Często można spotkać naciąganą interpretację, że Jezus, pytając Piotra o miłość (J 21,15-17), dwa razy używa słowa agapao („Czy miłujesz?” – ww. 15-16), a za trzecim razem fileo („Czy kochasz?” – w. 17), gdyż chce zejść niejako do poziomu Szymona, który za każdym razem mówi fileo („kocham”), a nigdy nie mówi agapao („miłuję”). Taka gra słów sugerowałaby, że fileo oznacza jakiś gorszy rodzaj miłości niż miłość agape.

Są trzy podstawowe argumenty za tym, że nie ma tu mowy o dwóch rodzajach miłości:

1 Jezus mówi o Bogu: „Ojciec miłuje Syna”, używając słowa fileo i to w tej samej Ewangelii Jana (5,20). Czyżby miłość Ojca do Syna była gorszego rodzaju? Taką miłością kocha również Jezus Łazarza (J 11,3.36) i Pan Bóg ludzi (Ap 3,19).

2 Ewangelista pisze: „Zasmucił się Piotr, że mu PO RAZ TRZECI powiedział: «Czy kochasz [fileo] mnie?»” (J 21,17). Gdyby chodziło o inny rodzaj miłości, Jan by napisał: „Zasmucił się Piotr, że mu TYM RAZEM (lub ZA TRZECIM RAZEM) powiedział: «Czy kochasz [fileo] mnie?»”. Przecież wcześniej pytał: „Czy miłujesz [agapao] mnie”, więc pytanie: „Czy kochasz mnie?”, padło po raz pierwszy.

3 W tym samym fragmencie używa się dwóch synonimicznych słów nie tylko na określenie miłości, ale również na określenie czynności pasienia owiec (bosko i poimaino) oraz na określenie samych owiec (arnia i probata). Dlaczego więc ci, którzy forsują tezę, że zmiana słów agapao/fileo oznacza zmianę znaczenia, nie tłumaczą, dlaczego za pierwszym razem Jezus każe „paść” (bosko – J 21,15), za drugim „paść” (poimaino – J 21,16), a za trzecim znów „paść” (bosko – J 21,15)? Dlaczego Jezus za pierwszym razem każe paść „baranki” (arnia – J 21,15), a za drugim i trzecim „owce” (probata – J 21,15)?

Żeby interpretacja była prawdziwa, nie wystarczy, że jest ładna.

SZEŚĆ REAKCJI NA ZŁO

W czasie dyskusji na temat zbrodni wojennych, odpowiedzialności za nie, wypowiadanych prawd i kłamstw, warto przypomnieć sobie, jak na zło reagują ludzie Biblii. Bo zło i nieszczęścia są jak świat stare.

1 REAKCJA LAMEKA

Lamek był potomkiem Kaina. Pewnego dnia powiedział: „Gotów jestem zabić człowieka dorosłego, jeśli on mnie zrani, i dziecko – jeśli mi zrobi siniec! Jeżeli Kain miał być pomszczony siedmiokrotnie, to Lamek siedemdziesiąt siedem razy!” (Rdz 4,23-24).

To reakcja, która mówi, że na zło odpowiada się jeszcze większym złem. Robi się tak, by nauczyć raz na zawsze sprawców zła, że mnie się zła nie robi. To wiara w to, że tylko większym złem można zniszczyć zło. Tak mają czasem już małe dzieci. Jak jeden uderzy drugiego, to drugi zawsze chce mu oddać mocniej.

2 OKO ZA OKO

Prawo to znane już było w Kodeksie Hammurabiego. W Biblii pojawia się kilka razy, np. w Kpł 24,19-20: „Ktokolwiek skaleczy bliźniego, będzie ukarany w taki sposób, w jaki zawinił. Złamanie za złamanie, oko za oko, ząb za ząb. W jaki sposób ktoś okaleczył bliźniego, w taki sposób będzie okaleczony”.

To reakcja, której zadaniem jest wymierzenie sprawiedliwości przy jednoczesnym zatamowaniu niepohamowanego pragnienia zemsty.

3 PSALMY ZŁORZECZĄCE

Babilończycy zniszczyli świątynię, zabrali tysiące Żydów do niewoli, zabili wiele dzieci. Psalmista nie ma ani możliwości zemsty, ani dochodzenia sprawiedliwości. Jedyne, co mu zostaje, to modlitwa. Dlatego mówi: „Córo Babilonu, niszczycielko, szczęśliwy, kto ci odpłaci za zło, jakie nam wyrządziłaś! Szczęśliwy, kto schwyci i roztrzaska o skałę twoje dzieci” (Ps 137,8-9).

Dla nas słowa te wydają się okrutne, ale w porównaniu z poprzednimi reakcjami trzeba uznać tę formę za wyższy poziom człowieczeństwa niż „oko za oko”: nie mszczę się, nie wymierzam ci sam sprawiedliwości, ale proszę Boga, żeby ją wymierzył.

4 REAKCJA KSIĘGI LAMENTACJI

To, co zrobił Żydom Nabuchodonozor i Babilonia, trudno opisać w słowach. Jednak po tragedii narodowej powstaje specjalna Księga Lamentacji. Zaskakująco jednak w całej księdze na całe pięć rozdziałów ani razu nie wspomina się Nabuchodonozora czy Babilończyków. Autor widzi tragedię jako karę za grzechy narodu, a Boga jako Tego, który tylko posłużył się wrogami, by wymierzyć karę: „Ciężkie brzemię mych grzechów ręką Jego związanych przygniata mi szyję, mocą moją chwieje. Pan wydał mnie w ręce, którym nie zdołam się wymknąć” (Lm 1,14).

By zrozumieć odwagę i niepowtarzalność Księgi Lamentacji wystarczy zadać pytanie: czy Polacy lub Żydzi byliby w stanie napisać, że za drugą wojną światową ostatecznie stoi Bóg?

To taka reakcja na zło, która mówi: Nie oskarżam wrogów, bo wiem, że oni są tylko narzędziem mniej lub bardziej świadomym w rękach Boga. Staram się zrozumieć, co chciał przez to powiedzieć Bóg.

5 REAKCJA SŁUGI JAHWE

W Księdze Izajasza mamy przejmujący opis cierpień tajemniczego sługi Jahwe: „Wzgardzony i odepchnięty przez ludzi, Mąż boleści, oswojony z cierpieniem jak ktoś, przed kim się twarz zakrywa, wzgardzony tak, iż mieliśmy go za nic. Lecz on się obarczył naszym cierpieniem, on dźwigał nasze boleści, a my uznaliśmy go za skazańca, chłostanego przez Boga i zdeptanego. Lecz on był przebity za nasze grzechy, zdruzgotany za nasze winy. Spadła nań chłosta zbawienna dla nas, a w jego ranach jest nasze uzdrowienie. Wszyscy pobłądziliśmy jak owce, każdy z nas się zwrócił ku własnej drodze, a Pan obarczył go winami nas wszystkich. Dręczono go, lecz sam pozwolił się gnębić, nawet nie otworzył ust swoich. Jak baranek na rzeź prowadzony, jak owca niema wobec strzygących ją, tak on nie otworzył ust swoich” (Iz 53,3-7).

To jeszcze wyższy poziom rozwoju. Sługa doznaje krzywdy, ale nie tylko wie, że za tym wszystkim stoi Bóg. Wie również, że przyjęcie w milczeniu niesprawiedliwego cierpienia może innym pomóc. Na zło odpowiada przyjęciem cierpienia za innych. Ta logika spełniła się na krzyżu. O tym jest mowa, gdy piszą Dzieje Apostolskie: „A oni odchodzili sprzed Sanhedrynu i cieszyli się, że stali się godni cierpieć dla Imienia Jezusa” (Dz 5,41). Ta reakcja była często obecna w życiu s. Faustyny.

6 REAKCJA EWANGELICZNA

Najwyższy poziom reakcji na zło proponuje Jezus: „Miłujcie waszych nieprzyjaciół; dobrze czyńcie tym, którzy was nienawidzą; błogosławcie tym, którzy was przeklinają, i módlcie się za tych, którzy was oczerniają” (Łk 6,27-28).

To reakcja, którą św. Paweł streści w słowach: „Nie daj się zwyciężyć złu, ale zło dobrem zwyciężaj” (Rz 12,21).

Może w Biblii można by znaleźć jeszcze i inne reakcje na zło. Jedno jednak jest pewne. Stary Testament wcale się nie skończył i żadna karta Pisma nie jest nieaktualna. Jeśli ktoś nie wierzy, niech pójdzie do pracy i powie szefowi, że szef nie nadaje się na to stanowisko, bo jest głupi, leń, złodziej i kłamca, i lepiej, żeby nie był dyrektorem, prezesem, proboszczem czy biskupem. A potem niech sprawdzi, którą z sześciu powyższych reakcji wybierze przełożony. Zresztą po co sprawdzać na szefie. Można na sobie, bo przecież inni też nam robią krzywdy. Może dopiero wtedy zrozumiemy, że wielu Żydów nie zachowuje się jak Żydzi i wielu chrześcijan nie zachowuje się jak chrześcijanie. Niestety, zbyt często zachowujemy się tak, jakby Bóg nigdy do nas nie mówił, a cała historia zatrzymała się na Lameku i Hammurabim.

Zbyt często zachowujemy się tak, jakby Bóg nigdy do nas nie mówił, a cała historia zatrzymała się na Lameku i Hammurabim.

CZY BÓG KARCI CZŁOWIEKA?

Spokojnie można mówić o tym, że Bóg karci człowieka.

1 Po pierwsze, ze względu na słownictwo. W tekstach, które mówią o karceniu (por. Syr, 18,13; Hb 5,17; Hbr 12,5-11; Ap 3,19) występują zasadniczo trzy słowa: paideo ( „wychowuję”, ale także może znaczyć „karzę”), elencho („przekonuję”, „poprawiam”, „karcę”), mastigo („chłoszczę”, „karcę”).

2 Po drugie, ze względu na ideę – zawsze kara od Boga miała na celu dobro człowieka, miała charakter wychowawczy. Problemem bowiem nie są słowa: „karze” czy „karci”. Problemem jest pytanie, czy Bóg może zesłać/dopuścić cierpienie dla dobra człowieka. I odpowiedź Biblii brzmi: Tak, może. Tak, może. „Karę Bożą” w pewnym sensie można porównać do usuwania zębów jako „kary” za to, że się zepsuły, albo odcięcia ręki jako kary za to, że jest chora (ale w celu ratowania reszty ciała), albo niedopuszczenie człowieka do wykonywania zawodu lekarza ze względu na brak kompetencji. Celem jest zawsze dobro człowieka. Bóg karze, bo jest dobry. Gdyby nie był dobry, nigdy by nie ukarał, czyli pozwoliłby na jeszcze większe nieszczęście.

3 Po trzecie, ze względu na starożytny system wychowawczy. Dla nich to było normalne, że nie ma wychowania bez karcenia, i nigdy nie rozumiano kary jako czegoś negatywnego. Dlatego nie mieli problemów, żeby mówić o tym, że Bóg karze.

4 Po czwarte, o. Augustyn Jankowski OSB, człowiek pełen dobroci, redaktor Biblii Tysiąclecia, najlepszy specjalista w Polsce od Apokalipsy, nie tylko biblista, ale i filolog klasyczny, tak przetłumaczył Ap 3,19: „Ja wszystkich, których kocham, karcę i ćwiczę”.

Dla mnie idea Bożej kary nigdy nie kłóciła się ani z miłością, ani z dobrocią Bożą. Może bardziej lubię słowo „konsekwencje” albo „wymagania”, ale to tylko kwestia słówek. Idea ciągle pozostaje ta sama. Nie wychowuje ten, kto tylko nagradza, kto zawsze ucieka od krzyża.

„Lecz On się obarczył naszym cierpieniem, On dźwigał nasze boleści, a myśmy Go za skazańca uznali, chłostanego przez Boga i zdeptanego. Lecz On był przebity za nasze grzechy, zdruzgotany za nasze winy. Spadła Nań chłosta zbawienna dla nas, a w Jego ranach jest nasze zdrowie. Wszyscyśmy pobłądzili jak owce, każdy z nas się obrócił ku własnej drodze, a Pan zwalił na Niego winy nas wszystkich” (por. Iz 53,4-6).