Wydawca: WAB Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2007

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 297 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Numer zerowy - Paulina Grych

Numer zerowy, debiut Pauliny Grych, to pełna humoru powieść o bezwzględności mediów, hipokryzji polityków i przewrotności kobiet.

W prowadzonym na żywo talk-show zostają pokazane zdjęcia dokumentujące erotyczną przygodę Michała Bukowskiego, posła partii narodowo-katolickiej. Skandal rujnuje karierę polityka i stawia pod znakiem zapytania małżeństwo, które stanowiło idealną ilustrację jego poglądów – wzorowa rodzina, urocza żona wychowująca trojkę dzieci. Jednak życie rodzinne posła ze Szczecina od dawna wyglądało dobrze tylko na wyborczej ulotce. W Natalii Bukowskiej, wykończonej kolejnymi ciążami, niezaspokojonej seksualnie i sfrustrowanej rolą kury domowej, od dawna narastał bunt. Piękna sąsiadka Karolina i Adam – nie całkiem platoniczny przyjaciel, który wprowadza Natalię do zespołu nowo powstającego pisma, przekonują ją, że w jej życiu wiele może się zmienić.

Numer zerowy to wciągająca opowieść z zaskakującym zakończeniem, której smaku dodają żywy język, świetnie uchwycone realia polskiej prowincji i bezwzględny obraz mediów i polityki.

Opinie o ebooku Numer zerowy - Paulina Grych

Fragment ebooka Numer zerowy - Paulina Grych

Copyright © by Wydawnictwo WA.B., 2007 Wydanie I Warszawa 2007

Zespołowi nieistniejącej gazety lub czasopisma

Konwersja do formatu EPUB: Virtualo Sp. z o.o.virtualo.eu

Taki piękny skandal

Prowansja pachnie lawendą, rozmarynem i tymiankiem, a pola ziół ciągną się kilometrami. W uroczych wiejskich gospodach przy drewnianych stołach zjeść można świetne sery, specjały z warzyw czy smakowitą jagnięcinę. Toskania też brzmi ładnie, ale w tym roku Berg powiedział, że urlop spędzi w Prowansji.

Borek nie pachnie niczym szczególnym. W centrum wsi, przy sklepiku, czuć piwo i kwaśną woń taniego wina, bo czasami butelki wypadają z drżących rąk pijaczków. Bliżej krzaków, gdzie mężczyźni idą na stronę, śmierdzi moczem. Swoje odorki mają smętne krowy, stadka drobiu, kwiczące świnie, zapchlone psy i ludzie. Berg mógł mówić o zapachach, ale niewiele czuł. Jego nos odbierał niebezpieczeństwo, spaleniznę, gaz lub rozpuszczalnik. Rozpoznawał świeżo parzoną kawę, mocne perfumy, czasami smród biedy czy strachu. Lata nałogu zniszczyły powonienie, które – mimo zdecydowanego ograniczenia ilości wypalanych papierosów – nigdy nie będzie takie jak kiedyś. Narzucił sobie ostry reżim antynikotynowy, więc jego płuca jeszcze przez godzinę mogły swobodniej oddychać. Niecierpliwe ręce i usta musiały czekać aż godzinę. Wytrzyma. Musi wytrzymać.

Pod krzakiem bzu coś się poruszyło. Tak, już pora karmienia. Berg powoli wstał z wiklinowego fotela i poszedł do domu. W rondelku zostało jeszcze trochę kleiku ryżowego, który od rana zamienił się w budyniowatą paćkę. Berg dolał mleka, postawił garnuszek na kuchence i cierpliwie mieszał łyżką. Spróbował, czy nie za ciepłe. Dobre. Z szafki wyjął pudełko z wizerunkiem kota. Po suchą karmę jeździł do miasteczka, bo sklepowa z Borka spojrzała na niego tak, jakby zobaczyła kosmitę, i powiedziała:

– Panie, kto by to kupował! Ludzie sami nie mają co żreć. Chleb, margarynę i dżem na zeszyt daję. Gdy renty dostaną albo coś z opieki, to płacą. Weź pan pasztetówkę.

Nie wziął. Podziękował grzecznie i wyszedł.

Rudy kot z pudełka uśmiechał się wrednie. Tamten też był rudy, puszysty i wielki. Miał swoje kocie sprawy, własne drogi, jakieś samiczki, jakieś polowania. Miał też chłopca w szafie.

Uciekaj, bo ktoś idzie. Nie, kot może zostać, przecież to zwykły kot.

Rudzielec, gdy zjadł, miłośnie ścigał niejedną kotkę albo toczył wiele bitew, biegł do starych, dębowych drzwi. Drapał delikatnie, więc chłopiec odsuwał plecy szafy i przekręcał klucz w zamku, a potem leżeli na wąskim łóżku w pomieszczeniu bez okien. Opowiadali sobie różne historie, jeden mruczał, a drugi półgłosem mówił o pięknej matce, zapracowanym ojcu i małej siostrzyczce.Na urodziny dostałem prawdziwą piłkę futbolową. Kiedyś kopnąłem zbyt mocno, przeleciała do ogrodu sąsiadów i zbiła szybę w oknie salonu. Tata gniewał się, zapłacił za szkodę, a prezent schował.Tamta kara była zrozumiała.Latem z moim najlepszym kolegą Heńkiem lubimy pływać w Wiśle. To nasza największa rzeka, wiesz?Kot mruczał potwierdzająco. Trochę k łamał, bo łaził tylko do najbliższych wsi, więc Warszawy, odległej o setki kilometrów, nigdy nie odwiedził.W drodze do szkoły mijam dziewczynę. Ma na imię Zosia. Gdybyś zobaczył jej bardzo jasne, prawie białe warkocze…Pomieszczenie bez okien, ciasna, duszna klitka. Tamten, nieistniejący już świat: piłka, rodzice, siostrzyczka, Heniek i Zosia. Dobre, zwyczajne życie. Nie, nie opowiadał o wagonie, z którego wyskoczył. Ani o tym, że strzelali, a on biegł do utraty tchu. O reszcie kot wiedział, bo właśnie puszysty rudzielec pierwszy odkrył chudego chłopca ukrytego w stogu. Miauczał tak, że jego właściciel, pulchny ksiądz, odmawiający na wiejskich dróżkach codzienną porcję modlitw, nie mógł dłużej rozmawiać z Bogiem.

Berg, syn chłopca zza dębowych drzwi, przez lata żył w nieświadomości. Wojna była w książkach, na nudnych akademiach, w kinie i telewizji, ale w domu nie mówiono o tamtych czasach. Berg czuł, że rodzice skrywają jakąś tajemnicę, w nocy czasem budził go krzyk taty. W sypialni rodziców zapalało się światło, po chwili matka zamykała drzwi do pokoju Berga. Udawał, że śpi, chociaż nasłuchiwał w napięciu. Później, gdy już więcej wiedział, to dziwne ojcowskie wycie interpretował opacznie. Wstydził się za nich, w jego oczach byli starzy, a rodzice takich rzeczy robić nie powinni. Tamtej wiosny nocy z krzykiem było więcej. Któregoś razu wstał i na palcach podszedł do drzwi sypialni. Przez szparę zobaczył matkę siedzącą na brzegu łóżka, ojciec, półleżąc, z głową przytuloną do jej piersi, kwilił jak dziecko. Głaskała go po mokrych, zlepionych od potu włosach, monotonnym głosem szepcząc czułe słowa:to był sen… zły sen… jestem przy tobie… cicho… cichutko…

Chyba nie tak wyglądał seks, więc Berg wycofał się, zawstydzony swoją ciekawością i tym, co zobaczył. Przez lata nic nie wiedział o Heńku, rudym kocie i kryjówce na wiejskiej plebanii. Aż do tamtej wiosny… Do zupełnie innej… szafy.

Berg otrząsnął się jak pies po kąpieli, wspomnienia opadły niczym krople wody i wrócił do rzeczywistości. Wiejski kot, dzikusek, którego oswajał od dwóch tygodni, czekał na posiłek przy starej stodole. Gdy trójkolorowy mruczek zobaczył mężczyznę z rondelkiem w jednej i pud ełkiem w drugiej dłoni, ukrył się pod krzakiem bzu. Berg nalał, nasypał, a potem, pieszczotliwie przemawiając, usiadł na kamieniu kilka metrów od talerzyków. Kot powoli, z kocią gracją i ostrożnością, podszedł do podanego posiłku. Chłeptał kleik, chrupał mięsne paszteciki, znowu chłeptał. Brzuch rósł. Ile on może zjeść? Nie zostawił ani kropli, ani kawałeczka i – po szybkim oblizaniu łapek oraz pyszczka – ruszył w kierunku drewnianego ogrodzenia. Sukces! Przeszedł powoli obok kamienia, a jeszcze kilka dni temu uciekał w popłochu.

– „Dziękuję” kto powie? – zapytał Berg, wstając.

Zamknął furtkę na skobel. Nie wiadomo po co, przecież wystarczyło z drugiej strony włożyć rękę przez sztachety, by sobie otworzyć. Przesunął fotel pod daszek nad tarasem, poduszkę z siedziska zabrał do domu. W nocy miało padać.

Z talerzem kanapek i kubkiem herbaty zasiadł przed telewizorem. Posilając się, przerzucał kanały. Nie miał wielkiego wyboru: trzy państwowe, jeden komercyjny. Dziwił się jednak, że w wiosce zabitej dechami, wśród lasów i jezior, telewizor tak dobrze odbiera na zwykłej antenie. Niestety, program jego stacji był ledwo widzialny, ekran śnieżył, głos zanikał, czasami przebijało się znajome logo lub reklamowy dżingiel. Niestety? I tak jak zwykle latem zaczęli puszczać powtórki, on zaś uważnie, chociaż bez specjalnej przyjemności, podpatrywał robotę konkurencji. Zgrzebni byli, prowincjonalni, chociaż ostatnio – co bez cienia zawiści zauważył – podnieśli poziom. Był człowiekiem mediów, a pozycja i pieniądze pozwalały mu na radość także z cudzych sukcesów.

Spojrzał na drewniany zegar ścienny. Dwudziesta pierwsza piętnaście, więc kolejny, tym razem prywatny, sukces w walce ze zgubnym nałogiem. Odłożył pilota i z lubością sięgnął po papierosy. Zaciągnął się głęboko. Paląc, ponownie zaczął bawić się przyciskami. Konkurencja nadawała program z udziałem polityków i publiczności. Berg przełączył w trakcie trwania cyklicznego show, ale pamiętał, że w tytule było słowo „pytania”. Trudne? Głupie? Niewygodne?

Rozmawiali – na żywo – o paradzie gejów. Na dużym ekranie pokazano fragmenty ulicznej demonstracji, podczas której doszło do przepychanek między uczestnikami marszu tolerancji a skinopodobną młodzieżą. Było rzucanie jajami, pomidorami oraz słowami, które telewizja, ze względu na dobre obyczaje i odpowiednią ustawę, musiała wymazać.Wy, piii, pedały, piii, piii…

Dwaj zaproszeni do studia goście, posłowie o poważnych minach, siedzieli w fotelach na podwyższeniu. Prowadzący program, głupawo uśmiechnięty, łysiejący dziennikarz z mikrofonem i notatkami w ręku, miotał się po podeście lub schodził niżej, do publiczności. Przewodniczący klubu parlamentarnego, a zarazem lider partii, komentując pokazaną relację, zgromił organizatorów parady. Mówił jak zwykle o wartościach, prawie naturalnym i przymusowej europeizacji. Mocny głos wielkiego mężczyzny o niezachwianych poglądach. Mocna szczęka wyrzucająca ostre słowa. Nakręcał się. W wywodach doszedł, jak zawsze, do Holandii, zabijania nienarodzonych i eutanazji.

Komuś z publiczności, przy wydatnej pomocy prowadzącego, udało się przerwać monolog. Padło zagmatwane pytanie o agresywne zachowanie przeciwników parady, ich podejrzanie nazistowski wygląd oraz znak oznajmiający:ZAKAZ PEDAŁOWANIA,wcale niedotyczący rowerzystów. Kamera zrobiła najazd: okrągła biała tablica o czerwonym brzegu i takiej samej linii biegnącej przez środek, która przekreślała symbolicznie przedstawione postacie w pozycji domyślnie homoseksualnej.

– Szanowni państwo – zaczął drugi poseł. Był drobniejszy i nosił okulary. – Nie znam osób, które pańskim zdaniem głoszą poglądy prawnie zakazane. Wielu mężczyzn, nawet tu zgromadzonych, ma bardzo krótkie włosy, a zapewne nie są faszystami. Nie oceniajmy więc ludzi, korzystając z tak mglistych przesłanek jak wygląd lub strój.

Poseł wymownie spojrzał na miejsca zajmowane przez przedstawicieli stowarzyszenia gejów i lesbijek.

– Przyznaję, że zachowanie przeciwników parady było agresywne – kontynuował. – Ja zaś nie pochwalam takich medod wyrażania opinii – podkreślił. – A jeżeli chodzi o prezentowany znak… Cóż, uważam, że jest po prostu wulgarny.

Do dyskusji włączył się przewodniczący klubu. Chyba słowa partyjnego kolegi były zbyt łagodne, bo mocarny zaczął prowokować, geje i lesbijki nie pozostawali dłużni. Wkrótce w telewizyjnym studiu zapanował harmider.

– Ale burdel – ucieszył się Berg, wiedząc, jak trudno będzie uspokoić uczestników.

Wybrali najłatwiejszy sposób: reklamy. Po przerwie sytuacja w studiu została już opanowana.

– Przejdźmy do innych tematów – wesoło zaproponował prowadzący. – O, tu pani się zgłasza.

– Mam pytanie do posła Bukowskiego – powiedziała ładna dziewczyna. – Niedawno pewna gazeta przeprowadziła test ze znajomości cen. Uzyskał pan najlepszy wynik. Czy robi pan zakupy?

Bukowski. Drobniejszy parlamentarzysta nazywa się Bukowski. Marcin? Maciej? Michał? Tak… Berg zaczął coś kojarzyć. Duża żółta koperta…

– Oczywiście – potwierdził wywołany poseł. – W domu staram się pomagać żonie, która ze względu na moje zajęcia jest bardzo obciążona licznymi obowiązkami. Mamy troje małych dzieci – podkreślił z dumą. – Wracając do testu, nie wiedziałem, ile kosztuje piwo, bo piwa nie lubię…

Przebił przewodniczącego. Mocarny dorobił się tylko jednego dziecka i prawidłowo podał cenę zarówno pół litra czystej, jak i butelki piwa. Sztandarowy katolik, a pewnie chleje! Za to rynkowa wartość chleba, schabu oraz proszku do prania sprawiła mu kłopot.

Mikrofon powędrował do innych rąk. Znowu pytanie do Bukowskiego:

– Czy lubi pan blondynki? – chciała wiedzieć brunetka.

– Przepraszam, ale nie rozumiem – zdziwił się poseł w okularach. – Kilka minut temu rozmawialiśmy o problemach etycznych, a teraz…

– Taka jest konwencja naszego programu – wyjaśnił radośnie prowadzący. – Publiczność zadaje pytania na różne tematy. Proszę odpowiedzieć.

– Dobrze. Zmuszacie mnie państwo do bardzo osobistych wyznań – westchnął poseł Bukowski, lecz zaraz uśmiechnął się. – Cóż, moja żona ma jasne włosy i… – zawiesił głos. Był lekko zażenowany. – Tę konkretną blondynkę bardzo kocham, lubię i cenię.

Dostał brawka. Nawet kilku gejów klaskało. Berg zastanawiał się, czy moderator pokazał im kartkę z odpowiednią komendą? Może i nie. Bukowski, w przeciwieństwie do ponurego lidera, sprawiał sympatyczne wrażenie. Pewnie przez kontrast: każdy wyglądał lepiej przy mocarnym typie o nieco tępej, grubo ciosanej twarzy i krowich, brązowych oczach.

– Czy pańska żona jest naturalną blondynką? – padło kolejne pytanie.

Zgłupieli. Berg, podobnie jak poseł, też się pogubił. Publicystyka czy program o urodzie? Coś kombinują… Duża żółta koperta?

Bukowski, w bezradnym geście, lekko uniósł rozłożone ręce.

– Tak – potwierdził. – Chociaż niedawno była u fryzjera i zrobiła takie… – szukał słowa. – Takie jaśniejsze paski – dokończył, unosząc lewą dłoń ku własnym włosom.

– Pasemka – dopowiedział ktoś.

– Balejaż – damski głos lepiej znał się na tajnikach kobiecej urody.

Bukowski kiwnął głową.

– Mówi pan, że żona jest blondynką – powiedział prowadzący. – Proszę spojrzeć na ekran i wyjaśnić, kim jest ta kobieta. Czy to pańska żona, którą – zajrzał aktorsko do notatek – tak pan kocha i ceni?

Szum w studiu. Oni już patrzyli. Berg nie czekał. Berg wiedział. Po kilku sekundach telewidzowie też mogli zobaczyć.

Namiętny pocałunek. Ciemne, długie włosy kobiety zasłaniały jej twarz, ale oblicze posła, bez okularów, z przymkniętymi oczami, było rozpoznawalne. Później pozycja na kanapie, ona na nim, dłoń na piersi, pierś – zgodnie z ustawą – zamazana. Kotłujące się ciała. Ekstaza.

Przebitka na studio. Bukowski, jak sparaliżowany, patrzył na ekran z otwartymi ustami. Następne zdjęcia. Twarz kobiety okryta włosami lub odwrócona od obiektywu, a nieprzyzwoitości zamglone. Domyślcie się, telewidzowie.

– To skandal! – wrzasnął mocarny. – Prowokacja! Fotomontaż! – zapluł się, ale nie wytarł ust, więc kropelki śliny lśniły na mięsistych wargach, co oczywiście pokazano w okrutnym zbliżeniu.

Poseł Bukowski podniósł się z fotela i jak automat zaczął iść w stronę kamerzysty, odprowadzany słabym pomrukiem publiczności. Ekran telewizora pociemniał, a po kilku sekundach wesoła melodyjka oznajmiła początek walki ajaxa, cillita i domestosa.

Nie minęła jeszcze pora końca programu, ale co tam. Berg wyłączył fonię i sięgnął po papierosa, ze szczerym postanowieniem, że odliczy go od jutrzejszej porcji. Byl zaskoczony przebiegłością autorów programu. Zaczęli od gejów. Pozwolili się posłom wygadać, a idiotyczne pytania podstawionych panienek doprowadziły do wielkiego finału. Piękny skandal! Byłoby lepiej, gdyby mocarny miał romans. Wredny facet, ale pewnie do bólu ostrożny, chociaż w czasie wywiadów łypał na dziennikarki wielkimi ślepiami. A Bukowskiego ktoś… Wkręcił. Tak, to było odpowiednie słowo. Kobieta należała do spisku, bo na żadnym zdjęciu nie pokazywała twarzy. Resztę owszem. Berg pamiętał, że miała ładne, duże cycki, sprytnie ściśnięte przez gorsecik. Bez silikonu, przy tym rozmiarze, musiały być podtrzymywane, by nie oklapły i prezentowały się tak ponętnie. Zwłaszcza na zdjęciach. Zwłaszcza w telewizji.

Rozmyślania przerwał dzwonek telefonu. Najgłupszy dźwięk, jaki mógł usłyszeć. Berg sięgnął po komórkę, spojrzał na wyświetlacz i przycisnął guziczek z symbolem słuchawki. Zanim zdążył cokolwiek powiedzieć, po drugiej stronie odezwał się dobrze znajomy, nerwowy głos:

– Szefie, widział szef?

– Kulturalni ludzie mówią „dobry wieczór” i przedstawiają się – pouczył.

Cisza. Długa cisza. Berg uśmiechnął się, oczyma wyobraźni widząc stropienie na twarzy młodego mężczyzny.

– Dobry wieczór, mówi Paweł Woźniak – powiedział wolno asystent. – Chciałem zapytać, czy szef widział dzisiejsze wydanie programu konkurencyjnej stacji? Mam na myśli…

– Widziałem – przerwał Berg. – Czekam na dalszy ciąg, bo teraz są reklamy.

– No właśnie. On, ten poseł, wyszedł ze studia. Mówiłem, szefie, żeby to wykorzystać… Taki materiał z ręki wypuściliśmy. Taki materiał… – narzekał. – Trzeba go było zaprosić, że niby te wybory do parlamentu, tego no… do tej Europy… A my wtedy te zdjęcia… Mało kto by na nich głosował… Taki m-maateriał… – Paweł już nie cedził słów. Znowu był nerwowym, nieco jąkającym się chłopcem. Berg, wspaniałomyślny Berg, pozwolił na gderanie. – Szefie, jest tam szef? – zapytał asystent po dłuższej chwili.

– Piłeś? Strasznie bełkoczesz.

– Ja nie piję – oburzył się Paweł.

– Zastanawiam się, synku, gdzie ty dyplom kupiłeś? Na stadionie czy w internecie?

– No co szef. Uniwerek skończyłem, szef przecież wie. Stypendium ministra miałem i…

– Jaki minister, tacy stypendyści – przerwał Berg. – Z bólem przyznaję, że niczego cię nie nauczyłem. Starałem się, ale materia była zbyt oporna. Czy wiesz, drogi Pawełku, gdzie znajduje się Urząd Pracy?

– Wiem.

– To dobrze, bo gdy wrócę z urlopu, zwolnię cię z posady – postraszył.

– Szefie – jęknął asystent. – Ja… ja… ja…

– Nie, dzięcielinku. Nie jaja. Mój program nie zajmuje się kutasami polityków, lecz ich mózgami, o ile je mają. Poglądy, synu, poglądy, a nie to, czy poseł pieprzy kogoś na boku.

Po drugiej stronie zapadła cisza. Berg pozwolił na sformułowanie riposty. Miał nadzieję, że bystrej.

– Szefie, ale proszę zauważyć, że partia, do której należy Bukowski, zajmuje się także naszymi kutasami i naszym pieprzeniem – szeptem powiedział Paweł. Był bardzo grzecznym chłopcem z dobrego domu, więc rzadko używał wulgarnych słów. – No, nie naszymi bezpośrednio… Mam na myśli wymiar społeczny – dokończył niepewnie.

Berg odetchnął z ulgą. Nerwowego asystenta wybrał z setki kandydatów, z których ponad połowa wydawała sięo wiele lepsza niż ten zezowaty, chudy okularnik.

– Chyba cię jednak nie zwolnię – stwierdził łaskawie.

– Fajnie. A jak Prowansja? Lawenda pachnie?

– Jak cholera. Całe pola lawendy. Coś jeszcze chcesz wiedzieć?

– Nie. Dobrej nocy, szefie. Proszę tyle nie palić – dokończył ciepło. – Aha, pani Małgosia ma kilka dni wolnego, więc chce pana odwiedzić.

– Zadzwonię do niej. Dziękuję.

Pożegnali się niemal czule. Od początku współpracy, od pierwszego spotkania, prowadzili grę: Berg był surowyi wymagający, Paweł zaś posłuszny.

Dzięcielinek. Berg, gdy wrócił do Polski, miał kłopoty ze swobodnym wyrażaniem myśli. Wszyscy wokół twierdzili, że mówi bez obcego akcentu, ale on sam nie był pewien swojego języka, i dlatego chłonął nowe słowa i zwroty. Niektóre brzmiały pewnie dziwnie w ustach pięćdziesięciolatka. Czterdziestodziewięciolatka. „Spoko”. „Mieć doła” albo „schizę”. Syn Małgorzaty użył kiedyś określenia „dzięcielinek”, które Berg natychmiast przejął. Śmieszne, mało obraźliwe, więc niekiedy właśnie tak nazywał swojego asystenta.

Dzięcielinek pojawił się w gabinecie Berga z dużą żółtą kopertą w dłoni. Nadano ją zwyczajną pocztą, bez adresu zwrotnego, a w środku tylko zdjęcia i nazwisko posła. Była połowa maja.

– Nie – powiedział Berg.

To samo powtórzył na cotygodniowym spotkaniu w kierowniczym gronie. Potem włożył kopertę do niszczarki dokumentów. Patrzyli zdumieni. Berg prowokator. Berg szyderca i złośliwiec. Ostry. Cyniczny. Bezkompromisowy

Berg miał zasady.

***

Wyjście było tam, za kamerzystą w czerwonej czapeczce. Musiał uważać, bo studia telewizyjne tylko z pozoru wyglądają ładnie. Szedł więc powoli, pilnie patrząc pod nogi, omijając zwoje kabli, byle jak położone skrawki wykładziny oraz podejrzane szpary w podłodze. „Tylko nie upaść. Tylko nie upaść”. To samo powtarzał w myślach, idąc na sejmową mównicę, bo za pierwszym razem potknął się nieznacznie, więc później uważał na zdradliwe stopnie. Ci z lewa i środka mieliby radochę! Niczym hieny czekali na jakąkolwiek wpadkę, nieporadność czy śmieszność. Patrzcie, pan poseł się wykopyrtnął i leży z głową pod mikrofonem…

Mikrofon? Był przypięty. Szarpnął kabelek. Aha, jeszcze to urządzenie przy pasku. Zdejmie później, za drzwiami, na korytarzu.

– Panie pośle Bukowski – słyszał za sobą jękliwy głos redaktora.

– Michał, wróć! – tubalnie krzyczał przewodniczący partii.

Wróć… Jak do psa… Mówił w myślach czy głośno? Nareszcie drzwi. Pchnął, ale one nie ustąpiły, więc pchnął jeszcze raz. Dalej nic.

– Wypuśćcie mnie – szepnął.

Drobna, krótko ostrzyżona dziewczyna z papierami w ręku nacisnęła klamkę, której Michał nie zauważył. Wskazała ręką kierunek na prawo.

– Niech pan poczeka, odepnę mikroport – powiedziała i sprawnie sięgnęła do paska jego spodni. – Nic pan nie zostawił? Komórka? – pytała troskliwie. – A nie, telefony deponujemy na portierni – dodała, cytując wewnętrzny regulamin. – Może teczka? Dokumenty?

Zaprzeczył ruchem głowy. Krótkowłosa przesiąknięta była smrodem papierosów, zupełnie jak jego matka i ojciec, zanim kilka lat temu zerwali z nałogiem.

– Chodź. Wyprowadzę cię – zakomenderowała dziewczyna.

Michał nie oburzył się na jej bezpośredniość i poszedł posłusznie. Mijali drzwi, korytarze, jakieś mgliste postacie. Nikt ich nie zatrzymywał. W holu było cicho, niemal pusto, tylko znudzony ochroniarz z ogoloną czaszką siedział w niewielkim pomieszczeniu za szybą i wpatrywał się w ekran telewizorka. Telewizorek w telewizji, a w nim jeszcze jeden i następny, głupi ciąg niekończących się telewizorków. Baba w babie… Michał zdjął okulary. Zaczął pocierać oczy, potem twarz tak, jakby chciał umyć się bez wody. Dziewczyna rozmawiała z ochroniarzem.

– Bukowski – rzuciła łysemu. – Panie pośle, proszę o przepustkę – zwróciła się do Michała. – Jeszcze komórka. O Jezu, facet, tylko nie fiknij – dokończyła, bo spod pracowicie nałożonego pudru, teraz wymieszanego z potem, przebijała potworna bladość. – Nie możesz tak wyjść. Chodź do kibelka.

W damskiej toalecie Michał spłukał telewizyjny makijaż. Potem stanął bezradnie z rękami opartymi o umywalkę i wpatrywał się w kran. Nie mógł spojrzeć w lustro.

– Koszuli nie pobrudziłeś? Masz ręcznik. Usiądź, sama wytrę – zaoferowała krótkowłosa, wskazując malutką dwuosobową sofę stojącą pod ścianą. – Już lepiej – pogłaskała go po policzku i podała mu okulary.

Nie była dziewczyną. Drobna, nieco małpia twarz, usiana ledwo widocznymi zmarszczkami. Czterdzieści lat, może trochę więcej. Oczy, niebieskie oczy, podkreślone czarną, lekko rozmazaną linią, patrzyły bystro spod ciemnych brwi. Michał, ze wzrokiem wbitym w podłogę, mocno splótł dłonie i nie miał zamiaru wstać z miękkiej sofy. Krótkowłosa wyjęła paczkę papierosów. Usiadła obok.

– Zapalisz? Nie? Próbuję rzucić, ale w tej pracy bez fajki nie ujedziesz. – Zaciągnęła się głęboko. – Niektórzy piją, a inni bardziej nowocześnie: kwas, zioło, co chcesz… Media. Pieprzone media. Pieprzone sensacje. Złapać temat, wykorzystać, zniszczyć komuś, kurwa, życie…

Wstała, by strzepnąć papierosa do umywalki, ale nie doniosła. Patrzyła przez chwilę na popiół, który ubrudził błękitne kafelki. Roztarła go stopą obutą w sznurowane, długie glany na grubej podeszwie. Ubrana była w dżinsowe spodnie, kwiecistą tunikę i jasnożółtą kurteczkę ze skóry.

– Durne, durne chłopy – stwierdziła po chwili. – Pukałeś ją, co?

Nie odpowiedział. Może nie słyszał, może nie rozumiał. Drzwi do damskiej toalety otworzyły się nieznacznie, a w szparze pojawiła się twarz dziennikarza, który prowadził program. Ruchem głowy i grymasami pytał, co się dzieje. Za chwilę drzwi otworzono szerzej. Jeszcze jedna buźka.

– Spierdalać – powiedziała krótkowłosa tak, jakby to ordynarne słowo było zwykłym zwrotem, skróconą wersją „uprzejmie proszę, zostawcie nas w spokoju”. – Wstań. Odwiozę cię.

Świat był mokry. Krople deszczu nieco chłodziły głowę, w której pracował wielki, dudniący kafar. Michał nie słyszał serca, chociaż pewnie ono pompowało krew, by młot mógł działać. Łup, łup, łup.

– Dokąd jedziemy? – zapytała w samochodzie.

– Do domu.

– Hotel sejmowy… Bardzo proszę – powiedziała jak taksówkarz.

– Chcę do domu – powtórzył. – Pociąg do Szczecina, Warszawa Wschodnia dwudziesta druga trzydzieści osiem – zaczął tonem wyuczonej lekcji. – Dwudziesta druga pięćdziesiąt pięć…

Zrozumiała. Nie musiał kończyć

– Jedziemy na Centralny. Zdążysz.

Zdążył. Nie skorzystał z poselskiego przywileju do bezpłatnego przejazdu i kupił bilet. Właściwie to ona podeszła do kasy z portfelem Michała, bo – jak zauważyła – jego dłonie trzęsły się tak, jakby miał febrę, parkinsona i diabli wiedzą co jeszcze. Potem zniknęła na chwilę w całodobowym sklepiku.

– Masz tu wodę i sok. I bułkę z serem. Z szynką wyglądały podejrzanie – powiedziała już na peronie, wręczając Michałowi reklamówkę. Megafon zapowiedział pociąg, więc krótkowłosa chwyciła go mocno za rękę i pociągnęła w stronę ławki. – Żebyś mi, kurwa, nie skoczył – dodała.

– Dam ci tabletki na uspokojenie. Ziołowe. Śmierdzące, ale skuteczne. Łyknij dwie, to zaśniesz.

Do przyjazdu pociągu cały czas mówiła, że będzie dobrze, że za kilka dni zapomną. Ona się przecież zna. Przyjdą nowe sprawy: jakaś wojna, czyjaś śmierć, ktoś znowu zwłoki dzieciaka w beczce schowa. Będzie dobrze, bo romans każdemu może się przytrafić. Ludzie lubią grzeszników, takich facetów, którzy oprócz honoru i ojczyzny mają jeszcze jaja. Trzeciego, a właściwie pierwszego elementu sztandarowego hasła nie wymieniła, bo nie pasował do mocnych słów. Ot tak, na wszelki wypadek: jeśli jest i słyszy. Pociąg wjechał na stację, zagłuszył wypowiedź, ale krótkowłosa nie przestawała mówić:

– Partię olej… Kto ich tam lubi? Babcie w moherowych beretach, wierni słuchacze, kółka różańcowe albo jakieś niedomyte łyse gnojki. Sam motłoch po podstawówce. Przejdziesz do innego koła, bo w parlamencie pełno takich odrzuconych, a zresztą ten sejm i tak długo nie pociągnie. Żona też wybaczy. Powiesz, że to był tylko seks. Obiecasz, co trzeba… Kobiety wybaczają, głupie są… głupie jesteśmy

– dokończyła, myśląc o sobie i mężczyźnie, do którego grzeszków zdołała się przyzwyczaić.

Pociąg stanął. Michał, już w wagonie, odwrócił się.

– Dziękuję – wyszeptał.

– Przepraszam – powiedziała.

***

Truskawki w tym roku nie były ładne, bo deszczowy, zimny czerwiec nie sprzyjał dojrzewaniu owoców. Z brzydszych ugotuje kompot, a te okazałe położy na kruchym spodzie, na warstwie słodkiego kremu z żółtek, masła i kremowej śmietanki. I wanilii. Michał lubi wanilię, więc ucieszy się z pysznego ciasta. Zje ze wszystkimi, ale potem będzie ukradkiem otwierał lodówkę, by odkrawać kolejne kawałki. Gdy kończył łasowanie, miał minę łobuziaka, który dorwał się do konfitur.

Natalia westchnęła. Zajrzała do piekarnika: nowoczesnego, z termoobiegiem, zegarem i dzwonkiem. Jeszcze dziesięć minut. Krem zrobi później. A może jutro.

W saloniku na kanapie spała Ania. Przed dziewiątą wylazła z łóżeczka, oświadczając, że chce pić. Natalia, popatrując na ekran telewizora, podała córce szklankę z resztką herbaty. Mała wysączyła do dna zimny, słodkawy płyn, jednak wcale nie zamierzała wracać do swojego pokoju.

– Chłopcy śpią? – zapytała Natalia. Powinna była sama sprawdzić, dlaczego z góry dobiegają chichoty, ale nie chciała przegapić występu Michała.

– Tak – potwierdziła córeczka, wdrapując się na kanapę.

– Aż tutaj słychać. – Natalia nie uwierzyła.

– Śmieją się i gadają – Ania szybko zmieniła zdanie.

Siedziały więc razem. Obie wpatrzone w migoczący ekran. Mała ożywiała się nieco, gdy pojawiały się reklamy, i nawet podśpiewywała znane dżingle.

– Mamo, chcę rybkę – powiedziała Ania na widok dziewczynki czule życzącej dobrej nocy wszystkim domownikom, łącznie z welonką w szklanej kuli.

– Jutro piątek, więc na obiad będzie morszczuk – odparła Natalia, robiąc w myślach przegląd zamrażarki. – Albo dorsz. Coś w panierce.

– Mamo, ja chcę taką… Taką, co pływa – oburzyła się dziewczynka.

Natalia zrozumiała.

– Zastanowimy się – odpowiedziała wymijająco.

Niedoczekanie. Jeszcze jeden kłopot. Był już chomik, którego smętne, więzienne życie zakończyło się paskudnym rakiem skóry, potem chora świnka morska, znaleziona wraz z klatką przy kontenerze na śmieci, oraz bardzo stary kanarek przygarnięty po śmierci sąsiadki. Niedługo w ogródku zabraknie miejsca na kolejne dołki oraz pamiątkowe kamienie przykrywające groby zdechłych zwierząt. Chłopcy marzyli o psie, Natalii o tym nie mówili, a namawiali ojca. Bała się, że któregoś razu z niedzielnego spaceru przyniosą puszystą kulkę. I będzie tak jak zawsze: kilka dni zainteresowania, solennych obietnic, że oni wszystko zrobią, a potem karmienie i sprzątanie spadnie na nią. Niedoczekanie!

Ania zasnęła. Obudziła się tylko na chwilę, by patrząc na ekran, powiedzieć radośnie:

– O! Tata.

Natalia słuchała obojętnie, bo znała poglądy męża i partii. Telefonicznie poinformował ją o programie, więc – jako dobra żona – oglądała. Ucieszyła się, gdy ciepło, z miłością w głosie, mówił o rodzinie. I o jej włosach. Zapomniał lub nie znał słowa „balejaż”. Wymyślił coś na poczekaniu: „takie jaśniejsze paski”. A potem…

A potem wstała cichutko, okryła Anię szlafrokiem i poszła do kuchni piec ciasto. Nieco zmodyfikowała przepis Neli Rubinstein na tartę z truskawkami. Michał lubi chrupiący, kruchy spód, pokryty warstwą waniliowego kremu. Na to piękne, soczyste truskawki zalane galaretką.

Wyjęła formy z piekarnika. Dwie, bo Michał… Patrzyła przez chwilę na złociste placki. Udały się: odpowiedni kolor i pracowicie ulepiona falbanka na brzegu. Przez moment, przez krótką chwilę, chciała zrzucić je ze stołu. Kopnąć, poskakać, wgnieść w podłogę. Rozsypać truskawki, a na wszystko wbić jajka. Polać śmietaną i posypać cukrem waniliowym. Dzwonek telefonu przerwał myśli.

– Michał? – powiedziała do słuchawki, myśląc, że to on.

– Natalio… – głos Adama brzmiał niepewnie. – Przepraszam, że dzwonię tak późno, ale musiałem. Jak się czujesz?

– Piekę ciasto.

– O jedenastej w nocy?

– Z truskawkami – odpowiedziała, jakby owoce wszystko wyjaśniały. – Michał lubi – dodała.

– Przyjechać? Wsiądę do samochodu i będę za dziesięć, góra piętnaście minut.

– Nie. Nie trzeba.

– Natalio, to prowokacja – powiedział. – Teraz, przy tej technice, wszystko można zrobić. Sama widziałaś fotomontaże do artykułu Elżbiety. Pamiętasz?

Pamiętała. Żona prezydenta z torsem Supermana, z różyczką w żylastej dłoni i liskiem na szyi. Na drugim zdjęciu, przedstawiającym sejm, na miejscu marszałka siedział piosenkarz z czerwonymi włosami, a z trybuny przemawiała znana uczestniczkareality show.Jak brzmiał tekst?Zdarzyć się może, że w przyszłym parlamencie niekoniecznie w bezpośrednim sąsiedztwie Jana Marii Rokity zasiądą Frytka, Michał Wiśniewski i kawaler do wzięcia.Fotomontaży nie wykorzystano, jednak każdy w redakcji chciał mieć odbitkę. Potwierdziła więc, że pamięta.

– No, widzisz – kontynuował. – Twój mąż ma wady, ale on nigdy by ciebie nie zdradził. Nie on. To porządny człowiek, z zasadami, moralnym kręgosłupem i… – Adamowi zabrakło pozytywnych określeń. – Jest przecież religijny.

– Tak, oczywiście – zgodziła się Natalia.

Adam zmienił temat. Mówił przez chwilę o redakcji i kolegium w najbliższy poniedziałek, na którym Bochenek ma przedstawić dalsze losy tygodnika.

– Trzymaj się – zakończył, życząc jej dobrej nocy

Ludzie często tak mówią. W chorobie, nieszczęściu lub zwyczajnie, przy pożegnaniu. Często to słyszała. Zwłaszcza wtedy, gdy wytęskniona, ukochana istotka stała się wzgórkiem uklepanej ziemi. Trzymaj się. Czego? Krzyża? Mężczyzny?

Dobry, kochany Adam. Na pozór zwyczajny kolega, poznany w tamtej, pierwszej redakcji, ale zawsze czuły i troskliwy. Kochany, dobry Adam…

Tarta z truskawkami. Nela przez lata pilnowała męża. Jeździła z nim na wszystkie koncerty, we wszystkie strony świata. Ale i tak ją zostawił. Nie pomogły ciasta, kaczki z jabłkami czy litewskie kołduny, bo u schyłku życia znalazł dużo młodszą.

Natalia westchnęła i poszła do kuchni, by przygotować krem.

Jechał do domu. Czuła to jak pies, który długo przed powrotem właściciela już kręci się niespokojnie. Całe lata bliskości stworzyły między nimi nić niepojętego porozumienia, a przywiązanie wyostrzyło szósty zmysł.

Przeczuwała, że wraca. Dokąd miał uciec, jeśli nie do niej?

Stado

Adam nie mógł zasnąć. Myślał o tym, co zobaczył w telewizji, a rozmowa z Natalią niewiele mu wyjaśniła. Czuł, że wcale jej nie pomógł. Mówiąc o poniedziałkowym kolegium, próbował skierować jej myśli na inne tory, ale ona nie podjęła tematu. Uciekła. Do ciasta z truskawkami.

Wstał z kanapy, włączył komputer i sprawdził redakcyjną skrzynkę. Bochenek, wierząc w medialny sukces, dał nowe ogłoszenie prasowe: teraz poszukiwał dziennikarzy z innych regionów kraju, by wzmocnili zespół. Anons zaowocował nowymi tekstami. Adam przejrzał je pobieżnie. Dwa reportaże od kogoś z Lublina i trzy felietony Kornela Wolskiego. Ten ostatni pisał jak nakręcony, chociaż powinien zająć się hodowlą królików, a nie dziennikarstwem. Adam nie miał siły, by poprawiać grafomana, więc oddawał felietony studentowi polonistyki. Chłopak męczył się, ale potrafił z bełkotu starego pierdoły wydobyć kilka zgrabnych myśli. Starał się. Wszyscy się starali.

Ile to już trwało? Policzył szybko. Dziewięć miesięcy pracy i nadziei. To dziwne, wiele spraw wyrzucał ze swojego mózgu, lecz pamiętał niemal wszystkie dni związane z nowym czasopismem. A zwłaszcza te, od których wszystko się zaczęło.

***

Data? Początek września ubiegłego roku. Miejsce: jego mieszkanie, konkretnie kanapa, gdzie – półleżąc – robił przedpołudniową prasówkę. Od czasu, gdy wyleciał z redakcji, przestał czytać dziennik, w którym przepracował kilkanaście lat, bo nie chciał nabijać kabzy zagranicznemu koncernowi. Boże, zaczął już myśleć jak ci zaściankowi narodowcy… Gazeta mimo tego samego tytułu, kilku znajomych nazwisk oraz stałych rubryk przestała być jego gazetą. Zamieszczali niewiele artykulików o mieście, dużo sportu, a reszta materiałów z okolicznych miasteczek lub wsi. Nie, nie miał nic przeciwko prowincji, sam przecież pisał reportaże z byłych PGR-ów, jednak miasto, chociaż zadupie, było stolicą województwa i tu właśnie sprzedawano najwięcej egzemplarzy. Plan koncernu był prosty: wykupienie lokalnych tytułów, potem powolne, ale skuteczne tworzenie z kilku dzienników regionalnych hybryd. Czytał więc „Wyborczą”. Czasami kupował drugą miejską gazetę, która jak dotąd opierała się zakusom zagranicznego wydawcy. Byli spółką pracowniczą, z ograniczoną możliwością zbycia udziałów, lecz pazerność koncernu nie znała granic. Sikali po nogawkach, by ich przejąć; nie cofnęli się przed odkupieniem akcji od rodziny zmarłego pracownika. Transakcja – podobno niezgodna z prawem – stać się mogła początkiem upadku kolejnej redakcji.

Przerzucał strony lokalnej gazety. Głupie posunięcie prezydenta miasta, opinie czytelników, wieści z kraju i ze świata. Nekrologi. Jego ojciec zawsze rozpoczynał lekturę od czarnych obwódek, ciesząc się w duchu, że to jeszcze nie on. Własnego, podobnie jak inni, nie przeczyta. Nikt ze znajomych nie umarł, chociaż Adam coraz częściej zauważał, że tam, na górze, zaczęli brać z jego półki. Półki czterdziestolatków. Na kolumnie ogłoszeń PRACA zawsze było to samo. Zaczynało się od atrakcyjnego chałupnictwa. Dalej:Pracowałeś w Niemczech? Odbierz podatek…Wieczne oferty tajemniczego wydawnictwa, reklama na pojazdach i platformy wiertnicze czekające na Polaków. Gdzieś między ekspedientką do sklepu mięsnego a ekskluzywnym lokalem we Wrocławiu, oferującym kosmiczne zarobki dla ładnych dziewcząt, znalazł lakoniczny anons. Przebiegł wzrokiem pozostałe ogłoszenia, myśląc o nowych twarzach w burdelu. Stary dowcip – nie o twarze przecież chodzi. Potem sport i ostatnia strona: dziura w jezdni, notoryczne problemy z pocztą albo telekomunikacją. Gwiazdą rubrykiDo serca przytul psa (pocałuj w dupę kota– to już sam dopowiedział słowami piosenki śpiewanej na studenckich imprezach) była Misia, dwuletnia, mała, brązowa suczka, która trafiła do schroniska po śmierci swojego właściciela. Zachwalali, że jest miła, posłuszna, wysterylizowana i zaczipowana. I tęskni. I czeka w boksie. Adam odłożył gazetę.

Może pojechać po tę Misię? Nieszczęśliwą suczkę bez macicy, jajników i perspektyw. Uratuje stworzenie, a ciepłe futerko i kochający wzrok czworonoga wypełni pustkę w jego życiu rozwodnika. Sięgnął po gazetę. Misia i inne psy czekają w schronisku. Trzeba mieć smycz oraz dokument tożsamości. Jeśli nowy pies, to może nowa praca? Wrócił więc na stronę z ogłoszeniami. Zaznaczył to lakoniczne:Poszukuję dziennikarzy.Tylko komórka i nic więcej.

Zatelefonował, ale odpowiedziała poczta głosowa, więc zostawił krótką informację, że jest zainteresowany ofertą. Podał nazwisko i – z przyzwyczajenia – numer telefonu stacjonarnego. Nie oczekiwał wiele, bo bywał już na spotkaniach w gazetkach reklamowych, gdzie poznał ludzi szumnie nazywających siebie redaktorami, których praca polegała na zbieraniu ogłoszeń oraz pisaniu nieskomplikowanych, kilkuzdaniowych tekstów. Pieprzyć to. Ma jeszcze trochę pieniędzy, zasiłek i ubezpieczenie.

Pojechał po suczkę. W schronisku tęga kobieta oznajmiła smutno:

– Niestety. Spóźnił się pan. Misię już adoptowano. – Po chwili twarz zastępczyni kierownika – bo tak głosił sfatygowany identyfikator – rozjaśnił zawodowy uśmiech. Szybko zaproponowała innego psa. – Zaraz jakiegoś znajdziemy. Proszę za mną.

Poszedł. Psy szczekały, wyły, skowyczały. Rzucały się na siatkę, biegały po boksach, jadły łapczywie lub gryzły towarzyszy niedoli. Nie chciał na nie patrzeć. Z braku laku obserwował pośladki zastępczyni. Miała na sobie dość luźne spodnie dresowe, które uwidaczniały falowanie pół-dupków. Klap, klap, klap. Adam nie lubił anorektycznych figur zapełniających wybiegi na pokazach mody, ale galaretowata obfitość też nie budziła jego zainteresowania.

– Duży ma być? – zapytała.

– Co? A pies… Nie, mały – odpowiedział.

Przeniósł wzrok na jej włosy. Sięgały do ramion. Rzadkie były, tłuste, z kilkucentymetrowym ciemnym odrostem i resztkami żółtej farby na końcach. Jezu, jej to nikt nie adoptuje.

Niestety, psy wcale nie wyglądały lepiej. Znowu zadziałał pod wpływem emocji. Nie chciał już żadnego zwierzęcia. Kobieta nadal zachwalała zgromadzone towarzystwo. Wymieniała imiona, wady i zalety: ostry jest, łagodny, dziec i lubi.

– Ma pan dzieci? – zapytała.

– Nic o tym nie wiem – wysilił się na dowcip.

Przystanęła i odwróciła się.

– Widzę, że pan taki niezdecydowany, to może niech pan z kimś przyjedzie… Z żoną czy narzeczoną… We dwoje łatwiej wybrać – powiedziała, patrząc mu w oczy.

– Gejem jestem – zażartował, by szybciej zakończyć wizytację śmierdzących boksów.

Nie była zmieszana ani zdziwiona. Dłonie oparła na biodrach, więc wyglądała jak przekupka, kumoszka przystępująca do walki.

– To jakaś, kurna, epidemia – powiedziała. – Każdy fajny facet to albo żonaty albo ksiądz…

– Albo pedał – dodał, cytując jeden z feministycznych tekstów wygłaszanych przez ostatnią partnerkę, dziennikarkę z tej samej gazety, która w tydzień po wyrzuceniu Adama z redakcji zakończyła ich dwuletni związek i szybko znalazła pocieszenie w ramionach cwanego dupka z regionalnej izby gospodarczej. Wybrała bogatego oraz bezpieczny etat, a może to Adam, przez utratę pracy, przestał być inteligentnym, wrażliwym i słodkim facetem, innym niż wszyscy przedstawiciele antagonistycznej płci… Dawniej bawił go ten jej tramwajowy feminizm.

Adam spojrzał na zastępczynię kierownika. Coś było w jej oczach: zabawne iskierki, które później, gdy ukazał się sławetny wywiad pewnej posłanki, zaczęto powszechnie nazywać „kurwikami”. Wtedy pomyślał o ognikach. Roześmieli się oboje. Kobieta opuściła ręce.

– Przepraszam pana. Jestem taka zdeterminowana. Ostatnio próbowałam podrywać inkasenta z gazowni. Mąż odszedł do innej, więc… Cały czas mam nadzieję, że przyjdzie tu miły mężczyzna, by zabrać psa i mnie.

– Przyjedzie. Na białym koniu.

– Panie, nawet rowerem. To co? Ostatni boks. I kończymy wycieczkę. Widzicie pieski, z adopcji nici.

Spojrzał za siatkę. Na betonowej podłodze stała miska z wodą, w jednym kącie mała buda, w drugim kupka śmieci. Mogliby posprzątać.

– Tutaj nic nie ma – powiedział.

– Jest, jest.

Zagwizdała. Śmieci poruszyły się. Coś szarawego zaczęło pełzać w kierunku drzwi. Zatrzymało się.

– No, Sindi, chodź do pani. Suka. Około czteroletnia. Znaleziono ją poturbowaną na szosie przy lesie. Była szczenna, ale nie donosiła. Jest wysterylizowana. Nawet nie chce mi się gadać, bo i tak jej pan nie weźmie. Sierść gubi, brzuch ma całkiem łysy.

– Dlaczego? Nie można tego wyleczyć?

– Fizycznie nic jej nie jest. Nie stwierdzono ani grzybicy, ani alergii. Weterynarz mówi, że traci włosy z rozpaczy, a siedzi sama, bo inne psy ją gryzą.

Suka podczołgała się całkiem blisko. Wstała i lekko zamerdała chudym ogonkiem. Cindy, kto cię tak nazwał? Kupka nieszczęścia w niczym nie przypominała Cindy Crawford.

– Wezmę ją – powiedział.

– Niech pan nie żartuje.

– Pedały mają zakaz adopcji? Sejm się nie wypowiedział, a ja psów nie rżnę – Adam nadal wcielał się w wymyśloną postać.

– Nie o to chodzi. To straszny pokurcz. Będzie miał pan z nią same kłopoty.

– Biorę – powtórzył.

Okazało się, że suka nazywa się Sindi. Adam przypomniał sobie, że w osiedlowym kiosku przez miesiące straszyła klientów zezowata lalka o tym właśnie imieniu. Zapamiętał je, bo było wypisane różowymi literkami na turkusowym pudełku. W końcu, zakurzona i dwukrotnie przeceniona, znalazła nabywcę. Adam zapytał nawet o to, a kioskarka odpowiedziała, że jakiś tatuś pijaczek zrobił córeczce prezent. Może dziewczynka ją pokochała?

Zastępczyni kierownika schroniska wypełniła formularze. Adam, podając nazwisko i adres, powiedział szybko, że z tym pedalstwem to dowcip. Kobieta kiwnęła głową, ale chyba nie uwierzyła. Wręczyła zaświadczenie o szczepieniu oraz dokument stwierdzający zwolnienie z opłaty miejskiej.

– Adopcja kosztuje – zawahała się, bo suka była taka marna – pięćdziesiąt złotych, ale osoby biorące psa ze schroniska nie płacą podatku do końca roku kalendarzowego – poinformowała. – W styczniu trzeba będzie jednak zapłacić. Jeśli nie zdechnie.

Był wrzesień. Życie Sindi nie miało trwać długo. Dodatkowy banknot Adam wrzucił do skrzynki na datki. W prosty sposób wydał jedną czwartą zasiłku dla bezrobotnych.

Sindi spokojnie przyjęła założenie nowej obroży oraz smyczy i nawet żwawo wyszła z boksu.