Nóż - Krzysztof Bielecki - ebook
Opis

Nowa powieść Krzysztofa Bieleckiego z „gwiazdorską obsadą”: Niemen, Deyna, Bóg.

Nóż jest kolejnym zaskakującym utworem tego autora, utworem, w którym zachwyca świat przedstawiony. Czas, przypadek, pełnia, pustka i opisujący to język są jednym. Nastrój końca wakacji roku 1977 i nostalgiczny obraz zagubionego miasteczka przynoszą portret dorastającego do pierwszych tajemnic człowieka. Jak ujść z życiem? Czy zabije je rzeczywistość? A może wyobraźnia? A czytelnik zamiast sennej epopei otrzymuje nieprzewidywalną przygodę.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 293

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


I. Dziwny jest

1. Koniec

Nóż leżał martwy. Na brutalnym stole.

Nożem można wszystko. Ciachnąć ciało, konkubenta, książkę.

Wyobraź sobie, że to koniec: książki, świata, ciebie. Ciebie troszkę. Och, takie uszczypnięcie. Nie lubisz tych słów. Gniją, zanim przejdą. Spotkasz je pod koniec książki, wrócą, w pewnym domu, z ogrodem i z człowiekiem, i się nie ucieszysz – nóż naprawdę będzie leżał martwy. Na brutalnym stole.

2. Koniec. Dwa

W Dziwnym jest tym świecie posunął się do słowa i do noża, pamiętasz. „Że ktoś słowem złym zabija tak jak nożem”. Niemen. Wył, więc był. Był 1967.

Zakłócał ciszę i dobrobyt. W powszechnym użyciu byli Santor i Połomski. Cała sala śpiewała z nimi. Tylko ten, psiamać, inaczej. Czarny charakter. Niepokoił jak wołga. Nie przylegał. Wszczynał. Wyrażał się. Głosem i włosem. Ale i koszula, haft, kant, but, pseudonim z Orzeszkowej Elizy, imponderabilia zawzięte – nie pozostawiały złudzeń. Postawa nie napawała; cały ten całokształt awanturniczo-przygodowy.

Koniec świata – się mawiało. Zwłaszcza wśród starszych i schorowanych. Koniec świata.

I to jest początek mojej ciętej historii, zauważ.

3. Przed zbrodnią. Wieczność

Nie porzucając heroizmu, zacięcia i krwi, jak wyżej, zapowiem – ku wieczności wiodły trzy drogi. Płomienna, męska i podstępna. Kroiły świat, ciach, na trzy – jak Trójca. Będę do nich wracał. Do tych dróg i duchów. Do tych legend przeciągłych i lepkich. Jesteś skazany na powrót.

W przejmującym dzieciństwie ogień, męstwo i podstęp przemykały jak motyle. Miałeś dzieciństwo. A wieczność to już w ogóle – jakby jej nie było. Istniało się samemu. Jak się grało w piłkę. Sam na sam, z kimś z ulicy, bez bramkarza lotnego nawet. A jeśli życie jest substancją lotną?

Niczego obok się nie czuło; tego dziwnego świata. Owszem, intrygował termin „firmament niebieski”, ale żeby miał jakoś dokuczać, to nie. Wywoływał duchy. Jak flagowe seriale: Duch z Wyspy Mnicha, Randall i duch Hopkirka, potemWakacje z duchami. W Duchu z Wyspy… występował Smokofilomidanek – wielka, szklana kula, z którą próbowali rozmawiać bohaterowie. Pukali puk-puk. I nic. Przypuszczałem, że tak jest z wiecznością. Podchodzi się do niej, może coś przepowie, i puk-puk. I nic. Bo kula-wieczność gdzieś się toczy i nie będzie się rozwodzić. I to „gdzieś” jest przeogromne i w desperacji. Jak rozdziawiona gęba woźnej Zdybały.

Najlepiej było widać firmament z wysokiej trawy. Rosła w ogrodzie. Z ogrodu wyłaniał się dom, kostka domu, kość domu. Nie stygniesz. Domem opiekowały się drzewa. Dom, kość, malał i rósł, unosił się, opadał, wędrował i przystawał. Wypchany dzieciństwem, rodzicami, babciami, dziadkami, zajmował się harmidrem. I nie ustawał w dziwactwach. A to był jak balon w ręku. Taki na drucie. A to sunął jak zeppelin. A to stał jak ul. Skąd się wziął dom? Wysoka trawa śniła.

Leżało się w niej i gapiło. W trawie leży się najbardziej. W łóżku, w ziemi, na torach – mniej. Leżało się w trawie i gapiło w podniosłe niebo. Aż niebo, niestworzone rzeczy, zaczynało schodzić niżej. I wyciągać niewidzialną Rękę. Zupełnie bez ceregieli, przez dziurę w obłoku. Nie chciało się pustej bramki. Więc się szło po horyzont. Za Ręką Bramkarza Lotnego. Na koniec niespiesznego świata. Niebo kleiło się do ziemi jak skórka do jabłka.

Niebiański Bramkarz Lotny a ludzki bramkarz lotny to, nie umniejszając naszemu Deszczowi, dwa różne światy. Deszczu, bramkarz lotny z ulicy Konopnickiej, a priori chętny, miał głupie cechy człowieka. Był zwinny, za zwinny, cwany, za cwany, i konfliktogenny: czy piłkę złapał w polu karnym, czy poza, i kto nabazgrał taką krzywą linię. Ten z nieba miał zwłaszcza inne pole gry. Był starszy, z Brodą, ociężały, bez zbędnych ruchów, wymachów Ręki czy opuszczania daszka czapki na Oczy. Żeby słońce nie raziło. Bo i tak nie mogło Go razić. Nikt się też nie poważał, jeśli piłkę złapał w Ręce za linią pola karnego. Jaką linią? Cała ziemia jest polem karnym. I bez dyskusji, bo ześle wojnę lub zarazę. Która spuści baty i przetrzebi. I ludzkość dostanie do zera.

Ech, niebo to była ceremonia! A i trawa nie chciała oddawać pola. Wspinała się do jakiegoś swojego Źdźbła nad Źdźbłami. Rosła i przerastała. Wołała. Na koniec więdła. I spadała z piedestału.

A gdyby tak spadł z piedestału sam Włos nad Włosami? Czyli Niemena Włos. Przenigdy! Tylko nie Niemena! Niemen bez włosów był niemożliwy. Owszem, krążył w społeczeństwie Połomski bez włosów, czyli w peruce, ale Niemen? Włos Niemena był imperatywem. Szampon pokrzywowy z Miraculum czynił cuda.

Waga źdźbła trawy i włosa Niemena mogły się równać. To i to było tajemnicą. Z kuli ziemskiej wyrastały miliardy kłączy trawy. Począwszy od dwustu milionów w dolinie Amazonki, a skończywszy na trzech źdźbłach na Kamczatce. Na głowie Niemena zaś zalegały włosy w kwocie łącznej sto czterdzieści tysięcy trzysta siedemdziesiąt cztery. Gdyby je wyrwać, nie wiem, przez sekretarza partii, i ułożyć wzdłuż, to by było trzydzieści dziewięć kilometrów. Jak z Kutna do Łowicza. Jednak potęga liczb nie wyczerpuje ludzkości. Po namyśle to włos Niemena przeważał. Trawa rosła po świecie jak oszalała, a włosy Niemena tylko na Niemenie. To jedno. A drugie: włos Niemena był stanowczy i udzielał się w sztuce, a trawa była mglista i stanowiła prowizorium świata; lekką konstrukcję, po której wspinały się do nieba nadmuchane metafory.

Trawa i niebo niejeden raz jeszcze się tu odezwą. Trawa będzie ociekać nie powiem czym. A niebo – szkarłatem. Ale to przyszłość. W głębokim jak ziemia dzieciństwie trawa i niebo były pierwszym dowodem osobistym. W oczekiwaniu na ten prawdziwy, obiektywny, giętki jak język, ciemnozielony, dozwolony od lat osiemnastu.

Dziwne jest życie w dzieciństwie. Jakby się stało w kałuży. Wody, krwi, rtęci. A życie by nie płynęło. Nie chcesz stać.

Chłonęło się je więc takim, jakim było. Bez trudu, bez myśli. Choć się zdawało, że biedronka – aż strach pomyśleć. Skończ. Choć się zdawało, że biedronka, konik polny, żaba, cały ten zoologiczny rozgardiasz żyją wiecznie. Że ty, z przyzwyczajeniem do biedronki, konika polnego i żaby, jesteś współuczestnikiem. Tkwisz po kostki w rytuale kuli ziemskiej. I nad ciałem biedronki, konika polnego i żaby, bywa, martwym, zamordowanym przez kierowcę samochodu osobowego marki Fiat o nieznanych numerach rejestracyjnych, pochylasz się bez zrozumienia. Bez odkrycia. Bez przerwy. Wobec nieznanych numerów rejestracyjnych literatura bywa bezradna. Rejestrujesz nieznany ciąg zdarzeń, mając dzieciństwo, i nie zdążasz z myślą. Co z tego, że dni przychodzą codziennie, a noce co jakiś czas? Nawet jak którejś nocy o coś zahaczysz i się przewrócisz, i nie zaśniesz, zbiegły z miejsca wypadku, to nic. Przyjdzie dzień i rozwieje. Dzień służy przychodzeniu. Nie zdążysz spytać o szczelinę, skaleczenie, utrącenie, o nie wiadomo co. O żal nie zdążysz zapytać. Zostaw żal.

Nie chcę się tu rozwijać, na wstępie, z biedronką i innymi egzemplifikacjami. Nad ceną życia się zamyślać. Bo spodziewało się gratisów. Że życie nic nie kosztuje. Że tylko pociąga i cześć. Że w trawie, w powietrzu dzieje się coś, czego nie widać – i to kusi. I że te tajemnice są fajne. Garnąłem się do tego widzenia za dużo; za, duszo, widzenia, tak. Do tych symptomów. Do całości i do niczego. Et omnia niczego. Miłe jest niebo i niejasna ziemia.

Od 1967 roku szukałem sensów, ale na żaden nie było mnie wtedy stać. Na jakiś pomyślunek. Nie ma co mówić. Ani-ani.

Jeśli tak podtrzymać jeszcze chwilę ton żałosnego traktatu, wyżalić się i nie wywieszać białej flagi, to z tą wysoką trawą mam podskórne pytanie. Kosmogoniczne i ludzkie. No bo kiedy została stworzona? Przed wiotkim człowiekiem? Chyba.

W trawie kryło się ciało drobnej budowy ciała. Jak to się realistycznie mówiło. Moje faktyczne ciało, fakt, bez ekspansji, nie było poważne. Na domiar do szczętu własne. Chętnie bym go czasem uniknął; tej skończoności. Ale jak? Tak uciec przed ciałem – w smugę, w lustro… Jeśli w wojnę ze sobą – to o co? Masz ważne ciało. Masz ważny bilet. E, może nigdy więcej wojny, co?

Z rosłej trawy, wracając do trawy, wystawał tylko czubek nosa. Oczy dotykały powietrza. A powietrze z kolei, zanim dotarło do nieba, musiało się nieźle naszarpać z wiatrem. Albo z chmurą. Albo z mgłą. Nawet ze słońcem. I tak każdego roku. Od lata 1967 do lata 1977. Bo w 1977 wszystko było bardziej. Mocniej. Więcej. Aż nie tak. Za dużo było tamtego lata szamotaniny w przyrodzie. Za dużo upartej wilgoci w powietrzu. Rosy, mgły, deszczu. Masz upór. Jedno z drugim się kleiło. Drażniło. O, świecie zabójczy. Który miałeś zginąć.

Czasem nie chce się czegoś, co jest. Widzisz. Chce się czegoś innego, innego lata na przykład, innej pory życia. Lub niczego. Nawet siebie się nie chce. I tak jest, że się nie jest. Zwłaszcza przed snem. Jeśli człowiek to coś takiego jak ja, to, przepraszam, dziękuję. Samemu Bogu, pod postacią Bramkarza Lotnego, tu nie do śmiechu. Gdy z miłości podgląda moje zasypianie. Gdy przykłada Ucho do ziemi. I nie mówię o tym zasypianiu na amen, kiedy się wyje jak Niemen, hi-fi, ekstremalnym i, szczęście w nieszczęściu, fantastycznym. Mówię o zasypianiu notorycznym. Gdy zaczynają się procesje. Idą obawy, histerie i klęski. Eteryczne, erotyczne. Jedna za drugą. Sklejone z moją ziemską, zapalczywą obecnością. Która mięknie jak poduszka. Pod ciężarem. Łez, nie łez. Nie płacz.

Lato ’77 obfitowało w deszcz i w zagadki.

4. Piątek, 26 sierpnia 1977, 14:20

Niezwłoczne ciało Solskiego znaleziono w parku Zawadzkiego. Kiedyś to był park Wiosny Ludów. Leżało w chaszczach pod drzewem niedaleko alejki przecinającej park na ukos. Tej, którą można było pójść od połowy Deotymy skrótem do szkoły muzycznej. Żeby nie iść całą Deotymy do Barcewicza.

To nie była wyniosła trawa, która ratowałaby twarz Solskiemu. Tylko kilka żałosnych krzaków, zarosłych zielskiem, z trzema parasolami łopianu. Z ziemi wystawało dosłownie pięć, sześć wątłych, upokarzających traw. Nic nie wspierało Solskiego. Wszystko wokół rachityczne, podłe i głupie. I sam Solski upadły. Bo przesadnie wyciągnięty. Jak guma balonówa, która dopiero co pękła i się rozślimaczyła. Sama głowa opierała się o pień drzewa i czemuś się dziwiła.

Kapitan Leżak od razu zwrócił uwagę na rękę Solskiego. Była dziwacznie odrzucona do tyłu. Jakby chciała jeszcze czymś w kogoś rzucić. Kamieniem. Kijem. Co pod ręką. W tym idiotycznym, bo złudnym pośpiechu, że jeszcze da się wywinąć, wykręcić. Nic się nie dało. Na pierwszy rzut oka było widać, że walka była nierówna. Że w ciągu paru sekund legła w gruzy budowana przez lata legenda Solskiego. I że ten Solski ze swoją legendą mógł być w boju ważniejszy od Solskiego ze swoją duszą. Że nawet mógł się z zasuwającą po niego śmiercią tak dogadać, że odda jej duszę i wszystko, zapasowe części z garażu do opla kapitana, portfel, dokumenty, książkę przeglądów z Motozbytu, ale żeby śmierć mu zostawiła trochę legendy. Żeby go jakoś, nie wiem, rzuciła na przysłowiową głęboką wodę, czyli żeby zginął na jakiejś ruchliwej ulicy. Że toczyłby bój ze śmiercią na Sienkiewicza, jak się wjeżdża pod górkę; wśród gapiów, którzy by nadziwić się nie mogli i całymi latami by opowiadali, że dobra, kurna, Solski zginął, ale miał pod górkę, bo napadło go ośmiu facetów. Każdy z nożem. Jakich ośmiu, ktoś by dorzucał, jedenastu ich było. To znaczy dwunastu minus Judasz. W tym zapale odwracałoby się Ewangelię do góry nogami.

Nic takiego jednak chyba nie mogło mieć miejsca. A ręka Solskiego, wracając do ręki Solskiego, popadała w śmieszność. Przypominała rękę Bardotki z okrągłego lusterka, które nosiło się w tylnej kieszeni teksasów. Bardotka niby przeczesywała włosy. Ale najważniejsze było to, że nie robiła tego naprawdę. Bo chodziło o gest. Pełen grzechu ruch ręki w górę, za siebie, ze zgiętym łokciem, odsłonięciem ramienia. I ramiączkiem sukienki, które – w ramach rewolucji seksualnej – nie wie, gdzie się podziać.

I tego Leżak najmniej sobie teraz życzył: komiczności i Bardotki. Oczekiwał poważnej zbrodni. Trzęsienia Hitchcocka i żeby napięcie rosło. Nie śmichów-chichów. I nie rozpalonych zmysłów.

Nie od tego była milicja.

– Podejdź tu, Sęp – zwrócił się do starszego szeregowego. – Pomierz mi to wszystko i ściągnij Migawkę.

Chodziło o fotografa. Szerokiego jak kadr. Chyba tylko on miał w Kutnie trzy pentacony, prosto z NRD, w tym „złote” penti, rocznik sześćdziesiąty dziewiąty, które nabył wąskiej żonie na imieniny, i dwie lampy błyskowe. Lubił błyszczeć. Prowadził zakład na Królewskiej. Obok okna wystawowego pod tytułem „Wyrób trumien”. Był do dyspozycji.

5. Przed zbrodnią. Liz

Liz przebiła mi serce kolczykiem. Kruczoczarne włosy, spięte w koński ogon, odsłaniały zwisające z uszu łańcuszki zwieńczone szafirowymi kamyczkami. Uszy Liz krzyczały: to ja, kobieta, lat siedem! Jakby chciały zbić majątek na nieletniej kobiecości. Że jeszcze niby ni to, ni sio, a jednocześnie już coś. Jakaś martyrologia, ale i jakaś zapowiedź. Jakiś rozpinający się, jak sznur na bieliznę, horyzont. Moje myśli czepiały się Liz od zarania. Raz nabierały mocy, raz gasły. Ale – jak wysoka trawa tamtych lat – trwały. Grzywka Liz, a pod nią regularne brwi i głęboko osadzone czarne diamenty oczu. Biżuteria nosa, ust i podbródka. Religia uśmiechu. Próżność i dewocjonalia. Ambiwalencja. Głód.

Ujrzałem ją od pierwszego wejrzenia. Pierwszego września sześćdziesiątego siódmego. Prawie nie otwierasz ust 2018, gdy to mówisz. I spłonąłem. Bo jeszcze te moje krótkie spodenki z szelkami na krzyż. I, Boże niemodny, podkolanówki. Nie miałem śmiałości spojrzeć na Liz po raz drugi. Zresztą błyskawicznie pojąłem, że drugie podniesienie na nią wzroku może mnie przekreślić. Czyli przekreślić szansę na miliony podniesień w przyszłości: przecież się jeszcze napatrzę przez te osiem lat – i to niemal bez przerwy. Szybko policzyłem. Trzysta sześćdziesiąt pięć dni w roku, minus ponad dwa miesiące wakacji, dwa tygodnie ferii zimowych, sześć dni ferii wiosennych, pięćdziesiąt dwie niedziele (wliczając te wakacyjne), do tego święta. Jak nic pozostawało około dwieście trzydzieści dni w roku szkolnym, w tym krótsze soboty. Do tego, powszedni Boże, szkoła muzyczna i religia. Razy osiem? To daje tysiąc osiemset czterdzieści dni! To daje epokę! To jak niezły kawałek naiwnego pozytywizmu albo mazania się Młodej Polski. Jeśli naturalnie żadne z nas nie zapadnie. Nie zapadnie na odrę, szkarlatynę, ospę, różyczkę lub świnkę. Każda z wysypek ogołoci widzenie z dwudziestu, trzydziestu dni, ale przecież powrót do zdrowia i do szkoły widzenie wzmocni. Zaakcentuje i namaści. Widząc w widzeniu sens niewidzenia.

Tak czy siak się napatrzę. I będę to robił ostrożnie. Miłość się krzywi na falstarty. Gwałtowne zbliżenia tylko ją palą. Miłość wymaga skrupulatności. Będę uważał. Może się wgłębię. I zaprowadzę dzienniczek uwag. „Dzień z Liz, noc – bez”. Będę patrzył. I na nią. I na siebie. Co będzie się działo z Liz? I co będzie się działo ze mną? Co z obiektem kochanym i co z kochającym? Ale ważne jest to patrzenie! Co i rusz. Odnotowujące. Bez chwili wytchnienia. W miłości nie ma gry na czas. Która spędza sen z powiek kibicom i sędziom piłki nożnej. A łapanie piłki przez bramkarza po podaniu zawodnika z pola to już w ogóle. Co w latach 90. utnie się jak nożem. I zabroni.

Tak, miłość to ciągłe słupki, poprzeczki, rzuty różne i rzuty karne. Fascynacja i ruch. Trzeba grać. Ławka rezerwowych grozi śmiercią lub kalectwem. Najwięcej o miłości mówią rzuty wolne, te sprzed linii pola karnego. Ustawianie piłki, a naprzeciw ustawianie muru. Odwracanie piłki, sprawdzanie, czy jest powietrze. Gra wstępna. Przepychanki w murze. Wystawianie łokci. Podskakiwanie. Strzał. Piłka leci niby w mur, ale w ostatniej chwili podrywa się wyżej. Zmierza w okienko. Jęk zawodu lub radości. Potem akcja zmieni się jeszcze wiele razy. Ale pamięć o wykorzystanym lub nie rzucie wolnym pozostanie.

Dobrze, akcja zmienia się z minuty na minutę, bo obiekt zmienia się z minuty na minutę: podrasta, dojrzewa, urasta. Wreszcie po brzegi wypełnia się kobiecością – staje się stałym fragmentem gry. Gwizdek. Koniec meczu. Małżeństwo.

Tak sobie mogłem o tym myśleć, patrząc na zmagania Górnika z Romą i z Manchesterem City albo Legii z Feyenoordem.

Latem, chyba siedemdziesiątego roku, na pewno już po rozdaniu świadectw, powierzyłem wysokiej trawie tajemnicę Liz. Zakopałem pod gruszką gumkę myszkę, którą na początku czerwca zostawiła po ostatniej lekcji. Specjalnie, niespecjalnie? Czemu? Wychodziłem z klasy ostatni, bo byłem dyżurnym. A ona przedostatnia.

Następnego dnia przyszła z nową. Starej jej nie oddałem. Starą chciałem, nowej nie. Stara pachniała Liz, a nowa sklepem papierniczym przy placu 19 Stycznia. Trzeba by mieć dwa nosy, żeby chcieć obie gumki myszki. Może człowiekowi byłoby lepiej z dwoma nosami: jeden do spraw intymnych, drugi do spraw obiektywnych. Jeden wglądający w środek i ryjący w człowieku jak kret w ziemi. A drugi nos rozglądający się głupio po Ziemi planecie, po sklepach papierniczych na przykład. Tylko że do którego nosa należałby sklep mięsny z Łęczyckiej lub obuwniczy we Wspólnej Pracy? Gdzie byłaby krew lub skóra? Gdzie byłoby coś między życiem a śmiercią? Między – o, święci w niebie – świnią na mięso a świnią na buty. Między wnętrznościami świata a lakierem świata. Tym cholernym połyskiem.

Zanim myszkę Liz zakopałem, nacieszyłem się nią, bawiąc się pod poduszką i na stole. Nie chcę opowiadać takich historii, że jej myszka i moje usta albo że jej myszka i moje ręce, nie. To nie był zasadniczo ten stan ducha, żeby snuć wysublimowane korelacje; szukać za pomocą gumki, przepraszam, za pomocą kobiety, jakiejś zgody ze światem. Układać usta, dłonie, gwiazdozbiory, leżąc w wysokiej, metafizycznej albo nie, właśnie w fizycznej, trawie. Która cię przerastała. Która zapodziewała się w ustach, nosie, drażniła oczy, drapała za uchem. I wnikała. I było się trawiastym, soczystym i zielonym. Było się człowiekiem strawionym. Od czego mogło się chcieć śmiać. A też mogło się chcieć płakać.

Nie, żadnych zabaw z gumką myszką, znaczy z wyobraźnią dla dorosłych, nie było. Nic z tego. Nie ten czas jeszcze. Tak, czekało się, podglądało brawurowe filmy w telewizji, czuło, że z woźną Zdybałą nie chciałoby się nigdzie leżeć, nawet w grobie, a z Liz wszędzie, nawet w grobie, ale ho-ho, do tamtych dni pełnych ognia i zawieruchy było bardzo daleko. Dziesięcioletnia kobieta nie miała szans z Górnikiem czy z Legią.

Tak czy owak wtedy, w siedemdziesiątym, po trzech latach znajomości z Liz miałem prawo coś przypuszczać, składać szeptem w głowie. Ani razu, ani w pierwszej, ani w drugiej, ani w trzeciej klasie, Liz nie dała mi do zrozumienia, że nie liczę się w stawce. Przeciwnie. Lista uśmiechów pod moim adresem, jakieś poszeptywania po kątach, mogły dawać mi nadzieję na pomyślny rozwój wypadków. Tak się mówi: wypadków, ale lepiej tu powiedzieć: sytuacji. Bo to nie jakiś splot zdarzeń, gdzie jedno w drugie przechodzi. Jak na historii – przyczyny, przebieg, skutki. Lub w serialu Rycerz Zawierucha. Nie, nie było z Liz żadnego łańcucha, ogniw, sznurka, czegokolwiek. Była pętla. Sklejone ze mną myśli o niej celniejsze od najlepszych dośrodkowań Gadochy. Do tego wysoka trawa i niebo na wyciągnięcie ręki. Jeden świat. Z ręką niby przyklejoną do nieba i do mojego ciała. I dalej czas. Tak, czas, który też się kleił. Czas różny. Z niesprawiedliwą płcią. Bo czas dziewczęcy ciągnął się miękko – jak rajstopy i pończochy. A chłopięcy twardo – jak rajtuzy i kalesony. Zatem mnóstwo wstających dni i zapadających się w mrok nocy. I jeden sen. Gdzie Liz przychodziła do mnie w kolczykach. Które wpinała sobie diabli wiedzą po co. I robiła to ze mną. To znaczy brała moją rękę, wiodła nią po swych włosach i ramionach, a potem wciskała mi kolczyk jak piątala z rybakiem i gdzie mam go jej przypiąć.

– No to gdzie chcesz tym razem? – pytałem we śnie.

– A ty gdzie chcesz? – odpowiadała pytaniem.

– Ja? A co ja tu mam do gadania?

– Dużo masz – mówiła mi do ucha.

– Twoje ciało, twoja skóra, twój kolczyk, od twojego taty.

– Głupi jesteś. Kiedyś będę musiała się tym ciałem z kimś podzielić.

– Podzielić? – niby się dziwiłem.

– Tak, dam komuś swoją skórę, oczy, nogi, może na zawsze, widziałam taki film.

– Liz, daj mi już ten kolczyk, bo nie wiem co.

No i Liz podawała mi we śnie kolczyk, podawała światło. A ja przekłuwałem jej ramię, a w starszych klasach miejsca niższe, czyli wyższe. W znaczeniu – donioślejsze. Jakby przychodził czas, kiedy materia kobieca mierzy się z materią świata i wygrywa. Ona trzymała mi rękę. Obie dłonie, jej i moja, szły przez jej ciało z tym kolczykiem, przez, jeszcze w defensywie, piersi, oceany, wyspy zielone, rafy koralowe, do pępka, do brzucha. Niżej była znacząca w tamtych latach nieobecność. Schodzić tam nie było po co.

We śnie przytrafiało mi się z ręką Liz i z kolczykiem mnóstwo rezolutnych pejzaży. Jedne sny na przykład przywodziły do Liz całe armie żołnierzyków. Indian, kosynierów, ułanów, rycerzy. Chodziły z jej kolczykiem, wodzem, na wyprawy w góry ramion, w doliny brzucha Liz i na skraj świata do stóp. I gdzieś ginęły. Te armie; te wojny i pokoje. Między kolanami, biodrami, ustami. Upadały całe państwa. Porzucone miecze, tarcze, łuki, zbroje przepadały w zagięciach łokci Liz. Tylko kolczyk wracał, on zawsze, złoty dyktator.

Drugie sny kleiły na niedorosłej skórze Liz stare znaczki z kancerami. Takie są najbardziej złośliwe. Przyklejały się nierówno; końce odstawały, zawijały się, ciągnęły całość znaczka nie w tę stronę co trzeba. Ale ciągnęły. Ręce Liz pomagały. Znaczki rozciągały się jak guma balonówa. Na szyi Liz. Na łopatkach, na plecach.

Ciało Liz nic nie wiedziało. Co tam! Chodziły po nim żołnierzyki, znaczki. Ale chodziły bez skutku. Czyli bez myśli. Bo jakie myśli mogły wtedy chodzić po Liz? Tylko cisza; początek nocy; reszta zmierzchu późnym latem. Jakby kładły na małej Liz pierwsze lekkie płaszcze. Jakby noc stawiała na niej pierwsze kroki.

Dlatego wolno mówić nie o rozwoju wypadków, ale o rozwoju sytuacji. O nastroju. Bo nic nie działo się po kolei. Lecz zawsze jedno z drugim. Parę rzeczy naraz. I sen, i kolczyk, i powroty z wyprawy naszych dłoni, i jej palce. Które czułem pod swoimi, jak były wilgotne. Twoja wilgoć 2018 jest sucha.

6. Przed zbrodnią. Wieczność. Dwa

Droga płomienna była niebezpieczna. Z domu przy Konopnickiej wychodziło się w prawo do chudej jak wczesne chrześcijaństwo kapliczki i skręcało znów w prawo, w ulicę Orzeszkowej. Zamykała ją, przecinająca horyzont, szybka trasa Warszawa–Poznań. Którą trzeba było popędzić w stronę ulicy Chopina. I na tym polegała płomienność tych chwil. Na przecinaniu horyzontu i na przecinaniu strachu. Na pytaniu o wszystko, co przede mną. Co gorączkowe, co przyprawia o zawrót głowy albo o coś niepewnego. Bo oczywiście to nie była droga dozwolona. Zbyt ruchliwa, zbyt gęsta, za dużo na niej intensywnych ciężarówek. Zbyt wiele pośpiechu i szaleństwa, by było to miejsce właściwe. Ale rzecz tkwiła właśnie w niewłaściwości. I w oczekiwaniu, w nęceniu nie wiadomo czym, w kuszącym pytaniu: czy zaraz nie stanie się coś złego? A może będę potrącony lub zginę? Polegnę pod kołami zmierzającej do Poznania ciężarówki i wyprawię sobie pogrzeb z zapłakaną Liz w roli głównej? Żeby szlochała? Czuła ból po stracie? Jakiej stracie? Bo co to śmierć, jeśli nie pomyłka? W tym wieku, pomyłka? Oczywista ze wszech miar, żadnym pismem nieuzasadniona, niewinna i zarazem naganna. Nie dająca rady w dyskusji z „Bóg tak chciał”. Bo nie mająca o czym. Bo o czym? Widzieli wszyscy jego płowe włosy? Budzące się do życia oczy? Otwierające się dopiero usta?

I to było porywające: umiłowanie chwili, przypadek jednej czy dwóch sekund, które mogły przynieść życiu radykalną przemianę. Domysł utraty. Ta ciekawość zła, to przekomarzanie się z niewłaściwością, to popadanie w konflikt z pewnością – wszystko było żywe, targało czymś, nie wiem czym, i namawiało do pędzenia ku wieczności właśnie tamtędy. Od lat zwodzisz słowo „tamtędy”.

I przestawało być ważne, że jeśli żarliwą trasę pokonało się szybko i bezmyślnie, to wpadało się potem w piaszczystą drogę wiodącą do celu – już powolną, bezpieczną i bez polotu.

Druga droga, męska, miała inny wyraz. Z domu trzeba było skręcić w lewo, przez cudze sady, wzdłuż nasypu kolejowego. Z elewatorami w tle docierało się do słynnej trasy Warszawa–Poznań. Przecinało się ją grzesznie i lądowało wśród drzew wspomnianej wcześniej drogi. Nigdy nie szła tędy z nami kobieta. Dozwolone od lat 18. Finito. Wszystko odbywało się w tajemnicy, począwszy od samego skręcenia z domu w lewo. Należało coś wymyślić – że się idzie jeszcze po kolegę czy coś takiego. Bo ta droga kończyła się ścianą płotów i nie miała żadnego przejścia. Prócz wspomnianych zakazanych przesmyków, skrótów przez czyjeś ogrody. Podchodziło się pod nie w sekrecie.

Już czekała na nas dziura w płocie. O której nikt nie wiedział. Świat nie rozpoznaje wszystkich dziur. Przepadało się za nią. I za ciszą, i za odchylaniem deski. Przybitej na jeden gwóźdź od góry. Każdy chciał odchylać, lecz po jakimś czasie uznano, że nie ma się co przepychać; że ja to robię najciszej i niech tak zostanie. Byłem dumny z tego odchylania. Potem wkładania jednego oka i podejrzewania. Czy nikt nie idzie. Czy nikogo tu nie zawieje. Żadnego dorosłego. Żadnej nie naszej dorosłości. Z dekalogiem. Zakazem przechodzenia przez dziurę w płocie. Zakazem przechodzenia do innego świata. Zakazem bycia człowiekiem. Jak się ma parę lat, to dorosłość jest bardzo nie nasza. I dorośli nie są. Nie mieszczą się w szparach, dziurach. Są gdzie indziej. Rozrośnięci, rozplenieni, widoczni. Aż tak – jakby ich było za dużo. Jak stonki. Drażnili. Jakby ich dorosłość miała coś z wulgarności. A miała. Gdy się myślało, jak to żonaci dorośli mają swoje, przepraszam za niegrzeczność, dziurki. Te śpiące na wyciągnięcie ręki. Miesiącami, latami, życiem. Przez które przestają z czasem zaglądać. Bardzo przestają.

Obawialiśmy się. Czy żaden dorosły nie odkryje sekretu i nie runie nasz męski świat skrótu. Świat szparki w płocie w dziwnym świecie. Świat znaku zapytania. Bo to gadanie, że kilkunastoletni, domorosły, męski świat jest światem kropki, to bujda na resorach. Inaczej jest. Facet do kropki dorasta wolno i namiętnie. W pocie czoła. Zrywając się ze snu. Setki razy odchylając deskę.

Przez szparkę podejrzewało się zakazane ogrody z rozmachem. Czasem z nieba spadał strumień światła. Przelewał się przez korony drzew i kładł w trawie. Sady stały z przysadzistymi jabłoniami. Z jakąś rozkraczoną jak stara kobieta gruszą. Z prężącym się jak nie powiem co orzechem. Drzewa tonęły w trawie, w krzakach agrestu i porzeczki. I w niesprawiedliwości. Bo jedne drzewka i krzewy, dopiero co zasadzone, rozglądały się po świecie oniemiałe, a drugie, stare jak świat, tak się napatrzyły, że nic im się nie chciało. Tylko gapiły się w dół. Ich gałęzie, zgrabiałe, niepewne, ruchome, dotykały ziemi. Czesały ją, gładziły, oswajały się. Oswajać się z ziemią?

Preferowało się dwie dziury w płocie. Racjonalną dziurę pana Góry, gościa od bogactwa, złotego sygnetu i ostentacji, przesiadującego na tarasie przed domem, dłubiącego w zębach i mrużącego oczy od słońca. Oraz instynktowną dziurę Matki Odległusza. Matki i Ojca. Ale bardziej Matki. To ona brylowała w ogrodzie. Ze smukłością, z chwiejnością, z włosami do ziemi, prześwietlonymi przez słońce, mgłę, rosę. Gdyby nas zobaczyła, to nic. Nic by się nie stało. Jej świat był trochę gdzie indziej. I składał się z dwóch światów: świata dorosłego i świata kobiety. Nakładające się na siebie te dwa światy dają czasem dziwne światło. Jak z jakiejś akwareli. Ze skłonnością do wodnistej przejrzystości. Matka Odległusza była poniekąd w zaniku. Poniekąd i nie do końca. Niby wiekowa. W okolicach tragicznych pięćdziesięciu będąc. Tkwiła raczej w zawieszeniu. Jak w jakiejś pajęczynie albo babim lecie. W jakiejś intuicji, tęsknocie, niepewności. Jak meszek agrestu. Graniczącej z zalęknieniem, że co by to było, gdyby było. To znaczy, co by było, gdyby pojawił się w jej sadzie, z drzewem owocowym, cóż, dojmującym, książę na koniu. Zwanym wręcz rumakiem. I ona, Matka Odległusza, dałaby sobie tę szansę wyśnioną. Szansę położenia się w wysokiej trawie i oddania swoich plenipotencji. Znaczy potencji bardziej; jej resztek odchodzących jak późne lato. Gdzie mogłaby, w trawie z księciem leżąc i dogorywając, otworzyć się na niezapomniane. Wić się jak powój i opętana secesja. Gdzie wzorzysta sukienka przepada jak obłok i jest się samą. Samą – z ziemią. Samą – wbijaną w ziemię. Przez księcia. Przez ruch jego nieważnego ciała. Dotyk nieważnej ręki. Dotyk nieważnego języka. Gdzie się jest z wyłączeniem – czyli wyłącznie dla siebie. Dla ścieranej rytmicznie skóry ramion, pleców, pupy. Dla ścieranej skóry ziemi, która dotyka skóry nieba. I się jest jedną kobietą. Tak by chciała. Tak by się bała. Słońce by ją lizało, książę i koń. Rwąc więc owoce, rwało się jej ciało i rwały się myśli. I czasem przez jej dziurę, dziurę w płocie, widziałem, widzieliśmy, jak zrywa owoce, czereśnie, wiśnie, renklody, najpierw powoli, a potem coraz szybciej. Aż zrywa w zapamiętaniu. W jakimś szale zrywania. Którego można się wystraszyć. Czasem topi usta w miąższu ciemnych winogron jak wampir. Ocieka krwią. A potem snuje się bez opamiętania. Z tą krwią. Między drzewami. Jakby chciała, żeby ich było tysiąc. I żeby to się nie mogło skończyć; to snucie, ta wędrówka, te drzewa. Włosy Matki Odległusza ścielą się w trawie i przesłaniają pół świata. Nie widać jego uczestników przez to: mrówek, żuków, pszczół, much, dżdżownic z pomyłką z glistą nieludzką. Jest sama Matka Odległusza. Pomyłka, nie pomyłka. Wyniosła. W agresji, w kobiecie, w dorosłości, w zapachu, w otwarciu. W otwarciu nie wiedziałem czego – oczu, ust, rąk, bioder, nóg, stóp, księgi. W otwarciu wszystkiego, co można otworzyć, kobietą będąc.

Co raz udało się podejrzeć w pełni. Kiedy w strugach deszczu trwaliśmy skuleni pod dziurą w płocie. A Matka Odległusza zamiast przed nim uciekać jak większość populacji, ściągnęła z siebie bluzkę i spódnicę, podniosła głowę wysoko, prawą ręką przeczesała włosy i stanęła. Wyjątkowo stanęła. Oparta o pień wiśni łutówki. Z tym owocem ciemnoczerwonym, mrocznym. Z tą koroną drzewa strzelającą w górę. Wrzesień się otwierał. Rozchyliła usta i nogi. Wciąż stała. Chyba się śmiała z tą twarzą śmiejącą się w twarz. Nie wiadomo komu. Z tą twarzą z makijażem czasu. Nic sobie nie robiąc z deszczu. Twarz Matki Odległusza w ciągu tych parunastu minut przebrnęła kilka epok. Uspokajając się, kurcząc. I wycofując z bezczelności. Ramiona lekko odchyliły się od pnia drzewa. Piersi zwisające zaczęły zwisać niżej. Ale to wszystko chyba. Deszcz przesłaniał obraz. Łapaliśmy oddech. Co było widać, to każdy swoje. Moje były piersi, koniuszki piersi, sutki; marszcząca się jak gazeta skóra pod nimi; śliskie biodra, obłe, nie, nie dość obłe, z kością biodra niewyraźnie zarysowaną, jak łuk, drgającą, może poruszającą się, nie wiem. Potem kolano prawej nogi, uniesione wyżej od lewego. Ze stopą szorującą o korę drzewa. I przez to z zakrytą kobiecością, może wysuszoną i odsuniętą, jak się odsuwa kubek po mleku. Jak się odpycha, bo nie lubi się mleka. Jak się odpycha, bo nie lubi się miłości. Z tą zakrytą kobiecością, która była jej zachodem słońca, zachodem słońca Matki Odległusza. Matki nie wystraszonej szpetotą. Sobą, więc świata. I natychmiast pięknej w swej dyskrecji. Dyskrecji się starzenia.

Stała za zasłoną deszczu. Stała z zagadką. Śliska, srebrna. Stała za zasłoną miłości nie wiadomo do czego jeszcze. Tak, do czego jeszcze.

Więc po tym deszczu, po dyskrecji, po wtajemniczeniu jeszcze bardziej się udawało, że się bało. Że się bało Matki Odległusza. Jej przejrzenia naszych skradań i skrótów. I zaskoczeń w stylu „a mam was, gagatki!”. Ale tak naprawdę chciało się. Potajemnie się chciało. By Matka Odległusza, w czasie naszych przemykań, akurat była w sadzie. Była! Był jej dojrzały owoc. Był jej świat. Były jej rozpadliny. Były jej zachęty. Zazdrościliśmy Odległuszowi Matki Odległusza. Nieprzebrzmiałej. Oddychającej. Jakiejś dalekiej i bliskiej. Z tym jesiennym sokiem, miąższem, mięsem. Wobec naszych soków żywicznych. Które skapywały z pochylonych drzew i spływały po naszej desce w płocie. Po tej odchylanej i gorącej. Jakby Matka Odległusza ze swoją tajemnicą korespondowała z naszą tajemnicą. Jakby jej natchniona dziura miała do czynienia z naszą – choć przecież nie miała.

Czego nie można powiedzieć o Ojcu Odległusza. Który za nic nie korespondował. I tu żadnych pokus, podpowiedzi dziwnego świata nie było. Baliśmy się go bardzo. Suchy, kościsty, żylasty, sękaty. Z wysuniętym podbródkiem – jak Don Pedro z Porwania Baltazara Gąbki. Był jak wysunięty nie na ten odcinek życia. Nie w tej epoce żył, co trzeba. Nie tym był, kim powinien. Był w ogrodzie zjawą. Rzadko tu witając i przebywając. Oddawał pole Matce Odległusza. Jakby w głębokim przekonaniu od czegoś się uchylał. Nie wiem, klasycznego obowiązku małżeńskiego, eufemizmu, tak zwanego, czy czegoś więcej. Jakby tkwił w świadomości własnych ograniczeń względem Matki Odległusza. Że się nie tylko nie jest księciem i rumakiem. Lecz czymś więcej się nie jest. Czymś wdeptującym w manowce nieodgadnionego. Jakby Ojciec Odległusza zakopywał się po szyję w jakimś dole niemocy. Jakby był jedną chodzącą męską ucieczką. Podczas gdy na świecie mężczyzn uciekających przed kobietami jest bez liku. Tego zjawiska jest bez liku. Tej niewiary. O czym się nie mówi, bo wstyd. Wstyd dla ludzkości. Dziwny jest ten wstyd.

Najlepiej było się przygarbić i przebiec, pod drzewami, pod płotami, w cieniu, wzdłuż miedzy. Wyskoczyć pod nasypem i się rozejrzeć, bo z lewej strony była otwarta przestrzeń. Surowe, zaorane pole, pełne kamieni, obce, nieruchome. Nie lubiłem patrzeć w tamtą stronę. Wolałem zerkać na elewatory. Szare, majestatyczne, wysokie, rozkołysane na wietrze. Wydawały mi się dalsze niż naprawdę. Proste linie z góry w dół. Jakieś okienka na szczytach. Ich przybrudzona szarość zatapiała się zmierzchem i wychodziła na powierzchnię późnym rankiem. Ponieważ ku wieczności zmierzaliśmy tylko popołudniami, nigdy nie widziałem elewatorów wcześnie rano. Wyobrażałem sobie tylko, że śpią i że nie ma ich na miejscu. Że przychodzą do pracy później od ludzi. Ci klaszczą gdzieś w powietrze, słychać parę razy plask-plask i one dopiero się zjawiają. Gdzieś dobywają się z ziemi, dźwigają w górę, pną się na wysokość dziesięciu pięter, wzdychają ciężko i są. Dopiero są.

Marzyłem, by przy elewatorach wyrosła wysoka trawa. Wtedy bym się tam zapuścił i trwał. Wieczór, noc i rano – jak elewatory odchodzą, giną i wracają. Że w wysokiej trawie widziałbym więcej i dokładniej. Że sekretność miejsca, dzieje szarości i brudu tworzą mitologiczną całość.

Drapaliśmy się z ochotą na nasyp biegnący wzdłuż elewatorów. Ostre kamienie zgrzytały pod nogami. Poruszały się, spadały. Kruszył się ich nasypowy porządek. Tworzyliśmy nowy. Z chaosu, z besztania nas przez te kamienie rodziło się coś nowego, z czym nasyp się ostatecznie godził; dobrotliwie, bo dobrotliwie. Przymykał oczy na tych kilku zuchwalców szukających krótszych ścieżek.

Nasyp kończył się niewysoką, betonową ścianą. Czasem lądowały tu wagony pełne zboża. Marudziły pod ciężarem. Czekały na swoją kolej. Widzieliśmy, jak sterczą w blasku zachodzącego słońca, kiedy wracaliśmy z wieczności do życia. Radośni, coś krzyczący, wracający z wieczności jacyś określeni. Nie, wcale nie dlatego, że wieczność mamy z głowy. Nie myśleliśmy, idąc w tę i we w tę, że jesteśmy „przed”, a po dwóch godzinach „po”. „Przed” byliśmy inni, a „po” inni – i tyle.

Bo „przed” byliśmy nijacy. Nie zdający sobie sprawy. Nie, nie zagubieni. To nie to. Ale jacyś nieskończeni i niepewni. Nawet jak udanie pokonujący płoty i opłotki, miedze i nasypy, a potem przemierzający w niejakim zamyśleniu kasztanową drogę prowadzącą wprost – to i tak niedomówieni.

Czegokolwiek by nie chcieć od pierwszej czy drugiej drogi, czegokolwiek by tam nie przeżywać, to dopiero widok zmierzchających w drodze powrotnej elewatorów, chylących się ku zachodowi, stąpających w mrok, lub widok odjeżdżających w ciemność wagonów wyładowanych zbożem – napawały melancholią i potwierdzały sens wieczności.

Dotykała nas ściana bytu. Kleiło się do ziemi czerniejące niebo. Wieczór nabierał metafizycznej treści. Coś gadał, gadał. Wilgotniał od słów i myśli. One sklejały się w kulkę.

Rozchodziliśmy się wbrew temu, czego najbardziej się chciało – żeby zostać do północy; usiąść gdzieś, nie wiem, w jakimś rowie, w wysokiej trawie, nawet pod kapliczką, może z pobliską Matką Odległusza. I poczekać na jakieś duchy, na jakieś gwiazdy, na jakieś szmery.

Nie od razu w trzeciej drodze, podstępnej, wietrzyło się podstęp. Wychodziło się z domu w prawo, dochodziło do kapliczki i bezboleśnie skręcało w lewo w Orzeszkowej. Ta unosiła się leniwie w górę i wolno opadała. Wznoszenie i opadanie pachniało kwintesencją życia. Toczyły się na Orzeszkowej umiarkowane rozmowy. Bałem się umiaru. Tego noża w plecy. Remisu. Zwłaszcza zwycięskiego. Zwycięski remis to nieludzka zasadzka na człowieka. Który co? Ma być dobry i koniec? Przecież to podstęp! Chyba o coś więcej chodzi – z tym chodzeniem.

Więc na Orzeszkowej odbywał się śmiertelny umiar. Chodzenie ku wieczności bez wystrzałów. Rozmowy. Co na jutro zadane; kiedy do „19 Stycznia” przyjedzie z Łodzi Winnetou w Dolinie Śmierci. I co to może być Dolina Śmierci. Dyskusje przenosiły się na ulicę Chopina. Dołączały kolejne osoby. Chopina ciągnęła się w nieskończoność. Chociaż nie, najpierw przecinała ją trasa Warszawa–Poznań. I dopiero od tego momentu droga zaczynała się ciągnąć w nieskończoność. Rzucasz tą „nieskończonością”, a to chleb. Ulica niewidocznie przechodziła w szosę, a potem w polną drogę. Przeistaczała się. Ale nie żeby od razu – jak ciało w chleb, a krew w wino.

Przenikało jedno życie w drugie, zmieniało materię. Asfalt miejskiej drogi, wchodząc w podmiejskość, poddawał się. Był cieńszy, jak wierzch napoleonki. Po czym przechodził w coś niejednorodnego, plackowatego, takiego od czasu do czasu – jak westchnienie. Po asfalcie nie było śladu. Piasek, kamienie. Wiejska droga. Żadnych ceregieli i wymagań. Jakby się tym wszystkim, czym była wcześniej, zmęczyła. I została jej starość i zniechęcenie. Droga opierała się tylko utracie. Utracie życia. Bo piasek szeleścił pod stopami. Bo słońce umiało tu zaświecić. Bo był zakręt i lekkie wzniesienie. Bo nie było pustki.

Na koniec polna droga zapadała w sen. Zatracała się w czymś, co niejasne, skąpe i pokorne. Jeśli myśleć o niej jako o wstędze, to najwyżej o aksamitce, wiązanej pod zawstydzoną szyją ascetycznego chłopca.

Brak ilustracji z krzyżującymi się ulicami Konopnickiej, Orzeszkowej i Chopina i z podpisem: „Trzy drogi do wieczności”.

7. Przed zbrodnią. Solski

Prawdy Solskiego nie zbijały z tropu. Biły w istotę. Jego kobiecego jestestwa. Wiecznie przekłutego serca. Z tą kpiną z Kartezjusza – „Kobito, ergo sum”. Jak wśród gwiazd na niebie żył, tak wśród kobiet. Jak wśród trawy, dzieciństwa i pomyłek, tak wśród kobiet. Jak wśród teologii, dylematów i zawahań, tak wśród kobiet. We wszystko, za przeproszeniem, kobietę obracając. Która była jego świętością, klątwą, ziemią. I której nadziwić się nie mógł.

– Samochód ma dwa reflektory – podnosił nieromantycznie.

– No – przyznawali koledzy.

– Więc jak mężczyzna może nie mieć dwóch kobiet: żony i kochanki?

Po czym się frasował, by za moment ciągnąć dalej:

– Tak brnąć z jednej w drugą… – Niby się uciszał, by zaraz się poderwać. – One są światłem. Jedna i druga przednim.

Chłopaki kiwali głowami, a Solski rozpędzał się z bulwersacją:

– Jadę nocą, ciemność przede mną, to, co za mną, mam w dupie, jadę i tylko te światła pokazują mi drogę. Nie myślę. Chociaż nie, właśnie że myślę, co bym bez nich zrobił; jak bym co chwila wysiadał z samochodu, sprawdzał, wsiadał i podjeżdżał sto, dwieście metrów i znowu wysiadał, patrzył, później wsiadał i podjeżdżał. To ile bym jechał? Wieczność, kurna!

– Nie da się tak – ktoś dogadywał.

– Pewnie, że się nie da. Mówię wam, chłopaki, jakbym w te światła nie wierzył, w te kobiety nie wierzył, to tak, jakbym w siebie nie wierzył. W siebie w iluś osobach. Trochę ukrytego. Pod jakąś maską. Ech, nie chcę tu z wnętrzem wyjeżdżać…

– Bez ukrycia za cholerę – znów ktoś przytakiwał niby od rzeczy, a przecież nie.

Solski przepadał za teologią i za słuchaczami. Dostrzegał kobiety, gdzie inny by już przestał. Bał się ich braku. Jakby i jego miało zabraknąć. Jeśli ich ciała, to i jego ciała. Ich sensu, to i jego sensu. Dalej – że kobieta niczyja to grzech; że kobieta samotna; że miłość niczyja. Kochał miłość. Tu się supłał. I peany słał jak pościel. I że kobiety to jedno, a opowieść o nich to drugie. Ta epopeja bez końca. Ta Szeherezada. Ta księga. I żeby nie mieszać sprawy z siekierezadą. I ze strachem przed kobietami siekierami, tymi woźnozdybalskimi, które prześladowały życie osobiste niejednego mężczyzny. Podkreślając to, co święcie odróżnia nóż od siekiery. Tę personifikację rozdzierającą do krwi duszę noża i duszę siekiery. Gdzie nóż, jak większość kobiet, niesie poezję. A siekiera, jak mniejszość kobiet, niesie dramat. Gdzie miękka rękojeść noża i błysk ostrza definiuje kobiecość w esencji. A trzonek siekiery i mat jej ostrza uosabia kobietę do zadań niekobiecych. Jednak płoszącą ludzkość i siejącą zamęt.

Przed kobiecym zamętem Solski się wzdragał. Kobiety miał w samochodzie. A poza samochodem, na zewnątrz jego życia wewnętrznego, miał maskę i masę słów, często kobietę sprowadzających. I rozdziawione gęby kolegów z taksówek. Gdy podjeżdżał swoim oplem kapitanem, a oni na niego czekali. W wianuszku. O której tam co powie, co z nią, gdzie i takie tam, expressis verbis, prosiła, czy on musiał prosić. Chłopaki lubili te gry wstępne Solskiego, te zagaduszki, a może by tak się gdzieś z panienką udać, może par excellence podrzucić, że się tak wyrażę łakomie, że tak sobie za przeproszeniem elokwentnie powyobrażam?

– A co